Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 2002 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka TO - Stephen King

Najbardziej przerażająca ze wszystkich powieści Stephena Kinga!

Ciebie tez pochłonie TO

Derry w stanie Maine TO miejsce ledwie widoczne na mapie. Dochodzi tu do wyjątkowej eskalacji zbrodni, okrutnych morderstw, gwałtów i tajemniczych wypadków. W kanałach miasteczka zalęgło się TO. Bliżej nieokreślone, przybiera najróżniejsze postaci – klauna, ogromnego ptaszyska, głosu w rurach. Poluje na dzieci. Tylko dzieci potrafią dostrzec TO. I dlatego właśnie one stają do walki z potworem.

Mija dwadzieścia kilka lat i TO powraca. Dzieci są już dorosłymi, ale muszą odnaleźć w sobie dziecięcą wiarę, lojalność i odwagę, by skutecznie stawić mu czoła.

Ekranizacja powieści w kinach od 5 września 2017!

Opinie o ebooku TO - Stephen King

Fragment ebooka TO - Stephen King

O książce

NAJBARDZIEJ PRZERAŻAJĄCA POWIEŚĆ KRÓLA GROZY.DOCENIONA PRZEZ MILIONY CZYTELNIKÓW NA CAŁYM ŚWIECIE.

A czy ty odważysz się sięgnąć po balonik…?

Derry w stanie Maine, miejsce ledwie widoczne na mapie. Dochodzi tu do wyjątkowej eskalacji zbrodni, okrutnych morderstw, gwałtów i tajemniczych wypadków.

W kanałach miasteczka zalęgło się To. Bliżej nieokreślone, przybiera najróżniejsze postacie – klauna, ogromnego ptaszyska, głosu w rurach. Poluje na dzieci. I tylko dzieci potrafią dostrzec To. Dlatego właśnie one stają do walki z potworem.

Mija dwadzieścia kilka lat i To powraca. Dzieci są już dorosłymi, ale muszą odnaleźć w sobie dziecięcą wiarę, lojalność i odwagę, by skutecznie stawić mu czoła.

STEPHEN KING

Wybitny amerykański pisarz, nazywany Królem Horroru, został w 2003 r. uhonorowany prestiżową nagrodą literacką National Book, a w 2015 r. odebrał z rąk prezydenta USA National Medal of Arts. Światową sławę przyniosła mu powieść Carrie. Kolejne utwory – powieści, opowiadania i komiksy – opublikowano w setkach milionów egzemplarzy i przełożono na kilkadziesiąt języków. Są wśród nich tak znane książki jak: Lśnienie, Sklepik z marzeniami, Bastion, Zielona Mila, Dolores Claiborne, Komórka, Uciekinier, Czarna bezgwiezdna noc, To, Cujo i ośmiotomowy cykl fantasy Mroczna Wieża, na podstawie którego powstał film z Matthew McConaugheyem i Idrisem Elbą w rolach głównych. Wielbiciele Kinga z niecierpliwością czekają także na ekranizację jednej z jego kultowych powieści, To, którą od września 2017 r. można oglądać na ekranach kin.

Pod pseudonimem Richard Bachman King opublikował siedem powieści.

Stephen King wciąż szuka nowych wyzwań – w ostatnich latach napisał trylogię kryminalną z detektywem Billem Hodgesem, do której należą książki: Pan Mercedes, Znalezione nie kradzione i Koniec warty.

stephenking.com

Tego autora w Wydawnictwie Albatros

ROSE MADDERDOLORES CLAIBORNEGRA GERALDADESPERACJAREGULATORZYSKLEPIK Z MARZENIAMIBEZSENNOŚĆZIELONA MILAMARZENIA I KOSZMARYKOMÓRKACZTERY PO PÓŁNOCYCHUDSZYTOBASTIONOCZY SMOKAPO ZACHODZIE SŁOŃCACZTERY PORY ROKUUCIEKINIERCZARNA BEZGWIEZDNA NOCCUJOPODPALACZKAROK WILKOŁAKAMROCZNA POŁOWAWOREK KOŚCIDZIEWCZYNA, KTÓRA KOCHAŁATOMA GORDONANOCNA ZMIANAŁOWCA SNÓWOSTATNI BASTION BARTA DAWESABLAZETrylogia PAN MERCEDESPAN MERCEDESZNALEZIONE NIE KRADZIONEKONIEC WARTYMROCZNA WIEŻAROLAND(oraz SIOSTRZYCZKI Z ELURII)POWOŁANIE TRÓJKIZIEMIE JAŁOWECZARNOKSIĘŻNIK I KRYSZTAŁWIATR PRZEZ DZIURKĘ OD KLUCZAWILKI Z CALLAPIEŚŃ SUSANNAHMROCZNA WIEŻAPowieści graficzne MROCZNA WIEŻANARODZINY REWOLWEROWCADŁUGA DROGA DO DOMUZDRADAUPADEK GILEADBITWA O JERICHO HILLPOCZĄTEK PODRÓŻYSIOSTRZYCZKI Z ELURIIBITWA O TULLPRZYDROŻNY ZAJAZDCZŁOWIEK W CZERNIWyłącznie jako audiobook i e-bookStephen King, Joe HillW WYSOKIEJ TRAWIEStephen King, Stewart O’NanTWARZ W TŁUMIEWkrótceStephen King, Richard ChizmarPUDEŁKO Z GUZIKAMI GWENDY

Tytuł oryginału:IT

Copyright © Stephen King 1986All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2017

Polish translation copyright © Robert Lipski 2009

Redakcja: Jacek Ring

Opracowanie graficzne okładki: Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

ISBN 978-83-6578-178-9

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.(dawniej Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.)Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em.eu

Dedykuję tę książkę moim dzieciom:

NAOMI RACHELJOSEPHOWI HILLSTROMOWIOWENOWI PHILIPOWI

Moja matka i żona nauczyły mnie, jak być mężczyzną.Dzieci nauczyły mnie, jak być wolnym.

Dzieci, fikcja to prawda ukryta w jądrze kłamstwa,a prawdę tę można wyrazić bardzo prosto: magia istnieje.

S.K.

To stare miasto było tu, odkąd sięgam pamięcią,I pozostanie, nawet kiedy mnie już zabraknie,East Side, West Side, rozejrzyj się uważnie wokoło,Gryziesz ziemię od spodu, ale to nic,Bo jesteś teraz cząstką moich kości.

The Michael Stanley Band

Stary druhu, czego szukasz?Wróciłeś po tylu latachw poszukiwaniu ułudy, którą hołubiłeśpod obcym nieboskłonemz dala od swego rodzinnego kraju.

George Seferis

Z błękitu w czerń.

Neil Young

CZĘŚĆ IPOPRZEDZAJĄCE CIENIE

Zaczęli!Osiągane są istne szczyty doskonałościKwiat rozkłada w słońcu swe kolorowepłatki szerokoAle języczek pszczoły ich nie dotykaPogrążają się na powrót w ile, krzyczącMożesz nazwać krzykiem toco je wówczas ogarniaowe dreszczeprzeszywające jekiedy więdną i zanikają

William Carlos Williams, Paterson

Urodzony w Mieście Umarłego

Bruce Springsteen

ROZDZIAŁ 1Po powodzi (1957)

1

Z tego, co wiem, koszmar, który nie miał się zakończyć przez całe dwadzieścia osiem lat (jeżeli w ogóle się skończył), zaczął się od małej łódki zrobionej z gazety i puszczonej w rynsztoku. Okręcik zakołysał się na wodzie, uniósł się, ominął dzielnie zdradzieckie wiry i kontynuował swój rejs przez Witcham Street w stronę świateł przy skrzyżowaniu Witcham i Jackson. Tego jesiennego popołudnia 1957 roku światła na skrzyżowaniu oraz te w domach były wyłączone. Padało przez cały tydzień, a dwa dni temu do ulewy dołączyła jeszcze silna wichura. Od tej pory w większej części Derry zabrakło światła i jak dotąd stan ten się nie zmienił.

Mały chłopiec w żółtej kurtce i czerwonych kaloszach biegł radośnie obok gazetowego okręcika. Deszcz nie przestał padać, ale nieco osłabł. Nareszcie. Wielkie krople bębniły w żółty kaptur nieprzemakalnej kurtki chłopca, a odgłos ten przypominał mu dudnienie deszczu o dach szopy… Lubił ten dźwięk. Chłopiec nazywał się George Denbrough. Miał sześć lat. Jego brat William, znany dzieciom ze szkoły podstawowej w Derry (oraz nauczycielom, którzy jednak nigdy nie zwróciliby się do niego w ten sposób) jako Bill Jąkała, leżał w łóżku, pokasłując, złożony fatalną grypą, która na szczęście powoli zaczynała już mijać. Tej jesieni 1957 roku, osiem miesięcy przed rozpoczęciem prawdziwego koszmaru, dwadzieścia osiem lat przed ostatnią jego odsłoną. Bill miał dziesięć lat.

To Bill zrobił okręcik, obok którego biegł teraz George. Zrobił go, siedząc na łóżku oparty plecami o stos poduszek, podczas gdy ich matka grała w salonie na fortepianie Dla Elizy, a deszcz bębnił nieustannie o szyby okna sypialni. Mniej więcej na wysokości trzech czwartych ulicy w stronę skrzyżowania i wyłączonych świateł Witcham Street była zablokowana dla ruchu przez grudy błota i cztery pomalowane na pomarańczowo drewniane kozły. Na każdym z nich widniał napis: DEPARTAMENT ROBÓT PUBLICZNYCH DERRY. Za nimi można było dostrzec wydobyte z kanałów przez deszcz gałęzie, kamienie i wielkie, lepkie sterty jesiennych liści. Woda z początku poczynała sobie ostrożnie, dopiero na trzeci dzień zaczęła przebierać miarę. Do południa czwartego dnia przez skrzyżowanie Jackson i Witcham zaczęły przepływać odwalone kawałki asfaltu, przypominające maleńkie tratwy pośród strumieni białej, spienionej wody. Do tego czasu wielu ludzi w Derry już opowiadało nerwowe dowcipy o budowie arki. Departament Robót Publicznych zdołał utrzymać Jackson Street otwartą, ale Witcham była nieprzejezdna od kozłów aż do centrum miasta.

