The Killing. Tom 3. Odcinek 1 - Dawid Hewson - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

The Killing. Tom 3. Odcinek 1 ebook i audiobook

David Hewson

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Listopad. Dania pogrążona jest w kryzysie. Od głośnej sprawy zaginięcia Nanny Birk Larsen minęło sześć lat, a Troels Hartmann, ówczesny kandydat na burmistrza, stoi dziś na czele rządu jako premier.

Tymczasem z pilnie strzeżonej posiadłości potężnego biznesmena Roberta Zeuthena znika jego dziewięcioletnia córka Emilie. Szybko się okazuje, że odpowiedzi na pytania trzeba szukać w Christianborgu, w świecie politycznych układów, pozorów i bezwzględnych rozgrywek, w którym ministrowie i doradcy premiera zrobią wszystko, by chronić swoje interesy.

Śledztwo nabiera jeszcze mroczniejszego wymiaru, gdy okazuje się, że porwanie Emilie może mieć związek z samobójstwem młodej dziewczyny sprzed kilku lat.

Czy bezkompromisowa Sarah Lund po raz kolejny zdoła odkryć prawdę? Jedno jest pewne – ona zawsze widzi więcej niż inni.

„The Killing” to rewelacyjna powieść kryminalna, która już osiągnęła status kultowej, podobnie jak jej pierwowzór, duński serial „Forbrydelsen”, na podstawie scenariusza Sørena Sveistrupa, oraz jego amerykański remake. Zapraszamy do wysłuchania pierwszego odcinka trzeciego tomu!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 309

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 44 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Maciej Kowalik

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.


Kolekcje



Frag­ment

Ty­tuł ory­gi­nału: The Kil­ling 3. Part 1

Prze­kład z ję­zyka an­giel­skiego: Ewa Penk­syk-Klucz­kow­ska

Co­py­ri­ght © Da­wid Hew­son, 2026

This edi­tion: © Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt gra­ficzny okładki: Mar­cin Sło­ciń­ski

Re­dak­cja: Alek­san­dra Pie­trzyń­ska

Ko­rekta: Anna No­wak

ISBN 978-91-8098-685-4

Opra­co­wa­nie e-bo­oka:Mar­cin Sło­ciń­ski / www.mo­ni­ka­imar­cin.com

Wszel­kie po­do­bień­stwo do osób i zda­rzeń jest przy­pad­kowe.

Gyl­den­dal A/S Kla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

www.gyl­den­da­la­stra.pl

Po­dzię­ko­wa­nia

Je­stem wdzięczny Søre­nowi Sve­istru­powi, twórcy se­rialu, i mo­jej wy­daw­czyni Tri­shy Jack­son za zro­zu­mie­nie i wspar­cie. Po raz ko­lejny za­zna­czam: to ad­ap­ta­cja opo­wie­ści te­le­wi­zyj­nej, a nie jej za­pis scena po sce­nie. Wszel­kie zmiany w sto­sunku do sce­na­riu­sza se­rialu są wy­łącz­nie moim dzie­łem.

Da­vid Hew­son

1

Środa, 9 li­sto­pada

Za­wsze przy­dzie­lali jej mło­dych. Ten aku­rat na­zy­wał się As­bjørn Junc­ker, miał dwa­dzie­ścia trzy lata, wła­śnie od­był staż i zo­stał śled­czym. Te­raz ocho­czo prze­trzą­sał wraki sa­mo­cho­dów na za­pusz­czo­nym zło­mo­wi­sku na obrze­żach do­ków.

– Tu jest ręka! – krzyk­nął, ob­cho­dząc rdze­wie­jące tru­chło gar­busa. – Cała ręka!

Ekipą prze­cze­su­jącą te­ren do­wo­dził Mad­sen. Zer­k­nął na Lund i wes­tchnął. As­bjørn po­ja­wił się w Po­li­ti­går­den pro­sto z pro­win­cji dzi­siaj rano, z przy­dzia­łem do Wy­działu Za­bójstw. Kwa­drans póź­niej, gdy Lund pół­u­chem słu­chała wia­do­mo­ści – o kry­zy­sie fi­nan­so­wym i zbli­ża­ją­cych się znów wy­bo­rach par­la­men­tar­nych – za­dzwo­nili ze zło­mo­wi­ska, że zna­leźli ciało. A w za­sa­dzie czę­ści ciała roz­rzu­cone po ca­łym te­re­nie. Praw­do­po­dob­nie to ja­kiś me­nel z po­bli­skiego obo­zo­wi­ska na nie­czyn­nym na­brzeżu. Sfor­so­wał ogro­dze­nie, by coś ukraść, a po­tem za­snął w sa­mo­cho­dzie. Zgi­nął, gdy wrak tra­fił do chwy­taka jed­nego z wiel­kich żu­rawi.

– Cie­kawe miej­sce na drzemkę – za­uwa­żył Mad­sen z prze­ką­sem. – Chwy­tak prze­ciął go na pół. Po­tem naj­wy­raź­niej zo­stał po­cięty tro­chę drob­niej. Ope­ra­tor żu­ra­wia pew­nie za­krztu­sił się kawą, wi­dząc, co się dzieje.

Je­sień po­woli opusz­czała Ko­pen­hagę, po­ga­niana przez nie­cier­pliwą zimę. Szare niebo. Szara zie­mia. Szara woda z sza­rym stat­kiem sto­ją­cym nie­ru­chomo kil­ka­set me­trów od brzegu.

Lund nie zno­siła tego miej­sca. Kie­dyś, przy oka­zji sprawy Birk Lar­sen, przy­je­chała tu­taj szu­kać ma­ga­zynu na­le­żą­cego do ojca za­mor­do­wa­nej dziew­czyny. Te­raz Theis Birk Lar­sen wła­śnie wy­szedł z wię­zie­nia, po wy­roku za za­bi­cie czło­wieka, który jego zda­niem za­mor­do­wał mu córkę. Lund sły­szała, że wraca do prze­pro­wa­dzek. Jan Meyer, jej były part­ner po­strze­lony w cza­sie do­cho­dze­nia, jeź­dził na wózku; pra­co­wał dla or­ga­ni­za­cji do­bro­czyn­nej osób z nie­peł­no­spraw­no­ściami. Nie zbli­żała się do niego ani do Birk Lar­se­nów, cho­ciaż tamta sprawa wciąż nie da­wała jej spo­koju.

Spoj­rzała po­nad po­nurą wodą na sto­jący na ko­twicy sta­tek. Nie­ustan­nie krą­żyły wo­kół niej du­chy, cza­sami coś po­szep­tu­jąc. Te­raz też je sły­szała.

– Nie za­mie­rzasz chyba przy­jąć tej po­sady w OPA, co? – spy­tał Mad­sen.

Po­li­ti­går­den za­wsze trzę­sła się od plo­tek. W su­mie wia­domo było, że to wy­ciek­nie.

– Dzi­siaj do­staję me­dal za dwa­dzie­ścia pięć lat służby. Nie da się spę­dzić ca­łego ży­cia na mro­zie, pa­trząc na po­ćwiar­to­wane zwłoki.

– Brix nie chce cię stra­cić. Nikt nie chce, choć cza­sami je­steś po­twor­nie upier­dliwa. Lund…

– Co? – pi­snął Junc­ker, gra­mo­ląc się przez wraki. – Bę­dziesz ca­łymi dniami li­czyła spi­na­cze?

OPA – Wy­dział Ope­ra­cji, Pla­no­wa­nia i Ana­liz – zaj­mo­wał się nie tylko li­cze­niem spi­na­czy, ale Lund nie chciało się tego tłu­ma­czyć. Coś w Junc­ke­rze przy­po­mi­nało jej Mey­era. Tu­pet. Od­sta­jące uszy. I oso­bliwa, ura­żona nie­win­ność.

– Po­wie­dziano mi, że będę pra­co­wać z kimś do­brym… – za­czął młody po­li­cjant.

– Za­mknij się, As­bjørn – prze­rwał mu Mad­sen. – Wła­śnie pra­cu­jesz.

– I chciał­bym, żeby mó­wiono do mnie Junc­ker, nie As­bjørn. Wszy­scy tu zwra­ca­cie się do sie­bie po na­zwi­sku.

Tra­fili do­tąd na sześć czę­ści ciała męż­czy­zny w śred­nim wieku. Ta przy­nie­siona przez Junc­kera była siódma. Nie zna­leźli żad­nego ubra­nia.

Obok Volks­wa­gena stała stara taczka. Lund spy­tała szefa zło­mo­wi­ska o jej cenę. Tro­chę za­sko­czony szybko jej ja­kąś po­dał. Wrę­czyła mu kilka bank­no­tów i po­pro­siła Junc­kera, by wsa­dził za­kup do ba­gaż­nika jej auta.

Wziął się pod boki.

– Spoj­rzy ktoś na moją rękę czy nie?

Draż­liwy mło­dzie­niec. Lund po­woli się do niego przy­zwy­cza­jała. Dzi­siaj wie­czo­rem na ko­la­cję miał przyjść Mark ze swoją dziew­czyną. Pierw­sza wi­zyta w jej no­wym domu, ma­leń­kiej drew­nia­nej chatce na obrze­żach mia­sta. Za­sta­na­wiała się, czy jej syn rze­czy­wi­ście do­trze, czy znaj­dzie ko­lejną wy­mówkę.

Junc­ker ski­nął na fo­to­grafa ro­bią­cego te­raz zdję­cia w po­przed­nim miej­scu, po czym pod­niósł w górę pa­lec jak chło­piec wy­li­cza­jący ko­lejne punkty z li­sty.

– Nie ma do­ku­men­tów. Ale ma złotą ob­rączkę i kilka ta­tu­aży. A także po­marsz­czoną skórę, jakby le­żał w wo­dzie. – Wska­zał bez­barwny, apa­tyczny port. – Tam.

Lund spoj­rzała na czło­wieka od złomu, po­tem na opusz­czony te­ren za po­bli­skim mu­rem.

– To były kie­dyś ma­ga­zyny – po­wie­działa. – A te­raz co tam jest?

Miał smutną, in­te­li­gentną twarz. Za­ska­ku­jącą u czło­wieka pra­cu­ją­cego w ta­kim miej­scu.

– To był je­den z głów­nych ter­mi­nali Ze­elanda. Ma­ga­zyny były tylko ukło­nem w stronę ma­lucz­kich. – Wzru­szył ra­mio­nami. – Nie­wielu już ma­lucz­kich. I mało kon­te­ne­rów tu tra­fia. Więk­szość za­mknęli, gdy przy­szedł kry­zys. Z dnia na dzień tra­fiło na bruk pra­wie ty­siąc lu­dzi. Kie­dyś kie­ro­wa­łem za­ła­dun­kiem. Pra­co­wa­łem tam, od­kąd skoń­czy­łem szkołę… – Nie chciał o tym mó­wić. Pod­je­chał więc taczką do sa­mo­chodu Lund, otwo­rzył ba­gaż­nik i po­ło­żył ją obok kilku krze­wów ró­ża­nych w do­ni­cach.

– Le­żał w wo­dzie. Ma ta­tu­aże – po­wtó­rzył Junc­ker. – A na ra­mie­niu ślady jak po nożu.

Na po­bli­skim par­kingu sta­rej stoczni po­wstało obo­zo­wi­sko bez­dom­nych – ja­kieś bez­ładne kon­struk­cje z bla­chy fa­li­stej, rdze­wie­jące cię­ża­rówki i przy­czepy kem­pin­gowe. Nie było go tu w cza­sach, gdy tro­piła mor­dercę Nanny Birk Lar­sen.

– To włó­częga, który się tu przy­szwen­dał, szu­ka­jąc ła­twego łupu – wtrą­cił Mad­sen. – Zro­bimy zdję­cia. Mo­żesz spró­bo­wać na­pi­sać ra­port, je­śli chcesz. Spraw­dzę go.

To się Junc­ke­rowi zu­peł­nie nie po­do­bało.

– Będą kło­poty, je­śli ktoś uzna, że się tu obi­jamy – rzekł.

– Dla­czego? – spy­tała Lund.

– Po­li­tycy nad­cią­gają. – Ru­chem głowy wska­zał kie­row­nika zło­mo­wi­ska, który przy­glą­dał się bacz­nie ro­śli­nom Lund, na po­zór nie­wzru­szony. – On mi po­wie­dział. Mają se­sję zdję­ciową z tymi wszyst­kimi bez­dom­nymi.

– Bez­do­mni nie mają praw wy­bor­czych – burk­nął Mad­sen.

– Nie mają też zło­tych ob­rą­czek – za­uwa­żył Junc­ker. – Sły­sze­li­ście, co mó­wi­łem? Grube ryby jadą po­ga­dać z sie­ro­tami po stoczni. Ma być na­wet Tro­els Hart­mann. Za go­dzinę.

Du­chy.

Wła­śnie przy­po­mniał o so­bie na­stępny. Hart­mann – po­dej­rzany w spra­wie Birk Lar­sen, czło­wiek, który przez am­bi­cję i aro­gan­cję nie­mal znisz­czył so­bie ka­rierę. Meyer mó­wił o nim „cho­dzący ideał”. Te­flo­nowy przy­stoj­niak ko­pen­ha­skiej po­li­tyki. Gdy tylko zo­stał oczysz­czony z po­dej­rzeń, od­niósł nie­wia­ry­godne zwy­cię­stwo w wy­bo­rach na bur­mi­strza. Dwa i pół roku póź­niej, po kam­pa­nii zdo­mi­no­wa­nej przez gorz­kie słowa o upa­da­ją­cej go­spo­darce, oka­zał się zwy­cięzcą w wy­bo­rach par­la­men­tar­nych, zo­stał pre­mie­rem z ra­mie­nia Stron­nic­twa Li­be­ral­nego i sze­fem no­wej ko­ali­cji.

– Hart­mann brał udział w tej two­jej wiel­kiej spra­wie – do­dał Junc­ker. – Pa­mię­tam.

Można by po­my­śleć, że to było wczo­raj.

– Pra­co­wa­łeś już wtedy? – spy­tała bez na­my­słu.

As­bjørn Junc­ker ro­ze­śmiał się gło­śno.

– Pra­co­wa­łem? To było wieki temu. Czy­ta­łem o tym w szkole. Jak są­dzisz, dla­czego wstą­pi­łem do po­li­cji? To chyba…

– Sześć lat – wtrą­cił Mad­sen. – Do­kład­nie sześć lat.

Dłu­gich lat, po­my­ślała Lund. Nie­długo bę­dzie ob­cho­dzić czter­dzie­ste piąte uro­dziny. Miała wła­sne, nie­wiel­kie cztery kąty. Nudne, pro­ste, klasz­torne ży­cie. Mu­siała od­bu­do­wać re­la­cje z sy­nem. Nie po­trze­bo­wała gorz­kich wspo­mnień z prze­szło­ści. Ani świe­żych kosz­ma­rów na przy­szłość.

Po­wie­działa Mad­se­nowi, żeby da­lej szu­kał i do­pil­no­wał, by nic nie prze­cie­kło do me­diów ani nad­cią­ga­ją­cego cyrku po­li­ty­ków. Na­stęp­nie po­je­chała do Po­li­ti­går­den z ma­łym waw­rzy­nem pod­ska­ku­ją­cym na pod­ło­dze przed fo­te­lem pa­sa­żera, prze­brała się w mun­dur, nie­bie­ską ko­szulę, gra­na­tową kurtkę, i pa­trzyła na in­nych, któ­rzy po­dob­nie jak ona przy­by­wali tu po me­dale za wie­lo­let­nią służbę. Wy­da­wali się Lund o wiele starsi od niej.

Przy­szedł Brix, by po­glę­dzić o jej po­sa­dzie w OPA.

– Je­steś mi po­trzebna tu­taj. – Szef Wy­działu Za­bójstw, wy­soki męż­czy­zna o po­waż­nej, szczu­płej twa­rzy, zmie­rzył ją spoj­rze­niem. – Nie wy­glą­dasz do­brze w tym stroju.

– Mój strój, moja sprawa. Dasz mi do­bre re­fe­ren­cje? – Bar­dzo ją to nie­po­ko­iło. – Wiem, że nie­które sprawy z prze­szło­ści im się nie spodo­bają. Nie mu­sisz się nad nimi roz­wo­dzić.

