19,99 zł
Dobro i zło, miłość i nienawiść. Świat wydaje się prosty, dopóki nie wpadniemy w sidła dzikiego pożądania.
Kate Thompson wstępuje do policji z jednym celem - odnaleźć mordercę ojca i wymierzyć mu karę. Póki co dostaje rozkaz śledzenia groźnego przestępcy, Dana Randalla. Udana obława na Dzikim Zachodzie to jednak nie koniec sprawy! Gdy lawina błota odcina przejazd, policjantka i złoczyńca muszą spędzić kilka dni tylko ze sobą. Z godziny na godzinę wyjściowa niechęć słabnie, a prawda o przeszłości przestaje być tak jednoznaczna, jak w policyjnych raportach. Czy Kate zdoła utrzymać broń, gdy jej serce zacznie bić po niewłaściwej stronie prawa?
Powieść jednego z najpopularniejszych pisarzy PRL - w sam raz dla miłośników kryminałów retro.
Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów, z których pochodzi.
PRL kryminalnie
PRL kryminalnie - seria składająca się z powieści milicyjnych najbardziej poczytnych autorek i autorów czasów PRL.
Zygmunt Zeydler-Zborowski (1911-2000) – znany z kryminałów PRL z majorem Downarem w roli głównej. Pochowany na warszawskich Powązkach.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 162
Zygmunt Zeydler-Zborowski
Saga
To tylko kobieta
Zdjęcia na okładce: Shutterstock
Copyright © 2013, 2025 Zygmunt Zeydler-Zborowski i Saga Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788727277745
1. Wydanie w formie e-booka
Format: EPUB 3.0
Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.
Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów z których pochodzi.
www.sagaegmont.com
Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 55 milionów złotych.
Vognmagergade 11, 2, 1120 København K, Dania
– Trzeba dać odetchnąć szkapom – Bersson spojrzał ze złością na czarną od potu szyję konia. – Przeklęte bydlaki – warknął przez zaciśnięte zęby. – Nie rozumiem, jak można policji dawać takie trupy.
Kate ściągnęła swego wierzchowca.
– Ben ma rację. Musimy odpocząć, inaczej konie nam padną.
Zeskoczyła zwinnie z siodła i odpięła popręgi. Była wysoka, smukła, dość szeroka w ramionach. Twarz miała śniadą, mocno zarysowaną, opaloną od słońca i stepowych wiatrów. Kapelusz z szerokim rondem ociemniał dumne, wypukłe czoło. Cała postać tchnęła energią i niemal męską przedsiębiorczością. Policyjny mundur dodawał jej powagi, a dwa ciężkie rewolwery wiszące u pasa nakazywały bezwzględny posłuch i szacunek. Otrzepała spodnie z kurzu i chłodno spojrzała na swych towarzyszy.
– Puśćcie konie na trawę i zaczekajcie tu na mnie – rozkazała krótko. Wspięła się szybko na pobliskie wzgórze i przez polową lunetę obserwowała pilnie okolicę.
Ben Karton, duże ciężkie chłopisko o czerwonej przekrwionej twarzy i małych, wiecznie zaropiałych oczach, zdjął kurtkę i otarł rękawem koszuli spocone czoło.
– Do diabła – zaklął pod nosem. – Nie zdarzyło mi się jeszcze słuchać rozkazów dziewczyny.
Bersson uśmiechnął się. Jego brązowa, pociągła twarz miała w sobie cechy ukrytej ironii. Szerokie bary i mocny, muskularny kark dziwnie kontrastowały z małą, delikatną głową.
– Nie denerwuj się, przyjacielu – powiedział zdejmując siodło z mustanga i wycierając derką mokry grzbiet zwierzęcia. – Kate to nie zwyczajna dziewczyna. Dałaby radę dziesięciu takim jak ty. Słyszałeś chyba jak nakryła bandę „Niebieskiego Roberta”. Powtarzam ci, że to nie jest taka sobie zwyczajna dziewczyna. Nie darmo dosłużyła się już rangi porucznika. Ma dobrą głowę na karku, a z rewolweru strzela nie gorzej od naszego szeryfa.
Ben niechętnie wzruszył ramionami.