Wszyscy jednak zgodnie twierdzili, że najgorsze już minęło. Poziom Kenduskeag w Barrens obniżył się znacznie i sięgał parę cali poniżej cementowych brzegów kanału, przepływając przez centrum miasta. Teraz więc grupka mężczyzn — a pośród nich również Zack Denbrough, ojciec George’a i Billa — zaczęła usuwać worki z piaskiem, którymi dzień wcześniej w pośpiechu obłożono brzegi kanału. Jeszcze wczoraj podwyższenie stanu wód, a co za tym idzie fala powodzi, wydawały się niemal nieuniknione. Bóg wiedział, że to już się przytrafiło w 1931 roku. Katastrofa, która wówczas nastąpiła, kosztowała miliony dolarów i prawie dwa tuziny istnień ludzkich. To było dawno temu, ale wciąż jeszcze żyło sporo ludzi, którzy pamiętali owo wydarzenie wystarczająco dobrze, aby wystraszyć pozostałych. Jedną z ofiar powodzi znaleziono dwadzieścia pięć mil na wschód, w Bucksport. Ryby zeżarły nieszczęśnikowi oczy, trzy palce, penisa oraz większą część lewej stopy. W rękach, a właściwie w tym, co z nich pozostało, ściskał kurczowo kierownicę forda.

Teraz jednak poziom wody opadał, a kiedy w górze rzeki ruszy nowa hydroelektrownia z tamą, problem w ogóle zniknie. Tak w każdym razie twierdził Zack Denbrough, który pracował dla Bangor Hydroelectric. Nie było sensu martwić się przyszłymi powodziami. Należało przetrwać obecną, przywrócić miastu prąd, a potem zapomnieć o wszystkim. W Derry zapominanie o tragediach i katastrofach było nieomal sztuką, o czym Bill Denbrough dowie się z czasem.

George zatrzymał się tuż za drewnianymi kozłami, na skraju głębokiej szczeliny wyrwanej z asfaltowej nawierzchni Witcham Street. Biegła ona niemal dokładnie ukośnie. Kończyła się po drugiej stronie ulicy, nieco na prawo, około czterdziestu stóp w dół wzgórza od miejsca, w którym się teraz znajdował. Roześmiał się w głos — radosny, samotny śmiech dziecka rozjaśnił nieco szarość tego ponurego popołudnia, podczas gdy prąd płynącej wody wprowadził jego papierowy okręcik na serię małych katarakt tworzonych przez wyrwy w asfalcie. Rwąca woda żłobiła kanał, który biegł wzdłuż ukośnej szczeliny, toteż okręcik zaczął przepływać z jednej strony Witcham na drugą, a prąd niósł go tak szybko, że George musiał podbiec, aby za nim nadążyć. Woda bryzgała spod jego kaloszy błotnistymi strumieniami. Ich zapięcia brzęczały radośnie, podczas gdy George Denbrough biegł na spotkanie swojej dziwnej śmierci.

Uczuciem, które go w tej chwili przepełniało, była czysta i prosta miłość do brata, do Billa… miłość i żal, że Bill nie mógł tu być, aby to zobaczyć i stać się tego częścią. Oczywiście spróbuje mu to opisać, kiedy wróci do domu, ale wiedział, że nie zdoła zrobić tego tak obrazowo, jak by to zrobił Bill, gdyby był na jego miejscu. Bill był dobry w czytaniu i pisaniu, ale nawet sześcioletni George wiedział, że jego brat zbierał same piątki nie tylko z tego powodu i nie tylko dlatego, że nauczyciele lubili jego styl. Bill nie dość, że świetnie opowiadał, to na dodatek był doskonałym obserwatorem.

Okręcik przemknął śmiało wzdłuż kanału biegnącego po przekątnej i chociaż zbudowano go ze strony wyrwanej z lokalnej gazety, George wyobrażał sobie, że to prawdziwy okręt marynarki wojennej z jednego z filmów wojennych, które czasami oglądał z Billem na sobotnich seansach filmowych. Z filmu, w którym John Wayne walczył z Japońcami. Spod dziobu okrętu trysnęły strugi wody, kiedy przyspieszył, a potem dotarł do rynsztoka, po lewej stronie Witcham Street. W tym miejscu świeży strumień spływający po wyrwie w asfalcie tworzył spory wir i chłopiec miał wrażenie, że okręcik musi się tu przewrócić i zatonąć. Papierowa jednostka przechyliła się na bok, a kiedy powróciła do pionu, na twarzy George’a pojawił się radosny uśmiech. Okręcik popłynął dalej, w stronę skrzyżowania. George pobiegł za nim. Nad jego głową szumiał październikowy wiatr, przemykając pośród gałęzi drzew niemal całkiem pozbawionych już — wskutek wichury — brzemienia różnokolorowych liści. O tak, w tym roku wiatr był bezwzględnym i surowym żniwiarzem.

2

Siedząc na łóżku, Bill skończył okręcik, ale kiedy George sięgnął po niego, brat odsunął go.

— Teraz daj mi p-p-parafinę.

— Co to jest? Gdzie to jest?

— W p-p-piwnicy n-na d-dole — rzekł Bill. — W p-pudełku z napisem „G-g-gulf”. Przynieś mi to i nóż, i m-miseczkę. I p-pudełko z-z-zapałek.

George posłusznie poszedł po żądane przedmioty. Słyszał, jak matka nadal gra na fortepianie — tym razem nie Dla Elizy, lecz coś, co nie podobało mu się tak bardzo — a deszcz nadal brzdąkał miarowo o szyby. Uważał te odgłosy za przyjemne, ale schodzenie do piwnicy wcale nie było miłe. Ani trochę. Nie lubił piwnicy ani schodzenia do niej po schodach, bo zawsze wyobrażał sobie, że tam, na dole, w ciemnościach, coś na niego czyha. Rzecz jasna, to głupio tak myśleć — co zgodnie twierdzili jego ojciec, matka, a nawet Bill — ale pomimo wszystko… Nie lubił nawet otwierać drzwi, aby włączyć światło, bo zawsze mu się zdawało (a to było już zupełnie irracjonalne, więc nie zwierzył się z tego absolutnie nikomu), że kiedy sięgnie w stronę kontaktu, jakaś potworna, zakończona szponami łapa wciągnie go w tę ciemność cuchnącą kurzem, wilgocią i zapachem gnijących warzyw.

Bzdura! Istoty o palcach zakończonych szponami, pokryte futrem i przepełnione żądzą mordu nie istnieją! Zdarzały się wypadki, kiedy ktoś dostawał ataku morderczego szału i zabijał parę osób — o takich rzeczach opowiadał czasem Chet Huntley w Wiadomościach — no i rzecz jasna istnieli też komuniści, ale w ich piwnicy na pewno nie mieszkał żaden niezwykły i krwiożerczy potwór. Mimo to zawsze było tak samo. W tych trwających bez końca chwilach, kiedy sięgał w stronę kontaktu prawą ręką (lewa zaciskała się kurczowo na framudze), woń z piwnicy zdawała się przybierać na sile i wypełniać cały świat. Zapachy kurzu, wilgoci i dawno zgniłych warzyw mieszały się z sobą, tworząc jedyny w swoim rodzaju odór — odór potwora, apoteozę wszystkich potworów. To była woń czegoś, co nie miało nazwy, woń tego skulonego, przyczajonego w ciemności i gotowego do skoku stwora, który przełknąłby wszystko, ale największą ochotę ma zawsze na świeże dziecięce mięso.

Tego ranka George otworzył drzwi i sięgnął ręką do przełącznika (co trwało w nieskończoność), jak zwykle trzymając się lewą ręką framugi i zaciskając mocno powieki. Koniuszek języka wystawał mu z kącika ust jak usychający korzeń, który szuka wody na pustyni. Zabawne? Pewno. Oczywiście, że tak. Patrzcie na George’a! George boi się ciemności! Smarkacz!

Z pomieszczenia, które ojciec nazywał pokojem, a matka salonem, dochodziły dźwięki fortepianu. Brzmiały jak muzyka z innego, odległego świata. Palce odnalazły włącznik światła. Ach!

Przekręcił go. I nic. Ciemność. Kurczę. Nie ma prądu! George cofnął rękę tak gwałtownie, jakby wsadził ją do koszyka pełnego węży. Uciekł od otwartych drzwi piwnicy, a serce waliło mu w piersi jak oszalałe. Nie było światła — to jasne — zapomniał, że nie było światła. O Jezu! I co teraz? Wrócić i powiedzieć Billowi, że nie znalazł pudełka z parafiną, bo nie ma światła, a poza tym bał się, że coś mogłoby go złapać, gdyby schodził po schodach — coś gorszego niż psychopatyczny morderca czy komuniści — istota o wiele groźniejsza i zabójcza? To coś mogłoby wysunąć swoją oślizgłą, gnijącą część niczym mackę przez szczelinę pomiędzy stopniami schodów i schwycić go za kostkę. Bo przecież mogłoby. A może nie? Inni może by się z tego śmiali, ale nie Bill. Nie on. Bill by się wkurzył. Powiedziałby: „Dorośnij, George… chcesz okręcik czy nie?”.

Jakby w odpowiedzi na jego myśli z sypialni dobiegł głos Billa.

— U-u-umarłeś t-tam, G-george?

— Nie, zaraz przyniosę, Bill — odparł natychmiast.

Zatarł dłońmi ramiona, żeby usunąć z nich gęsią skórkę i żeby znów zrobiły się gładkie.

— Po prostu zatrzymałem się, żeby się napić wody.

— To się p-p-pospiesz!

Zszedł cztery stopnie, serce biło mu w piersi jak młot, włosy zjeżyły się na karku, oczy miał rozszerzone, przepełnione zgrozą, dłonie zimne jak lód, a w głębi duszy czuł, że lada moment drzwi się zamkną, odcinając go od białego światła płynącego z okna kuchni, a potem usłyszy To, coś gorszego niż wszyscy komuniści i mordercy razem wzięci, gorszego niż Japońcy, gorszego niż Hun Attyla, a nawet setka filmów grozy połączonych w jeden.

To ryknie gardłowo — a on usłyszy ten warkot i ryk na parę szalonych sekund przedtem, nim To rzuci się na niego i wypruje mu flaki.

Odór piwnicy był dziś ze względu na powódź gorszy niż kiedykolwiek. Ich dom znajdował się niemal na szczycie wzgórza przy Witcham Street i udało im się dzięki temu uniknąć najgorszego, ale w miejscach, gdzie pośród starych fundamentów nastąpił przeciek, nadal stały kałuże wody. Woń była ostra i nieprzyjemna — tak że musiał oddychać bardzo płytko. George, najszybciej jak mógł, przejrzał stos gratów na półce. Stare pudełka z pastą Kiwi, szmaty do czyszczenia butów, zbita lampa naftowa, prawie pusta butelka windeksa, stara, płaska puszka wosku „Żółw”.

