The Killing. Tom 3. Odcinek 2 - Dawid Hewson - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

The Killing. Tom 3. Odcinek 2 ebook i audiobook

David Hewson

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Listopad. Dania pogrążona jest w kryzysie. Od głośnej sprawy zaginięcia Nanny Birk Larsen minęło sześć lat, a Troels Hartmann, ówczesny kandydat na burmistrza, stoi dziś na czele rządu jako premier.

Tymczasem z pilnie strzeżonej posiadłości potężnego biznesmena Roberta Zeuthena znika jego dziewięcioletnia córka Emilie. Szybko się okazuje, że odpowiedzi na pytania trzeba szukać w Christianborgu, w świecie politycznych układów, pozorów i bezwzględnych rozgrywek, w którym ministrowie i doradcy premiera zrobią wszystko, by chronić swoje interesy.

Śledztwo nabiera jeszcze mroczniejszego wymiaru, gdy okazuje się, że porwanie Emilie może mieć związek z samobójstwem młodej dziewczyny sprzed kilku lat.

Czy bezkompromisowa Sarah Lund po raz kolejny zdoła odkryć prawdę? Jedno jest pewne – ona zawsze widzi więcej niż inni.

„The Killing” to rewelacyjna powieść kryminalna, która już osiągnęła status kultowej, podobnie jak jej pierwowzór, duński serial „Forbrydelsen”, na podstawie scenariusza Sørena Sveistrupa, oraz jego amerykański remake. Zapraszamy do wysłuchania drugiego, ostatniego odcinka trzeciego tomu!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 286

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 12 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Maciej Kowalik

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Frag­ment

Ty­tuł ory­gi­nału: The Kil­ling 3. Part 2

Prze­kład z ję­zyka an­giel­skiego: Ewa Penk­syk-Klucz­kow­ska

Co­py­ri­ght © Da­wid Hew­son, 2026

This edi­tion: © Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt gra­ficzny okładki: Mar­cin Sło­ciń­ski

Re­dak­cja: Alek­san­dra Pie­trzyń­ska

Ko­rekta: Anna No­wak

ISBN 978-91-8098-687-8

Opra­co­wa­nie e-bo­oka:Mar­cin Sło­ciń­ski / www.mo­ni­ka­imar­cin.com

Wszel­kie po­do­bień­stwo do osób i zda­rzeń jest przy­pad­kowe.

Gyl­den­dal A/S Kla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

www.gyl­den­da­la­stra.fi

6

Po­nie­dzia­łek, 14 li­sto­pada

De­li­katny szum da­le­kich fal. Krzyki sprze­cza­ją­cych się mew. Nie­zna­jome łóżko. Upo­rczywy dzwo­nek te­le­fonu.

Lund obu­dziła się naga pod ta­nim po­lie­stro­wym prze­ście­ra­dłem pen­sjo­natu w Gud­bjer­ghavn. Sama. Przez chwilę nie mo­gła tego zro­zu­mieć.

Ubra­nia roz­rzu­cone po zbyt ja­skra­wym po­ma­rań­czo­wym dy­wa­nie. Ze­gar wska­zy­wał ósmą trzy­dzie­ści je­den. Jej te­le­fon dzwo­nił w to­rebce przy łóżku.

Chwy­ciła go, dzię­ku­jąc nie­bio­som, że Bor­cha nie ma.

– Gdzie je­steś?! – krzyk­nął Brix.

– Za­raz…

– Wła­mano się do szkoły! Borch się tam rzą­dzi. To nie jest mój czło­wiek, wy­sła­łem tam cie­bie, nie jego. Zbie­raj się.

Za­słony były tylko odro­binę za­cią­gnięte. Za­sta­na­wiała się, kto ich wi­dział. Wy­szła z łóżka i za­kryła okno do końca. Po­zbie­rała ubra­nia z pod­łogi, prze­mknęła do swo­jego po­koju. Naj­szyb­szy w świe­cie prysz­nic. Po­tem mi­nęła tym­cza­sowe biuro – od­pro­wa­dzana uważ­nym spoj­rze­niem cie­kaw­skich oczu – i do­tarła do sa­mo­chodu.

Mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie, gdy Lund wy­ru­szyła do szkoły, Hart­mann usa­do­wił się w ma­łej ka­wia­rence, do któ­rej co­dzien­nie przed pracą lu­bił za­cho­dzić Mor­ten We­ber. Znaj­do­wała się w oko­li­cach Dworca Głów­nego, nie­opo­dal skrom­nego miesz­ka­nia, które We­ber ku­pił wiele lat temu, za­raz po stu­diach, gdy do­stał swoją pierw­szą pracę jako ana­li­tyk po­li­tyczny. Stu­dio­wali na tym sa­mym roku. Przy­stojny, elo­kwentny, uro­czy Hart­mann był twa­rzą ich spółki, We­ber jej mó­zgiem. Ra­zem spi­sko­wali i knuli, la­wi­ru­jąc wśród miej­sco­wych po­li­ty­ków; naj­pierw do­tarli do ko­pen­ha­skiego Ra­tu­sza, by po­tem się­gnąć po naj­waż­niej­sze tro­feum: pre­mie­ro­stwo.

Na ogół spo­ty­kali się twa­rzą w twarz. Ale za­wsze po­zo­sta­wały ja­kieś na­pię­cia, które cza­sami do­pro­wa­dzały do eks­plo­zji.

– Spóź­ni­łeś się – po­wie­dział Hart­mann, gdy usiadł i za­mó­wił kawę.

Li­mu­zyna rzą­dowa za­par­ko­wała przed lo­ka­lem, ochro­nia­rze stali w nie­wiel­kiej pla­mie zi­mo­wego słońca. We­ber nie pod­niósł wzroku.

– Mogę ci po­sta­wić śnia­da­nie? – za­py­tał.

– Stać mnie na śnia­da­nie. Spier­da­laj.

– Ja­każ od­miana po ra­do­snym po­ranku. Zdą­żasz może do biura?

– Eg­ze­ku­cje śred­nio mnie ba­wią, dzięki.

Hart­mann kiw­nął głową.

– Nie zło­ży­łem re­zy­gna­cji.

Mor­ten wle­pił ma­leń­kie oczka w pre­miera.

– To się po­wta­rza. Prze­cho­dzi­li­śmy przez to sześć lat temu. Wtedy też Lund krę­ciła się w po­bliżu. Zre­zy­gno­wał­byś wów­czas, gdyby nie ja.

To była prawda. Ale nie mu­siał so­bie tego przy­po­mi­nać.

– My­śla­łem, że do­pa­dli­śmy Ussinga – po­wie­dział. – Nie­stety. Może te zdję­cia, które Ka­ren zna­la­zła, były zbyt do­bre, żeby mo­gły być praw­dziwe. Oka­zuje się, że Ussing z Schult­zem od lat się przy­jaź­nili. Cza­sami grali ra­zem w squ­asha.

– Nie ufaj lu­dziom, któ­rzy grają w squ­asha. – We­ber, czło­wiek przy­sa­dzi­sty, nie był pa­sjo­na­tem sportu. – To nie­na­tu­ralne.

– Cią­gle szu­kają ciała Emi­lie Zeu­then. Brix jest po­wścią­gliwy. Nie są­dzę, żeby miał po­ję­cie, czy ona żyje, czy nie… i czy Lund jest na ja­kimś tro­pie.

We­ber od­su­nął fi­li­żankę po ka­wie, zer­k­nął na ze­ga­rek i ziew­nął.

– Po­trze­buję cię dzi­siaj, Mor­ten.

– Za­wsze mnie po­trze­bu­jesz.

– Więc przyj­dziesz?

– Ogłu­chłeś?

– Nim dzień się skoń­czy, albo zo­stanę kró­lem na zamku, albo Bir­git Eg­gert bę­dzie stała nad moim zim­nym, znie­ru­cho­mia­łym cia­łem. Na­prawdę chcesz to prze­ga­pić?

We­ber do­pił kawę, pod­niósł fi­li­żankę, przy­wo­łał wzro­kiem śliczną kel­nerkę zza baru. Bez słowa po­de­szła i do­lała mu do pełna, uśmie­cha­jąc się przy tym pro­mien­nie do Hart­manna, który od­po­wie­dział jej tym sa­mym.

– Na­wet o tym nie myśl, Tro­els – syk­nął We­ber po jej odej­ściu. – To dziecko, ma dzie­więt­na­ście lat. A i to nie­ko­niecz­nie.

– Je­stem tylko miły. Lu­dzie tego ocze­kują. Ty za­wsze my­ślisz o mnie jak naj­go­rzej.

– Jak są­dzisz, ja­kie są szanse?

– Do­bre py­ta­nie – za­uwa­żył Hart­mann. – Je­śli ob­rzucę Ussinga odro­biną błota, a ono choć tro­chę do niego przy­lgnie… To też coś. Gdyby Bóg był tak miły, żeby oży­wić Emi­lie Zeu­then… kto wie?

We­ber za­mknął oczy.

– Ty się martw tylko o to, na co masz wpływ. Ile razy mu­szę to po­wta­rzać?

– Na nic nie mam wpływu, je­śli cie­bie nie ma. Czy to już taki ry­tuał? Kłó­cimy się, ty od­cho­dzisz, kilka go­dzin póź­niej po­ja­wiasz się w biu­rze, jakby nic się nie stało. Wszy­scy klasz­czą. Do­bry stary Mor­ten. W końcu po­wraca.

Tyle już razy od­gry­wali tę scenę.

– Nie bądź taki pewny sie­bie.

– Nie je­stem. Po­trze­buję cię. Dzi­siaj bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek. Dam ci wszystko, co chcesz.

We­ber za­sta­na­wiał się chwilę.

– No? – po­na­glił go Hart­mann.

– Nie re­zy­gnu­jesz. Odej­dziesz do­piero, jak cię wy­walą.

– Zgoda.

– Słu­chasz bar­dziej mnie niż Ka­ren.

Ro­ze­śmiał się.

– Prze­cież cały czas tak ro­bię. Nie za­uwa­ży­łeś?

We­ber znowu się za­sta­no­wił.

– Świet­nie – rzekł wresz­cie. – Je­śli dam radę, zo­sta­niesz po­now­nie pre­mie­rem. Bez względu na cenę.

Hart­mann po­kle­pał go po ręce.

– A po­tem na­ci­śniesz na uni­wer­sy­tet, żeby zna­leźli mi ja­kąś pro­fe­surę. Chcę się stąd wy­nieść. Mam dość.

To był wstrząs.

– Po­roz­ma­wiamy o tym póź­niej.

– Nie! – We­ber pod­niósł głos. Lu­dzie się obej­rzeli. – Ta­kie są wa­runki umowy. Wóz albo prze­wóz.

– Nie lu­bię ul­ti­ma­tów. Za­wsze mi mó­wi­łeś, że mam je od­rzu­cać.

– Nie je­stem Bo­giem! – krzyk­nął We­ber. – Nie wiem wszyst­kiego. Jezu…

– Póź­niej – po­wtó­rzył Hart­mann z na­ci­skiem.

– Ty tego nie ro­zu­miesz, co? – Mor­ten We­ber po­stu­kał się w głowę. – Gdzieś tam głę­boko cią­gle wie­rzysz, że je­steś Joh­nem F. Ken­ne­dym na czele ko­pen­ha­skiego Bia­łego Domu. A ja je­stem twoim by­strym młod­szym bra­tem Ro­ber­tem, który ci pod­szep­tuje zza ple­ców mą­dre słówka.

– Mia­łem młod­szego brata – od­parł Hart­mann z nutą re­zy­gna­cji. – Ko­cha­łem go, ale nie był taki by­stry.

We­ber za­mknął oczy.

– Nie to mia­łem na my­śli – szep­nął.

– To jed­nak nie­naj­gor­szy sen, co?

– Ale na­dal tylko sen. Chcesz usły­szeć prawdę? Ty je­steś Don Ki­cho­tem, a ja San­cho Pansą. Ża­ło­snym ma­łym gierm­kiem. Je­dyne, co mo­żemy ro­bić, to wa­lić ko­pią w wia­traki. Na­wet te­raz. Kiedy by­li­śmy mło­dzi, my­śle­li­śmy, że uda nam się coś zmie­nić, po­pra­wić. Te­raz je­ste­śmy sta­rzy i tylko sta­ramy się, żeby nie było go­rzej. – W tym mo­men­cie na jego twa­rzy ma­lo­wała się roz­pacz. Coś, czego Hart­mann ni­gdy wcze­śniej nie wi­dział.

– Nie zda­wa­łem so­bie sprawy, że tak to od­bie­rasz. To cho­dzi o mnie?

– Nie! Nie bar­dziej niż o mnie. Albo Ka­ren. Albo Ussinga. Albo Rosę Le­bech. Albo… ko­go­kol­wiek. Spró­buj choć raz po­słu­chać. Mnie cho­dzi o świat. Spie­przy­li­śmy to. Pra­wica, le­wica, cen­trum.

Pre­mie­rowi Da­nii za­bra­kło słów.

– Mamy umowę – przy­po­mniał We­ber.

– Wszystko, czego so­bie ży­czysz – zgo­dził się Hart­mann. Kiw­nął głową na sa­mo­chód i ochro­nia­rzy przed knajpą. – Je­śli skoń­czy­łeś, mogę cię pod­wieźć.

Za dnia szkoła wy­glą­dała ina­czej. Dzieci bie­gały w świe­tle ja­snego zi­mo­wego słońca, wy­peł­nia­jąc bo­isko ra­do­snymi gło­sami. Lund we­szła do środka, zna­la­zła Junc­kera w biu­rze, które wi­działa po­przed­niego wie­czoru.

Otwarte szafki z ak­tami. Wszę­dzie roz­rzu­cone do­ku­menty.

– Gdzieś ty była, do cho­lery? – spy­tał.

– Co się stało?

– Ty ni­gdy nie od­po­wia­dasz na py­ta­nia, co?

– Co się stało, As­bjørn?

– Sprzą­taczka zgło­siła wła­ma­nie. Borch uważa, że ta stłu­czona szyba, którą wi­dzia­łaś, to była próba. Może za­cze­kał w po­bliżu, aż ode­szli­ście.

