Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Listopad. Dania pogrążona jest w kryzysie. Od głośnej sprawy zaginięcia Nanny Birk Larsen minęło sześć lat, a Troels Hartmann, ówczesny kandydat na burmistrza, stoi dziś na czele rządu jako premier.
Tymczasem z pilnie strzeżonej posiadłości potężnego biznesmena Roberta Zeuthena znika jego dziewięcioletnia córka Emilie. Szybko się okazuje, że odpowiedzi na pytania trzeba szukać w Christianborgu, w świecie politycznych układów, pozorów i bezwzględnych rozgrywek, w którym ministrowie i doradcy premiera zrobią wszystko, by chronić swoje interesy.
Śledztwo nabiera jeszcze mroczniejszego wymiaru, gdy okazuje się, że porwanie Emilie może mieć związek z samobójstwem młodej dziewczyny sprzed kilku lat.
Czy bezkompromisowa Sarah Lund po raz kolejny zdoła odkryć prawdę? Jedno jest pewne – ona zawsze widzi więcej niż inni.
„The Killing” to rewelacyjna powieść kryminalna, która już osiągnęła status kultowej, podobnie jak jej pierwowzór, duński serial „Forbrydelsen”, na podstawie scenariusza Sørena Sveistrupa, oraz jego amerykański remake. Zapraszamy do wysłuchania pierwszego odcinka trzeciego tomu!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 309
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Fragment
Tytuł oryginału: The Killing 3. Part 1
Przekład z języka angielskiego: Ewa Penksyk-Kluczkowska
Copyright © Dawid Hewson, 2026
This edition: © Gyldendal Astra/Gyldendal A/S, Copenhagen 2026
Projekt graficzny okładki: Marcin Słociński
Redakcja: Aleksandra Pietrzyńska
Korekta: Anna Nowak
ISBN 978-91-8098-685-4
Opracowanie e-booka:Marcin Słociński / www.monikaimarcin.com
Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe.
Gyldendal A/S Klareboderne 3 | DK-1115 Copenhagen K
www.gyldendal.dk
www.gyldendalastra.pl
Podziękowania
Jestem wdzięczny Sørenowi Sveistrupowi, twórcy serialu, i mojej wydawczyni Trishy Jackson za zrozumienie i wsparcie. Po raz kolejny zaznaczam: to adaptacja opowieści telewizyjnej, a nie jej zapis scena po scenie. Wszelkie zmiany w stosunku do scenariusza serialu są wyłącznie moim dziełem.
David Hewson
1
Środa, 9 listopada
Zawsze przydzielali jej młodych. Ten akurat nazywał się Asbjørn Juncker, miał dwadzieścia trzy lata, właśnie odbył staż i został śledczym. Teraz ochoczo przetrząsał wraki samochodów na zapuszczonym złomowisku na obrzeżach doków.
– Tu jest ręka! – krzyknął, obchodząc rdzewiejące truchło garbusa. – Cała ręka!
Ekipą przeczesującą teren dowodził Madsen. Zerknął na Lund i westchnął. Asbjørn pojawił się w Politigården prosto z prowincji dzisiaj rano, z przydziałem do Wydziału Zabójstw. Kwadrans później, gdy Lund półuchem słuchała wiadomości – o kryzysie finansowym i zbliżających się znów wyborach parlamentarnych – zadzwonili ze złomowiska, że znaleźli ciało. A w zasadzie części ciała rozrzucone po całym terenie. Prawdopodobnie to jakiś menel z pobliskiego obozowiska na nieczynnym nabrzeżu. Sforsował ogrodzenie, by coś ukraść, a potem zasnął w samochodzie. Zginął, gdy wrak trafił do chwytaka jednego z wielkich żurawi.
– Ciekawe miejsce na drzemkę – zauważył Madsen z przekąsem. – Chwytak przeciął go na pół. Potem najwyraźniej został pocięty trochę drobniej. Operator żurawia pewnie zakrztusił się kawą, widząc, co się dzieje.
Jesień powoli opuszczała Kopenhagę, poganiana przez niecierpliwą zimę. Szare niebo. Szara ziemia. Szara woda z szarym statkiem stojącym nieruchomo kilkaset metrów od brzegu.
Lund nie znosiła tego miejsca. Kiedyś, przy okazji sprawy Birk Larsen, przyjechała tutaj szukać magazynu należącego do ojca zamordowanej dziewczyny. Teraz Theis Birk Larsen właśnie wyszedł z więzienia, po wyroku za zabicie człowieka, który jego zdaniem zamordował mu córkę. Lund słyszała, że wraca do przeprowadzek. Jan Meyer, jej były partner postrzelony w czasie dochodzenia, jeździł na wózku; pracował dla organizacji dobroczynnej osób z niepełnosprawnościami. Nie zbliżała się do niego ani do Birk Larsenów, chociaż tamta sprawa wciąż nie dawała jej spokoju.
Spojrzała ponad ponurą wodą na stojący na kotwicy statek. Nieustannie krążyły wokół niej duchy, czasami coś poszeptując. Teraz też je słyszała.
– Nie zamierzasz chyba przyjąć tej posady w OPA, co? – spytał Madsen.
Politigården zawsze trzęsła się od plotek. W sumie wiadomo było, że to wycieknie.
– Dzisiaj dostaję medal za dwadzieścia pięć lat służby. Nie da się spędzić całego życia na mrozie, patrząc na poćwiartowane zwłoki.
– Brix nie chce cię stracić. Nikt nie chce, choć czasami jesteś potwornie upierdliwa. Lund…
– Co? – pisnął Juncker, gramoląc się przez wraki. – Będziesz całymi dniami liczyła spinacze?
OPA – Wydział Operacji, Planowania i Analiz – zajmował się nie tylko liczeniem spinaczy, ale Lund nie chciało się tego tłumaczyć. Coś w Junckerze przypominało jej Meyera. Tupet. Odstające uszy. I osobliwa, urażona niewinność.
– Powiedziano mi, że będę pracować z kimś dobrym… – zaczął młody policjant.
– Zamknij się, Asbjørn – przerwał mu Madsen. – Właśnie pracujesz.
– I chciałbym, żeby mówiono do mnie Juncker, nie Asbjørn. Wszyscy tu zwracacie się do siebie po nazwisku.
Trafili dotąd na sześć części ciała mężczyzny w średnim wieku. Ta przyniesiona przez Junckera była siódma. Nie znaleźli żadnego ubrania.
Obok Volkswagena stała stara taczka. Lund spytała szefa złomowiska o jej cenę. Trochę zaskoczony szybko jej jakąś podał. Wręczyła mu kilka banknotów i poprosiła Junckera, by wsadził zakup do bagażnika jej auta.
Wziął się pod boki.
– Spojrzy ktoś na moją rękę czy nie?
Drażliwy młodzieniec. Lund powoli się do niego przyzwyczajała. Dzisiaj wieczorem na kolację miał przyjść Mark ze swoją dziewczyną. Pierwsza wizyta w jej nowym domu, maleńkiej drewnianej chatce na obrzeżach miasta. Zastanawiała się, czy jej syn rzeczywiście dotrze, czy znajdzie kolejną wymówkę.
Juncker skinął na fotografa robiącego teraz zdjęcia w poprzednim miejscu, po czym podniósł w górę palec jak chłopiec wyliczający kolejne punkty z listy.
– Nie ma dokumentów. Ale ma złotą obrączkę i kilka tatuaży. A także pomarszczoną skórę, jakby leżał w wodzie. – Wskazał bezbarwny, apatyczny port. – Tam.
Lund spojrzała na człowieka od złomu, potem na opuszczony teren za pobliskim murem.
– To były kiedyś magazyny – powiedziała. – A teraz co tam jest?
Miał smutną, inteligentną twarz. Zaskakującą u człowieka pracującego w takim miejscu.
– To był jeden z głównych terminali Zeelanda. Magazyny były tylko ukłonem w stronę maluczkich. – Wzruszył ramionami. – Niewielu już maluczkich. I mało kontenerów tu trafia. Większość zamknęli, gdy przyszedł kryzys. Z dnia na dzień trafiło na bruk prawie tysiąc ludzi. Kiedyś kierowałem załadunkiem. Pracowałem tam, odkąd skończyłem szkołę… – Nie chciał o tym mówić. Podjechał więc taczką do samochodu Lund, otworzył bagażnik i położył ją obok kilku krzewów różanych w donicach.
– Leżał w wodzie. Ma tatuaże – powtórzył Juncker. – A na ramieniu ślady jak po nożu.
Na pobliskim parkingu starej stoczni powstało obozowisko bezdomnych – jakieś bezładne konstrukcje z blachy falistej, rdzewiejące ciężarówki i przyczepy kempingowe. Nie było go tu w czasach, gdy tropiła mordercę Nanny Birk Larsen.
– To włóczęga, który się tu przyszwendał, szukając łatwego łupu – wtrącił Madsen. – Zrobimy zdjęcia. Możesz spróbować napisać raport, jeśli chcesz. Sprawdzę go.
To się Junckerowi zupełnie nie podobało.
– Będą kłopoty, jeśli ktoś uzna, że się tu obijamy – rzekł.
– Dlaczego? – spytała Lund.
– Politycy nadciągają. – Ruchem głowy wskazał kierownika złomowiska, który przyglądał się bacznie roślinom Lund, na pozór niewzruszony. – On mi powiedział. Mają sesję zdjęciową z tymi wszystkimi bezdomnymi.
– Bezdomni nie mają praw wyborczych – burknął Madsen.
– Nie mają też złotych obrączek – zauważył Juncker. – Słyszeliście, co mówiłem? Grube ryby jadą pogadać z sierotami po stoczni. Ma być nawet Troels Hartmann. Za godzinę.
Duchy.
Właśnie przypomniał o sobie następny. Hartmann – podejrzany w sprawie Birk Larsen, człowiek, który przez ambicję i arogancję niemal zniszczył sobie karierę. Meyer mówił o nim „chodzący ideał”. Teflonowy przystojniak kopenhaskiej polityki. Gdy tylko został oczyszczony z podejrzeń, odniósł niewiarygodne zwycięstwo w wyborach na burmistrza. Dwa i pół roku później, po kampanii zdominowanej przez gorzkie słowa o upadającej gospodarce, okazał się zwycięzcą w wyborach parlamentarnych, został premierem z ramienia Stronnictwa Liberalnego i szefem nowej koalicji.
– Hartmann brał udział w tej twojej wielkiej sprawie – dodał Juncker. – Pamiętam.
Można by pomyśleć, że to było wczoraj.
– Pracowałeś już wtedy? – spytała bez namysłu.
Asbjørn Juncker roześmiał się głośno.
– Pracowałem? To było wieki temu. Czytałem o tym w szkole. Jak sądzisz, dlaczego wstąpiłem do policji? To chyba…
– Sześć lat – wtrącił Madsen. – Dokładnie sześć lat.
Długich lat, pomyślała Lund. Niedługo będzie obchodzić czterdzieste piąte urodziny. Miała własne, niewielkie cztery kąty. Nudne, proste, klasztorne życie. Musiała odbudować relacje z synem. Nie potrzebowała gorzkich wspomnień z przeszłości. Ani świeżych koszmarów na przyszłość.
Powiedziała Madsenowi, żeby dalej szukał i dopilnował, by nic nie przeciekło do mediów ani nadciągającego cyrku polityków. Następnie pojechała do Politigården z małym wawrzynem podskakującym na podłodze przed fotelem pasażera, przebrała się w mundur, niebieską koszulę, granatową kurtkę, i patrzyła na innych, którzy podobnie jak ona przybywali tu po medale za wieloletnią służbę. Wydawali się Lund o wiele starsi od niej.
Przyszedł Brix, by poględzić o jej posadzie w OPA.
– Jesteś mi potrzebna tutaj. – Szef Wydziału Zabójstw, wysoki mężczyzna o poważnej, szczupłej twarzy, zmierzył ją spojrzeniem. – Nie wyglądasz dobrze w tym stroju.
– Mój strój, moja sprawa. Dasz mi dobre referencje? – Bardzo ją to niepokoiło. – Wiem, że niektóre sprawy z przeszłości im się nie spodobają. Nie musisz się nad nimi rozwodzić.