Z jakiegoś powodu ta puszka przykuła jego uwagę i niemal przez pół minuty wpatrywał się jak zahipnotyzowany w wizerunek żółwia na wieczku. Potem odłożył ją na półkę… i wreszcie znalazł małe kwadratowe pudełko z napisem „Gulf”. Schwycił je i pędem wbiegł po schodach, nagle zdając sobie sprawę, że skrawek koszuli wysunął mu się ze spodni, a to może przyczynić się do zguby. Istota z piwnicy pozwoli mu przebyć prawie całą drogę na górę, a potem złapie go za ten skrawek materiału i szarpnie z całej siły do tyłu… Wpadł do kuchni i zatrzasnął za sobą drzwi. Huknęły gwałtownie. Oparł się o nie plecami, miał zamknięte oczy, pot wystąpił mu na ręce i czoło, dłoń zaciskała się kurczowo na pudełku z parafiną. Fortepian ucichł i chłopiec usłyszał głos swojej mamy.

— George, czy mógłbyś następnym razem zamykać drzwi trochę głośniej? Może wtedy uda ci się stłuc parę talerzy w kuchni, tylko musisz się dobrze postarać.

— Przepraszam, mamo! — krzyknął.

— George, ty niezdaro — rzucił Bill ze swojej sypialni. Powiedział to cicho, żeby matka nie mogła go usłyszeć.

George zachichotał. Jego strach zniknął — opuścił go tak łatwo, jak koszmar opuszcza człowieka, który się budzi skostniały i zdyszany, który czuje swoje ciało i rozgląda się wokoło, aby się upewnić, że nic, o czym śnił, nie zdarzyło się naprawdę, a potem z miejsca zaczyna o tym zapominać. Zanim jego stopy dotkną podłogi, niepamięć ogarnia już połowę jego sennej zmory; kiedy wyjdzie spod prysznica i zacznie wycierać się ręcznikiem, dojdzie do trzech czwartych, a zanim skończy śniadanie, zapomni wszystko. Aż do następnego razu, kiedy w uścisku koszmaru przypomni sobie swoje lęki. Ten żółw, zastanawiał się George, podążając w stronę szuflady w szafce, gdzie trzymano zapałki. Gdzie ja wcześniej widziałem tego żółwia?

Ale nie uzyskał odpowiedzi i zbył pytanie milczeniem. Wyjął z szuflady pudełko zapałek, wziął nóż z przegródki (trzymając ostrze przezornie z dala od ciała, tak jak go uczył tata) i małą miseczkę z kredensu w jadalni. Potem udał się z powrotem do sypialni Billa.

— A-ale z ciebie d-dupek, G-george — powiedział Bill łagodnym tonem i odsunął na bok niektóre z przedmiotów i medykamentów znajdujących się na jego nocnym stoliku, pustą szklankę, dzbanek z wodą, chusteczki do nosa, książki, butelkę vicks vapo rub, która towarzyszyła mu zawsze, kiedy był chory albo choćby miał katar. Wiedział, że nigdy nie zapomni tego zapachu. Było tam też radio, stare Philco, ale nie płynęły z niego dźwięki muzyki Chopina czy Bacha, tylko jednej z piosenek Little Richarda… głos był przyciszony i mogło się zdawać, że Little Richard został do reszty obdarty ze swej mocy. Ich matka, która studiowała pianistykę w klasie fortepianu, nie cierpiała rock and rolla. Nie tylko nie lubiła — po prostu go nienawidziła.

— Nie jestem dupkiem — rzekł George, siadając na skraju łóżka Billa i kładąc przyniesione rzeczy na nocnym stoliku.

— Jesteś — odparł Bill — wielkim dupkiem z wielką brązową dziurą. To właśnie ty.

George próbował sobie wyobrazić dzieciaka, który był jedną wielką dupą na nogach, i zachichotał.

— Masz dziurę w tyłku większą niż Augusta — powiedział Bill i też zaczął chichotać.

— A ty większą niż cały stan — odparł George. Później zapanowała blisko dwuminutowa cisza.

Kiedy wreszcie znów zaczęli rozmawiać, mówili szeptem i była to rozmowa, która znaczy bardzo niewiele dla każdego prócz dwóch małych chłopców. Kłócili się, kto jest większym dupkiem, kto ma większy tyłek i bardziej brązową dziurę i tak dalej. W końcu Bill powiedział jedno z zakazanych słów, oskarżając George’a, że jest wielkim zasranym dupkiem, i obaj wybuchnęli radosnym śmiechem. Śmiech Billa zmienił się w kaszel. Kiedy się w końcu uspokoił (a jego twarz — ku przerażeniu George’a — nabrała śliwkowego odcienia), fortepian znów przestał grać. Obaj spojrzeli w kierunku salonu w przekonaniu, że klapa fortepianu lada chwila zostanie zamknięta, a w korytarzu rozlegną się kroki mamy. Bill zakrył usta ręką, tłumiąc kaszel i jednocześnie pokazując w stronę dzbanka. George nalał szklankę wody, a jego brat wypił ją do dna.

Fortepian znów zaczął grać — ponownie Dla Elizy. Bill Jąkała nigdy nie zapomniał tego utworu i nawet po latach wywoływał on u niego gęsią skórkę. W takich chwilach miał wrażenie, że jego serce przestaje bić, i przypominał sobie: Moja matka to grała w dniu, kiedy umarł George.

— Będziesz jeszcze kaszlał, Bill?

— Nie.

Bill wyjął z pudełka chusteczkę higieniczną, chrząknął, splunął w nią flegmą, zmiął ją w kulkę i wrzucił do kosza na śmieci stojącego przy łóżku, w którym znajdowało się już wiele podobnych kulek. Potem otworzył pudełko z parafiną i odwróciwszy je, wyłożył zawartość na dłoń. George przyglądał mu się z uwagą, ale nic nie mówił ani o nic nie pytał. Bill nie lubił, jak brat mu przeszkadzał, ale George wiedział, że jeżeli tylko będzie trzymał język za zębami, brat i tak wszystko mu wyjaśni. Zwykle tak postępował.

Bill odkroił nożem mały kawałek parafiny, włożył go do miseczki, a potem położył na wierzch parafiny zapaloną zapałkę. Obaj chłopcy patrzyli na mały żółty płomyczek, podczas gdy słabnący wiatr raz po raz chłostał deszczem okno.

— Trzeba zaimpregnować okręcik, w przeciwnym razie przesiąknie i zatonie — wyjaśnił Bill.

Kiedy był z George’em, jąkał się rzadko lub wcale. W szkole jednak bywało czasem tak kiepsko, że w ogóle nic nie mógł z siebie wykrztusić. Nie umiejąc się z nim porozumieć, koledzy odchodzili, podczas gdy Bill, ściskając dłońmi krawędź stołu, z twarzą niemal równie czerwoną jak włosy i oczyma zmienionymi w szparki, próbował coś powiedzieć. Nieraz mu się udawało, kiedy indziej zaś ponosił klęskę. Gdy miał trzy lata, został potrącony przez samochód i siła uderzenia rzuciła go na ścianę budynku. Był nieprzytomny przez siedem godzin. Matka powiedziała, że to przez ten wypadek zaczął się jąkać. George czasami miał wrażenie, że ojciec — a nawet sam Bill — w to nie wierzyli.

Kawałek parafiny prawie całkiem się roztopił. Płomień zapałki przygasał, dochodząc do końca kartonowego patyczka, robił się niebieski, aż w końcu zniknął zupełnie. Bill zanurzył koniec palca w miseczce i wyjął go z cichym syknięciem. Uśmiechnął się przepraszająco do George’a.

— Gorące — powiedział.

Parę sekund później powtórzył tę czynność i zaczął rozsmarowywać parafinę wzdłuż boków okręcika, gdzie szybko zastygła, tworząc mlecznobiałe grube pasma.

— Mogę? — spytał George.

— Dobrze. Tylko nie poplam któregoś z koców, bo mama by cię zabiła.

George zanurzył palec w parafinie, która była dosyć ciepła, ale już nie gorąca, i zaczął smarować nim papierową łódeczkę.

— Nie tak dużo, dupku — powiedział Bill. — Chcesz, żeby zatonęła podczas dziewiczego rejsu?

— Przepraszam.

— Już dobrze. Rób d-dalej. S-spokojnie.

George skończył drugą stronę, a potem uniósł okręcik w dłoniach. Wydawał się trochę cięższy, ale nie za bardzo.

— Świetnie — ucieszył się. — Wyjdę i puszczę go na wodę.

— Tak. Zrób to — powiedział Bill. Nagle zaczął sprawiać wrażenie zmęczonego i nadal dręczonego chorobą.

— Chciałbym, żebyś mógł pójść ze mną — oznajmił George. Naprawdę tak było. Bill czasami bywał nieznośny, ale zawsze miał najlepsze pomysły i nigdy się nie mylił. — To przecież twoja łódka.

— „Twój”, a nie „twoja” — poprawił go Bill. — Bo to jest okręcik.

— Twój.

— Ja też bym chciał pójść z tobą — odparł ponuro Bill.

— Cóż… — George przestąpił z nogi na nogę, ściskając w dłoni okręcik.

— Nałóż coś od deszczu — rzucił Bill — bo w przeciwnym razie złapiesz grypę jak ja. Najprawdopodobniej i tak się zarazisz. Ode mnie.

— Dzięki, Bill. To świetny okręcik. — I zrobił coś, czego nie robił od dawna, a czego Bill nigdy nie zapomniał: pochylił się i pocałował brata w policzek.

— Teraz to już na pewno złapiesz grypę, ty dupku — powiedział, ale mimo wszystko wyglądał na zadowolonego. Uśmiechnął się do George’a. — I odłóż to wszystko na miejsce, bo się mama wścieknie.

— Pewno. — Zabrał przyniesione rzeczy i przeszedł przez pokój z okręcikiem na wierzchu pudełka z parafiną.

— G-g-george?

George odwrócił się, aby spojrzeć na brata.

— B-bądź ostrożny.

— Pewno.

Jego czoło zmarszczyło się nieznacznie. To było coś, co zwykle mówiła mama, a nie starszy brat. Równie dziwne wydało mu się to, że pocałował Billa w policzek. Nie robił tego już od dawna.

— Pewno, że tak.

I wyszedł. Billy nie zobaczył go już nigdy więcej.