– OPA to miej­sce, gdzie można w spo­koju do­cze­kać eme­ry­tury. Dla tych, któ­rzy już so­bie od­pu­ścili. Ty ni­gdy…

– Tak. Wiem.

Mruk­nął coś, czego Lund nie do­sły­szała. A gło­śniej do­dał:

– Masz źle za­wią­zany kra­wat.

Lund za­częła po­pra­wiać wę­zeł. Brix był jak za­wsze w nie­ska­zi­tel­nym mar­ko­wym gar­ni­tu­rze i świeżo wy­pra­so­wa­nej ko­szuli – cho­dząca do­sko­na­łość. Im bar­dziej się jej przy­glą­dał, tym bar­dziej kra­wat nie chciał do­brze le­żeć.

– Cze­kaj – po­wie­dział i w końcu zro­bił to za nią. – Po­ga­dam z nimi. Po­peł­niasz błąd, wiesz o tym?

Drak­kar – po­sępny za­mek z czer­wo­nej ce­gły – był kie­dyś pa­ła­cy­kiem my­śliw­skim mniej zna­czą­cych człon­ków ro­dziny kró­lew­skiej. Po­tem ku­pił go dzia­dek Ro­berta Zeu­thena, po­więk­szył i nadał swo­jemu dziełu na­zwę na cześć smo­czo­dzio­bych wi­kiń­skich lang­ski­pów. Jako czło­wiek od­dany idei za­ło­że­nia dy­na­stii uwiel­biał swoją twier­dzę w głębi lasu, jej prze­ry­so­wane blanki i roz­le­głe wy­pie­lę­gno­wane te­reny cią­gnące się hen po dzi­kie le­śne ostępy i mo­rze. Od strony wody za­mon­to­wał wy­myślny rzy­gacz – w kształ­cie zwy­cię­skiego smoka, sym­bolu firmy, pod którą po­ło­żył pod­wa­liny.

Mo­rze za­wsze było bli­skie twórcy Ze­elanda, nie­wiel­kiej ro­dzin­nej firmy prze­wo­zo­wej, którą prze­obra­ził po­tem w mię­dzy­na­ro­dowe im­pe­rium z flo­tyllą li­czącą ty­siące stat­ków. Hans, oj­ciec Ro­berta, gdy odzie­dzi­czył in­te­res, też sta­wiał na roz­wój i eks­pan­sję. Fi­nanse i firmy in­for­ma­tyczne, do­radz­two, ho­tele i biura po­dróży, na­wet ogól­no­kra­jowa sieć do­mów to­wa­ro­wych zło­żyły się na logo Ze­elanda: trzy fale pod smo­kiem Drak­kara.

Za­nim Hans Zeu­then umarł, a było to nie­długo przed ob­ję­ciem przez Tro­elsa Hart­manna urzędu pre­miera, jego ro­dzina stała się nie­od­łącz­nym ele­men­tem duń­skiego ży­cia spo­łecz­nego, go­spo­dar­czego i po­li­tycz­nego. Aż na­gle firma tra­fiła w ręce jego syna, głów­nego wła­ści­ciela i prze­wod­ni­czą­cego rady nad­zor­czej kor­po­ra­cji.

Ro­bert, wnuk za­ło­ży­ciela, był ule­piony z zu­peł­nie in­nej gliny. Spo­kojny, in­tro­wer­tyczny czter­dzie­sto­la­tek cho­dził wła­śnie po le­sie oka­la­ją­cym ro­dzinną po­sia­dłość, szu­ka­jąc swo­jej dzie­wię­cio­let­niej córki Emi­lie.

Gę­sty las, nagi zimą. Zeu­then dziar­skim kro­kiem szedł mię­dzy drze­wami po dy­wa­nie brą­zo­wych je­sien­nych li­ści, wo­ła­jąc dziew­czynkę. Gło­śno, ale bez zło­ści. Ob­ję­cie tronu Ze­elanda miało swoją cenę. Pół­tora roku temu ode­szła od Ro­berta żona, Maja.

Te­raz wła­śnie się roz­wo­dzili. Od ja­kie­goś czasu miesz­kała z le­ka­rzem z naj­więk­szego szpi­tala w mie­ście, a Zeu­then od­gry­wał rolę sa­mot­nego ojca, zaj­mu­jąc się Emi­lie i sze­ścio­let­nim Car­lem – na tyle, na ile po­zwa­lały mu umowa se­pa­ra­cyjna i nie­ustanna wy­ma­ga­jąca praca.

Hans Zeu­then dzia­łał w okre­sie wzro­stu go­spo­dar­czego i pro­spe­rity. Jego syn nie do­świad­czył ani jed­nego, ani dru­giego. Re­ce­sja i po­rażki biz­ne­sowe mocno osła­biły kon­dy­cję Ze­elanda. Firma od czte­rech lat zwal­niała pra­cow­ni­ków i na­dal nic nie za­po­wia­dało po­prawy. Sprze­dano kilka spółek za­leż­nych, inne po pro­stu za­mknięto. Rada nad­zor­cza się nie­po­ko­iła. In­we­sto­rzy wprost wy­ra­żali wąt­pli­wość, czy aby na pewno losy przed­się­bior­stwa po­wie­rzono wła­ści­wej oso­bie.

Ro­bert Zeu­then za­sta­na­wiał się, czego jesz­cze ocze­kują. Krwi? Za kry­zys za­pła­cił mał­żeń­stwem. Bez­cenną wię­zią ro­dzinną. Nic in­nego już od­dać nie mógł.

– Emi­lie? – krzyk­nął znowu.

– Tato. – Carl pod­szedł do niego ci­cho, cią­gnąc swo­jego di­no­za­ura. – Dla­czego Di­nuś już nie mówi?

Zeu­then skrzy­żo­wał ra­miona na piersi i po­pa­trzył na syna.

– Może dla­tego, że wy­rzu­ci­łeś go z okna swo­jego po­koju? Żeby spraw­dzić, czy umie la­tać?

– Nie umie – skwi­to­wał Carl z nie­winną miną.

Oj­ciec zmierz­wił mal­cowi włosy i po­ki­wał głową. Po­tem jesz­cze raz za­wo­łał córkę. Jesz­cze je­den dzień i dzieci wrócą do matki. Znowu bę­dzie mu­siał po­że­gnać wszystko, co miał naj­lep­szego. Rów­nież Maję.

Spo­mię­dzy drzew wy­pa­dła roz­pę­dzona po­stać. Nie­bie­ski płasz­czyk, ró­żowe ka­lo­sze, nogi fru­nęły w po­wie­trzu, po­dob­nie jak blond włosy. Emi­lie Zeu­then pę­dziła ku niemu ile sił, z sze­roko roz­ło­żo­nymi rę­kami, aż rzu­ciła mu się na szyję z ro­ze­śmianą śliczną bu­zią.

Tak jak za­wsze nie­mal od chwili, gdy na­uczyła się cho­dzić.

Czyli: złap mnie, ta­tu­siu. Złap mnie.

I zła­pał.

Kiedy prze­stał się śmiać, po­ca­ło­wał jej zimny po­li­czek i po­wie­dział:

– Pew­nego dnia cię nie zła­pię, có­reczko, zo­ba­czysz.

– Nie­prawda, zła­piesz mnie za­wsze.

Miała taki ja­sny, prze­ni­kliwy głos. By­stre dziecko. Doj­rzałe po­nad wiek. Emi­lie przy­spa­rzała Car­lowi kło­po­tów, po­dob­nie jak ca­łej służ­bie Drak­kara, co nie zna­czy, że mniej ją z tego po­wodu ko­chali.

– Zła­piesz, zła­piesz – po­wtó­rzył Carl i wziął di­no­za­ura, by dla za­bawy ugryźć go w nogę.

– Kiedy będę miała kotka? – spy­tała Emi­lie, obej­mu­jąc tatę za szyję i wpa­tru­jąc się w niego in­ten­syw­nie nie­bie­skimi oczyma.

– Gdzie by­łaś?

– Na spa­ce­rze. Obie­ca­łeś.

– Po­wie­dzia­łem, że bę­dziesz mo­gła mieć zwie­rzątko. Każde, tylko nie kotka. Mu­szę po­roz­ma­wiać o tym z mamą. Mię­dzy nami…

Twarz jej zmar­kot­niała. Car­lowi też. Zeu­then ni­gdy so­bie nie wy­obra­żał, że straci Maję… i ich dwoje tro­chę też. Nie miał po­ję­cia, co im po­wie­dzieć na po­cie­sze­nie. Nie przy­cho­dziły mu do głowy żadne słowa.

Wziął więc dzieci za rękę i po­woli po­szli ra­zem do domu – Carl po jego le­wej stro­nie, Emi­lie po pra­wej.

Niels Re­in­hardt cze­kał na pod­jeź­dzie w swoim czar­nym Mer­ce­de­sie. Jesz­cze jedna spu­ści­zna po zmar­łym ojcu. Re­in­hardt był asy­sten­tem ro­dziny, łącz­ni­kiem po­mię­dzy Zeu­the­nami a radą nad­zor­czą; od za­wsze, czyli jesz­cze w cza­sach, gdy Ro­bert sam był dziec­kiem, za­ła­twiał wiele spraw, na­wet nad­zwy­czaj trud­nych i wy­ma­ga­ją­cych kon­tak­tów to­wa­rzy­skich. Te­raz miał sześć­dzie­siąt cztery lata; był wy­soki i sym­pa­tyczny, stale pod kra­wa­tem, nie­ustan­nie go­towy do służby.

W ręku trzy­mał ga­zetę. Zeu­then już wi­dział ar­ty­kuł. Pi­sali, że Ze­eland nie do­trzyma obiet­nic zło­żo­nych rzą­dowi Hart­manna i wy­nie­sie się z Da­nii.

– Skąd wzięli te kłam­stwa? – spy­tał Zeu­then.

– Nie wiem – od­parł Re­in­hardt. – Po­in­for­mo­wa­łem radę nad­zor­czą, że chcesz zwo­łać ze­bra­nie w try­bie na­tych­mia­sto­wym. Lu­dzie Hart­manna sza­leją. Oczy­wi­ście do­stają za­py­ta­nia od prasy.

Ro­bert do­strzegł Maję sto­jącą na scho­dach pro­wa­dzą­cych do domu. W zie­lo­nym ska­fan­drze i dżin­sach. Po­znali się na stu­diach. Za­ko­chali pra­wie na­tych­miast, tak ja­koś na­tu­ral­nie. Nie wie­działa wcze­śniej, kim jest, a gdy się do­wie­działa, nie bar­dzo się tym prze­jęła. Był sztyw­nym i nie­śmia­łym bo­ga­tym chłop­cem, a ona piękną blon­dynką, córką uro­czych hi­pi­sów, któ­rzy pro­wa­dzili go­spo­dar­stwo eko­lo­giczne na Fio­nii.

W za­sa­dzie ni­gdy się nie kłó­cili; do­piero gdy on po śmierci ojca mu­siał prze­jąć stery Ze­elanda…

Maja ze­szła po scho­dach. Twarz, którą kie­dyś po­ko­chał, prze­sło­niły gniew i uraza.

Re­in­hardt, ob­da­rzony świet­nym wy­czu­ciem, wziął dzieci za rękę, po­wie­dział coś o szu­ka­niu su­chych bu­tów i wpro­wa­dził oboje do domu.

– Co to jest? – spy­tała, wy­cią­ga­jąc z kie­szeni kurtki zło­żoną kartkę.

Były na niej zdję­cia prę­go­wa­nego ko­ciaka. Czy­jeś rączki głasz­czące jego fu­terko. Na jed­nym zdję­ciu Emi­lie przy­tu­lała stwo­rzonko do brzu­cha, pro­mien­nie uśmie­cha­jąc się do obiek­tywu.

Zeu­then po­krę­cił głową.

– By­łam w szkole, Ro­ber­cie! Ona w ze­szłym ty­go­dniu za­cho­wy­wała się bar­dzo dziw­nie. Nie roz­ma­wiała ze mną. Jakby miała ja­kiś se­kret.

– Ja bym po­wie­dział, że nic jej nie jest.

– Skąd wiesz? Ile czasu z nią spę­dzasz, gdy jest u cie­bie?

– Tyle, ile mogę – od­parł i nie kła­mał. – Wy­ja­śni­łem jej, że nie może mieć kota…

– Więc skąd go wzięła? Ma aler­gię na koty.

– Kiedy dzieci są ze mną, każdą go­dzinę spę­dzają pod nad­zo­rem, bez względu na to, czy je­stem obecny, czy nie. Wiesz prze­cież. Może spy­tasz swoją matkę? Nie mu­sia­łaś tu przy­jeż­dżać z tą sprawą. Mo­głaś za­dzwo­nić.

– Przy­je­cha­łam, żeby je za­brać.

– Nie – od­rzekł Zeu­then. – Mamy har­mo­no­gram opieki. Do cie­bie po­jadą ju­tro. I ja je od­wiozę.

Wró­cił Re­in­hardt z dziećmi. Wy­glą­dał, jakby miał coś waż­nego do prze­ka­za­nia. Zeu­then pod­szedł do niego czym prę­dzej. Lu­dzie Hart­manna do­ma­gali się oświad­cze­nia, rada nad­zor­cza miała się ze­brać w ciągu go­dziny.

– W do­kach, nie­opo­dal na­szego obiektu, zna­le­ziono ciało – do­dał.

– Ktoś z na­szych lu­dzi?

– Nic na to nie wska­zuje, Ro­ber­cie.

To się stało tak szybko, że Zeu­then nic nie zdą­żył zro­bić. Maja mi­nęła go, po­de­szła do córki i wzięła ją za ręce.

– Po­wiedz mi wszystko o tym ko­cie – za­żą­dała sta­now­czo.

Dziew­czynka pró­bo­wała się cof­nąć.

– Emi­lie! – wrza­snęła Maja. – To ważne!

Zeu­then po­chy­lił się i zwró­cił się do córki ła­god­nie:

– Mama musi wie­dzieć. Ja też. Czyj to kot? No po­wiedz…

Na­gle ubyło jej lat. Znowu stała się nie­pew­nym, ner­wo­wym dziec­kiem. Nic nie po­wie­działa. Si­ło­wała się z matką, gdy ta pod­cią­gała rę­kawy jej nie­bie­skiego płasz­czyka.

Czer­wona skóra, obrzmiała i spuch­nięta.

Maja pod­nio­sła dziew­czynce swe­ter. Na brzu­chu zo­ba­czyła rów­nie wy­raźne ślady.

– Tu jest kot – wark­nęła. – W co ty, do dia­bła, grasz? Za­bie­ram ją do szpi­tala.

Do­póki w ich mał­żeń­stwie nie za­częło się psuć, nie miał oka­zji po­znać jej wy­bu­cho­wego uspo­so­bie­nia. A te­raz pro­szę, znowu się pre­zen­to­wało w ca­łej oka­za­ło­ści: była gło­śna i na­pa­stliwa.

Carl za­sło­nił uszy rącz­kami. Emi­lie stała sztywna i mil­cząca, z po­czu­ciem winy. Re­in­hardt po­wie­dział coś o prze­ło­że­niu spo­tka­nia rady nad­zor­czej, ale Zeu­then go nie słu­chał.

Obo­wiązki. One ni­gdy nie od­pusz­czały.

Zeu­then przy­kuc­nął, spoj­rzał córce w oczy.

– Gdzie jest ten kot, Emi­lie? – spy­tał. – Po­wiedz, pro­szę…

– To już chyba nie­istotne, prawda? – krzyk­nęła Maja. – Póź­niej to za­ła­twię. Te­raz je­dziemy do szpi­tala…

Emi­lie Zeu­then za­częła pła­kać.

Tro­els Hart­mann lu­bił okres kam­pa­nii wy­bor­czej. Zwłasz­cza je­śli za prze­ciw­nika miał le­wi­co­wego ga­dułę w ro­dzaju An­dersa Ussinga. Świat duń­skiej po­li­tyki był ko­tłu­jącą się mie­sza­niną ma­łych par­tii wal­czą­cych o prawo do za­wie­ra­nia so­ju­szu z prze­ciw­ni­kami, by wy­szar­pać dla sie­bie ja­kiś ochłap wła­dzy. W obec­nym ukła­dzie je­dy­nie li­be­ra­ło­wie Hart­manna i so­cja­li­ści Ussinga mieli szansę zdo­być liczbę gło­sów nie­zbędną do ob­sa­dze­nia stołka pre­miera.

