To, co bliskie sercu - Katherine Center - ebook
BESTSELLER

To, co bliskie sercu ebook

Katherine Center

4,2

145 osób interesuje się tą książką

Opis

Cassie Hanwell wiedzie spokojne i poukładane życie. Pracuje w straży pożarnej w teksańskim mieście Austin i jako jedna z nielicznych kobiet regularnie uczestniczy w wielu akcjach. Pewnego dnia niespodziewany telefon od matki burzy jej spokój. Poważnie chora kobieta, która przed laty porzuciła męża i córkę, teraz potrzebuje jej pomocy.

Staroświecka jednostka strażacka w Massachusetts, gdzie przenosi się Cassie, w niczym nie przypomina jej poprzedniego miejsca pracy. Brakuje funduszy i nowoczesnego sprzętu, a nowi koledzy są nieokrzesani i mają swoje grubiańskie zwyczaje. Nie są zachwyceni, gdy do ich męskiego zespołu dołącza kobieta. Sumienna i obowiązkowa Cassie staje przed dużym wyzwaniem: musi odnaleźć się w nowym środowisku, a oprócz tego naprawić relacje z matką i uporać się z koszmarami z przeszłości. Na jej drodze staje też zabójczo przystojny strażak, przez którego trzymanie się zasady: "Nigdy nie umawiaj się z nikim z pracy" może się okazać niewykonalne.

Wkrótce uczucia do kolegi z jednostki okażą się jej najmniejszym zmartwieniem. Splot dramatycznych wydarzeń wystawi odwagę Cassie na próbę. Czy dziewczyna okaże się wystarczająco silna i zdeterminowana, by zawalczyć o to, co dla niej najważniejsze?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 432

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału: Things You Save in a Fire

Projekt okładki: Katarzyna Konior/bluemango.pl

Redakcja: Monika Paduch

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Katarzyna Szajowska, Maria Śleszyńska

Fotografia wykorzystana na okładce

© Strelciuc Dumitru/iStock by Getty Images

© 2019 by Katherine Pannill CenterPublished by arrangement with St. Martin’s PressAll rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2020

© for the Polish translation by Aniela Gawlicka

ISBN 978-83-287-1383-3

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2020

FRAGMENT

Dla wszystkich kobiet, które kiedykolwiek w życiu musiały wykazać się odwagą.

I dla wszystkich ludzi, którzy decydują się służyć innym.

A także dla Gordona – mojego przezabawnego męża, człowieka o złotym sercu, służącego w ochotniczej straży pożarnej. Bez jego pomocy ta książka miałaby pewnie z dziesięć stron. Opowiedział mi mnóstwo prześmiesznych i poruszających historii z życia strażaków, przybliżył mi swoje umiejętności ratownicze, czytał wiele kolejnych wersji tekstu i odpowiadał na niezliczone pytania w stylu: „Jak w żargonie strażackim mówi się o wymiotowaniu?”.

Rozdział pierwszy

Tego wieczoru, gdy jako najmłodsza osoba – a zarazem pierwsza kobieta – w dziejach straży pożarnej miasta Austin w Teksasie zdobyłam nagrodę za odwagę, mój partner z zastępu zaprosił mnie na randkę.

Na randkę.

Podczas ceremonii w sali bankietowej. W czasie kolacji.

Partner z zastępu.

Oto my: cała zmiana B z jednostki numer jedenaście, w mundurach galowych, dzierżący w dłoniach widelce do sałatki – i oto ja: w skrzyżowanym krawaciku, coraz bardziej zdenerwowana tym, że zaraz będę musiała wyjść na scenę i stanąć w świetle reflektorów przed tłumem ludzi. Poprzedniej zimy, gdy szkolny autobus pełen dzieci ześlizgnął się z oblodzonej szosy w dolinkę, wdrapałam się do środka przez okno i każdemu dziecku pomogłam wydostać się na zewnątrz, podczas gdy autobus stopniowo nabierał wody. Dlatego właśnie tu się teraz znalazłam. Media obwołały mnie Busowym Aniołem.

I oto postanowił do mnie uderzyć nie kto inny, jak Hernandez.

Z którym od trzech lat pracowaliśmy razem w rocie, czyli parze. I o którym nigdy w życiu nie myślałam w takich kategoriach. Hernandez – facet tak idealnie, żurnalowo przystojny, że w ogóle nie zwracało się na to uwagi.