– Baba powinna domu pilnować, a nie uganiać się za bandytami – mruknął pod nosem. – Nie rozumiem, jak można przyjmować kobiety do policji. Dawniej tego nie było. – Splunął przez zęby i pracowicie począł masować pędny swemu wierzchowcowi. – Zupełnie tak, jakby już brakowało mężczyzn. Wszystko to jest...
– Cicho – syknął Bersson. – Nadchodzi.
Karton szybko podniósł oczy. Zza zakrętu, na wąskiej wyboistej ścieżce ukazała się nagle zgrabna postać dziewczyny. Zdjęła kapelusz i fala gęstych ciemnokasztanowych włosów obramowała jej poważną twarz, nadając całej postaci wiele kobiecego wdzięku, pomimo zimnych stalowych blasków, czających się na dnie dużych, błękitnych oczu. Zbliżyła się do policjantów i siadła na płaskim, szarym kamieniu.
– Musimy go mieć przed nocą – powiedziała stanowczo. – Nie pozwolę wam, chłopcy, długo odpoczywać.
– Nie chodzi o nas – mruknął Ben. – Aby tylko konie wytrzymały.
– Przecież i jego koń musi już mieć dosyć tej piekielnej jazdy.
Bersson potrząsnął głową w zamyśleniu.
– Ten łotr ma nie byle jakiego wierzchowca – powiedział cicho.
– Ja liczę tylko na twój karabin, Ben. Przecież umiesz się z nim nieźle obchodzić.
Gruby policjant z uśmiechem pogładził lśniącą lufę.
– Niech mi się tylko ten ptaszek pokaże na strzał – rzucił groźnie.
– Wolałabym go dostać żywym – zauważyła Kate. – Musi mieć wspólników.
– Wystarczy jak mu wsadzimy trochę ołowiu między żebra – mruknął Bersson.
Umilkli. Dwaj mężczyźni wyciągnęli się w cieniu i wypoczywali z przymkniętymi oczami. Kate patrzyła w zamyśleniu przed siebie. Na lewo w dole rozciągała się niezmierzona dolina, szumiąca bujną zielenią. Jaskrawy błękit nieba muskał radosnym spojrzeniem gęstą wybujałą trawę, ponad którą unosiły się ogromne jastrzębie w poszukiwaniu żeru. Łagodny wiatr kołysał rozgrzanym w słońcu powietrzem. Przed nimi, trochę na prawo, zaczynał się kraj dziki i skalisty. Wąska kamienista ścieżka wiodła ku zdradliwym przełęczom i niezbadanym przez nikogo kanionom. Szare, ponure głazy znaczyły szlaki kozic i niedźwiedzi. W oddali zamglone kontury skalnych urwisk zdawały się w swym milczącym bezruchu kryć tajemnicę orlich gniazd. Ku tym to niedostępnym stronom uchodził morderca pułkownika Mallaya, Dan Randall, postrach okolicy.
Dziewczyna przygryzła świeże pąsowe wargi i niecierpliwie uderzyła szpicrutą po cholewach. Nigdy jeszcze tak bardzo nie pragnęła zwycięstwa jak tym razem. Wiedziała, że ma przed sobą groźnego przeciwnika i zdawała sobie doskonale sprawę z tego, że ze strony szeryfa był to ogromny dowód zaufania, iż właśnie jej powierzył schwytanie tego łotra. Nie mogła zawieść owego zaufania, nie mogła skompromitować się przed całą okolicą. Choćby nawet miała pozostawić za sobą tych niezdarnych policjantów i ruszyć sama na swej wiatronogiej Rusałce. Jakiegokolwiek miał konia ten krwawy łotr, Rusałka musi go dopędzić. A potem... Drobna, muskularna dłoń spoczęła mimo woli na kolbie rewolweru. Da sobie radę. Nie ma obawy.
Wstała i podeszła do towarzyszy.
– Jedziemy – rzuciła zdecydowanie, podnosząc siodło z ziemi. Policjanci podnieśli się ociężale i ruszyli do koni. Po chwili mały oddziałek był gotowy do drogi. Za zakrętem rozpostarła się wolniejsza przestrzeń i jeźdźcy zmusili konie do szybszego biegu. Kate cwałowała pierwsza puściwszy wolno wodze swej zwinnej, rasowej klaczy. Bersson i Karton poganiali mustangi długimi rzemieniami. Żwir i drobne kamienie tryskały spod rozpędzonych kopyt. Wiatr smagał twarze pochylone nad końskimi grzbietami. Rumaki, wyciągnąwszy szyje i położywszy uszy po sobie, gnały przed sobie. Słychać było wyraźnie zdyszaną pracę potężnych, zmęczonych płuc. Nozdrza rozwarły sią szeroko, oczy nabiegły krwią. Kate czuła, że nawet niestrudzona Rusałka nie stąpa już tak pewnie i mocno jak zazwyczaj. Co będzie, jeśli konie padną?