W son­da­żach szli łeb w łeb. Jedno po­tknię­cie mo­gło bez trudu pod­bić wy­nik prze­ciw­nika. Po­tknię­cia jed­nak, zda­niem Hart­manna, można się było spo­dzie­wać ra­czej po krzy­ka­czu Ussingu niż po sta­ran­nie do­bra­nych współ­pra­cow­ni­kach li­dera li­be­ra­łów. Mor­ten We­ber, prze­bie­gły szef kam­pa­nii, który kie­dyś za­pew­nił Hart­man­nowi sto­łek bur­mi­strza Ko­pen­hagi, po­dą­żył za nim do Chri­stians­borgu. Skap­to­wał Ka­ren Ne­bel, zręczną do­rad­czy­nię do spraw me­diów, która wcze­śniej zaj­mo­wała się te­ma­tami po­li­tycz­nymi w jed­nej z pań­stwo­wych sta­cji te­le­wi­zyj­nych. Tak do­brej ekipy Hart­mann nie miał jesz­cze ni­gdy. A w do­datku w rę­ka­wie cho­wał kilka asów, cho­ciaż słu­cha­jąc Ussinga pró­bu­ją­cego pod­bu­rzyć uczest­ni­ków wiecu w za­pusz­czo­nym ter­mi­nalu Ze­elanda, za­sta­na­wiał się, czy w ogóle będą mu po­trzebne.

Jak na każ­dym ze­bra­niu w za­kła­dzie prze­my­sło­wym: pa­nie z biura, grupka krzep­kich do­ke­rów w ka­skach, paru ma­ry­na­rzy – nie­wielu na­prawdę za­in­te­re­so­wa­nych po­li­tyką, ale za­wsze chęt­nych do prze­rwy w pracy. Po­dium za­in­sta­lo­wano na pace pi­kapa, obok dwóch lśnią­cych be­czek w otwar­tym han­ga­rze pod prze­rdze­wia­łym da­chem. Ekipy te­le­wi­zyjne usta­wiono z przodu, za nimi łu­kiem usa­dzono re­por­te­rów wia­do­mo­ści.

Ussing po­wta­rzał starą śpiewkę, którą wał­ko­wał od po­czątku swej kam­pa­nii.

– Ten rząd ska­zuje na śmierć gło­dową zwy­czaj­nych oby­wa­teli Da­nii, by na­peł­nić kie­sze­nie bo­ga­czy, któ­rzy go fi­nan­sują.

Hart­mann pa­trzył pro­sto w ka­mery te­le­wi­zyjne, uśmie­chał się i krę­cił głową.

– A dzi­siaj – grzmiał Ussing, jak przy­stało na szefa związ­ków za­wo­do­wych, któ­rym kie­dyś był – zo­ba­czymy, co za­wdzię­czamy sła­bo­ści Hart­manna. – Pod­niósł w górę po­ranną ga­zetę z na­głów­kiem o Ze­elan­dzie po­rzu­ca­ją­cym oj­czy­znę, by pła­cić niż­sze po­datki na Da­le­kim Wscho­dzie. – Do eks­o­dusu do­łą­cza wła­śnie je­den z na­szych naj­więk­szych pra­co­daw­ców. Pod­czas gdy Hart­mann wci­ska nam ustawę, oni prze­no­szą miej­sca pracy do Azji.

Po­mruk apro­baty. Po­ru­sze­nie wśród bia­łych ka­sków. Hart­mann zła­pał mi­kro­fon.

– Roz­sądna po­li­tyka prze­my­słowa jest do­bra dla wszyst­kich, An­ders. Je­śli Ze­eland bę­dzie za­do­wo­lony, za­trudni wię­cej Duń­czy­ków…

– Już nie! – wrza­snął Ussing, trza­ska­jąc ga­zetą. – Przy­my­ka­łeś oczy na ich mo­no­pole. Pod­li­zy­wa­łeś się im ulgami po­dat­ko­wymi i do­ta­cjami naf­to­wymi…

Do ro­boty ru­szyli pod­że­ga­cze. Roz­le­gły się wi­waty i po­je­dyn­cze okla­ski.

– Je­dyne pod­li­zy­wa­nie, ja­kie tu wi­dzę, to twoje – prze­rwał Hart­mann. – Gład­kie słówka. Nie­od­po­wie­dzialne. Mamy ci uwie­rzyć, że pro­blem znik­nie, bo ko­muś po­sło­dzisz, gdy tym­cza­sem bę­dziesz ci­cha­czem się­gał do kie­szeni zwy­czaj­nych Duń­czy­ków i po­zba­wiał ich resz­tek pie­nię­dzy? – Hart­mann po­to­czył wzro­kiem po ze­bra­nych.

Stali ci­cho. Słu­chali.

– Wiem, że to trudne. Zbyt długo czy­tamy o zwol­nie­niach i ban­kruc­twach. O ulat­nia­ją­cych się bez śladu oso­bi­stych oszczęd­no­ściach. – Prze­cią­ga­jąca się chwila ci­szy. Cze­kali. – Gdy­bym miał cza­ro­dziej­ską różdżkę, my­śli­cie, że bym jej nie użył? Taka jest rze­czy­wi­stość. Nie tylko w Da­nii. Wszę­dzie. Wy­bór, któ­rego ma­cie do­ko­nać, jest pro­sty. Czy roz­wią­zu­jemy te pro­blemy te­raz, czy prze­ka­zu­jemy ten ba­ła­gan swoim dzie­ciom? – Wska­zał sto­ją­cego obok mocno zbu­do­wa­nego ru­dego męż­czy­znę. – Je­śli chce­cie się uchy­lić od od­po­wie­dzial­no­ści, gło­suj­cie na An­dersa Ussinga. Je­śli ma­cie od­wagę ją dźwi­gnąć, wy­bierz­cie mnie.

Spodo­bało im się. Te­raz mi­kro­fon prze­jął Ussing.

– Za­tem kiedy Ze­eland bia­doli w ga­ze­tach, że musi się prze­nieść, ty dasz im wię­cej pie­nię­dzy? Tak, Tro­els? Tak to wi­dzisz? Ko­lejna ła­pówka dla two­ich kum­pli…

– Je­śli za­pew­nimy przed­się­bior­stwom od­po­wied­nie wa­runki roz­woju, sprzy­ja­jący kli­mat, miej­sca pracy zo­staną w kraju – od­parł sta­now­czo Hart­mann. – Na­sza po­li­tyka prze­my­słowa jest na­sta­wiona na roz­wój. Ale są pewne ogra­ni­cze­nia. Sie­dzimy w tym ra­zem. Każdy musi coś wnieść, bo każ­dego do­ty­czą te pro­blemy. Rów­nież Ze­elanda. – Po­ło­żył rękę na sercu i po­wtó­rzył ostat­nie słowa: – Rów­nież Ze­elanda.

Gdy wy­cho­dził, ze­brani kla­skali. Ka­ren Ne­bel była ewi­dent­nie nie­za­do­wo­lona.

– Pro­si­łam wy­raź­nie – wy­ce­dziła, gdy szli do sa­mo­chodu – że­byś trzy­mał się z dala od sprawy Ze­elanda.

– Co mia­łem zro­bić? Przy­ci­snął mnie. Nie mogę igno­ro­wać ta­kich py­tań. Ze­eland musi zło­żyć oświad­cze­nie, zde­men­to­wać do­nie­sie­nia tego ar­ty­kułu.

Ka­ren Ne­bel była wy­soką blon­dynką o wło­sach za­cze­sa­nych do tyłu i na­pię­tej, po­marsz­czo­nej twa­rzy, ra­czej su­ro­wej. Cza­sami snuła in­trygi, ale ra­dził so­bie z tym.

– Złożą oświad­cze­nie, prawda, Ka­ren?

– Cią­gle zo­sta­wiam wia­do­mo­ści, tyle że nikt nie od­dzwa­nia. My­ślę, że coś jest na rze­czy.

– Wy­cią­gnij to z nich – roz­ka­zał. – Mamy wła­śnie klep­nąć umowę z ludźmi Rosy Le­bech. Nie chcę, by co­kol­wiek sta­nęło nam na dro­dze.

Skrzy­wiła się na wzmiankę o prze­wod­ni­czą­cej Par­tii Cen­trum.

– Tu obok jest obo­zo­wi­sko bez­dom­nych – po­wie­działa. – Umó­wi­łam tam spo­tka­nie.

– Je­śli mogę z kimś po­ga­dać, to OK. Sama se­sja zdję­ciowa mnie nie in­te­re­suje.

Do­tarli do sa­mo­chodu. Ona otwo­rzyła mu drzwi.

– Tro­els, to są bez­do­mni. Zdję­cia to je­dyny po­wód, dla któ­rego tu je­ste­śmy.

Za­dzwo­nił te­le­fon, Hart­mann zer­k­nął więc na nu­mer i od­szedł, by po­roz­ma­wiać bez świad­ków.

– Wła­śnie wi­dzia­łam cię w te­le­wi­zji, skar­bie. Gdy­bym nie prze­wo­dziła in­nej par­tii, miał­byś mój głos.

– I tak po­pro­szę – od­parł Hart­mann. – Mu­simy do­piąć umowę, Roso. A po­tem ko­niecz­nie chcę się z tobą spo­tkać. W ja­kimś ustron­nym miej­scu. – Ro­zej­rzał się dla pew­no­ści, że nikt go nie sły­szy. – Z wiel­kim mo­sięż­nym łóż­kiem.

– O rany. I z two­imi pły­tami Dy­lana.

– Naj­pierw umowa.

– Po­przemy twoją kan­dy­da­turę na sta­no­wi­sko pre­miera. Ale mu­simy wie­dzieć, że pa­nu­jesz nad Ze­elan­dem.

Ro­ze­śmiał się.

– Chyba nie wie­rzysz w słowa Ussinga, co? Ani w to, co dzi­siaj na­pi­sał ten durny szma­tła­wiec?

– Póź­niej o tym po­ga­damy – od­parła Rosa Le­bech. I się roz­łą­czyła.

Nim zdą­żył upo­rząd­ko­wać my­śli, po­de­szła Ka­ren Ne­bel z in­for­ma­cją, że od­wo­łała wi­zytę w obo­zo­wi­sku bez­dom­nych. To­wa­rzy­szył jej czło­wiek z ochrony. Po­wie­dział, że tuż obok zna­le­ziono zwłoki.

– Zda­niem PET może wy­stą­pić ja­kieś za­gro­że­nie. Za­wiódł sys­tem za­bez­pie­czeń czy coś. Uwa­żają, że…

– Nie do­star­czę Ussin­gowi do­dat­ko­wej amu­ni­cji – prze­rwał jej Hart­mann. – Uwzględ­nij to w dzi­siej­szym pla­nie dnia, tylko póź­niej. Chyba że PET znaj­dzie coś kon­kret­nego.

– Kto dzwo­nił?

Za­sta­no­wił się nad od­po­wie­dzią.

– Mój sto­ma­to­log – od­parł. – Za­po­mnia­łem o wi­zy­cie. – Wzru­szył ra­mio­nami i za­pre­zen­to­wał uro­czy uśmiech Hart­manna. – Ach, te wy­bory, cią­gle w czymś prze­szka­dzają.

W kra­wa­cie było jej nie­wy­god­nie. Ko­szula pa­mię­tała lep­sze czasy. Brix zor­ga­ni­zo­wał całą ce­re­mo­nię i nie wie­dzieć po co ścią­gnął po­li­cyjną or­kie­strę dętą. Stali w ką­cie, dy­sząc i dmu­cha­jąc w trąbki; ha­ła­so­wali ni­czym banda pi­ja­nych słoni.

Pró­bo­wała grzecz­nie słu­chać kom­ba­tanc­kich opo­wie­ści snu­tych przez sta­rego po­li­cjanta z pro­win­cji, cze­kała, aż za­cznie się ce­re­mo­nia. Na­gle za­dzwo­niła jej ko­mórka.

Ode­szła ode­brać.

– Mówi Junc­ker. Cią­gle je­stem w por­cie.

– Cześć, As­bjørn.

Mil­czał chwilę.

– Tech­nicy rzu­cili okiem na szczątki – rzekł wresz­cie. – Są pewni, że to za­bój­stwo. Ten czło­wiek nie żył w chwili, gdy tra­fił do chwy­taka. Za­tłu­czono go młot­kiem do wy­cią­ga­nia gwoź­dzi. Wy­gląda na to, że fa­cet zszedł ze statku i ko­leś do­padł go na zło­mo­wi­sku. Po­tem we­pchnął go do tego wraku. Roz­ma­wia­li­śmy z tu­tej­szymi bez­dom­nymi, o ni­czym nie mają po­ję­cia. W Ze­elan­dzie też nie wie­dzą o żad­nym za­gi­nię­ciu.

– I tyle?

– Ktoś wi­dział w po­bliżu śli­zgacz, ale uznał, że goni fokę.

– Po co ktoś by miał go­nić fokę? – spy­tała, pod­cho­dząc do okna i wy­glą­da­jąc na ze­wnątrz.

– Straż przy­brzeżna ode­brała po­łą­cze­nie około dru­giej trzy­dzie­ści w nocy, ale je prze­rwano. Nie wie­dzą, kto dzwo­nił. Ja­kiś czas póź­niej nie­da­leko zło­mo­wi­ska krą­żyła ta wy­ści­gówka.

Lund za­dała oczy­wi­ste py­ta­nie:

– Czy ze sto­ją­cych w po­bliżu stat­ków wpły­nęło zgło­sze­nie o za­gi­nię­ciu ma­ry­na­rza?

Junc­ker od­rzekł, że nie.

– Pew­nie już wy­szedł z portu – po­wie­działa. – Mu­sisz ze­brać dane o ru­chu stat­ków.

– Ja­kim ru­chu? Tę część portu Ze­eland w za­sa­dzie za­mknął. I jesz­cze jedno… – urwał na chwilę, jakby szu­kał ustron­nego miej­sca – …ko­le­sie z PET tu wę­szą. Co oni mają wspól­nego z tą sprawą?

– Wszystko w po­rządku, As­bjørn, to też istoty ludz­kie.

– Ni­gdy nie bę­dziesz do mnie mó­wić Junc­ker, co?

– Po­ga­daj z Mad­se­nem. Zrób, co ci każe. Ja je­stem za­jęta…

– Je­den fa­cet z PET chce z tobą za­mie­nić słowo. Nie­jaki Borch. Od­nio­słem wra­że­nie, że cię zna. Już pod­cho­dzi.

Lund nic nie po­wie­działa.

– Halo?! – spy­tał Junc­ker po dru­giej stro­nie. – Je­steś tam?

– Po­ga­daj z Mad­se­nem – po­wtó­rzyła Lund, skoń­czyła roz­mowę, po­pa­trzyła na długi ko­ry­tarz, za­sta­no­wiła się, ile jesz­cze du­chów wy­peł­znie z mroku.

Nie miała po­ję­cia, czym Ma­thias Borch się ak­tu­al­nie zaj­muje. Do­my­ślała się, że czymś waż­nym. Był by­stry, udo­wod­nił to, kiedy się po­znali, po­nad dwa­dzie­ścia lat temu, jesz­cze w szkole po­li­cyj­nej. Te­raz wy­glą­dał na nieco pod­ła­ma­nego i zmę­czo­nego. Ale wciąż nie wy­ły­siał, włosy miał jak zwy­kle nie­ucze­sane, twarz po­marsz­czoną, jak u mło­dego bok­serka.

Pie­se­czek.

Tak się do niego kie­dyś zwra­cała. Na to wspo­mnie­nie mu­siała się oczy­wi­ście za­ru­mie­nić aku­rat w chwili, gdy pod­szedł, nie uśmie­cha­jąc się, a na­wet nie pa­trząc jej w oczy.