Borch sie­dział na pod­ło­dze po tu­recku i prze­glą­dał pa­piery. Nie spoj­rzał na nią.

– Szu­ka­łem cię w po­koju – po­wie­dział Junc­ker. – Nie było cię tam. Mar­twi­łem się.

– Je­stem dużą dziew­czynką – od­parła. – Mu­sisz się ogo­lić.

Miał cień za­ro­stu. Nie wy­glą­dał po­rząd­nie.

– Borch coś zna­lazł? – spy­tała.

Junc­ker wska­zał męż­czy­znę sie­dzą­cego na pod­ło­dze.

– Masz na my­śli tego Bor­cha?

Wstał, spoj­rzał na nią, wska­zał szkolne zdję­cia na ścia­nach. Rok po roku. Pro­ce­sja dzie­cia­ków prze­cho­dzą­cych z klasy do klasy.

– O ile zdo­ła­łem się zo­rien­to­wać, on szu­kał akt uczniów.

– Więc był tu wczo­raj wie­czo­rem? – spy­tała.

Skrzy­wił się.

– Nie wtedy, kiedy my.

– Więc był w po­bliżu?

– W po­bliżu – zgo­dził się Borch z iry­ta­cją. – Tak.

Junc­ker spoj­rzał na nią, zdu­miony tą bez­ce­re­mo­nial­no­ścią, i wzru­szył ra­mio­nami. Tech­nik zbie­rał od­ci­ski pal­ców ze ściany.

– Za­brał zdję­cie klasy Lo­uise Hjelby – oznaj­mił Junc­ker. – Od in­nych ro­dzi­ców do­sta­łem od­bitkę.

Wbiła w niego wzrok.

– In­nych? In­nych ro­dzi­ców?

– To jej tato albo wu­jek, albo ktoś w tym ro­dzaju, prawda? Bo po co by to wszystko ro­bił? Matka nie po­dała na­zwi­ska tego go­ścia do aktu uro­dze­nia. Na­wet nie wiemy, czy wi­dział dziecko. Czy wie­dział o jego ist­nie­niu. Lund… – wska­zał swoją wargę – masz tu pa­stę do zę­bów. Chyba się tro­chę śpie­szy­łaś…

Po­li­zała pa­lec i starła pa­stę. Junc­ker zna­lazł zdję­cie. Klasa siódma B. Spo­śród wszyst­kich dzieci Lo­uise wy­glą­dała naj­smut­niej. Była ubrana na czarno. Ale trzy­mała za rękę dziew­czynkę obok.

Lund po­szła ze zdję­ciem do dy­rek­torki, spy­tała, kim jest ta uczen­nica.

– To Ka­tja. Ko­le­go­wały się. Sie­działy ra­zem.

– Jest gdzieś tu­taj?

Obu­rzony wzrok, który wi­dzieli po­przed­niego wie­czoru.

– Po­wie­działa, że je­den z wa­szych lu­dzi roz­ma­wiał z nią wczo­raj. I tak jest już zde­ner­wo­wana.

– Wczo­raj? – po­wtó­rzyła Lund.

Borch po­krę­cił głową. Junc­ker też.

– Gdzie ona jest?

Ko­bieta po­de­szła do okna. Wska­zała wy­soką dziew­czynę w dżin­sach, zie­lo­nej włócz­ko­wej cza­peczce, ta­niej kurtce.

– Idziemy – roz­ka­zała Lund.

Wy­szli z Bor­chem i Junc­ke­rem. Ka­tja nie chciała roz­ma­wiać w obec­no­ści in­nych uczniów. Prze­szli więc na wy­bo­isty te­ren za szkołą. O szes­na­stej po­przed­niego dnia, gdy je­chała ro­we­rem pod mia­stem, za­trzy­mał ją męż­czy­zna, który twier­dził, że jest po­li­cjan­tem.

Junc­ker po­pro­sił o do­kładne okre­śle­nie miej­sca i po­je­chał spraw­dzić. Borch po­ka­zał dziew­czy­nie zdję­cie Emi­lie Zeu­then.

– To ta dziew­czynka z ga­zet.

– Wi­dzia­łaś ją?

– Nie.

– Jak wy­glą­dał ten męż­czy­zna? – spy­tała Lund.

Dziew­czyna wska­zała Bor­cha.

– Jak ten pan. Zwy­czajny. Ciemne włosy. Chciał wie­dzieć, czy to ja wi­dzia­łam Lo­uise Hjelby po szkole w dniu, w któ­rym za­gi­nęła.

– A to ty?

– Tak. – Wska­zała drogę. – Wi­dzia­łam ją pod ta­blicą przy wjeź­dzie od strony Es­bjerg. Szłam na­kar­mić ko­nia.

Lund wy­jęła mapę, spraw­dziła wska­zane miej­sce.

– Co Lo­uise tam ro­biła? Prze­cież do domu wra­cała przez port i nad wodą?

– Po­wie­działa, że coś się po­psuło w ro­we­rze. Chyba prze­rzutki. Pew­nie szła go na­pra­wić. I może dla­tego dała się pod­wieźć.

– Pod­wieźć?

– Męż­czyź­nie w czar­nym sa­mo­cho­dzie. Wy­da­wało mi się, że Lo­uise go zna. Wziął jej ro­wer i wsa­dził do ba­gaż­nika.

– Jak on wy­glą­dał? – spy­tał Borch.

– To było dawno temu. W su­mie nie bar­dzo go wi­dzia­łam. Od­je­chali, za­nim tam do­szłam…

– Jaki to był sa­mo­chód?

– Czarny. Duży. Drogi… nie wiem.

Lund na­ci­skała. Dziew­czyna za­częła pła­kać. Lund za­da­wała więc te same py­ta­nia, w kółko i w kółko.

– Saro… – wtrą­cił się wresz­cie Borch. – Pro­szę?

Umil­kła. On spoj­rzał na dziew­czynę.

– Pa­mię­tasz, w którą stronę od­je­chał ten sa­mo­chód?

Za późno. Za dużo łez.

– Nie wiem! Mó­wi­łam już panu Over­ga­ar­dowi. Lo­uise się nie za­biła. By­ły­śmy przy­ja­ciół­kami. A on po­wie­dział, że mam sie­dzieć ci­cho, je­śli nie chcę mieć kło­po­tów.

– A temu męż­czyź­nie wczo­raj też to wszystko po­wie­dzia­łaś? – spy­tał Borch.

Ka­tja kiw­nęła głową.

– Mu­szę za­dzwo­nić – oznaj­mił i od­szedł.

W Po­li­ti­går­den Ro­bert Zeu­then za­drę­czał Brixa, do­ma­ga­jąc się od­po­wie­dzi na py­ta­nia.

– Moi ma­ry­na­rze mo­gliby po­móc w po­szu­ki­wa­niach.

– Mamy już wspar­cie ma­ry­narki wo­jen­nej. I wojsk po­wietrz­nych. Na­szych lu­dzi. Mamy dość sił.

– Jak długo mamy cze­kać? Wie pan, co się dzieje z Mają? Ona uważa, że Emi­lie żyje, na mi­łość bo­ską.

Szef po­li­cji mil­czał.

– To pań­ska ro­bota. Usły­szała, jak roz­ma­wia­cie…

– To nie­szczę­śliwy zbieg oko­licz­no­ści – prze­rwał Brix. – Bar­dzo ża­łuję, że do niego do­szło. Mu­simy spraw­dzić każdą ewen­tu­al­ność…

– A ta farsa w Ju­tlan­dii? – Głos Zeu­thena zro­bił się wy­soki i do­no­śny. Męż­czy­zna był na kra­wę­dzi za­ła­ma­nia. – Co tam się dzieje?

– Nie zna­leź­li­śmy nic, co by wska­zy­wało na to, że pań­ska córka żyje.

– Gdzie ona jest?

Brix po­krę­cił głową.

– Emi­lie wrzu­cono do wart­kiej rzeki. Lina, do któ­rej była przy­wią­zana, pę­kła. Może być wszę­dzie. Nie­stety, ta­kie po­szu­ki­wa­nia czę­sto…

– Mu­szę po­roz­ma­wiać o po­grze­bie. Z żoną, która nie wie­rzy w jej śmierć.

– Przy­kro mi… – za­czął Brix.

– Przy­kro to za mało. Je­śli nie znaj­dzie pan mo­jej córki do wie­czora, sam się tym zajmę. – Zeu­then wy­szedł na ko­ry­tarz.

Re­in­hardt zo­sta­wił wia­do­mość. Maja nie chciała iść z nim do ko­ścioła.

Za­dzwo­nił do niej. Ode­zwała się poczta gło­sowa.

– Ja idę, z tobą czy bez cie­bie, Maju – po­wie­dział.

Po dru­giej stro­nie mia­sta, w ma­łym miesz­ka­niu Car­stena Las­sena, z Car­lem u boku, Maja pa­trzyła na ikonkę wia­do­mo­ści przy­cho­dzą­cej. Za­cze­kała. Od­słu­chała. Ska­so­wała.

Chłop­czyk ba­wił się za­baw­kami. Coś wie­dział. Tego była pewna. By­łoby dziwne, gdyby nic do niego nie do­tarło.

Maja Zeu­then odło­żyła te­le­fon, za­mknęła oczy. Po­czuła, jak dwa małe ra­mionka obej­mują jej głowę i tulą mocno.

– Mamo? – spy­tał mały. – Czemu pła­czesz?

Nie od­po­wie­działa.

– Ja się tobą za­opie­kuję – obie­cał Carl i ją po­ca­ło­wał.

Za radą We­bera Hart­mann ob­rał Par­tię Cen­trum za cel pierw­szego ataku. Rosa Le­bech nie od­bie­rała jego te­le­fo­nów, więc za­sa­dził się na nią w jed­nej z ga­le­rii bu­dynku Par­la­mentu. Nie uśmiech­nęła się. Nie za­pro­te­sto­wała, gdy po­pro­sił, by do­trzy­mała mu to­wa­rzy­stwa w jed­nej z za­cisz­nych wnęk. Ka­ren Ne­bel pod­słu­chi­wała. We­ber tym­cza­sem gdzieś ba­dał grunt.

– Nie po­win­ni­śmy roz­ma­wiać, Tro­els – po­wie­działa, oglą­da­jąc się na Ne­bel. – Do­póki wszystko nie zo­sta­nie wy­ja­śnione.

– Ro­zu­miem, dla­czego się przy­mi­lasz Ussin­gowi. To nie pro­blem.

– Więc czego chcesz?

– Two­jego po­par­cia. Tak jak uzgod­ni­li­śmy.

– Tro­els! Twój mi­ni­ster spra­wie­dli­wo­ści przy­czy­nił się do śmierci Emi­lie Zeu­then! Wie­dzia­łeś o tym i mi nie po­wie­dzia­łeś. Aresz­to­wa­łeś Jensa…

– Dyh­ring go aresz­to­wał, nie ja. – Pa­trzył jej cały czas w oczy. – Po­pro­si­łem, żeby go wy­pu­ścili. Nie zo­staną mu po­sta­wione za­rzuty. Mo­głyby…

– Mam być za to wdzięczna?

Hart­mann za­sta­no­wił się nad od­po­wie­dzią.

– Nie spo­dzie­wał­bym się, że bę­dziesz nie­wdzięczna. PET bada sprawę Zeu­the­nów. I szuka po­wią­zań Ussinga.

Skrzy­wiła się.

– An­ders po­wie­dział mi o tym Schultzu.

– A co ci do­kład­nie po­wie­dział?

– Że się kum­plo­wali. Jest zdu­miony, że pró­bu­jesz wy­krę­cać ta­kie nu­mery. To chore…

– Na mi­łość bo­ską, Roso – wark­nęła Ne­bel. – O co cho­dzi? Bła­ga­li­śmy cię już setki razy, na­kła­nia­li­śmy. Pro­po­no­wa­li­śmy sta­no­wi­ska. Wy­ci­na­li­śmy na­szych lu­dzi, za­stę­po­wa­li­śmy ich wa­szymi. A ty i tak ły­kasz wszystko, co Ussing po­wie, ile­kroć…

– Może dla­tego, że jest bar­dziej wia­ry­godny. – Zer­k­nęła na Hart­manna. – I nie ma… ta­kiej prze­szło­ści.

– Nie po­maga, że twój eks wy­nosi do­ku­menty! Tajne. Mógłby pójść za to do wię­zie­nia….

– Ka­ren! – wtrą­cił się Hart­mann. – Nikt nie pój­dzie do wię­zie­nia. – Wziął Le­bech za rękę, tak żeby Ne­bel to wi­działa. – Rosa i ja po­trze­bu­jemy po pro­stu chwili dla sie­bie, żeby to omó­wić. Przed spo­tka­niem z in­nymi przy­wód­cami. Mo­żemy…

– Ja je­stem z Ussin­giem – po­wie­działa Le­bech i wy­rwała dłoń. – Przy­kro mi. W tych oko­licz­no­ściach nie zo­sta­wiasz mi wy­boru. – Ode­szła.

– Dzięki, że się wtrą­ci­łaś z tym mę­żem – burk­nął Hart­mann. – To na­prawdę po­mo­gło.

– Ta ko­bieta już ci nie ufa. To bez­ce­lowe…

– Jest ko­bietą. To ni­gdy nie jest bez­ce­lowe.

Ko­ry­ta­rzem szedł We­ber. Wy­glą­dał na wstrzą­śnię­tego, przy­ło­żył pa­lec do ust.

– Tylko spo­koj­nie, pro­szę pań­stwa.

– A więc wró­ci­łeś? – spy­tała Ne­bel.

We­ber się uśmiech­nął.

– Cie­szysz się, że mnie wi­dzisz?

– Za­wsze. – Zer­k­nęła na Hart­manna. – Nie eks­cy­tuj się. Nie mia­łam czasu tego spraw­dzić, ale mam ko­goś, kogo mu­sisz po­znać. Jed­nego z by­łych pra­cow­ni­ków An­dersa Ussinga. Ma coś do opo­wie­dze­nia.

We­ber skrzy­żo­wał ra­miona na piersi.

