Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Ostatni bastion Barta Dawesa ebook

Stephen King  

3.36363636363636 (11)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 363 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ostatni bastion Barta Dawesa - Stephen King

Bart Dawes nie ma w życiu szczęścia. Można nawet uznać, że ma wyjątkowego pecha. Nienawidzi swojej pracy, stracił syna, jego małżeństwo się rozpada. Na dodatek jego dom stoi na drodze międzystanowej autostradzie i lada dzień rozjadą go buldożery. Bart nie zamierza się jednak poddać, kupuje broń i rozpoczyna walkę o to, co jeszcze mu pozostało…

Opinie o ebooku Ostatni bastion Barta Dawesa - Stephen King

Fragment ebooka Ostatni bastion Barta Dawesa - Stephen King

O książce

Bartowi Dawesowi nic się w życiu nie udaje, Nietrafione decyzje. Fatalne relacje z żoną. Śmierć dziecka. Mało ciekawa praca… Trudno go uznać za szczęściarza, mimo to godzi się ze swoim losem. Do czasu, aż zagrozi mu utrata domu. Domu pełnego wspomnień związanych ze zmarłym synem, z utraconą bliskością z żoną, kojarzącego się z zanikającym dawnym światem, w którym obowiązywały jakieś zasady. Zdesperowany kupuje broń i postanawia walczyć o swoje.

STEPHEN KING

Wybitny pisarz amerykański, nazywany Królem Horroru, został w 2003 r. uhonorowany prestiżową nagrodą literacką National Book. Światową sławę przyniosła mu wydana w 1973 r. powieść Carrie. Kolejne utwory – powieści, zbiory opowiadań i komiksy – opublikowano w setkach milionów egzemplarzy i przełożono na kilkadziesiąt języków. Są wśród nich tak znane książki, jak: Lśnienie, Sklepik z marzeniami, Bastion, Zielona Mila, Desperacja, Komórka, Uciekinier, Pod kopułą, Czarna bezgwiezdna noc, To, Cujo, Pan Mercedes, Znalezione nie kradzione i ośmiotomowy cykl fantasy Mroczna Wieża.

Proza Kinga należy do najczęściej ekranizowanych, a wśród reżyserów, którzy podejmowali się tego zadania, znaleźli się Brian de Palma, Stanley Kubrick czy David Cronenberg.

Pod pseudonimem Richard Bachman King opublikował siedem powieści.

Na podstawie Pana Mercedesa – odznaczonego Edgar Allan Poe Award dla najlepszego kryminału 2014 r. – powstaje miniserial w reżyserii Jacka Bendera (twórcy Lost).

www.stephenking.comwww.stephenking.pl

Tego autora w Wydawnictwie Albatros

ROSE MADDERDOLORES CLAIBORNEGRA GERALDADESPERACJAREGULATORZYSKLEPIK Z MARZENIAMIBEZSENNOŚĆZIELONA MILAMARZENIA I KOSZMARYKOMÓRKACZWARTA PO PÓŁNOCYCHUDSZYTOBASTIONOCZY SMOKAPO ZACHODZIE SŁOŃCACZTERY PORY ROKUUCIEKINIERCZARNA BEZGWIEZDNA NOCCUJOPODPALACZKAROK WILKOŁAKAMROCZNA POŁOWAWOREK KOŚCIDZIEWCZYNA, KTÓRA KOCHAŁA TOMA GORDONANOCNA ZMIANAŁOWCA SNÓWOSTATNI BASTION BARTA DAWESABLAZEPAN MERCEDESZNALEZIONE NIE KRADZIONEMROCZNA WIEŻAROLAND(oraz SIOSTRZYCZKI Z ELURII)POWOŁANIE TRÓJKIZIEMIE JAŁOWECZARNOKSIĘŻNIK I KRYSZTAŁWIATR PRZEZ DZIURKĘ OD KLUCZAWILKI Z CALLAPIEŚŃ SUSANNAHMROCZNA WIEŻAPowieści graficzne MROCZNA WIEŻANARODZINY REWOLWEROWCADŁUGA DROGA DO DOMUZDRADAUPADEK GILEADBITWA O JERICHO HILLPOCZĄTEK PODRÓŻYWkrótceSIOSTRZYCZKI Z ELURIIBITWA O TULLWyłącznie jako audiobook i e-bookStephen King, Joe HillW WYSOKIEJ TRAWIEStephen King, Stewart O’NanTWARZ W TŁUMIE

Tytuł oryginału: ROADWORK

Copyright © Richard Bachman 1981All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2015

Polish translation copyright © Maciejka Mazan 2008, 2015

Korekta: Magdalena Stec

Ilustracja na okładce: Dariusz Kocurek

Opracowanie graficzne okładki: Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

ISBN 978-83-7985-228-4

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Magdalena Wojtas, 88em

Pamięci Charlotte Littlefield

Księga Przysłów 31:10-28

Prolog

Ja nie wiem dlaczego, ty nie wiesz dlaczego, Bóg najprawdopodobniej też nie wie dlaczego. To sprawa rządu, tyle w tej kwestii.

