To nie jest, do diabła, love story. Tom 1 - Julia Biel - ebook

To nie jest, do diabła, love story. Tom 1 ebook

Biel Julia

4,3

22 osoby interesują się tą książką

Opis

Pełna ciętego humoru i niebanalnego uroku seria, w której się zakochasz!

Ella – rozważna, odpowiedzialna i ostra jak brzytwa.

Jonasz – arogancki, zawadiacki i szalenie pociągający.

Życie, które nie owija... w folię bąbelkową.

Niespełna siedemnastoletnia Ella, sama i samotna, idzie przez życie jak lodołamacz, mając przed oczami swój wielki plan. Nie myśli o nawiązywaniu przyjaźni, nie ma czasu na miłość. Jednak wszystko bierze w łeb, kiedy przez zawirowania rodzinne trafia do liceum w Poznaniu. Splot zabawnych okoliczności stawia na jej drodze przystojnego Jonasza, który jest jej całkowitym przeciwieństwem. Ich plan przerośnie wszystkich...

Ella i Jonasz to wybuchowa para, której historia zachwyca, rozśmiesza, wzrusza. To antidotum na prozę życia, która czasem nas przygniata, i lekarstwo na wszystkie fakapy, jakie przydarzają nam się po drodze. To książka, której nie sposób odłożyć. Powiew świeżości w literaturze młodzieżowej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 322

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Dziewczynom, które wywróciłymoje życie do góry nogami,i Chłopakowi, który jest mojącodzienną inspiracją.

Ella Beck <[email protected]>

To: Judy Beck <[email protected]>

Sent: Tuesday, October 1, 2019, 06:30 AM

Subject: Pierwszy dzień piekła szkoły

Dear Madam, Droga Matko, Cześć, Mamo!

Serdeczne dzięki, że znów postanowiliście wykopać mnie poza nawias i rzucić na głęboką wodę. Doskonale radzę sobie w Poznaniu, tym parszywym poniemieckim mieście, który od pierwszej chwili urzekł mnie pięknem kamienic z muru pruskiego. Wszystko jest tu zimne, obce i dziwaczne takie nowe i fascynujące! Mieszkanie jest puste i całkiem nie w moim stylu staje się powoli moim nowym domem i wiem, że w szkole będę trzymać się od wszystkich z daleka nawiążę przyjaźnie na całe życie. Czuje się, że najważniejsze są tam wyścig szczurów i zakuwanie po nocach tradycja i konsekwentne dążenie do celu. Bardzo doceniam to, że co miesiąc zasilacie moje konto konkretnym przelewem, żeby uspokoić swoje tak zwane sumienie, tu jestem, i chcę napisać jedno: pieprzcie się. Możecie mi zaufać.

Wasza durna córka Ella

•••

Byłam wkuta. Wlokąc się z przystanku tramwajowego w stronę nieznanego, pękałam ze złości.

Jak ja się tu znalazłam? Dlaczego dałam się namówić na tę idiotyczną od początku do końca sytuację, która dla nikogo nie mogła się skończyć dobrze?

Jak to dlaczego? – odpowiedziałam zaraz sama sobie. – Przecież byłam odpowiedzialna, posłuszna i rozważna. Jasne – dorwał się do głosu przekorny głosik w mojej głowie, mistrz ciętej riposty, który interpretował moje życie zgoła inaczej – chyba raczej mało rozgarnięta, potulna i naiwna.

Jak choć przez chwilę mogłam uwierzyć, że wyekspediowanie mnie ze stolicy do Poznania już teraz, samą jak palec niespełna siedemnastolatkę, dla kogokolwiek okaże się dobrym posunięciem?

Wiem, wiem, to tylko rozwiązanie czasowe (ale czy się nie mówi, że prowizorki są najtrwalsze? – dopowiedział zaraz głosik). Niedługo wszystko się zmieni, pocieszałam się. Równocześnie jednak gniew wcale nie gasł – a co, jeśli się okaże, że nie radzę tu sobie w pojedynkę tak doskonale, jak miałam? Jeśli wydarzy się coś nieoczekiwanego? Coś, co pokrzyżuje wszystkim szyki?