3

I teraz tutaj gonił za okręcikiem. Biegł szybko, ale woda była szybsza i okręcik mocno go wyprzedził. Usłyszał głośny szum i zobaczył, że pięćdziesiąt jardów dalej w dół zbocza woda z rynsztoka wpływała kaskadą do kanału, który wciąż jeszcze pozostał otwarty. Był to duży, ciemny półokrąg wycięty w zakręcie drogi i podczas gdy George patrzył, naga gałąź o ciemnej i błyszczącej jak skóra foki korze wpadła do paszczy otworu kanału. Zawisła tam na chwilę, a potem ześlizgnęła się na dół. Właśnie tam zmierzał jego okręcik.

— Rany koguta! — krzyknął przerażony.

Przyspieszył i przez chwilę wydawało mu się, że dogoni okręcik. Nagle poślizgnął się i upadł, rozbijając sobie kolano i wydając głośny, piskliwy okrzyk bólu. Z nowej, nieomal horyzontalnej perspektywy patrzył, jak jego łódeczka okręca się dwa razy wokół osi, wpada w kolejny wir, a potem znika.

— Rany koguta! — krzyknął ponownie i uderzył pięścią w chodnik. To też zabolało i zaczął z cicha pochlipywać. Co za głupi sposób, aby stracić taki okręcik! Wstał i podszedł do wylotu kanału. Ukląkł i zajrzał do środka. Woda, wpadając w mrok, wydawała głuchy i nieprzyjemny odgłos. To był straszny odgłos. Przypominał mu…

— Ha! — Ten dźwięk sprawił, że poderwał się jak marionetka szarpnięta za sznurki i odsunął się gwałtownie do tyłu.

Tam w dole dostrzegł parę ślepi — ślepi, jakie zawsze sobie wyobrażał, ale jakich nigdy nie widział w piwnicy. To zwierzę, przyszło mu nagle na myśl. To tylko jakieś zwierzę. Może kot, który się zabłąkał… Mimo to nadal był gotów do ucieczki, uciekłby, gdyby jego umysł nie poradził sobie z szokiem, jakiego doznał na widok tych świecących ślepi. Poczuł pod palcami szorstką powierzchnię asfaltu i rozlewającą się wokół niego cieniutką warstewkę wody. Zobaczył samego siebie wstającego i odchodzącego, kiedy nagle usłyszał głos wydobywający się z kanału. Ten głos zwracał się do niego. Brzmiał pewnie i jakby dość ciepło.

— Cześć, George — odezwał się głos.

George zamrugał i ponownie spojrzał w głąb kanału. Niemal nie uwierzył własnym oczom — to, co zobaczył, przypominało scenę z bajki albo filmu, w którym zwierzęta mówią ludzkim głosem i tańczą. Gdyby był dziesięć lat starszy, nie uwierzyłby w to, ale nie miał szesnastu lat, tylko sześć.

W kanale znajdował się klown. Pomimo kiepskiego oświetlenia George Denbrough zdawał sobie sprawę, co widzi. To był klown, jak w cyrku i telewizji. Prawdę mówiąc, wyglądał jak skrzyżowanie Boza i Clarabella, który (czy która — George nigdy nie wiedział, jakiej oni byli płci) mówił przez specjalną tubkę w sobotnich porankach — Buffalo Bob był chyba jedynym, który rozumiał Clarabella, a to zawsze doprowadzało George’a do pasji.

Twarz klowna w kanale bielała, po obu stronach łysej czaszki sterczały zabawne kępki rudych włosów, a na ustach widniał wielki namalowany uśmiech. Gdyby George mieszkał tu rok później, na pewno pomyślałby najpierw o Ronaldzie McDonaldzie zamiast o Bozie lub Clarabellu. Klown trzymał w jednej dłoni pęk kolorowych balonów niczym olbrzymią kiść dojrzałych owoców, a w drugiej ręce papierowy okręcik George’a.

— Chcesz swój okręcik, George? — Klown się uśmiechnął.

George odpowiedział mu uśmiechem. Nie mógł nic na to poradzić — był to jeden z tych uśmiechów, na które po prostu musisz zareagować.

— Pewno, że tak — odparł.

Klown wybuchnął śmiechem.

— Pewno, że tak. To świetnie! To wspaniale! A co byś powiedział na balonik?

— No… pewno! — Sięgnął ręką… i nagle cofnął ją z wahaniem. — Nie wolno mi niczego brać od obcych. Tak mówi mój tata.

— Twój tata bardzo mądrze mówi — powiedział klown w kanale, wciąż się uśmiechając.

Jak mogłem przypuszczać, że jego oczy były żółte? — zastanawiał się George. Były jasne, jasnoniebieskie, koloru oczu jego mamy i Billa.

— Naprawdę bardzo mądrze. A więc przedstawię ci się. Widzisz, George, ja jestem Pan Bob Gray znany także jako Pennywise, Tańczący Klown. Pennywise, poznaj George’a Denbrough. George, poznaj Pennywise’a. Teraz już się znamy. Nie jestem dla ciebie obcy, tak jak ty nie jesteś obcy dla mnie. Jaasne?

George zachichotał.

— Chyba tak. — Ponownie wyciągnął rękę… i raz jeszcze ją cofnął. — Jak się tam dostałeś?

— Zmiotło mnie tu podczas burzy — odparł klown Pennywise. — Rozwaliło cały cyrk. Czujesz zapach cyrku, George?

George pochylił się do przodu. Nagle poczuł zapach orzeszków ziemnych! Gorących prażonych orzeszków! I octu! I frytek! Czuł zapach waty cukrowej i pączków, a także słaby, ale mimo to wyraźny odór zwierzęcego łajna. Czuł łagodny aromat trocin. I… I przenikający przez to wszystko smród powodzi i rozkładających się liści, i czeluści mrocznych kanałów. Ten smród był wilgotny i zgniły. Odór piwnicy. Ale inne zapachy były silniejsze.

— Oczywiście, że czuję — powiedział.

— Chcesz swój okręcik, George? — spytał Pennywise. — Powtarzam to, bo nie wygląda, żebyś chciał go odzyskać. — Uniósł go, uśmiechając się. Był w workowatym jedwabnym kostiumie z wielkimi pomarańczowymi guzikami-pomponami. Pod szyją zwisała mu jasnoniebieska muszka, a na dłoniach miał olbrzymie białe rękawiczki, podobne do tych, które zawsze noszą Myszka Miki i Kaczor Donald.

— Tak. Pewno — odparł George, spoglądając w głąb kanału.

— I balonik? Mam czerwony, zielony, żółty i niebieski…

— Czy one unoszą się w powietrzu?

— Czy się unoszą? — Uśmiech klowna się rozciągnął. — O tak. Oczywiście. One pływają w powietrzu. Mam jeszcze watę cukrową…

George wyciągnął rękę. Klown schwycił go za przegub.

I chłopiec zobaczył, że twarz klowna zaczyna się zmieniać. To, co ujrzał, było tak straszne, że jego najgorsze wizje dotyczące istoty z piwnicy wydawały się przy tym słodkimi marzeniami; to, co ujrzał, zniszczyło bastion jego zdrowego rozsądku jednym ciosem szponiastej łapy.

— One pływają na wietrze — powiedziała istota w kanale zduszonym, chichotliwym głosem. Trzymała George’a za rękę w mocnym, mackowatym uścisku i ciągnęła go w stronę potwornej ciemności, gdzie woda, pędząc, rycząc i zawodząc jak szalona, niosła swój kamienisty ładunek ku morzu. George odsunął głowę od tej ostatecznej ciemności i zaczął krzyczeć w deszczu, krzyczał opętańczo, wznosząc twarz ku białemu jesiennemu niebu, które pochylało się nad Derry tego jesiennego dnia 1957 roku. Jego okrzyki były ostre i przejmujące; wzdłuż całej Witcham Street ludzie zaczęli wyglądać przez okna i wychodzić na werandy przed domami.

— One pływają w powietrzu — warknęło To. — Pływają, George, i kiedy znajdziesz się tu na dole ze mną, ty też będziesz pływał…

Ramię George’a opierało się na cemencie chodnika i Dave Gardener, który tego dnia ze względu na powódź nie poszedł do pracy, zobaczył tylko małego chłopca w żółtym płaszczu przeciwdeszczowym, małego chłopca, który krzyczał i wił się w rynsztoku, podczas gdy błotnista woda zalewała mu twarz i sprawiała, że wydawane przez malca odgłosy były stłumione i bulgoczące.

— Tu na dole wszystko unosi się w powietrzu — zachichotała istota, przegniły głos przeszedł w szept i nagle dał się słyszeć odgłos darcia, a potem pojawił się palący, przeraźliwy ból i George Denbrough przestał cokolwiek odczuwać.

Dave Gardener dotarł do niego pierwszy i choć zjawił się tam kilkadziesiąt sekund po jego okrzyku, George Denbrough już nie żył. Gardener schwycił go za kurtkę, odciągnął do tyłu… i sam zaczął krzyczeć, kiedy ciało chłopca obróciło się w jego rękach. Lewa strona kurtki George’a była teraz jasnoczerwona. Krew ściekała do kanału, wypływając ze strzępiastej dziury, gdzie znajdowało się lewe ramię chłopca. Spod podartego materiału wyłaniała się wypukłość przeraźliwie jasnej kości.

Oczy chłopca patrzące w górę na białe niebo zaczęły wypełniać się kroplami deszczu, podczas gdy Dave Gardener chwiejnym krokiem odszedł na bok, w stronę, z której nadchodzili już inni ludzie, zaalarmowani krzykiem George’a.

4

Gdzieś w dole, w kanałach wypełnionych nieomal do granic możliwości wartko płynącą wodą (tam na dole nie mogło być nikogo, powie później lokalny szeryf reporterowi „Derry News” tonem pełnym frustracji i wściekłości, że niemal wyczuwało się w nim bezsilność i ból; sam Herkules nie dałby sobie rady z tak szybkim i rwącym prądem), gazetowy okręcik George’a płynął pośród spowitych mrokiem nocy pomieszczeń i długich cementowych korytarzy, pośród ryczącej i szumiącej kipieli. Przez pewien czas płynął obok martwego kurczaka, którego żółte szpony mierzyły w ociekające wodą sklepienie; potem, na jednym z rozgałęzień na wschód od miasta kurczak popłynął w lewo, podczas gdy łódeczka George’a pomknęła przed siebie. Godzinę później, gdy matce George’a aplikowano w szpitalu w Derry środki uspokajające, a Bill Jąkała siedział osłupiały, biały jak płótno i milczący na swoim łóżku, słuchając, jak jego ojciec szlocha w saloniku, gdzie w chwili wyjścia George’a z domu matka grała utwór Dla Elizy — okręcik wyprysnął przez cementowy otwór jak kula z lufy rewolweru i spłynął do strumienia bez nazwy. Dwadzieścia minut później znalazł się na spienionych, rwących falach rzeki Penobscot, a wysoko w górze, na niebie, zaczęły się już pojawiać pierwsze smugi błękitu. Burza dobiegła końca.