Sonda uliczna na temat Wietnamu, około 1967 roku

Ale Wietnam się skończył, a życie w kraju toczyło się dalej.

Tego upalnego sierpniowego popołudnia 1972 roku na końcu autostrady 784 stanęła furgonetka stacji telewizyjnej WHLM. Niewielki tłumek zbił się wokół małego, naprędce skleconego podium; pokrywający go materiał był jak cienka skóra na szkielecie nagich desek. Za nim, na szczycie porośniętego trawą nasypu, stały budki przy wjeździe na płatną autostradę. Dalej, aż do peryferii miasta, rozciągał się pusty bagnisty teren.

Młody dziennikarz Dave Albert robił sondę uliczną, skracając sobie i kolegom czas oczekiwania na burmistrza i gubernatora, mających wkrótce przybyć na uroczystość.

Podsunął mikrofon starszemu panu w okularach z przyciemnianymi szkłami.

– Więc… – zaczął mężczyzna, zerkając lękliwie w obiektyw – …to się przyda miastu. Już dawno należało to zrobić. To… się bardzo przyda. – Przełknął ślinę, zdając sobie sprawę, że jego umysł nadaje echo samego siebie, lecz nie mogąc się zatrzymać, zahipnotyzowany przeszywającym spojrzeniem cyklopowego oka potomności. – Bardzo – dodał słabo.

– Dziękujemy.

– Pokażecie mnie? W wiadomościach?

Albert przywołał na twarz profesjonalny uśmiech, który nic nie znaczył.

– Trudno powiedzieć. Niewykluczone.

Dźwiękowiec wskazał na zakręt przy wjeździe na autostradę, zza którego właśnie wyłonił się chrysler gubernatora, lśniący i migotliwy jak chromowany pocisk w blasku letniego słońca. Albert skinął głową i uniósł palec. Wraz z dźwiękowcem podszedł do człowieka w białej koszuli z podwiniętymi rękawami. Facet chmurnie przyglądał się podium.

– Czy zechciałby pan wyrazić swoją opinię, panie…

– Dawes. Zechciałbym. – Miał niski, przyjemny głos.

– Gazu – mruknął kamerzysta.

Mężczyzna w białej koszuli dodał równie przyjemnie:

– Według mnie to zwyczajne gówno.

Operator skrzywił się, a Albert pokiwał głową potępiająco. Dwoma palcami prawej ręki zrobił gest cięcia. Starszy pan przyglądał się tej scenie z autentyczną zgrozą. Ponad nimi, przy budkach opłat, gubernator wyłonił się z chryslera. Jego zielony krawat zalśnił w słońcu.

Mężczyzna w białej koszuli spytał uprzejmie:

– Puścicie to w dzienniku o szóstej czy o jedenastej?

– Ho, ho, bracie, aleś zgrywny – mruknął kwaśno Albert i ruszył, by złapać gubernatora. Kamerzysta podążył za nim. Mężczyzna w białej koszuli patrzył na gubernatora ostrożnie schodzącego po trawiastym zboczu.

Siedemnaście miesięcy później Albert i mężczyzna w białej koszuli spotkali się ponownie, ale ponieważ żaden z nich nie pamiętał, że już się znają, równie dobrze mogło to być ich pierwsze spotkanie.

Część pierwszaLISTOPAD

Wczoraj w nocy do okna zastukał mi deszcz.

Przez ciemny szedłem pokój i myślałem, że

W jasnym latarni świetle stoi na ulicy

Duch wieku. Rzekł mi: wszyscy na tej stoimy granicy.

Al Stewart

20 listopada 1973

Robił to, co robił, i nie pozwalał sobie na myślenie. Tak było bezpieczniej. Zupełnie jakby miał w głowie wyłącznik, pstrykający za każdym razem, gdy pojawiało się pytanie: ale po co to robisz? Wtedy w jakimś zakątku jego mózgu gasło światło. Hej, George, kto zgasił światło? Ups, chyba ja. Coś się przepaliło. Zaraz, chwileczkę. Popstrykać włącznikiem… Jest. Ale myśl się ulotniła. Wszystko gra. No to do rzeczy, Freddy – gdzie to byliśmy?