Dogodny teren skończył się bardzo prędko i znowu trzeba się było piąć w górę po kamienistych wykrotach. Konie posuwały się teraz powoli, stawiając ostrożnie nogi i chrapiąc trwożliwie na widok niebezpiecznych dziur i rozpadlin. Tutaj krępe mustangi policjantów czuły się o wiele pewniej i bezpieczniej, aniżeli trwożliwa, gorąca klacz Kate, która podrzucała nerwowo kształtnym łbem i rżała niespokojnie, rozdymając różowe, szlachetne chrapy.
– Diabelna droga – mruczał ze złością Karton. – Daj Boże, abyśmy tu sobie łbów nie porozbijali na tych wertepach.
Bersson poprawił się w siodle.
– Uważaj Ben, żebyś nie zgubił karabinu – powiedział spokojnie. – Nie miałbyś okazji zapolować na grubego zwierza.
Gruby policjant zarechotał w odpowiedzi.
Kręta ścieżka pięła się nieustannie pod górę. Kamienie strącane końskimi kopytami z głuchym dudnieniem staczały się w przepaść. Miejscami, gdzie grunt był miększy, widać było wyraźne, świeże ślady. Nie ulegało wątpliwości, że ścigany jeździec przejeżdżał tędy niedawno. Nowa otucha wstąpiła w serca policjantów. Może się uda. Może ich wysiłki nie pójdą na marne.
Nagle jadąca przodem Kate ściągnęła cugle i wyciągnęła rękę.
– Patrzcie tam, tam – zawołała nerwowo.
Bersson uniósł się w strzemionach i osłonił dłonią oczy. Po przeciwległej stronie ogromnego kanionu piął się po stromej ścianie samotny jeździec. Odległość jednakże była tak znaczna, że trudno było rozeznać maść konia.
– Proszę. Niech mi pani poda lunetę – powiedział policjant. Przyłożył szkła do oczu i patrzył uważnie. – Tak to on, to on! – zawołał triumfalnie. – Poznaję konia. No, Ben, jeżeli nie strącisz tego hultaja, będę cię do końca życia uważał za skończonego niedołęgę. Dalej, bierz karabin.
Karton flegmatycznie zsiadł z mustanga i odpiął broń od siodła.
– Może jednakże zdołamy go dopędzić – rzuciła bez większego przekonania Kate.
Bersson wzruszył ramionami.
– Nonsens. Nie ma chwili do stracenia. Jeżeli dostanie się do przełęczy, zginie nam na zawsze z oczu. Strzelaj, Ben.
Policjant oparł karabin o wystający głaz i mierzył starannie. Był świetnym strzelcem górskim, znanym na całym pograniczu i nie chciał narażać na szwank swej sławy. Huknął strzał. Koń wspinający się pracowicie ku przełęczy skoczył w górę i padł nieruchomo.
– Mamy go! – wrzasnął Bersson i nie zważając na nic skierował swego mustanga w głąb kanionu.
Trzeba było świetnych jeźdźców, żeby zjechać w dół po niemal prostopadłej ścianie. Konie zsunęły się na zadach, trąc ogonami po spadających kamieniach. Niebawem znaleźli się na dnie wilgotnej, chłodnej przepaści i ruszyli pośpieszne w górę.
Strzał Bena był rzeczywiście celny. Piękny, gniady wierzchowiec leżał bez ruchu, a z rozwartych szeroko nozdrzy buchała gęsta, purpurowa krew. O parę kroków dalej widniała nieruchoma postać mężczyzny, leżącego twarzą do nagrzanych słońcem kamieni.
– Trafiłeś konia – mruknął z niezadowoleniem Bersson i dobywszy błyskawicznie rewolweru, skierował lufę na leżącego. W tej chwili Kate silnym uderzeniem wytrąciła broń z ręki policjanta.