– Mam na­dzieję, że to coś cie­ka­wego.

Stali przy szo­sie przed szkołą, oboje roz­ma­wiali przez te­le­fon. Borch z PET. Lund z Bri­xem. Uni­kali swo­jego wzroku.

On za­koń­czył roz­mowę jako drugi. Ro­zej­rzał się.

– Spraw­dzi­li­śmy całą drogę wzdłuż mo­rza i głów­nej ulicy. Ani śladu tego czło­wieka.

– A ja spraw­dzi­łam jesz­cze raz, że ni­g­dzie w ak­tach Lo­uise Hjelby nie ma wzmianki o czar­nym sa­mo­cho­dzie. Over­ga­ard prze­słu­chi­wał tę dziew­czynę i to on mu­siał tę in­for­ma­cję usu­nąć.

– Może…

– Nie! Nie może. Wi­dzisz ja­kieś inne wy­ja­śnie­nie? Duży, czarny, drogi sa­mo­chód, po­wie­działa dziew­czyna. Tu­taj nie ma ta­kich wiele. To był sa­mo­chód biz­nes­mena. – Pa­trzyła. – Może po­li­tyka. Wtedy się tu od nich ro­iło.

Wy­jął mapę, roz­ło­żył ją na da­chu auta, przy­trzy­mał na­roż­niki szar­pane mor­ską bryzą.

– Nie uwa­żam, że w tej chwili ważny jest sa­mo­chód. Gdzie jest As­bjørn?

Lund za­ci­snęła po­wieki i spoj­rzała na niego.

– Nie jest ważny? Ona wsa­dzała ro­wer do ba­gaż­nika…

– Tak! Dwa lata temu. W tej chwili szu­kamy Emi­lie Zeu­then. I czer­wo­nej fur­go­netki.

Po­dzie­liły ich za­kło­po­ta­nie i gniew. I może jesz­cze wstyd.

– On chce się do­wie­dzieć, co się wtedy stało – przy­po­mniała Lund.

– Wszystko po ko­lei. Emi­lie Zeu­then…

– Je­steś na mnie wście­kły z po­wodu ostat­niej nocy? Dla­tego je­steś taki nie­przy­jemny?

To oskar­że­nie za­bo­lało.

– Nie by­łem nie­przy­jemny. By­łem?

– Bar­dzo.

– Saro, ty w kółko wra­casz do tej sta­rej sprawy. A mamy nową. Bie­żącą…

– Nie mo­żemy na­wet po­roz­ma­wiać o czar­nym sa­mo­cho­dzie? No wiesz… po tym…

Zmiął mapę.

– Po raz ostatni mó­wię: nie cho­dzi o ostat­nią noc.

– Lo­uise Hjelby zna­le­ziono mar­twą po tym, jak wsia­dła do czar­nej ele­ganc­kiej li­mu­zyny. Kie­rowca wsa­dził jej ro­wer do ba­gaż­nika.

Ozna­ko­wany biały ra­dio­wóz za­trzy­mał się za ich sa­mo­cho­dem. Wy­siadł z niego Junc­ker.

– Na wy­pa­dek gdy­byś nie za­uwa­żył – cią­gnęła – w tej chwili nasz czło­wiek pró­buje się do­wie­dzieć, do­kąd po­je­chał czarny sa­mo­chód i kto go pro­wa­dził. Wy­ko­nuje ro­botę, którą my po­win­ni­śmy się zaj­mo­wać.

– Świet­nie. Szu­kaj czar­nego sa­mo­chodu.

Junc­ker pod­szedł do nich.

– Mam na­dzieję, że nie prze­szka­dzam…

– Nie, nie prze­szka­dzasz – wark­nęła.

– To do­brze – po­wie­dział z ra­do­snym uśmie­chem. – Bo kiedy wy tu się zaj­mu­je­cie wrzesz­cze­niem na sie­bie, ja zna­la­złem go­ścia w warsz­ta­cie. Który coś wi­dział. – Stuk­nął się w klatkę pier­siową. – Moje dzieło.

– Ja­kim warsz­ta­cie? – spy­tał od razu Borch.

– Pod mia­stem. W dro­dze do Es­bjerg. – Junc­ker wska­zał biały sa­mo­chód. – Jedź­cie za mną.

Za­kład, do któ­rego się udali, był za­ra­zem szro­tem i warsz­ta­tem. Po­rzu­cone wraki przed dłu­gim bia­łym bu­dyn­kiem. W środku męż­czy­zna w brud­nym kom­bi­ne­zo­nie pra­co­wał po­chy­lony nad starą Lan­cią.

Le­d­wie pod­niósł wzrok, gdy Junc­ker za­ga­dał:

– Sły­sza­łem, że za­pi­suje pan sa­mo­chody prze­jeż­dża­jące szosą.

Me­cha­nik po­krę­cił głową.

– Czy ja wy­glą­dam, jak­bym miał czas na ta­kie rze­czy?

– Tak sły­sza­łem…

– No to źle pan sły­szał. Mój syn tak robi. Mamy tu wszel­kiego ro­dzaju wozy. – Wska­zał na rdze­wie­jące wraki. – Fran­cu­skie, ja­poń­skie, ame­ry­kań­skie. On lubi ro­bić spisy. – Mach­nął ręką na roz­bi­tego Forda. – Nie wie­dzieć czemu trzyma te swoje za­pi­ski w schowku w tym gru­cho­cie. Zaj­rzyj­cie, je­śli chce­cie.

Lund do­sko­czyła pierw­sza. Przed­nia szyba była roz­bita, ale wnę­trze wy­glą­dało na sto­sun­kowo czy­ste. W środku zna­leźli cztery no­tesy. Za­częła je prze­glą­dać. Dzie­cięcy cha­rak­ter pi­sma. Daty. Nu­mery.

– Ma więk­szego szmer­gla na punk­cie nu­me­rów re­je­stra­cyj­nych niż na punk­cie sa­mo­cho­dów. Gdy wi­dzi nowy, od razu go za­pi­suje. – Męż­czy­zna po­ło­żył na ma­sce usma­ro­wany klucz. – My­ślę, że ma­rzy mu się, że pew­nego dnia wy­do­sta­nie się z tej dziury. Chyba wszy­scy o tym ma­rzymy. – Za­śmiał się i za­ma­chał na niego. – Oto i on. Ej, Ja­kob!

Mniej wię­cej dzie­się­cio­letni blon­dy­nek pod­je­chał ro­we­rem do domu obok warsz­tatu.

– Ja z nim po­roz­ma­wiam – rzekł Borch. – Ty zaj­rzyj do no­te­sów.

Junc­ker spy­tał me­cha­nika, od kiedy chło­pak za­pi­suje te nu­mery.

– Ja­koś od trzech, czte­rech lat – od­rzekł tam­ten.

Borch długo roz­ma­wiał z ma­łym. Przy­jaź­nie. Lund pa­trzyła. Po­de­szła. Wtrą­ciła się i spy­tała o czer­woną fur­go­netkę.

Ja­kob wy­su­nął rękę – na nad­garstku miał na­pi­sany nu­mer.

– To może ta?

– Była czer­wona? – spy­tała Lund.

– Tak. Wi­dzia­łem ją przy dom­kach let­ni­sko­wych.

– Kiedy?

– Dzi­siaj rano. Je­cha­łem tam­tędy do szkoły.

Junc­ker po­biegł do sa­mo­chodu.

– Chcę wziąć te ze­szyty – po­wie­działa Lund do me­cha­nika. – Przy­ślę ko­goś póź­niej.

Nad wodą nie­opo­dal po­sągu Ma­łej Sy­renki Hart­mann i We­ber spo­tkali się z męż­czy­zną, któ­rego zna­la­zła Ka­ren Ne­bel. Na­zy­wał się Kri­stof­fer Se­ifert – lat mniej wię­cej czter­dzie­ści, szy­kowny gar­ni­tur, przy­li­zane włosy, gładki uśmiech. Były pra­cow­nik ad­mi­ni­stra­cji Ussinga. Po­wie­dział, że był tam dwa lata wcze­śniej, gdy spo­tkał Pe­tera Schultza.

– Wsze­dłem po ja­kieś pod­pisy. Wi­dzia­łem ich.

We­ber spy­tał, dla­czego męż­czy­zna nie pra­cuje już u Ussinga. Przy­kle­jony uśmiech nie znik­nął ani na chwilę.

– Był pe­wien pro­blem z bu­dże­tem kam­pa­nii. Ofi­cjal­nie zwa­lono to na mnie.

– Ja­kiego ro­dzaju pro­blem?

– Sumy się nie zga­dzały. Nie z mo­jej winy. Chce­cie usły­szeć moją hi­sto­rię czy nie?

Hart­mann po­pro­sił, by kon­ty­nu­ował.

– Ussing za­pro­sił Schultza na spo­tka­nie. Roz­ma­wiali. Prze­su­nął kilka in­nych spo­tkań, żeby go wpa­so­wać.

– Przy­jaź­nili się, prawda? – wark­nął We­ber.

Se­ifert się za­wa­hał.

– Za­wsze chcia­łem pra­co­wać w rzą­dzie – po­wie­dział wresz­cie. – Nie dla opo­zy­cji. Skoń­czy­łem na­uki po­li­tyczne. Chciał­bym z tego zro­bić uży­tek.

– A hi­sto­ria… – wes­tchnął We­ber.

– Oczy­wi­ście, oczy­wi­ście. No więc w ży­ciu bym nie pod­słu­chi­wał. Ale Ussing po­pro­sił, że­bym za­cze­kał pod drzwiami. Co było dziwne, szcze­rze mó­wiąc. Nie­sto­sowne. Nie mo­głem nic po­ra­dzić, sły­sza­łem. – Kiw­nął głową. – Na­prawdę. Nie spo­sób było nie sły­szeć.

– Co pan sły­szał?

– Ussing in­te­re­so­wał się sprawą, którą pro­wa­dził Schultz. Ja­kiejś dziew­czynki, która zgi­nęła w za­chod­niej Ju­tlan­dii. Nie wy­daje mi się, żeby pro­ku­ra­tor chciał o tym mó­wić. Bo i dla­czego? To nie miało nic wspól­nego z nami.

Hart­mann sta­nął. Prze­je­chał ro­we­rzy­sta.

– Ussing na­le­gał – do­dał Se­ifert. – On nie uznaje od­mowy.

We­ber w końcu się za­in­te­re­so­wał.

– Wy­ja­śnił dla­czego?

– Od­nio­słem wra­że­nie, że nie chciał, aby coś wy­szło na jaw. – Wy­jął z kie­szeni ko­pertę. – Przez kilka lat pra­co­wa­łem w Bruk­seli. Mam duże do­świad­cze­nie. To wszystko tu jest.

– Czego nie chciał ujaw­nić Ussing?

– Cze­goś zwią­za­nego z tą dziew­czynką. Tego nie sły­sza­łem do­kład­nie. Co­raz bar­dziej się de­ner­wo­wał. – Wzru­szył ra­mio­nami. – W końcu za­mknęli drzwi.

Hart­mann i We­ber wy­mie­nili spoj­rze­nia.

– W tej chwili pra­cuję jako nie­za­leżny kon­sul­tant. Mógł­bym za­cząć od razu… je­stem w pełni dys­po­zy­cyjny.

– Musi pan to wszystko opo­wie­dzieć PET – prze­rwał mu Hart­mann.

Se­ifert wy­raź­nie się zmar­twił.

– PET? Dla­czego? – Za­śmiał się ner­wowo. – To tylko po­li­tyka…

Za­dzwo­nił te­le­fon We­bera.

– Nie chcę mieć nic wspól­nego z po­li­cją.

– Ale musi pan – od­parł Hart­mann i ru­szył do We­bera, który cały czas cho­dził w tę i z po­wro­tem wzdłuż brzegu i roz­ma­wiał nie­spo­koj­nie.

Za­cze­kał.

– Co ty o tym my­ślisz? – spy­tał, gdy We­ber skoń­czył.

– Śmier­dząca sprawa. Mu­simy wra­cać do Chri­stians­borgu. Bir­git wy­ta­cza swoje działa. Prze­ciw­pan­cerne.

Kwa­drans póź­niej Hart­mann spo­tkał się z nią w bu­dynku Par­la­mentu. Była zdy­szana i wy­glą­dała, jakby się śpie­szyła.

– Chyba mamy nowe in­for­ma­cje – za­czął.

– Nie ma te­raz na to czasu, Tro­els. Zwo­łano po­sie­dze­nie ko­mi­tetu par­tii. Za­czyna się za go­dzinę.

– Ja je­stem sze­fem par­tii, Bir­git. Chyba bym wie­dział, gdyby coś ta­kiego się działo.

– To się wła­śnie dzieje. Po­rzą­dek ob­rad obej­muje tylko je­den punkt. – Po­dała mu kartkę. – Chcemy to zro­bić przy­zwo­icie. Bez urazy. Je­śli dasz się prze­ko­nać, by ustą­pić z wła­snej woli, zro­bimy wszystko, co w na­szej mocy, byś w pew­nym mo­men­cie mógł wró­cić na ja­kieś sta­no­wi­sko w rzą­dzie. – Po­nury uśmiech. – Za­leż­nie od wy­niku wy­bo­rów, oczy­wi­ście.

– A je­śli nie?

– Zgod­nie i ofi­cjal­nie od­wo­łamy cię z funk­cji prze­wod­ni­czą­cego par­tii.

Hart­mann zmiął kartkę i rzu­cił ją na schody.

– Na­prawdę nie zo­sta­wi­łeś nam wy­boru. Przy­kro mi. – Zer­k­nęła na ze­ga­rek. – Za go­dzinę.

Człon­ków ro­dziny Zeu­the­nów cho­wano tylko w jed­nym miej­scu: Fre­de­riks Kirke, Ko­ściele Mar­mu­ro­wym, wiel­kiej ba­zy­lice pod ko­pułą, która do­mi­no­wała nad re­jo­nem na za­chód od Ama­lien­borgu. W tej chwili był pu­sty, je­śli nie li­czyć trzech osób: Zeu­thena, jego żony i pa­storki.