· · ·

W drodze na przystanek autobusowy zobaczył ogłoszenie:

AMUNICJA SKLEP HARVEYA AMUNICJARemington Winchester Colt Smith & WessonZAPRASZAMY MYŚLIWYCH

Z szarego nieba prószył drobny śnieg, pierwszy tego roku; płatki lądowały na chodniku jak białe placki sody oczyszczonej i zaraz się topiły. Zobaczył małego chłopca w czerwonej włóczkowej czapce, który szedł z otwartymi ustami i wysuniętym językiem, żeby złapać płatek śniegu. To wszystko zaraz stopnieje, Freddy, pomyślał, ale dzieciak i tak szedł z głową zadartą w górę.

Zatrzymał się przed sklepem Harveya. Przed drzwiami na chodniku sterczał stojak z wydaniem popołudniówek. Nagłówek głosił:

CHWILOWE ZAWIESZENIE BRONINADAL OBOWIĄZUJE

Poniżej na stojaku widniał rozmazany biały napis:

PROSZĘ ZAPŁACIĆ ZA GAZETĘ!WŁAŚCICIEL DOSTAJE JE ODPŁATNIE

W środku panowało przyjemne ciepło. Sklep był długi, ale niezbyt szeroki. Tylko dwa rzędy półek. Po lewej stronie stała szklana gablotka z pudełkami amunicji. Natychmiast rozpoznał naboje kalibru .22, ponieważ w dzieciństwie, jeszcze w Connecticut, miał jednostrzałową strzelbę, właśnie dwudziestkędwójkę. Marzył o niej przez trzy lata, a kiedy ją dostał, nie potrafił znaleźć dla niej zastosowania. Przez jakiś czas strzelał do puszek, potem zabił sójkę. Nie miała łatwej śmierci. Siedziała w śniegu, w samym środku plamy różowawej czerwieni, powoli otwierając i zamykając dziób. Po tej sójce powiesił strzelbę na haku i zostawił ją tam na trzy lata, aż wreszcie sprzedał ją chłopakowi z tej samej ulicy za dziewięć dolarów i pudełko książeczek z dowcipami.

Inne naboje nie kojarzyły mu się z niczym. Trzydzieści trzy, trzydzieści sześć i takie, które wyglądały jak pociski do haubicy. Na co to, zdziwił się. Na tygrysy? Dinozaury? Zafascynowały go, zamknięte w szklanej gablocie jak landrynki z automatu.

Sprzedawca lub właściciel rozmawiał z grubym gościem w zielonych spodniach i zielonej wojskowej koszuli. Koszula miała kieszenie z patkami. Rozmawiali o rozłożonym na części pistolecie, leżącym w innej szklanej gablocie. Gruby odciągnął kciukiem zamek i razem zajrzeli do naoliwionej komory. Gruby powiedział coś, na co sprzedawca lub właściciel się roześmiał.

– Automatyczne zawsze się zacinają? Mac, ojciec ci to wmówił, przyznaj się.

– Harry, bracie, łżesz jak pies.

Łżesz, Fred, pomyślał. Jak pies. Wiesz o tym?

Fred powiedział, że wie.

Szklana gablota po prawej stronie biegła przez cały sklep. Wisiało w niej mnóstwo strzelb. Potrafił rozpoznać dubeltówki, ale reszta była dla niego czarną magią. A jednak niektórzy – na przykład ci przy ladzie – opanowali ten temat tak, jak on opanował księgowość na studiach.

Zrobił parę kroków w głąb sklepu i zajrzał do gablotki z pistoletami. Zobaczył kilka pneumatycznych, kilka dwudziestekdwójek, trzydziestkęósemkę z drewnianą kolbą, czterdziestkępiątkę i broń, w której rozpoznał magnum .44, takie samo jak to, które miał na filmie Brudny Harry. Słyszał, jak Ron Stone i Vinnie Mason rozmawiali w pralni o tym filmie i Vinnie powiedział: nikt by nie pozwolił gliniarzowi nosić takiego gnata w mieście. Czymś takim można zrobić dziurę w człowieku z odległości kilometra.

Gruby facet, Mac, i sprzedawca lub właściciel, Harry (jak Brudny Harry), złożyli broń.

– Przedzwoń do mnie, jak dostaniesz tego menschlera – poprosił Mac.

– Dobrze… Ale to uprzedzenie do automatów jest irracjonalne – odparł Harry. (To musiał być właściciel sklepu – zwykły sprzedawca nigdy by nie powiedział klientowi, że zachowuje się irracjonalnie). – Musisz mieć tę cobrę na przyszły tydzień?

– Chciałbym.

– Niczego nie obiecuję.

– Jak zwykle… ale jesteś najlepszym, kurna, rusznikarzem w mieście i dobrze o tym wiesz.

– No pewnie.

