25 osób interesuje się tą książką

Opis

 

Są firmy, których logo znane jest prawie na całym świecie. Wydają

miliony dolarów, aby uczynić swoje znaki rozpoznawalne. Chcesz

czy nie, każdą swoją decyzją i czynem Ty również budujesz

swoją markę, która jest kojarzona z określonymi wartościami. Po

czym można Cię rozpoznać?

 

Jaką marką jesteś?

 

Książka ks. Piotra Pawlukiewicza to inspiracja i zachęta, aby budować

na tym, co najbardziej wartościowe (choć czasami zapomniane

i niedoceniane). To zbiór historii i anegdot o małych rzeczach, które

konsekwentnie realizowane, budują prawdziwą wielkość.

 

Bądź marką jakiej potrzebuje świat. Świat potrzebuje Twojego

świadectwa.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 69

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Każda firma chce mieć swój znak, swoją markę. Na wykreowanie firmowego logo idą kolosalne pieniądze, za splagiatowanie znaku nakładane są ogromne kary, a procesy o naruszenie praw autorskich potrafią trwać latami. Dyskusje nad krojem pisma, ba... nad każdą kropką, ciągną się w nieskończoność, zaś honoraria autorskie grafików osiągają zawrotne sumy. Jesteśmy świadkami niekończącej się walki o to, żeby być widocznym i rozpoznawalnym – czy to przez głos, czy przez symbol, czy przez zachowanie.

Z drugiej strony są też ludzie, a nawet całe firmy, którzy umiarkowanie chcą się reklamować. Mój kolega razem z żoną grywał w zespole weselnym. Zaproponowałem mu kiedyś, że ich rozreklamuję, a on mi na to, że nie trzeba, bo mają rezerwacje na dwa lata do przodu.

Istnieją w końcu na świecie instytucje czy stowarzyszenia, które swoje znaki celowo ukrywają. Nie chcę wchodzić głębiej w to zagadnienie, bo nie to jest tematem tej książki, ale tak właśnie funkcjonuje np. masoneria – symbole, którymi się posługuje, potrafią rozszyfrować tylko wtajemniczeni, osoby z najwyższych szczebli tej struktury. Konieczność ukrywania swojego znaku zachodzi także podczas wojny. Kryptonimy, tajne hasła zapewniają bezpieczeństwo członkom podziemnych organizacji walczącym z agresorem. (Pamiętacie z pewnością naszego dzielnego Hansa Klosa, czyli J-23, prawda?).

Chrześcijanie, jak i całe chrześcijaństwo – struktura, która zaczęła powstawać po śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa – też potrzebowało dla siebie znaku, jakiejś nazwy, czegoś, co czyniłoby markę rozpoznawalną.

Na początku chrześcijanie robili to bardzo dyskretnie. Dlaczego? Naturalnie pewnie dlatego, że żyli w nieprzyjaznych dla swojej religii czasach. Ale zwróćcie też uwagę, że pewnego rodzaju dyskrecja towarzyszyła już samemu Chrystusowi, kiedy dokonywał cudów. Jasne... bywały spektakularne momenty, jak nakarmienie pięciu tysięcy ludzi, ale zwykle po uczynieniu cudu Jezus... oddalał się, na przykład szybko wsiadał do łodzi i odpływał z apostołami do innej miejscowości. Często też zakazywał tym, których uzdrawiał, żeby rozpowiadali o Nim. Dlaczego tak robił? Przecież teraz był najlepszy moment, żeby pokazywać swoją potęgę! Nie. Jezus wiedział, co grozi osobom popularnym i oklaskiwanym – pycha. To dlatego zaraz po uczynieniu cudu, kiedy ludzie chcieli Jego i jego apostołów całować po rękach, nakazywał im zwiewać. Nie z powodu zewnętrznego zagrożenia, ale po to, by chronić apostołów przed pychą.

A jednak mimo dyskrecji pierwszych wyznawców chrześcijaństwo się rozszerzało. W III wieku koło 10% ludności Cesarstwa to byli chrześcijanie. (Teraz podobny odsetek mieszkańców Warszawy chodzi do kościoła). Nie mieli wydawnictw katolickich, nie mieli radiostacji, nie mieli struktur, kurii, uczelni. Po prostu! Sąsiadka sąsiadce mówiła o Jezusie...

Co do znaku rozpoznawczego padło na rybę. Ryba stała się dla pierwszych chrześcijan wygodnym i pojemnym symbolem. Przede wszystkim wskazywała na wodę – rzeczywistość chrztu. Ryba świetnie się czuje w środowisku wodnym – chrześcijanin zaś to człowiek, który się w wodach chrztu „utopił” i jest mu z tym bardzo dobrze.