Wlokłam się od tramwaju, który wywiózł mnie oczywiście w zupełnie inną stronę, niż planowałam. Plan był prosty jak drut. Trzynaście przystanków linią tramwajową numer trzynaście (swoją drogą, już wcześniej powinno mi to było dać do myślenia, że to pech do murowanej potęgi nawet nie wiem której). Przystanek osiedle Piastowskie do przystanku Matejki i z powrotem. Ja, dokładna do przesady, przezorna i zawsze doskonale przygotowana, z głupiej przekory nie sprawdziłam wczoraj trasy tramwaju (w końcu przejazd był bez przesiadek) i jak dziecko we mgle wsiadłam do trzynastki, tyle że w przeciwnym kierunku... Genialnie. Nie dość, że miesiąc później dołączałam do nowej klasy w nowej szkole, w nowym mieście, w którym nie znałam absolutnie nikogo, to właśnie zagwarantowałam sobie wejście smoka.

Czy w ogóle można tak zaufać szesnastolatce? Puścić ją samopas z bukietem obietnic, zapisać do szkoły (na co narzekasz, niewdzięcznico?! – darł się głosik – przecież to najlepsze liceum w Wielkopolsce według rankingu „Perspektyw” roku 2019!), przestawiać ją jak pionek na szachownicy i zasłaniać się jakąś gównianą wyższą sprawą.

Ale przecież byłam odpowiedzialna, posłuszna i rozważna. Nie zadawałam się z niewłaściwymi ludźmi, robiłam to, czego ode mnie oczekiwano, nie paliłam, nie piłam, nie ryzykowałam. Zagryzając zęby, szłam przez życie jak lodołamacz, mając przed oczami własne marzenia. Jeszcze półtora roku i mnie tu nie będzie. Nic mnie tu nie zatrzyma.

Pierwsze Liceum Ogólnokształcące imienia Emily Dickinson i Williama Szekspira. Jeśli liczba patronów była wprost proporcjonalna do ilości pracy w tej szkole, to nic dziwnego, że „Jedynka” była najlepszą szkołą średnią w województwie.

„W plątaninie szkolnych korytarzy bardzo łatwo się zgubić” – informowała z rozbrajającym uśmiechem przedstawicielka samorządu szkolnego na filmiku poglądowym. Trochę mnie to przerażało. No dobra, bardzo mnie to przerażało. Schody, piętra, korytarze, zaułki... Pewnie minie sporo czasu, zanim zacznę się w miarę orientować w rozkładzie sal. Chyba że znajdzie się jakaś dobra dusza, która mi to ułatwi. Jakaś sympatyczna dziewczyna z syndromem dobrego samarytanina albo ewentualnie nieziemsko przystojny samarytanin z wytatuowaną pacyfką... (you’re hopeless – skomentował głosik), krótko mówiąc, ktoś, kto mnie poratuje.

No proszę, zbliżając się do budynku od strony głównej ulicy, dostrzegłam tuż za parkingiem rowerów miejskich dwóch pogrążonych w rozmowie chłopaków. Ciekawe, czy się tu zgubili, czy wybrali wolność. Ja, wagarowiczka mimo woli, nie czułam wyrzutów sumienia, w końcu spóźnić się wolno każdemu, zwłaszcza „nowej”. Przynajmniej teoretycznie.

Jeden z nich był niskim brunetem z kolczykiem w lewej brwi, a drugi wysokim gościem z burzą blond włosów, których natychmiast mu pozazdrościłam. Miał białą koszulkę polo, spod kołnierzyka której wspinał mu się po szyi jakiś tatuaż, ale wystawał zbyt nieznacznie, żebym mogła się choćby domyślić, co to za rysunek. Ponieważ miał na sobie zieloną wojskową kurtkę, nie mogłam stwierdzić, czy tatuaż pokrywa dalsze centymetry skóry, schodząc na bicepsy, a może niżej, na przedramiona...

Spojrzeli na mnie, a ja w jednej chwili otrzeźwiałam. Dziś ze stresu i złości chyba padło mi na mózg. Zastanowiłam się, kogo oni widzą. Kujonkę, która stara się nie podpadać? Biała koszula, czarna lekka skórzana kurtka, czarne dżinsy i czarne martensy. Już bardziej poprawnie nie można, wiem, ale dziś musiałam być przezroczysta; musiałam być niewidzialna.

Bardzo możliwe, że jednak zobaczyli kogoś innego.