Okręcik przechylał się, kołysał i czasami nabierał trochę wody, ale nie zatonął. Dwaj bracia doskonale go zaimpregnowali. Nie wiem, dokąd w końcu dotarł, jeżeli w ogóle dopłynął gdzieś dalej — być może znalazł się na morzu i pływa tam po wsze czasy jak magiczny okręt z bajki. Wiem tylko, że po opuszczeniu granic miasta Derry w stanie Maine raźno płynął naprzód, niesiony falą powodzi, i tym samym jego rola w tej opowieści dobiegła końca.

ROZDZIAŁ 2Po festynie (1984)

1

Później jego szlochający przyjaciel powie glinom, że Adrian nosił tę czapeczkę, ponieważ wygrał ją na stanowisku Pitch Til U Win w lunaparku w Bassey Park sześć dni przed swoją śmiercią. Był z niej dumny.

— Nosił ją, bo kochał to zasrane małe miasto! — wrzasnął jego bliski „przyjaciel” Don Hagarty do policjantów.

— Spoko, spoko, bez takich wyrazów, proszę — rzekł do Hagarty’ego funkcjonariusz Harold Gardener.

Harold Gardener był jednym z czterech synów Dave’a Gardenera. W dniu, kiedy jego ojciec odnalazł jednorękie zwłoki George’a Denbrough, Harold Gardener miał pięć lat.

Tego dnia, blisko dwadzieścia siedem lat później, miał trzydzieści dwa lata i sporą łysinkę. Harold Gardener zdawał sobie sprawę z żalu i bólu trawiącego Dona Hagarty’ego, a jednocześnie nie potrafił traktować go serio. Ten facet — jeżeli w ogóle zasługiwał na miano faceta — miał mocno uszminkowane usta i satynowe obcisłe spodnie. Pogrążony w smutku i żalu, ale bądź co bądź ciota. Podobnie jak jego zmarły przyjaciel, świętej pamięci Adrian Mellon.

— Powtórzymy to jeszcze raz — powiedział partner Harolda, Jeffrey Reeves. — Obaj wyszliście z Falcona i ruszyliście w stronę kanału. Co było dalej?

— Ile razy mam wam to powtarzać, matoły?! — Hagarty wciąż krzyczał. — Oni go zabili! Zepchnęli go z nabrzeża! Jeszcze jeden dzień, w którym mogli się wykazać swoją siłą! — Don Hagarty zaczął płakać.

— Jeszcze raz — powtórzył cierpliwie Reeves. — Wyszliście z Falcona. I co dalej?

2

W pokoju przesłuchań na końcu korytarza dwaj gliniarze z Derry rozmawiali ze Steve’em Dubayem (lat siedemnaście); w biurze kuratora na piętrze dwóch kolejnych zajmowało się Johnem „Webbym” Gartonem (lat osiemnaście), a w biurze szefa policji na czwartym piętrze szef Andrew Rademacher i zastępca prokuratora okręgowego Tom Boutillier przesłuchiwali piętnastoletniego Christophera Unwina. Unwin, który nosił sprane dżinsy, wysmarowany podkoszulek i robocze buty, płakał. Rademacher i Boutillier zajęli się nim, bo uznali — i słusznie — że jest najsłabszym ogniwem w całym łańcuchu.

— Powtórzymy to sobie jeszcze raz — rzekł Boutillier, podczas gdy dwa piętra niżej Jeffrey Reeves mówił dokładnie to samo.

— Nie chcieliśmy go zabić — wymamrotał Unwin. — To ta jego czapka. Nie mogliśmy uwierzyć, że nadal ją nosi po tym, co Webby powiedział mu ostatnim razem. I chcieliśmy go wystraszyć.

— Za to, co powiedział — wtrącił Rademacher.

— Tak.

— Johnowi Gartonowi, po południu siedemnastego.

— Tak. Webby’emu. — Unwin ponownie wybuchnął płaczem. — Ale próbowaliśmy go uratować, kiedy zobaczyliśmy, że ma kłopoty… w każdym razie ja i Stevie Dubay… nie chcieliśmy go zabić!

— Nie pierdol, Chris, daj spokój — powiedział Boutillier. — Wrzuciliście tego pedała do kanału.

— Tak, ale…

— I wszyscy trzej zgłosiliście się tu sami. Doceniamy to, prawda, Andy?

— Pewno. Trzeba mieć jaja, żeby przyznać się do tego, co się zrobiło.

— To teraz nie spieprz tego prostym kłamstwem. Chcieliście go wrzucić do kanału od chwili, kiedy zobaczyliście, jak on i jego pedalski koleś wychodzą z Falcona, tak?

— Nie! — zaprotestował gwałtownie Chris Unwin. Boutillier wyjął z kieszeni koszuli paczkę marlboro i włożył papierosa do ust. Podsunął paczkę Unwinowi.

— Papierosa?

Unwin wyjął jednego. Boutillier musiał nieźle się namęczyć, żeby utrzymać zapałkę przy koniuszku papierosa, którego tamten miał w ustach, bo wargi Unwina trzęsły się niemiłosiernie.

— Ale kiedy zobaczyliście, że miał na głowie tę czapeczkę? — spytał Rademacher.

Unwin zaciągnął się głęboko i pochylił głowę, tak że przetłuszczone włosy opadły mu na oczy, i wydmuchnął dym nosem, pokrytym gęsto wągrami.

— Tak — odparł, niemal zbyt cicho, by można go było usłyszeć.

Boutillier pochylił się do przodu, jego brązowe oczy błyszczały. Twarz przypominała oblicze drapieżnika, ale głos był miły i uprzejmy.

— Co, Chris?

— Powiedziałem „tak”. Chyba tak. Postanowiliśmy go wrzucić. Ale nie chcieliśmy go zabić. — Uniósł wzrok, aby na nich spojrzeć, na jego twarzy malowały się szaleństwo i smutek, wciąż jeszcze nie mógł pojąć ogromu zmian, jakie nastąpiły w jego życiu, odkąd zeszłego wieczoru o wpół do ósmej wyszedł z domu i wybrał się na festyn wraz z dwoma kolesiami. — Nie chcieliśmy go zabić! — powtórzył. — A ten facet pod mostem… nadal nie mam pojęcia, kim on był.

— Co za facet? — zapytał Rademacher, ale bez większego zainteresowania. Słyszeli to już wcześniej i żaden z nich w to nie uwierzył; prędzej czy później ludzie oskarżeni o morderstwo zawsze przypominali sobie, że na miejscu zdarzenia był jakiś inny facet. Boutillier miał nawet na to nazwę: Syndrom Jednorękiego, od starego serialu telewizyjnego Ścigany.

— Facet w kostiumie klowna — rzekł Chris Unwin i zadrżał. — Facet z balonami.

3

Festyn pod nazwą Dni Kanału w Derry, trwający od 15 do 21 lipca, okazał się niemałym sukcesem, co potwierdzali zgodnie mieszkańcy miasta. Miał spory wpływ na morale mieszkańców, wizerunek miasta i stan jego finansów. Tygodniowy festyn urządzono z okazji stulecia otwarcia w Derry kanału biegnącego przez środek całego miasta. Kanał ten powstał, aby można nim było w latach 1884—1910 spławiać drewno, i to właśnie on sprawił, że Derry rozrosło się ponad miarę. To był wspaniały okres.

Miasto zostało oczyszczone i odnowione. Dziury w asfalcie, zdaniem niektórych nienaprawiane od lat, zostały zalane i wygładzone, jak należy. Domy wewnątrz przemeblowano, a z zewnątrz odmalowano. Najgorsze z graffiti w Bassey Park — głównie antyhomoseksualne hasła, takie jak: „Zabić wszystkie cioty!” czy „AIDS to kara boża na pedałów!” — pościerano z ławek i drewnianych ścian małego zabudowanego przejścia nad kanałem, znanym jako Most Pocałunków.

Muzeum Dni Kanału znajdowało się w trzech pustych magazynach w śródmieściu i wypełniono je eksponatami zebranymi przez Michaela Hanlona, tutejszego bibliotekarza i historyka amatora. Najstarsze rodziny z miasta wypożyczały bardzo chętnie swoje niemal bezcenne skarby, a w czasie tygodnia festynu blisko czterdzieści tysięcy gości zapłaciło po ćwierć dolara, aby obejrzeć karty dań z restauracji sprzed stu lat, urządzenia do cięcia drewna, piły i siekiery z lat osiemdziesiątych XIX wieku, zabawki dla dzieci z lat dwudziestych XX wieku oraz ponad dwa tysiące zdjęć i dziewięć rolek filmów opowiadających o życiu Derry w minionym stuleciu. Muzeum sponsorowała Liga Kobiet z Derry, która sprzeciwiła się przedstawieniu przez Hanlona niektórych eksponatów, takich jak niesławny fotel włóczęgów, i zdjęć (na przykład Gangu Bradleya po głośnej strzelaninie). Wszyscy jednak zgodnie twierdzili, że był to wielki sukces, i nikt naprawdę nie miał ochoty oglądać staroci kojarzących się z krwawymi wydarzeniami. Lepiej było skoncentrować się na podkreśleniu dobrych rzeczy i eliminowaniu złych, jak mówi stara piosenka.

W parku Derry rozbito olbrzymi namiot, gdzie podawano napoje orzeźwiające i co wieczór odbywały się koncerty. W Bassey Park znajdowało się wesołe miasteczko — prowadzone przez członków Smokey’s Greater Shows — z karuzelami i salonem gier obsługiwanymi przez tutejszych mieszkańców. Po historycznych dzielnicach miasta jeździł co dzień specjalny tramwaj, który kończył swój godzinny kurs w tej krzykliwej i miłej maszynce do wyciągania pieniędzy. To właśnie tu Adrian Mellon wygrał swoją czapeczkę, która ściągnęła na niego śmierć — papierową czapeczkę z kwiatkiem i napisem I <3 Derry.

4

— Jestem zmęczony — rzekł John „Webby” Garton. Podobnie jak jego dwaj przyjaciele, był ubrany jak Bruce Springsteen, choć zapewne gdyby go zapytano, określiłby Springsteena mianem „pedzia” albo „cioty” i wybrał którąś z bardziej „hałaśliwych” grup heavymetalowych, takich jak Def Leppard, Twisted Sister albo Judas Priest. Rękawy niebieskiego podkoszulka były poobrywane, ukazując mocno umięśnione ramiona chłopaka. Gęste, brązowe włosy opadały mu na jedno oko, co sprawiało, że bardziej niż Springsteena przypominał teraz Johna Cougara Mellencampa. Na ramionach miał tatuaże, niezwykłe symbole. — Nie chcę już nic mówić.