– Saro… – po­wie­dział. – Mu­simy po­ga­dać. O zwło­kach w por­cie. Ten młody od was mówi…

– Ci­cho. – Lund pod­nio­sła dłoń. Na­stęp­nie wska­zała drzwi. Brix wła­śnie za­czy­nał prze­mowę. Sły­szała, jak pod­kre­śla siłę kor­pusu i to, że jego in­te­gral­ność leży u pod­staw sys­temu spra­wie­dli­wo­ści i bez­pie­czeń­stwa.

– Mi­lion razy to wszystko sły­sza­łem – burk­nął Ma­thias. – Mam ważną…

Lund za­klęła pod no­sem i za­brała go do kuchni.

– Prze­pra­szam, że prze­szka­dzam ci w ta­kim dniu – po­wie­dział. – To zna­czy wiesz… gra­tu­la­cje i tak da­lej.

– Nie prze­sa­dzaj.

– Do­brze wy­glą­dasz. Na­prawdę. A jak się czu­jesz?

– Czego chcesz?

– Je­stem za­an­ga­żo­wany w tę sprawę. Mu­szę wie­dzieć, co zna­leź­li­ście.

– Nic. Nie mamy nic ab­so­lut­nie.

– A prze­szu­ka­li­ście doki? I statki?

– Spraw­dzamy. Jest tylko je­den sta­tek. Junc­ker na­wią­zał z nimi kon­takt przez ra­dio. Nic nie wi­dzieli.

Ścią­gnął brwi. Te­raz wy­glą­dał na swoje lata.

– Spo­dzie­wa­łem się cze­goś wię­cej…

– Słu­chaj! Od lat z tobą nie roz­ma­wia­łam. Na­gle się tu zja­wiasz, kiedy wła­śnie mam ode­brać me­dal za wie­lo­let­nią służbę, i za­sy­pu­jesz mnie py­ta­niami. Wra­cam do sali…

– Pra­cuję w PET. Nie wie­dzia­łaś?

– A skąd mia­ła­bym wie­dzieć?

– Na­szym zda­niem jest w tym coś wię­cej. Dwa ty­go­dnie temu w por­cie do­ko­nano wła­ma­nia. Wy­glą­dało na zwy­kłą kra­dzież, znik­nął kom­pu­ter, ja­kieś dro­bia­zgi. Szcze­góły sys­temu za­bez­pie­czeń Ze­elanda…

– Czy to aby nie ich pro­blem?

Wpa­try­wał się w nią. To nie było za mą­dre py­ta­nie. Ze­eland był wiel­kim mię­dzy­na­ro­do­wym kon­cer­nem. Miał po­wią­za­nia z wła­dzą, wpływy w rzą­dzie i nie tylko.

– Co to ma wspól­nego z na­szym czło­wie­kiem w ka­wał­kach? – spy­tała.

– Z ostat­niej nocy bra­kuje na­grań mo­ni­to­ringu. Dwie mi­nuty po tym nie­do­szłym we­zwa­niu straży przy­brzeż­nej wy­łą­czyły się wszyst­kie ka­mery, co do jed­nej. Ktoś wła­mał się do sys­temu, mo­ni­to­ring po­ka­zy­wał wciąż stare na­gra­nie, a po­tem, przed świ­tem, znowu się włą­czył. – Borch wziął ka­na­pkę z tacy prze­ką­sek przy­go­to­wa­nych na spo­tka­nie i ugryzł ka­wa­łek.

Brix umilkł. Nie­długo zo­staną wrę­czone od­zna­cze­nia i dy­plomy.

– Zo­staw mi swój nu­mer – po­wie­działa. – Bę­dziemy w kon­tak­cie.

Za­trzy­mał ją, gdy pró­bo­wała odejść.

– Ktoś wy­łą­czył je­den z naj­ge­nial­niej­szych sys­te­mów bez­pie­czeń­stwa w kraju, a kiedy go z po­wro­tem włą­czył, w por­cie le­żał mar­twy czło­wiek. Tego sa­mego dnia w po­bliżu miał prze­by­wać pre­mier. Kry­zys fi­nan­sowy. Afga­ni­stan… – Ro­ze­śmiał się. – Wście­kli, za­zdro­śni mę­żo­wie. Hart­manna tyle samo lu­dzi ko­cha, ilu nie­na­wi­dzi.

– Prze­każę to.

– Nie chcę, że­byś to prze­ka­zy­wała. Chcę, że­byś pro­wa­dziła sprawę. Brix już się zgo­dził…

– Nie wąt­pię.

– Je­steś za do­bra do OPA.

– Słu­chaj, nikt nie zgło­sił za­gi­nię­cia. Ist­nieje moż­li­wość, że to cu­dzo­zie­miec, ja­kiś ma­ry­narz z za­gra­nicz­nego statku, który opu­ścił już na­sze wody te­ry­to­rialne.

– I tak chcę, że­byś pro­wa­dziła tę sprawę. Brix też tego chce.

Z sali obok do­bie­gły okla­ski i śmiech. Ce­re­mo­nia się roz­po­częła. Nie mo­gła się tak zwy­czaj­nie tam te­raz wpa­ko­wać.

– Na­prawdę do­brze wy­glą­dasz – po­wie­dział, jakby tro­chę za­kło­po­tany. – Ja… – Wzru­szył ra­mio­nami, a ona przy­po­mniała so­bie, jak wy­glą­dał w aka­de­mii, z tym swoim czar­nym hu­mo­rem i ża­ło­snymi dow­ci­pami. – Ja się po pro­stu ze­sta­rza­łem.

Chciała na niego wrza­snąć. Wy­krzy­czeć coś.

– Nie mogę po­bru­dzić ga­lo­wego mun­duru – po­wie­działa. – Póź­niej mam roz­mowę kwa­li­fi­ka­cyjną.

Sie­dziba Ze­elanda znaj­do­wała się nad wodą nie­opo­dal portu. No­wo­cze­sny mo­no­lit z czar­nego szkła z fir­mo­wym smo­kiem roz­po­star­tym na sze­ściu gór­nych kon­dy­gna­cjach ota­czały place bu­dowy – port zmie­niano w dziel­nicę ta­nich miesz­kań. Te, jak nic in­nego, wciąż szły jak woda.

Ro­bert Zeu­then za­par­ko­wał swo­jego lśnią­cego no­wo­ścią Range Ro­vera przed bu­dyn­kiem. Re­in­hardt cze­kał w holu z in­for­ma­cją o zwło­kach w por­cie. Te­raz wia­domo już było, że do­szło do mor­der­stwa, ale nic nie wska­zy­wało, by Ze­eland miał ja­kie­kol­wiek po­wią­za­nia ze sprawą. Pra­co­wała nad nią PET wraz z po­li­cją. Ich za­an­ga­żo­wa­nie było nie­unik­nione, skoro w oko­licy prze­by­wał Tro­els Hart­mann.

– Skąd się wziął ten kot? – spy­tał Zeu­then.

– Nie z domu – od­parł Re­in­hardt sta­now­czo. – Jesz­cze spraw­dzam. Ta afera w por­cie wy­gląda pa­skud­nie. Praw­do­po­dob­nie wła­mano się do na­szego sys­temu bez­pie­czeń­stwa. Po­wo­ła­li­śmy już ze­spół, który ma to zba­dać. – Skrzy­wił się. – Hart­manna bar­dziej mar­twi ten ar­ty­kuł w ga­ze­cie. Czeka na na­sze oświad­cze­nie.

– Chcę, że­byś był przy tym, jak PET bę­dzie roz­ma­wiać z ochroną. Je­śli do­szło do wła­ma­nia, to nie­wy­klu­czone, że nie był to jed­no­ra­zowy wy­pa­dek.

– Po­wi­nie­nem ci to­wa­rzy­szyć w cza­sie po­sie­dze­nia rady – za­su­ge­ro­wał Re­in­hardt.

Zeu­then ru­szył do windy, krę­cąc głową.

– Po­ra­dzę so­bie. Do­wiedz się, co się dzieje z PET. I szu­kaj kota Emi­lie. Maja mnie za to za­bije. Wie­dzie­li­śmy, że Emi­lie ma aler­gię na koty.

– Ro­ber­cie – Re­in­hardt po­ło­żył mu dłoń na ra­mie­niu – nie bez po­wodu przy­pusz­czam, że po­sie­dze­nie rady bę­dzie trudne. Mo­żesz mnie po­trze­bo­wać.

Zeu­then się uśmiech­nął.

– Nie tym ra­zem, przy­ja­cielu.

W ga­bi­ne­cie pre­miera w Chri­stians­borgu Ka­ren Ne­bel nie mo­gła so­bie zna­leźć miej­sca.

– Lu­dzie już ga­dają – uty­ski­wała. – Nie ro­zu­mieją, dla­czego Ze­eland nie zde­men­to­wał jesz­cze do­nie­sień ga­zety. – Za­dzwo­niła jej ko­mórka. – Może to…

Hart­mann od­pro­wa­dził ją wzro­kiem, gdy wy­cho­dziła na ko­ry­tarz.

– Mamy re­ago­wać jak wa­riat za każ­dym ra­zem, gdy w pra­sie opu­bli­kują ja­kieś kłam­stwo? – burk­nął.

Mor­ten We­ber, sie­dzący na krze­śle przy oknie, skrzy­żo­wał ra­miona na piersi i od­chy­lił się na opar­cie.

– Cza­sami.

We­ber stał przy Hart­man­nie przez całą jego ka­rierę po­li­tyczną. Drobny, skromny, nieco nie­chlujny czło­wiek z nie­sfor­nymi krę­co­nymi ciem­nymi wło­sami, kie­dyś na prze­kór wszyst­kiemu do­pro­wa­dził do tego, że młody po­li­tyk za­jął fo­tel bur­mi­strza Ko­pen­hagi. Ja­kiś czas póź­niej do­pil­no­wał, by tra­fiła do niego teka pre­miera. Dys­po­no­wał nie­zrów­naną wie­dzą o duń­skim świe­cie po­li­tycz­nym i cza­sami dzia­łał z ci­chą, nie­kwe­stio­no­waną bez­względ­no­ścią. Nikt nie miał śmia­ło­ści mó­wić do Hart­manna tak jak on. A i tak do­cho­dziło do ostrych spięć.

– Pa­nu­jemy nad sy­tu­acją z Ze­elan­dem – po­wie­dział Hart­mann. – Ka­ren tego pil­nuje.

– Świet­nie. Od­wo­ła­łem tę chorą wi­zytę w por­cie. Lu­dziom z PET bar­dzo się nie po­doba to, co tam się dzieje. I nie chcą, że­by­śmy o tym z kim­kol­wiek roz­ma­wiali.

– Od­wo­łaj to od­wo­ła­nie – na­ka­zał Hart­mann. – Ussing po­wie, że nie ob­cho­dzą mnie bez­do­mni.

– Pie­przyć Ussinga.

– Je­ste­śmy w de­fen­sy­wie, Mor­ten! Ussing za po­mocą Ze­elanda chce wy­ka­zać, że okra­dam bied­nych, by da­wać bo­ga­tym.

– Tro­els…

– Jadę i ko­niec. Choć­bym mu­siał szu­kać au­to­busu. Ja­sne?

Wró­ciła Ne­bel, ści­ska­jąc w dłoni ko­mórkę.

– Nie do­sta­niemy tego de­menti.

We­ber po­pra­wił cięż­kie oku­lary.

– Chcesz po­wie­dzieć, że w ar­ty­kule na­pi­sano prawdę?

– Rada nad­zor­cza ma ta­kie plany. Pró­bują obejść Ro­berta Zeu­thena. Uwa­żają, że jest słaby. Zwy­czaj­nie…

– Słu­chaj… – prze­rwał jej Hart­mann. – Oj­ciec Zeu­thena obie­cał, że je­śli do­sta­nie pań­stwową po­moc, ni­gdy nie prze­nie­sie firmy za gra­nicę. Ro­bert za­pew­niał, że do­trzyma tej obiet­nicy. Je­śli oni te­raz nie do­peł­nią wa­run­ków umowy, znisz­czę ich…

– Nie znisz­czysz – wtrą­cił We­ber. – Nie masz ta­kich moż­li­wo­ści.

Hart­mann z tru­dem trzy­mał nerwy na wo­dzy. W ta­kich chwi­lach jak te We­ber oka­zy­wał się naj­bar­dziej nie­oce­niony. I naj­bar­dziej iry­tu­jący.

– Więc co ro­bić?

– Je­śli ustą­pisz i za­pro­po­nu­jesz Ze­elan­dowi wię­cej mar­che­wek, stra­cisz Rosę Le­bech. Je­śli nie ustą­pisz, za­czną spi­sko­wać nasi lu­dzie. – We­ber zmarsz­czył swój mię­si­sty nos. – Jako pierw­sza za­pewne Bir­git Eg­gert. Mi­ni­ster­stwo Fi­nan­sów ewi­dent­nie nie za­spo­kaja jej am­bi­cji.

– Je­śli usuną Zeu­thena, bę­dziemy mu­sieli im coś dać – po­wie­działa Ne­bel. – Po­ga­dam z mi­ni­strem skarbu pań­stwa. To nie musi być nic wiel­kiego.

– Jezu! – wrza­snął We­ber. – Może już te­raz damy Ussin­gowi klu­cze do ga­bi­netu? Nie wi­dzisz pla­ka­tów wy­bor­czych? Je­śli je­steś bo­gaty, gło­suj na Hart­manna. Je­śli nie…

– Nie zro­bimy nic, do­póki nie po­znamy sta­no­wi­ska Rosy Le­bech – zde­cy­do­wał Hart­mann. – Mogę ją tu ścią­gnąć. Prze­każ­cie PET, że jadę do obo­zo­wi­ska bez­dom­nych, bez względu na opi­nię agen­cji. I… – Pod­szedł do szafy, wy­jął czy­stą ko­szulę i gar­ni­tur. – I tyle.

Ne­bel spoj­rzała groź­nie na We­bera, gdy Hart­mann zde­cy­do­wa­nym kro­kiem wy­szedł do ła­zienki się prze­brać.

– Nie lu­bię prze­gry­wać, Mor­ten.

– A kto lubi?

– Dla­czego on nas nie słu­cha?

We­ber się ro­ze­śmiał.

– Bo jest po­li­ty­kiem. Tro­els po­trze­buje do szczę­ścia ży­cia na kra­wę­dzi. Lubi pęd. Dreszcz. Nie­bez­pie­czeń­stwo. – Wstał i pu­ścił do niej oko. – Ale czyż nie wszy­scy tacy je­ste­śmy?

Brix za­dzwo­nił, gdy tylko wró­ciła do portu. Py­tał, czego chcieli lu­dzie z PET.

– Chyba ich zda­niem w trak­cie wi­zyty Hart­manna może dojść do in­cy­den­tów. Nie moja wina, że omi­nęła mnie ce­re­mo­nia, to ty po­wie­dzia­łeś Bor­chowi, że pro­wa­dzę sprawę.

– To prawda.

– Wy­ja­śnisz więc lu­dziom z OPA, dla­czego mnie nie było?

– Jak tylko się z nimi spo­tkam. Zga­dzaj się na wszystko, czego chce PET.

A to ci od­miana, po­my­ślała i się roz­łą­czyła.

Borch i As­bjørn Junc­ker krą­żyli po te­re­nie, każdy trzy­mał w ręku ja­kieś pa­piery.

– Trzeba prze­szu­kać wszyst­kie statki w oko­licy – po­wie­dział czło­wiek z PET.

– Stąd wy­szedł tylko je­den – od­parł Junc­ker. – I już go prze­szu­ka­li­śmy.

Po­dał Sa­rze plik zdjęć, a ona za­częła wer­to­wać je uważ­nie. Mar­twy męż­czy­zna. Przy­sa­dzi­sty. W śred­nim wieku. Na jed­nym z ta­tu­aży od­szy­fro­wano imię żeń­skie, zda­niem tech­ni­ków wschod­nio­eu­ro­pej­skie. Inny ta­tuaż, na pra­wym ra­mie­niu, był nie­czy­telny. Środ­kowe li­tery znik­nęły za sprawą rany, praw­do­po­dob­nie od noża.

Pod­je­chał czarny Mer­ce­des, z któ­rego wy­siadł wy­soki, wy­pro­sto­wany męż­czy­zna, ły­sie­jący, ze sta­ran­nie ostrzy­żo­nymi si­wymi wło­sami. Przed­sta­wił się jako Niels Re­in­hardt, z firmy Ze­eland, przy­dzie­lony do kon­taktu z nimi.