– OPA to miejsce, gdzie można w spokoju doczekać emerytury. Dla tych, którzy już sobie odpuścili. Ty nigdy…
– Tak. Wiem.
Mruknął coś, czego Lund nie dosłyszała. A głośniej dodał:
– Masz źle zawiązany krawat.
Lund zaczęła poprawiać węzeł. Brix był jak zawsze w nieskazitelnym markowym garniturze i świeżo wyprasowanej koszuli – chodząca doskonałość. Im bardziej się jej przyglądał, tym bardziej krawat nie chciał dobrze leżeć.
– Czekaj – powiedział i w końcu zrobił to za nią. – Pogadam z nimi. Popełniasz błąd, wiesz o tym?
Drakkar – posępny zamek z czerwonej cegły – był kiedyś pałacykiem myśliwskim mniej znaczących członków rodziny królewskiej. Potem kupił go dziadek Roberta Zeuthena, powiększył i nadał swojemu dziełu nazwę na cześć smoczodziobych wikińskich langskipów. Jako człowiek oddany idei założenia dynastii uwielbiał swoją twierdzę w głębi lasu, jej przerysowane blanki i rozległe wypielęgnowane tereny ciągnące się hen po dzikie leśne ostępy i morze. Od strony wody zamontował wymyślny rzygacz – w kształcie zwycięskiego smoka, symbolu firmy, pod którą położył podwaliny.
Morze zawsze było bliskie twórcy Zeelanda, niewielkiej rodzinnej firmy przewozowej, którą przeobraził potem w międzynarodowe imperium z flotyllą liczącą tysiące statków. Hans, ojciec Roberta, gdy odziedziczył interes, też stawiał na rozwój i ekspansję. Finanse i firmy informatyczne, doradztwo, hotele i biura podróży, nawet ogólnokrajowa sieć domów towarowych złożyły się na logo Zeelanda: trzy fale pod smokiem Drakkara.
Zanim Hans Zeuthen umarł, a było to niedługo przed objęciem przez Troelsa Hartmanna urzędu premiera, jego rodzina stała się nieodłącznym elementem duńskiego życia społecznego, gospodarczego i politycznego. Aż nagle firma trafiła w ręce jego syna, głównego właściciela i przewodniczącego rady nadzorczej korporacji.
Robert, wnuk założyciela, był ulepiony z zupełnie innej gliny. Spokojny, introwertyczny czterdziestolatek chodził właśnie po lesie okalającym rodzinną posiadłość, szukając swojej dziewięcioletniej córki Emilie.
Gęsty las, nagi zimą. Zeuthen dziarskim krokiem szedł między drzewami po dywanie brązowych jesiennych liści, wołając dziewczynkę. Głośno, ale bez złości. Objęcie tronu Zeelanda miało swoją cenę. Półtora roku temu odeszła od Roberta żona, Maja.
Teraz właśnie się rozwodzili. Od jakiegoś czasu mieszkała z lekarzem z największego szpitala w mieście, a Zeuthen odgrywał rolę samotnego ojca, zajmując się Emilie i sześcioletnim Carlem – na tyle, na ile pozwalały mu umowa separacyjna i nieustanna wymagająca praca.
Hans Zeuthen działał w okresie wzrostu gospodarczego i prosperity. Jego syn nie doświadczył ani jednego, ani drugiego. Recesja i porażki biznesowe mocno osłabiły kondycję Zeelanda. Firma od czterech lat zwalniała pracowników i nadal nic nie zapowiadało poprawy. Sprzedano kilka spółek zależnych, inne po prostu zamknięto. Rada nadzorcza się niepokoiła. Inwestorzy wprost wyrażali wątpliwość, czy aby na pewno losy przedsiębiorstwa powierzono właściwej osobie.
Robert Zeuthen zastanawiał się, czego jeszcze oczekują. Krwi? Za kryzys zapłacił małżeństwem. Bezcenną więzią rodzinną. Nic innego już oddać nie mógł.
– Emilie? – krzyknął znowu.
– Tato. – Carl podszedł do niego cicho, ciągnąc swojego dinozaura. – Dlaczego Dinuś już nie mówi?
Zeuthen skrzyżował ramiona na piersi i popatrzył na syna.
– Może dlatego, że wyrzuciłeś go z okna swojego pokoju? Żeby sprawdzić, czy umie latać?
– Nie umie – skwitował Carl z niewinną miną.
Ojciec zmierzwił malcowi włosy i pokiwał głową. Potem jeszcze raz zawołał córkę. Jeszcze jeden dzień i dzieci wrócą do matki. Znowu będzie musiał pożegnać wszystko, co miał najlepszego. Również Maję.
Spomiędzy drzew wypadła rozpędzona postać. Niebieski płaszczyk, różowe kalosze, nogi frunęły w powietrzu, podobnie jak blond włosy. Emilie Zeuthen pędziła ku niemu ile sił, z szeroko rozłożonymi rękami, aż rzuciła mu się na szyję z roześmianą śliczną buzią.
Tak jak zawsze niemal od chwili, gdy nauczyła się chodzić.
Czyli: złap mnie, tatusiu. Złap mnie.
I złapał.
Kiedy przestał się śmiać, pocałował jej zimny policzek i powiedział:
– Pewnego dnia cię nie złapię, córeczko, zobaczysz.
– Nieprawda, złapiesz mnie zawsze.
Miała taki jasny, przenikliwy głos. Bystre dziecko. Dojrzałe ponad wiek. Emilie przysparzała Carlowi kłopotów, podobnie jak całej służbie Drakkara, co nie znaczy, że mniej ją z tego powodu kochali.
– Złapiesz, złapiesz – powtórzył Carl i wziął dinozaura, by dla zabawy ugryźć go w nogę.
– Kiedy będę miała kotka? – spytała Emilie, obejmując tatę za szyję i wpatrując się w niego intensywnie niebieskimi oczyma.
– Gdzie byłaś?
– Na spacerze. Obiecałeś.
– Powiedziałem, że będziesz mogła mieć zwierzątko. Każde, tylko nie kotka. Muszę porozmawiać o tym z mamą. Między nami…
Twarz jej zmarkotniała. Carlowi też. Zeuthen nigdy sobie nie wyobrażał, że straci Maję… i ich dwoje trochę też. Nie miał pojęcia, co im powiedzieć na pocieszenie. Nie przychodziły mu do głowy żadne słowa.
Wziął więc dzieci za rękę i powoli poszli razem do domu – Carl po jego lewej stronie, Emilie po prawej.
Niels Reinhardt czekał na podjeździe w swoim czarnym Mercedesie. Jeszcze jedna spuścizna po zmarłym ojcu. Reinhardt był asystentem rodziny, łącznikiem pomiędzy Zeuthenami a radą nadzorczą; od zawsze, czyli jeszcze w czasach, gdy Robert sam był dzieckiem, załatwiał wiele spraw, nawet nadzwyczaj trudnych i wymagających kontaktów towarzyskich. Teraz miał sześćdziesiąt cztery lata; był wysoki i sympatyczny, stale pod krawatem, nieustannie gotowy do służby.
W ręku trzymał gazetę. Zeuthen już widział artykuł. Pisali, że Zeeland nie dotrzyma obietnic złożonych rządowi Hartmanna i wyniesie się z Danii.
– Skąd wzięli te kłamstwa? – spytał Zeuthen.
– Nie wiem – odparł Reinhardt. – Poinformowałem radę nadzorczą, że chcesz zwołać zebranie w trybie natychmiastowym. Ludzie Hartmanna szaleją. Oczywiście dostają zapytania od prasy.
Robert dostrzegł Maję stojącą na schodach prowadzących do domu. W zielonym skafandrze i dżinsach. Poznali się na studiach. Zakochali prawie natychmiast, tak jakoś naturalnie. Nie wiedziała wcześniej, kim jest, a gdy się dowiedziała, nie bardzo się tym przejęła. Był sztywnym i nieśmiałym bogatym chłopcem, a ona piękną blondynką, córką uroczych hipisów, którzy prowadzili gospodarstwo ekologiczne na Fionii.
W zasadzie nigdy się nie kłócili; dopiero gdy on po śmierci ojca musiał przejąć stery Zeelanda…
Maja zeszła po schodach. Twarz, którą kiedyś pokochał, przesłoniły gniew i uraza.
Reinhardt, obdarzony świetnym wyczuciem, wziął dzieci za rękę, powiedział coś o szukaniu suchych butów i wprowadził oboje do domu.
– Co to jest? – spytała, wyciągając z kieszeni kurtki złożoną kartkę.
Były na niej zdjęcia pręgowanego kociaka. Czyjeś rączki głaszczące jego futerko. Na jednym zdjęciu Emilie przytulała stworzonko do brzucha, promiennie uśmiechając się do obiektywu.
Zeuthen pokręcił głową.
– Byłam w szkole, Robercie! Ona w zeszłym tygodniu zachowywała się bardzo dziwnie. Nie rozmawiała ze mną. Jakby miała jakiś sekret.
– Ja bym powiedział, że nic jej nie jest.
– Skąd wiesz? Ile czasu z nią spędzasz, gdy jest u ciebie?
– Tyle, ile mogę – odparł i nie kłamał. – Wyjaśniłem jej, że nie może mieć kota…
– Więc skąd go wzięła? Ma alergię na koty.
– Kiedy dzieci są ze mną, każdą godzinę spędzają pod nadzorem, bez względu na to, czy jestem obecny, czy nie. Wiesz przecież. Może spytasz swoją matkę? Nie musiałaś tu przyjeżdżać z tą sprawą. Mogłaś zadzwonić.
– Przyjechałam, żeby je zabrać.
– Nie – odrzekł Zeuthen. – Mamy harmonogram opieki. Do ciebie pojadą jutro. I ja je odwiozę.
Wrócił Reinhardt z dziećmi. Wyglądał, jakby miał coś ważnego do przekazania. Zeuthen podszedł do niego czym prędzej. Ludzie Hartmanna domagali się oświadczenia, rada nadzorcza miała się zebrać w ciągu godziny.
– W dokach, nieopodal naszego obiektu, znaleziono ciało – dodał.
– Ktoś z naszych ludzi?
– Nic na to nie wskazuje, Robercie.
To się stało tak szybko, że Zeuthen nic nie zdążył zrobić. Maja minęła go, podeszła do córki i wzięła ją za ręce.
– Powiedz mi wszystko o tym kocie – zażądała stanowczo.
Dziewczynka próbowała się cofnąć.
– Emilie! – wrzasnęła Maja. – To ważne!
Zeuthen pochylił się i zwrócił się do córki łagodnie:
– Mama musi wiedzieć. Ja też. Czyj to kot? No powiedz…
Nagle ubyło jej lat. Znowu stała się niepewnym, nerwowym dzieckiem. Nic nie powiedziała. Siłowała się z matką, gdy ta podciągała rękawy jej niebieskiego płaszczyka.
Czerwona skóra, obrzmiała i spuchnięta.
Maja podniosła dziewczynce sweter. Na brzuchu zobaczyła równie wyraźne ślady.
– Tu jest kot – warknęła. – W co ty, do diabła, grasz? Zabieram ją do szpitala.
Dopóki w ich małżeństwie nie zaczęło się psuć, nie miał okazji poznać jej wybuchowego usposobienia. A teraz proszę, znowu się prezentowało w całej okazałości: była głośna i napastliwa.
Carl zasłonił uszy rączkami. Emilie stała sztywna i milcząca, z poczuciem winy. Reinhardt powiedział coś o przełożeniu spotkania rady nadzorczej, ale Zeuthen go nie słuchał.
Obowiązki. One nigdy nie odpuszczały.
Zeuthen przykucnął, spojrzał córce w oczy.
– Gdzie jest ten kot, Emilie? – spytał. – Powiedz, proszę…
– To już chyba nieistotne, prawda? – krzyknęła Maja. – Później to załatwię. Teraz jedziemy do szpitala…
Emilie Zeuthen zaczęła płakać.
Troels Hartmann lubił okres kampanii wyborczej. Zwłaszcza jeśli za przeciwnika miał lewicowego gadułę w rodzaju Andersa Ussinga. Świat duńskiej polityki był kotłującą się mieszaniną małych partii walczących o prawo do zawierania sojuszu z przeciwnikami, by wyszarpać dla siebie jakiś ochłap władzy. W obecnym układzie jedynie liberałowie Hartmanna i socjaliści Ussinga mieli szansę zdobyć liczbę głosów niezbędną do obsadzenia stołka premiera.