Wyglądał jak Ken w wersji „latynoski strażak” – nienaturalnie doskonały, prawie nierealny. Podnosił ciężary, dbał o siebie i używał nici dentystycznych. Dzięki wspaniałemu sześciopakowi i równiutkim białym zębom usidlał nieprzebrane rzesze panienek. Jego zdjęcie znalazło się oczywiście w kalendarzu naszej brygady – i to na okładce. No i ten właśnie piękniś, o którym nigdy nie pomyślałabym inaczej, jak tylko „zdrowo odżywiony, wysportowany playboy”, pochylił się w moją stronę nad stołem bankietowym i spytał, czy nie chciałabym spędzić z nim nocy.

– Może to właśnie dziś? – dodał.

Dalej żułam sałatkę, kompletnie zaskoczona takim rozwojem wydarzeń.

– Właśnie dziś co? – spytałam.

Spojrzał na mnie jak na idiotkę.

– Może w końcu zrobimy coś z tym erotycznym napięciem.

Rozejrzałam się, żeby sprawdzić, czy reszta chłopaków go słyszała.

No przecież on sobie jaja ze mnie robi!

Ktoś na pewno kręci jakiś filmik, robi zdjęcie albo szykuje się, żeby nagle skądś wyskoczyć i ryknąć śmiechem. To musiało być gigantyczne strażackie Mamy cię! Zmierzyłam wzrokiem pozostałych członków załogi. Żartownisie od siedmiu boleści…

Ale wszyscy byli skupieni na jedzeniu sałatki.

Uznałam, że trzeba to jakoś rozegrać.

– Dobra – powiedziałam. – Świetny pomysł.

Hernandez uniósł brwi, w jego oczach dostrzegłam zachwyt.

– Naprawdę?

Spojrzałam na niego wymownie.

– Nie. Raczej nie.

– Mówię serio. – Pochylił się ku mnie jeszcze bardziej.

– Bzdura.

Popatrzył na mnie, jakby mówił: „A skąd niby miałabyś to wiedzieć?”.

Odwzajemniłam się więc miną „Dobrze mnie znasz”.

A potem powiedziałam:

– Przecież ty nigdy niczego nie traktujesz serio. A zwłaszcza kobiet.

– Ale ty nie jesteś zwykłą kobietą, tylko strażaczką.

– Kolejny powód, żeby nie iść z tobą do domu.

– Myślę, że chcesz.

– Nie. – Pokręciłam głową.

– W głębi duszy.

– Nie.

– Mogłabyś to potraktować jako wyzwanie.

Nie miałam zwyczaju cofać się przed wyzwaniami, ale i tak dałam wyraźnie do zrozumienia, że nie ze mną te numery.

– Nie chodzę na randki z ludźmi, z którymi pracuję. Zresztą ty też nie.

– Ale to właściwie nie byłaby randka.

– Stary, jesteś dla mnie jak brat.

– Jakoś sobie z tym poradzę.

– To obrzydliwe. – Skrzywiłam się.

– Ale powaga. Dlaczego nie?

Przyglądałam mu się przez zmrużone powieki. Czy on rzeczywiście mówi serio? Spojrzałam na scenę. Za kilka minut miała się rozpocząć ceremonia rozdania nagród, wspaniały, doniosły moment w mojej strażackiej karierze. Czy naprawdę musimy się teraz w to bawić?

– Przecież pracujemy razem, kolego – przypomniałam mu, bo dobrze wiedział, że strażacy nie mogą się ze sobą umawiać na randki. To wbrew zasadom, wbrew całej naszej kulturze.

Najwyraźniej jednak miał to w nosie.

– Nikomu bym nie powiedział.

– To nic nie zmienia.

Utkwił we mnie poważne, badawcze spojrzenie.

– Trzeba czasem sobie pozwolić na odrobinę szaleństwa.

– Może niekoniecznie z tobą.

Przysunął się bliżej.

– Nigdy się z nikim nie umawiasz. Jak to w ogóle możliwe? Marnujesz swój potencjał, dziewczyno. Przestań się powstrzymywać.

– Wcale się nie powstrzymuję – odparłam, jakbyśmy rozmawiali o pogodzie. – Po prostu nie jestem zainteresowana.

– A właśnie że jesteś – przekonywał.

Zaprzeczyłam.

– Myślałaś o tym.

– Na pewno nie.

– Ale teraz o tym myślisz, prawda? – powiedział, zniżając głos.

– I nie są to myśli przyjemne.

– Nie możesz ciągle żyć jak zakonnica – ciągnął. – Może jestem lekiem na twoją samotność?