— Opowiedz nam o tym wtorkowym popołudniu na festynie — rzekł Paul Hughes, który był zmęczony, zszokowany i roztrzęsiony po całej tej aferze. Miał wrażenie, jakby festyn w Derry zakończył się wydarzeniem, o którym wiedzieli wszyscy, ale którego nikt nie ośmieli się wpisać do oficjalnego programu. Gdyby tak się stało, wyglądałby on następująco:

Sobota 21.00 — Ostatni koncert zespołów liceum w Derry i Barber Shop Mello-Men.

Sobota 22.00 — Wielki pokaz sztucznych ogni.

Sobota 22.35 — Rytualna ofiara Adriana Mellona oficjalnie kończy Festyn Dni Kanału.

— Pieprzyć festyn — odparł Webby.

— Mów, co powiedziałeś Mellonowi i co on wtedy odpowiedział.

— O Chryste! — Webby przewrócił oczami.

— No, dalej, Webby…

Webby Garton westchnął i zaczął wszystko jeszcze raz.

5

Garton zobaczył, jak tamci dwaj idą objęci, chichoczący niczym dziewczyny. Na początku wydawało mu się, że to były dziewczyny. Potem rozpoznał Mellona, którego widział już wcześniej. Gdy mu się przyglądał, zobaczył, że Mellon odwrócił się do Hagarty’ego… i pocałowali się. To był krótki pocałunek.

— Rany, chłopie, chyba się porzygam — rzucił z obrzydzeniem w głosie Webby. Byli z nim Chris Unwin i Steve Dubay. Kiedy Webby wskazał na Mellona, Steve Dubay powiedział, że ten drugi typ ma, zdaje się, na imię Don i że podwoził kiedyś jakiegoś chłopaka z liceum w Derry, a potem próbował go wykorzystać. Mellon i Hagarty, oddalając się od stanowiska Pitch Til U Win, ruszyli w stronę trzech chłopaków i wyjścia z wesołego miasteczka. Webby Garton powie później oficerom Hughesowi i Conleyowi, że jego „obywatelska duma” doznała uszczerbku, kiedy zobaczył, że pieprzona ciota ma na głowie czapeczkę z napisem I <3 Derry. Ta czapeczka była po prostu idiotyczna — papierowa imitacja kapelusza z wielkim kwiatkiem sterczącym u góry i kołyszącym się na wszystkie strony. Widok ten uraził obywatelską dumę Webby’ego jeszcze boleśniej.

Kiedy Mellon i Hagarty minęli ich, nadal obejmując się nawzajem w pasie, Webby Garton krzyknął:

— Powinienem cię zmusić, żebyś zeżarł ten kapelusz, ty w dupę jebany pedale!

Mellon odwrócił się do Gartona, zatrzepotał zalotnie powiekami i powiedział:

— Jeśli masz ochotę coś skonsumować, miałbym ci do zaproponowania coś o wiele smaczniejszego niż mój kapelusz.

W tym momencie Webby Garton uznał, że musi nieco przemodelować twarz tej cioty. Nikt nigdy nie proponował mu ciągnięcia druta. Nikt.

Ruszył w stronę Mellona. Kumpel Mellona, Hagarty, czując, co się święci, starał się odciągnąć Mellona na bok, ale ten nie ruszył się z miejsca. Uśmiechał się. Garton, jak powie później funkcjonariuszom Hughesowi i Conleyowi, był przekonany, że Mellon musiał się wcześniej naćpać. Hagarty potwierdzi to, kiedy funkcjonariusze Gardener i Reeves napomkną o tym podczas przesłuchania. Naćpał się dwoma pączkami z nadzieniem — i była to jedyna rzecz, jaką nafaszerował się tego dnia. Mimo to jakby nie zdawał sobie sprawy z zagrożenia, jakie przedstawiał sobą Webby Garton.

— Ale Adrian już taki był — powiedział Don, ocierając oczy chusteczką i rozcierając cienie, którymi miał pomalowane powieki. — Nie zdawał sobie sprawy, co mu groziło. Myślał, że każdy konflikt zawsze można załagodzić. Mógł zostać ciężko pobity, od razu na miejscu, gdyby Garton nie poczuł, że coś go trąciło w łokieć. To była policyjna pałka. Odwrócił się i zobaczył funkcjonariusza Franka Machena.

— Daj spokój, chłopie — rzekł do Gartona Machen. — Zajmij się swoimi sprawami i zostaw tych gejów w spokoju. Niech się zabawią.

— Słyszał pan, co on do mnie powiedział? — spytał ostro Garton. Unwin i Dubay dołączyli do niego; obaj czuli w powietrzu kłopoty i chcieli odciągnąć Gartona na bok, ale on zaczął się stawiać i gdyby nalegali, rzuciłby się na nich z pięściami. Jego męskość została urażona: ta uraza domagała się pomsty.

— Nie wierzę, że on mógł cię obrazić — odparł Machen. — Poza tym ty pierwszy się do niego odezwałeś. A teraz ruszaj stąd, synu. Nie chcę tego powtarzać.

— Sugerował, że jestem ciotą!

— A obawiasz się, że możesz nią być? — spytał Machen z wyraźnym zainteresowaniem w głosie, podczas gdy policzki Gartona pokrył silny rumieniec. Podczas tej wymiany zdań Hagarty z rosnącą desperacją usiłował odciągnąć Adriana Mellona z miejsca zdarzenia. W końcu Mellon uległ.

— Pa, pa, kochanie! — zawołał radośnie przez ramię Adrian.

— Zamknij się, słodkodupy gnoju! — krzyknął Machen. — I zjeżdżaj stąd.

Garton rzucił się w stronę Mellona, ale Machen go powstrzymał.

— Może należałoby cię trochę utemperować, przyjacielu. Gdy tak patrzę na ciebie, odnoszę wrażenie, że to całkiem niezły pomysł.

— Następnym razem, gdy się spotkamy, tak ci dołożę, że popamiętasz! — zawołał Garton za odchodzącą dwójką, a parę głów odwróciło się, by spojrzeć w jego stronę. — I jeśli będziesz miał na głowie ten cholerny kapelusz, to cię zabiję! W tym mieście nie potrzeba nam pedałów.

Mellon, nie odwracając się, pokręcił palcami lewej ręki — miał polakierowane paznokcie — i idąc, wykonał nimi kilka znaczących gestów. Garton ponownie rzucił się w jego stronę.

— Jeszcze jedno słowo albo gest i cię zamknę — powiedział łagodnie Machen. — Uwierz mi, chłopcze, ja nie żartuję.

— Chodź, Webby — rzucił niepewnie Chris Unwin. — Spadamy.

— Lubicie takich typów? — zwrócił się do Machena Webby, całkiem ignorując Chrisa i Steve’a. — Co?

— Nie lubię rozrób — rzekł Machen. — I jestem neutralny. Interesują mnie tylko spokój i cisza, a wyjątkowo nie cierpię takich awanturników jak ty. O co ci właściwie chodzi? Koniecznie chcesz, żebym cię przymknął? A może zamierzasz się bić?

— Daj spokój, Webby — powiedział cicho Steve Dubay. — Chodźmy na hot dogi.

Webby odszedł, obciągając teatralnym gestem koszulę i odgarniając włosy z oczu. Machen, który następnego dnia po śmierci Adriana Mellona składał zeznanie w tej sprawie, powiedział:

— Ostatnią rzeczą, jaką usłyszałem z jego ust, była pogróżka: „Następnym razem, gdy się spotkamy, tak ci dołożę, że popamiętasz!”.

6

— Proszę, muszę pomówić z matką — rzekł po raz trzeci Steve Dubay. — Muszę ją poprosić, żeby udobruchała jakoś mojego ojczyma. Bo jak nie, to po powrocie do domu czeka mnie nieziemskie lanie.

— Za chwilę — poinformował go funkcjonariusz Charles Avarino. Zarówno Avarino, jak i jego partner, Barney Morrison, wiedzieli, że Steve Dubay nie wróci do domu tego wieczoru, a kto wie, może nawet nie zjawi się tam przez dłuższy czas. Chłopak wyraźnie nie zdawał sobie sprawy ze swego fatalnego położenia, a Avarino wcale nie był zdziwiony, kiedy dowiedział się, że Dubay rzucił szkołę w wieku szesnastu lat. Wciąż wtedy chodził do szkoły średniej Water Street. Iloraz inteligencji chłopaka wynosił sześćdziesiąt osiem, jak głosił wynik testu, któremu został poddany w siódmej klasie. Powtarzał ją trzy razy.

— Powiedz nam, co się stało, kiedy zobaczyłeś, jak Mellon wychodzi z Falcona — nalegał Morrison.

— Nie, człowieku, lepiej nie.

— Czemu nie? — spytał Avarino.

— Może i tak powiedziałem już za dużo.

— Przyszedłeś tu, aby złożyć zeznania — powiedział Avarino. — Czyż nie tak?

— No… tak… ale…

— Posłuchaj — odezwał się ciepło Morrison, siadając obok Dubaya i częstując go papierosem. — Czy uważasz, że ja i Chick jesteśmy pedałami?

— No… ja nie wiem…

— Czy wyglądamy jak cioty?

— Nie, ale…

— Jesteśmy twoimi przyjaciółmi, Stevie — ciągnął z powagą Morrison. — I możesz mi wierzyć, że w obecnej sytuacji ty, Chris i Webby potrzebujecie przyjaciół, i to tylu, ilu tylko się da. Bo jutro każdy mieszkaniec tego miasta będzie się domagał waszej krwi.

Steve Dubay wyglądał na zaniepokojonego. Avarino, który niemal potrafił czytać w myślach tego małego, tchórzliwego gnojka, podejrzewał, że ponownie myślał on o swoim ojczymie. I choć Avarino nie przepadał za gejami i podobnie jak reszta gliniarzy z przyjemnością powitałby zamknięcie Falcona na cztery spusty, równie chętnie osobiście odwiózłby Dubaya do domu. Prawdę mówiąc, żałował, że nie mógł być przy tym, jak ojczym sprawi chłopakowi lanie. Ba — sam by go chętnie przytrzymał, podczas gdy stary zacznie drzeć z gnoja pasy. Avarino nie lubił pedałów, ale to nie oznaczało, że powinno się ich torturować i wykańczać. Mellona potraktowano wyjątkowo okrutnie. Kiedy wyciągnięto go spod mostu na kanale, miał otwarte, przerażone oczy. A ten tu chłopak absolutnie nie zdawał sobie sprawy z sytuacji.

— Nie chcieliśmy go skrzywdzić — powtórzył Steve. To była jego podstawowa taktyka obronna, którą przyjmował, kiedy choć odrobinę tracił rezon.

— Dlatego tu teraz jesteś — rzekł z naciskiem Avarino. — Przejdź do faktów i będzie po sprawie. No nie, Barney?

— Jasne — zgodził się Morrison.

— Co byś powiedział na to, żeby powtórzyć to wszystko.

— No cóż… — Steve powoli zaczął mówić.

7

Kiedy w 1973 roku otwarto Falcona, Elmer Curtie sądził, że jego klienci będą się składać głównie z pasażerów autobusów — terminal znajdujący się tuż obok obsługiwał trzy linie: Trailways, Greyhound i Aroostoock County. Nie zdawał sobie sprawy, ilu spośród pasażerów tych autobusów stanowią kobiety albo rodziny z małymi dziećmi. Wielu innych było zaopatrzonych w butelki w brązowych papierowych torbach i w ogóle nie wysiadało z autokarów. Wysiadali głównie żołnierze i marynarze chcący wypić jedno czy dwa szybkie piwka. Raczej trudno jest prowadzić lokal, w którym klienci wpadają na dziesięć minut i zaraz się ulatniają.

Curtie zaczął zdawać sobie z tego sprawę około 1977 roku, ale wtedy było już za późno. Siedział po uszy w długach i, co najgorsze, nie miał pojęcia, jak z nich wybrnąć. Przyszedł mu do głowy pomysł, żeby spalić cały ten lokal i zgarnąć odszkodowanie, ale uznał, że sam nie ma na co liczyć, powinien wynająć do tego profesjonalistę, a nie miał pojęcia, gdzie można spotkać zawodowego podpalacza.

W lutym zdecydował, że do 4 lipca rzuci tę robotę i jeżeli nic się nie zmieni, po prostu uda się do sąsiedniego budynku, kupi bilet na autokar i zobaczy, jak się przedstawiają sprawy na Florydzie.

Jednakże w ciągu pięciu następnych miesięcy bar nieoczekiwanie przeżył okres błyskotliwego rozwoju, dzięki czemu został odmalowany od wewnątrz na czarno i złoto i udekorowany wypchanymi ptakami (brat Elmera Curtie był preparatorem amatorem i specjalizował się w ptakach, a po jego śmierci Elmer odziedziczył po nim wszystko). Nagle liczba wydawanych co wieczór drinków podskoczyła z sześćdziesięciu piw i dwudziestu głębszych do osiemdziesięciu piw i setki głębszych… stu dwaudziestu… czasami nawet stu sześćdziesięciu.

Jego klientami byli niemal wyłącznie uprzejmi młodzi mężczyźni. Wielu z nich ubierało się dziwacznie, a nawet wyzywająco, ale w tych latach taki styl był nieomal normalny, toteż dopiero w 1981 roku Elmer zorientował się, że jego klienci to prawie wyłącznie homoseksualiści. Gdyby mieszkańcy Derry usłyszeli jego słowa, roześmialiby się; czyżby Elmer Curtie myślał, że oni wszyscy urodzili się zaledwie wczoraj? Ale właściciel lokalu mówił szczerą prawdę. Tak jak facet, którego zdradza żona, dowiedział się o tym ostatni i praktycznie się tym nie przejął. Bar przynosił zyski i podczas gdy w Derry były jeszcze cztery równie dobrze prosperujące lokale, tylko Falcon mógł poszczycić się tym, że jego goście nie robili w nim regularnie ogólnej demolki. Po pierwsze, nie było tu kobiet, o które można by walczyć, a ci mężczyźni — cioty czy nie — w przeciwieństwie do swych heteroseksualnych odpowiedników poznali, jak się zdawało, sekret pokojowego współistnienia.

Niemal natychmiast, kiedy uświadomił sobie upodobania seksualne gości, zdał sobie również sprawę, że praktycznie wszędzie krążą opowieści o Falconie. Od lat przekazywano je sobie z ust do ust, ale Curtie po prostu nigdy nie miał okazji ich usłyszeć. Aż do roku 1981. Jak się okazało, najbardziej entuzjastyczne opowieści o jego lokalu snuli ludzie, których nie zaciągnięto by do Falcona nawet w łańcuchach, prędzej powyrywano by im ręce, niż zmuszono do przestąpienia progu tego baru. Mimo to właśnie oni mieli wszelkie, nawet najbardziej intymne informacje na jego temat.

Zgodnie z tymi opowieściami, gdybyś wszedł wieczorem, zobaczyłbyś tańczące przytulone męskie pary, facetów pieszczących się nawzajem, obejmujących się i całujących „po francusku” przy barze, a w toalecie odchodził jeden numerek za drugim. Podobno na tyłach znajdował się mały pokoik, do którego udawałeś się, chcąc spędzić parę chwil z facetami w nazistowskich mundurach, szczęśliwymi, jeśli mogli się tobą zająć.

W rzeczywistości jednak to wszystko nie było prawdą. Kiedy przyjezdni wpadali do Falcona na piwo czy parę głębszych, zwykle nawet nie przypuszczali, że mogłoby się tu dziać coś zdrożnego — owszem, było tu sporo facetów, ale bar ten nie różnił się od tysięcy innych lokali w całym kraju. Klienci byli gejami, ale gej nie jest synonimem głupoty. Gdyby mieli ochotę na odrobinę czegoś skandalizującego, udaliby się do Portlandu. Gdyby chcieli czegoś więcej, pojechaliby do Nowego Jorku albo do Bostonu. Derry było małym prowincjonalnym miasteczkiem, a tutejsza społeczność homoseksualna dobrze zdawała sobie sprawę z tego, gdzie przyszło jej żyć.

Don Hagarty przychodził do Falcona od dwóch czy trzech lat, ale dopiero w marcu osiemdziesiątego czwartego po raz pierwszy zjawił się tu z Adrianem Mellonem. Przedtem Hagarty należał do wolnych strzelców i rzadko kiedy pokazywał się kilkakrotnie z tym samym facetem. Jednak pod koniec kwietnia nawet dla Elmera Curtiego, który nie interesował się tymi sprawami, stało się jasne, że Hagarty i Mellon żyją z sobą w trwałym związku.

Hagarty był kreślarzem i pracował dla firmy inżynieryjnej z Bangor. Adrian Mellon był pisarzem, typowym wolnym strzelcem, który publikował wszędzie, gdzie się tylko dało. Pisał powieść, ale może traktował to niezbyt serio, gdyż pracował nad nią od trzeciej klasy college’u, czyli już dwanaście lat.

Przybył do Derry, aby napisać artykuł o kanale — na zlecenie „New England Byways” — znanego dwumiesięcznika drukowanego w Concord. Adrian przyjął to zlecenie, gdyż zdołał wycisnąć od redakcji „Byways” trzytygodniową dietę. Zapewnili mu hotel, a zdawał sobie sprawę, że na zebranie materiału do artykułu nie będzie potrzebował więcej niż pięć dni. Przez pozostałe dwa tygodnie mógł zebrać materiał dla czterech innych regionalnych gazet. Ale podczas swego trzytygodniowego pobytu w Derry poznał Dona Hagarty’ego i zamiast wrócić do Portlandu, wynajął małe mieszkanko przy Kossuth Lane. Zajmował je tylko przez sześć tygodni. Potem wprowadził się do Dona Hagarty’ego.

8

To lato, jak powiedział Hagarty Haroldowi Gardenerowi i Jeffowi Reevesowi, było najszczęśliwszym latem jego życia.

— Powinien był się domyślić — rzekł — powinien był wiedzieć, że Bóg wkłada dywan pod nogi takich jak on tylko po to, aby go siłą wyszarpnąć.

Adrian miał niezwykle gorący stosunek do Derry. Nosił podkoszulek z napisem: „Maine nie jest złe, ale Derry jest wspaniałe!”. Miał kurtkę drużyny Derry Tigers. No i do tego tę czapeczkę. Twierdził, że podoba mu się tutejsza atmosfera. Dodawała mu wigoru i animuszu. Może tak rzeczywiście było — po raz pierwszy od blisko roku powrócił do pisania swojej powieści.

— Czy naprawdę zaczął nad nią pracować? — spytał Gardener, choć wcale go to nie obchodziło, chciał jednak, aby Hagarty kontynuował swoją wypowiedź.

— Tak… Pisał jak szalony. Mówił, że może to będzie okropna książka, ale przynajmniej ją skończy. Oszacował, że jej zakończenie powinno wypaść w październiku, na jego urodziny. Oczywiście nie wiedział, jakie naprawdę jest Derry. Tak mu się tylko wydawało, ale nie mieszkał tu dostatecznie długo, aby poczuć prawdziwy zapach tego miasta. Próbowałem mu to uświadomić, ale nie chciał mnie słuchać.

— A jakie naprawdę jest Derry, Don? — spytał Reeves.

— Jest jak zdechła kurwa z robakami wyłażącymi z cipy — odrzekł Don Hagarty.

Dwaj gliniarze spojrzeli na niego zaskoczeni.

— To złe miejsce — dodał Hagarty. — Czy wy dwaj naprawdę nie zdajecie sobie z tego sprawy? Żyjecie tu i o tym nie wiecie?

Żaden z nich nie odpowiadał. Po krótkiej chwili Hagarty mówił dalej.

9

Dopóki w jego życiu nie pojawił się Adrian Mellon, Don miał zamiar wyjechać z Derry. Mieszkał tu już od trzech lat głównie dlatego, że zgodził się na długoterminowy wynajem apartamentu z najbardziej niezwykłym widokiem na rzekę, ale teraz okres najmu dobiegał końca i Don był z tego zadowolony. Miał już tego dość. Miał już dość złych bioprądów Derry; kiedyś powiedział Adrianowi, że czuje się tak, jakby w tym mieście stale wypadało trzynastego.

Adrian mógł myśleć, że Derry było wspaniałym miejscem, i to Dona przerażało. Nie chodziło tu tylko o homofobię panującą w tym miejscu i nastawienie wyrażane zarówno słowami wypowiadanymi przez kaznodziejów, jak i graffiti w miejskim parku, ale przynajmniej to mógł wytknąć palcem. Adrian tylko się roześmiał.

— Don, w każdym mieście w Stanach znajdziesz ludzi, którzy nie cierpią gejów — odparł. — Nie mów, że o tym nie wiesz. Przecież to w końcu era Ronniego Morona i Phyllis Housefly.

— Chodź ze mną do Bassey Park — odparł Don po tym, jak zrozumiał, że Adrian bynajmniej nie żartował i że naprawdę uważał Derry za zwykłe miasteczko, nie gorsze od wielu innych miast podobnej wielkości w jakiejkolwiek części Stanów. — Chcę ci coś pokazać, kochany.

Pojechali do Bassey Park w połowie czerwca, na miesiąc przed zabójstwem, jak powiedział Hagarty gliniarzom. Zabrał Adriana do mrocznych cuchnących podcieni Mostu Pocałunków i pokazał jeden z napisów. Adrian zapalił zapałkę i przytrzymał przed graffiti: „Pokaż mi swego kutasa, cioto, to ci go utnę”.

— Wiem, co ludzie myślą o gejach — rzekł cicho Don. — Kiedy byłem nastolatkiem, pobito mnie na przystanku autobusowym w Dayton. W Portlandzie paru facetów podpaliło mi buty przed sklepem, podczas gdy gruby glina z wielkim tyłkiem patrzył na to wszystko i śmiał się do rozpuku. Wiele widziałem… ale nigdy nie widziałem czegoś takiego. Spójrz tu. Zobacz.

Blask kolejnej zapałki oświetlił napis: „Wbij gwoździe w oczy wszystkim pedałom (na chwałę Boga!)”.

— Ktokolwiek pisze te krótkie homilie, jest niespełna rozumu. Czułbym się lepiej, gdybym wiedział, że to dzieło tylko jednego, jedynego psychola, ale… — Don zatoczył ręką łuk wzdłuż całej długości Mostu Pocałunków. — Ale tego jest cała masa… i nie sądzę, aby te napisy były dziełem tylko jednego człowieka. Właśnie dlatego chcę wyjechać z Derry, Ade. Ostatnio mamy tu sezon na szaleńców.

— Dobrze, ale jak skończę książkę, co? Proszę. Przyrzekam, wyjedziemy w październiku. Nie później. Tu jest lepsze powietrze.

— Nie wiedział, że powinien uważać na wodę — dodał z goryczą w głosie Hagarty.

10

Tom Boutillier i szef policji Rademacher pochylili się do przodu, ale żaden z nich się nie odezwał. Chris Unwin siedział ze spuszczoną głową, mówiąc monotonnym głosem do podłogi. To była część, którą chcieli usłyszeć, to była część, po której przynajmniej dwóch z tych dupków zostanie odesłanych do Thomaston.

— W wesołym miasteczku robiło się nudno — rzekł Unwin. — Wszystko, co najlepsze, było nieczynne, tak jak Diabelski Młyn czy Spadochronowy Zeskok. Wesołe Samochodziki też już zamknięto. Zostały tylko karuzele dla dzieciaków. No to minęliśmy parę salonów gier i Webby zobaczył budę Pitch Til U Win, i zapłacił pięćdziesiąt centów, a potem zobaczył kapelusik, taki jak ten, który nosił ten pedał, i zaczął rzucać, żeby go wygrać, ale nie trafiał, i za każdym razem, jak pudłował, coraz bardziej się wkurzał. A Steve, wiecie, ten typ, co to zawsze mówi: „Zbastuj, stary; przestań, stary; czemu się nie uspokoisz, stary”… on go naprawdę doprowadzał do szału, bo Webby wziął pigułkę. Może to nawet było coś całkiem legalnego. Czerwona pigułka. Nie wiem, co to było. Ale potem zaczął marudzić Webby’emu, i to tak, że mało mu Webby nie przywalił. Mówi: „Nawet nie potrafisz wygrać pedalskiej czapki. Musisz być naprawdę do niczego, skoro nie potrafisz jej wygrać. A to przecież zwykła pedalska czapeczka”. W końcu ta babka z budy dała mu nagrodę, mimo że nawet nie trafił w nią kółkiem. Chyba dlatego, że chciała się nas pozbyć. Nie mam pojęcia. Może nie. A może tak. Chyba miała nas dość. To była taka zabawka do robienia hałasu, wiecie. Taka, co wydaje odgłosy, jakby ktoś pierdział. Znacie to? Miałem kiedyś taką. Dostałem ją na Halloween czy Nowy Rok, a może na jakieś inne pierdolone święto, była całkiem fajna, ale gdzieś ją posiałem. A może ktoś mi ją podprowadził w budzie. Nie mam pojęcia. No, nieważne. Potem lunapark zamknęli, a my wyszliśmy i Steve nadal truł dupę Webby’emu, wiecie, o tym, że nie potrafił wygrać tej pieprzonej pedalskiej czapeczki. Webby niewiele gadał i wiedziałem, że to kiepski znak, ale robiłem dobrą minę do złej gry, kapujecie. Czułem, że powinienem go zmusić, żeby zmienił temat, ale w ogóle nie byłem w stanie myśleć. Nie mogłem, rozumiecie, na niczym się skupić. No więc kiedy doszliśmy na parking, Steve mówi: „Gdzie ty chcesz iść? Do domu? Już?”. A Webby na to: „Pokręćmy się wpierw trochę pod Falconem, zobaczymy, może ta ciota się tam zjawi”.

Boutillier i Rademacher wymienili spojrzenia. Boutillier uniósł palec i stuknął nim w policzek. Choć chłopak w roboczych butach o tym nie wiedział, mówił o morderstwie pierwszego stopnia.

— A ja na to, że muszę iść do domu, a Webby: „Boisz się przejść obok tej knajpy dla pedałów?”. No to ja mu odpowiadam: „Nie, kurwa!”, a Steve, który był naćpany czy jak, nie mam pojęcia, wtrąca: „Wpierdolmy jakiemuś pedałowi! Wpierdolmy…”.

11

Czas okazał się dla wszystkich nielitościwy. Adrian Mellon i Don Hagarty wyszli właśnie z Falcona po wypiciu dwóch piw; przeszli obok przystanku autobusowego i wzięli się za ręce. Żaden z nich o tym nie myślał. Zrobili to odruchowo. Była dwudziesta druga dwadzieścia. Doszli do zakrętu i skręcili w lewo. Most Pocałunków znajdował się o pół mili stąd. Mieli zamiar przejść przez Main Street Bridge, który był o wiele mniej romantyczny. Poziom Kenduskeag był niski — nie więcej niż cztery stopy wody przepływającej apatycznie wokół cementowych filarów.

Kiedy śmieciarka zatrzymała się tuż przed nimi (Steve Dubay zauważył ich, jak wychodzili z Falcona, i bardzo się ucieszył z tego powodu), znajdowali się na skraju mostu.

— Zatrzymaj! Zatrzymaj! — ryknął Webby Garton. Dwaj mężczyźni przeszli właśnie pod latarnią i dopiero wtedy zauważył, że trzymali się za ręce. To doprowadziło go do pasji… — Zajedź im drogę, do cholery. — I Steve to zrobił.

Chris Unwin odmówił uczestnictwa w tym, co działo się później, ale Don Hagarty wyznał coś całkiem innego. Powiedział, że Garton wyskoczył z wozu, zanim jeszcze ten się zatrzymał. Dwaj pozostali szybko poszli w jego ślady. Potem doszło do wymiany zdań. Niezbyt przyjemnej, ogólnie rzecz biorąc. Tym razem Adrian nie próbował się silić na przytyki czy fałszywą kokieterię. Zdawał sobie sprawę, że wpadli w poważne tarapaty.

— Daj mi ten kapelusik — rzekł Garton. — Daj mi go, pedale.

— A jak ci dam, zostawisz nas w spokoju? — Adrian był zielony ze strachu, o mało nie zaczął płakać, spoglądając przerażonym wzrokiem to na Unwina, to na Dubaya, to znowu na Gartona.

— Po prostu mi go daj, skurwielu!

Adrian podał mu go. Garton wyjął z lewej kieszeni dżinsów scyzoryk i przeciął kapelusz na dwie części. Przetarł nimi tyłek. Potem rzucił je na ziemię i podeptał. Don Hagarty cofnął się nieznacznie, podczas gdy uwaga pozostałych była skupiona na Adrianie i jego kapelusiku — twierdził, że szukał gliniarza.

— A może te… — zaczął Adrian Mellon i właśnie wtedy Garton uderzył go w twarz, ciskając go na barierę mostu. Adrian krzyknął, przykładając dłonie do ust. Krew ciekła mu przez palce.

— Ade! — krzyknął Hagarty i ponownie wysforował się do przodu. Dubay podstawił mu nogę. Garton kopnął go w brzuch, strącając go z chodnika na jezdnię. Jakiś samochód przejechał obok. Hagarty podniósł się na kolana i wrzasnął za nim przeciągle. Wóz nawet nie zwolnił. Kierowca — jak powiedział Gardenerowi i Reevesowi — w ogóle nie oglądał się na boki.

— Zamknij się, cioto! — syknął Dubay i kopnął go w twarz. Hagarty upadł na bok, do rynsztoka, na wpół przytomny.

Parę sekund później usłyszał głos Chrisa Unwina, mówiącego, żeby spadał, dopóki nie przydarzyło mu się to samo co jego kolesiowi. W swoim zeznaniu Unwin potwierdził, że ostrzegał chłopaka.

Hagarty słyszał głuche odgłosy uderzeń i krzyki swego kochanka. Adrian piszczał jak zając schwytany w sidła. Hagarty odczołgał się w stronę skrzyżowania i jasnych świateł dworca autobusowego, a kiedy był już dostatecznie daleko, obejrzał się za siebie. Adrian Mellon, który miał pięć i pół stopy wzrostu i ważył około stu trzydziestu pięciu funtów, był popychany i potrącany, zataczając się od Gartona przez Dubaya do Unwina i z powrotem. Ci trzej sprawiali wrażenie, jakby grali w jakąś grę żywą piłką. Jego ciało było bezwładne i wiotkie jak ciało szmacianej lalki. Bili go, okładali pięściami, rozrywali na nim ubranie. Kiedy tak się przyglądał, zeznał, Garton uderzył Adriana w krocze. Mellonowi włosy przesłaniały oczy. Krew ciekła mu z ust i plamiła koszulę. Webby Garton miał na prawej ręce dwa ciężkie sygnety — jeden był sygnetem liceum z Derry, drugi własnoręcznie zrobił i ozdobił wypukłymi literami DB. Oznaczały one Dead Bugs — jego ulubiony zespół heavymetalowy. Sygnet rozdarł górną wargę Adriana Mellona i strzaskał trzy z jego górnych zębów tuż przy linii dziąseł.