W sondażach szli łeb w łeb. Jedno potknięcie mogło bez trudu podbić wynik przeciwnika. Potknięcia jednak, zdaniem Hartmanna, można się było spodziewać raczej po krzykaczu Ussingu niż po starannie dobranych współpracownikach lidera liberałów. Morten Weber, przebiegły szef kampanii, który kiedyś zapewnił Hartmannowi stołek burmistrza Kopenhagi, podążył za nim do Christiansborgu. Skaptował Karen Nebel, zręczną doradczynię do spraw mediów, która wcześniej zajmowała się tematami politycznymi w jednej z państwowych stacji telewizyjnych. Tak dobrej ekipy Hartmann nie miał jeszcze nigdy. A w dodatku w rękawie chował kilka asów, chociaż słuchając Ussinga próbującego podburzyć uczestników wiecu w zapuszczonym terminalu Zeelanda, zastanawiał się, czy w ogóle będą mu potrzebne.
Jak na każdym zebraniu w zakładzie przemysłowym: panie z biura, grupka krzepkich dokerów w kaskach, paru marynarzy – niewielu naprawdę zainteresowanych polityką, ale zawsze chętnych do przerwy w pracy. Podium zainstalowano na pace pikapa, obok dwóch lśniących beczek w otwartym hangarze pod przerdzewiałym dachem. Ekipy telewizyjne ustawiono z przodu, za nimi łukiem usadzono reporterów wiadomości.
Ussing powtarzał starą śpiewkę, którą wałkował od początku swej kampanii.
– Ten rząd skazuje na śmierć głodową zwyczajnych obywateli Danii, by napełnić kieszenie bogaczy, którzy go finansują.
Hartmann patrzył prosto w kamery telewizyjne, uśmiechał się i kręcił głową.
– A dzisiaj – grzmiał Ussing, jak przystało na szefa związków zawodowych, którym kiedyś był – zobaczymy, co zawdzięczamy słabości Hartmanna. – Podniósł w górę poranną gazetę z nagłówkiem o Zeelandzie porzucającym ojczyznę, by płacić niższe podatki na Dalekim Wschodzie. – Do eksodusu dołącza właśnie jeden z naszych największych pracodawców. Podczas gdy Hartmann wciska nam ustawę, oni przenoszą miejsca pracy do Azji.
Pomruk aprobaty. Poruszenie wśród białych kasków. Hartmann złapał mikrofon.
– Rozsądna polityka przemysłowa jest dobra dla wszystkich, Anders. Jeśli Zeeland będzie zadowolony, zatrudni więcej Duńczyków…
– Już nie! – wrzasnął Ussing, trzaskając gazetą. – Przymykałeś oczy na ich monopole. Podlizywałeś się im ulgami podatkowymi i dotacjami naftowymi…
Do roboty ruszyli podżegacze. Rozległy się wiwaty i pojedyncze oklaski.
– Jedyne podlizywanie, jakie tu widzę, to twoje – przerwał Hartmann. – Gładkie słówka. Nieodpowiedzialne. Mamy ci uwierzyć, że problem zniknie, bo komuś posłodzisz, gdy tymczasem będziesz cichaczem sięgał do kieszeni zwyczajnych Duńczyków i pozbawiał ich resztek pieniędzy? – Hartmann potoczył wzrokiem po zebranych.
Stali cicho. Słuchali.
– Wiem, że to trudne. Zbyt długo czytamy o zwolnieniach i bankructwach. O ulatniających się bez śladu osobistych oszczędnościach. – Przeciągająca się chwila ciszy. Czekali. – Gdybym miał czarodziejską różdżkę, myślicie, że bym jej nie użył? Taka jest rzeczywistość. Nie tylko w Danii. Wszędzie. Wybór, którego macie dokonać, jest prosty. Czy rozwiązujemy te problemy teraz, czy przekazujemy ten bałagan swoim dzieciom? – Wskazał stojącego obok mocno zbudowanego rudego mężczyznę. – Jeśli chcecie się uchylić od odpowiedzialności, głosujcie na Andersa Ussinga. Jeśli macie odwagę ją dźwignąć, wybierzcie mnie.
Spodobało im się. Teraz mikrofon przejął Ussing.
– Zatem kiedy Zeeland biadoli w gazetach, że musi się przenieść, ty dasz im więcej pieniędzy? Tak, Troels? Tak to widzisz? Kolejna łapówka dla twoich kumpli…
– Jeśli zapewnimy przedsiębiorstwom odpowiednie warunki rozwoju, sprzyjający klimat, miejsca pracy zostaną w kraju – odparł stanowczo Hartmann. – Nasza polityka przemysłowa jest nastawiona na rozwój. Ale są pewne ograniczenia. Siedzimy w tym razem. Każdy musi coś wnieść, bo każdego dotyczą te problemy. Również Zeelanda. – Położył rękę na sercu i powtórzył ostatnie słowa: – Również Zeelanda.
Gdy wychodził, zebrani klaskali. Karen Nebel była ewidentnie niezadowolona.
– Prosiłam wyraźnie – wycedziła, gdy szli do samochodu – żebyś trzymał się z dala od sprawy Zeelanda.
– Co miałem zrobić? Przycisnął mnie. Nie mogę ignorować takich pytań. Zeeland musi złożyć oświadczenie, zdementować doniesienia tego artykułu.
Karen Nebel była wysoką blondynką o włosach zaczesanych do tyłu i napiętej, pomarszczonej twarzy, raczej surowej. Czasami snuła intrygi, ale radził sobie z tym.
– Złożą oświadczenie, prawda, Karen?
– Ciągle zostawiam wiadomości, tyle że nikt nie oddzwania. Myślę, że coś jest na rzeczy.
– Wyciągnij to z nich – rozkazał. – Mamy właśnie klepnąć umowę z ludźmi Rosy Lebech. Nie chcę, by cokolwiek stanęło nam na drodze.
Skrzywiła się na wzmiankę o przewodniczącej Partii Centrum.
– Tu obok jest obozowisko bezdomnych – powiedziała. – Umówiłam tam spotkanie.
– Jeśli mogę z kimś pogadać, to OK. Sama sesja zdjęciowa mnie nie interesuje.
Dotarli do samochodu. Ona otworzyła mu drzwi.
– Troels, to są bezdomni. Zdjęcia to jedyny powód, dla którego tu jesteśmy.
Zadzwonił telefon, Hartmann zerknął więc na numer i odszedł, by porozmawiać bez świadków.
– Właśnie widziałam cię w telewizji, skarbie. Gdybym nie przewodziła innej partii, miałbyś mój głos.
– I tak poproszę – odparł Hartmann. – Musimy dopiąć umowę, Roso. A potem koniecznie chcę się z tobą spotkać. W jakimś ustronnym miejscu. – Rozejrzał się dla pewności, że nikt go nie słyszy. – Z wielkim mosiężnym łóżkiem.
– O rany. I z twoimi płytami Dylana.
– Najpierw umowa.
– Poprzemy twoją kandydaturę na stanowisko premiera. Ale musimy wiedzieć, że panujesz nad Zeelandem.
Roześmiał się.
– Chyba nie wierzysz w słowa Ussinga, co? Ani w to, co dzisiaj napisał ten durny szmatławiec?
– Później o tym pogadamy – odparła Rosa Lebech. I się rozłączyła.
Nim zdążył uporządkować myśli, podeszła Karen Nebel z informacją, że odwołała wizytę w obozowisku bezdomnych. Towarzyszył jej człowiek z ochrony. Powiedział, że tuż obok znaleziono zwłoki.
– Zdaniem PET może wystąpić jakieś zagrożenie. Zawiódł system zabezpieczeń czy coś. Uważają, że…
– Nie dostarczę Ussingowi dodatkowej amunicji – przerwał jej Hartmann. – Uwzględnij to w dzisiejszym planie dnia, tylko później. Chyba że PET znajdzie coś konkretnego.
– Kto dzwonił?
Zastanowił się nad odpowiedzią.
– Mój stomatolog – odparł. – Zapomniałem o wizycie. – Wzruszył ramionami i zaprezentował uroczy uśmiech Hartmanna. – Ach, te wybory, ciągle w czymś przeszkadzają.
W krawacie było jej niewygodnie. Koszula pamiętała lepsze czasy. Brix zorganizował całą ceremonię i nie wiedzieć po co ściągnął policyjną orkiestrę dętą. Stali w kącie, dysząc i dmuchając w trąbki; hałasowali niczym banda pijanych słoni.
Próbowała grzecznie słuchać kombatanckich opowieści snutych przez starego policjanta z prowincji, czekała, aż zacznie się ceremonia. Nagle zadzwoniła jej komórka.
Odeszła odebrać.
– Mówi Juncker. Ciągle jestem w porcie.
– Cześć, Asbjørn.
Milczał chwilę.
– Technicy rzucili okiem na szczątki – rzekł wreszcie. – Są pewni, że to zabójstwo. Ten człowiek nie żył w chwili, gdy trafił do chwytaka. Zatłuczono go młotkiem do wyciągania gwoździ. Wygląda na to, że facet zszedł ze statku i koleś dopadł go na złomowisku. Potem wepchnął go do tego wraku. Rozmawialiśmy z tutejszymi bezdomnymi, o niczym nie mają pojęcia. W Zeelandzie też nie wiedzą o żadnym zaginięciu.
– I tyle?
– Ktoś widział w pobliżu ślizgacz, ale uznał, że goni fokę.
– Po co ktoś by miał gonić fokę? – spytała, podchodząc do okna i wyglądając na zewnątrz.
– Straż przybrzeżna odebrała połączenie około drugiej trzydzieści w nocy, ale je przerwano. Nie wiedzą, kto dzwonił. Jakiś czas później niedaleko złomowiska krążyła ta wyścigówka.
Lund zadała oczywiste pytanie:
– Czy ze stojących w pobliżu statków wpłynęło zgłoszenie o zaginięciu marynarza?
Juncker odrzekł, że nie.
– Pewnie już wyszedł z portu – powiedziała. – Musisz zebrać dane o ruchu statków.
– Jakim ruchu? Tę część portu Zeeland w zasadzie zamknął. I jeszcze jedno… – urwał na chwilę, jakby szukał ustronnego miejsca – …kolesie z PET tu węszą. Co oni mają wspólnego z tą sprawą?
– Wszystko w porządku, Asbjørn, to też istoty ludzkie.
– Nigdy nie będziesz do mnie mówić Juncker, co?
– Pogadaj z Madsenem. Zrób, co ci każe. Ja jestem zajęta…
– Jeden facet z PET chce z tobą zamienić słowo. Niejaki Borch. Odniosłem wrażenie, że cię zna. Już podchodzi.
Lund nic nie powiedziała.
– Halo?! – spytał Juncker po drugiej stronie. – Jesteś tam?
– Pogadaj z Madsenem – powtórzyła Lund, skończyła rozmowę, popatrzyła na długi korytarz, zastanowiła się, ile jeszcze duchów wypełznie z mroku.
Nie miała pojęcia, czym Mathias Borch się aktualnie zajmuje. Domyślała się, że czymś ważnym. Był bystry, udowodnił to, kiedy się poznali, ponad dwadzieścia lat temu, jeszcze w szkole policyjnej. Teraz wyglądał na nieco podłamanego i zmęczonego. Ale wciąż nie wyłysiał, włosy miał jak zwykle nieuczesane, twarz pomarszczoną, jak u młodego bokserka.
Pieseczek.
Tak się do niego kiedyś zwracała. Na to wspomnienie musiała się oczywiście zarumienić akurat w chwili, gdy podszedł, nie uśmiechając się, a nawet nie patrząc jej w oczy.
– Saro… – powiedział. – Musimy pogadać. O zwłokach w porcie. Ten młody od was mówi…
– Cicho. – Lund podniosła dłoń. Następnie wskazała drzwi. Brix właśnie zaczynał przemowę. Słyszała, jak podkreśla siłę korpusu i to, że jego integralność leży u podstaw systemu sprawiedliwości i bezpieczeństwa.