Mac poklepał broń w szklanej gablocie i odwrócił się. Idąc do drzwi, potrącił go – Uważaj, Mac. Lepiej się do mnie uśmiechnij. Pod pachą trzymał gazetę, można było przeczytać:

OWE ZAWIE

Harry odwrócił się do niego z uśmiechem, kręcąc głową.

– Czy mogę pomóc?

– Mam nadzieję. Ale ostrzegam, zupełnie nie znam się na broni.

Harry wzruszył ramionami.

– A kto powiedział, że ma się pan znać? Pan czy ktokolwiek? Chodzi o prezent na Gwiazdkę?

– Tak, właśnie – podchwycił, zadowolony z okazji. – Mam kuzyna, Nicka, tak się nazywa. Nick Adams. Mieszka w Michigan i ma hopla na punkcie broni. Wie pan, uwielbia polować, ale nie chodzi tylko o polowanie, to coś więcej. To jakby… jakby…

– Hobby? – podsunął Harry z uśmiechem.

– Tak, właśnie. – Chciał powiedzieć „fetysz”. Zerknął na kasę, na której widniała staruteńka naklejka:

JEŚLI BROŃ JEST PRZESTĘPSTWEM,TYLKO PRZESTĘPCY BĘDĄ NOSIĆ BROŃ.

Uśmiechnął się do Harry’ego.

– Święte słowa.

– No pewnie. A ten pański kuzyn…

– A mój kuzyn lubi to, co najlepsze. Wie, że uwielbiam łódki, i niech mnie diabli, w zeszłym roku na Gwiazdkę dał mi silnik Evinrude, sześćdziesiąt koni! Wysłał go ekspresem. A ja mu podarowałem kurtkę myśliwską. Czułem się jak debil.

Harry pokiwał głową ze współczuciem.

– Jakiś miesiąc temu dostałem od niego list. Chłopak był szczęśliwy jak dziecko, co dostało za darmo bilet do cyrku. Razem z sześcioma kumplami zrobili zrzutkę i wybrali się gdzieś do Meksyku, tam, gdzie wolno strzelać…

– Do rezerwatu łowieckiego?

– Aha, chyba. – Zachichotał cicho. – Można strzelać, ile wlezie. Mają tam zwierzyny do diabła i trochę. Jelenie, antylopy, niedźwiedzie, bizony… Wszystko.

– Czy to czasem nie Boca Rio?

– Nie pamiętam. Chyba miało jakąś dłuższą nazwę.

Oczy Harry’ego zasnuły się mgiełką rozmarzenia.

– W sześćdziesiątym piątym razem z tym gościem, co właśnie wyszedł, pojechaliśmy do Boca Rio. Trafiłem zebrę! Zebrę, słowo daję! Powiesiłem jej łeb w domu w salonie. To była najpiękniejsza chwila mojego życia. Bardzo zazdroszczę pańskiemu kuzynowi.

– Pogadałem z żoną i powiedziała, że mogę to zrobić. Mieliśmy naprawdę dobry rok. Pracuję w pralni Blue Ribbon w Western.

– Tak, wiem, gdzie to jest.

Mógłby gadać z Harrym przez cały dzień, do końca roku, splatając prawdę i kłamstwo w jedną piękną tkaninę. Niech życie toczy się obok. Chromolić kryzys paliwowy, wysokie ceny wołowiny i chwilowe zawieszenie broni, będą rozmawiać o kuzynie, który nie istnieje i nigdy nie istniał. Nie, Fred? No jak nie, jak tak, Georgie.

– W tym roku podpisaliśmy umowę ze szpitalem ogólnym i z psychiatrykiem. A! I z tymi trzema nowymi motelami.

– Ten na Franklin Avenue też obsługujecie?

– Tak.

– Nocowałem tam parę razy. Pościel zawsze była bardzo czysta. Śmieszne, nigdy się nie zastanawiamy, kto pierze pościel w hotelach.

– No, czyli mieliśmy dobry rok. Więc pomyślałem, może kupię Nickowi strzelbę i pistolet. Zawsze marzył o magnum .44. Słyszałem, jak o tym mówił…

Harry wyjął magnum i położył je ostrożnie na szklanej gablocie. Wziął je do ręki. Było przyjemnie ciężkie. Solidne.

Odłożył je na gablotę.

– Komora… – zaczął Harry.

Roześmiał się i uniósł rękę.

– Nie musi mnie pan namawiać, sam się namówiłem. Ignoranta nie trzeba przekonywać. Ile amunicji mam do tego kupić?

Harry wzruszył ramionami.

– Dziesięć pudełek. Zawsze może sobie dokupić. Ta sztuka kosztuje dwieście osiemdziesiąt dziewięć plus VAT, ale sprzedam panu za dwieście osiemdziesiąt i dorzucę naboje za darmo. Co pan na to?