– Akwizytorkom dziękujemy – powiedział z flirciarskim uśmieszkiem blondyn, a brunet zachichotał nerwowo. Chyba musiałam zrobić głupią minę, bo blond tatuaż dodał: – Pomyliłaś drogę? My tu bronimy wstępu do świętych sal szkolnictwa jeszcze przez... – zerknął na zegarek – piętnaście minut. Potem pójdziemy za kagankiem oświaty.

– Dzięki za próbę rozluźnienia atmosfery. Trochę to było lamerskie, ale trzeba sobie jakoś radzić – wypaliłam, ściskając biało-czarną torbę Converse.

– Auć – powiedział, kładąc dłoń na sercu, jakbym go tam trafiła czymś ostrym.

– Wiem, denerwuję się, to mój pierwszy dzień w nowej szkole – wyjawiłam. – Nie mam pojęcia, po co wam to mówię, pewnie po to, żeby zagadać stres, więc mam nadzieję, że moja otwartość nie zostanie wykorzystana przeciwko mnie i nie zjawi się ktoś, kto będzie mnie próbował zamknąć w jakiejś komórce albo w toalecie... – Ich miny były bezcenne. – Gadam jak nakręcona, sorry. Ustalmy jedno: czy mili z was goście?

Uśmiechnęli się równocześnie.

– Najmilsi w tej szkole – zapewnił brunet.

– I najbardziej czarujący – dorzucił blondyn.

Cóż, w każdym razie nie cierpieli na brak pewności siebie.

– Bo prawda jest taka, że przydałby mi się właśnie ktoś miły i czarujący, kto przeprowadziłby mnie przez ten labirynt korytarzy prosto do sekretariatu. Od pół godziny powinnam być już na lekcji w drugiej F, ale motorniczy wolał mnie zabrać na przejażdżkę po okolicy zamiast prosto tutaj. I... jednym słowem, czas nie działa na moją korzyść.

Nie wiem, jaką minę zrobił zakolczykowany brunet, ale blondyn przekrzywił głowę i wwiercał się we mnie spojrzeniem błękitnych oczu, jakby zastanawiając się, czy ma coś lepszego do roboty niż pomagać dziewczynie w potrzebie. Nie byłam pewna, czy jego wzrok jest mieszaniną współczucia, zrozumienia i sympatii, czy zażenowania, politowania i niedowierzania, ale miałam nadzieję, że tym pierwszym. Nie byłam dobra w odczytywaniu ludzkich emocji.

Wyciągnął do mnie rękę.

– Jonasz.

Nie wiem, co się stało, ale wszystkie myśli, jakie jeszcze przed chwilą rezydowały w moim mózgu, gdzieś wyparowały. Żeby jakkolwiek zareagować, powiedziałam:

– Jonasz? Wow, mam nadzieję, że używasz jakiegoś przezwiska?

Jeśli pytanie go zabolało, to tym razem nie chwycił się za serce. Zamiast tego uśmiechnął się i dodał:

– Zmora. Dla znajomych Zmora.

Nie wiedziałam, jak blond błękit może mieć takie przezwisko, ale co ja wiem o ludziach.

– Dziś jest twój szczęśliwy dzień, bo ja jestem Adam. Dla znajomych Adam – wciął się brunet.

Zachichotałam. Musiałam przyznać, że gniew z poranka jakby przygasł.

– Nie do końca wiem, jak mam się do was zwracać, ale na razie zostanę przy wersji dla prasy. Jonaszu, Adamie, czy któryś z was mógłby mi pomóc dotrzeć do sekretariatu?

– A już miałem nadzieję, że zaproponujesz coś szalonego, jak katakumby albo poddasze, ewentualnie komórki na szczotki... – rzucił Adam.

– Komórki na szczotki wybieram na trzecie spotkanie – odparłam z refleksem.

– Trzecie? A spotkanie numer dwa? – zaciekawił się Jonasz alias Zmora.

– Może być bufet z mocną kawą, widziałam na filmiku samorządu, że można tam usiąść i pogadać... na przykład z kimś, kto uczy się tu znacznie dłużej i doskonale zna grono pedagogiczne. I może ten ktoś byłby skłonny podzielić się tajnymi informacjami na temat sposobów na wszystkich alcybiadesów tego zacnego liceum? – Uśmiechnęłam się, sama zdziwiona faktem, jak kojąco ta wymiana zdań działa na moje nerwy. Kto by pomyślał? Oni trzymali testosteron na wodzy, ja udawałam luz, odsuwając poważne sprawy na później. Na wieczór. Na jutro.