– Milion razy to wszystko słyszałem – burknął Mathias. – Mam ważną…
Lund zaklęła pod nosem i zabrała go do kuchni.
– Przepraszam, że przeszkadzam ci w takim dniu – powiedział. – To znaczy wiesz… gratulacje i tak dalej.
– Nie przesadzaj.
– Dobrze wyglądasz. Naprawdę. A jak się czujesz?
– Czego chcesz?
– Jestem zaangażowany w tę sprawę. Muszę wiedzieć, co znaleźliście.
– Nic. Nie mamy nic absolutnie.
– A przeszukaliście doki? I statki?
– Sprawdzamy. Jest tylko jeden statek. Juncker nawiązał z nimi kontakt przez radio. Nic nie widzieli.
Ściągnął brwi. Teraz wyglądał na swoje lata.
– Spodziewałem się czegoś więcej…
– Słuchaj! Od lat z tobą nie rozmawiałam. Nagle się tu zjawiasz, kiedy właśnie mam odebrać medal za wieloletnią służbę, i zasypujesz mnie pytaniami. Wracam do sali…
– Pracuję w PET. Nie wiedziałaś?
– A skąd miałabym wiedzieć?
– Naszym zdaniem jest w tym coś więcej. Dwa tygodnie temu w porcie dokonano włamania. Wyglądało na zwykłą kradzież, zniknął komputer, jakieś drobiazgi. Szczegóły systemu zabezpieczeń Zeelanda…
– Czy to aby nie ich problem?
Wpatrywał się w nią. To nie było za mądre pytanie. Zeeland był wielkim międzynarodowym koncernem. Miał powiązania z władzą, wpływy w rządzie i nie tylko.
– Co to ma wspólnego z naszym człowiekiem w kawałkach? – spytała.
– Z ostatniej nocy brakuje nagrań monitoringu. Dwie minuty po tym niedoszłym wezwaniu straży przybrzeżnej wyłączyły się wszystkie kamery, co do jednej. Ktoś włamał się do systemu, monitoring pokazywał wciąż stare nagranie, a potem, przed świtem, znowu się włączył. – Borch wziął kanapkę z tacy przekąsek przygotowanych na spotkanie i ugryzł kawałek.
Brix umilkł. Niedługo zostaną wręczone odznaczenia i dyplomy.
– Zostaw mi swój numer – powiedziała. – Będziemy w kontakcie.
Zatrzymał ją, gdy próbowała odejść.
– Ktoś wyłączył jeden z najgenialniejszych systemów bezpieczeństwa w kraju, a kiedy go z powrotem włączył, w porcie leżał martwy człowiek. Tego samego dnia w pobliżu miał przebywać premier. Kryzys finansowy. Afganistan… – Roześmiał się. – Wściekli, zazdrośni mężowie. Hartmanna tyle samo ludzi kocha, ilu nienawidzi.
– Przekażę to.
– Nie chcę, żebyś to przekazywała. Chcę, żebyś prowadziła sprawę. Brix już się zgodził…
– Nie wątpię.
– Jesteś za dobra do OPA.
– Słuchaj, nikt nie zgłosił zaginięcia. Istnieje możliwość, że to cudzoziemiec, jakiś marynarz z zagranicznego statku, który opuścił już nasze wody terytorialne.
– I tak chcę, żebyś prowadziła tę sprawę. Brix też tego chce.
Z sali obok dobiegły oklaski i śmiech. Ceremonia się rozpoczęła. Nie mogła się tak zwyczajnie tam teraz wpakować.
– Naprawdę dobrze wyglądasz – powiedział, jakby trochę zakłopotany. – Ja… – Wzruszył ramionami, a ona przypomniała sobie, jak wyglądał w akademii, z tym swoim czarnym humorem i żałosnymi dowcipami. – Ja się po prostu zestarzałem.
Chciała na niego wrzasnąć. Wykrzyczeć coś.
– Nie mogę pobrudzić galowego munduru – powiedziała. – Później mam rozmowę kwalifikacyjną.
Siedziba Zeelanda znajdowała się nad wodą nieopodal portu. Nowoczesny monolit z czarnego szkła z firmowym smokiem rozpostartym na sześciu górnych kondygnacjach otaczały place budowy – port zmieniano w dzielnicę tanich mieszkań. Te, jak nic innego, wciąż szły jak woda.
Robert Zeuthen zaparkował swojego lśniącego nowością Range Rovera przed budynkiem. Reinhardt czekał w holu z informacją o zwłokach w porcie. Teraz wiadomo już było, że doszło do morderstwa, ale nic nie wskazywało, by Zeeland miał jakiekolwiek powiązania ze sprawą. Pracowała nad nią PET wraz z policją. Ich zaangażowanie było nieuniknione, skoro w okolicy przebywał Troels Hartmann.
– Skąd się wziął ten kot? – spytał Zeuthen.
– Nie z domu – odparł Reinhardt stanowczo. – Jeszcze sprawdzam. Ta afera w porcie wygląda paskudnie. Prawdopodobnie włamano się do naszego systemu bezpieczeństwa. Powołaliśmy już zespół, który ma to zbadać. – Skrzywił się. – Hartmanna bardziej martwi ten artykuł w gazecie. Czeka na nasze oświadczenie.
– Chcę, żebyś był przy tym, jak PET będzie rozmawiać z ochroną. Jeśli doszło do włamania, to niewykluczone, że nie był to jednorazowy wypadek.
– Powinienem ci towarzyszyć w czasie posiedzenia rady – zasugerował Reinhardt.
Zeuthen ruszył do windy, kręcąc głową.
– Poradzę sobie. Dowiedz się, co się dzieje z PET. I szukaj kota Emilie. Maja mnie za to zabije. Wiedzieliśmy, że Emilie ma alergię na koty.
– Robercie – Reinhardt położył mu dłoń na ramieniu – nie bez powodu przypuszczam, że posiedzenie rady będzie trudne. Możesz mnie potrzebować.
Zeuthen się uśmiechnął.
– Nie tym razem, przyjacielu.
W gabinecie premiera w Christiansborgu Karen Nebel nie mogła sobie znaleźć miejsca.
– Ludzie już gadają – utyskiwała. – Nie rozumieją, dlaczego Zeeland nie zdementował jeszcze doniesień gazety. – Zadzwoniła jej komórka. – Może to…
Hartmann odprowadził ją wzrokiem, gdy wychodziła na korytarz.
– Mamy reagować jak wariat za każdym razem, gdy w prasie opublikują jakieś kłamstwo? – burknął.
Morten Weber, siedzący na krześle przy oknie, skrzyżował ramiona na piersi i odchylił się na oparcie.
– Czasami.
Weber stał przy Hartmannie przez całą jego karierę polityczną. Drobny, skromny, nieco niechlujny człowiek z niesfornymi kręconymi ciemnymi włosami, kiedyś na przekór wszystkiemu doprowadził do tego, że młody polityk zajął fotel burmistrza Kopenhagi. Jakiś czas później dopilnował, by trafiła do niego teka premiera. Dysponował niezrównaną wiedzą o duńskim świecie politycznym i czasami działał z cichą, niekwestionowaną bezwzględnością. Nikt nie miał śmiałości mówić do Hartmanna tak jak on. A i tak dochodziło do ostrych spięć.
– Panujemy nad sytuacją z Zeelandem – powiedział Hartmann. – Karen tego pilnuje.
– Świetnie. Odwołałem tę chorą wizytę w porcie. Ludziom z PET bardzo się nie podoba to, co tam się dzieje. I nie chcą, żebyśmy o tym z kimkolwiek rozmawiali.
– Odwołaj to odwołanie – nakazał Hartmann. – Ussing powie, że nie obchodzą mnie bezdomni.
– Pieprzyć Ussinga.
– Jesteśmy w defensywie, Morten! Ussing za pomocą Zeelanda chce wykazać, że okradam biednych, by dawać bogatym.
– Troels…
– Jadę i koniec. Choćbym musiał szukać autobusu. Jasne?
Wróciła Nebel, ściskając w dłoni komórkę.
– Nie dostaniemy tego dementi.
Weber poprawił ciężkie okulary.
– Chcesz powiedzieć, że w artykule napisano prawdę?
– Rada nadzorcza ma takie plany. Próbują obejść Roberta Zeuthena. Uważają, że jest słaby. Zwyczajnie…
– Słuchaj… – przerwał jej Hartmann. – Ojciec Zeuthena obiecał, że jeśli dostanie państwową pomoc, nigdy nie przeniesie firmy za granicę. Robert zapewniał, że dotrzyma tej obietnicy. Jeśli oni teraz nie dopełnią warunków umowy, zniszczę ich…
– Nie zniszczysz – wtrącił Weber. – Nie masz takich możliwości.
Hartmann z trudem trzymał nerwy na wodzy. W takich chwilach jak te Weber okazywał się najbardziej nieoceniony. I najbardziej irytujący.
– Więc co robić?
– Jeśli ustąpisz i zaproponujesz Zeelandowi więcej marchewek, stracisz Rosę Lebech. Jeśli nie ustąpisz, zaczną spiskować nasi ludzie. – Weber zmarszczył swój mięsisty nos. – Jako pierwsza zapewne Birgit Eggert. Ministerstwo Finansów ewidentnie nie zaspokaja jej ambicji.
– Jeśli usuną Zeuthena, będziemy musieli im coś dać – powiedziała Nebel. – Pogadam z ministrem skarbu państwa. To nie musi być nic wielkiego.
– Jezu! – wrzasnął Weber. – Może już teraz damy Ussingowi klucze do gabinetu? Nie widzisz plakatów wyborczych? Jeśli jesteś bogaty, głosuj na Hartmanna. Jeśli nie…
– Nie zrobimy nic, dopóki nie poznamy stanowiska Rosy Lebech – zdecydował Hartmann. – Mogę ją tu ściągnąć. Przekażcie PET, że jadę do obozowiska bezdomnych, bez względu na opinię agencji. I… – Podszedł do szafy, wyjął czystą koszulę i garnitur. – I tyle.
Nebel spojrzała groźnie na Webera, gdy Hartmann zdecydowanym krokiem wyszedł do łazienki się przebrać.
– Nie lubię przegrywać, Morten.
– A kto lubi?
– Dlaczego on nas nie słucha?
Weber się roześmiał.
– Bo jest politykiem. Troels potrzebuje do szczęścia życia na krawędzi. Lubi pęd. Dreszcz. Niebezpieczeństwo. – Wstał i puścił do niej oko. – Ale czyż nie wszyscy tacy jesteśmy?
Brix zadzwonił, gdy tylko wróciła do portu. Pytał, czego chcieli ludzie z PET.
– Chyba ich zdaniem w trakcie wizyty Hartmanna może dojść do incydentów. Nie moja wina, że ominęła mnie ceremonia, to ty powiedziałeś Borchowi, że prowadzę sprawę.
– To prawda.
– Wyjaśnisz więc ludziom z OPA, dlaczego mnie nie było?
– Jak tylko się z nimi spotkam. Zgadzaj się na wszystko, czego chce PET.
A to ci odmiana, pomyślała i się rozłączyła.
Borch i Asbjørn Juncker krążyli po terenie, każdy trzymał w ręku jakieś papiery.
– Trzeba przeszukać wszystkie statki w okolicy – powiedział człowiek z PET.
– Stąd wyszedł tylko jeden – odparł Juncker. – I już go przeszukaliśmy.
Podał Sarze plik zdjęć, a ona zaczęła wertować je uważnie. Martwy mężczyzna. Przysadzisty. W średnim wieku. Na jednym z tatuaży odszyfrowano imię żeńskie, zdaniem techników wschodnioeuropejskie. Inny tatuaż, na prawym ramieniu, był nieczytelny. Środkowe litery zniknęły za sprawą rany, prawdopodobnie od noża.
Podjechał czarny Mercedes, z którego wysiadł wysoki, wyprostowany mężczyzna, łysiejący, ze starannie ostrzyżonymi siwymi włosami. Przedstawił się jako Niels Reinhardt, z firmy Zeeland, przydzielony do kontaktu z nimi.
– Robert Zeuthen jest osobiście zainteresowany sprawą – oznajmił stanowczym, spokojnym, grzecznym tonem. – Prosił, bym państwa zapewnił, że zrobi wszystko, co w jego mocy, by pomóc.