Czy macie świadomość, że chrześcijanie to ludzie, którzy są już po swoim pogrzebie? My umarliśmy dla świata. Dla świata nie żyjemy. Powinniśmy po prostu mijać świat, ignorując go. A zatem właśnie ryba – istota, która znakomicie odnajduje się w rzeczywistości podwodnej – stała się znakiem chrześcijanina, któremu ma być dobrze w wodach chrztu.

Ksiądz Mirosław Maliński z Wrocławia powiedział kiedyś do jednego małżonka: „Facet, masz zrobić tak, żeby twoja żona lubiła być w ciąży, żeby rozpowiadała na prawo i lewo, jak strasznie fajnie jest być w ciąży. Ty masz się o to postarać!”. Jezus zachęcał rybaków: „Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi”, zaś Piotra pocieszał: „Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił”.

Myślę, że dla tamtych facetów, od małego wychowanych nad jeziorem i żyjących z rybołówstwa, to musiała być wspaniała zapowiedź, niesamowicie kusząca perspektywa! Głębiny wodne generalnie w oczach Żydów były czymś nieznanym i niebezpiecznym (jako świat demonów). Wyciągnąć kogoś z wody jednoznacznie znaczyło wydobyć go ze świata złych duchów, wyratować z otchłani grzechu.

To właśnie między innymi dlatego pierwsi chrześcijanie otaczali znak ryby szacunkiem, że to logo było dla nich odzwierciedleniem istoty chrztu. Chrystus wyciąga bowiem każdego z nas z otchłani grzechu i po to zanurza w wodach chrztu, abyśmy mieli z Nim nowe życie.

Ale ryba okazała się symbolem jeszcze pojemniejszym. Greckie pojęcie ICHTHYS to akrostych, czyli słowo, które można utworzyć z pierwszych liter wyrazów w zdaniu. Ichthys (gr. ΙΧΘΥΣ) składa się ze starogreckich słów:

ΙΗΣΟΥΣ, Ἰησοῦς (Iēsoûs) – Jezus

ΧΡΙΣΤΟΣ, Χριστὸς (Christós) – Chrystus

ΘΕΟΥ, Θεοῦ (Theoû) – Boga

ΥΙΟΣ, Υἱὸς (Hyiós) – Syn

ΣΩΤΗΡ, Σωτήρ (Sōtér) – Zbawiciel

W końcu pozostaje jeszcze jedno ważne skojarzenie z chrześcijańskim symbolem ryby, a jest nim osoba starotestamentalnego proroka Jonasza. Był to facet, który miał generalnie problemy z miłosierdziem. Czekał, aż Pan Bóg rozprawi się z grzesznymi mieszańcami Niniwy, tymczasem Bóg miał względem Jonasza swoje plany i prowadził go swoją drogą – a wiodła ona przez wnętrzności wielkiej ryby.

Znak ryby funkcjonuje do dzisiaj. Nie ma dnia, żebym na przykład na masce samochodu nie widział przyklejonego logo ryby. I ten symbol naprawdę działa, podobnie jak działają inne znaki przynależności do Chrystusa.

Do bloku na nowym osiedlu sprowadzali się nowi lokatorzy. Trzeba było skręcić meble, i – jak to bywa – zabrakło śrubokrętu. Facet zszedł trzy pietra niżej i zastukał do drzwi starego mieszkańca.

– Pożyczyłby mi pan jakiś śrubokręt?

– Bardzo chętnie, ale dlaczego przyszedł pan z tym do mnie, aż trzy pietra niżej?

– A bo pan miał napisane na drzwiach K+M+B. Pomyślałem, że mieszka tu przyzwoity człowiek, na którego pomoc będę mógł liczyć...

Kościół dałoby się pewnie fajnie rozreklamować. Można by w reklamie wykorzystać choćby niesamowite losy wspomnianego już Jonasza, albo – jeszcze lepiej – Izajasza. Lecz rzeczywistość Kościoła jest bardziej skomplikowana niż się nam wydaje i wymyka się marketingowym prawom rynku. Bo też Kościół nie jest zwykłym przedsiębiorstwem i pewne prawa rynku go po prostu nie dotyczą.

Jak wiadomo, zgromadzenia zakonne i seminaria prowadzą różnego rodzaju akcje powołaniowe. Ale gdyby specjaliści od marketingu i reklamy przyjrzeli się, jak to działa, mieliby nie lada zagwozdkę. Oto przykład.

Opowiadała mi znajoma siostra zakonna, jak jako młoda dziewczyna pojechała do Ośrodka Powołań na Jasną Górę i poprosiła o materiały na temat różnych zakonów, bo nie wiedziała, do którego ma wstąpić. I oni jej dali plik różnych folderów. Moja znajoma odrzuciła najpierw wszystko kolorowe i drukowane na kredowym papierze. Potem odłożyła broszury pisane na maszynie. Zostały jej w ręku dwa folderki, powielone nieporadnie na przebitce. Odmówiła „Ojcze Nasz, któryś jest w Niebie...”, a potem wybrała jeden i wstąpiła do tego zakonu. Po ludzku najgorsza broszura okazała się najskuteczniejsza!

Ja sam miałem podobne doświadczenie. Widziałem kiedyś kapitalny plakat powołaniowy na Górze św. Anny. Wisiał skromnie wśród innych kolorowych plakatów, z których uśmiechały się do mnie ładne siostry w wyprasowanych habitach, z gitarami, koniecznie w otoczeniu dzieci... Plakat, który przykuł moją uwagę, był totalnie inny. Na szarym pakunkowym papierze ktoś namalował plakatówkami napis: „Myślisz, że coś wielkiego zrobisz w tym świecie? Nie wygłupiaj się, chodź do nas. Postaramy się żyć uczciwie i przyzwoicie”. Powiem Wam, że gdybym nie był już wtedy księdzem diecezjalnym, wstąpiłbym do tego właśnie zakonu.

Ktoś kiedyś zapytał jednego zakonnika:

– Co wy właściwie robicie w tym klasztorze?

– Upadamy i powstajemy. Upadamy i powstajemy.

Jeśli chodzi o Kościół, to wydaje się, że marketing, szczególnie ten rozdmuchany, przynosi mu więcej szkody niż pożytku. Krąży taki dowcip, jak to do Pana Boga przyszedł św. Piotr i mówi, że pod bramą nieba czeka jakiś facet, który twierdzi, że nazywa się Jan Paweł II i że jest papieżem. A Pan Jezus na to: „Zaraz, zaraz... To to przedsiębiorstwo rybołówstwa, które założyłem, jeszcze istnieje?”. Ano właśnie. Najwyższa pora uświadomić sobie, że nie jesteśmy przedsiębiorstwem rybołówstwa, tylko Kościołem świętym, w którym żyje Chrystus.

Rybka na samochodzie czy litery KMB na drzwiach są ważne. To jasne. Ale naszą marką, naszym logo, ma być przede wszystkim życie na wzór Chrystusa. Mamy naśladować Chrystusa. A co On robił? Służył drugiemu człowiekowi. Karmił głodnych, uzdrawiał chorych, głosił Dobrą Nowinę...

Jest taka pokusa, żeby koniecznie kimś być, żeby coś na tym świecie znaczyć. Na pierwszym roku w seminarium pisałem listy apostolskie do moich kolegów i koleżanek: „Drodzy Ursynowianie, nie pijcie za dużo na imprezach, tylko uwielbiajcie Boga...”. Śmiech na sali! Powiedziałem o tym kiedyś mojemu spowiednikowi. Usłyszałem: „Kible myć! Zostaw te listy księżom, którzy są na parafiach. Ich biskup już posłał, ciebie jeszcze nie posłał. Kible i łacina. Łacina i kible!”. Błyskawicznie sprowadził mnie na ziemię.

Bycie chrześcijaninem sprowadza się do służby i do postawy miłosierdzia. Tak żyli święci, tak żyli wielcy mistycy. Przez postawę miłosiernej służby upodabniali się do Chrystusa. Ponoć świadkowie, którzy byli przy śmierci św. Elżbiety, zeznali, że w czasie przedśmiertnych konwulsji jej twarz łudząco przypominała twarz Chrystusa. I o to właśnie chodzi.

Przez wieki totalnie niekomercyjnym znakiem chrześcijaństwa był – i do dzisiaj jest – krzyż. Chrześcijanie pierwszych wieków nie potrafili naukowo wytłumaczyć poganom, dlaczego tak mocno upierają się przy swojej wierze, skąd bierze się w nich wola trwania przy Chrystusie aż do krwi, bo nie mieli jeszcze wypracowanych pojęć teologicznych. Mówili: „Nie umiemy wam wytłumaczyć, dlaczego kochamy Chrystusa, ale popatrzcie na nas...”. I szli na krzyż. Nie trzeba było innego świadectwa.

Podczas liturgii wielkopiątkowej adorujemy krzyż, całujemy przebite stopy Chrystusa. Jednak my nie czcimy krzyża jako narzędzia zbrodni. My czcimy krzyż jako „narzędzie” miłości, która wyraziła się przez dobrowolną mękę Chrystusa. Wiecie, kiedy dorosły mężczyzna pójdzie odwiedzić w szpitalu swoją dziewięćdziesięcioletnią mamę i całuje jej ręce, i mówi: „Mamo, kocham Twoje ręce, one są najpiękniejsze na świecie”, to przecież nie ma na myśli piękna w sensie kosmetycznym, tylko piękno zupełnie innego rodzaju. To są ręce, które go piastowały, które go karmiły, które go leczyły, którymi matka okazywała mu miłość.

Świadkowie Jehowy