– Chcemy ka­me­ral­nej uro­czy­sto­ści – po­wie­dział. – Tylko ro­dzina i przy­ja­ciele.

– Za­sta­na­wiali się już pań­stwo nad hym­nami?

Maja Zeu­then spu­ściła głowę. Na jej twa­rzy ma­lo­wały się roz­pacz i wście­kłość.

Zeu­then – w ciem­nym płasz­czu, prze­krzy­wio­nym kra­wa­cie, nie­ucze­sany – za­czął:

– Śpie­wa­li­śmy coś przy jej chrzcie. To się chyba na­zy­wało…

Po­krę­cił głową.

– Nie, nie pa­mię­tam.

– Pro­wadź mnie, nocna gwiazdo – wy­szep­tała Maja.

W świą­tyni pa­no­wał mrok. Na­wet mo­siądz i brąz kan­de­la­brów wy­da­wały się po­grą­żone w ża­ło­bie.

Pa­storka za­no­to­wała coś so­bie, po­wie­działa, że to piękny wy­bór.

– W trak­cie uro­czy­sto­ści na­stę­puje taki mo­ment, gdy mogę coś po­wie­dzieć o Emi­lie. – Spoj­rzała na każde z nich po ko­lei. – Je­śli mają pań­stwo ja­kieś ży­cze­nia… Nie wiem, czy jej bra­ci­szek do nas do­łą­czy. Ale je­śli do­łą­czy, chcia­ła­bym wspo­mnieć o nim.

Ci­sza. Zeu­the­no­wie nie pa­trzyli so­bie w oczy.

– Jesz­cze nie zde­cy­do­wa­li­śmy, czy Carl weź­mie w tym udział – po­wie­dział Ro­bert.

Ko­bieta kiw­nęła głową.

– Cza­sami to dzie­ciom po­maga. To taki spo­sób, żeby się po­że­gnać. Pójść da­lej. Kła­dzie się kwiaty na trum­nie. Jest w tym pewne piękno…

– Piękno? – krzyk­nęła Maja Zeu­then. – Moja córka nie żyje. Zo­stała za­mor­do­wana. Ja­kie w tym może być piękno?

Pa­storka ze­sztyw­niała.

– Nikt wam nie uj­mie bólu, Maju. Ale prze­ży­wamy ża­łobę, bo ko­cha­li­śmy. To mi­łość mu­si­cie za­pa­mię­tać. Mi­łość po­zo­staje. To­bie. Car­lowi. Może by­łoby dla niego do­brze, gdyby zo­ba­czył, jak się wspie­ra­cie na­wza­jem…

Ze zwie­szoną głową, po­wstrzy­mu­jąc łzy, Maja Zeu­then wstała, po­de­szła do ogrom­nych drzwi i szarp­nęła nimi.

Za­mknięte.

– Maju?

Sły­szała jego zbli­ża­jące się kroki.

– Dla­czego ten cho­lerny ko­ściół jest za­mknięty? – krzyk­nęła. – Kto go za­mknął? Ja chcę wyjść. Co za durne fra­zesy…

Do­go­nił ją, w oczach bła­ga­nie, w dło­niach też.

– Mu­simy to uzgod­nić. Mu­simy pod­jąć te de­cy­zje.

– Wy­puść mnie, Ro­ber­cie. Nie je­stem twoją wła­sno­ścią. Tego ko­ścioła też nie. – Od­wró­ciła się i krzyk­nęła do pa­storki: – Sły­szy pani? – Oparła się o ko­lumnę.

– Mu­simy po­wie­dzieć Car­lowi. Po­win­ni­śmy to zro­bić ra­zem…

W sieni było zu­peł­nie ciemno. Prze­stała krzy­czeć, pa­trzyła na jego po­stać su­rowo ob­ry­so­waną smugą świa­tła ża­rówki w gó­rze.

Ta sama twarz, w któ­rej się za­ko­chała. Ni­gdy nie są­dziła, że pew­nego dnia zo­ba­czy w niej tyle bólu.

– Wy­puść mnie… – wy­szep­tała z roz­pa­czą.

Brix po­rząd­ko­wał swoje rze­czy. Po­zby­wał się do­ku­men­tów, któ­rych wo­lałby ni­komu nie po­ka­zy­wać. Za­sta­na­wiał się, kiedy Ruth He­deby przyj­dzie z Ta­gem Ste­ine­rem przy­pu­ścić ko­lejny atak. Ostatni.

Dzwo­nił do Lund w Gud­bjer­ghavn. Nie usły­szał nic, co po­zwo­li­łoby mu uznać, że ma szansę oca­lić skórę. Sta­nął przy oknie swo­jego ga­bi­netu, za­sta­na­wia­jąc się, jak bar­dzo bę­dzie tę­sk­nił za tym miej­scem.

Na­gle pę­dem wpadł do niego Mad­sen.

– Je­śli to He­deby, po­wiedz jej, że je­stem za­jęty.

Po­li­cjant spoj­rzał zdu­miony.

– To nie He­deby. Nur­ko­wie zna­leźli dziew­czynkę. Wy­cią­gają ją w tej chwili. – Zer­k­nął na ze­ga­rek. – Za dzie­sięć mi­nut bę­dzie u nas na dole. Za­sta­na­wiam się, czy…

Za­nim do­koń­czył, Brix wy­padł z ga­bi­netu.

Ostatni kurs po mia­steczku. Lund za kie­row­nicą. Borch sie­dział obok zmę­czony i mil­czący.

– On musi tu być – upie­rała się. – As­bjørn dzwo­nił?

Znowu pa­dało. Wiał nie­ustę­pliwy, lo­do­waty wiatr.

– Nie – od­parł. – To na­prawdę jest tego warte?

Na ko­la­nach trzy­mał roz­ło­żoną mapę.

– Szu­ka­li­śmy już wszę­dzie. To strata…

– On jest by­stry! Prawda? On… – Za­sta­na­wiała się nad tym chwilę. – Pra­co­wa­łam kie­dyś z kimś, kto był wcze­śniej w woj­sku. W si­łach spe­cjal­nych. Po­wie­dział, że są tacy lu­dzie, któ­rzy do­trą wszę­dzie. Po­tra­fią się stać nie­wi­dzialni. Matka Lo­uise mó­wiła jej, że jej oj­ciec jest bo­ha­te­rem. Dużo po­dró­żo­wał. Może…

Może on był jak Ulrik Strange, po­my­ślała. Po­rządny czło­wiek znisz­czony przez hi­sto­rię, przez wy­da­rze­nia.

Borch wes­tchnął.

– Co do ostat­niej nocy…

– Wiem – prze­rwała mu nie­spo­koj­nie. – To się nie po­winno stać.

Z prze­ciwka nad­je­chał sa­mo­chód. Re­flek­tory oświe­tliły twarz Ma­thiasa. Zbo­lałą. Może na­wet prze­ra­żoną. Nie od­ry­wał od niej wzroku.

– Nie. Nie po­winno – przy­znał.

Nic poza tym. Wje­chała w boczną drogę, wzięła od niego mapę.

– Pro­blem w tym…

– W po­rządku. Nie mu­sisz nic mó­wić.

To go ubo­dło.

– Wręcz prze­ciw­nie, mu­szę. Pro­blem w tym… Nie ża­łuję.

Lund prze­su­nęła pal­cem po ma­pie. Po­pa­trzyła przed sie­bie. Sta­rała się nie słu­chać.

– Ani tro­chę – do­dał. – Więc…

Mil­czała bar­dzo długo, a po­tem wska­zała przed sie­bie.

– Ta droga. – Po­stu­kała w mapę. – Do­kąd ona pro­wa­dzi?

W świe­tle re­flek­to­rów wy­ło­niła się biało-czer­wona ta­śma, która mu­siała wcze­śniej od­gra­dzać wjazd. Ktoś ją prze­rwał.

Borch wes­tchnął.

– Tam da­lej jest nie­czynna stocz­nia jach­towa. Miej­scowi ją spraw­dzili.

– Jach­towa?

– Do­bra. Wiem, on lubi ło­dzie…

– Nasi lu­dzie po­pra­wi­liby ta­śmę, nie są­dzisz?

– Saro…

Wrzu­ciła bieg i prze­je­chała po ro­ze­rwa­nej ta­śmie.

Pół ki­lo­me­tra da­lej droga się koń­czyła. Lund wy­sia­dła, Borch po­dą­żył za nią.

Znad po­bli­skiego mo­rza na­pły­wała szara li­nia mgły, nio­sąc ni­ski jęk da­le­kiej sy­reny mgło­wej. Te­ren daw­nego za­kładu oto­czony był so­lid­nym ogro­dze­niem. Wy­łą­czyli la­tarki. Borch wy­su­nął się na­przód. Brama była otwarta, wi­siała na niej prze­cięta kłódka.

We­szli do środka.

W miarę jak szli, stocz­nia wy­da­wała im się co­raz więk­sza. Warsz­taty i ma­ga­zyny. Na be­to­nie po­rzu­cone znisz­czone ło­dzie. Kilka nie­do­koń­czo­nych ka­dłu­bów. Maszty i rdze­wie­jące sil­niki. Ogromna śruba na­pę­dowa.

Do­tarli do wody. Na końcu nie­wiel­kiego po­mo­stu mi­go­tała jedna ża­rówka, ni­czym czujne oko wpa­tru­jące się w nad­pły­wa­jącą mgłę.

Gdzie­kol­wiek spoj­rzeli, wszystko wy­da­wało się ru­iną. Wy­tłu­czone okna. Ciek­nące drew­niane ściany. Ru­ina, cho­ciaż nie ustronna.

Ostatni bu­dy­nek był inny. Me­tal, żad­nego szkła, zero okien, i tylko jedne drzwi.

Są­dząc po za­pa­chu, była to la­kier­nia. Albo miej­sce, w któ­rym kie­dyś pra­co­wano nad sil­ni­kami. Może jedno i dru­gie. Lund już miała coś po­wie­dzieć, ale Borch ją uci­szył.

Wska­zał na drzwi: uchy­lone.

W środku farba. Olej. Smar. Che­mi­ka­lia. Ja­kieś rze­czy przy­kryte pla­sti­ko­wymi płach­tami. Na uchwy­tach rdze­wie­jące na­rzę­dzia. Znisz­cze­nie i ciężka praca. Je­śli ten czło­wiek miał ja­kąś ce­chę cha­rak­te­ry­styczną, to wła­śnie tę.

Mi­nęli halę z sil­ni­kami i we­szli do do­bu­dówki. Z su­fitu ni­czym stryczki zwi­sały grube liny. Z dołu do­bie­gał ryt­miczny dźwięk fal roz­bi­ja­ją­cych się o słupy. Znaj­do­wali się w po­miesz­cze­niu wi­szą­cym nad wodą, po­zba­wio­nym okien.

Zna­la­zła włącz­nik świa­tła, prze­sta­wiła go. Ru­szyli da­lej. Za li­nami wi­siały łań­cu­chy i ni­ska prze­suwna plat­forma do pracy pod ka­dłu­bem, pod sil­ni­kami.

Z pi­sto­le­tem nad la­tarką szła da­lej. Za­po­mniała o Bor­chu. Mó­wiła do sie­bie.

On tu był.

Wie­działa to. Czuła to. Czuła jego za­pach.

Na­gle, na rogu, pro­mień świa­tła padł na biały kształt i Lund zro­zu­miała, że wresz­cie zbli­żają się do roz­wią­za­nia.

W Ko­pen­ha­dze też były ta­kie ro­wery. Nie­modne. Po pro­stu ta­nie i uży­teczne. Stał tro­chę nie­zgrab­nie oparty o długą szarą pla­sti­kową płachtę.

Borch był tuż za nią.

– To jej – po­wie­działa. – Ro­wer Lo­uise. Wi­dzia­łam go na zdję­ciu w domu ro­dzi­ców za­stęp­czych. – Po­chy­liła się, wy­jęła z kie­szeni la­tek­sowe rę­ka­wiczki.

Bra­ko­wało łań­cu­cha. Obok tyl­nego koła stał tor­ni­ster.

– Saro?

Nie te­raz, po­my­ślała. Albo cho­ciaż pró­buję.

– Saro!

Borch od­su­nął ko­lejne płachty le­żące nieco da­lej pod ścianą. Coś, co ma­lo­wało się na jego twa­rzy – smut­nej, mło­dej, wstrzą­śnię­tej – ka­zało jej czym prę­dzej spoj­rzeć.

Dwa snopy świa­tła. Od­su­nięta na bok szara za­słona.

Na pod­ło­dze brudny wy­pło­wiały ma­te­rac. Na skraju wy­bla­kłe plamy krwi, i obok na pod­ło­dze. Łań­cu­chy jak kaj­dany.

– Mó­wi­łeś, że po­li­cja spraw­dziła to miej­sce? – spy­tała.

– Po­wie­dzieli, że brama była za­mknięta. Mu­siał się po­ja­wić wczo­raj wie­czo­rem. Jezu… – Borch wy­glą­dał, jakby miał krzy­czeć. – Ten drań Over­ga­ard na­wet nie za­dał so­bie trudu, żeby tu zaj­rzeć, co?

Pod­czas gdy roz­glą­dał się do­koła, ona zo­stała na miej­scu i pa­trzyła na ma­te­rac, na plamy krwi. Łań­cu­chy. Pró­bo­wała so­bie coś wy­obra­zić.

Te­le­fon.

– Lund? – spy­tał Junc­ker.

Po gło­sie są­dząc, był przy­bity.

– As­bjørn…

– Po­słu­chaj mnie – prze­rwał jej. – Wła­śnie ode­bra­łem te­le­fon z tego warsz­tatu, w któ­rym by­li­śmy. Tego, w któ­rym ten dzie­ciak za­pi­sy­wał nu­mery…

– Tak, do­brze. Je­ste­śmy w stoczni jach­to­wej, którą po­do­bno wcze­śniej spraw­dzali miej­scowi. Po­trze­buję lu­dzi…

– Słu­chaj mnie! Kiedy znowu z tym ma­łym ga­da­łem, po­wie­dział, że Borch był tam przed nami. Roz­ma­wiał z tym dziec­kiem. Wziął je­den z no­te­sów, za­nim do nich do­tar­li­śmy.