– System bezpieczeństwa już działa? – spytał Borch.
– Tak nam się wydaje. – Reinhardt popatrzył niepewnie. – Odpowiada za niego jedna z naszych firm IT. Zajmują się wszystkim, całym monitoringiem, od biur po posiadłości prywatne.
Lund zadała standardowe pytania. Reinhardt przekonywał, że od ostatnich zwolnień nie mieli żadnych problemów z pracownikami. I nie odnotowali żadnych nietypowych ruchów statków.
– Musieli się tu pojawić, zanim wyłączyli system – stwierdził Juncker.
– Nie. Zauważylibyśmy intruzów – upierał się Reinhardt. Spojrzał na nabrzeże, na opuszczony teren w oddali. – Chyba że weszli przez dawne tereny Stubbena. Tam od lat nic się nie dzieje.
– Muszę wrócić… – zaczęła Lund, ale Borch już wskazywał swój samochód.
Od celu dzieliło ich kilka minut. Opustoszały plac, gruz i porzucone kontenery przy brudnym nabrzeżu.
– Zamierzaliśmy zbudować tu hotel – podjął Reinhardt, dołączając do nich. – Teraz nie ma na to funduszy…
– Kto tu zagląda? – spytał Borch, gdy Lund chodziła po żwirowym trakcie z rękoma w kieszeniach, z przekrzywionym krawatem, kopiąc kamyki i śmieci.
– Rybacy – odrzekł Reinhardt. – Obserwatorzy ptaków. – Milczał chwilę, nim dodał: – I pewnie jacyś niecierpliwi kochankowie.
– Powiedział pan, że nie ma tu statków. – Juncker lustrował wzrokiem szary horyzont. W oddali majaczył stary rdzewiejący kadłub; wyglądał, jakby nie ruszał się od lat.
Człowiek z Zeelanda zmarszczył brwi.
– Miałem na myśli czynne statki. To Medea. Jeden z naszych starych frachtowców. Jest przeznaczona na żyletki. Sprzedaliśmy ją łotewskiemu partnerowi, ale zbankrutował.
Borch wziął lornetkę od Junckera. Jednostka znajdowała się dobre pół kilometra od brzegu. Przyjrzał jej się i podał lornetkę Lund. Pokręciła głową.
– Tam ktoś jest? – spytała.
– Prawo tego wymaga – wyjaśnił od razu Reinhardt. – Nawet stary hulk taki jak ten potrzebuje minimum trzyosobowej załogi. Rozmawialiśmy z nimi w nocy. I dzisiaj rano. Mówili, że nic nie widzieli. – Rozejrzał się po sennym akwenie Sundu. – Tu nic by nie zobaczyli, prawda?
Lund podeszła nad samą wodę, zaklęła, gdy wyjściowymi butami wdepnęła w błotnistą maź. Na ziemi leżał niedopałek. Świeży. Niezmoczony deszczem.
Borch rozmawiał przez telefon.
– Jeśli chcecie tam popłynąć – powiedział Reinhardt – wezwę łódź.
Asbjørn Juncker chciał ruszać natychmiast, Borch skończył rozmowę.
– Straż przybrzeżna mówi, że zeszłej nocy przepływał tędy rosyjski kabotażowiec. Płynie do Petersburga. Pogadamy z tamtejszym kapitanatem.
– Dziękuję za propozycję – zwróciła się Lund do człowieka Zeelanda. – Ale nie skorzystamy.
Juncker zaczął jęczeć, ona ruszyła do auta, a Borch i młody za nią.
– Musimy tam popłynąć i się rozejrzeć – nalegał Mathias.
– To płyń.
– Ja nie mam czasu! Hartmann tu jedzie. Musimy zabezpieczyć…
– A ja nie muszę tam płynąć – przerwała mu. – Asbjørn… wsiadasz? Wracamy.
Zawahał się chwilę czy dwie, ale wsiadł.
Borch przykucnął przy oknie od strony kierowcy. Już nie wyglądał jak pieseczek.
– Mam nadzieję, że ta robota jest tego warta – powiedział.
Robert Zeuthen odziedziczył ludzi, którzy kierowali Zeelandem. Wybranych przez jego ojca. Lojalnych, dopóki był dawny szef.
Kornerup, korpulentny sześćdziesięciolatek o bystrych oczach przesłoniętych okrągłymi okularami i twarzy nieskalanej uśmiechem, od niemal dwudziestu lat należał do ścisłego kierownictwa firmy. Posiedzenie zaczął od nowej wersji prezentacji, którą przedstawiał, odkąd tylko Zeuthen objął stanowisko prezesa.
– Przeniesienie stoczni na wschód zredukuje koszty o co najmniej czterdzieści procent. Żeby sfinansować tę operację, możemy pomanewrować kursem walut. Jeśli zaczniemy planować dzisiaj, moglibyśmy ją rozpocząć nawet w ciągu roku. Dla podliczenia…
– To nic nowego – przerwał Zeuthen. – Znamy argumenty. Zgadzamy się, że za dziesięć, piętnaście lat to może być właściwy krok.
Jedenastu mężczyzn wokół stołu, jedna kobieta. Zeuthen był największym udziałowcem. Ale nie miał absolutnej większości.
– Świat pędzi szybciej, niż nam się wydaje – nie ustępował Kornerup. – Tę decyzję musi podjąć rada. Jeśli Hartmann przegra wybory, do władzy dojdą czerwoni ze swoim premierem, który nas nienawidzi. Puszczą nas z torbami.
– Dlatego właśnie popieramy Hartmanna – odparł Zeuthen. – I dlatego osłabianie go nie leży w naszym interesie.
– Jeśli zgodzi się na jakiś nowy układ, nie ma sprawy.
Zebrani kiwnęli głowami na znak, że zgadzają się z Kornerupem.
– Ale nie oszukujmy się – kontynuował – świat nie będzie czekał, aż się przebudzimy. Wiem, że to trudne. Tę firmę stworzył pański ojciec, ale gdyby był tu dziś…
– Broniłby pracy dla Duńczyków do ostatniego miejsca – przerwał mu Zeuthen.
– Może ty i ja znaliśmy różne jego oblicza. Może…
– Nie. Już dość.
Kornerup spojrzał groźnie.
– Mamy jeszcze dużo do omówienia, Robercie.
– Nie będę już z tobą nic omawiał. – Zeuthen skinął na swoją asystentkę, a ona obeszła stół, rozdając przygotowane wcześniej przez niego zestawy dokumentów. – Kornerup poświęcił dużo czasu na poszukiwanie drogi wyjścia z Danii. Do zdrady już się tak starannie nie przyłożył.
Przez salę poniósł się pomruk. Zeuthen potoczył wzrokiem po zebranych.
– Nasz dyrektor chyba zapomniał natomiast, że w gazecie, która puszcza te bzdury, moja rodzina ma trzydzieści procent udziałów. A także – lekki uśmiech – że jej naczelny ze mną studiował. Naprawdę nietrudno więc było zdobyć mejle, które wysłałeś do szefa ich działu gospodarczego.
Kornerupowi po raz pierwszy chyba zabrakło słów.
– Podsunąłeś im te kłamstwa, aby przycisnąć radę do podjęcia decyzji o przeprowadzce – ciągnął Zeuthen. – Jakiekolwiek zyski wiążą się z przeniesieniem na Daleki Wschód, a chętnie to omówię w odpowiednim momencie w przyszłości, takiej nielojalności nie mogę tolerować. Naruszyłeś warunki umowy, Kornerup, i na pewno masz tego świadomość. Prawdopodobnie podejmiemy kroki prawne. – Kiwnął głową na asystentkę.
Kobieta otworzyła drzwi i wpuściła dwóch ochroniarzy.
– Panowie odprowadzą cię do wyjścia. Wszystkie rzeczy osobiste odeślemy ci, jak tylko sprawdzimy, co jeszcze knułeś. – Znowu potoczył wzrokiem po zebranych. – Chyba że rada postanowi zignorować przeciek poufnych dokumentów do mediów. I Bóg wie co jeszcze.
Cisza. Wskazał ręką drzwi.
– Wszystko, co zrobiłem – powiedział Kornerup, wstając – zrobiłem dla dobra Zeelanda. Ta firma stoi nad przepaścią, Robercie. Zepchniesz ją do niej i nawet tego nie zauważysz. Przejrzysz na oczy dopiero wtedy, gdy zamkną to wszystko na głucho.
W milczeniu patrzyli, jak wychodzi. Zeuthen uporządkował dokumenty i włożył je do aktówki.
– Przepraszam. Moja córka pojechała do szpitala, muszę wyjść. – Po chwili dodał: – Chyba że są jeszcze jakieś sprawy?
Zaczekał. Nikt się nie odezwał.
– Świetnie – rzekł Zeuthen i opuścił pomieszczenie.
Hartmann wezwał kierowcę, by zawiózł go do szkoły we Frederiksbergu, gdzie odbywało się spotkanie przedwyborcze Rosy Lebech. Sześć lat młodsza od niego. Zanim zaczęła karierę w polityce, była prawniczką. Wciąż ubierała się jak prawniczka: kremowa bluzka, ciemne spodnie, ciemne włosy uczesane starannie. Uderzająco piękna kobieta, piękna i konkretna zarazem. Poznał ją jeszcze jako burmistrz, gdy zabiegał o głosy koalicjanta.
Wtedy była mężatką.
Nebel nie od razu zrozumiała, że należy zostawić ich samych. Teraz do tego funkcjonariusz PET przyglądał się im obojętnie.
– Nie możemy się tak dalej spotykać – zażartował Hartmann.
– Jak?
– Jak politycy.
– Chcesz powiedzieć, że powinniśmy znaleźć jakiś materac i świeczki? Twoja obstawa pilnowałaby drzwi.
Potwierdził skinieniem głowy.
– Podoba mi się ten pomysł.
– Ty bezczelny łajdaku. Dlaczego ja się w to wszystko pakuję?
Hartmann odwrócił się do funkcjonariusza i dał mu znak, a mężczyzna oddalił się korytarzem.
– To właśnie mam na myśli. Troels…
Chwycił ją w talii, pocałował mocno i tak długo przebierał palcami w fałdach jej bluzki, aż dotknął skóry.
Lebech odsunęła się ze śmiechem.
– Ostry seks z premierem Danii. Nie żebym miała coś lepszego do roboty.
Jego palce zmagały się z bluzką.
– Żartowałam! – krzyknęła. – Przestań.
Przerwał, ale wyglądał jak chłopczyk, któremu zabrano ulubioną zabawkę.
Westchnął.
– O co chodzi? – spytała.
– Wygląda na to, że plotki o Zeelandzie to prawda. Robert Zeuthen jest po naszej stronie, ale reszta rady nadzorczej nie. – Skrzywił się drwiąco. – Może będę musiał coś im rzucić.
Usiadła. Znowu była polityczką.
– Ile?
– Tyle, żeby się zastanowili. Ale też nie za dużo, bo jeszcze byś zakończyła nasz romans. – Szeroki, bezczelny uśmiech. – W ujęciu metaforycznym. Wiem, że jeśli chodzi o dosłowne rozumienie tego wyrażenia, nie mam powodu do zmartwień.
Nie śmiała się.
– Nie naciskaj mnie za mocno. Myślisz, że moi ludzie łykną pomysł, za który zapłacą wszyscy oprócz Zeelanda? Jestem szefową partii, nie jej właścicielką. Nawet nie będę ich pytać. Nie ma sensu, znam odpowiedź.
– Może by posłuchali, gdyby wiedzieli, że obejmiesz wysokie stanowisko. Ministerialne. Coś, co by ci się spodobało.
– Teka premiera? – spytała. – Bo taka robota by mi się podobała.
Skrzyżował ramiona, patrzył na nią i czekał.
– Mam związane ręce, Troels. Nie mogę mocniej naciskać swoich ludzi, wykluczone. Niektórzy z nich uważają, że lepiej stawiać na Ussinga. Jeśli Zeeland się pakuje, to wyjedzie. Choćbyś ich przekupił nie wiadomo czym… – Urwała.
Do sali weszła Karen Nebel, postukując palcem w zegarek.
– Przemyśl to – poprosił.