– Super – powiedział ucieszony z całego serca. A potem dodał, ponieważ wydawało mu się, że tak trzeba: – Piękna sztuka.

– Jeśli się jedzie do Boca Rio, coś takiego bardzo się przyda.

– A teraz strzelba…

– Co ma ten pański kuzyn?

Wzruszył ramionami i rozłożył ręce.

– Przykro mi, naprawdę nie wiem. Dwa, trzy pistolety i coś, co jest podobno samopowtarzalne…

– Remington? – Pytanie padło tak szybko, że aż się przestraszył; tak jakby brodził w wodzie po pas i nagle grunt osunął mu się spod nóg.

– Możliwe. Mogę się mylić.

– Remington robi najlepsze – powiedział Harry i pokiwał głową, zsyłając na niego tym samym błogi spokój. – Ile chce pan wydać?

– Będę szczery. Ten silnik kosztował go ze cztery setki. Ja chcę wydać co najmniej pięć. Ewentualnie sześć.

– Lubicie się, co?

– Razem dorastaliśmy – wyznał szczerze. – Oddałbym mu chyba prawą rękę, gdyby jej potrzebował.

– Coś panu pokażę. – Harry wybrał z pęku kluczy na kółku jeden i podszedł do oszklonej gabloty. Otworzył ją, wspiął się na stołek i zdjął długą, ciężką strzelbę z inkrustowaną kolbą. – Kosztuje trochę więcej, niż chce pan dać, ale to rarytas. – Podał mu ją.

– Co to takiego?

– Weatherbee czterysta sześćdziesiąt. Strzela amunicją większego kalibru niż wszystko, co tu mam. Gdyby pan chciał zamówić naboje, musiałbym je sprowadzić z Chicago. To potrwa z tydzień. Jest idealnie wyważona. Ten drobiazg wali z impetem ponad czterystu kilo… to jakby kogoś uderzyć limuzyną. Jeśli strzeli pan z tego jeleniowi w głowę, nie zostanie z niego nawet ogonek na pamiątkę.

– No, nie wiem… – powiedział z powątpiewaniem, choć już postanowił, że ją weźmie. – Nick chciałby mieć trofeum. To także zabawa…

– No pewnie – przyświadczył Harry, ujmując weatherbee. – Nie jedzie się do Boca Rio po mięso. Więc pański kuzyn poluje? Z tym maleństwem nie będzie się godzinami włóczyć za cholernym bydlęciem po wertepach i bezdrożach. Jeden strzał i flaki rozbryzną się w promieniu pół kilometra.

– Ile za to?

– No, powiem w ten sposób: nie mogę tego upłynnić w mieście. Kto chce mieć takie, cholera, działo przeciwlotnicze tu, gdzie od czasu do czasu trafia się najwyżej bażant? A gdyby się go podało do stołu, smakowałby jak wędzony w spalinach. W sprzedaży detalicznej kosztuje to dziewięćset pięćdziesiąt, w hurcie sześćset trzydzieści. Ja podaruję je panu za siedemset.

– Czyli razem… prawie tysiąc?

– Za zakup powyżej trzystu dolarów dajemy dziesięć procent zniżki. Czyli dziewięćset. – Wzruszył ramionami. – Daj pan tę broń kuzynowi, gwarantuję, że takiej nie ma. Jeśli ma, odkupię od pana za siedemset pięćdziesiąt. Dam to panu na piśmie, taki jestem pewien swego.

– Poważnie?

– Absolutnie. Absolutnie. Oczywiście, jeśli za drogo, no to za drogo. Możemy spojrzeć na coś innego. Ale jeśli kuzyn ma prawdziwego hopla, nie mam tu niczego, czego pewnie już sobie nie kupił.

– Rozumiem. – Zrobił zamyśloną minę. – Ma pan telefon?

– Jasne, na zapleczu. Chce się pan poradzić żony?

– Tak będzie lepiej.

– Jasne. Proszę za mną.

Harry zaprowadził go na zagracone zaplecze. Ławka i porysowany drewniany stół były zawalone wnętrznościami pistoletów, sprężynami, płynem do czyszczenia, ulotkami i buteleczkami z kawałkami ołowiu.

– Telefon jest tam – pokazał Harry.

Usiadł, wziął aparat i wykręcił numer. Harry wrócił po magnum, które włożył do pudełka.