Ma­te­rac. Gwałt. Ży­cie dziew­czynki do­bie­gło tu końca, a ja­kimś spo­so­bem, któ­rego Lund nie mo­gła ro­zu­mieć, pro­ste, bru­talne okru­cień­stwo tego czynu zo­stało za­po­mniane.

W ciem­no­ściach nie wi­działa, do­kąd po­szedł Borch.

– Sły­szysz, co mó­wię? – spy­tał Junc­ker ostrym, zmar­twio­nym gło­sem. – Ktoś nas tu oszu­kuje i nie trzeba być ge­niu­szem, żeby wie­dzieć kto.

Kroki. Jego la­tarka. Lund odło­żyła te­le­fon.

– Zna­la­złem na ty­łach czer­woną fur­go­netkę – po­wie­dział Borch. – Chodźmy. Póź­niej mo­żemy tu ścią­gnąć ekipę.

Ani drgnęła.

– Saro! – Wró­cił ten nowy Borch. Apo­dyk­tyczny i sprawny.

– Dla­czego ten no­tes jest taki ważny? – spy­tała.

Był na rogu, w ta­kim miej­scu, że go nie wi­działa.

– Jaki no­tes?

Po­dą­żyła za jego gło­sem, skie­ro­wała na niego la­tarkę.

– No­tes, który wzią­łeś dzi­siaj rano od tam­tego chłopca. Za­nim po­je­cha­li­śmy tam wszy­scy.

Nic.

– To ty i PET wy­kre­śli­li­ście z rów­na­nia ten czarny sa­mo­chód, prawda? Ty tylko wy­ma­za­łeś…

Prze­chy­lona głowa. Spoj­rze­nie „znowu sza­le­jesz”.

– O czym ty mó­wisz?

– Schultz tak ka­zał? Czy ty ka­za­łeś Schult­zowi?

– Ani jedno, ani dru­gie.

– Nie przy­je­cha­łeś tu szu­kać cze­goś dla mnie! – krzyk­nęła. – Za­cie­ra­łeś ślady. Chcia­łeś do­pil­no­wać, że­by­śmy ni­gdy nie zna­leźli… – zer­k­nęła na ma­te­rac i za­krwa­wione łań­cu­chy – tego wszyst­kiego.

Wy­glą­dał na obu­rzo­nego.

– Wiem, że wi­dzia­łeś się dzi­siaj rano z tym chłop­cem.

– Nie mogę te­raz o tym roz­ma­wiać.

– Kto jest w tym no­te­sie? Kogo kry­jesz?

Splótł ra­miona na piersi. Przy­su­nął się bli­żej.

– Po­słu­chaj, Saro. Chło­piec no­to­wał przy­pad­kowe nu­mery re­je­stra­cyjne, kiedy za­gi­nęła dziew­czynka. Je­den szcze­gól­nie rzu­cał się w oczy. Spraw­dzi­li­śmy go. To była na­sza ro­bota. Oka­zał się czy­sty. Fał­szywy trop. Ko­niec…

– Dla­czego ty je­steś w to wplą­tany?

Pod­niósł ręce w górę.

– Bo…

Skądś do­biegł ich dźwięk. Kroki. Ja­kaś ma­szy­ne­ria. Stary sil­nik z nie­chę­cią ru­sza­jący do pracy.

Po­tem gło­śny huk. Po­świe­ciła la­tarką. Cięż­kie sta­lowe wrota na końcu po­miesz­cze­nia wła­śnie się za­trza­snęły.

Borch pod­biegł i pró­bo­wał je pod­wa­żyć ra­mie­niem. Bez efektu.

Z su­fitu za­częły spły­wać tru­jące nie­bie­ska­wo­sine kręte ob­łoczki.

Spa­liny die­sla. Dużo spa­lin.

Żad­nych okien. Żad­nej wen­ty­la­cji w za­sięgu wzroku.

I tylko ob­raz w jej wy­ob­raźni, je­den z tych, które za­wsze po­ja­wiały się same z sie­bie: na ze­wnątrz stary ge­ne­ra­tor, rura wy­de­chowa pod­łą­czona do je­dy­nego ko­mina wen­ty­la­cyj­nego w da­chu.

Borch wa­lił w drzwi, krzy­czał, sza­lał.

Lund świe­ciła la­tarką na na­pły­wa­jące ku nim spa­liny.

Wdech. Wy­dech. Wdech.

Żad­nego wy­boru.

Pierw­szy nie­po­żą­dany wdech. Za­częła się krztu­sić.

W dro­dze na spo­tka­nie z ko­mi­te­tem par­tii Ka­ren Ne­bel stre­ściła Hart­man­nowi sy­tu­ację. Po­li­cja są­dziła, że w Ju­tlan­dii za­czyna się coś kla­ro­wać. Na­dal nie wie­dzieli, czy Emi­lie żyje, czy nie.

Po dro­dze ele­gancka po­stać pę­dziła za nim po scho­dach. Mo­gens Rank.

– Tro­els! Tro­els! Za­cze­kaj, pro­szę. Nie złość się na mnie.

Hart­mann się od­wró­cił.

– Przy­kro mi, że do tego do­szło – mó­wił Rank. – Chcę, że­byś wie­dział, że mój głos na­leży do cie­bie. Za­wsze tak bę­dzie. To nie ma nic wspól­nego z tobą.

– Pró­bo­wa­li­śmy wy­tłu­ma­czyć to Bir­git – za­uwa­żyła Ne­bel. – Ona chyba nie chce słu­chać.

Rank kiw­nął głową.

– Ma am­bi­cje. Cóż… – wzru­szył ra­mio­nami – taka jest po­li­tyka. Su­ge­ruję, żeby na po­czątku spo­tka­nia…

– Nie bę­dzie spo­tka­nia – prze­rwał Hart­mann szorstko i ru­szył da­lej.

Sala kon­fe­ren­cyjna. Długi stół, nad nim ży­ran­dole. Roz­ło­żone pa­piery. Przy­go­to­wane dzbanki z wodą. Bir­git Eg­gert stała sa­mot­nie u szczytu. Nowy czarny ko­stium, do­sko­nała fry­zura – wszystko dla ka­mer.

Hart­mann wszedł dziar­skim kro­kiem. Ne­bel i Rank zo­stali w tyle, słu­chali.

– Sprawa jest pro­sta, Bir­git. Ana­li­zu­jemy nowe in­for­ma­cje na te­mat po­rwa­nia Emi­lie Zeu­then. Mam ab­so­lutną pew­ność, że oczysz­czą rząd z wszel­kich po­dej­rzeń.

– Tro­els…

– Jako czło­nek par­tii, jako je­den z mo­ich mi­ni­strów je­steś od­po­wie­dzialna przede mną, i tylko przede mną. Ta nie­lo­jal­ność nie przej­dzie nie­zau­wa­żona. – Wska­zał na stół. – Idź po­wie­dzieć swoim ako­li­tom, że nie­stety zmar­no­wali czas.

Cień uśmie­chu.

– A cóż to mają być za in­for­ma­cje?

– Mamy świadka, który wi­dział, jak Ussing wy­wie­rał na­cisk na pro­ku­ra­tora. Ko­goś ze sztabu Ussinga. PET pro­wa­dzi po­stę­po­wa­nie. Z tego po­wodu nie mogę zdra­dzić nic wię­cej…

– Bła­gam, po­wiedz, że nie masz na my­śli tego bła­zna Kri­stof­fera Se­iferta.

Mo­gens Rank pod­niósł ręce w roz­pa­czy.

– Och, na mi­łość bo­ską, Bir­git. Masz nas za kom­plet­nych idio­tów? Oczy­wi­ście, że to nie Se­ifert. – Pod­chwy­cił spoj­rze­nie Hart­manna. – On prze­cież omal nie skoń­czył przed są­dem za kra­dzież fun­du­szy na kam­pa­nię Ussinga.

– Mo­gens… – wy­szep­tała Ne­bel.

– Co prawda nie ma to zna­cze­nia – do­dał szybko Rank – w tych oko­licz­no­ściach. Wszyst­kie tropy na­leży spraw­dzić. I wszyst­kie zo­staną spraw­dzone…

– PET to ana­li­zuje – nie ustę­po­wał Hart­mann.

– Mia­łeś swoją szansę. – Eg­gert wzięła ze stołu pa­piery. – Za­czy­namy spo­tka­nie. Zo­stań albo wyjdź, jak chcesz.

Dwa pię­tra ni­żej. Wy­dział Kry­mi­na­li­styki. Su­rowe zimne po­miesz­cze­nie. Lu­dzie, któ­rych Brix znał, stali do­koła w ocze­ki­wa­niu.

Na ten akt dra­matu cze­kali, a jed­no­cze­śnie go nie chcieli. Ko­niec jed­nego po­ścigu. Po­czą­tek in­nego.

Ocie­ka­jąca śmier­dzącą wodą torba le­żała na lśnią­cym srebr­nym stole, miała wiel­kość i kształt dziecka. Spod błota i glo­nów wy­zie­rał błę­kit. Z boku wid­niała na­zwa. I wi­ze­ru­nek ża­gla.

Lund coś wcze­śniej po­wie­działa. Że czło­wiek, któ­rego szu­kają, jest nie­ro­ze­rwal­nie zwią­zany z mo­rzem. Wy­da­wało się, że wszę­dzie to­wa­rzy­szy mu słona woda. Może pły­nęła w jego ży­łach, pom­po­wana przez bez­duszne serce.

A jed­nak coś jesz­cze go na­pę­dzało. Nie­do­koń­czone sprawy.

Był tu główny pa­to­mor­fo­log. I szef kry­mi­na­li­styki. Obaj stali w mil­cze­niu, ubrani w białe kom­bi­ne­zony, ze skal­pe­lami w dło­niach.

Je­den do ciała. Drugi do do­wo­dów. Który skal­pel wy­brać?

– Co to jest? – spy­tał Brix.

Od­po­wie­dział szef kry­mi­na­li­styki.

– Bre­zen­towa torba na ża­giel z ma­łej jolki. Zwy­czajna. W por­cie można ta­kie zna­leźć na każ­dym kroku.

Woda pach­niała solą i zgni­li­zną. Za­raz zrobi się go­rzej. Nie da się przed tym uciec.

– To jak? – spy­tał pa­to­log, pod­no­sząc skal­pel. Kiw­nął głową na ko­legę. – Ja czy on? Twój wy­bór.

Co się stało, to się nie od­sta­nie. Czasu nie da się cof­nąć. Wręcz prze­ciw­nie, choćby nie wia­domo jak się pra­gnęło.

Brix od­wró­cił się do tech­nika.

– Ty.

Po czym cof­nął się, wziął głę­boki od­dech, po­my­ślał, jaki odór za­raz po­czują, i pa­trzył, jak męż­czy­zna za­kłada ma­seczkę na twarz.

Kilku funk­cjo­na­riu­szy wy­szło, nie mo­gło tego znieść. Tro­chę im za­zdro­ścił. Nie­długo, gdy pro­ku­ra­tor i Ruth He­deby wy­ko­nają swoją ro­botę, taka wol­ność sta­nie się czę­ścią jego co­dzien­nego ży­cia. Nie wie­dział, co o tym my­śleć. Czy to po­cie­sza­jące, czy przy­gnę­bia­jące.

– Cię­cie – oznaj­mił tech­nik, po czym przy­sta­wił ostrze skal­pela do szczytu torby, w po­bliżu wią­za­nia, i prze­su­nął je po­woli, ostroż­nie, wy­ko­nu­jąc płyt­kie cię­cie przez całą dłu­gość płótna.

Nowy za­pach. Brix nie mógł go sko­ja­rzyć.

Dru­gie cię­cie, w po­przek, po­środku. Po­tem jesz­cze kilka.

To się działo za szybko. Torbę na­le­żało roz­ciąć ostroż­nie, wy­do­być tę po­czwarkę mo­tyla z ko­konu.

Jesz­cze jedno cię­cie i Brix do­padł go z krzy­kiem na ustach.

I za­raz umilkł.

Tech­nik ścią­gnął ma­seczkę. Wzru­szył ra­mio­nami.

Brix spoj­rzał, pró­bo­wał sko­ja­rzyć za­pach.

Płótno i ży­wica. No­wiut­kie. Nie­uży­wane.

Nie­ska­zi­telne, cia­sno zło­żone, w więk­szo­ści cią­gle białe, le­żało w nie­bie­skiej tor­bie.

Ża­giel. I nic poza tym. Na jed­nym końcu po­czer­niały otwór po kuli. I drugi na środku.

– Lund miała ra­cję – ode­zwał się sto­jący za ple­cami Brixa Mad­sen.– Miała…

Brix już wy­cho­dził na ko­ry­tarz. Czło­wiek od­ro­dzony.

– Po­wiedz He­deby, że wzna­wiamy sprawę – roz­ka­zał, gdy Mad­sen pró­bo­wał do­trzy­mać mu kroku. – Znajdź wszyst­kich do­stęp­nych funk­cjo­na­riu­szy. Nie ob­cho­dzi mnie, czy są po służ­bie. Mają się tu na­tych­miast sta­wić.

Trzeba po­wia­do­mić lu­dzi. Pod­jąć de­cy­zje. Wy­dać roz­kazy.

– Prze­każ Zeu­the­nom, że mu­simy się jak naj­szyb­ciej spo­tkać – do­dał. – I po­łącz mnie z Lund.

W cen­trum ope­ra­cyj­nym trwała już krzą­ta­nina. Dzwo­nił Junc­ker z Ju­tlan­dii. Lund chyba w końcu wy­tro­piła po­ry­wa­cza. Ale nie było do­brze.

La­kier­nia. Sil­nik pra­cuje. Je­den świe­tlik wy­soko w su­fi­cie.

Na ze­wnątrz grze­cho­tał i trząsł się ge­ne­ra­tor. Czuli, że jego wy­ziewy mie­szają się z ich od­de­chami. Po­ry­wacz był tu cały czas. Pa­trzył. Słu­chał.

Borch ro­bił to, co w ta­kich sy­tu­acjach ro­biłby każdy męż­czy­zna. Rzu­cał się na ściany, ci­skał przed­mio­tami, krzy­czał.

Wszę­dzie ce­gły i me­tal. Rę­kawy przy ustach, płyt­kie od­de­chy. Ale nie bar­dzo to po­ma­gało.

Dźwięk. Od razu wie­działa, kto dzwoni.

Wy­jęła z kie­szeni te­le­fon, po­de­szła do ściany, pró­bo­wała zna­leźć odro­binę po­wie­trza, by mó­wić.

– To za­bawne – po­wie­działa, nie­mal się krztu­sząc.

– Chcę tylko no­tes, Lund. Nie cie­bie. Daj mi go, a bę­dziesz żyła.

Borch był obok. Prze­ka­zała mu to. Chwy­cił te­le­fon.

– Słu­chaj no! – wark­nął. – Nie mamy no­tesu. Po­li­cja tu je­dzie. Wy­łącz to, do­bra?

Nic.

Pod­nio­sła wy­soko wzrok na nie­do­stępny świe­tlik. Borch przy­niósł wia­dro i ka­zał jej na nim sta­nąć. Pró­bo­wała, ale na­wet z wia­dra nie się­gnęła do pierw­szej belki.

– Nie dam rady – po­wie­działa i ze­sko­czyła na pod­łogę. – Ty spró­buj. Wyjdź. Wy­łącz sil­nik. I wróć po mnie.

Wa­ha­nie na jego twa­rzy. Krzy­czała, aż się w końcu ru­szył.

Był wy­gim­na­sty­ko­wany. Je­den skok z wia­dra i już chwy­cił belkę. Pod­cią­gnął się. Wspiął się na le­gar i da­lej na dach. Wal­nął pi­sto­le­tem w szkło. Stare że­lazo drgnęło. Lekki po­wiew noc­nego po­wie­trza spły­nął po­śród opa­rów, jak woda pod­czas su­szy.

Wcią­gnęła je no­sem. Za­mknęła oczy. Pró­bo­wała my­śleć.

Kiedy je znowu otwo­rzyła, był już pra­wie na ze­wnątrz, wła­śnie zni­kały nogi.

A więc wy­szedł. Usły­szała, jak ciało sta­cza się po da­chu z bla­chy fa­li­stej.

Usły­szała, jak spada.

Usły­szała jego jęk.

A po­tem jesz­cze je­den dźwięk.

Strzał z pi­sto­letu.

Borch spadł z da­chu warsz­tatu, wy­lą­do­wał na błot­ni­stej ziemi, prze­tur­lał się dwa razy, usły­szał coś. Prze­tur­lał się w drugą stronę.

Pod­niósł wzrok. Czarna po­stać. Ko­mi­niarka. W dłoni pi­sto­let. Lufa wy­ce­lo­wana w jego twarz.

– No­tes – po­wie­dział męż­czy­zna bez­barw­nym, zim­nym gło­sem i na­gle pi­sto­let wy­pa­lił, tak bli­sko jego głowy, że huk na chwilę go ogłu­szył.

Woń kor­dytu prze­ro­sła odór po­bli­skiego ge­ne­ra­tora, który rzę­ził i ter­ko­tał, po­sy­ła­jąc swoją tru­ci­znę Lund uwię­zio­nej w środku.

Borch od­zy­skał od­dech. Pró­bo­wał doj­rzeć coś pod ko­mi­niarką.

– Nie mam no­tesu. Mó­wi­łem…

– Je­śli będę mu­siał cię za­bić, zro­bię to.

– Nie…!

Kop­niak w brzuch. I drugi w głowę. Borch za­skom­lał. Usi­ło­wał wstać. Chciał wal­czyć.

Ale spa­dały ko­lejne ciosy. Po chwili nie było już nic in­nego.

Kasz­ląc, z pie­ką­cymi oczami i obo­la­łymi płu­cami, Lund od­su­wała kop­nia­kami graty na pod­ło­dze, szu­ka­jąc bez ustanku.

W gło­wie miała jedną myśl: sły­szała wcze­śniej mo­rze pod de­skami pod­łogi. Było tam, zimne, po­sępne i obo­jętne. Wyj­ście. Mu­siała być ja­kaś klapa.

Zna­la­zła w rogu przy drzwiach. Dwa brudne za­wiasy.

Uchwyt, okrą­gły, za­rdze­wiały. Nie­ru­chomy.

Trzy razy pró­bo­wała, nim klapa drgnęła. Jesz­cze trzy szarp­nię­cia i się udało.

Po­krywa się pod­nio­sła. W świe­tle la­tarki bły­skała w dole woda, do­bre pięć me­trów. Sta­lowa dra­bina i trap, który mu­siał pro­wa­dzić do mola z przodu.

Lund ze­szła, bar­dzo po­woli. Do­tarła do roz­wa­la­ją­cej się że­la­znej siatki. I da­lej do be­to­no­wego mola. Wspięła się. Ro­zej­rzała.

Wy­pro­sto­wana po­stać. I druga na ziemi. Na­gle męż­czy­zna się po­chy­lił, kop­nął Bor­cha po raz ko­lejny, za­czął prze­szu­ki­wać jego kie­sze­nie.

Ru­szyła przed sie­bie, z bro­nią wy­ce­lo­waną, ci­cho, sta­ra­jąc się nie od­dy­chać.

Coś się zmie­niło. Gdy tak pa­trzyła, on wy­cią­gnął z we­wnętrz­nej kie­szeni Bor­cha coś, co wy­glą­dało na to­rebkę do­wo­dową, po­ma­chał nią przed zbo­lałą po­sta­cią na ziemi, za­klął i wrza­snął:

– A to co, gnoju?

No­tes, po­my­ślała. No­tes. Ten, któ­rego Borch po­do­bno nie wi­dział na oczy.

Cią­gle szła.

Męż­czy­zna w ko­mi­niarce od­su­nął się, wy­mie­rzył z pi­sto­letu pro­sto w twarz Bor­cha.

Lund wtedy strze­liła, na oślep. Ni­gdy nie była w tym do­bra.

– Rzuć broń! – krzyk­nęła, wciąż idąc w jego stronę.

Od­su­nął się i wtedy wy­dało jej się, że wi­dzi za ma­ską wy­raz jego twa­rzy: uba­wie­nie.

– Rzuć…

Jego broń po­wę­dro­wała w górę tak szybko, że ja­kaś jej część, zu­peł­nie jej nie­znana, za­częła się bu­dzić.

Je­den strzał.

Jego.

Chy­bił.

Je­den strzał.

Jej.

Sko­wyt bólu. Czarna po­stać rzu­ciła się w mrok obok ter­ko­czą­cej ma­szyny.

Cią­gle miała to w gło­wie. Do­pa­dła Bor­cha, po­chy­liła się. Krew na jego ustach. Do­tknęła jego po­liczka.

– Saro… On ma no­tes. Mu­sisz…

Bez wa­ha­nia, z pod­nie­sioną bro­nią, ru­szyła w stronę ge­ne­ra­tora.

Na­gie de­ski na bło­cie. Kilka śla­dów stóp. Może ja­kieś plamy krwi. Nic poza tym.

Pod­nio­sła broń wy­żej. Szła da­lej.

Nic nie wi­działa.

W od­dali dźwięk sy­ren i ja­sno­nie­bie­skie bły­ski.

Z mo­rza ni­ski po­mruk sil­nika ma­łej łódki.

Na wo­dzie ani jed­nego świa­tła. Znowu znik­nął.

Wtedy do­tarł do niej Borch.

– Po­strze­li­łam go – po­wie­działa. – Wi­dzia­łam go. I tra­fi­łam.

Bóg ra­czy wie­dzieć jak, po­my­ślała.

Borch do­tknął swo­jej klatki pier­sio­wej, skrzy­wił się z bólu.

– Już ci mó­wi­łem. On nosi ka­mi­ze­lkę ku­lo­od­porną czy coś w tym ro­dzaju. – De­li­kat­nie się po­kle­pał. Wy­da­wał się nie­mal za­do­wo­lony z tego, co czuje. – Ale na pewno go za­bo­lało.

– Jesz­cze jak – wy­szep­tała.

Borch spoj­rzał na nią i za­milkł.

– Jaki on jest? – spy­tała.

Za­sta­no­wił się.

– Nie­zwy­kły – od­rzekł. – Bar­dzo.

Te­le­fon roz­bły­snął i za­dzwo­nił. Tym ra­zem jej wła­sny.

Lund słu­chała. Spoj­rzała na Bor­cha.

– Żyje – po­wie­dział Brix, a ra­czej ona wy­wnio­sko­wała to z har­mi­deru w tle, dzwo­nił z cen­trum do­wo­dze­nia. – Emi­lie żyje. Wra­camy do gry.

Spo­tka­nie ko­mi­tetu trwało w naj­lep­sze. Pięt­na­ście osób przy stole. Eg­gert jako prze­wod­ni­cząca.

– Wszy­scy je­ste­śmy omylni – mó­wiła. – Ale jako po­li­tycy zo­sta­niemy roz­li­czeni ze swo­ich błę­dów. Nie mó­wimy tu o po­je­dyn­czym po­tknię­ciu. Już sam twój zwią­zek z Rosą Le­bech…

– To sprawa oso­bi­sta – prze­rwał jej Hart­mann. – Ni­gdy nie ko­li­do­wała z moją pracą ani z po­li­tyką, którą re­ali­zuję.

– Wąt­pię, czy jej mąż by się z tym zgo­dził. – Eg­gert mó­wiła z wy­raźną wzgardą. – I twoje za­cho­wa­nie w spra­wie Zeu­the­nów… Zlek­ce­wa­ży­łeś wszyst­kie sy­gnały alar­mowe. To przez cie­bie Mo­gens Rank uda­wał nie­win­nego, pod­czas gdy wiemy w tej chwili, że nie jest nie­winny.

– Bzdury – wtrą­cił się Rank. – Moje mi­ni­ster­stwo nie…

Rzu­ciła mu przed nos wie­czorną ga­zetę.

– Prze­czy­taj to, Mo­gens. Me­dia nie zo­sta­wiają na nas su­chej nitki. Nie ma co na­rze­kać, że są… nie­miłe. Prawdą jest to, co oni uznają za prawdę. Nie od­po­wie­dzia­łeś na py­ta­nia w spra­wie, pod­czas gdy Tro­els za­an­ga­żo­wał się w nią w spo­sób dość nie­sto­sowny jak na pre­miera. Na­sza wia­ry­god­ność jako par­tii zo­stała pod­ko­pana, a do wy­bo­rów zo­stało le­d­wie kilka dni. Sta­tek bez steru to­nie na na­szych oczach. Je­ste­śmy to winni par­tii, wy­bor­com, Zeu­the­nom…

Rank uci­szył ją mach­nię­ciem ręki.

– Usu­wa­nie pre­miera nie leży w in­te­re­sie par­tii. On re­pre­zen­tuje ko­ali­cję…

– My­ślisz, że te­raz ko­ali­cjanci nas po­pie­rają? Na­wet Rosa się nie zbliży. Je­śli wyj­dzie z jego łóżka…

Hart­mann od­wró­cił się do niej gwał­tow­nie.

– Czy ja do­brze sły­szę? Do tego do­szli­śmy? Je­ste­śmy bandą cwa­nia­ków, któ­rzy się sprze­czają, plot­kują i wbi­jają nóż w plecy, szu­kają oka­zji, która ich do­wie­zie na na­stępną im­prezę? – Spoj­rzał po ze­bra­nych, po każ­dym z ko­lei. – Je­ste­ście tu dzięki mnie… Ja wy­ko­na­łem tę pracę. Ow­szem, stawką jest na­sza wia­ry­god­ność, na­sza przy­szłość, na­sza po­zy­cja w spo­łe­czeń­stwie, sto­sunki z Ze­elan­dem, ja­sne! Ale mamy wi­zję. Je­śli mnie wy­rzu­ci­cie, po­że­gna­cie się z tą wi­zją. Wy­bra­li­ście mnie z tego sa­mego po­wodu, dla któ­rego ja wy­bra­łem was. Z po­wodu wiary. – Hart­mann wal­nął pię­ścią w stół. – Te­raz wła­śnie po­trze­buję tej wiary. Wy też. Do­ma­gam się jej.

Ci­sza. Prze­rwana śmie­chem Bir­git Eg­gert.

– Jak ty świet­nie prze­ma­wiasz, Tro­els. Ale słowa nie przy­wrócą ży­cia Emi­lie Zeu­then. Albo zło­żysz re­zy­gna­cję, albo się od cie­bie ode­tniemy. Odej­ście z god­no­ścią albo krwawa wojna do­mowa. Wy­bór…

Za nimi otwo­rzyły się dwu­skrzy­dłowe drzwi. Do sali we­szła Ka­ren Ne­bel, spoj­rzała na Hart­manna. Ten wstał, Mo­gens Rank rów­nież. Po­wie­działa im coś na ucho.

Eg­gert chciała przejść do kwe­stii for­mal­nych. Re­gu­la­mi­nów i pro­ce­dur.

– Tro­els! – wrza­snęła. – Ze­chcesz wró­cić do stołu i kon­ty­nu­ować spo­tka­nie?

Od­po­wie­dział jej Mo­gens Rank. Po­pra­wił na no­sie oku­lary, spoj­rzał na nią z sym­pa­tią i rzekł:

– Bę­dziesz mu­siała mi wy­ba­czyć. Mamy nowe in­for­ma­cje z Po­li­ti­går­den.

– Do­bre in­for­ma­cje – do­dał Hart­mann. – Po­li­cja wła­śnie otwo­rzyła torbę, w któ­rej miało się znaj­do­wać ciało Emi­lie Zeu­then. Oka­zało się, że to zmyłka… W środku był tylko ża­giel.

Ne­bel rzu­ciła na stół ja­kieś zdję­cia. Nie­bie­ska ubło­cona torba, dwa otwory po ku­lach, w środku biały ma­te­riał.

– Wie­rzą głę­boko, że Emi­lie żyje – do­dał Rank. – Wolę się za­jąć tym, niż dys­ku­to­wać tu­taj… – Mach­nął ręką. – Co­kol­wiek by to miało być. Bir­git?

Miała na ustach naj­bled­szy ze swo­ich uśmie­chów. Nic nie po­wie­działa.

Hart­mann wy­szedł, Ne­bel za nim. Re­la­cjo­no­wała mu to, co wie. Zda­niem po­li­cji Emi­lie zo­stała za­brana na Ju­tlan­dię, praw­do­po­dob­nie jest prze­trzy­my­wana gdzieś w po­bliżu mia­sta.

Usie­dli w ga­bi­ne­cie. Hart­mann za­mknął oczy, wy­glą­dał, jakby się na­my­ślał. Ne­bel spraw­dzała wia­do­mo­ści. We­ber pod­szedł do barku.

– Nie te­raz – po­wie­dział Hart­mann, na­gle się bu­dząc.

We­ber sta­nął, spoj­rzał zdu­miony.

– Ty i Ka­ren Ne­bel ma­cie za sobą ciężki dzień – do­dał Hart­mann. – Idź­cie gdzieś wy­pić za mnie. – Wy­jął port­fel, rzu­cił na stół pie­nią­dze. – Z wy­ra­zami wdzięcz­no­ści.

– A ty co bę­dziesz ro­bił? – spy­tała Ne­bel, zbie­ra­jąc bank­noty.

Ro­zej­rzał się po wy­god­nym po­koju. Sofy. Ob­razy.

– Ja chcę mieć chwilę dla sie­bie. Idź­cie. – Od­pę­dził ich ru­chem dłoni. – Sio!

Wstali zdu­mieni.

– A po dro­dze za­mów­cie mi coś do je­dze­nia. Ho­mara i sa­łatkę. Dwie por­cje. Je­stem głodny jak wilk.

We­ber wes­tchnął, spoj­rzał na ko­le­żankę po­ro­zu­mie­waw­czo i wy­szli.

Hart­mann pod­szedł do lo­dówki. Dwie bu­telki szam­pana. Do­bra marka. Roz­kosz­nie schło­dzona. Po­wi­nien po­skut­ko­wać.

Stocz­nia jach­towa była te­raz oświe­tlona ni­czym we­sołe mia­steczko. Tech­nicy kry­mi­na­li­styki uwi­jali się przy pracy. Ga­pie wy­cią­gali szyje. Za dużo lu­dzi. Pró­bo­wała trzy­mać ich z da­leka, ale Gud­bjer­ghavn jesz­cze ni­gdy cze­goś po­dob­nego nie wi­działo. Ta­kiego przed­sta­wie­nia nie można było prze­ga­pić.

Brix znowu dzwo­nił, chciał wie­dzieć, jak po­ry­wa­czowi udało się uciec.

– Miał łódź – wy­ja­śniła. – Za­wsze ma łódź.

– Dziew­czynka…

– Zna­leź­li­śmy miej­sce, w któ­rym za­mor­do­wano Lo­uise Hjelby. Nie są­dzę, żeby tu kto­kol­wiek choćby zaj­rzał. Wi­dziano czarny sa­mo­chód. Borch miał no­tes z kil­koma nu­me­rami re­je­stra­cyj­nymi… – I za­trzy­mał go, po­my­ślała. – On nas pod­słu­chał. Za­brał no­tes. – Lund przy­po­mniała so­bie o ma­te­racu, pla­mach krwi, kaj­da­nach. – Kto­kol­wiek za­bił Lo­uise, mu­siał się czuć pew­nie. Na­wet nie pró­bo­wał usu­nąć śla­dów. Albo może…

Może to było za­da­nie ko­goś in­nego. I ten ktoś cią­gle dzia­łał.

– Jak Borch zdo­był ze­szyt? Dla­czego nie ty?

Za­wsze wie­dział, o co spy­tać.

– O to mu­sisz za­py­tać jego. Albo Dyh­ringa. Ko­goś z PET. Ja nie wiem.

Kiedy się roz­łą­czyła, stwier­dziła, że Borch słu­chał jej roz­mowy.

Po­szli na róg warsz­tatu, z dala od tech­ni­ków, od bia­łego ro­weru. On miał ban­daż na ra­mie­niu, w miej­scu, gdzie po­ry­wacz go ude­rzył. Żad­nego zła­ma­nia.

– Był pe­wien po­wód – za­czął Borch. – Chcę ci o nim po­wie­dzieć.

– Na­prawdę?

– Tak. Je­stem ci to wi­nien. I…

Wstała i ode­szła w mrok.

Junc­ker prze­ka­zał jej bie­żące in­for­ma­cje. Prze­szu­kali wy­dmy. Kilka po­bli­skich kem­pin­gów. Nie mieli po­ję­cia, gdzie znik­nął po­ry­wacz.

– On za­wsze ma plan – za­uwa­żyła. – Wszystko go­towe. Na wszelki wy­pa­dek.

Młody po­li­cjant kiw­nął głową.

– Pew­nie tak…

Pod­szedł Borch, upo­rczy­wie nie od­stę­po­wał jej boku.

– Saro, ja ni­czego nie utrud­nia­łem. Wy­słu­chasz mnie?

Junc­ker zgro­mił go wzro­kiem.

– Wy­daje mi się, że na de­skach przy ge­ne­ra­to­rze jest plama krwi – po­wie­działa Lund. – Po­strze­li­łam go. Miał na so­bie ka­mi­ze­lkę ku­lo­od­porną, ale może się czymś ska­le­czył. W każ­dym ra­zie jest ranny. Niech tech­nicy zbiorą próbki i wy­ślą do la­bo­ra­to­rium.

Fur­go­netka stała na par­kingu stoczni. Ani śladu Emi­lie. Wpro­wa­dzone do środka psy nie pod­jęły tropu.

– Jej tu w ogóle nie było – stwier­dziła Lund. – Wra­camy do Ko­pen­hagi. Kto­kol­wiek był w tym czar­nym sa­mo­cho­dzie…

– Zro­bi­łem, co mo­głem! – krzyk­nął Borch.

Szła da­lej, schy­liła się pod czer­wono-białą ta­śmą, wra­cała do ra­dio­wo­zów.

– Pró­bo­wa­łem po­móc…

Wście­kła za­trzy­mała się i od­wró­ciła do niego.

– Więc kogo kry­łeś? Czyją dupę PET tu chroni?

Junc­ker skrzy­żo­wał ra­miona na piersi i po­pa­trzył groź­nie na Bor­cha.

– Wła­śnie. Ja też chciał­bym to wie­dzieć. Wy­da­wało mi się, że bę­dziemy jedną dru­żyną.

– Nie ma­cie upraw­nień! – W gło­sie Bor­cha sły­chać było na­pię­cie. – Do­póki nie… do­póki…

To Junc­ker się wku­rzył, nie ona.

– To dziecko zo­stało zgwał­cone i za­mor­do­wane, Emi­lie Zeu­then cią­gle jest Bóg wie gdzie. A ty tu… pie­przysz jak ja­kiś służ­bi­sta. Nie mogę na cie­bie pa­trzeć.

– Ja pro­wa­dzę – oznaj­miła Lund i pod­nio­sła w górę klu­czyki.

Junc­ker za­jął fo­tel pa­sa­żera.

Od­wró­cił twarz do szyby.

– Może mnie pod­wie­zie­cie? – po­pro­sił Borch.

– Nie mamy upraw­nień – od­parła Lund i od­je­chała.

Brix spo­dzie­wał się, że po­każe Zeu­the­nom ciało. Tym­cza­sem była to brudna nie­bie­ska torba ze zwo­jem płótna. Dwa strzały. Mocny do­wód, że ten wła­śnie przed­miot Zeu­then wi­dział z mo­stu.

Torbę prze­nie­siono do nie­wiel­kiego po­koju w Wy­dziale Kry­mi­na­li­styki. Zeu­the­no­wie wpa­try­wali się w nią, nie mó­wiąc ani słowa.

– Nie umiem, nie­stety, od­po­wie­dzieć na wiele na­glą­cych py­tań – do­dał Brix. – Na pewno on chciał nas zwieść, ale…

– My­śli pan, że ona żyje? – spy­tała Maja.

Brix nie cier­piał jed­no­znacz­nych od­po­wie­dzi.

– Zo­stał wy­śle­dzony w Ju­tlan­dii. Nic nie świad­czy o tym, że Emi­lie jest z nim. Z tego, co się orien­tu­jemy, zo­stała śli­zga­czem za­brana do portu w Ko­pen­ha­dze. Po­tem… Prze­szu­ku­jemy te­ren, spraw­dzamy ru­chy stat­ków. Na pewno miał do­stęp do kon­te­nera. – Spoj­rzał na Zeu­thena. – On ma ja­kieś po­wią­za­nia z mo­rzem. Poza tym… prze­strze­gał­bym przed nad­mier­nym opty­mi­zmem. To bru­talny, do­brze zor­ga­ni­zo­wany czło­wiek. Je­śli…

Ro­bert Zeu­then zro­bił w tył zwrot i wy­szedł. Żona tuż za nim. Brix też. Zeu­then już roz­ma­wiał przez te­le­fon, dzwo­nił do szefa ochrony Ze­elanda i jego lu­dzi.

– Pa­nie Zeu­then… – za­czął Brix.

– Prze­pro­wa­dzimy w por­cie wła­sne po­szu­ki­wa­nia. Już za­czy­namy. Znamy to miej­sce le­piej niż wy. Szcze­rze mó­wiąc, z tego, co wi­dzia­łem…

Brix po­krę­cił głową.

– Ro­zu­miem pań­ską fru­stra­cję. Nie mogę jed­nak po­zwo­lić, żeby prze­szko­dził pan na­szym dzia­ła­niom.

– Zmar­no­wał pan czter­dzie­ści osiem go­dzin na tę bzdurę! – krzyk­nął Zeu­then.

– One nie były zmar­no­wane. Moi lu­dzie…

– Już mie­li­śmy po­wie­dzieć sy­nowi, że jego sio­stra nie żyje. Wy­ob­raża pan to so­bie? Co mamy po­wie­dzieć mu te­raz?

Brix stał nie­ru­chomo.

– To nie­ty­powa sprawa. Je­śli spró­buje pan prze­szko­dzić w na­szych dzia­ła­niach, tylko ją pan do­dat­kowo skom­pli­kuje.

Zeu­then od­szedł już bez dal­szych ko­men­ta­rzy. Ona zo­stała.

– To nie jest wła­ściwa droga – po­wie­dział Brix. – Pro­szę…

– On chce coś zro­bić! Nie ro­zu­mie pan tego? Oboje chcemy.

– Więc pro­szę po­szu­kać bli­żej domu. Ten czło­wiek się do was zbli­żył. Do Emi­lie. Wie dużo o was, o Ze­elan­dzie, rze­czy, któ­rych nie po­wi­nien wie­dzieć. Je­śli zdo­łamy zro­zu­mieć to…

– Prze­świe­tli­li­ście całą na­szą ro­dzinę, pa­nie Brix. I ca­łego Ze­elanda.

– To nie ozna­cza, że nie ma tu od­po­wie­dzi. Tylko że ich nie zna­leź­li­śmy. Je­śli ktoś spoj­rzy in­nymi oczami… może ktoś jej bliż­szy…

– Zo­ba­czę, co da się zro­bić – obie­cała.

Pa­trzył, jak ko­bieta od­cho­dzi ko­ry­ta­rzem, spo­tyka się z mę­żem na ze­wnątrz. Już nie wy­da­wali się so­bie tak da­lecy.

Wró­cił do cen­trum ope­ra­cyj­nego. Zo­ba­czył za­in­te­re­so­wa­nie, chęć, ener­gię. Sprawa wró­ciła z za­świa­tów.

W ga­bi­ne­cie w Drak­ka­rze Ro­bert Zeu­then i Re­in­hardt spo­tkali się z ochroną Ze­elanda. Sza­rzy, po­ważni, zde­cy­do­wani za­wo­dowcy roz­ma­wiali o miej­scach do prze­szu­ka­nia, o re­je­strach stat­ków, por­tach prze­zna­cze­nia.

Maja pod­słu­chała plot­ku­jący per­so­nel. Ze­eland nie za­rzą­dzał się sam. Jesz­cze przed po­rwa­niem Emi­lie były pro­blemy z radą nad­zor­czą. Szepty o bun­cie i jak to Ro­bert nie jest swoim oj­cem.

I nie był. Ina­czej ni­gdy by za niego nie wy­szła. Kiedy słu­chała, jak roz­ma­wiają, i pa­trzyła, jak on pró­buje kie­ro­wać ich sta­ra­niami, czuła się bez­silna. Po­dob­nie jak on.

Mieli przy stole wielki mo­ni­tor. Wy­świe­tlały się na nim mapy i ru­chy stat­ków. On py­tał, które miej­sca spraw­dziła po­li­cja. Od­nio­sła wra­że­nie, że to ope­ra­cja na ogromną skalę.

– Spraw­dzili wszyst­kie statki w por­cie – po­wie­dział Re­in­hardt.

– A kon­te­nery?

– Są za­pie­czę­to­wane. Nie mo­żemy tak po pro­stu…

– Chcę, że­byś po­roz­ma­wiał z ludźmi z ter­mi­nalu kon­te­ne­ro­wego – prze­rwał Zeu­then. – Po­wiedz, że mu­simy zaj­rzeć do każ­dego kon­te­nera. Po­kry­jemy straty. Wszel­kie straty spo­wo­do­wane ewen­tu­al­nymi opóź­nie­niami.

Szef ochrony po­krę­cił głową.

– Nie mamy prawa. To są ła­dunki. Za­war­tość jest pry­watną wła­sno­ścią. Je­śli…

– Spy­taj o cenę. A po­tem za­płać. Nie są­dzę, żeby się spie­rali.

– Rada chce się spo­tkać – do­dał Re­in­hardt. – To ważne.

– Nie dla mnie – wark­nął Zeu­then.

Ha­łas przy drzwiach. Stał tam Car­sten Las­sen i pa­trzył na Maję. Był z nim Carl. Wi­dać było, że pła­kał.