Tu mnie miał. Nadziałam na widelec kawałek marchewki.

– Samotność wcale mi nie doskwiera.

Zmarszczył brwi, jakby miał do czynienia z kimś niespełna rozumu.

– Wiesz co? Jesteś najbardziej samotną osobą, jaką znam.

Szczerze mówiąc, trochę mnie to ubodło. Wymierzyłam w niego widelec.

– Jestem osobą niezależną i samowystarczalną – poprawiłam go. – Sama steruję swoim życiem.

– Ale potrzeba ci też jakiejś… – zawiesił znacząco głos – rozrywki.

Nie miałam zamiaru reagować na te aluzje.

– Nie mam czasu na rozrywki – odparłam.

Tak było. Pracowałam nie tylko w straży, ale też jako instruktorka samoobrony, poza tym miałam dziesięć godzin tygodniowo wolontariatu w organizacji Big Sisters, przygotowywałam się do udziału w maratonie, a w weekendy pomagałam tacie rozbudowywać dom. Ledwo mi starczało czasu na sen, a co dopiero mówić o „rozrywkach”.

– A czyja to wina? – spytał Hernandez.

Co to w ogóle za pytanie?

– Takie rozrywki nie są dla mnie ważne. Nie jestem typem romantyczki.

– Ale tu nie chodzi o jakieś romanse. Chodzi o ciepło, więź, bliskość między ludźmi.

– Na tym chyba właśnie polegają romanse.

– Jak zwał, tak zwał. W każdym razie tego ci potrzeba.

Co tu się w ogóle dzieje? Przecież to Hernandez. Nie ma opcji, żeby mówił serio – lecz jego twarz miała poważny wyraz. Wciąż szukałam jakiegoś sygnału, że on żartuje – uśmieszku, łobuzerskiego błysku w oku – ale napotykałam tylko jego mocne, niewzruszone spojrzenie.

Zawahałam się.

– Jaja sobie robisz, prawda?

Przecież to nie mogło być nic innego.

To przechodziło ludzkie pojęcie, żeby koleś, z którym przez tyle czasu łączyły mnie wyłącznie służbowe stosunki, ni stąd, ni zowąd oświadczył, że jest mną zainteresowany. Jakby umówić się z kimś na grę w warcaby, a potem nagle dowiedzieć się, że cały czas chodziło o szachy.

Oparł dłoń o krawędź stołu i w zamyśleniu dotknął trzonka mojego nieużywanego jeszcze noża.

– A co, jeśli żyjesz w błędzie? – spytał niemal szeptem. – Jeśli to właśnie ja mogę dać ci to, czego przez cały czas potrzebowałaś? Nie chcesz się tego dowiedzieć? Jeśli nie spróbujesz, czy potem już zawsze nie będziesz myśleć, że coś przeoczyłaś?

Powtarzam: to przecież Hernandez.

Facet, którego ulubiona zabawa polegała na tym, że usiłował mnie rzucić na kanapę i na mnie pierdnąć. Nigdy, ani przez chwilę, nie zaszło między nami nic, co można by uznać za flirt czy cokolwiek w tym guście. A teraz zmusza mnie do prowadzenia tej idiotycznej rozmowy. Jego uwodzicielskie zdolności słynęły z hipnotycznej mocy. Widziałam, jak jej używał wobec licznych kobiet – niemal zawsze skutecznie. Tyle że akurat na mnie jeszcze tego nie próbował.

Normalnie nie powinno mnie to w ogóle ruszać. Ale cała sytuacja trochę mnie wytrąciła z równowagi: bankiet w eleganckim hotelu, perspektywa wyjścia zaraz na scenę. To wielka rzecz zasłużyć na uznanie i szczególne zaszczyty, najwyraźniej coś dziwnego działo się przez to z moimi emocjami. No a Hernandez ostatecznie też nie tak bardzo mijał się z prawdą w ocenie mojego życia. Choć dobrze wiedziałam, jaki on jest i jacy są strażacy, to jednak muszę przyznać, że ten jego występ nie był tak całkiem nieskuteczny.

Cóż, nie jest łatwo cały czas mieć się na baczności.

Może też czułam się bardziej samotna, niż potrafiłam przyznać. Może potrzebowałam czegoś więcej. Sęk w tym, że wypowiedziane przez niego słowa były zaskakująco prawdziwe. A to wydawało mi się nie w porządku – bo skoro tak dobrze mnie zna, nie powinien tego wykorzystywać przeciwko mnie. Czułam się złapana w dziwną pułapkę i nagle zaczęłam postrzegać swoje życie w nieco innym świetle.