– Dobra, nie ma co czekać, skoro panna w potrzebie – zadecydował Adam i otworzył mi skrzydło drzwi wejściowych. – Panie przodem.

Wzięłam głęboki oddech i weszłam do środka.

Adam po trzech minutach uświadomił sobie, że musi się pilnie udać w dokładnie przeciwnym kierunku (myślę, że wykańczały go moje pytania o szczegóły obrazów widocznych na ścianach, zadawane z powodu nerwów, które po przestąpieniu progu dopadły mnie ze zdwojoną mocą) i zostawił Jonasza na pastwę intruzki. Czyli mnie.

– Druga F – przypomniał sobie błękitnooki, zatrzymując się nagle pośrodku pustego korytarza. I znów wyciągnął do mnie dłoń. – Trzecia C.

– Trzecia Ceee – powiedziałam przeciągle i poruszyłam brwiami. – Nie myliłam się. Jeśli pijesz kawę i bywasz w bufecie, możesz stać się dla mnie jeszcze cenniejszym źródłem informacji, niż myślałam.

Roześmiał się. Głośno i przyjemnie. No proszę. Nigdy wcześniej nie pomyślałam, że czyjś śmiech i kolor oczu mogą do siebie pasować.

– Czasem bywam. To najlepsze miejsce, jeśli chce się złapać mocny sygnał wi-fi – szepnął konfidencjonalnie, przysuwając się nieznacznie.

Co za połączenie – ciepły śmiech, błękitna toń i miętowo-leśny zapach. Otrzeźwiej, kretynko. To całkowicie obcy facet, a ty nie ufasz obcym. Skup się.

Musiałam patrzeć na niego głupawo, bo dodał:

– Jestem pewny, że w twojej klasie znajdzie się mnóstwo osób, które chętnie podzielą się tajnymi informacjami.

Czy w ten mało zawoalowany sposób dawał mi kosza? Na pustym korytarzu spoko, ale w bufecie pełnym ludzi już nie tak fajnie gadać z biało-czarną kujonką?

– Oby – wymamrotałam tylko i uświadomiłam sobie, że stoimy przed sekretariatem. – W takim razie dzięki – powiedziałam pewniejszym głosem, robiąc to, co potrafiłam doskonale. Trzymając się roli. – Dam radę. W końcu miliony ludzi dołączają do nowych klas i są rzucane na pożarcie starym wyjadaczom... Zastanawiałeś się kiedyś, skąd w ogóle wzięło się to słowo? Wyjadacze pożerają inne jednostki, które okażą słabość albo...

– ...jeśli nie wejdziesz do jaskini lwa i nie zameldujesz się u sekretarki, spóźnisz się na kolejną lekcję. Hashtag justsaying.

Okej. Racja. Wdech i wydech.

– To idę. Do zobaczenia... around.

Sekretarka bardzo profesjonalnie obsztorcowała mnie za spóźnienie i niemal na tym samym wdechu zapewniła o tym, że bez wątpienia poradzę sobie śpiewająco. Pani dyrektor jest poinformowana o mojej sytuacji i z wielką radością przyjęła osobę z tak doskonałymi wynikami pod swoje skrzydła. Otrzymałam kopię statutu szkoły, ulotkę jubileuszową, plan zajęć, dostęp do dziennika elektronicznego i kluczyk do szafki. Ewentualne różnice programowe miałam omawiać indywidualnie z nauczycielami. Westchnęłam, podziękowałam i wyszłam na korytarz.

A tam czekały na mnie motyle. Nie wiem, skąd się wzięły i jak to możliwe, że to uczucie było tak intensywne... pewnie złożyły się na to stres, ulga, zmęczenie ostatnich dni i brak stabilizacji, ale kiedy zobaczyłam, że Jonasz czeka na mnie pod ścianą, chmara motylków bez ostrzeżenia zaatakowała okolice mojego żołądka, a serce zabiło mocniej.

– Pomyślałem, że się upewnię, czy trafiłaś do właściwej szkoły. I czy masz jakiś plan.