– Oszaleliście sierżancie! – zawołała gniewnie. – Chcecie strzelać do nieprzytomnego człowieka?
Bersson zmieszał się trochę.
– Nie miałem zamiaru strzelać – warknął niechętnie. – Ale z takim ptaszkiem nie zawadzi mieć broń w pogotowiu. Nigdy nie wiadomo.
– Odwróć go – rozkazała dziewczyna, zwracając się do Bena. Policjant pochylił się nad leżącym mężczyzną i stęknąwszy ułożył go na wznak. Stalowe spojrzenie Kate padło na pociągłą, pobladłą twarz, wyniosłe czoło i gęstą, ciemną czuprynę. Ze zranionej głowy płynęła wąskim strumieniem krew, krzepnąca rdzawym strupem we włosach. W całej, bezwładnie leżącej szczupłej postaci było coś niezwykle chłopięcego. Delikatnie wykrojone, niemal kobiece usta, lekko rozchylone, zdawały się coś szeptać.
– Daj mu wódki – mruknął Bersson.
Karton wyjął z kieszeni płaską manierkę i przytknął ją do warg leżącego. Randall zakrztusił się gwałtownie i kaszląc otworzył oczy. W pierwszej chwili błądził nieprzytomnym spojrzeniem po twarzach obecnych, jakby nie rozumiejąc gdzie jest i co się z nim dzieje. Lecz zaraz zerwał się energicznie i sięgnął do rewolweru.
– Spokojnie, spokojnie, przyjacielu – powiedział z uśmiechem Ben. – Nie zastrzelisz już nikogo. Szkoda fatygi.
Pomógł mu podnieść się z ziemi i Bersson wprawnym ruchem założył jeńcowi kajdanki.
– All right – powiedział lakonicznie. – Wracamy.
Mały oddział począł się ostrożnie spuszczać po stromym zboczu. Przodem szedł Bersson, prowadząc swego mustanga, za nim postępował skuty Randall. Pochód zamykała Kate z Kartonem, który pocił się bardzo i co chwila ocierał czerwoną twarz wielką granatową chustką.
Kate z pewnym zdziwieniem obserwowała wysoką postać bandyty stąpającego pewnie i swobodnie tuż przed nią. Inaczej wyobrażała sobie mordercę pułkownika Mallaya. Dan Randall był wysmukły, raczej szczupły, ale nie robił wrażenia wątłego. Ruchy miał elastyczne, sprężyste, nacechowane pewną zwierzęcą zwinnością, a pod skórzaną bluzą wyczuwało się instynktownie stalowe mięśnie. Głowę miał kształtną i tak osadzoną na muskularnej szyi, że całej postaci nadawała charakter szlachetnej dumy. Szedł spokojnie po kamienistej ścieżce i pomimo skutych rąk poruszał się lekko i bez najmniejszej trudności. Patrzącej na niego z tyłu Kate wydawało się chwilami, że ma przed sobą beztroskiego młodzieńca wałęsającego się swobodnie po ulicach Chicago.
Gdy znaleźli się u podnóża gór, słońce już straciło blask i rozsiewając snopy złotych iskier po spokojnym błękicie gasło z wolna, pozostawiając jedynie po sobie wspomnienie upalnego dnia. Chłód głębokiego kanionu stawał się przykry i dokuczliwy. Spoza szarych, ponurych skał wypełzały coraz śmielej wieczorne cienie, które kładły się smutnym mrokiem na wilgotnej trawie i gęstych, kolczastych krzakach. Gdzieś niedaleko wrzasnął jakiś niewidoczny ptak i z ciężkim łomotem skrzydeł poderwał się z zarośli.
– Musimy tu zanocować – powiedziała Kate, zatrzymując klacz. – Nie możemy ryzykować jazdy przez te wertepy.
Karton splunął i rozejrzał się dokoła.
– Paskudna dziura – mruknął, a jego ogromnym ciałem wstrząsnął nagły dreszcz. – Wcale bym się nie dziwił, gdyby tu diabeł obrał sobie siedlisko.
Rozkulbaczyli konie i policjanci zabrali się żwawo do rozpalania ogniska. Niebawem wesoły płomień począł lizać ochoczo wyschnięty jałowiec. Bersson podszedł do stojącego przy ognisku więźnia.