– Dziękujemy za wybranie usług informacji meteorologicznej WDST – rozległ się w słuchawce radosny, mechaniczny głos. – Popołudniowe zadymki przejdą wieczorem w lekkie opady śniegu…

– Mary? Cześć – powiedział. – Słuchaj, no więc jestem w tym sklepie. Tak, dla Nicka. Mam ten pistolet, wiesz, bez problemu. Był akurat taki, jak rozmawialiśmy. Potem ten pan pokazał mi strzelbę…

– …przewidywane rozpogodzenie. Temperatura spadnie dziś do minus piętnastu, jutro od minus piętnastu do minus dwudziestu stopni. Możliwe opady…

– Więc co sądzisz? – Harry stał w drzwiach za jego plecami, widać było jego cień.

– Aha – powiedział. – Wiem.

– Dziękujemy za wybranie usług informacji meteorologicznej WDST. Zapraszamy do oglądania wiadomości z Bobem Reynoldsem; codziennie o szóstej po południu aktualna prognoza pogody. Do widzenia.

– Nie, nie żartujesz. Tak, to bardzo drogo.

– Dziękujemy za wybranie usług informacji meteorologicznej WDST. Popołudniowe zadymki przejdą wieczorem…

– Ale na pewno, skarbie?

– …przewidywane rozpogodzenie. Temperatura…

– No, to dobrze. – Odwrócił się, uśmiechnął do Harry’ego i zrobił kółeczko z palca wskazującego i kciuka. – To bardzo miły gość. Dał mi gwarancję, że Nick nie ma takiej.

– Możliwe opady…

– A ja ciebie, Mare. Pa. – Odłożył słuchawkę. Jezu, Freddy, to było niezłe. No masz, George, no masz.

Wstał.

– Powiedziała, że mam wolną rękę. No więc: tak.

Harry uśmiechnął się.

– Co pan zrobi, jak kuzyn przyśle panu thunderbirda?

Odpowiedział uśmiechem.

– Odeślę nierozpakowanego.

W drodze do kasy Harry spytał:

– Czek czy gotówka?

– American Express, jeśli można.

– Można, można.

Podał mu kartę. Na jej odwrocie, na specjalnym pasku, widniał podpis:

BARTON GEORGE DAWES

– A te naboje na pewno przyjdą na czas, żebym mógł wszystko wysłać Fredowi?

Harry podniósł głowę znad rachunku.

– Fredowi?

Uśmiechnął się szerzej.

– Nick to Fred, a Fred to Nick. Nicholas Frederic Adams. To taki żart z tym imieniem. Jeszcze z dzieciństwa.

– O. – Harry uśmiechnął się grzecznie, jak ktoś, kto usłyszał kiepski dowcip. – Pan tu podpisze.

Podpisał.

Harry wyjął spod lady ciężką księgę ze stalowym łańcuchem przeciągniętym przez górny lewy róg, blisko grzbietu.

– Poproszę o nazwisko i adres dla policji.

Poczuł, że palce zaciskają się mu na długopisie.

– Jasne. Tylko patrzcie, pierwszy raz w życiu kupuję broń i już jestem wariatem. – Zapisał w księdze nazwisko i adres.

Barton George Dawes 1241 Crestallen Street West

– Czepiają się wszystkiego – powiedział.

– Nie z własnej woli.

– Tak. Wie pan, co powiedzieli wczoraj w dzienniku? Chcą wprowadzić obowiązek noszenia ochraniacza na usta dla motocyklistów. Ochraniacz na usta! To rząd już nie ma innych zmartwień, tylko zęby gości na motocyklach?

– Dziwne, dziwne – zgodził się Harry, chowając księgę pod ladę.

– Albo ten nowy kawałek autostrady, który budują w Western. Przychodzi jakiś smarkacz, mówi: „Puścimy ją tędy”, a potem człowiek dostaje pismo: „Bardzo przepraszamy, ale tu, gdzie mieszkacie, będzie biegła autostrada 784. Macie rok na znalezienie nowego domu”.

– Skandal.

– Właśnie. Co znaczy prawo do wywłaszczenia, jeśli człowiek mieszkał w tym cholernym domu od dwudziestu lat? Kochał się w nim z żoną, wychowywał w nim dzieci, wracał do niego z wycieczek? Prawnicy to wymyślili specjalnie po to, żeby nas mogli lepiej załatwić.

Uważaj, uważaj. Wyłącznik zadziałał z opóźnieniem, trochę mu się wypsnęło.

– Wszystko w porządku? – spytał Harry.

– Aha. Zjadłem na obiad zapiekankę. Chyba zgłupiałem. Przecież zawsze mam po nich cholerne gazy.

– Pan się poczęstuje – powiedział Harry i wyjął z kieszeni na piersiach rolkę pastylek. Na etykiecie widniało:

GASTRYNKI

– Dziękuję. – Wyjął jedną z wierzchu i włożył do ust, nie zwracając uwagi na strzępek papieru, który się do niej przylepił. Patrzcie, jestem w reklamie. Ta znakomita pastylka pochłania kwas żołądkowy o czterdziestosiedmiokrotnie większej objętości w stosunku do swojej wagi.