– Ro­bert Zeu­then jest oso­bi­ście za­in­te­re­so­wany sprawą – oznaj­mił sta­now­czym, spo­koj­nym, grzecz­nym to­nem. – Pro­sił, bym pań­stwa za­pew­nił, że zrobi wszystko, co w jego mocy, by po­móc.

– Sys­tem bez­pie­czeń­stwa już działa? – spy­tał Borch.

– Tak nam się wy­daje. – Re­in­hardt po­pa­trzył nie­pew­nie. – Od­po­wiada za niego jedna z na­szych firm IT. Zaj­mują się wszyst­kim, ca­łym mo­ni­to­rin­giem, od biur po po­sia­dło­ści pry­watne.

Lund za­dała stan­dar­dowe py­ta­nia. Re­in­hardt prze­ko­ny­wał, że od ostat­nich zwol­nień nie mieli żad­nych pro­ble­mów z pra­cow­ni­kami. I nie od­no­to­wali żad­nych nie­ty­po­wych ru­chów stat­ków.

– Mu­sieli się tu po­ja­wić, za­nim wy­łą­czyli sys­tem – stwier­dził Junc­ker.

– Nie. Za­uwa­ży­li­by­śmy in­tru­zów – upie­rał się Re­in­hardt. Spoj­rzał na na­brzeże, na opusz­czony te­ren w od­dali. – Chyba że we­szli przez dawne te­reny Stub­bena. Tam od lat nic się nie dzieje.

– Mu­szę wró­cić… – za­częła Lund, ale Borch już wska­zy­wał swój sa­mo­chód.

Od celu dzie­liło ich kilka mi­nut. Opu­sto­szały plac, gruz i po­rzu­cone kon­te­nery przy brud­nym na­brzeżu.

– Za­mie­rza­li­śmy zbu­do­wać tu ho­tel – pod­jął Re­in­hardt, do­łą­cza­jąc do nich. – Te­raz nie ma na to fun­du­szy…

– Kto tu za­gląda? – spy­tał Borch, gdy Lund cho­dziła po żwi­ro­wym trak­cie z rę­koma w kie­sze­niach, z prze­krzy­wio­nym kra­wa­tem, ko­piąc ka­myki i śmieci.

– Ry­bacy – od­rzekł Re­in­hardt. – Ob­ser­wa­to­rzy pta­ków. – Mil­czał chwilę, nim do­dał: – I pew­nie ja­cyś nie­cier­pliwi ko­chan­ko­wie.

– Po­wie­dział pan, że nie ma tu stat­ków. – Junc­ker lu­stro­wał wzro­kiem szary ho­ry­zont. W od­dali ma­ja­czył stary rdze­wie­jący ka­dłub; wy­glą­dał, jakby nie ru­szał się od lat.

Czło­wiek z Ze­elanda zmarsz­czył brwi.

– Mia­łem na my­śli czynne statki. To Me­dea. Je­den z na­szych sta­rych frach­tow­ców. Jest prze­zna­czona na ży­letki. Sprze­da­li­śmy ją ło­tew­skiemu part­ne­rowi, ale zban­kru­to­wał.

Borch wziął lor­netkę od Junc­kera. Jed­nostka znaj­do­wała się do­bre pół ki­lo­me­tra od brzegu. Przyj­rzał jej się i po­dał lor­netkę Lund. Po­krę­ciła głową.

– Tam ktoś jest? – spy­tała.

– Prawo tego wy­maga – wy­ja­śnił od razu Re­in­hardt. – Na­wet stary hulk taki jak ten po­trze­buje mi­ni­mum trzy­oso­bo­wej za­łogi. Roz­ma­wia­li­śmy z nimi w nocy. I dzi­siaj rano. Mó­wili, że nic nie wi­dzieli. – Ro­zej­rzał się po sen­nym akwe­nie Sundu. – Tu nic by nie zo­ba­czyli, prawda?

Lund po­de­szła nad samą wodę, za­klęła, gdy wyj­ścio­wymi bu­tami wdep­nęła w błot­ni­stą maź. Na ziemi le­żał nie­do­pa­łek. Świeży. Nie­zmo­czony desz­czem.

Borch roz­ma­wiał przez te­le­fon.

– Je­śli chce­cie tam po­pły­nąć – po­wie­dział Re­in­hardt – we­zwę łódź.

As­bjørn Junc­ker chciał ru­szać na­tych­miast, Borch skoń­czył roz­mowę.

– Straż przy­brzeżna mówi, że ze­szłej nocy prze­pły­wał tędy ro­syj­ski ka­bo­ta­żo­wiec. Pły­nie do Pe­ters­burga. Po­ga­damy z tam­tej­szym ka­pi­ta­na­tem.

– Dzię­kuję za pro­po­zy­cję – zwró­ciła się Lund do czło­wieka Ze­elanda. – Ale nie sko­rzy­stamy.

Junc­ker za­czął ję­czeć, ona ru­szyła do auta, a Borch i młody za nią.

– Mu­simy tam po­pły­nąć i się ro­zej­rzeć – na­le­gał Ma­thias.

– To płyń.

– Ja nie mam czasu! Hart­mann tu je­dzie. Mu­simy za­bez­pie­czyć…

– A ja nie mu­szę tam pły­nąć – prze­rwała mu. – As­bjørn… wsia­dasz? Wra­camy.

Za­wa­hał się chwilę czy dwie, ale wsiadł.

Borch przy­kuc­nął przy oknie od strony kie­rowcy. Już nie wy­glą­dał jak pie­se­czek.

– Mam na­dzieję, że ta ro­bota jest tego warta – po­wie­dział.

Ro­bert Zeu­then odzie­dzi­czył lu­dzi, któ­rzy kie­ro­wali Ze­elan­dem. Wy­bra­nych przez jego ojca. Lo­jal­nych, do­póki był dawny szef.

Kor­ne­rup, kor­pu­lentny sześć­dzie­się­cio­la­tek o by­strych oczach prze­sło­nię­tych okrą­głymi oku­la­rami i twa­rzy nie­ska­la­nej uśmie­chem, od nie­mal dwu­dzie­stu lat na­le­żał do ści­słego kie­row­nic­twa firmy. Po­sie­dze­nie za­czął od no­wej wer­sji pre­zen­ta­cji, którą przed­sta­wiał, od­kąd tylko Zeu­then ob­jął sta­no­wi­sko pre­zesa.

– Prze­nie­sie­nie stoczni na wschód zre­du­kuje koszty o co naj­mniej czter­dzie­ści pro­cent. Żeby sfi­nan­so­wać tę ope­ra­cję, mo­żemy po­ma­new­ro­wać kur­sem wa­lut. Je­śli za­czniemy pla­no­wać dzi­siaj, mo­gli­by­śmy ją roz­po­cząć na­wet w ciągu roku. Dla pod­li­cze­nia…

– To nic no­wego – prze­rwał Zeu­then. – Znamy ar­gu­menty. Zga­dzamy się, że za dzie­sięć, pięt­na­ście lat to może być wła­ściwy krok.

Je­de­na­stu męż­czyzn wo­kół stołu, jedna ko­bieta. Zeu­then był naj­więk­szym udzia­łow­cem. Ale nie miał ab­so­lut­nej więk­szo­ści.

– Świat pę­dzi szyb­ciej, niż nam się wy­daje – nie ustę­po­wał Kor­ne­rup. – Tę de­cy­zję musi pod­jąć rada. Je­śli Hart­mann prze­gra wy­bory, do wła­dzy dojdą czer­woni ze swoim pre­mie­rem, który nas nie­na­wi­dzi. Pusz­czą nas z tor­bami.

– Dla­tego wła­śnie po­pie­ramy Hart­manna – od­parł Zeu­then. – I dla­tego osła­bia­nie go nie leży w na­szym in­te­re­sie.

– Je­śli zgo­dzi się na ja­kiś nowy układ, nie ma sprawy.

Ze­brani kiw­nęli gło­wami na znak, że zga­dzają się z Kor­ne­ru­pem.

– Ale nie oszu­kujmy się – kon­ty­nu­ował – świat nie bę­dzie cze­kał, aż się prze­bu­dzimy. Wiem, że to trudne. Tę firmę stwo­rzył pań­ski oj­ciec, ale gdyby był tu dziś…

– Bro­niłby pracy dla Duń­czy­ków do ostat­niego miej­sca – prze­rwał mu Zeu­then.

– Może ty i ja zna­li­śmy różne jego ob­li­cza. Może…

– Nie. Już dość.

Kor­ne­rup spoj­rzał groź­nie.

– Mamy jesz­cze dużo do omó­wie­nia, Ro­ber­cie.

– Nie będę już z tobą nic oma­wiał. – Zeu­then ski­nął na swoją asy­stentkę, a ona obe­szła stół, roz­da­jąc przy­go­to­wane wcze­śniej przez niego ze­stawy do­ku­men­tów. – Kor­ne­rup po­świę­cił dużo czasu na po­szu­ki­wa­nie drogi wyj­ścia z Da­nii. Do zdrady już się tak sta­ran­nie nie przy­ło­żył.

Przez salę po­niósł się po­mruk. Zeu­then po­to­czył wzro­kiem po ze­bra­nych.

– Nasz dy­rek­tor chyba za­po­mniał na­to­miast, że w ga­ze­cie, która pusz­cza te bzdury, moja ro­dzina ma trzy­dzie­ści pro­cent udzia­łów. A także – lekki uśmiech – że jej na­czelny ze mną stu­dio­wał. Na­prawdę nie­trudno więc było zdo­być mejle, które wy­sła­łeś do szefa ich działu go­spo­dar­czego.

Kor­ne­ru­powi po raz pierw­szy chyba za­bra­kło słów.

– Pod­su­ną­łeś im te kłam­stwa, aby przy­ci­snąć radę do pod­ję­cia de­cy­zji o prze­pro­wadzce – cią­gnął Zeu­then. – Ja­kie­kol­wiek zy­ski wiążą się z prze­nie­sie­niem na Da­leki Wschód, a chęt­nie to omó­wię w od­po­wied­nim mo­men­cie w przy­szło­ści, ta­kiej nie­lo­jal­no­ści nie mogę to­le­ro­wać. Na­ru­szy­łeś wa­runki umowy, Kor­ne­rup, i na pewno masz tego świa­do­mość. Praw­do­po­dob­nie po­dej­miemy kroki prawne. – Kiw­nął głową na asy­stentkę.

Ko­bieta otwo­rzyła drzwi i wpu­ściła dwóch ochro­nia­rzy.

– Pa­no­wie od­pro­wa­dzą cię do wyj­ścia. Wszyst­kie rze­czy oso­bi­ste ode­ślemy ci, jak tylko spraw­dzimy, co jesz­cze knu­łeś. – Znowu po­to­czył wzro­kiem po ze­bra­nych. – Chyba że rada po­sta­nowi zi­gno­ro­wać prze­ciek po­uf­nych do­ku­men­tów do me­diów. I Bóg wie co jesz­cze.

Ci­sza. Wska­zał ręką drzwi.

– Wszystko, co zro­bi­łem – po­wie­dział Kor­ne­rup, wsta­jąc – zro­bi­łem dla do­bra Ze­elanda. Ta firma stoi nad prze­pa­ścią, Ro­ber­cie. Ze­pchniesz ją do niej i na­wet tego nie za­uwa­żysz. Przej­rzysz na oczy do­piero wtedy, gdy za­mkną to wszystko na głu­cho.

W mil­cze­niu pa­trzyli, jak wy­cho­dzi. Zeu­then upo­rząd­ko­wał do­ku­menty i wło­żył je do ak­tówki.

– Prze­pra­szam. Moja córka po­je­chała do szpi­tala, mu­szę wyjść. – Po chwili do­dał: – Chyba że są jesz­cze ja­kieś sprawy?

Za­cze­kał. Nikt się nie ode­zwał.

– Świet­nie – rzekł Zeu­then i opu­ścił po­miesz­cze­nie.

Hart­mann we­zwał kie­rowcę, by za­wiózł go do szkoły we Fre­de­riks­bergu, gdzie od­by­wało się spo­tka­nie przed­wy­bor­cze Rosy Le­bech. Sześć lat młod­sza od niego. Za­nim za­częła ka­rierę w po­li­tyce, była praw­niczką. Wciąż ubie­rała się jak praw­niczka: kre­mowa bluzka, ciemne spodnie, ciemne włosy ucze­sane sta­ran­nie. Ude­rza­jąco piękna ko­bieta, piękna i kon­kretna za­ra­zem. Po­znał ją jesz­cze jako bur­mistrz, gdy za­bie­gał o głosy ko­ali­cjanta.

Wtedy była mę­żatką.

Ne­bel nie od razu zro­zu­miała, że na­leży zo­sta­wić ich sa­mych. Te­raz do tego funk­cjo­na­riusz PET przy­glą­dał się im obo­jęt­nie.

– Nie mo­żemy się tak da­lej spo­ty­kać – za­żar­to­wał Hart­mann.

– Jak?

– Jak po­li­tycy.

– Chcesz po­wie­dzieć, że po­win­ni­śmy zna­leźć ja­kiś ma­te­rac i świeczki? Twoja ob­stawa pil­no­wa­łaby drzwi.

Po­twier­dził ski­nie­niem głowy.

– Po­doba mi się ten po­mysł.

– Ty bez­czelny łaj­daku. Dla­czego ja się w to wszystko pa­kuję?

Hart­mann od­wró­cił się do funk­cjo­na­riu­sza i dał mu znak, a męż­czy­zna od­da­lił się ko­ry­ta­rzem.

– To wła­śnie mam na my­śli. Tro­els…

Chwy­cił ją w ta­lii, po­ca­ło­wał mocno i tak długo prze­bie­rał pal­cami w fał­dach jej bluzki, aż do­tknął skóry.

Le­bech od­su­nęła się ze śmie­chem.

– Ostry seks z pre­mie­rem Da­nii. Nie że­bym miała coś lep­szego do ro­boty.

Jego palce zma­gały się z bluzką.

– Żar­to­wa­łam! – krzyk­nęła. – Prze­stań.

Prze­rwał, ale wy­glą­dał jak chłop­czyk, któ­remu za­brano ulu­bioną za­bawkę.

Wes­tchnął.

– O co cho­dzi? – spy­tała.

– Wy­gląda na to, że plotki o Ze­elan­dzie to prawda. Ro­bert Zeu­then jest po na­szej stro­nie, ale reszta rady nad­zor­czej nie. – Skrzy­wił się drwiąco. – Może będę mu­siał coś im rzu­cić.

Usia­dła. Znowu była po­li­tyczką.

– Ile?

– Tyle, żeby się za­sta­no­wili. Ale też nie za dużo, bo jesz­cze byś za­koń­czyła nasz ro­mans. – Sze­roki, bez­czelny uśmiech. – W uję­ciu me­ta­fo­rycz­nym. Wiem, że je­śli cho­dzi o do­słowne ro­zu­mie­nie tego wy­ra­że­nia, nie mam po­wodu do zmar­twień.

Nie śmiała się.

– Nie na­ci­skaj mnie za mocno. My­ślisz, że moi lu­dzie łykną po­mysł, za który za­płacą wszy­scy oprócz Ze­elanda? Je­stem sze­fową par­tii, nie jej wła­ści­cielką. Na­wet nie będę ich py­tać. Nie ma sensu, znam od­po­wiedź.

– Może by po­słu­chali, gdyby wie­dzieli, że obej­miesz wy­so­kie sta­no­wi­sko. Mi­ni­ste­rialne. Coś, co by ci się spodo­bało.

– Teka pre­miera? – spy­tała. – Bo taka ro­bota by mi się po­do­bała.

Skrzy­żo­wał ra­miona, pa­trzył na nią i cze­kał.

– Mam zwią­zane ręce, Tro­els. Nie mogę moc­niej na­ci­skać swo­ich lu­dzi, wy­klu­czone. Nie­któ­rzy z nich uwa­żają, że le­piej sta­wiać na Ussinga. Je­śli Ze­eland się pa­kuje, to wy­je­dzie. Choć­byś ich prze­ku­pił nie wia­domo czym… – Urwała.