Może on ma rację?

Może wcale nie chciałam grać w warcaby?

To była najdziwniejsza ze wszystkich chwil, jakie z nim spędziłam. Jeszcze dziwniejsza od tamtej dyskoteki i od konkursu w jedzeniu ciastek, a nawet od wieczoru karaoke, który całkiem się wymknął spod kontroli.

Hernandez. Ostatni koleś, którego bym podejrzewała.

Oboje obserwowaliśmy jego palec na trzonku noża. Przesunął go nieco w moją stronę.

– Kusi cię.

Wcale mnie nie kusiło. No może odrobinę, taki mikroskopijny ułamek. Pomyślałam o moim smutnym, spartańsko urządzonym mieszkaniu, o równym rządku ziół na kuchennym parapecie, o zawsze wzorowo posłanym łóżku: perfekcyjnie zawinięte rogi i tak dalej. I o tym, że jeszcze nigdy, odkąd tam mieszkam, nikt w nim koło mnie nie leżał. Pomyślałam, jaką ciszę zastanę w domu, gdy tam wrócę – słychać będzie tylko tykanie zegara w kuchni.

Dokładnie wiedziałam, jak będzie wyglądał mój powrót wieczorem do domu, znałam na pamięć te wszystkie wrażenia: lekko naciągniętą skórę twarzy, gdy ją umyję mydłem, woń płynu do prania, którą poczuję, gdy będę wciągać przez głowę górę od piżamy, szelest pościeli, gdy odchylę kołdrę i się pod nią wsunę, po czym dobrze się nią opatulę. Ten sam wieczorny rytuał, codziennie powtarzany, bez końca – bezpieczny, niezmienny, nudny. Potrafiłam go co do minuty odtworzyć w swojej głowie.

Umiałabym nawet powiedzieć, o czym będę myśleć, zasypiając. O tym samym, co zawsze: wyobrażam sobie, że robię ciasteczka pieguski, krok po kroku. Koją mnie te szczegóły: mieszanie mąki z masłem, dodawanie wanilii, rozbijanie jajek, wrzucanie pokruszonej czekolady… Mam przed oczami pracujący robot kuchenny, potem gumową łopatką skrobię ścianki miski, a następnie nabieram ciasta półokrągłą łyżką i wylewam po jednej porcji na blachę w równych rządkach o idealnych odstępach.

Od lat nie piekłam ciasteczek. Ale co noc o tym myślałam.

Jak by to było, gdyby nagle przerwać tę rutynę?

„Jesteś najbardziej samotną osobą, jaką znam” – powiedział przed chwilą Hernandez.

I nagle mnie olśniło, że to prawda.

Ale to jeszcze nie powód, żeby z nim spać. Seks nie jest przecież najlepszym lekarstwem na samotność – wręcz przeciwnie.

Hernandez. To tak, jakby nagle złożył ci taką propozycję kolega, z którym wspólnie pracowałaś w szkolnej pracowni chemicznej. Albo szewc czy lekarz.

Nie miałam najmniejszego zamiaru z nim spać. To się absolutnie nie mogło zdarzyć.

Chyba.

Bezwiednie wstrzymałam oddech.

I właśnie wtedy dosłyszałam coś, co dochodziło z miejsca po drugiej stronie stołu, nieco z boku, tak trzy krzesła dalej: znajomy, charakterystyczny, wiele mówiący dźwięk stłumionego parsknięcia przez zamknięte usta. W ten sposób reagował zwykle kierowca naszego zastępu, Wielki Tom, gdy komuś udało się kogoś wkręcić.

Szybko przeniosłam wzrok w tamtą stronę.

I oczywiście: oto Wielki Tom, zasłaniający sobie dłonią usta i nos, skulony od tłumionego rechotu, którego nie potrafił już dłużej powstrzymać.

Widziałam to u niego ze sto razy. Zawsze pierwszy się zdradzał.

– O Boże… – jęknęłam, rozglądając się wokoło.

Wszystkie chłopaki z zastępu przyszły, żeby mi tego wieczoru kibicować. Przez cały bankiet zachowywali się jak prawdziwi dżentelmeni: elegancko przeżuwali jedzenie z zamkniętymi ustami i zachowywali powagę. Ale gdy Wielki Tom stracił nad sobą panowanie, cała reszta poszła w jego ślady. Wystarczył jeden rzut oka, abym dostrzegła czystą radość malującą się na twarzach moich kolegów, triumfalny zachwyt wynikający z udanego podpuszczenia koleżanki.