– Już przemyślałam. Przykro mi. – Sięgnęła dłonią do jego kolana. – Ale to polityka. Tylko polityka. Nie zapominaj.
Hartmann postukał się po nosie, dyskretnie ścisnął jej palce i kiwnął głową.
Potem wstał i na użytek jednoosobowej widowni podał jej rękę i życzył udanej kampanii.
– Jeszcze porozmawiamy – obiecał.
Carsten Lassen, partner Mai, był lekarzem, pracował w szpitalu uniwersyteckim. Zeuthen domyślał się, że Emilie zawieziono właśnie tam. I rzeczywiście Lassen czekał tam na niego w samochodzie, razem z Mają i dziećmi.
– Co się dzieje? – spytał Zeuthen.
– To reakcja alergiczna na kota, którego nie powinna w ogóle dotykać – warknął Lassen. Miał na sobie lekarski fartuch, na twarzy opryskliwą minę, którą przybierał zawsze w obecności Zeuthena. – Zniknie za kilka dni, jeśli będzie przyjmować leki. I trzymać się z dala od kotów.
Carl zaczął warczeć zza swojego dinozaura w chwili, gdy pojawił się jego tato. Emilie uśmiechnęła się i mu pomachała. Zeuthen otworzył tylne drzwi samochodu i kazał dzieciom przesiąść się do Range Rovera.
– Nie. – Maja zatrzasnęła drzwi. – Musimy pogadać.
Dawno się nie kłócili o porządek spotkań z dziećmi. Robert nie chciał wracać do tych sporów.
– Jeśli sądzisz, że dzięki temu przejmiesz opiekę nad nimi…
– Ona ma wysypkę na całym ciele! Co się dzieje, do cholery?
– Nie wiem. A ty?
– Albo kłamiesz, albo się nią nie zajmujesz.
– Nie. – Z trudem zachowywał spokój.
Dzieci to obserwowały i ta kłótnia na pewno fatalnie na nie wpływała.
– Wiem, co robią, kiedy są ze mną. W domu nigdzie nie ma żadnego kota. Przecież to nie jest śmiertelna…
Lassen usłyszał te słowa i się wtrącił:
– To może być poważne. Jeśli zlekceważy się reakcję alergiczną…
– Nie twoja sprawa – wytknął mu Zeuthen. – To nie są twoje dzieci.
Zatrzymała się przy nich biała furgonetka. Przez chwilę Zeuthenowi się wydawało, że Emilie komuś pomachała. Ale to było niemożliwe. Jeśli nawet się uśmiechnęła, to przelotnie. Oboje z bratem, wyraźnie zmęczeni, wyglądali żałośnie, gdy spór na parkingu się przeciągał.
– Mamy ustalony sądownie grafik spotkań z dziećmi – podjął. – Nie możesz tak po prostu mi ich zabrać, kiedy ci się spodoba.
– Sądownie! – wrzasnęła Maja. – Teraz będziesz mi groził sądami? Naślesz na nas całego Zeelanda? Wtedy się poczujesz jak facet?
W małym Volkswagenie otworzyły się drzwi. Emilie podeszła, stanęła między rodzicami i spojrzała na każde z nich z wyrzutem. Lassen wycofał się do szpitala.
– Widziałam kotka, jak bawiłam się u Idy. I już. – Skierowała wzrok na matkę. – Nie chcę mieszkać z tobą i Carstenem. Carl też nie. Chcemy być z tatą. – Dziewczynka podeszła do Range Rovera.
Carl już tam stał. Maja podbiegła do dzieci, głos jej się załamał i to strasznie zabolało Zeuthena.
Dzieci wsiadły na tył i zaczęły zapinać pasy.
– Posłuchaj – powiedział do Mai, siląc się na spokój. – Nie powinniśmy się tak kłócić. Nie w ich obecności. Mam coś do załatwienia. Możesz pojechać z nimi do Drakkara. Zostać do mojego powrotu. – Wzruszył ramionami. – Nie wiem, kiedy wrócę. Jak chcesz, mogę cię uprzedzić, zadzwonię z samochodu. Żebyś wiedziała, kiedy wyjść.
Od pół roku Lund mieszkała w dwupokojowym drewnianym domku na przedmieściu. Stał przy wąskiej ulicy na pagórku, z którego roztaczał się widok na miasto. Miała tam też pusty ogródek, który starała się ożywić.
Słuchała radia, zmywając naczynia dla Marka i jego gościa. Głównym tematem wiadomości znowu był Hartmann – miał wydać oświadczenie na temat Zeelanda, kiedy odwiedzał obozowisko bezdomnych, przed czym wyjątkowo przestrzegała go PET. Zawsze robił, co mu się podobało. Nigdy nie współpracował z policją, nawet jeśli zamierzał wygrać wybory.
Co prawda te wybory nie zapowiadały się dobrze. Ussing podżegał ludzi, ostrzegając przed nowymi ustępstwami wobec bogaczy. Partia Centrum, której poparcie najpewniej zdecyduje o wygranej, się wahała.
Lund zajrzała do piekarnika, stwierdziła, że nie zdjęła folii ze sklepowej lasagne, wyjęła więc szybko całe danie i za pomocą nożyczek pozbyła się brązowego plastiku. Następnie je odstawiła i wytarła dłonie o dżinsy.
Zadzwonił telefon. Mark.
– Cześć, mamo…
– Niełatwo tu trafić. Przy żółtym budynku musicie skręcić w lewo na końcu…
– Nie przyjedziemy. Eva jest chora. Innym razem…
Spojrzała na stół. Butelka dobrego Chianti. Nowe kieliszki do wina, kupiła je na tę okazję. Świece. Brix podesłał jej dyplom za wieloletnią służbę i butelkę szampana. I jeszcze koperta z OPA.
– To coś poważnego?
– Nie. Przeziębienie. Zobaczymy się innym razem.
Nie mógł się doczekać końca rozmowy. Słyszała to w jego głosie.
– Mark… – powiedziała jakoś rozpaczliwie.
– Tak?
– Wiem… wiem, że nie zawsze mogłeś na mnie liczyć. Nigdy nie wychodziło mi… – „mówienie tych rzeczy”, dokończyła w myślach. – Robię ze sobą porządek. Masz absolutne prawo być na mnie zły.
Cisza.
– Mark?
– Tak?
– Chciałabym cię czasami zobaczyć.
– Jestem mocno zajęty.
– A jutro?
– Jutro nie za bardzo.
Usiadła. Na stole leżały zdjęcia od Junckera. Odcięta głowa. Wykrzywione martwe usta. Ręka z tatuażami. Pewnie z jakimś kobiecym imieniem. Coś jeszcze, krótkie słowo, środkowych liter brakowało – w ich miejscu widniała krwawa rana.
– No to może pojutrze. Ty zdecyduj kiedy.
– Nie wiem…
Pierwszą literą zniszczonego tatuażu było wielkie M. Zapisane gotykiem.
– Musimy się umówić kiedy indziej – dodał Mark.
Ostatnią literą było małe a. Całe słowo liczyło z pięć, sześć liter. Nie więcej.
– Mamo? Halo?
Wzięła do ręki długopis i pochyliła się nad zdjęciem.
– Kiedy indziej, mamo. Jesteś tam?
– Tak. Kiedy indziej. Dobra. Tylko daj mi znać.
Rozłączył się, a ona odtworzyła brakujące litery. I odczytała cały wyraz.
Zadzwoniła do Brixa.
– Cześć, Lund. Dostałaś szampana i pismo z OPA? Chcą, żebyś zaczęła w przyszłym tygodniu. Nie musisz przechodzić przez rozmowę kwalifikacyjną. Chyba ci gratuluję.
– Mamy jeszcze ludzi w porcie?
– Kazałaś im się zwinąć. Pamiętasz?
– No to wezwij ich z powrotem. Stoi tam statek, Medea, chcę go obejrzeć.
– Powiedziałaś, że to nieważne.
– I wyślij ekipę na teren Stubbena. Już jadę.
Miała świetną wymówkę, żeby przekraczać prędkość. Nawet nie zawracała sobie głowy wystawianiem koguta. W porcie czekała załoga łodzi. I Mathias Borch. Powiedział, że Hartmann z ekipą są w obozowisku bezdomnych kilometr dalej.
– Każ mu się stamtąd zwijać – poleciła.
– Próbowałem. Jesteś pewna? Na ile procent?
Podała mu zdjęcie, na którym napisała „Medea”.
– Kiedy straż przybrzeżna skontaktowała się rano ze statkiem, nie rozmawiała z załogą. Poprosiłam, żeby teraz znowu nawiązali łączność. Nikt nie odebrał.
Borch patrzył na nią wściekły.
– Gdybym wiedział, zatrzymałbym Hartmanna!
Lund wzruszyła ramionami, wsiadła do pontonu z Junckerem i dwoma funkcjonariuszami.
– No to zatrzymaj go teraz – odparła, gdy ruszyli na wody portu.
Troels Hartmann podawał talerze gulaszu niechlujnym, cichym mężczyznom usadowionym przy rozkładanych stołach w prowizorycznych namiotach. Cuchnęło tu tanim jedzeniem i ściekami. Dziennikarze mieszali się z ekipami telewizyjnymi, podążając za nim od jednej porcji do drugiej i zadając pytania, na które on nie odpowiadał.
Gdy tylko kamera robiła zbliżenie, premier się uśmiechał. Karen Nebel patrzyła na to bez uśmiechu. Chciała, żeby wrócił do Slotsholmen na konferencję prasową.
Potem Morten Weber wprowadził kilku mężczyzn niosących skrzynki piwa. Rozległy się wiwaty. Część bezdomnych chwyciła butelki, wstała i wzniosła toast za Hartmanna.
Uśmiechnął się szeroko i wyszedł.
Ciągle się uśmiechał, gdy odwrócił się do Webera i rzekł:
– Rozdawanie gorzały alkoholikom, Morten. Bardzo sprytne.
Weber się roześmiał.
– Zdumiewasz mnie, Troels. Pod wieloma względami taki sztywniak i purytanin, a jednak… – Czekał na odpowiedź, ale żadnej nie usłyszał. – PET chce, żebyśmy się natychmiast stąd zwijali. Ich zdaniem występuje bezpośrednie zagrożenie.
– Musimy się natychmiast udać na konferencję prasową – dodała Nebel.
Hartmann pokręcił głową.
– Wszystkie pismaki są tutaj, po co im dokładać roboty? – Podszedł zdecydowanym krokiem do samochodu, siadł na masce, uśmiechnął się promiennie do kamer, pomachał.
Nawet dziennikarze byli zaskoczeni.
Dokoła zbierali się mężczyźni w ciepłych kurtkach. Każdy miał w uchu słuchawkę, od której przez szyję biegł kręcony kabelek, każdy miał zatroskany wyraz twarzy.
– No dobra – powiedział Hartmann radośnie. – Nie marnujmy czasu, co? Macie jakieś pytania? No to słucham.
– Cholera – warknęła Karen Nebel.
Weber rozmawiał z najgłośniejszym spośród funkcjonariuszy PET, człowiekiem, który przedstawił się jako Mathias Borch. Nebel podeszła podsłuchać. Wymiana zdań stawała się coraz gorętsza.
– Mówiłem, że macie go stąd zabrać – perorował Borch. – Może to zrobicie, co?
– Troels jest premierem Danii – odparł Weber, wzruszając ramionami. – Może sam pan chce spróbować?
– Jeszcze tylko kilka minut – dodała Karen Nebel, próbując uspokoić atmosferę.
– Dzisiaj rano tuż obok znaleziono ciało – powtórzył Borch i z surową miną wyjął telefon. Co chwila wybierał ten sam numer.
Lund.
Sarah.
Nie odbierała. Ale Karen Nebel zauważyła wyraz twarzy Mortena Webera, wyraz, którego nie widziała nigdy wcześniej. Morten był blady, wstrząśnięty. Przestraszony.
– Pomożemy wszystkim, komu się da – mówił Hartmann głośno na improwizowanej konferencji prasowej. – Ale zdołamy to zrobić wyłącznie wtedy, gdy każdy wniesie swój wkład. Dotyczy to również Zeelanda. Nie dostaną żadnych specjalnych przywilejów. Powtarzam. Żadnych więcej przywilejów.
Nie lubiła statków. W sprawie Birk Larsen też był statek. Człowiek powieszony na linie. Jeszcze jeden niewłaściwy ruch w mroku.
Dwaj mężczyźni z załogi łodzi obchodzili pokład Medei, Juncker podążył za Lund do środka. Wnętrze frachtowca przypominało ogromną, martwą katedrę ze stali i cuchnęło jak wszystkie statki. Starością i ropą. Przenikliwe zimno w długich, głuchych korytarzach. Nie było żadnych śladów, dopóki nie dotarli w pobliże mostku. Lund podniosła dłoń, by zatrzymać kolegę, i wskazała coś przed sobą.
Długa plama na podłodze. Rozmazana krew. I na ścianie. Musiał tu upaść ktoś poważnie ranny.
Próbował uciec, pomyślała. Widziała te obrazy przed oczami, miała je w głowie – zawsze tak się działo, choćby Lund nie wiadomo jak się broniła.
Mężczyznę zaatakowano, jakoś się uwolnił, wskoczył do lodowatej wody i próbował ratować życie ucieczką wpław.
Czyli musiał być bardzo przerażony.
Potworny jazgot przeciął ciemności. O mało nie dostała zawału. Asbjørn Juncker nieporadnie walczył z telefonem; jako dzwonek miał ustawioną jakąś okropną rockową solówkę na gitarze. Lund wyrwała mu telefon i wyciszyła – tak jak zawsze swój. Do niej też ktoś próbował się dodzwonić, odkąd dotarli do Medei. Czuła, jak telefon wibruje jej w kieszeni. To mogło poczekać.
Podniosła wysoko latarkę w prawej ręce. Zeszli na dół schodami. Zbiorniki paliwa. Z boku rozmazana krew. W kącie martwy mężczyzna, prawie nagi, tylko w brudnych slipach, na klatce piersiowej wiele ran po nożu. Nadgarstki spętane drutem, kostki też.
– Lund – szepnął Juncker idący z latarką w jednej i pistoletem w drugiej dłoni, cały czas celując i szperając światłem to po lewej, to po prawej stronie.
Spojrzała. Kolejne ciało. W takim samym stanie. Rany od noża. Drut. Mężczyźni byli torturowani.
– Broń ci niepotrzebna, Asbjørn.
– Straż portowa mówiła, że jest ich trzech.
– Tak. Trzeciego znaleźliśmy rano w kawałkach. A ten, kto to zrobił, zniknął. Za sprytny był, żeby tu zostać.
Jedynym źródłem światła na mostku były włączone monitory na pulpicie. Obok koła sterowego stał laptop. Z otwartym plikiem. Wyglądało to na schemat systemu bezpieczeństwa Zeelanda.
Lund sprawdziła, czy ma zasięg, i kazała Junckerowi zadzwonić do Brixa, ściągnąć ekipę. Potem sama zadzwoniła do Borcha.
– Nie wiem, co tu się dzieje… – zaczęła i powiedziała mu o ciałach i włamaniu do systemu bezpieczeństwa Zeelanda.
Słuchał, nic nie mówił. W akademii policyjnej Mathias Borch był prymusem. Bystry i oddany. Ale nigdy nie myślał szybko.
– Hartmanna już tam nie ma, co? – zakończyła Sarah.
– Udziela się na improwizowanej konferencji prasowej. Dlaczego nie odbierałaś?
– Byłam w ładowni tego cholernego statku. Kimkolwiek są ci włamywacze, tu mieli bazę. – Ruszyła przez ciemności z latarką w ręku. Patrzyła.
Na ścianie w głębi zdjęcia. Mnóstwo, mnóstwo zdjęć pokrywających malowaną stal.
Zatrzymała się. Politycy i przemysłowcy. Twarz obok wycinków prasowych: Aldo Moro. Były premier Włoch porwany przez Czerwone Brygady. Przetrzymywali go przez pięćdziesiąt pięć dni, a potem zastrzelili i porzucili ciało w samochodzie na ulicy. Obok wisiał artykuł o Thomasie Niedermayerze, niemieckim przemysłowcu porwanym przez Provisional IRA, skatowanym, zamordowanym i pogrzebanym na wysypisku pod Belfastem. Ten artykuł był o wiele świeższy, Lund nie mogła się od niego oderwać. Dziesięć lat po znalezieniu ciała niemieckiego przemysłowca wdowa po nim wróciła do Irlandii, weszła do oceanu i utonęła. Potem samobójstwo popełniły dwie ich córki. Nieprzerwany ciąg nieszczęść w następstwie jednego brutalnego czynu…
– Patrzę tu na zdjęcia porwanych polityków – powiedziała Lund, nie wiedząc nawet, czy Borch słucha. – Martwych. Musisz natychmiast zabrać stamtąd Hartmanna.
Ludzie z PET wdarli się w tłum pismaków, niemal zdjęli Hartmanna z maski samochodu i wsadzili go do furgonetki wraz z Weberem i Karen Nebel.
Błyskające światła. Syreny. Cała trójka siedziała na ławce naprzeciwko dwóch uzbrojonych funkcjonariuszy, gdy samochód pędem opuścił port i pognał do miasta.
– Nie mogą mnie tak traktować – narzekał Hartmann. – Nie pozwolę na to.
– Policja znalazła dwa ciała na statku w porcie – powiedział Weber. – A rano jeszcze jedno. Zdjęcia porwanych polityków. Owszem, mogą cię tak traktować.
Szef posłał mu wściekłe, mściwe spojrzenie.
– Sprawę prowadzi Lund – dodał Weber.
Obaj zamilkli.
– Kim jest Lund? – spytała Nebel.
– Dużo by mówić – odparł Hartmann. A do Webera dodał: – Pogadaj z Politigården. Nie z Brixem. Obejdź go, uderz do kogoś nad nim. Nie chcę jej widzieć.
– Czy ktoś powie mi, o co chodzi? – dopomniała się Nebel.
– Kiedyś już popełniła wielki błąd – wyjaśnił Weber. – Mało przez nią nie przegraliśmy wyborów. To się więcej nie powtórzy.
Zadzwonił jego telefon. Furgonetka podskoczyła na nierówności, a po chwili wreszcie dotarła do jakiejś porządnej drogi.
Nebel odwróciła się do Hartmanna.
– Nie powinieneś składać tych obietnic. Nie możesz z marszu tworzyć polityki. Nie wiesz, jaka będzie odpowiedź Zeelanda. Musisz mi pozwolić to ogarnąć. Nie jestem od patrzenia, jak sobie strzelasz samobóje.
To go chyba trochę ubawiło.
– A to właśnie robię?
– Nie każ mi działać po omacku. Wiem, że pracujesz z Mortenem wiele lat, ale ze mną nie. Chcę być ze wszystkim na bieżąco.
Hartmann udawał zdumionego.
– Co dokładnie chcesz wiedzieć?
– Pieprzysz Rosę Lebech?
Opadł na oparcie. Nie patrzył na nią.
Morten Weber zakończył swoją rozmowę.
– Zeeland właśnie opublikował dementi. Zdaje się, że zawiesili dyrektora. Robert Zeuthen oznajmił publicznie, że on osobiście, a także Zeeland jako firma w pełni wspierają plan naprawczy rządu.
Na zewnątrz światła. Wjeżdżali do centrum. Slotsholmen. Niedługo znowu zasiądą w ciepłych biurach Christiansborgu.
Hartmann się roześmiał. Promieniał. Weber nie patrzył na Karen Nebel.
– Obaj wiedzieliście, że to nastąpi, prawda? – spytała.
– Morten ma wszędzie przyjaciół – odrzekł Hartmann. – Może mały ptaszek zdradził mu, że gazeta zamierza dopieprzyć Kornerupowi. – Klepnął Webera w kolano. – Nie żebym chciał wiedzieć.
Furgonetka wjechała na dziedziniec przed pałacem. Dwóch funkcjonariuszy podeszło do niej i otworzyło drzwi. Hartmann nie drgnął.
– Musimy wydać oświadczenie dla prasy, Karen. Ty je tak świetnie formułujesz, tak pięknie. Chciałbym tak umieć.
Cień uśmiechu.
– Ale najpierw mi je pokaż, dobra? – dodał. – Potem podrzuć kopię Ussingowi, z najserdeczniejszymi pozdrowieniami ode mnie.
Karen Nebel pierwsza ruszyła do budynku. Weber zatrzymał Hartmanna na schodach, zaczekał, aż ochroniarze oddalą się na tyle, by ich nie słyszeć.
– Ona ma rację? Obracasz Rosę Lebech?
Twarz Hartmanna spoważniała.
– Nie mam na to czasu – odparł i poszedł przed siebie.
Weber chwycił go za ramię.
– Już zapinałem ci rozporek przy tych głupotach z Birk Larsen. Mieliśmy szczęście jak cholera, że się z tego wywinęliśmy. Nie proś mnie o to znowu.
– Jestem singlem, wdowcem. Każdą godzinę przepracowuję na rzecz tego kraju. Mam prawo do życia prywatnego. I mam prawo być kochany. – Po chwili namysłu dodał: – Nie miałem z tamtą dziewczyną nic wspólnego.
– Ach… – Skinął głową Weber. – To miłość, tak? – Zaczekał. Zero odpowiedzi. – W samym środku kampanii wyborczej? Którą i tak możemy przegrać? Z całym tym gównem związanym z Zeelandem, z Lund czającą się za rogiem… ty posuwasz szefową partii, której potrzebujemy, by ocaliła nam skórę.
Hartmann jęknął.
– Okaż mi trochę zaufania, Morten. Panuję nad tym. Rosa zapewni mi głosy Partii Centrum. Poprą moją kandydaturę na stanowisko premiera. Sprawa z Zeelandem jest już wyprostowana, a ty masz dopilnować, żeby Lund się do nas nie zbliżyła. – Położył rękę na plecach Webera i poprowadził go w stronę pałacu. – I dopilnujesz, prawda?
Maja Zeuthen nigdy nie lubiła Drakkara. Przed śmiercią ojca Roberta mieszkali w dawnym domku ogrodnika na terenie posiadłości, cieszyli się wychowywaniem dwójki swoich pięknych dzieci w maleńkim, schludnym budyneczku, który kiedyś służył szczęśliwemu człowiekowi.
Tam bardzo się kochali.
Potem na barkach jej męża spoczęło brzemię prowadzenia firmy, a jednocześnie narastał kryzys. Nie tylko w Zeelandzie. Na całym świecie.
Wprowadzili się do Drakkara. Mieszkali pod smokiem. Zagubili się w jego rozległych piętrach i ogromnych, pustych pomieszczeniach.
Rola szefa Zeelanda przerastała Roberta, w dodatku nie pozwalał sobie pomóc. Proponowała. Przegrała. Ich miłość gasła. Zaczęły się kłótnie. Ona się oddalała, on coraz więcej czasu spędzał skryty za czarnymi szybami biura w porcie, a kiedy pojawiał się w domu, kłócili się. Dwie małe twarzyczki czasami przyglądały się temu już od progu.
Dochodziła dwudziesta. Służba podała kolację. Maja zjadła z Emilie i Carlem, próbując prowadzić niezobowiązującą rozmowę. Zauważyła, jak oboje milkli, gdy próbowała poruszyć temat Carstena.
Był od niej młodszy. Ciężko pracował, miał jakieś problemy w szpitalu, a jak powiedział Robert, to nie były jego dzieci, i czasami dało się to poznać po jego chłodzie i złym humorze.
Sami posprzątali po sobie ze stołu. Powiedziała Reinhardtowi, żeby pojechał do siebie. Miał żonę, dorosłe dzieci. Dom nad wodą, nieopodal siedziby Zeelanda. Ale i tak został w pałacu, obserwował i się martwił. Robert, kiedy był chłopcem, traktował go jak rodzinę, jak zawsze obecnego wujka.
Emilie i Carl poszli na górę. Grać. Oglądać telewizję. Pobawić się.
Maja siedziała sama na wielkiej kanapie, wpatrując się w obraz na ścianie: szare, żałosne płótno przedstawiające ocean w czasie straszliwego sztormu. Kiedy się rozstawali, ich córka powiedziała, że nienawidzi tego obrazu. I że kojarzy jej się ze śmiercią dziadka. Gdyby Maja się nie wyprowadziła, już dawno by stąd znikł.
Na schodach pojawiła się Emilie w niebieskim płaszczyku, różowych kaloszach i z plecaczkiem, na którego bokach widniały kucyki.
– Dokąd idziesz?
Dziewczynka nieruchomym wzrokiem patrzyła matce prosto w oczy.
– Nakarmić jeża.
– Jeża? O tej porze?
– Tata mówi, że mogę.
– Taty nie ma.
– Zaraz wrócę.
– Pójdę po Carla – powiedziała Maja. – I razem pójdziemy do jeża.
Mała usiadła na schodach. Kiedy Maja wróciła z chłopcem, już jej nie było.
– Emilie! – Starała się, żeby w jej głosie nie było zbyt dużo złości.
Zadzwonił Robert.
– Emilie gdzieś zniknęła. Powiedziała, że idzie nakarmić jeża.
Roześmiał się. Lubiła jego śmiech.
– Ostatnio karmi go co noc. Musimy ustalić, jakie dać jej zwierzątko. Nie sądzę, żeby się zadowoliła patyczakiem.
– Też nie sądzę.
Czy zauważył, że udało mu się ją rozśmieszyć? Czy dla niej to coś znaczyło?
– Reinhardt rozpytał o kota – powiedziała. – Ogrodnik mówił, że widział jakiegoś za ogrodzeniem. Gdzieś nad strumieniem. Emilie się tam czasem wałęsała.
– Za ogrodzeniem? – W jego głosie pojawiło się lekkie napięcie.
– Tak. To nic poważnego, Robercie. Carsten mówi, że jeśli będziemy ją smarować maścią, za kilka dni wydobrzeje. Przepraszam, że tak się wściekłam.
– Nie powinna sama wychodzić. Nie bez powodu mamy ochronę.
Chwila ciszy.
– Jadę do domu – powiedział nagle.
Maja podeszła do drzwi wejściowych i zastanowiła się, jak długo tym razem będzie musiała czekać. W wysokiej, eleganckiej sieni jedynym brzydkim elementem wystroju były niebieskie pulsujące światła i niewielkie ekrany monitoringu, który strzegł pałacu i całego terenu.
Na większości tych ekranów widać było teraz drzewa kołyszące się w zimowym wietrze, nagie gałęzie poruszające się niestrudzenie.
Patrzyła na nie bezradna, gdy nagle obraz na jednym z monitorów znikł; został tylko niebieski komunikat o braku sygnału. Po chwili wyłączył się drugi. A potem cała reszta.
Zdjęcia. Dziesiątki zdjęć. Na ścianach. Na podłodze.
Czarno-białe twarze, których Lund nie znała. Lustrzanka Canona z teleobiektywem. Dokumenty na temat ruchu statków. Coś, co wyglądało na schemat zabezpieczeń Zeelanda, różnych jego budynków, zakładów, biur. I prywatnych posiadłości.
– Nie rozumiem – odezwał się Juncker, świecąc latarką na aparat. – Po co ktoś miałby się tu ukrywać? I zabijać trzech marynarzy tylko po to, żeby dokopać jakiemuś politykowi?
Lund ledwie go słuchała. Na biurku w kącie znalazła plik kolorowych wydruków. Na niektórych zdjęcia lotnicze z internetu. Trawniki i drzewa. Widok z satelity na jakąś wielką posiadłość.
Zwyczajnie wyglądający mężczyzna obok lśniącego Range Rovera. Koło czterdziestki, w garniturze. Sprawiał wrażenie bardzo nieszczęśliwego.
– To Robert Zeuthen – powiedział Juncker. – Ten koleś od Zeelanda.
Przełożyła wydruk, spojrzała na następny. Zeuthen idący do samochodu, w środku dwie małe postacie. Na wydruku widniała data i godzina. Szesnasta trzydzieści. Dzisiaj.
– Nie rozumiem…
– Już to mówiłeś, Asbjørn.
Zamilkł.
Lund spojrzała na drukarkę. Błyskało na niej czerwone światełko. Zabrakło papieru, nim skończyło się drukowanie. Wzięła z biurka kilka kartek i włożyła do podajnika.
Urządzenie zagrzechotało, zafurczało i na powrót zaczęło drukować.
Wychodziły powoli, zdjęcie po zdjęciu.
Każde przedstawiało dziewczynkę w niebieskich dżinsach i kurtce. Blondwłosą. Z kamienną twarzą, z wyjątkiem chwili, gdy zobaczyła ojca i uznała, że potrzebny mu jej uśmiech.
I ostatnie. Zbliżenie. Nie z teleobiektywu. Dziewczynka śmiała się do osoby, która trzymała aparat. W ramionach trzymała kotka.
– Tu nie chodzi o Hartmanna – powiedziała Lund i chwyciła telefon.
Zeuthen zatrzymał swój wielki samochód na żwirze tak ostro, że aż go zarzuciło, nie zatrzasnął nawet drzwi i pobiegł do domu. W progu stała Maja, dygotała w kurtce.
Oczy szeroko otwarte, przerażona, zraniona.
– Dzwoniła policja – szepnęła. – Kazali nie wychodzić z domu. Wysyłają…
– Gdzie dzieci?
– Carl na górze. Emilie…
Jej twarz powiedziała mu wszystko.
Zeuthen wpadł do środka, chwycił latarkę, wybiegł przed dom i ruszył w mrok, świecąc dookoła.
Maja do niego dołączyła.
– Jak długo jej nie ma? – spytał.
– Powiedziała, że idzie nakarmić jeża. I że jej pozwalasz.
– Jak długo jej nie ma? – powtórzył.
– Czterdzieści minut. Godzinę.
Drakkar otaczały wymyślne ogrody, stawy, jeziora, kort tenisowy, pole do krykieta i teren piknikowy. Dalej rosły lasy ciągnące się aż do morza.
Wokół biegło wysokie ogrodzenie podłączone do potężnego najnowocześniejszego systemu bezpieczeństwa, zawiadywanego z biur Zeelanda w porcie.
Coś mu wpadło do głowy.
Wszedł z powrotem do holu i zaczął wpatrywać się w puste ekrany na ścianie.
Wrócił na podjazd. Jeden z ogrodników zatrzymał się nieopodal, zdziwiony zamieszaniem. Zeuthen chwycił go, spytał o dziurę w ogrodzeniu, tę niedaleko potoku. Jakiego potoku? Potoków było kilka.
Mężczyzna nie umiał odpowiedzieć. Zeuthen był coraz bardziej zrozpaczony. Dziewięciolatka zagubiona w rozległych ogrodach i lesie wokół domu. Tyle że tak się toczyła większość bajek, przynajmniej przez jakiś czas.
Niebieskie światła zbliżające się podjazdem. Syreny. Patrzyli, jak obok jego Range Rovera gwałtownie zatrzymuje się radiowóz. I zaraz następne.
Kobieta wyciągnęła legitymację. Kolejny biały samochód z napisem „Politi” na boku staje w pobliżu, potem jeszcze jeden. Wszystko zagłuszał miarowy łoskot niewidocznego śmigłowca, jego wirnik rozdzierał noc na kawałki.
– Policja, Sarah Lund – przedstawiła się kobieta. – Gdzie jest państwa córka?
Robert Zeuthen odwrócił się w stronę gęstego lasu, na próżno szukając słów.
Tam ostatnio chodziła, nie wiadomo dlaczego. Powinien zwrócić na to uwagę.
Przez ciemny las, w którym bezlistne drzewa nie dawały żadnego schronienia, Lund szła i szła. Kazała funkcjonariuszom przeszukiwać nieprzebyty ciemny teren dokoła posiadłości, pokierowała nimi. Zostawiła Junckera, by przekazał informacje reszcie ekipy przybywającej z Politigården. Zeuthenowie nie byli zwyczajną rodziną. Kto stanowił dla nich zagrożenie, rzucał wyzwanie całemu państwu.
Próbowała powiedzieć Robertowi Zeuthenowi, co robić. Na próżno. Mężczyzna jej nie słuchał, krzyczał i biegał, omiatając wszystko światłem latarki.
Lund poszła za nim, wyciągnęła go z niskiego rowu, który nazywał potokiem, a do którego właśnie się wtoczył. Próbowała rozmawiać. Przekonywać. I patrzyła.
Po jakimś czasie dotarli do wysokiego, solidnego ogrodzenia. Za nim rozciągały się otwarte przestrzenie, dzikie tereny. Tu znaleźli wyciętą dziurę, na tyle dużą, by przeszło przez nią dziecko.
Rzucił się na siatkę, rozdarł dziurę jeszcze bardziej.
– Co tu się działo, panie Robercie? – spytała. – Musi mi pan powiedzieć.
– Zawsze robi, co chce.
– Muszę wiedzieć!
Wtedy to z siebie wyrzucił. Że ktoś widział ją, jak karmi kota. Że monitoring się wyłączył, chociaż takiej dziury i tak by nie wyłapał.
Potem padł na kolana i na czworakach przelazł przez otwór w siatce. Ubłocony garnitur, drogie buty, uwalane ręce.
Lund podążyła za nim. Gdzieś za sobą słyszała znajomy głęboki głos, który kazał się jej zatrzymać, zaczekać.
Za ogrodzeniem w wysokiej trawie dostrzegła talerzyk i karton mleka.
Już nie próbowała rozmawiać z Zeuthenem. Nagie drzewa, zimna, ciemna noc. Puste, obojętne okolice. Wszystko to już znała.
Po jakimś czasie się zatrzymał, wydał zbolały okrzyk. Dogoniła go i zobaczyła, co trzyma w rękach: różowy kalosz, dziecięcy.
– Proszę, niech pan to odłoży. Niech pan niczego nie dotyka.
Nie musiała pytać, czy to kalosz Emilie. Odpowiedź była oczywista.
Kolejne światła. Brix ciągle pokrzykiwał, żeby się zatrzymała, żeby zaczekała.
Gdy patrzyła, jak Zeuthen natrafia na swoje znalezisko, zastanawiała się, ile już razy to słyszała. I ile jeszcze razy usłyszy.
– Musi nam pan to zostawić.
To nasza robota, pomyślała. Jedyne, co możemy zrobić.
Śmigłowiec leciał gdzieś blisko. Obejrzała się. Zbliżała się do nich szeroka tyraliera policjantów z latarkami. Na przodzie wysoka postać. To mógł być tylko Brix. Wrzeszczał.
Nagle na coś wpadła. Przez chwilę nie rozumiała, co się dzieje.
To był Zeuthen. Zatrzymał się przed niskim ciernistym krzewem, oświetlił latarką nagie gałęzie. Wisiał na nich dziecięcy plecaczek, z kucykami na bokach. Zeuthen po niego sięgnął.
Dość. Stanowczym głosem kazała mu się cofnąć, chwyciła go za łokieć i odciągnęła, a gdy jej nie posłuchał, włożyła lateksowe rękawiczki, sięgnęła po plecaczek i zdjęła go z krzaka.
To chwilę zajęło. Ktoś go tam rzucił rozmyślnie. Zanim go zdjęła, dogonił ich Brix.
– Wiecie, gdzie może być dziewczynka? – spytał.
Zeuthen nie był w stanie wydobyć z siebie głosu. Nadbiegła jego żona. Zadyszana, bezskutecznie próbowała coś powiedzieć.
Przybiegł Juncker i zameldował, że na drodze gruntowej po drugiej stronie łąki znaleźli ślady opon.
– I jeszcze to… – Wyciągnął rękę z torebką dowodową, oświetlił latarką jej zawartość. Mała srebrna bransoletka. – Jest na niej jej imię.
Maja Zeuthen milczała. Jej mąż wpatrywał się w przedmiot w dłoni młodego policjanta.
Gdzieś zaszczekał pies.
Do Zeuthenów podszedł Brix.
– Do poszukiwań włącza się wojsko. Mamy w rejonie śmigłowiec.
– Słyszę go – szepnęła Lund, usiłując otworzyć zamek plecaczka.
– Robimy wszystko, co w naszej…
Kobieta zaczęła łkać. Zeuthen wyciągnął do niej ręce. Odsunęła się.
Lund wreszcie otworzyła plecaczek. Zajrzała do środka. Znajdował się tam tylko tani smartfon. Wyjęła go ostrożnie.