Do sali we­szła Ka­ren Ne­bel, po­stu­ku­jąc pal­cem w ze­ga­rek.

– Prze­myśl to – po­pro­sił.

– Już prze­my­śla­łam. Przy­kro mi. – Się­gnęła dło­nią do jego ko­lana. – Ale to po­li­tyka. Tylko po­li­tyka. Nie za­po­mi­naj.

Hart­mann po­stu­kał się po no­sie, dys­kret­nie ści­snął jej palce i kiw­nął głową.

Po­tem wstał i na uży­tek jed­no­oso­bo­wej wi­do­wni po­dał jej rękę i ży­czył uda­nej kam­pa­nii.

– Jesz­cze po­roz­ma­wiamy – obie­cał.

Car­sten Las­sen, part­ner Mai, był le­ka­rzem, pra­co­wał w szpi­talu uni­wer­sy­tec­kim. Zeu­then do­my­ślał się, że Emi­lie za­wie­ziono wła­śnie tam. I rze­czy­wi­ście Las­sen cze­kał tam na niego w sa­mo­cho­dzie, ra­zem z Mają i dziećmi.

– Co się dzieje? – spy­tał Zeu­then.

– To re­ak­cja aler­giczna na kota, któ­rego nie po­winna w ogóle do­ty­kać – wark­nął Las­sen. Miał na so­bie le­kar­ski far­tuch, na twa­rzy opry­skliwą minę, którą przy­bie­rał za­wsze w obec­no­ści Zeu­thena. – Znik­nie za kilka dni, je­śli bę­dzie przyj­mo­wać leki. I trzy­mać się z dala od ko­tów.

Carl za­czął war­czeć zza swo­jego di­no­za­ura w chwili, gdy po­ja­wił się jego tato. Emi­lie uśmiech­nęła się i mu po­ma­chała. Zeu­then otwo­rzył tylne drzwi sa­mo­chodu i ka­zał dzie­ciom prze­siąść się do Range Ro­vera.

– Nie. – Maja za­trza­snęła drzwi. – Mu­simy po­ga­dać.

Dawno się nie kłó­cili o po­rzą­dek spo­tkań z dziećmi. Ro­bert nie chciał wra­cać do tych spo­rów.

– Je­śli są­dzisz, że dzięki temu przej­miesz opiekę nad nimi…

– Ona ma wy­sypkę na ca­łym ciele! Co się dzieje, do cho­lery?

– Nie wiem. A ty?

– Albo kła­miesz, albo się nią nie zaj­mu­jesz.

– Nie. – Z tru­dem za­cho­wy­wał spo­kój.

Dzieci to ob­ser­wo­wały i ta kłót­nia na pewno fa­tal­nie na nie wpły­wała.

– Wiem, co ro­bią, kiedy są ze mną. W domu ni­g­dzie nie ma żad­nego kota. Prze­cież to nie jest śmier­telna…

Las­sen usły­szał te słowa i się wtrą­cił:

– To może być po­ważne. Je­śli zlek­ce­waży się re­ak­cję aler­giczną…

– Nie twoja sprawa – wy­tknął mu Zeu­then. – To nie są twoje dzieci.

Za­trzy­mała się przy nich biała fur­go­netka. Przez chwilę Zeu­the­nowi się wy­da­wało, że Emi­lie ko­muś po­ma­chała. Ale to było nie­moż­liwe. Je­śli na­wet się uśmiech­nęła, to prze­lot­nie. Oboje z bra­tem, wy­raź­nie zmę­czeni, wy­glą­dali ża­ło­śnie, gdy spór na par­kingu się prze­cią­gał.

– Mamy usta­lony są­dow­nie gra­fik spo­tkań z dziećmi – pod­jął. – Nie mo­żesz tak po pro­stu mi ich za­brać, kiedy ci się spodoba.

– Są­dow­nie! – wrza­snęła Maja. – Te­raz bę­dziesz mi gro­ził są­dami? Na­ślesz na nas ca­łego Ze­elanda? Wtedy się po­czu­jesz jak fa­cet?

W ma­łym Volks­wa­ge­nie otwo­rzyły się drzwi. Emi­lie po­de­szła, sta­nęła mię­dzy ro­dzi­cami i spoj­rzała na każde z nich z wy­rzu­tem. Las­sen wy­co­fał się do szpi­tala.

– Wi­dzia­łam kotka, jak ba­wi­łam się u Idy. I już. – Skie­ro­wała wzrok na matkę. – Nie chcę miesz­kać z tobą i Car­ste­nem. Carl też nie. Chcemy być z tatą. – Dziew­czynka po­de­szła do Range Ro­vera.

Carl już tam stał. Maja pod­bie­gła do dzieci, głos jej się za­ła­mał i to strasz­nie za­bo­lało Zeu­thena.

Dzieci wsia­dły na tył i za­częły za­pi­nać pasy.

– Po­słu­chaj – po­wie­dział do Mai, si­ląc się na spo­kój. – Nie po­win­ni­śmy się tak kłó­cić. Nie w ich obec­no­ści. Mam coś do za­ła­twie­nia. Mo­żesz po­je­chać z nimi do Drak­kara. Zo­stać do mo­jego po­wrotu. – Wzru­szył ra­mio­nami. – Nie wiem, kiedy wrócę. Jak chcesz, mogę cię uprze­dzić, za­dzwo­nię z sa­mo­chodu. Że­byś wie­działa, kiedy wyjść.

Od pół roku Lund miesz­kała w dwu­po­ko­jo­wym drew­nia­nym domku na przed­mie­ściu. Stał przy wą­skiej ulicy na pa­górku, z któ­rego roz­ta­czał się wi­dok na mia­sto. Miała tam też pu­sty ogró­dek, który sta­rała się oży­wić.

Słu­chała ra­dia, zmy­wa­jąc na­czy­nia dla Marka i jego go­ścia. Głów­nym te­ma­tem wia­do­mo­ści znowu był Hart­mann – miał wy­dać oświad­cze­nie na te­mat Ze­elanda, kiedy od­wie­dzał obo­zo­wi­sko bez­dom­nych, przed czym wy­jąt­kowo prze­strze­gała go PET. Za­wsze ro­bił, co mu się po­do­bało. Ni­gdy nie współ­pra­co­wał z po­li­cją, na­wet je­śli za­mie­rzał wy­grać wy­bory.

Co prawda te wy­bory nie za­po­wia­dały się do­brze. Ussing pod­że­gał lu­dzi, ostrze­ga­jąc przed no­wymi ustęp­stwami wo­bec bo­ga­czy. Par­tia Cen­trum, któ­rej po­par­cie naj­pew­niej zde­cy­duje o wy­gra­nej, się wa­hała.

Lund zaj­rzała do pie­kar­nika, stwier­dziła, że nie zdjęła fo­lii ze skle­po­wej la­sa­gne, wy­jęła więc szybko całe da­nie i za po­mocą no­ży­czek po­zbyła się brą­zo­wego pla­stiku. Na­stęp­nie je od­sta­wiła i wy­tarła dło­nie o dżinsy.

Za­dzwo­nił te­le­fon. Mark.

– Cześć, mamo…

– Nie­ła­two tu tra­fić. Przy żół­tym bu­dynku mu­si­cie skrę­cić w lewo na końcu…

– Nie przy­je­dziemy. Eva jest chora. In­nym ra­zem…

Spoj­rzała na stół. Bu­telka do­brego Chianti. Nowe kie­liszki do wina, ku­piła je na tę oka­zję. Świece. Brix po­de­słał jej dy­plom za wie­lo­let­nią służbę i bu­telkę szam­pana. I jesz­cze ko­perta z OPA.

– To coś po­waż­nego?

– Nie. Prze­zię­bie­nie. Zo­ba­czymy się in­nym ra­zem.

Nie mógł się do­cze­kać końca roz­mowy. Sły­szała to w jego gło­sie.

– Mark… – po­wie­działa ja­koś roz­pacz­li­wie.

– Tak?

– Wiem… wiem, że nie za­wsze mo­głeś na mnie li­czyć. Ni­gdy nie wy­cho­dziło mi… – „mó­wie­nie tych rze­czy”, do­koń­czyła w my­ślach. – Ro­bię ze sobą po­rzą­dek. Masz ab­so­lutne prawo być na mnie zły.

Ci­sza.

– Mark?

– Tak?

– Chcia­ła­bym cię cza­sami zo­ba­czyć.

– Je­stem mocno za­jęty.

– A ju­tro?

– Ju­tro nie za bar­dzo.

Usia­dła. Na stole le­żały zdję­cia od Junc­kera. Od­cięta głowa. Wy­krzy­wione mar­twe usta. Ręka z ta­tu­ażami. Pew­nie z ja­kimś ko­bie­cym imie­niem. Coś jesz­cze, krót­kie słowo, środ­ko­wych li­ter bra­ko­wało – w ich miej­scu wid­niała krwawa rana.

– No to może po­ju­trze. Ty zde­cy­duj kiedy.

– Nie wiem…

Pierw­szą li­terą znisz­czo­nego ta­tu­ażu było wiel­kie M. Za­pi­sane go­ty­kiem.

– Mu­simy się umó­wić kiedy in­dziej – do­dał Mark.

Ostat­nią li­terą było małe a. Całe słowo li­czyło z pięć, sześć li­ter. Nie wię­cej.

– Mamo? Halo?

Wzięła do ręki dłu­go­pis i po­chy­liła się nad zdję­ciem.

– Kiedy in­dziej, mamo. Je­steś tam?

– Tak. Kiedy in­dziej. Do­bra. Tylko daj mi znać.

Roz­łą­czył się, a ona od­two­rzyła bra­ku­jące li­tery. I od­czy­tała cały wy­raz.

Za­dzwo­niła do Brixa.

– Cześć, Lund. Do­sta­łaś szam­pana i pi­smo z OPA? Chcą, że­byś za­częła w przy­szłym ty­go­dniu. Nie mu­sisz prze­cho­dzić przez roz­mowę kwa­li­fi­ka­cyjną. Chyba ci gra­tu­luję.

– Mamy jesz­cze lu­dzi w por­cie?

– Ka­za­łaś im się zwi­nąć. Pa­mię­tasz?

– No to we­zwij ich z po­wro­tem. Stoi tam sta­tek, Me­dea, chcę go obej­rzeć.

– Po­wie­dzia­łaś, że to nie­ważne.

– I wy­ślij ekipę na te­ren Stub­bena. Już jadę.

Miała świetną wy­mówkę, żeby prze­kra­czać pręd­kość. Na­wet nie za­wra­cała so­bie głowy wy­sta­wia­niem ko­guta. W por­cie cze­kała za­łoga ło­dzi. I Ma­thias Borch. Po­wie­dział, że Hart­mann z ekipą są w obo­zo­wi­sku bez­dom­nych ki­lo­metr da­lej.

– Każ mu się stam­tąd zwi­jać – po­le­ciła.

– Pró­bo­wa­łem. Je­steś pewna? Na ile pro­cent?

Po­dała mu zdję­cie, na któ­rym na­pi­sała „Me­dea”.

– Kiedy straż przy­brzeżna skon­tak­to­wała się rano ze stat­kiem, nie roz­ma­wiała z za­łogą. Po­pro­si­łam, żeby te­raz znowu na­wią­zali łącz­ność. Nikt nie ode­brał.

Borch pa­trzył na nią wście­kły.

– Gdy­bym wie­dział, za­trzy­mał­bym Hart­manna!

Lund wzru­szyła ra­mio­nami, wsia­dła do pon­tonu z Junc­ke­rem i dwoma funk­cjo­na­riu­szami.

– No to za­trzy­maj go te­raz – od­parła, gdy ru­szyli na wody portu.

Tro­els Hart­mann po­da­wał ta­le­rze gu­la­szu nie­chluj­nym, ci­chym męż­czy­znom usa­do­wio­nym przy roz­kła­da­nych sto­łach w pro­wi­zo­rycz­nych na­mio­tach. Cuch­nęło tu ta­nim je­dze­niem i ście­kami. Dzien­ni­ka­rze mie­szali się z eki­pami te­le­wi­zyj­nymi, po­dą­ża­jąc za nim od jed­nej por­cji do dru­giej i za­da­jąc py­ta­nia, na które on nie od­po­wia­dał.

Gdy tylko ka­mera ro­biła zbli­że­nie, pre­mier się uśmie­chał. Ka­ren Ne­bel pa­trzyła na to bez uśmie­chu. Chciała, żeby wró­cił do Slot­shol­men na kon­fe­ren­cję pra­sową.

Po­tem Mor­ten We­ber wpro­wa­dził kilku męż­czyzn nio­są­cych skrzynki piwa. Roz­le­gły się wi­waty. Część bez­dom­nych chwy­ciła bu­telki, wstała i wznio­sła to­ast za Hart­manna.

Uśmiech­nął się sze­roko i wy­szedł.

Cią­gle się uśmie­chał, gdy od­wró­cił się do We­bera i rzekł:

– Roz­da­wa­nie go­rzały al­ko­ho­li­kom, Mor­ten. Bar­dzo sprytne.

We­ber się ro­ze­śmiał.

– Zdu­mie­wasz mnie, Tro­els. Pod wie­loma wzglę­dami taki sztyw­niak i pu­ry­ta­nin, a jed­nak… – Cze­kał na od­po­wiedź, ale żad­nej nie usły­szał. – PET chce, że­by­śmy się na­tych­miast stąd zwi­jali. Ich zda­niem wy­stę­puje bez­po­śred­nie za­gro­że­nie.

– Mu­simy się na­tych­miast udać na kon­fe­ren­cję pra­sową – do­dała Ne­bel.

Hart­mann po­krę­cił głową.

– Wszyst­kie pi­smaki są tu­taj, po co im do­kła­dać ro­boty? – Pod­szedł zde­cy­do­wa­nym kro­kiem do sa­mo­chodu, siadł na ma­sce, uśmiech­nął się pro­mien­nie do ka­mer, po­ma­chał.

Na­wet dzien­ni­ka­rze byli za­sko­czeni.

Do­koła zbie­rali się męż­czyźni w cie­płych kurt­kach. Każdy miał w uchu słu­chawkę, od któ­rej przez szyję biegł krę­cony ka­be­lek, każdy miał za­tro­skany wy­raz twa­rzy.

– No do­bra – po­wie­dział Hart­mann ra­do­śnie. – Nie mar­nujmy czasu, co? Ma­cie ja­kieś py­ta­nia? No to słu­cham.

– Cho­lera – wark­nęła Ka­ren Ne­bel.

We­ber roz­ma­wiał z naj­gło­śniej­szym spo­śród funk­cjo­na­riu­szy PET, czło­wie­kiem, który przed­sta­wił się jako Ma­thias Borch. Ne­bel po­de­szła pod­słu­chać. Wy­miana zdań sta­wała się co­raz go­ręt­sza.

– Mó­wi­łem, że ma­cie go stąd za­brać – pe­ro­ro­wał Borch. – Może to zro­bi­cie, co?

– Tro­els jest pre­mie­rem Da­nii – od­parł We­ber, wzru­sza­jąc ra­mio­nami. – Może sam pan chce spró­bo­wać?

– Jesz­cze tylko kilka mi­nut – do­dała Ka­ren Ne­bel, pró­bu­jąc uspo­koić at­mos­ferę.

– Dzi­siaj rano tuż obok zna­le­ziono ciało – po­wtó­rzył Borch i z su­rową miną wy­jął te­le­fon. Co chwila wy­bie­rał ten sam nu­mer.

Lund.

Sa­rah.

Nie od­bie­rała. Ale Ka­ren Ne­bel za­uwa­żyła wy­raz twa­rzy Mor­tena We­bera, wy­raz, któ­rego nie wi­działa ni­gdy wcze­śniej. Mor­ten był blady, wstrzą­śnięty. Prze­stra­szony.

– Po­mo­żemy wszyst­kim, komu się da – mó­wił Hart­mann gło­śno na im­pro­wi­zo­wa­nej kon­fe­ren­cji pra­so­wej. – Ale zdo­łamy to zro­bić wy­łącz­nie wtedy, gdy każdy wnie­sie swój wkład. Do­ty­czy to rów­nież Ze­elanda. Nie do­staną żad­nych spe­cjal­nych przy­wi­le­jów. Po­wta­rzam. Żad­nych wię­cej przy­wi­le­jów.