Wkręcili mnie.

Odwróciłam się w stronę Hernandeza i gruchnęłam go w ramię. I to mocno.

– Poważnie?

Nigdy wcześniej nie udało im się mnie wkręcić. Nie żeby nie próbowali.

Co mogę powiedzieć? Nikt nie jest doskonały.

Gdy wrzucili na luz, to od razu na całego. Zaczęli pokazywać mnie sobie palcami i unosić ręce w geście zwycięstwa. A rechotali przy tym tak głośno, że cały stół aż się trząsł. Reichman, Nolan, Trey, Wielki Tom – a najbardziej Hernandez. Odchylał głowę, żeby zaczerpnąć powietrza, twarz miał purpurową z rozbawienia.

Pozwoliłam im na tę chwilę radości. Zasłużyli na nią.

A potem sama też zaczęłam się śmiać – z wielką ulgą, ponieważ w moim świecie znów wszystko wróciło na miejsce i wyglądało znajomo. Zrobiłam głęboki wdech. To tylko taki zgryw. Chwała Bogu!

Gdy Hernandez w końcu na tyle się uspokoił, żeby móc coś powiedzieć, skierował na mnie palec.

– Totalnie dałaś się wkręcić.

Znów go walnęłam w ramię.

– Mało zawału nie dostałam, stary! I to w taki ważny wieczór!

– Uznaliśmy z chłopakami, że musisz się trochę rozluźnić – powiedział. A potem wycelował palec w Wielkiego Toma.

– A ty wszystko popsułeś! Jeszcze chwila i by się zgodziła.

– Wcale nie! – zaprotestowałam.

– Oczywiście, że tak – obstawał przy swoim Hernandez. – Jedna rzecz bezsprzecznie mi w życiu wychodzi, czyli nakłanianie panienek, żeby się zgodziły.

– Ale ja nie jestem „panienką”, tylko strażaczką.

– Zabrakło jednej sekundy.

– Chciałbyś – odcięłam się, rzucając w niego bułką.

Muszę jednak przyznać, że w kilku miejscach mnie przyszpilił. Może nawet w zbyt wielu.

Sięgnął do kieszeni po portfel.

– O rany, właśnie straciłem dwie dychy.

Pozostali też wyciągali pieniądze.

– Z Hanwell trudno wygrać – powiedział Wielki Tom, puszczając do mnie oko.

Banknoty przesuwały się po stole między chłopakami, którzy się ze sobą rozliczali.

Patrzyłam, jak Hernandez płaci, i znów kropnęłam go w ramię – tym razem jeszcze mocniej.

– Zakładałeś się, że ze mną wygrasz?

Wzruszył ramionami z przebiegłym uśmiechem.

– Ja tam swoje wiem. Żadna mi się nie oprze.

Tymczasem na scenie rozpoczynała się część oficjalna.

Konferansjer włączył mikrofon, a kelnerzy zaczęli sprzątać talerze ze stołów.

– Mam dziś zaszczyt poprowadzić ceremonię na cześć bohaterów służb pożarniczych i ratunkowych naszego miasta.

Po sali przeszedł ryk radości, a potem koledzy siedzący przy moim stole zaczęli skandować:

– Cassie! Cassie! Cassie!

Syknęłam na nich i przejechałam dłonią po gardle: „Zamorduję was”.

Ale zrobiłam to z uśmiechem. Co za durnie!

Rzuciłam Hernandezowi ostatnie spojrzenie. To tylko głupi zgryw. W sumie nawet nieco się rozluźniłam.

Potem wszyscy ucichli; usiadłam prosto na krześle, a po chwili znów poczułam, że zżerają mnie nerwy. Zacisnęłam dłonie – zdumiało mnie, że są takie lodowate. Przez moment nie mogłam się nadziwić, że osoba tak nieustraszona jak ja najwyraźniej czegoś jednak się boi: bankietów i występów na scenie.

Gdy zaczęto wywoływać uhonorowane osoby, utkwiłam wzrok w podium, potwornie przerażona tym, że za chwilę usłyszę swoje nazwisko.

Niezbyt lubiłam znajdować się w centrum uwagi. Do munduru galowego włożyłam buty na obcasie i chwilami trudno mi było utrzymać równowagę. Poza tym miałam jeszcze wygłosić małą przemowę. Każdemu z nagrodzonych przyznano dwie minuty na wypowiedzenie przed mikrofonem podziękowań, a te dwie minuty zdawały mi się jednocześnie czasem niemożliwie krótkim i potwornie długim.