– Mnie to pomaga – dodał Harry.

– A te naboje…

– Tak. Za tydzień. Najdłużej dwa. Sprowadzę siedemdziesiąt.

– Może pan przechować tę broń? Niech ją pan oznaczy moim nazwiskiem albo jakoś inaczej. Może to głupie, ale nie chcę tego trzymać w domu. Głupio, nie?

– Każdy lubi co innego – zauważył Harry roztropnie.

– Aha. Podam panu numer do mojej pracy. Kiedy dostanie pan te kule…

– Pociski – przerwał Harry. – Pociski lub naboje.

– Pociski – zgodził się z uśmiechem. – Jak je pan dostanie, niech pan do mnie przedzwoni. Odbiorę broń i zajmę się wysyłką. Czy broń można wysyłać pocztą kurierską?

– Jasne. Pański kuzyn będzie tylko musiał pokwitować, i tyle.

Napisał swoje nazwisko na wizytówce Harry’ego. Widniało na niej:

Harold Swinnerton849-6330

SKLEP HARVEYA

AmunicjaBroń zabytkowa

– Ciekawe… – odezwał się. – Skoro pan nazywa się Harold, to kim jest Harvey?

– Był moim bratem. Zmarł osiem lat temu.

– To smutne.

– Tak, było nam smutno. Pewnego dnia przyszedł tutaj, otworzył sklep, zrobił kasę i padł trupem. Zawał serca. Wspaniały człowiek, każdy chciałby go znać. Potrafił powalić jelenia z dwustu metrów.

Wyciągnął rękę nad ladą. Wymienili uścisk.

– Zadzwonię – obiecał Harry.

– Powodzenia.

Znów wyszedł na śnieg. Padało gęściej, a jego rękawiczki leżały w domu.

Co tam robiłeś, George?

Ciach, obwód przerwany.

Zanim dotarł do przystanku, wszystko przypominało historię, o której gdzieś przeczytał. Nic więcej.

· · ·

Crestallen Street West jest długą, skręcającą w dół ulicą z której rozciągał się piękny widok na park i przepiękny na rzekę, dopóki wraz z postępem nie pojawiły się tu wieżowce. Stało się to przed dwoma laty. Zupełnie zasłoniły widok.

Numer 1241 to domek z garażem na jeden samochód. Ma podłużny trawnik, teraz nagi i czekający na śnieg – taki porządny – który go przykryje. Podjazd jest asfaltowy, odnowiony poprzedniej wiosny.

Wszedł do domu i usłyszał dźwięki dobiegające z telewizora, nowego modelu Zenith – kupił go w lecie. Na dachu znajdowała się sterowana antena – sam ją tam ustawił. Mary była przeciwna ze względu na to, co ich czekało, ale on nalegał. Skoro można ją zamontować, dowodził, można też rozmontować przy wyprowadzce. Bart, nie bądź śmieszny. To tylko nadprogramowy wydatek… i nadprogramowa praca. Ale on ją przetrzymał i wreszcie powiedziała, że mu „ustąpi”. Tak mawiała w tych rzadkich wypadkach, kiedy zależało mu na czymś tak bardzo, że potrafił się przebić przez lepką maź jej argumentów. No dobrze, Bart. Tym razem ci „ustąpię”.

Właśnie oglądała Merva Griffina gawędzącego z gwiazdami. Tym razem gwiazdą był Lorne Greene, mówiący o swoim nowym serialu policyjnym Griff. Lorne mówił Mervowi, jak doskonale się bawił przy realizacji filmu. Wkrótce pojawi się czarna wokalistka (kolorowa koloratura, pomyślał), o której nikt nigdy nie słyszał. Zaśpiewa jakąś piosenkę, na przykład I Leflt My Heart in San Francisco.

– Cześć, Mary! – zawołał.

– Cześć, Bart.

Korespondencja na stoliku. Przerzucił koperty. List do Mary od jej z lekka świrującej siostry z Baltimore. Zestawienie wypłat z karty – trzydzieści osiem dolarów. Wyciąg z konta – wypłata 49, wpłata 9, ogółem 954,47. Dobrze, że w sklepie z bronią zapłacił American Express.

– Zrobiłam kawy! – zawołała Mary. – A może chcesz drinka?

– Drinka. Zrobię sobie.

Trzy inne zawiadomienia: ponaglenie z biblioteki, chodzi o Facing the Lions Toma Wickera. Wicker przemawiał miesiąc temu u rotarian i było to najlepsze przemówienie, jakie tam słyszano od lat.