Po­de­szła do chłopca. Zeu­then też. Las­sen wy­glą­dał na za­wsty­dzo­nego. Miał włą­czony te­le­wi­zor, a Carl usły­szał wia­do­mo­ści.

– Za­po­mnia­łem. Prze…

Maja już obej­mo­wała chłopca, spoj­rzała na Las­sena zna­cząco. Zro­zu­miał i od­szedł.

Po­szli do sa­lonu, po­sa­dzili Carla mię­dzy sobą, ob­jęli go. Tak jak kie­dyś.

– Mama i tata jej szu­kają – po­wie­dział Zeu­then. – Wszę­dzie. Znaj­dziemy na­szą Emi­lie. Oboje… wszy­scy za nią tę­sk­nimy.

– A je­śli jej nie znaj­dzie­cie?

Po­ło­żyła mu rękę na gło­wie. Zeu­then też.

– Ależ znaj­dziemy – za­pew­niła.

– Kiedy?

– Nie­długo.

Prze­tur­lał się po ka­na­pie, po­ło­żył jej głowę na ko­la­nach, nogi miał na ko­la­nach taty.

– Pójdę jej po­szu­kać – po­wie­dział chłop­czyk.

Ze­brało jej się na płacz, ale so­bie na to nie po­zwo­liła.

– Gdzie?

– My­śla­łem, że jest w schowku. Ale jej nie ma.

Maja Zeu­then przy­mknęła oczy. Stara po­sia­dłość była taka wielka. Dzieci ca­łymi go­dzi­nami eks­plo­ro­wały miej­sca, o któ­rych ona nie miała po­ję­cia.

– W ja­kim schowku, ko­cha­nie?

Spoj­rzał zmar­twiony. Spy­tała raz jesz­cze.

– To ta­kie miej­sce, gdzie Emi­lie cho­dziła, kiedy nie chciała sły­szeć róż­nych rze­czy.

Zeu­then po­ło­żył dłoń na po­liczku syna.

– Ja­kich rze­czy?

– Was. Jak się kłó­ci­cie.

Spoj­rzeli na sie­bie. Wspólna chwila bólu i po­czu­cia winy. Cze­goś, co jesz­cze nie umarło, cho­ciaż tak bar­dzo sta­rali się to za­bić.

Kiedy pod­nio­sła wzrok, zo­ba­czyła, że w drzwiach stoi Car­sten Las­sen, za­gu­biony i ża­ło­sny, z wa­li­ze­czką w dłoni.

– Chodź, po­szu­kamy cia­stek i mleka – za­pro­po­no­wał Zeu­then i wy­szedł z syn­kiem.

Las­sen wszedł.

– Może po­win­ni­śmy za­brać stąd wię­cej rze­czy dla Carla – po­wie­dział nie­pew­nie. – Tak żeby czuł się z nami jak w domu.

Nie ode­zwała się.

– Są ja­kieś nowe in­for­ma­cje?

Po­krę­ciła głową.

– Czy Carl albo Emi­lie wspo­mi­nali kie­dyś o ja­kiejś kry­jówce? Na­zy­wali ją schow­kiem.

Ro­ze­śmiał się, ale to nie był miły śmiech.

– My­ślisz, że oni mi się zwie­rzali ze swo­ich se­kre­tów?

Maja spoj­rzała na stary, zna­jomy po­kój. Po­my­ślała o szczę­śli­wych chwi­lach, które tu spę­dziła. Roz­sta­nie z Ro­ber­tem ja­koś je prze­sło­niło. Zo­stały tylko kłót­nie i ból. Spra­wili, że Emi­lie ucie­kała w cień, do miej­sca, któ­rego mo­gli się tylko do­my­ślać. Może do miej­sca, z któ­rego w końcu zo­stała za­brana, by ni­gdy nie wró­cić.

– Zo­sta­niemy tu na noc – po­wie­działa ła­god­nie. – Le­piej, żeby był te­raz z oj­cem.

Kiw­nął głową z gorz­kim uśmie­chem. Znowu go roz­cza­ro­wała.

Po­sta­wił torbę na pod­ło­dze.

– Skoro tak uwa­żasz.

Maja pra­wie nie za­uwa­żyła, że od­szedł.

Scho­wek.

Miej­sce, do któ­rego ją ze­słali.

Scho­wek.

Mu­siała wie­dzieć.

Lund do­tarła do domu około pół­nocy. Brix za­dzwo­nił, gdy wcho­dziła przez drzwi. W dro­dze z Ju­tlan­dii ma­ru­dziła o Bor­chu, PET i za­gi­nio­nym no­te­sie. Omó­wił to z nimi. Ale nic nie zy­skał.

– Mó­wią, że to było ru­ty­nowe po­stę­po­wa­nie, Lund. Nic spe­cjal­nego.

– Dla­tego Borch dwa lata temu po­za­mia­tał tam wszystko, co mu wpa­dło w ręce?

– Nie po­za­mia­tał. Gdyby za­mia­tał, zna­la­złby tę stocz­nię, prawda?

– Borch wziął ten no­tes i nic mi nie po­wie­dział. Miał ja­kiś po­wód.

Prze­kleń­stwo po dru­giej stro­nie.

– To PET. Biuro ochrony… Oni chro­nią po­li­ty­ków. Znasz ich za­gra­nia. Nie wpa­daj w pa­ra­noję.

W domu było ciemno i bar­dzo zimno.

– Nie wpa­dam – po­wie­działa z upo­rem. – Mu­szą mieć gdzieś te nu­mery, które kie­dyś zna­leźli.

– Ju­tro z sa­mego rana przy­je­dzie tu Dyh­ring. Mo­żesz przyjść i po­pa­trzeć, jak sko­pię mu dupę. Borch ci coś dał?

– Nie.

– Mamy pierw­sze wy­niki z krwi, którą zna­la­złaś. Wy­gląda na to, że to oj­ciec Lo­uise Hjelby.

Dźwięk z tyłu. Eva we­szła w ko­szuli noc­nej, ję­cząc, żeby Lund nie włą­czała ogrze­wa­nia. Trzy­mała świeczkę w sło­iku po dże­mie, pach­nącą jak ka­dzi­dło. Prze­szła się, za­pa­la­jąc ko­lejne świeczki. Do­nice z kwia­tami na dy­wa­nie, na sto­łach, wszę­dzie.

– Wnio­słam wszystko, co jesz­cze żyło – wy­ja­śniła. – Je­śli tu bę­dzie za cie­pło, po­my­ślą, że to wio­sna. Wtedy się obu­dzą i umrą.

Lund odło­żyła te­le­fon. Za­sta­na­wiała się, co ro­bić.

– Rzecz w tym – pod­jęła Eva z po­wagą – że je­śli bę­dziemy mieli zimę bez mrozu, można by je wy­nieść wcze­śnie na dwór, o ile bę­dziemy ich pil­no­wać. Je­śli nie…

– Nie mogę mar­z­nąć całą zimę z po­wodu, kurwa, ro­ślin – burk­nęła Lund.

Eva się uśmiech­nęła i udała, że igno­ruje jej wy­po­wiedź.

– Zro­bi­łam zupę z dyni. Bar­dzo zdrowa. Chcesz?

Bez od­po­wie­dzi. Lund po­de­szła do lo­dówki i spoj­rzała na piwo.

– Nie! – krzyk­nęła Eva i szybko za­trza­snęła drzwi. – Nie wi­dzia­łaś!

Zdję­cia na drzwiach. Wy­druki z USG.

– Wsta­wię zupę…

– Nie chcę w tej chwili zupy, świe­czek, ro­ślin ani zdjęć dzieci.

Jedno piwo. Zimne i ku­szące. Wzięła dru­gie na do­kładkę.

– Nie mu­sisz się zło­ścić – pod­jęła Eva. – Zo­staję tylko do ju­tra.

Lund spoj­rzała na nią i przez jedną krótką chwilę po­czuła wy­rzuty su­mie­nia.

– Czy­tasz w ogóle ga­zety, Evo? Kie­dy­kol­wiek? Oglą­dasz te­le­wi­zję?

– Nie w tej chwili. To wszystko jest ta­kie okropne. A je­śli ma­lu­szek usły­szy?

Wy­rzuty su­mie­nia przy­brały na sile.

– Roz­ma­wia­łaś z Mar­kiem? – spy­tała Lund.

Miała na­iwną, śliczną twarz, która tak ła­two zdra­dzała ból.

– Po­wie­dział, że nie wie, co ro­bić. Ze mną. Z… – Po­kle­pała się po brzu­chu, a Lund ma­rzyła, żeby tego nie ro­biła. – Mu­szę po­my­śleć o so­bie. O dziecku. Chyba mogę się wpro­wa­dzić do ko­le­żanki. Nie mu­sisz się mar­twić.

Nie było za późno, żeby usma­żyć jajka, choćby ro­śliny miały krzy­czeć.

– Nie mo­żesz tak miesz­kać z dziec­kiem. Za­wsze masz to miesz­ka­nie.

Wzru­sze­nie ra­mion, które miało ozna­czać: prze­grana sprawa.

– W su­fi­cie jest azbest. Za­mknęli cały bu­dy­nek. Idzie do roz­biórki. – Krótki śmiech, nie gorzki. Pew­nie na­wet gdyby pró­bo­wała, nie zdo­ła­łaby wy­ra­zić go­ry­czy. – Pew­nie dla­tego było ta­nie.

Lund wy­chy­liła wię­cej piwa. Za­sta­no­wiła się, czy wziąć trze­cie.

– My­ślę, że by­cie sa­motną mamą nie jest ta­kie trudne – po­wie­działa Eva. – Ty da­łaś radę.

– Nie. Nie da­łam – od­parła Lund bez na­my­słu. – My­śla­łam, że daję. Chcia­łam dać. Bar­dzo. Ale…

– Ale co?

– Nie udało się z tatą Marka. My­śla­łam, że go nie po­trze­buję. Że ni­kogo nie po­trze­buję.

– Dla­czego się nie udało? – Ja­sne oczy Ewy lśniły w świe­tle świeczki.

– Może zja­dła­bym zupy.

Iskra zro­zu­mie­nia.

– Też by­łaś w ciąży? Dla­tego wzię­li­ście ślub?

Lund się ro­ze­śmiała. Kiw­nęła głową.

– I nie ko­cha­łaś go?

Za bli­sko, ale te oczy nie chciały jej od­pu­ścić.

– Nie. Ko­cha­łam ko­goś in­nego. Wcze­śniej. Ale wtedy się ba­łam. Więc go prze­go­ni­łam. To się wy­da­wało ła­twiej­sze…

Dźwięk. Dzwo­nił jej te­le­fon.

– Mo­żesz tu zo­stać, jak długo chcesz – po­wie­działa. – I będę dumna, że mam na lo­dówce zdję­cie wa­szego dziecka. Za­wsze. – Lund się ze­brała, pod­nio­sła te­le­fon. – Co jest? – spy­tała.

– Dla­czego mnie po­wstrzy­ma­łaś, Lund? Kim ten gnój jest dla cie­bie? – Głos z te­le­fonu Emi­lie. Zimny. In­te­li­gentny. Wy­kształ­cony.

W gło­wie jej się za­krę­ciło.

– Skąd masz mój nu­mer?

– Mogę mieć wszystko, co ze­chcę. Twój kum­pel z PET za­słu­żył na śmierć. Sły­sza­łaś, co zro­bił. Ja sły­sza­łem.

– Gdzie jest Emi­lie? Co jej zro­bi­łeś?

– Mo­żemy do­bić targu. Po­trze­buję two­jej po­mocy.

Prze­szła przez po­kój. Coś w to­nie jej głosu spra­wiło, że Eva ucie­kła do kuchni.

– Wiemy, że nie za­bra­łeś jej do Ju­tlan­dii. Żyje?

– W no­te­sie jest dwa­na­ście czar­nych sa­mo­cho­dów. Po­trze­buję na­zwisk i nu­meru ubez­pie­cze­nia kie­row­ców. Z resztą so­bie po­ra­dzę.

– Nie bądź śmieszny. Daj spo­kój. Od­daj mi Emi­lie. Do­wiem się, kto za­bił twoją córkę.

Ci­sza.

– Mamy próbkę two­jej krwi. Wiem, że je­steś oj­cem Lo­uise. Po­wie­działa przy­ja­ciół­kom, że je­steś do­brym czło­wie­kiem. Bo­ha­te­rem. Tak wła­śnie ro­bią bo­ha­te­ro­wie? Wy­kra­dają nocą dzieci?

– Moje ktoś wy­kradł.

– To nie może dłu­żej trwać. Je­steś ranny. Po­strze­li­łam cię.

– By­wało go­rzej. Za­dzwo­nię ju­tro. Na ten te­le­fon. Chcę na­zwi­ska i nu­mery ubez­pie­cze­nia. Chcę…

Eva już wró­ciła z mi­ską zupy i zdu­mio­nym uśmie­chem.

– Nie ma mowy – od­parła Lund. – Chcesz, żeby sprawa two­jej córki zo­stała roz­wią­zana czy nie? Od­daj mi Emi­lie, a ja się do­wiem, kto za­mor­do­wał twoje dziecko. Po­gry­waj tak da­lej, a ten czło­wiek odej­dzie wolno. – Nie wie­działa, czy da­lej jej słu­cha. – Ju­tro wzy­wamy PET. Je­śli mają ko­pię tych nu­me­rów, za­czy­namy od nich. To po pierw­sze. Do­bra?

Dłu­gie cze­ka­nie.

– Do­bra – po­wie­dział. – Nie spraw mi za­wodu.

– Emi­lie…

– Nie mu­sisz cze­kać do rana. Pod two­imi drzwiami jest ko­pia.

Na ulicy uru­cho­mił się sil­nik sa­mo­chodu.

Od­je­chał, za­nim wy­szła. Zo­ba­czyła tylko dwa czer­wone świa­tła w od­dali, jak zjeż­dżają ze wzgó­rza do mia­sta.

Na wy­cie­raczce biała ko­perta.

Jedna kartka, kse­ro­ko­pia. Dzie­cięce pi­smo chłopca z Ju­tlan­dii. Cy­fry. Li­tery. I nic wię­cej.