– No braciszku – powiedział brutalnie – siadaj na tym pniaku. Stanie mogłoby cię zmęczyć, a żebyś nie miał chęci na nocne spacery, to zaraz temu zaradzimy.
Odpiął lasso od siodła i zręcznie skrępował Randallowi nogi. Chłopak milczał patrząc w ogień i tylko w jego dużych orzechowych oczach zamigotało coś jakby szyderstwo. Kate, stojąca opodal, zauważyła to i ściągnęła brwi.
Ben zręcznie otworzył puszki z fasolą i przełykając ślinę zabrał się z zapałem do przygotowywania pożywienia. Bersson gromadził koło ogniska zapas suchych gałęzi.
Kate wyszukała pod skałami małe źródło i napełniwszy wodą sporą blaszankę ustawiła ją nad ogniem, chcąc ugotować kawę. Pomimo odniesionego sukcesu dziewczyna była chmurna i od czasu do czasu obrzucała więźnia niechętnym spojrzeniem. Ten zbrodniarz o twarzy niewinnego chłopca bardzo ją drażnił. O wiele bardziej wołałaby, aby morderca pułkownika miał wygląd typowego przestępcy, jakiego nieraz zdarzyło się jej spotkać na swej drodze. Inteligentna i niespodziewanie pogodna twarz tego chłopaka denerwowała ją w niezwykły sposób. Nie była w stanie oprzeć się wrażeniu, że Dan Randall niczym nie przypominał zawodowego zbira. Mimo woli zjawiała się myśl, czy to możliwe, aby ten zgrabny, o sympatycznej powierzchowności młodzieniec był w stanie popełnić te wszystkie zbrodnie, które mu przypisywano. Nie było jednakże wątpliwości. Randall zamordował w celach rabunkowych pułkownika Mallaya, człowieka spokojnego i ogólnie szanowanego w całej okolicy. Świadkiem tej zbrodni był sam sierżant Bersson, jeden z najaktywniejszych członków policji. Czyż w tych warunkach można było mieć jakiekolwiek złudzenia co do tych marzycielsko zamyślonych, wielkich oczu patrzących spokojnie w płonące ognisko. Szubrawiec, podły morderca. Bersson miał rację, że to niebezpieczny ptaszek. Z taką powierzchownością można zmylić czujność najlepszego psychologa. Kate złamała z trzaskiem grubą gałązkę i rzuciła ją w ogień.
– Miss Thompson, kolacja gotowa – oznajmił triumfalnie Karton.
Dziewczyna w zamyśleniu wyciągnęła rękę po porcję gorącej fasoli.
– Zaraz będzie kawa – powiedziała, jakby się usprawiedliwiając, że nie zajęła się posiłkiem.
Jedli w milczeniu, tylko od czasu do czasu Bersson rzucał baczne spojrzenie w kierunku więźnia. Randall siedział bez ruchu, pogwizdując cicho i zdając się nie zwracać najmniejszej uwagi na swych przymusowych opiekunów. Opodal spętane konie z charakterystycznym chrzęstem skubały trawę.
Zaspokoiwszy głód, Kate kazała nakarmić jeńca i poczęła przygotowywać sobie legowisko w pobliżu ognia. Była bardzo zmęczona. Dzisiejsza jazda była rzeczywiście zabójcza. Taki pościg mógł zwalić z nóg nawet najtęższego mężczyznę. Była przyzwyczajona do przebywania całymi dniami w siodle, ale tym razem czuła w całym ciele druzgocące zmęczenie. Nie lubiła się z takimi rzeczami zdradzać przed towarzyszami, wiedziała jednak, że musi przespać się choć parę godzin. Wyciągnęła się na posłaniu z mchu i suchych liści i przymknęła oczy, wsłuchana w delikatny szelest palącego się ogniska. Randall otrzymał do przykrycia grubą derkę. Bersson i Karton mieli czuwać na zmianę.
– Słuchaj no, Ben – powiedział cicho sierżant, spoglądając na nieruchomą postać Dana. – Pamiętaj, gdyby ten ptaszek próbował w czasie drogi ucieczki, strzelaj prosto w łeb. Pamiętaj.
– All right, all right – odburknął sennie policjant. – Wiem o tym dobrze. Nie potrzebujesz mi przypominać.