Uśmiechnęłam się i pomachałam mu rozkładem zajęć.

– Owszem, mam plan. Przeżyć ten dzień, a potem jutro to powtórzyć.

Znów się roześmiał. Chyba mogłabym się do tego przyzwyczaić. Otworzyłam dłoń, w której ściskałam kluczyk do szafki.

– Muszę gdzieś zostawić kurtkę.

– Czyli jednak katakumby. Ja też muszę tam pójść, więc nie ma problemu. Niech Adam żałuje, dokądkolwiek go poniosło. Na jaką lekcję się spóźniasz?

Zgromiłam go wzrokiem i przyspieszyłam kroku.

– Niemiecki. Sicher ist sicher.

– To nie zabrzmiało jak próba flirtu.

– Nie miało zabrzmieć jak próba flirtu!

Mam nadzieję, że powiedziałam to z wystarczającym oburzeniem.

Łysy pan Bednarek od historii, którego wszyscy nazywaliśmy Iwanem, niezmordowanie coś tłumaczył, a ja patrzyłem na niego i myślałem. Zastanawiałem się nad tym, jak okoliczności zmieniają człowieka i czy gdyby Iwan trafił za kratki, tam też by się tak produkował. Wyobraziłem go sobie wytatuowanego od pasa w górę po samą czaszkę i uśmiechnąłem się ukradkiem.

Iwan był jak rotawirus. Wyjątkowo wredny i wywołujący wymioty. Albo coś znacznie gorszego.

Musiałem pomyśleć o czymś pozytywnym, o dziewczynach w moim życiu.

Jeśli Joda była jak huragan, to Wera była jak mżawka. A Lily jak tornado.

Lubiłem dziewczyny ogólnie, a aktualnie najbardziej lubiłem Lily. Na początku była trudna do ujarzmienia, jakby wolała paść niż się przyznać, że jej zależy. Wiedziałem, że wcześniej nie miała ochoty dawać siebie komukolwiek na wyłączność, ale pewnego dnia po prostu zaryzykowała. Zdecydowała się na mnie i nie da się ukryć, że strasznie mi się to spodobało.

Bałem się, że nie wytrwa, że to z jej strony kolejny kaprys, sposób na nudę, fanaberia, jak mówił mój ojciec, ale już miesiąc byliśmy razem i choć czasem mnie wkurzała, flirtując z innymi, kiedy myślała, że nie widzę, chwilowo była dla mnie wszystkim.

Nagle moje myśli powędrowały do nowej bez imienia. Druga F na pierwszy rzut oka sprawiała wrażenie dziewczyny owiniętej w folię bąbelkową. To jej całe opakowanie – drogie ciuchy, zacięty wyraz twarzy, koncentracja na poziomie co najmniej osiemdziesiątym szóstym, odstraszały i sprawiały, że człowiek czuł, że lepiej zrobi, jeśli zagra w szachy. Ale spojrzenie szarych oczu dziewczyny mówiło: „Weź szpilkę i poprzebijaj te wszystkie bąbelki jeden po drugim. Dopiero wtedy będziesz mógł się przekonać, co naprawdę znajduje się w przesyłce”.

Wera stroniła od ludzi, Joda lgnęła do wszystkich. Znajomość z moimi siostrami nauczyła mnie jednego – pozory mylą. Osoba, której ufasz najbardziej, może ci schować ostatnią parę czystych skarpetek do lodówki, a potem w ramach przeprosin upiec blachę babeczek z czekoladą.

Więc gdy nagle podchodzi do ciebie opakowana w folię bąbelkową seksowna laska, od której bije aura ojca-prezesa, warto ją ciachnąć nożykiem do tapet. To znaczy folię, nie laskę. Nie pociągała mnie w sensie fizycznym, raczej... no dobra, jasne, że była śliczna i zgrabna, ale miałem Lily, a z drugą F mogłem się najwyżej zaprzyjaźnić. Potrzebowała tylko pomocy, a Lily potrzebowała mnie.

Miałem nadzieję, że na bardzo długo.

•••

Na długiej przerwie Adam powiedział, co go męczy:

– Nie masz mi za złe tego z Werą?

– Nawet mi o tym nie przypominaj, okej? – warknąłem. – Mówiłem ci, że ona nie jest dla ciebie. Ma Igora i on jej całkowicie wystarcza.