Nie lu­biła stat­ków. W spra­wie Birk Lar­sen też był sta­tek. Czło­wiek po­wie­szony na li­nie. Jesz­cze je­den nie­wła­ściwy ruch w mroku.

Dwaj męż­czyźni z za­łogi ło­dzi ob­cho­dzili po­kład Me­dei, Junc­ker po­dą­żył za Lund do środka. Wnę­trze frach­towca przy­po­mi­nało ogromną, mar­twą ka­te­drę ze stali i cuch­nęło jak wszyst­kie statki. Sta­ro­ścią i ropą. Prze­ni­kliwe zimno w dłu­gich, głu­chych ko­ry­ta­rzach. Nie było żad­nych śla­dów, do­póki nie do­tarli w po­bliże mostku. Lund pod­nio­sła dłoń, by za­trzy­mać ko­legę, i wska­zała coś przed sobą.

Długa plama na pod­ło­dze. Roz­ma­zana krew. I na ścia­nie. Mu­siał tu upaść ktoś po­waż­nie ranny.

Pró­bo­wał uciec, po­my­ślała. Wi­działa te ob­razy przed oczami, miała je w gło­wie – za­wsze tak się działo, choćby Lund nie wia­domo jak się bro­niła.

Męż­czy­znę za­ata­ko­wano, ja­koś się uwol­nił, wsko­czył do lo­do­wa­tej wody i pró­bo­wał ra­to­wać ży­cie ucieczką wpław.

Czyli mu­siał być bar­dzo prze­ra­żony.

Po­tworny ja­zgot prze­ciął ciem­no­ści. O mało nie do­stała za­wału. As­bjørn Junc­ker nie­po­rad­nie wal­czył z te­le­fo­nem; jako dzwo­nek miał usta­wioną ja­kąś okropną roc­kową so­lówkę na gi­ta­rze. Lund wy­rwała mu te­le­fon i wy­ci­szyła – tak jak za­wsze swój. Do niej też ktoś pró­bo­wał się do­dzwo­nić, od­kąd do­tarli do Me­dei. Czuła, jak te­le­fon wi­bruje jej w kie­szeni. To mo­gło po­cze­kać.

Pod­nio­sła wy­soko la­tarkę w pra­wej ręce. Ze­szli na dół scho­dami. Zbior­niki pa­liwa. Z boku roz­ma­zana krew. W ką­cie mar­twy męż­czy­zna, pra­wie nagi, tylko w brud­nych sli­pach, na klatce pier­sio­wej wiele ran po nożu. Nad­garstki spę­tane dru­tem, kostki też.

– Lund – szep­nął Junc­ker idący z la­tarką w jed­nej i pi­sto­le­tem w dru­giej dłoni, cały czas ce­lu­jąc i szpe­ra­jąc świa­tłem to po le­wej, to po pra­wej stro­nie.

Spoj­rzała. Ko­lejne ciało. W ta­kim sa­mym sta­nie. Rany od noża. Drut. Męż­czyźni byli tor­tu­ro­wani.

– Broń ci nie­po­trzebna, As­bjørn.

– Straż por­towa mó­wiła, że jest ich trzech.

– Tak. Trze­ciego zna­leź­li­śmy rano w ka­wał­kach. A ten, kto to zro­bił, znik­nął. Za sprytny był, żeby tu zo­stać.

Je­dy­nym źró­dłem świa­tła na mostku były włą­czone mo­ni­tory na pul­pi­cie. Obok koła ste­ro­wego stał lap­top. Z otwar­tym pli­kiem. Wy­glą­dało to na sche­mat sys­temu bez­pie­czeń­stwa Ze­elanda.

Lund spraw­dziła, czy ma za­sięg, i ka­zała Junc­ke­rowi za­dzwo­nić do Brixa, ścią­gnąć ekipę. Po­tem sama za­dzwo­niła do Bor­cha.

– Nie wiem, co tu się dzieje… – za­częła i po­wie­działa mu o cia­łach i wła­ma­niu do sys­temu bez­pie­czeń­stwa Ze­elanda.

Słu­chał, nic nie mó­wił. W aka­de­mii po­li­cyj­nej Ma­thias Borch był pry­mu­sem. By­stry i od­dany. Ale ni­gdy nie my­ślał szybko.

– Hart­manna już tam nie ma, co? – za­koń­czyła Sa­rah.

– Udziela się na im­pro­wi­zo­wa­nej kon­fe­ren­cji pra­so­wej. Dla­czego nie od­bie­ra­łaś?

– By­łam w ła­do­wni tego cho­ler­nego statku. Kim­kol­wiek są ci wła­my­wa­cze, tu mieli bazę. – Ru­szyła przez ciem­no­ści z la­tarką w ręku. Pa­trzyła.

Na ścia­nie w głębi zdję­cia. Mnó­stwo, mnó­stwo zdjęć po­kry­wa­ją­cych ma­lo­waną stal.

Za­trzy­mała się. Po­li­tycy i prze­my­słowcy. Twarz obok wy­cin­ków pra­so­wych: Aldo Moro. Były pre­mier Włoch po­rwany przez Czer­wone Bry­gady. Prze­trzy­my­wali go przez pięć­dzie­siąt pięć dni, a po­tem za­strze­lili i po­rzu­cili ciało w sa­mo­cho­dzie na ulicy. Obok wi­siał ar­ty­kuł o Tho­ma­sie Nie­der­may­erze, nie­miec­kim prze­my­słowcu po­rwa­nym przez Pro­vi­sio­nal IRA, ska­to­wa­nym, za­mor­do­wa­nym i po­grze­ba­nym na wy­sy­pi­sku pod Bel­fa­stem. Ten ar­ty­kuł był o wiele śwież­szy, Lund nie mo­gła się od niego ode­rwać. Dzie­sięć lat po zna­le­zie­niu ciała nie­miec­kiego prze­my­słowca wdowa po nim wró­ciła do Ir­lan­dii, we­szła do oce­anu i uto­nęła. Po­tem sa­mo­bój­stwo po­peł­niły dwie ich córki. Nie­prze­rwany ciąg nie­szczęść w na­stęp­stwie jed­nego bru­tal­nego czynu…

– Pa­trzę tu na zdję­cia po­rwa­nych po­li­ty­ków – po­wie­działa Lund, nie wie­dząc na­wet, czy Borch słu­cha. – Mar­twych. Mu­sisz na­tych­miast za­brać stam­tąd Hart­manna.

Lu­dzie z PET wdarli się w tłum pi­sma­ków, nie­mal zdjęli Hart­manna z ma­ski sa­mo­chodu i wsa­dzili go do fur­go­netki wraz z We­be­rem i Ka­ren Ne­bel.

Bły­ska­jące świa­tła. Sy­reny. Cała trójka sie­działa na ławce na­prze­ciwko dwóch uzbro­jo­nych funk­cjo­na­riu­szy, gdy sa­mo­chód pę­dem opu­ścił port i po­gnał do mia­sta.

– Nie mogą mnie tak trak­to­wać – na­rze­kał Hart­mann. – Nie po­zwolę na to.

– Po­li­cja zna­la­zła dwa ciała na statku w por­cie – po­wie­dział We­ber. – A rano jesz­cze jedno. Zdję­cia po­rwa­nych po­li­ty­ków. Ow­szem, mogą cię tak trak­to­wać.

Szef po­słał mu wście­kłe, mściwe spoj­rze­nie.

– Sprawę pro­wa­dzi Lund – do­dał We­ber.

Obaj za­mil­kli.

– Kim jest Lund? – spy­tała Ne­bel.

– Dużo by mó­wić – od­parł Hart­mann. A do We­bera do­dał: – Po­ga­daj z Po­li­ti­går­den. Nie z Bri­xem. Obejdź go, uderz do ko­goś nad nim. Nie chcę jej wi­dzieć.

– Czy ktoś po­wie mi, o co cho­dzi? – do­po­mniała się Ne­bel.

– Kie­dyś już po­peł­niła wielki błąd – wy­ja­śnił We­ber. – Mało przez nią nie prze­gra­li­śmy wy­bo­rów. To się wię­cej nie po­wtó­rzy.

Za­dzwo­nił jego te­le­fon. Fur­go­netka pod­sko­czyła na nie­rów­no­ści, a po chwili wresz­cie do­tarła do ja­kiejś po­rząd­nej drogi.

Ne­bel od­wró­ciła się do Hart­manna.

– Nie po­wi­nie­neś skła­dać tych obiet­nic. Nie mo­żesz z mar­szu two­rzyć po­li­tyki. Nie wiesz, jaka bę­dzie od­po­wiedź Ze­elanda. Mu­sisz mi po­zwo­lić to ogar­nąć. Nie je­stem od pa­trze­nia, jak so­bie strze­lasz sa­mo­bóje.

To go chyba tro­chę uba­wiło.

– A to wła­śnie ro­bię?

– Nie każ mi dzia­łać po omacku. Wiem, że pra­cu­jesz z Mor­te­nem wiele lat, ale ze mną nie. Chcę być ze wszyst­kim na bie­żąco.

Hart­mann uda­wał zdu­mio­nego.

– Co do­kład­nie chcesz wie­dzieć?

– Pie­przysz Rosę Le­bech?

Opadł na opar­cie. Nie pa­trzył na nią.

Mor­ten We­ber za­koń­czył swoją roz­mowę.

– Ze­eland wła­śnie opu­bli­ko­wał de­menti. Zdaje się, że za­wie­sili dy­rek­tora. Ro­bert Zeu­then oznaj­mił pu­blicz­nie, że on oso­bi­ście, a także Ze­eland jako firma w pełni wspie­rają plan na­praw­czy rządu.

Na ze­wnątrz świa­tła. Wjeż­dżali do cen­trum. Slot­shol­men. Nie­długo znowu za­siądą w cie­płych biu­rach Chri­stians­borgu.

Hart­mann się ro­ze­śmiał. Pro­mie­niał. We­ber nie pa­trzył na Ka­ren Ne­bel.

– Obaj wie­dzie­li­ście, że to na­stąpi, prawda? – spy­tała.

– Mor­ten ma wszę­dzie przy­ja­ciół – od­rzekł Hart­mann. – Może mały pta­szek zdra­dził mu, że ga­zeta za­mie­rza do­pie­przyć Kor­ne­ru­powi. – Klep­nął We­bera w ko­lano. – Nie że­bym chciał wie­dzieć.

Fur­go­netka wje­chała na dzie­dzi­niec przed pa­ła­cem. Dwóch funk­cjo­na­riu­szy po­de­szło do niej i otwo­rzyło drzwi. Hart­mann nie drgnął.

– Mu­simy wy­dać oświad­cze­nie dla prasy, Ka­ren. Ty je tak świet­nie for­mu­łu­jesz, tak pięk­nie. Chciał­bym tak umieć.

Cień uśmie­chu.

– Ale naj­pierw mi je po­każ, do­bra? – do­dał. – Po­tem pod­rzuć ko­pię Ussin­gowi, z naj­ser­decz­niej­szymi po­zdro­wie­niami ode mnie.

Ka­ren Ne­bel pierw­sza ru­szyła do bu­dynku. We­ber za­trzy­mał Hart­manna na scho­dach, za­cze­kał, aż ochro­nia­rze od­dalą się na tyle, by ich nie sły­szeć.

– Ona ma ra­cję? Ob­ra­casz Rosę Le­bech?

Twarz Hart­manna spo­waż­niała.

– Nie mam na to czasu – od­parł i po­szedł przed sie­bie.

We­ber chwy­cił go za ra­mię.

– Już za­pi­na­łem ci roz­po­rek przy tych głu­po­tach z Birk Lar­sen. Mie­li­śmy szczę­ście jak cho­lera, że się z tego wy­wi­nę­li­śmy. Nie proś mnie o to znowu.

– Je­stem sin­glem, wdow­cem. Każdą go­dzinę prze­pra­co­wuję na rzecz tego kraju. Mam prawo do ży­cia pry­wat­nego. I mam prawo być ko­chany. – Po chwili na­my­słu do­dał: – Nie mia­łem z tamtą dziew­czyną nic wspól­nego.

– Ach… – Ski­nął głową We­ber. – To mi­łość, tak? – Za­cze­kał. Zero od­po­wie­dzi. – W sa­mym środku kam­pa­nii wy­bor­czej? Którą i tak mo­żemy prze­grać? Z ca­łym tym gów­nem zwią­za­nym z Ze­elan­dem, z Lund cza­jącą się za ro­giem… ty po­su­wasz sze­fową par­tii, któ­rej po­trze­bu­jemy, by oca­liła nam skórę.

Hart­mann jęk­nął.

– Okaż mi tro­chę za­ufa­nia, Mor­ten. Pa­nuję nad tym. Rosa za­pewni mi głosy Par­tii Cen­trum. Po­prą moją kan­dy­da­turę na sta­no­wi­sko pre­miera. Sprawa z Ze­elan­dem jest już wy­pro­sto­wana, a ty masz do­pil­no­wać, żeby Lund się do nas nie zbli­żyła. – Po­ło­żył rękę na ple­cach We­bera i po­pro­wa­dził go w stronę pa­łacu. – I do­pil­nu­jesz, prawda?

Maja Zeu­then ni­gdy nie lu­biła Drak­kara. Przed śmier­cią ojca Ro­berta miesz­kali w daw­nym domku ogrod­nika na te­re­nie po­sia­dło­ści, cie­szyli się wy­cho­wy­wa­niem dwójki swo­ich pięk­nych dzieci w ma­leń­kim, schlud­nym bu­dy­neczku, który kie­dyś słu­żył szczę­śli­wemu czło­wie­kowi.

Tam bar­dzo się ko­chali.

Po­tem na bar­kach jej męża spo­częło brze­mię pro­wa­dze­nia firmy, a jed­no­cze­śnie na­ra­stał kry­zys. Nie tylko w Ze­elan­dzie. Na ca­łym świe­cie.

Wpro­wa­dzili się do Drak­kara. Miesz­kali pod smo­kiem. Za­gu­bili się w jego roz­le­głych pię­trach i ogrom­nych, pu­stych po­miesz­cze­niach.

Rola szefa Ze­elanda prze­ra­stała Ro­berta, w do­datku nie po­zwa­lał so­bie po­móc. Pro­po­no­wała. Prze­grała. Ich mi­łość ga­sła. Za­częły się kłót­nie. Ona się od­da­lała, on co­raz wię­cej czasu spę­dzał skryty za czar­nymi szy­bami biura w por­cie, a kiedy po­ja­wiał się w domu, kłó­cili się. Dwie małe twa­rzyczki cza­sami przy­glą­dały się temu już od progu.

Do­cho­dziła dwu­dzie­sta. Służba po­dała ko­la­cję. Maja zja­dła z Emi­lie i Car­lem, pró­bu­jąc pro­wa­dzić nie­zo­bo­wią­zu­jącą roz­mowę. Za­uwa­żyła, jak oboje mil­kli, gdy pró­bo­wała po­ru­szyć te­mat Car­stena.

Był od niej młod­szy. Ciężko pra­co­wał, miał ja­kieś pro­blemy w szpi­talu, a jak po­wie­dział Ro­bert, to nie były jego dzieci, i cza­sami dało się to po­znać po jego chło­dzie i złym hu­mo­rze.

Sami po­sprzą­tali po so­bie ze stołu. Po­wie­działa Re­in­hard­towi, żeby po­je­chał do sie­bie. Miał żonę, do­ro­słe dzieci. Dom nad wodą, nie­opo­dal sie­dziby Ze­elanda. Ale i tak zo­stał w pa­łacu, ob­ser­wo­wał i się mar­twił. Ro­bert, kiedy był chłop­cem, trak­to­wał go jak ro­dzinę, jak za­wsze obec­nego wujka.

Emi­lie i Carl po­szli na górę. Grać. Oglą­dać te­le­wi­zję. Po­ba­wić się.