Owinął się w koc i po chwili już chrapał potężnie. Przy ognisku pozostał sam Bersson i zapaliwszy papierosa popadł w głęboką zadumę. Wielka szara sowa przeleciała cicho pomiędzy skałami i zniknęła jak zjawa. Ponad dzikim kanionem zawisła nieruchomo cisza nocy.
*
Różowy świt zastał sierżanta drzemiącego z głową opartą o kolana. Przez całą noc nie budził towarzysza na zmianę warty. Posiadał niespożyte siły i krótki sen stawiał go z powrotem na nogi. Mimo iż oczy miał zamknięte, był czujny na każdy szelest i nie było chyba na świecie człowieka, który by go potrafił zaskoczyć.
Z wolna mroki nocy rozpływały się w narastającym stopniowo blasku i szare drzemiące głazy wyłaniały się z ciemności, znacząc swymi ostrymi konturami drogę nadchodzącego, nowego dnia.
Gdy nad przepastnym kanionem powstał zgiełk czerwonych promieni, Kate przetarła oczy i przeciągnąwszy zesztywniałe kości podniosła się z posłania.
– Czas w drogę – powiedziała, spoglądając na niebo. – Zdaje się, że znowu dziś będzie upał.
Ben dmuchał potężnie w wygasłe ognisko, starając się przy pomocy zeschłej trawy ożywić wątłe iskierki. Bersson schwytał swego mustanga i zdjął mu pęta. Nagle sierżant wyprostował się i natężył słuch.
– Słyszycie? – zawołał zdziwiony. – Słyszycie? Co to może być?
Ben przestał dmuchać w popiół, Kate podniosła bacznie głowę.
– Coś szumi. Chyba woda. To przecież nie może być wiatr – powiedziała niespokojnie dziewczyna.
– Tak, to rzeka – odezwał się niespodziewanie Randall, który od dłuższego czasu nadsłuchiwał pilnie. – Na pewno rzeka.
Bersson wzruszył ramionami.
– Głupstwo – burknął niechętnie. – Rzekę zostawiliśmy o dwadzieścia mil drogi. Nie możemy jej słyszeć.
– Więc co to może być?
– Diabli wiedzą. Musimy wyjechać z tej dziury to się zorientujemy.
W milczeniu zjedli śniadanie i poczęli pośpiesznie siodłać konie. Wszyscy byli bardzo zaniepokojeni. Jedynie Randall spoglądał przed siebie obojętnym i zdawać by się mogło trochę znudzonym wzrokiem.
Po upływie niecałej godziny mały oddział począł piąć się pośpiesznie w górę, prowadząc za sobą konie. Wypoczęte wierzchowce rzucały łbami i parskały wesoło. Mroczny kanion pozostał niebawem daleko w dole. Jasne promienie pogodnego słońca zapowiadały długi upalny dzień.
Kate pierwsza dotarła do szczytu wyniosłego wzgórza, z którego rozpościerał się rozległy widok na jaśniejącą w blasku poranka dolinę. Wyprostowała się w siodle i przyłożyła do oczu lunetę.
– Patrzcie sierżancie, patrzcie. To naprawdę rzeka – zawołała gwałtownie zwracając się do nadjeżdżającego wolno policjanta. Bersson pochwycił szybko lunetę.
– Do wszystkich diabłów – zaklął głośno. – Rzeka wali doliną. Wylew. Powódź. Niebywała powódź. Niech to licho porwie. Jesteśmy odcięci.
Zbliżył się Karton, prowadząc skutego Randalla.
– Co się stało? – spytał, widząc podniecenie towarzyszy.
Sierżant niecierpliwie strzepnął palcami. Na jego twarzy malował się niepokój.
– Rzeka wylała na olbrzymiej przestrzeni. Woda nieustannie się podnosi. Nie możemy wracać. Jesteśmy odcięci. Żeby to pioruny.
– Co robimy?
– A cholera wie? Bądź tu mądry. – Gruby policjant flegmatycznie podrapał się za uchem. – To rzeczywiście paskudna sytuacja – mruknął, klepiąc w zamyśleniu swego mustanga po szyi. – Co tu robić?
– Czy mógłbym pana prosić o papierosa? – powiedział nagle bardzo uprzejmie Randall.
Karton żachnął się gwałtownie.