– Wystarcza? – oburzył się Adam. – Do czego? Co ty jesteś jej ojcem?

– Pytałeś, czy nie mam ci tego za złe, więc odpuść.

Mój przyjaciel westchnął ciężko.

– Słuchaj, może byśmy gdzieś wyskoczyli, co? Ty z Lili, ja z Karolą, hm?

– Widzisz? Właśnie dlatego. – Adam uniósł brew ze srebrnym kolczykiem. – Ty i Karola to zupełnie inna rozmowa. Jestem za. Kino?

– I po kinie. – Roześmiał się, a ja poczułem, że się nie spina. I dobrze.

– Chodź, znajdziemy dziewczyny, żeby nie ustaliły własnego planu na popołudnie, skoro nasz jest taki atrakcyjny – powiedziałem i pociągnąłem go za sobą korytarzem.

– Nawet nie sprawdzisz, gdzie mają zajęcia?

– Stary, kieruję się instynktem.

Kiedy znaleźliśmy nasze potencjalne drugie połówki, obie oczywiście flirtowały z jakimiś złamasami, którzy wyraźnie usiłowali je poderwać. Natychmiast poczułem wzbierającą złość. Podszedłem, pochwyciłem Lily w talii i porwałem ją daleko od źródła mojego złego humoru.

– Dlaczego mi to robisz? – zapytałem częściowo żartobliwie, a częściowo na serio. – Jeśli testujesz moją cierpliwość, to świetnie ci idzie. Myślałem, że ustaliliśmy, że jesteś moja. Ja myślę tylko o tobie.

– Jeez, Jona, wyluzuj, pogadać już nie wolno? Marcel chciał mnie wyciągnąć na miasto, ale się nie dałam.

– Na miasto? A może do domu, pokazać ci swoją kolekcję znaczków, co?

– Nie wiedziałam, że jesteś taki zaborczy.

– A ja nie miałem pojęcia, że lubisz mieć męski harem. – Przewróciła oczami. – Poza tym nie jestem zaborczy, tylko rozczarowany. Idziemy z Adamem do kina, możecie pójść z nami, chyba że macie lepsze zajęcie – warknąłem.

Przywarła do mnie całą sobą i wyszeptała:

– Lubię, kiedy jesteś zazdrosny, bo wtedy wiem, że ci na mnie zależy.

– Tylko nie przegnij, Lily. Uwielbiam spędzać z tobą czas, ale już ci mówiłem, że wybaczę ci wszystko poza zdradą – ostrzegłem, spoglądając jej w oczy i mocno ją pocałowałem. – A bardzo chcę dać nam szansę.

Nie oglądając się na nikogo, objęła mnie w pasie i pociągnęła w stronę szatni.

– Mogę przyjść jutro na trening? – zapytała rozmarzonym tonem.

– No pewnie, ale tylko dlatego, że jestem najskuteczniejszym zawodnikiem w drużynie. – Roześmiałem się, wiedząc, że żaden z chłopaków nawet na nią nie spojrzy. Mogłem liczyć na lojalność moich kolegów siatkarzy, z resztą szkoły musiałem walczyć o swoje.

Konkurencją nie martwiłem się ani przez chwilę, ale często traciłem zimną krew. Rudowłosa laska przy moim boku szybko zawróciła mi w głowie, ale jeśli chciała zdobyć i zatrzymać moje serce, musiała przestać je olewać. Było bardzo kochliwe, ale doceniało wiernych wyznawców.

Mój ośmioletni brat Antek nauczył mnie jednego: jeśli dziewczyna przygrzmoci ci w łeb, masz święte prawo jej oddać. Ale jeśli zrani twoje serce, odejdź i zapomnij o jej istnieniu. A przedtem w tajemnicy spuść powietrze z opon w jej rowerze.

Cenna nauka.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
.
Text copyright © 2020 by Julia Biel Copyright © 2020 for this edition by Media Rodzina Sp. z o.o.
Projekt okładki: Radosław Stępniak
Zdjęcie na okładce: Shutterstock
Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.
Niniejsza książka jest dziełem fikcyjnym. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
ISBN 978-83-8008-793-4
Media Rodzina Sp. z o.o. ul. Pasieka 24, 61-657 Poznańtel. 61 827 08 [email protected]
Konwersja: eLitera s.c.