Maja sie­działa sama na wiel­kiej ka­na­pie, wpa­tru­jąc się w ob­raz na ścia­nie: szare, ża­ło­sne płótno przed­sta­wia­jące ocean w cza­sie strasz­li­wego sztormu. Kiedy się roz­sta­wali, ich córka po­wie­działa, że nie­na­wi­dzi tego ob­razu. I że ko­ja­rzy jej się ze śmier­cią dziadka. Gdyby Maja się nie wy­pro­wa­dziła, już dawno by stąd znikł.

Na scho­dach po­ja­wiła się Emi­lie w nie­bie­skim płasz­czyku, ró­żo­wych ka­lo­szach i z ple­cacz­kiem, na któ­rego bo­kach wid­niały ku­cyki.

– Do­kąd idziesz?

Dziew­czynka nie­ru­cho­mym wzro­kiem pa­trzyła matce pro­sto w oczy.

– Na­kar­mić jeża.

– Jeża? O tej po­rze?

– Tata mówi, że mogę.

– Taty nie ma.

– Za­raz wrócę.

– Pójdę po Carla – po­wie­działa Maja. – I ra­zem pój­dziemy do jeża.

Mała usia­dła na scho­dach. Kiedy Maja wró­ciła z chłop­cem, już jej nie było.

– Emi­lie! – Sta­rała się, żeby w jej gło­sie nie było zbyt dużo zło­ści.

Za­dzwo­nił Ro­bert.

– Emi­lie gdzieś znik­nęła. Po­wie­działa, że idzie na­kar­mić jeża.

Ro­ze­śmiał się. Lu­biła jego śmiech.

– Ostat­nio karmi go co noc. Mu­simy usta­lić, ja­kie dać jej zwie­rzątko. Nie są­dzę, żeby się za­do­wo­liła pa­ty­cza­kiem.

– Też nie są­dzę.

Czy za­uwa­żył, że udało mu się ją roz­śmie­szyć? Czy dla niej to coś zna­czyło?

– Re­in­hardt roz­py­tał o kota – po­wie­działa. – Ogrod­nik mó­wił, że wi­dział ja­kie­goś za ogro­dze­niem. Gdzieś nad stru­mie­niem. Emi­lie się tam cza­sem wa­łę­sała.

– Za ogro­dze­niem? – W jego gło­sie po­ja­wiło się lek­kie na­pię­cie.

– Tak. To nic po­waż­nego, Ro­ber­cie. Car­sten mówi, że je­śli bę­dziemy ją sma­ro­wać ma­ścią, za kilka dni wy­do­brzeje. Prze­pra­szam, że tak się wście­kłam.

– Nie po­winna sama wy­cho­dzić. Nie bez po­wodu mamy ochronę.

Chwila ci­szy.

– Jadę do domu – po­wie­dział na­gle.

Maja po­de­szła do drzwi wej­ścio­wych i za­sta­no­wiła się, jak długo tym ra­zem bę­dzie mu­siała cze­kać. W wy­so­kiej, ele­ganc­kiej sieni je­dy­nym brzyd­kim ele­men­tem wy­stroju były nie­bie­skie pul­su­jące świa­tła i nie­wiel­kie ekrany mo­ni­to­ringu, który strzegł pa­łacu i ca­łego te­renu.

Na więk­szo­ści tych ekra­nów wi­dać było te­raz drzewa ko­ły­szące się w zi­mo­wym wie­trze, na­gie ga­łę­zie po­ru­sza­jące się nie­stru­dze­nie.

Pa­trzyła na nie bez­radna, gdy na­gle ob­raz na jed­nym z mo­ni­to­rów znikł; zo­stał tylko nie­bie­ski ko­mu­ni­kat o braku sy­gnału. Po chwili wy­łą­czył się drugi. A po­tem cała reszta.

Zdję­cia. Dzie­siątki zdjęć. Na ścia­nach. Na pod­ło­dze.

Czarno-białe twa­rze, któ­rych Lund nie znała. Lu­strzanka Ca­nona z te­le­obiek­ty­wem. Do­ku­menty na te­mat ru­chu stat­ków. Coś, co wy­glą­dało na sche­mat za­bez­pie­czeń Ze­elanda, róż­nych jego bu­dyn­ków, za­kła­dów, biur. I pry­wat­nych po­sia­dło­ści.

– Nie ro­zu­miem – ode­zwał się Junc­ker, świe­cąc la­tarką na apa­rat. – Po co ktoś miałby się tu ukry­wać? I za­bi­jać trzech ma­ry­na­rzy tylko po to, żeby do­ko­pać ja­kie­muś po­li­ty­kowi?

Lund le­d­wie go słu­chała. Na biurku w ką­cie zna­la­zła plik ko­lo­ro­wych wy­dru­ków. Na nie­któ­rych zdję­cia lot­ni­cze z in­ter­netu. Traw­niki i drzewa. Wi­dok z sa­te­lity na ja­kąś wielką po­sia­dłość.

Zwy­czaj­nie wy­glą­da­jący męż­czy­zna obok lśnią­cego Range Ro­vera. Koło czter­dziestki, w gar­ni­tu­rze. Spra­wiał wra­że­nie bar­dzo nie­szczę­śli­wego.

– To Ro­bert Zeu­then – po­wie­dział Junc­ker. – Ten ko­leś od Ze­elanda.

Prze­ło­żyła wy­druk, spoj­rzała na na­stępny. Zeu­then idący do sa­mo­chodu, w środku dwie małe po­sta­cie. Na wy­druku wid­niała data i go­dzina. Szes­na­sta trzy­dzie­ści. Dzi­siaj.

– Nie ro­zu­miem…

– Już to mó­wi­łeś, As­bjørn.

Za­milkł.

Lund spoj­rzała na dru­karkę. Bły­skało na niej czer­wone świa­tełko. Za­bra­kło pa­pieru, nim skoń­czyło się dru­ko­wa­nie. Wzięła z biurka kilka kar­tek i wło­żyła do po­daj­nika.

Urzą­dze­nie za­grze­cho­tało, za­fur­czało i na po­wrót za­częło dru­ko­wać.

Wy­cho­dziły po­woli, zdję­cie po zdję­ciu.

Każde przed­sta­wiało dziew­czynkę w nie­bie­skich dżin­sach i kurtce. Blon­d­włosą. Z ka­mienną twa­rzą, z wy­jąt­kiem chwili, gdy zo­ba­czyła ojca i uznała, że po­trzebny mu jej uśmiech.

I ostat­nie. Zbli­że­nie. Nie z te­le­obiek­tywu. Dziew­czynka śmiała się do osoby, która trzy­mała apa­rat. W ra­mio­nach trzy­mała kotka.

– Tu nie cho­dzi o Hart­manna – po­wie­działa Lund i chwy­ciła te­le­fon.

Zeu­then za­trzy­mał swój wielki sa­mo­chód na żwi­rze tak ostro, że aż go za­rzu­ciło, nie za­trza­snął na­wet drzwi i po­biegł do domu. W progu stała Maja, dy­go­tała w kurtce.

Oczy sze­roko otwarte, prze­ra­żona, zra­niona.

– Dzwo­niła po­li­cja – szep­nęła. – Ka­zali nie wy­cho­dzić z domu. Wy­sy­łają…

– Gdzie dzieci?

– Carl na gó­rze. Emi­lie…

Jej twarz po­wie­działa mu wszystko.

Zeu­then wpadł do środka, chwy­cił la­tarkę, wy­biegł przed dom i ru­szył w mrok, świe­cąc do­okoła.

Maja do niego do­łą­czyła.

– Jak długo jej nie ma? – spy­tał.

– Po­wie­działa, że idzie na­kar­mić jeża. I że jej po­zwa­lasz.

– Jak długo jej nie ma? – po­wtó­rzył.

– Czter­dzie­ści mi­nut. Go­dzinę.

Drak­kar ota­czały wy­myślne ogrody, stawy, je­ziora, kort te­ni­sowy, pole do kry­kieta i te­ren pik­ni­kowy. Da­lej ro­sły lasy cią­gnące się aż do mo­rza.

Wo­kół bie­gło wy­so­kie ogro­dze­nie pod­łą­czone do po­tęż­nego naj­no­wo­cze­śniej­szego sys­temu bez­pie­czeń­stwa, za­wia­dy­wa­nego z biur Ze­elanda w por­cie.

Coś mu wpa­dło do głowy.

Wszedł z po­wro­tem do holu i za­czął wpa­try­wać się w pu­ste ekrany na ścia­nie.

Wró­cił na pod­jazd. Je­den z ogrod­ni­ków za­trzy­mał się nie­opo­dal, zdzi­wiony za­mie­sza­niem. Zeu­then chwy­cił go, spy­tał o dziurę w ogro­dze­niu, tę nie­da­leko po­toku. Ja­kiego po­toku? Po­to­ków było kilka.

Męż­czy­zna nie umiał od­po­wie­dzieć. Zeu­then był co­raz bar­dziej zroz­pa­czony. Dzie­wię­cio­latka za­gu­biona w roz­le­głych ogro­dach i le­sie wo­kół domu. Tyle że tak się to­czyła więk­szość ba­jek, przy­naj­mniej przez ja­kiś czas.

Nie­bie­skie świa­tła zbli­ża­jące się pod­jaz­dem. Sy­reny. Pa­trzyli, jak obok jego Range Ro­vera gwał­tow­nie za­trzy­muje się ra­dio­wóz. I za­raz na­stępne.

Ko­bieta wy­cią­gnęła le­gi­ty­ma­cję. Ko­lejny biały sa­mo­chód z na­pi­sem „Po­liti” na boku staje w po­bliżu, po­tem jesz­cze je­den. Wszystko za­głu­szał mia­rowy ło­skot nie­wi­docz­nego śmi­głowca, jego wir­nik roz­dzie­rał noc na ka­wałki.

– Po­li­cja, Sa­rah Lund – przed­sta­wiła się ko­bieta. – Gdzie jest pań­stwa córka?

Ro­bert Zeu­then od­wró­cił się w stronę gę­stego lasu, na próżno szu­ka­jąc słów.

Tam ostat­nio cho­dziła, nie wia­domo dla­czego. Po­wi­nien zwró­cić na to uwagę.

Przez ciemny las, w któ­rym bez­listne drzewa nie da­wały żad­nego schro­nie­nia, Lund szła i szła. Ka­zała funk­cjo­na­riu­szom prze­szu­ki­wać nie­prze­byty ciemny te­ren do­koła po­sia­dło­ści, po­kie­ro­wała nimi. Zo­sta­wiła Junc­kera, by prze­ka­zał in­for­ma­cje resz­cie ekipy przy­by­wa­ją­cej z Po­li­ti­går­den. Zeu­the­no­wie nie byli zwy­czajną ro­dziną. Kto sta­no­wił dla nich za­gro­że­nie, rzu­cał wy­zwa­nie ca­łemu pań­stwu.

Pró­bo­wała po­wie­dzieć Ro­ber­towi Zeu­the­nowi, co ro­bić. Na próżno. Męż­czy­zna jej nie słu­chał, krzy­czał i bie­gał, omia­ta­jąc wszystko świa­tłem la­tarki.

Lund po­szła za nim, wy­cią­gnęła go z ni­skiego rowu, który na­zy­wał po­to­kiem, a do któ­rego wła­śnie się wto­czył. Pró­bo­wała roz­ma­wiać. Prze­ko­ny­wać. I pa­trzyła.

Po ja­kimś cza­sie do­tarli do wy­so­kiego, so­lid­nego ogro­dze­nia. Za nim roz­cią­gały się otwarte prze­strze­nie, dzi­kie te­reny. Tu zna­leźli wy­ciętą dziurę, na tyle dużą, by prze­szło przez nią dziecko.

Rzu­cił się na siatkę, roz­darł dziurę jesz­cze bar­dziej.

– Co tu się działo, pa­nie Ro­ber­cie? – spy­tała. – Musi mi pan po­wie­dzieć.

– Za­wsze robi, co chce.

– Mu­szę wie­dzieć!

Wtedy to z sie­bie wy­rzu­cił. Że ktoś wi­dział ją, jak karmi kota. Że mo­ni­to­ring się wy­łą­czył, cho­ciaż ta­kiej dziury i tak by nie wy­ła­pał.

Po­tem padł na ko­lana i na czwo­ra­kach prze­lazł przez otwór w siatce. Ubło­cony gar­ni­tur, dro­gie buty, uwa­lane ręce.

Lund po­dą­żyła za nim. Gdzieś za sobą sły­szała zna­jomy głę­boki głos, który ka­zał się jej za­trzy­mać, za­cze­kać.

Za ogro­dze­niem w wy­so­kiej tra­wie do­strze­gła ta­le­rzyk i kar­ton mleka.

Już nie pró­bo­wała roz­ma­wiać z Zeu­the­nem. Na­gie drzewa, zimna, ciemna noc. Pu­ste, obo­jętne oko­lice. Wszystko to już znała.

Po ja­kimś cza­sie się za­trzy­mał, wy­dał zbo­lały okrzyk. Do­go­niła go i zo­ba­czyła, co trzyma w rę­kach: ró­żowy ka­losz, dzie­cięcy.

– Pro­szę, niech pan to odłoży. Niech pan ni­czego nie do­tyka.

Nie mu­siała py­tać, czy to ka­losz Emi­lie. Od­po­wiedź była oczy­wi­sta.

Ko­lejne świa­tła. Brix cią­gle po­krzy­ki­wał, żeby się za­trzy­mała, żeby za­cze­kała.

Gdy pa­trzyła, jak Zeu­then na­tra­fia na swoje zna­le­zi­sko, za­sta­na­wiała się, ile już razy to sły­szała. I ile jesz­cze razy usły­szy.

– Musi nam pan to zo­sta­wić.

To na­sza ro­bota, po­my­ślała. Je­dyne, co mo­żemy zro­bić.

Śmi­gło­wiec le­ciał gdzieś bli­sko. Obej­rzała się. Zbli­żała się do nich sze­roka ty­ra­liera po­li­cjan­tów z la­tar­kami. Na przo­dzie wy­soka po­stać. To mógł być tylko Brix. Wrzesz­czał.

Na­gle na coś wpa­dła. Przez chwilę nie ro­zu­miała, co się dzieje.

To był Zeu­then. Za­trzy­mał się przed ni­skim cier­ni­stym krze­wem, oświe­tlił la­tarką na­gie ga­łę­zie. Wi­siał na nich dzie­cięcy ple­ca­czek, z ku­cy­kami na bo­kach. Zeu­then po niego się­gnął.

Dość. Sta­now­czym gło­sem ka­zała mu się cof­nąć, chwy­ciła go za ło­kieć i od­cią­gnęła, a gdy jej nie po­słu­chał, wło­żyła la­tek­sowe rę­ka­wiczki, się­gnęła po ple­ca­czek i zdjęła go z krzaka.

To chwilę za­jęło. Ktoś go tam rzu­cił roz­myśl­nie. Za­nim go zdjęła, do­go­nił ich Brix.

– Wie­cie, gdzie może być dziew­czynka? – spy­tał.

Zeu­then nie był w sta­nie wy­do­być z sie­bie głosu. Nad­bie­gła jego żona. Za­dy­szana, bez­sku­tecz­nie pró­bo­wała coś po­wie­dzieć.

Przy­biegł Junc­ker i za­mel­do­wał, że na dro­dze grun­to­wej po dru­giej stro­nie łąki zna­leźli ślady opon.

– I jesz­cze to… – Wy­cią­gnął rękę z to­rebką do­wo­dową, oświe­tlił la­tarką jej za­war­tość. Mała srebrna bran­so­letka. – Jest na niej jej imię.

Maja Zeu­then mil­czała. Jej mąż wpa­try­wał się w przed­miot w dłoni mło­dego po­li­cjanta.

Gdzieś za­szcze­kał pies.

Do Zeu­the­nów pod­szedł Brix.

– Do po­szu­ki­wań włą­cza się woj­sko. Mamy w re­jo­nie śmi­gło­wiec.

– Sły­szę go – szep­nęła Lund, usi­łu­jąc otwo­rzyć za­mek ple­caczka.

– Ro­bimy wszystko, co w na­szej…

Ko­bieta za­częła łkać. Zeu­then wy­cią­gnął do niej ręce. Od­su­nęła się.

Lund wresz­cie otwo­rzyła ple­ca­czek. Zaj­rzała do środka. Znaj­do­wał się tam tylko tani smart­fon. Wy­jęła go ostroż­nie.