– A idźże do wszystkich diabłów z twoim papierosem! Zachciało mu się palić właśnie w tej chwili.
– Przepraszam – mruknął więzień i zmrużywszy oczy popatrzył w dolinę.
– Mam myśl – zawołała nagle Kate, uspokoiwszy denerwującą się klacz. – Musimy zawrócić i dojechać do rancza Norssa. To jedyne możliwe wyjście z sytuacji.
Bersson pokręcił głową z powątpiewaniem.
– I co dalej? – rzucił pytanie.
– Norss ma łodzie, o ile mi wiadomo. W najgorszym razie zostawimy u niego konie i ruszymy wodą. Nie wygląda bowiem na to, żeby ta historia miała się prędko skończyć.
– Niech i tak będzie – zgodził się sierżant i dosiadł mustanga.
Zjechali ostrożnie w dół i wydostali się na względnie równy teren ciągnący się szerokim pasem popod wzgórzami. Bersson wziął przed siebie na konia jeńca i ruszyli galopem. Konie nabrawszy nowych sił cwałowały z ochotą. Kate siedząca na ścigłej klaczy wyprzedziła szybko mustangi i musiała hamować zapał Rusałki. Wierzchowce policjantów szły równym, choć niezbyt szybkim galopem. Karton pokrzykiwał od czasu do czasu zachęcając swego bieguna. Bersson pochylił się w siodle, uważając bacznie na siedzącego przed nim Randalla. Czuł się niezwykle podniecony i zdenerwowany.
Niebawem grunt stał się znowu kamienisty i jeźdźcy musieli zwolnić biegu. Kate wstrzymała klacz i zrównała się z towarzyszami.
– Wydaje mi się, że za tamtym lasem na horyzoncie znajduje się ranczo Norssa – powiedziała, wyciągnąwszy rękę.
– Tak – odparł Bersson. – Za niecałe dwie godziny powinniśmy być na miejscu.
– Dawno nie byłam w tych stronach. Nie wiem, czy zastaniemy Norssa.
– Pewnie. Gdzieżby się miał podziać. Pilnuje gospodarstwa.
Zatrzymali się na chwilę i Bersson z Randallem przesiedli się na konia Kartona. Mustang sierżanta zarżał wesoło, poczuwszy mniejszy ciężar na swym grzbiecie. Klacz Kate rzucała niecierpliwie łbem i grzebała nogą ziemię.
– Jak to się śpieszy tej kobyle – uśmiechnął się Ben. Kate poklepała Rusałkę po szyi.
– Odpoczęła przez noc, to zaraz inaczej idzie. Nie trzeba jej poganiać.
Ruszyli dalej wyciągniętym kłusem. Konie stąpały pewnie po twardej drodze, prychając raźno. Szarawy tuman kurzu wzniecony kopytami osiadał leniwie na pobliskich krzakach. Słońce płonęło jakimś niepewnym blaskiem, przesłonięte mleczną mgiełką. Na nieskazitelnym błękicie nieba poczęły się pojawiać niespodziewanie coraz to nowe obłoki.
– Pogoda się psuje – zauważył Karton, zrównawszy swego mustanga z wierzchowcem sierżanta.
– Uhm – odburknął Bersson, który nie miał ochoty na pogawędki.
– Ciągle szumi, psiakrew.
– A szumi.
– Żeby tylko nie zalało rancza Norssa.
– Nie ma strachu.
Randall przez cały czas nie odezwał się ani słowem. Siedział lekko na mustangu przed Berssonem i robił wrażenie człowieka zrezygnowanego i obojętnego na wszystko. Tylko od czasu do czasu duże, aksamitne oczy zapalały się niebezpiecznymi blaskami, które mogłyby były zaniepokoić sierżanta. Może chłopak myślał o utraconej wolności, a może przypominał sobie swego wspaniałego wierzchowca, który pozostał na stromym zboczu w kałuży purpurowej krwi. Kartona intrygował trochę milczący jeniec i gdy zwolnił na chwilę, żeby dać wytchnąć koniom, podsunął się bliżej i podał chłopakowi papierosa.
– Masz. Zapal sobie – powiedział, chcąc nawiązać rozmowę i zaspokoić swą ciekawość. Dan spojrzał chłodno na policjanta.
– Dziękuję. Nie będę palić – odparł krótko.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