Wiadomość od Stephana Ordnera, wielkiej ryby z Amroco, korporacji, która niemal natychmiast pochłonęła Blue Ribbon. Ordner wzywał go na rozmowę w sprawie umowy z Waterford – czy piątek ci odpowiada? A może wyjeżdżasz na Święto Dziękczynienia? Jeśli tak, zadzwoń. Jeśli nie, przyprowadź Mary. Carla zawsze chętnie się z nią spotyka i tra ta ta, i ple-ple.

Kolejny list z departamentu do spraw autostrad.

Stał i przyglądał się mu długo w szarym popołudniowym świetle wpadającym przez okno. Odłożył go na stolik. Zrobił sobie szkocką z lodem i poszedł z nią do salonu.

Merv ciągle gadał z Lorne’em. Kolory nowego zenitha były świetne, niemal nieziemskie. Jeśli nasze rakiety międzykontynentalne są tak samo dobre jak kolorowe telewizory, pomyślał, pewnego dnia czeka nas wielkie bum. Włosy Lorne’a były srebrne, najbardziej nieprawdopodobny odcień ze wszystkich możliwych odcieni srebra. Chłopcze, bo cię oskalpuję, pomyślał i zachichotał. Było to ulubione powiedzonko jego matki. Właściwie nie rozumiał, dlaczego wizja łysego Lorne’a Greene’a była taka zabawna. Może to spóźniony łagodny atak histerii po epizodzie w sklepie z bronią.

Uśmiechnięta Mary podniosła na niego oczy.

– Coś śmiesznego?

– Nie – odparł. – Tylko coś sobie pomyślałem.

Usiadł obok niej, musnął wargami jej policzek. Była wysoka, skończyła już trzydzieści osiem lat i znajdowała się na tym etapie, gdy uroda młodości zaczyna się decydować, jak będzie wyglądać w starszym wieku. Miała bardzo piękną skórę, piersi małe i niezbyt obwisłe. Strasznie dużo jadła, ale wściekły metabolizm nie pozwalał jej przytyć. Jeszcze przez dziesięć lat paradowanie w kostiumie kąpielowym na publicznej plaży nie będzie budzić w niej drżenia, bez względu na to, w jaki sposób bogowie postanowią pokierować jej losem. Patrząc na nią, uświadomił sobie, że sam ma niewielki brzuszek. Co tam, Freddy, każdy dyrektor ma brzuszek. To symbol sukcesu, jak delta 88. Zgadza się, George. Dbaj o siebie, nie daj sobie zrobić krzywdy, a dożyjesz osiemdziesiątki.

– Jak ci dziś poszło? – spytała.

– Dobrze.

– Pojechałeś do tej nowej siedziby w Waterford?

– Nie.

Nie był w Waterford od końca października. Ordner wiedział – pewnie mu ktoś o tym szepnął – i stąd to wezwanie. Nowa siedziba miała się mieścić w opuszczonej fabryce tekstyliów, a ten cwaniutki agent od nieruchomości ciągle do niego dzwonił. Musimy zakończyć tę sprawę, powtarzał. Nie jesteście jedyni w kolejce. Przyjadę najszybciej, jak zdołam, odpowiedział cwaniutkiemu agentowi. Cierpliwości.

– A co z tym domem w Crescent? – spytała. – Tym ceglanym.

– Nie dla nas. Chcą czterdzieści osiem tysięcy.

– Za coś takiego? – upewniła się z urazą. – Rozbój w biały dzień!

– No pewnie. – Pociągnął duży łyk. – Co tam u starej Bei z Baltimore?

– To, co zwykle. Teraz chodzi na hydroterapeutyczną grupę rozwoju świadomości. Ale numer, co? Bart…

– Aha – rzucił szybko.

– Bart, musimy się tym zająć. Dwudziesty stycznia coraz bliżej. Znajdziemy się na ulicy.

– Zrobię to najszybciej, jak zdołam. Cierpliwości.

– A ten mały na Union Street…

– Sprzedany – dokończył i osuszył szklankę.

– Właśnie o tym mówię – powiedziała z desperacją. – Dla nas dwojga byłby idealny. Za to, co miasto daje nam za dom i działkę, wyszlibyśmy na swoje.

– Nie podobał mi się.

– Ostatnio niewiele ci się podoba – zauważyła z zaskakującą goryczą. – Nie podobał mu się – poinformowała telewizor. Ciemnoskóra śpiewaczka była już w połowie piosenki.

– Mary, robię, co mogę.

Odwróciła się i spojrzała na niego poważnie.

– Wiem, co czujesz do tego domu…

– Nie – powiedział. – Nie wiesz.