Starannie przygotowałam sobie tekst, który zamierzałam po prostu przeczytać, uznając, że nie jest to chyba wielką sztuką. Teraz, gdy patrzyłam na swoich poprzedników wychodzących na scenę i czytających to, co sobie napisali, zaczęłam podejrzewać, że jednak jest to nieco trudniejsze, niż mi się wydawało. Plątały im się języki, dukali, jąkali się i potykali na najprostszych słowach, raz za razem. Żałowałam, że nie przećwiczyłam sobie tekstu odpowiednio wcześniej.

Ponieważ byłam najmłodszą osobą, jaka kiedykolwiek otrzymała tę prestiżową nagrodę, do tego kobietą, a o Busowym Aniele trąbiły wszystkie media – moje wystąpienie miało stanowić wielki finał wieczoru. Sam burmistrz miasta miał osobiście wręczyć mi nagrodę i wraz ze mną pławić się w chwale.

Odliczałam kolejne osoby, które wchodziły na scenę, a potem wracały na miejsca. Z nerwów czułam coraz większy ucisk w klatce piersiowej.

W końcu nadeszła moja kolej. Zaraz będzie po wszystkim! Teraz trzeba tylko jakoś przetrwać następne pięć minut, a potem mogę już wracać do domu, do swoich roślinek, gładkiej pościeli i cichego, zamkniętego na klucz mieszkania.

– Drodzy państwo, najlepsze zostawiliśmy na koniec – oświadczył konferansjer, a moi koledzy z zastępu zaczęli radośnie pokrzykiwać i walić dłońmi w stół. – Ostatnia z nagrodzonych osób jest naprawdę niezwykła, zaplanowaliśmy więc coś bardzo szczególnego na okazję wręczenia tej nagrody. Zaszczyci nas bowiem swoją obecnością pewien VIP. Mieliśmy nadzieję, że dołączy do nas pan burmistrz, lecz niestety w ostatniej chwili został gdzieś wezwany w sprawie służbowej. Ale bez obaw! Mamy asa w rękawie! Z ogromną przyjemnością zapraszam na scenę radnego pochodzącego z naszego miasta...

Konferansjer wskazał gestem miejsce z boku sceny, a ja w tym ułamku sekundy zdążyłam pomyśleć na głos:

– O, cholera.

Nie będzie burmistrza.

Niedobrze.

Bo po prostu wiedziałam – nie mam pojęcia skąd – jakie nazwisko za chwilę padnie. Wiedziałam, co zaraz usłyszę.

I miałam rację.

– Heath Thompson! – zawołał konferansjer głosem prezentera teleturnieju ogłaszającego właśnie komuś z widowni, że wygrał pralko-suszarkę.

A potem wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie. Słowa dochodzące z głośników stały się ciężkie i lepkie, brawa brzmiały tak, jakby pięćset osób zaczęło uderzać w werble, a ja patrzyłam z niedowierzaniem, jak nie kto inny, tylko właśnie ten pieprzony Heath Thompson wchodzi na scenę z lewej strony i staje obok konferansjera.

Nie tyle wchodzi, ile raczej wkracza.

Dobrze znałam ten jego sposób poruszania się – maksymalnie wkurzającą mowę ciała faceta, który jest święcie przekonany, że wszyscy będą zawsze spełniać jego zachcianki, i którego nikt jeszcze nigdy nie wyprowadził z błędu.

Czy powinnam była się tego spodziewać? Czy powinnam wiedzieć, że nie mam prawa żądać od życia czegokolwiek dla siebie? Przewidzieć, że doniosłość tej chwili z pewnością zostanie przez kogoś umniejszona?

Nie byłam na to przygotowana. Widok Heatha Thompsona był dla mnie jak cios obuchem w głowę, aż mnie zatkało. W końcu Hernandez dostrzegł, że siedzę bez ruchu, i mnie klepnął, żebym ruszyła na scenę.

Potem zaś nie mogłam już myśleć o niczym innym, jak tylko o jednym: oto w najbardziej doniosłej chwili swojego życia, kiedy to w założeniu mają być uhonorowane wszystkie osiągnięcia, na które tak ciężko pracowałam, zaraz otrzymam nagrodę z rąk Heatha Thompsona.

Heatha Thompsona.

Jedynego człowieka na świecie, który potrafił zniszczyć wszystko.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz