Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
11 osób interesuje się tą książką
Listopad. Dania pogrążona jest w kryzysie. Od głośnej sprawy zaginięcia Nanny Birk Larsen minęło sześć lat, a Troels Hartmann, ówczesny kandydat na burmistrza, stoi dziś na czele rządu jako premier.
Tymczasem z pilnie strzeżonej posiadłości potężnego biznesmena Roberta Zeuthena znika jego dziewięcioletnia córka Emilie. Szybko się okazuje, że odpowiedzi na pytania trzeba szukać w Christianborgu, w świecie politycznych układów, pozorów i bezwzględnych rozgrywek, w którym ministrowie i doradcy premiera zrobią wszystko, by chronić swoje interesy.
Śledztwo nabiera jeszcze mroczniejszego wymiaru, gdy okazuje się, że porwanie Emilie może mieć związek z samobójstwem młodej dziewczyny sprzed kilku lat.
Czy bezkompromisowa Sarah Lund po raz kolejny zdoła odkryć prawdę? Jedno jest pewne – ona zawsze widzi więcej niż inni.
„The Killing” to rewelacyjna powieść kryminalna, która już osiągnęła status kultowej, podobnie jak jej pierwowzór, duński serial „Forbrydelsen”, na podstawie scenariusza Sørena Sveistrupa, oraz jego amerykański remake. Zapraszamy do wysłuchania drugiego, ostatniego odcinka trzeciego tomu!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 286
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Fragment
Tytuł oryginału: The Killing 3. Part 2
Przekład z języka angielskiego: Ewa Penksyk-Kluczkowska
Copyright © Dawid Hewson, 2026
This edition: © Gyldendal Astra/Gyldendal A/S, Copenhagen 2026
Projekt graficzny okładki: Marcin Słociński
Redakcja: Aleksandra Pietrzyńska
Korekta: Anna Nowak
ISBN 978-91-8098-687-8
Opracowanie e-booka:Marcin Słociński / www.monikaimarcin.com
Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe.
Gyldendal A/S Klareboderne 3 | DK-1115 Copenhagen K
www.gyldendal.dk
www.gyldendalastra.fi
6
Poniedziałek, 14 listopada
Delikatny szum dalekich fal. Krzyki sprzeczających się mew. Nieznajome łóżko. Uporczywy dzwonek telefonu.
Lund obudziła się naga pod tanim poliestrowym prześcieradłem pensjonatu w Gudbjerghavn. Sama. Przez chwilę nie mogła tego zrozumieć.
Ubrania rozrzucone po zbyt jaskrawym pomarańczowym dywanie. Zegar wskazywał ósmą trzydzieści jeden. Jej telefon dzwonił w torebce przy łóżku.
Chwyciła go, dziękując niebiosom, że Borcha nie ma.
– Gdzie jesteś?! – krzyknął Brix.
– Zaraz…
– Włamano się do szkoły! Borch się tam rządzi. To nie jest mój człowiek, wysłałem tam ciebie, nie jego. Zbieraj się.
Zasłony były tylko odrobinę zaciągnięte. Zastanawiała się, kto ich widział. Wyszła z łóżka i zakryła okno do końca. Pozbierała ubrania z podłogi, przemknęła do swojego pokoju. Najszybszy w świecie prysznic. Potem minęła tymczasowe biuro – odprowadzana uważnym spojrzeniem ciekawskich oczu – i dotarła do samochodu.
Mniej więcej w tym samym czasie, gdy Lund wyruszyła do szkoły, Hartmann usadowił się w małej kawiarence, do której codziennie przed pracą lubił zachodzić Morten Weber. Znajdowała się w okolicach Dworca Głównego, nieopodal skromnego mieszkania, które Weber kupił wiele lat temu, zaraz po studiach, gdy dostał swoją pierwszą pracę jako analityk polityczny. Studiowali na tym samym roku. Przystojny, elokwentny, uroczy Hartmann był twarzą ich spółki, Weber jej mózgiem. Razem spiskowali i knuli, lawirując wśród miejscowych polityków; najpierw dotarli do kopenhaskiego Ratusza, by potem sięgnąć po najważniejsze trofeum: premierostwo.
Na ogół spotykali się twarzą w twarz. Ale zawsze pozostawały jakieś napięcia, które czasami doprowadzały do eksplozji.
– Spóźniłeś się – powiedział Hartmann, gdy usiadł i zamówił kawę.
Limuzyna rządowa zaparkowała przed lokalem, ochroniarze stali w niewielkiej plamie zimowego słońca. Weber nie podniósł wzroku.
– Mogę ci postawić śniadanie? – zapytał.
– Stać mnie na śniadanie. Spierdalaj.
– Jakaż odmiana po radosnym poranku. Zdążasz może do biura?
– Egzekucje średnio mnie bawią, dzięki.
Hartmann kiwnął głową.
– Nie złożyłem rezygnacji.
Morten wlepił maleńkie oczka w premiera.
– To się powtarza. Przechodziliśmy przez to sześć lat temu. Wtedy też Lund kręciła się w pobliżu. Zrezygnowałbyś wówczas, gdyby nie ja.
To była prawda. Ale nie musiał sobie tego przypominać.
– Myślałem, że dopadliśmy Ussinga – powiedział. – Niestety. Może te zdjęcia, które Karen znalazła, były zbyt dobre, żeby mogły być prawdziwe. Okazuje się, że Ussing z Schultzem od lat się przyjaźnili. Czasami grali razem w squasha.
– Nie ufaj ludziom, którzy grają w squasha. – Weber, człowiek przysadzisty, nie był pasjonatem sportu. – To nienaturalne.
– Ciągle szukają ciała Emilie Zeuthen. Brix jest powściągliwy. Nie sądzę, żeby miał pojęcie, czy ona żyje, czy nie… i czy Lund jest na jakimś tropie.
Weber odsunął filiżankę po kawie, zerknął na zegarek i ziewnął.
– Potrzebuję cię dzisiaj, Morten.
– Zawsze mnie potrzebujesz.
– Więc przyjdziesz?
– Ogłuchłeś?
– Nim dzień się skończy, albo zostanę królem na zamku, albo Birgit Eggert będzie stała nad moim zimnym, znieruchomiałym ciałem. Naprawdę chcesz to przegapić?
Weber dopił kawę, podniósł filiżankę, przywołał wzrokiem śliczną kelnerkę zza baru. Bez słowa podeszła i dolała mu do pełna, uśmiechając się przy tym promiennie do Hartmanna, który odpowiedział jej tym samym.
– Nawet o tym nie myśl, Troels – syknął Weber po jej odejściu. – To dziecko, ma dziewiętnaście lat. A i to niekoniecznie.
– Jestem tylko miły. Ludzie tego oczekują. Ty zawsze myślisz o mnie jak najgorzej.
– Jak sądzisz, jakie są szanse?
– Dobre pytanie – zauważył Hartmann. – Jeśli obrzucę Ussinga odrobiną błota, a ono choć trochę do niego przylgnie… To też coś. Gdyby Bóg był tak miły, żeby ożywić Emilie Zeuthen… kto wie?
Weber zamknął oczy.
– Ty się martw tylko o to, na co masz wpływ. Ile razy muszę to powtarzać?
– Na nic nie mam wpływu, jeśli ciebie nie ma. Czy to już taki rytuał? Kłócimy się, ty odchodzisz, kilka godzin później pojawiasz się w biurze, jakby nic się nie stało. Wszyscy klaszczą. Dobry stary Morten. W końcu powraca.
Tyle już razy odgrywali tę scenę.
– Nie bądź taki pewny siebie.
– Nie jestem. Potrzebuję cię. Dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek. Dam ci wszystko, co chcesz.
Weber zastanawiał się chwilę.
– No? – ponaglił go Hartmann.
– Nie rezygnujesz. Odejdziesz dopiero, jak cię wywalą.
– Zgoda.
– Słuchasz bardziej mnie niż Karen.
Roześmiał się.
– Przecież cały czas tak robię. Nie zauważyłeś?
Weber znowu się zastanowił.
– Świetnie – rzekł wreszcie. – Jeśli dam radę, zostaniesz ponownie premierem. Bez względu na cenę.
Hartmann poklepał go po ręce.
– A potem naciśniesz na uniwersytet, żeby znaleźli mi jakąś profesurę. Chcę się stąd wynieść. Mam dość.
To był wstrząs.
– Porozmawiamy o tym później.
– Nie! – Weber podniósł głos. Ludzie się obejrzeli. – Takie są warunki umowy. Wóz albo przewóz.
– Nie lubię ultimatów. Zawsze mi mówiłeś, że mam je odrzucać.
– Nie jestem Bogiem! – krzyknął Weber. – Nie wiem wszystkiego. Jezu…
– Później – powtórzył Hartmann z naciskiem.
– Ty tego nie rozumiesz, co? – Morten Weber postukał się w głowę. – Gdzieś tam głęboko ciągle wierzysz, że jesteś Johnem F. Kennedym na czele kopenhaskiego Białego Domu. A ja jestem twoim bystrym młodszym bratem Robertem, który ci podszeptuje zza pleców mądre słówka.
– Miałem młodszego brata – odparł Hartmann z nutą rezygnacji. – Kochałem go, ale nie był taki bystry.
Weber zamknął oczy.
– Nie to miałem na myśli – szepnął.
– To jednak nienajgorszy sen, co?
– Ale nadal tylko sen. Chcesz usłyszeć prawdę? Ty jesteś Don Kichotem, a ja Sancho Pansą. Żałosnym małym giermkiem. Jedyne, co możemy robić, to walić kopią w wiatraki. Nawet teraz. Kiedy byliśmy młodzi, myśleliśmy, że uda nam się coś zmienić, poprawić. Teraz jesteśmy starzy i tylko staramy się, żeby nie było gorzej. – W tym momencie na jego twarzy malowała się rozpacz. Coś, czego Hartmann nigdy wcześniej nie widział.
– Nie zdawałem sobie sprawy, że tak to odbierasz. To chodzi o mnie?
– Nie! Nie bardziej niż o mnie. Albo Karen. Albo Ussinga. Albo Rosę Lebech. Albo… kogokolwiek. Spróbuj choć raz posłuchać. Mnie chodzi o świat. Spieprzyliśmy to. Prawica, lewica, centrum.
Premierowi Danii zabrakło słów.
– Mamy umowę – przypomniał Weber.
– Wszystko, czego sobie życzysz – zgodził się Hartmann. Kiwnął głową na samochód i ochroniarzy przed knajpą. – Jeśli skończyłeś, mogę cię podwieźć.
Za dnia szkoła wyglądała inaczej. Dzieci biegały w świetle jasnego zimowego słońca, wypełniając boisko radosnymi głosami. Lund weszła do środka, znalazła Junckera w biurze, które widziała poprzedniego wieczoru.
Otwarte szafki z aktami. Wszędzie rozrzucone dokumenty.
– Gdzieś ty była, do cholery? – spytał.
– Co się stało?
– Ty nigdy nie odpowiadasz na pytania, co?
– Co się stało, Asbjørn?
– Sprzątaczka zgłosiła włamanie. Borch uważa, że ta stłuczona szyba, którą widziałaś, to była próba. Może zaczekał w pobliżu, aż odeszliście.
Borch siedział na podłodze po turecku i przeglądał papiery. Nie spojrzał na nią.
– Szukałem cię w pokoju – powiedział Juncker. – Nie było cię tam. Martwiłem się.
– Jestem dużą dziewczynką – odparła. – Musisz się ogolić.
Miał cień zarostu. Nie wyglądał porządnie.
– Borch coś znalazł? – spytała.
Juncker wskazał mężczyznę siedzącego na podłodze.
– Masz na myśli tego Borcha?
Wstał, spojrzał na nią, wskazał szkolne zdjęcia na ścianach. Rok po roku. Procesja dzieciaków przechodzących z klasy do klasy.
– O ile zdołałem się zorientować, on szukał akt uczniów.
– Więc był tu wczoraj wieczorem? – spytała.
Skrzywił się.
– Nie wtedy, kiedy my.
– Więc był w pobliżu?
– W pobliżu – zgodził się Borch z irytacją. – Tak.
Juncker spojrzał na nią, zdumiony tą bezceremonialnością, i wzruszył ramionami. Technik zbierał odciski palców ze ściany.
– Zabrał zdjęcie klasy Louise Hjelby – oznajmił Juncker. – Od innych rodziców dostałem odbitkę.
Wbiła w niego wzrok.
– Innych? Innych rodziców?
– To jej tato albo wujek, albo ktoś w tym rodzaju, prawda? Bo po co by to wszystko robił? Matka nie podała nazwiska tego gościa do aktu urodzenia. Nawet nie wiemy, czy widział dziecko. Czy wiedział o jego istnieniu. Lund… – wskazał swoją wargę – masz tu pastę do zębów. Chyba się trochę śpieszyłaś…
Polizała palec i starła pastę. Juncker znalazł zdjęcie. Klasa siódma B. Spośród wszystkich dzieci Louise wyglądała najsmutniej. Była ubrana na czarno. Ale trzymała za rękę dziewczynkę obok.
Lund poszła ze zdjęciem do dyrektorki, spytała, kim jest ta uczennica.
– To Katja. Kolegowały się. Siedziały razem.
– Jest gdzieś tutaj?
Oburzony wzrok, który widzieli poprzedniego wieczoru.
– Powiedziała, że jeden z waszych ludzi rozmawiał z nią wczoraj. I tak jest już zdenerwowana.
– Wczoraj? – powtórzyła Lund.
Borch pokręcił głową. Juncker też.
– Gdzie ona jest?
Kobieta podeszła do okna. Wskazała wysoką dziewczynę w dżinsach, zielonej włóczkowej czapeczce, taniej kurtce.
– Idziemy – rozkazała Lund.
Wyszli z Borchem i Junckerem. Katja nie chciała rozmawiać w obecności innych uczniów. Przeszli więc na wyboisty teren za szkołą. O szesnastej poprzedniego dnia, gdy jechała rowerem pod miastem, zatrzymał ją mężczyzna, który twierdził, że jest policjantem.
Juncker poprosił o dokładne określenie miejsca i pojechał sprawdzić. Borch pokazał dziewczynie zdjęcie Emilie Zeuthen.
– To ta dziewczynka z gazet.
– Widziałaś ją?
– Nie.
– Jak wyglądał ten mężczyzna? – spytała Lund.
Dziewczyna wskazała Borcha.
– Jak ten pan. Zwyczajny. Ciemne włosy. Chciał wiedzieć, czy to ja widziałam Louise Hjelby po szkole w dniu, w którym zaginęła.
– A to ty?
– Tak. – Wskazała drogę. – Widziałam ją pod tablicą przy wjeździe od strony Esbjerg. Szłam nakarmić konia.
Lund wyjęła mapę, sprawdziła wskazane miejsce.
– Co Louise tam robiła? Przecież do domu wracała przez port i nad wodą?
– Powiedziała, że coś się popsuło w rowerze. Chyba przerzutki. Pewnie szła go naprawić. I może dlatego dała się podwieźć.
– Podwieźć?
– Mężczyźnie w czarnym samochodzie. Wydawało mi się, że Louise go zna. Wziął jej rower i wsadził do bagażnika.
– Jak on wyglądał? – spytał Borch.
– To było dawno temu. W sumie nie bardzo go widziałam. Odjechali, zanim tam doszłam…
– Jaki to był samochód?
– Czarny. Duży. Drogi… nie wiem.
Lund naciskała. Dziewczyna zaczęła płakać. Lund zadawała więc te same pytania, w kółko i w kółko.
– Saro… – wtrącił się wreszcie Borch. – Proszę?
Umilkła. On spojrzał na dziewczynę.
– Pamiętasz, w którą stronę odjechał ten samochód?
Za późno. Za dużo łez.
– Nie wiem! Mówiłam już panu Overgaardowi. Louise się nie zabiła. Byłyśmy przyjaciółkami. A on powiedział, że mam siedzieć cicho, jeśli nie chcę mieć kłopotów.
– A temu mężczyźnie wczoraj też to wszystko powiedziałaś? – spytał Borch.
Katja kiwnęła głową.
– Muszę zadzwonić – oznajmił i odszedł.
W Politigården Robert Zeuthen zadręczał Brixa, domagając się odpowiedzi na pytania.
– Moi marynarze mogliby pomóc w poszukiwaniach.
– Mamy już wsparcie marynarki wojennej. I wojsk powietrznych. Naszych ludzi. Mamy dość sił.
– Jak długo mamy czekać? Wie pan, co się dzieje z Mają? Ona uważa, że Emilie żyje, na miłość boską.
Szef policji milczał.
– To pańska robota. Usłyszała, jak rozmawiacie…
– To nieszczęśliwy zbieg okoliczności – przerwał Brix. – Bardzo żałuję, że do niego doszło. Musimy sprawdzić każdą ewentualność…
– A ta farsa w Jutlandii? – Głos Zeuthena zrobił się wysoki i donośny. Mężczyzna był na krawędzi załamania. – Co tam się dzieje?
– Nie znaleźliśmy nic, co by wskazywało na to, że pańska córka żyje.
– Gdzie ona jest?
Brix pokręcił głową.
– Emilie wrzucono do wartkiej rzeki. Lina, do której była przywiązana, pękła. Może być wszędzie. Niestety, takie poszukiwania często…
– Muszę porozmawiać o pogrzebie. Z żoną, która nie wierzy w jej śmierć.
– Przykro mi… – zaczął Brix.
– Przykro to za mało. Jeśli nie znajdzie pan mojej córki do wieczora, sam się tym zajmę. – Zeuthen wyszedł na korytarz.
Reinhardt zostawił wiadomość. Maja nie chciała iść z nim do kościoła.
Zadzwonił do niej. Odezwała się poczta głosowa.
– Ja idę, z tobą czy bez ciebie, Maju – powiedział.
Po drugiej stronie miasta, w małym mieszkaniu Carstena Lassena, z Carlem u boku, Maja patrzyła na ikonkę wiadomości przychodzącej. Zaczekała. Odsłuchała. Skasowała.
Chłopczyk bawił się zabawkami. Coś wiedział. Tego była pewna. Byłoby dziwne, gdyby nic do niego nie dotarło.
Maja Zeuthen odłożyła telefon, zamknęła oczy. Poczuła, jak dwa małe ramionka obejmują jej głowę i tulą mocno.
– Mamo? – spytał mały. – Czemu płaczesz?
Nie odpowiedziała.
– Ja się tobą zaopiekuję – obiecał Carl i ją pocałował.
Za radą Webera Hartmann obrał Partię Centrum za cel pierwszego ataku. Rosa Lebech nie odbierała jego telefonów, więc zasadził się na nią w jednej z galerii budynku Parlamentu. Nie uśmiechnęła się. Nie zaprotestowała, gdy poprosił, by dotrzymała mu towarzystwa w jednej z zacisznych wnęk. Karen Nebel podsłuchiwała. Weber tymczasem gdzieś badał grunt.
– Nie powinniśmy rozmawiać, Troels – powiedziała, oglądając się na Nebel. – Dopóki wszystko nie zostanie wyjaśnione.
– Rozumiem, dlaczego się przymilasz Ussingowi. To nie problem.
– Więc czego chcesz?
– Twojego poparcia. Tak jak uzgodniliśmy.
– Troels! Twój minister sprawiedliwości przyczynił się do śmierci Emilie Zeuthen! Wiedziałeś o tym i mi nie powiedziałeś. Aresztowałeś Jensa…
– Dyhring go aresztował, nie ja. – Patrzył jej cały czas w oczy. – Poprosiłem, żeby go wypuścili. Nie zostaną mu postawione zarzuty. Mogłyby…
– Mam być za to wdzięczna?
Hartmann zastanowił się nad odpowiedzią.
– Nie spodziewałbym się, że będziesz niewdzięczna. PET bada sprawę Zeuthenów. I szuka powiązań Ussinga.
Skrzywiła się.
– Anders powiedział mi o tym Schultzu.
– A co ci dokładnie powiedział?
– Że się kumplowali. Jest zdumiony, że próbujesz wykręcać takie numery. To chore…
– Na miłość boską, Roso – warknęła Nebel. – O co chodzi? Błagaliśmy cię już setki razy, nakłanialiśmy. Proponowaliśmy stanowiska. Wycinaliśmy naszych ludzi, zastępowaliśmy ich waszymi. A ty i tak łykasz wszystko, co Ussing powie, ilekroć…
– Może dlatego, że jest bardziej wiarygodny. – Zerknęła na Hartmanna. – I nie ma… takiej przeszłości.
– Nie pomaga, że twój eks wynosi dokumenty! Tajne. Mógłby pójść za to do więzienia….
– Karen! – wtrącił się Hartmann. – Nikt nie pójdzie do więzienia. – Wziął Lebech za rękę, tak żeby Nebel to widziała. – Rosa i ja potrzebujemy po prostu chwili dla siebie, żeby to omówić. Przed spotkaniem z innymi przywódcami. Możemy…
– Ja jestem z Ussingiem – powiedziała Lebech i wyrwała dłoń. – Przykro mi. W tych okolicznościach nie zostawiasz mi wyboru. – Odeszła.
– Dzięki, że się wtrąciłaś z tym mężem – burknął Hartmann. – To naprawdę pomogło.
– Ta kobieta już ci nie ufa. To bezcelowe…
– Jest kobietą. To nigdy nie jest bezcelowe.
Korytarzem szedł Weber. Wyglądał na wstrząśniętego, przyłożył palec do ust.
– Tylko spokojnie, proszę państwa.
– A więc wróciłeś? – spytała Nebel.
Weber się uśmiechnął.
– Cieszysz się, że mnie widzisz?
– Zawsze. – Zerknęła na Hartmanna. – Nie ekscytuj się. Nie miałam czasu tego sprawdzić, ale mam kogoś, kogo musisz poznać. Jednego z byłych pracowników Andersa Ussinga. Ma coś do opowiedzenia.
Weber skrzyżował ramiona na piersi.
– Mam nadzieję, że to coś ciekawego.
Stali przy szosie przed szkołą, oboje rozmawiali przez telefon. Borch z PET. Lund z Brixem. Unikali swojego wzroku.
On zakończył rozmowę jako drugi. Rozejrzał się.
– Sprawdziliśmy całą drogę wzdłuż morza i głównej ulicy. Ani śladu tego człowieka.
– A ja sprawdziłam jeszcze raz, że nigdzie w aktach Louise Hjelby nie ma wzmianki o czarnym samochodzie. Overgaard przesłuchiwał tę dziewczynę i to on musiał tę informację usunąć.
– Może…
– Nie! Nie może. Widzisz jakieś inne wyjaśnienie? Duży, czarny, drogi samochód, powiedziała dziewczyna. Tutaj nie ma takich wiele. To był samochód biznesmena. – Patrzyła. – Może polityka. Wtedy się tu od nich roiło.
Wyjął mapę, rozłożył ją na dachu auta, przytrzymał narożniki szarpane morską bryzą.
– Nie uważam, że w tej chwili ważny jest samochód. Gdzie jest Asbjørn?
Lund zacisnęła powieki i spojrzała na niego.
– Nie jest ważny? Ona wsadzała rower do bagażnika…
– Tak! Dwa lata temu. W tej chwili szukamy Emilie Zeuthen. I czerwonej furgonetki.
Podzieliły ich zakłopotanie i gniew. I może jeszcze wstyd.
– On chce się dowiedzieć, co się wtedy stało – przypomniała Lund.
– Wszystko po kolei. Emilie Zeuthen…
– Jesteś na mnie wściekły z powodu ostatniej nocy? Dlatego jesteś taki nieprzyjemny?
To oskarżenie zabolało.
– Nie byłem nieprzyjemny. Byłem?
– Bardzo.
– Saro, ty w kółko wracasz do tej starej sprawy. A mamy nową. Bieżącą…
– Nie możemy nawet porozmawiać o czarnym samochodzie? No wiesz… po tym…
Zmiął mapę.
– Po raz ostatni mówię: nie chodzi o ostatnią noc.
– Louise Hjelby znaleziono martwą po tym, jak wsiadła do czarnej eleganckiej limuzyny. Kierowca wsadził jej rower do bagażnika.
Oznakowany biały radiowóz zatrzymał się za ich samochodem. Wysiadł z niego Juncker.
– Na wypadek gdybyś nie zauważył – ciągnęła – w tej chwili nasz człowiek próbuje się dowiedzieć, dokąd pojechał czarny samochód i kto go prowadził. Wykonuje robotę, którą my powinniśmy się zajmować.
– Świetnie. Szukaj czarnego samochodu.
Juncker podszedł do nich.
– Mam nadzieję, że nie przeszkadzam…
– Nie, nie przeszkadzasz – warknęła.
– To dobrze – powiedział z radosnym uśmiechem. – Bo kiedy wy tu się zajmujecie wrzeszczeniem na siebie, ja znalazłem gościa w warsztacie. Który coś widział. – Stuknął się w klatkę piersiową. – Moje dzieło.
– Jakim warsztacie? – spytał od razu Borch.
– Pod miastem. W drodze do Esbjerg. – Juncker wskazał biały samochód. – Jedźcie za mną.
Zakład, do którego się udali, był zarazem szrotem i warsztatem. Porzucone wraki przed długim białym budynkiem. W środku mężczyzna w brudnym kombinezonie pracował pochylony nad starą Lancią.
Ledwie podniósł wzrok, gdy Juncker zagadał:
– Słyszałem, że zapisuje pan samochody przejeżdżające szosą.
Mechanik pokręcił głową.
– Czy ja wyglądam, jakbym miał czas na takie rzeczy?
– Tak słyszałem…
– No to źle pan słyszał. Mój syn tak robi. Mamy tu wszelkiego rodzaju wozy. – Wskazał na rdzewiejące wraki. – Francuskie, japońskie, amerykańskie. On lubi robić spisy. – Machnął ręką na rozbitego Forda. – Nie wiedzieć czemu trzyma te swoje zapiski w schowku w tym gruchocie. Zajrzyjcie, jeśli chcecie.
Lund doskoczyła pierwsza. Przednia szyba była rozbita, ale wnętrze wyglądało na stosunkowo czyste. W środku znaleźli cztery notesy. Zaczęła je przeglądać. Dziecięcy charakter pisma. Daty. Numery.
– Ma większego szmergla na punkcie numerów rejestracyjnych niż na punkcie samochodów. Gdy widzi nowy, od razu go zapisuje. – Mężczyzna położył na masce usmarowany klucz. – Myślę, że marzy mu się, że pewnego dnia wydostanie się z tej dziury. Chyba wszyscy o tym marzymy. – Zaśmiał się i zamachał na niego. – Oto i on. Ej, Jakob!
Mniej więcej dziesięcioletni blondynek podjechał rowerem do domu obok warsztatu.
– Ja z nim porozmawiam – rzekł Borch. – Ty zajrzyj do notesów.
Juncker spytał mechanika, od kiedy chłopak zapisuje te numery.
– Jakoś od trzech, czterech lat – odrzekł tamten.
Borch długo rozmawiał z małym. Przyjaźnie. Lund patrzyła. Podeszła. Wtrąciła się i spytała o czerwoną furgonetkę.
Jakob wysunął rękę – na nadgarstku miał napisany numer.
– To może ta?
– Była czerwona? – spytała Lund.
– Tak. Widziałem ją przy domkach letniskowych.
– Kiedy?
– Dzisiaj rano. Jechałem tamtędy do szkoły.
Juncker pobiegł do samochodu.
– Chcę wziąć te zeszyty – powiedziała Lund do mechanika. – Przyślę kogoś później.
Nad wodą nieopodal posągu Małej Syrenki Hartmann i Weber spotkali się z mężczyzną, którego znalazła Karen Nebel. Nazywał się Kristoffer Seifert – lat mniej więcej czterdzieści, szykowny garnitur, przylizane włosy, gładki uśmiech. Były pracownik administracji Ussinga. Powiedział, że był tam dwa lata wcześniej, gdy spotkał Petera Schultza.
– Wszedłem po jakieś podpisy. Widziałem ich.
Weber spytał, dlaczego mężczyzna nie pracuje już u Ussinga. Przyklejony uśmiech nie zniknął ani na chwilę.
– Był pewien problem z budżetem kampanii. Oficjalnie zwalono to na mnie.
– Jakiego rodzaju problem?
– Sumy się nie zgadzały. Nie z mojej winy. Chcecie usłyszeć moją historię czy nie?
Hartmann poprosił, by kontynuował.
– Ussing zaprosił Schultza na spotkanie. Rozmawiali. Przesunął kilka innych spotkań, żeby go wpasować.
– Przyjaźnili się, prawda? – warknął Weber.
Seifert się zawahał.
– Zawsze chciałem pracować w rządzie – powiedział wreszcie. – Nie dla opozycji. Skończyłem nauki polityczne. Chciałbym z tego zrobić użytek.
– A historia… – westchnął Weber.
– Oczywiście, oczywiście. No więc w życiu bym nie podsłuchiwał. Ale Ussing poprosił, żebym zaczekał pod drzwiami. Co było dziwne, szczerze mówiąc. Niestosowne. Nie mogłem nic poradzić, słyszałem. – Kiwnął głową. – Naprawdę. Nie sposób było nie słyszeć.
– Co pan słyszał?
– Ussing interesował się sprawą, którą prowadził Schultz. Jakiejś dziewczynki, która zginęła w zachodniej Jutlandii. Nie wydaje mi się, żeby prokurator chciał o tym mówić. Bo i dlaczego? To nie miało nic wspólnego z nami.
Hartmann stanął. Przejechał rowerzysta.
– Ussing nalegał – dodał Seifert. – On nie uznaje odmowy.
Weber w końcu się zainteresował.
– Wyjaśnił dlaczego?
– Odniosłem wrażenie, że nie chciał, aby coś wyszło na jaw. – Wyjął z kieszeni kopertę. – Przez kilka lat pracowałem w Brukseli. Mam duże doświadczenie. To wszystko tu jest.
– Czego nie chciał ujawnić Ussing?
– Czegoś związanego z tą dziewczynką. Tego nie słyszałem dokładnie. Coraz bardziej się denerwował. – Wzruszył ramionami. – W końcu zamknęli drzwi.
Hartmann i Weber wymienili spojrzenia.
– W tej chwili pracuję jako niezależny konsultant. Mógłbym zacząć od razu… jestem w pełni dyspozycyjny.
– Musi pan to wszystko opowiedzieć PET – przerwał mu Hartmann.
Seifert wyraźnie się zmartwił.
– PET? Dlaczego? – Zaśmiał się nerwowo. – To tylko polityka…
Zadzwonił telefon Webera.
– Nie chcę mieć nic wspólnego z policją.
– Ale musi pan – odparł Hartmann i ruszył do Webera, który cały czas chodził w tę i z powrotem wzdłuż brzegu i rozmawiał niespokojnie.
Zaczekał.
– Co ty o tym myślisz? – spytał, gdy Weber skończył.
– Śmierdząca sprawa. Musimy wracać do Christiansborgu. Birgit wytacza swoje działa. Przeciwpancerne.
Kwadrans później Hartmann spotkał się z nią w budynku Parlamentu. Była zdyszana i wyglądała, jakby się śpieszyła.
– Chyba mamy nowe informacje – zaczął.
– Nie ma teraz na to czasu, Troels. Zwołano posiedzenie komitetu partii. Zaczyna się za godzinę.
– Ja jestem szefem partii, Birgit. Chyba bym wiedział, gdyby coś takiego się działo.
– To się właśnie dzieje. Porządek obrad obejmuje tylko jeden punkt. – Podała mu kartkę. – Chcemy to zrobić przyzwoicie. Bez urazy. Jeśli dasz się przekonać, by ustąpić z własnej woli, zrobimy wszystko, co w naszej mocy, byś w pewnym momencie mógł wrócić na jakieś stanowisko w rządzie. – Ponury uśmiech. – Zależnie od wyniku wyborów, oczywiście.
– A jeśli nie?
– Zgodnie i oficjalnie odwołamy cię z funkcji przewodniczącego partii.
Hartmann zmiął kartkę i rzucił ją na schody.
– Naprawdę nie zostawiłeś nam wyboru. Przykro mi. – Zerknęła na zegarek. – Za godzinę.
Członków rodziny Zeuthenów chowano tylko w jednym miejscu: Frederiks Kirke, Kościele Marmurowym, wielkiej bazylice pod kopułą, która dominowała nad rejonem na zachód od Amalienborgu. W tej chwili był pusty, jeśli nie liczyć trzech osób: Zeuthena, jego żony i pastorki.
– Chcemy kameralnej uroczystości – powiedział. – Tylko rodzina i przyjaciele.
– Zastanawiali się już państwo nad hymnami?
Maja Zeuthen spuściła głowę. Na jej twarzy malowały się rozpacz i wściekłość.
Zeuthen – w ciemnym płaszczu, przekrzywionym krawacie, nieuczesany – zaczął:
– Śpiewaliśmy coś przy jej chrzcie. To się chyba nazywało…
Pokręcił głową.
– Nie, nie pamiętam.
– Prowadź mnie, nocna gwiazdo – wyszeptała Maja.
W świątyni panował mrok. Nawet mosiądz i brąz kandelabrów wydawały się pogrążone w żałobie.
Pastorka zanotowała coś sobie, powiedziała, że to piękny wybór.
– W trakcie uroczystości następuje taki moment, gdy mogę coś powiedzieć o Emilie. – Spojrzała na każde z nich po kolei. – Jeśli mają państwo jakieś życzenia… Nie wiem, czy jej braciszek do nas dołączy. Ale jeśli dołączy, chciałabym wspomnieć o nim.
Cisza. Zeuthenowie nie patrzyli sobie w oczy.
– Jeszcze nie zdecydowaliśmy, czy Carl weźmie w tym udział – powiedział Robert.
Kobieta kiwnęła głową.
– Czasami to dzieciom pomaga. To taki sposób, żeby się pożegnać. Pójść dalej. Kładzie się kwiaty na trumnie. Jest w tym pewne piękno…
– Piękno? – krzyknęła Maja Zeuthen. – Moja córka nie żyje. Została zamordowana. Jakie w tym może być piękno?
Pastorka zesztywniała.
– Nikt wam nie ujmie bólu, Maju. Ale przeżywamy żałobę, bo kochaliśmy. To miłość musicie zapamiętać. Miłość pozostaje. Tobie. Carlowi. Może byłoby dla niego dobrze, gdyby zobaczył, jak się wspieracie nawzajem…
Ze zwieszoną głową, powstrzymując łzy, Maja Zeuthen wstała, podeszła do ogromnych drzwi i szarpnęła nimi.
Zamknięte.
– Maju?
Słyszała jego zbliżające się kroki.
– Dlaczego ten cholerny kościół jest zamknięty? – krzyknęła. – Kto go zamknął? Ja chcę wyjść. Co za durne frazesy…
Dogonił ją, w oczach błaganie, w dłoniach też.
– Musimy to uzgodnić. Musimy podjąć te decyzje.
– Wypuść mnie, Robercie. Nie jestem twoją własnością. Tego kościoła też nie. – Odwróciła się i krzyknęła do pastorki: – Słyszy pani? – Oparła się o kolumnę.
– Musimy powiedzieć Carlowi. Powinniśmy to zrobić razem…
W sieni było zupełnie ciemno. Przestała krzyczeć, patrzyła na jego postać surowo obrysowaną smugą światła żarówki w górze.
Ta sama twarz, w której się zakochała. Nigdy nie sądziła, że pewnego dnia zobaczy w niej tyle bólu.
– Wypuść mnie… – wyszeptała z rozpaczą.
Brix porządkował swoje rzeczy. Pozbywał się dokumentów, których wolałby nikomu nie pokazywać. Zastanawiał się, kiedy Ruth Hedeby przyjdzie z Tagem Steinerem przypuścić kolejny atak. Ostatni.
Dzwonił do Lund w Gudbjerghavn. Nie usłyszał nic, co pozwoliłoby mu uznać, że ma szansę ocalić skórę. Stanął przy oknie swojego gabinetu, zastanawiając się, jak bardzo będzie tęsknił za tym miejscem.
Nagle pędem wpadł do niego Madsen.
– Jeśli to Hedeby, powiedz jej, że jestem zajęty.
Policjant spojrzał zdumiony.
– To nie Hedeby. Nurkowie znaleźli dziewczynkę. Wyciągają ją w tej chwili. – Zerknął na zegarek. – Za dziesięć minut będzie u nas na dole. Zastanawiam się, czy…
Zanim dokończył, Brix wypadł z gabinetu.
Ostatni kurs po miasteczku. Lund za kierownicą. Borch siedział obok zmęczony i milczący.
– On musi tu być – upierała się. – Asbjørn dzwonił?
Znowu padało. Wiał nieustępliwy, lodowaty wiatr.
– Nie – odparł. – To naprawdę jest tego warte?
Na kolanach trzymał rozłożoną mapę.
– Szukaliśmy już wszędzie. To strata…
– On jest bystry! Prawda? On… – Zastanawiała się nad tym chwilę. – Pracowałam kiedyś z kimś, kto był wcześniej w wojsku. W siłach specjalnych. Powiedział, że są tacy ludzie, którzy dotrą wszędzie. Potrafią się stać niewidzialni. Matka Louise mówiła jej, że jej ojciec jest bohaterem. Dużo podróżował. Może…
Może on był jak Ulrik Strange, pomyślała. Porządny człowiek zniszczony przez historię, przez wydarzenia.
Borch westchnął.
– Co do ostatniej nocy…
– Wiem – przerwała mu niespokojnie. – To się nie powinno stać.
Z przeciwka nadjechał samochód. Reflektory oświetliły twarz Mathiasa. Zbolałą. Może nawet przerażoną. Nie odrywał od niej wzroku.
– Nie. Nie powinno – przyznał.
Nic poza tym. Wjechała w boczną drogę, wzięła od niego mapę.
– Problem w tym…
– W porządku. Nie musisz nic mówić.
To go ubodło.
– Wręcz przeciwnie, muszę. Problem w tym… Nie żałuję.
Lund przesunęła palcem po mapie. Popatrzyła przed siebie. Starała się nie słuchać.
– Ani trochę – dodał. – Więc…
Milczała bardzo długo, a potem wskazała przed siebie.
– Ta droga. – Postukała w mapę. – Dokąd ona prowadzi?
W świetle reflektorów wyłoniła się biało-czerwona taśma, która musiała wcześniej odgradzać wjazd. Ktoś ją przerwał.
Borch westchnął.
– Tam dalej jest nieczynna stocznia jachtowa. Miejscowi ją sprawdzili.
– Jachtowa?
– Dobra. Wiem, on lubi łodzie…
– Nasi ludzie poprawiliby taśmę, nie sądzisz?
– Saro…
Wrzuciła bieg i przejechała po rozerwanej taśmie.
Pół kilometra dalej droga się kończyła. Lund wysiadła, Borch podążył za nią.
Znad pobliskiego morza napływała szara linia mgły, niosąc niski jęk dalekiej syreny mgłowej. Teren dawnego zakładu otoczony był solidnym ogrodzeniem. Wyłączyli latarki. Borch wysunął się naprzód. Brama była otwarta, wisiała na niej przecięta kłódka.
Weszli do środka.
W miarę jak szli, stocznia wydawała im się coraz większa. Warsztaty i magazyny. Na betonie porzucone zniszczone łodzie. Kilka niedokończonych kadłubów. Maszty i rdzewiejące silniki. Ogromna śruba napędowa.
Dotarli do wody. Na końcu niewielkiego pomostu migotała jedna żarówka, niczym czujne oko wpatrujące się w nadpływającą mgłę.
Gdziekolwiek spojrzeli, wszystko wydawało się ruiną. Wytłuczone okna. Cieknące drewniane ściany. Ruina, chociaż nie ustronna.
Ostatni budynek był inny. Metal, żadnego szkła, zero okien, i tylko jedne drzwi.
Sądząc po zapachu, była to lakiernia. Albo miejsce, w którym kiedyś pracowano nad silnikami. Może jedno i drugie. Lund już miała coś powiedzieć, ale Borch ją uciszył.
Wskazał na drzwi: uchylone.
W środku farba. Olej. Smar. Chemikalia. Jakieś rzeczy przykryte plastikowymi płachtami. Na uchwytach rdzewiejące narzędzia. Zniszczenie i ciężka praca. Jeśli ten człowiek miał jakąś cechę charakterystyczną, to właśnie tę.
Minęli halę z silnikami i weszli do dobudówki. Z sufitu niczym stryczki zwisały grube liny. Z dołu dobiegał rytmiczny dźwięk fal rozbijających się o słupy. Znajdowali się w pomieszczeniu wiszącym nad wodą, pozbawionym okien.
Znalazła włącznik światła, przestawiła go. Ruszyli dalej. Za linami wisiały łańcuchy i niska przesuwna platforma do pracy pod kadłubem, pod silnikami.
Z pistoletem nad latarką szła dalej. Zapomniała o Borchu. Mówiła do siebie.
On tu był.
Wiedziała to. Czuła to. Czuła jego zapach.
Nagle, na rogu, promień światła padł na biały kształt i Lund zrozumiała, że wreszcie zbliżają się do rozwiązania.
W Kopenhadze też były takie rowery. Niemodne. Po prostu tanie i użyteczne. Stał trochę niezgrabnie oparty o długą szarą plastikową płachtę.
Borch był tuż za nią.
– To jej – powiedziała. – Rower Louise. Widziałam go na zdjęciu w domu rodziców zastępczych. – Pochyliła się, wyjęła z kieszeni lateksowe rękawiczki.
Brakowało łańcucha. Obok tylnego koła stał tornister.
– Saro?
Nie teraz, pomyślała. Albo chociaż próbuję.
– Saro!
Borch odsunął kolejne płachty leżące nieco dalej pod ścianą. Coś, co malowało się na jego twarzy – smutnej, młodej, wstrząśniętej – kazało jej czym prędzej spojrzeć.
Dwa snopy światła. Odsunięta na bok szara zasłona.
Na podłodze brudny wypłowiały materac. Na skraju wyblakłe plamy krwi, i obok na podłodze. Łańcuchy jak kajdany.
– Mówiłeś, że policja sprawdziła to miejsce? – spytała.
– Powiedzieli, że brama była zamknięta. Musiał się pojawić wczoraj wieczorem. Jezu… – Borch wyglądał, jakby miał krzyczeć. – Ten drań Overgaard nawet nie zadał sobie trudu, żeby tu zajrzeć, co?
Podczas gdy rozglądał się dokoła, ona została na miejscu i patrzyła na materac, na plamy krwi. Łańcuchy. Próbowała sobie coś wyobrazić.
Telefon.
– Lund? – spytał Juncker.
Po głosie sądząc, był przybity.
– Asbjørn…
– Posłuchaj mnie – przerwał jej. – Właśnie odebrałem telefon z tego warsztatu, w którym byliśmy. Tego, w którym ten dzieciak zapisywał numery…
– Tak, dobrze. Jesteśmy w stoczni jachtowej, którą podobno wcześniej sprawdzali miejscowi. Potrzebuję ludzi…
– Słuchaj mnie! Kiedy znowu z tym małym gadałem, powiedział, że Borch był tam przed nami. Rozmawiał z tym dzieckiem. Wziął jeden z notesów, zanim do nich dotarliśmy.
Materac. Gwałt. Życie dziewczynki dobiegło tu końca, a jakimś sposobem, którego Lund nie mogła rozumieć, proste, brutalne okrucieństwo tego czynu zostało zapomniane.
W ciemnościach nie widziała, dokąd poszedł Borch.
– Słyszysz, co mówię? – spytał Juncker ostrym, zmartwionym głosem. – Ktoś nas tu oszukuje i nie trzeba być geniuszem, żeby wiedzieć kto.
Kroki. Jego latarka. Lund odłożyła telefon.
– Znalazłem na tyłach czerwoną furgonetkę – powiedział Borch. – Chodźmy. Później możemy tu ściągnąć ekipę.
Ani drgnęła.
– Saro! – Wrócił ten nowy Borch. Apodyktyczny i sprawny.
– Dlaczego ten notes jest taki ważny? – spytała.
Był na rogu, w takim miejscu, że go nie widziała.
– Jaki notes?
Podążyła za jego głosem, skierowała na niego latarkę.
– Notes, który wziąłeś dzisiaj rano od tamtego chłopca. Zanim pojechaliśmy tam wszyscy.
Nic.
– To ty i PET wykreśliliście z równania ten czarny samochód, prawda? Ty tylko wymazałeś…
Przechylona głowa. Spojrzenie „znowu szalejesz”.
– O czym ty mówisz?
– Schultz tak kazał? Czy ty kazałeś Schultzowi?
– Ani jedno, ani drugie.
– Nie przyjechałeś tu szukać czegoś dla mnie! – krzyknęła. – Zacierałeś ślady. Chciałeś dopilnować, żebyśmy nigdy nie znaleźli… – zerknęła na materac i zakrwawione łańcuchy – tego wszystkiego.
Wyglądał na oburzonego.
– Wiem, że widziałeś się dzisiaj rano z tym chłopcem.
– Nie mogę teraz o tym rozmawiać.
– Kto jest w tym notesie? Kogo kryjesz?
Splótł ramiona na piersi. Przysunął się bliżej.
– Posłuchaj, Saro. Chłopiec notował przypadkowe numery rejestracyjne, kiedy zaginęła dziewczynka. Jeden szczególnie rzucał się w oczy. Sprawdziliśmy go. To była nasza robota. Okazał się czysty. Fałszywy trop. Koniec…
– Dlaczego ty jesteś w to wplątany?
Podniósł ręce w górę.
– Bo…
Skądś dobiegł ich dźwięk. Kroki. Jakaś maszyneria. Stary silnik z niechęcią ruszający do pracy.
Potem głośny huk. Poświeciła latarką. Ciężkie stalowe wrota na końcu pomieszczenia właśnie się zatrzasnęły.
Borch podbiegł i próbował je podważyć ramieniem. Bez efektu.
Z sufitu zaczęły spływać trujące niebieskawosine kręte obłoczki.
Spaliny diesla. Dużo spalin.
Żadnych okien. Żadnej wentylacji w zasięgu wzroku.
I tylko obraz w jej wyobraźni, jeden z tych, które zawsze pojawiały się same z siebie: na zewnątrz stary generator, rura wydechowa podłączona do jedynego komina wentylacyjnego w dachu.
Borch walił w drzwi, krzyczał, szalał.
Lund świeciła latarką na napływające ku nim spaliny.
Wdech. Wydech. Wdech.
Żadnego wyboru.
Pierwszy niepożądany wdech. Zaczęła się krztusić.
W drodze na spotkanie z komitetem partii Karen Nebel streściła Hartmannowi sytuację. Policja sądziła, że w Jutlandii zaczyna się coś klarować. Nadal nie wiedzieli, czy Emilie żyje, czy nie.
Po drodze elegancka postać pędziła za nim po schodach. Mogens Rank.
– Troels! Troels! Zaczekaj, proszę. Nie złość się na mnie.
Hartmann się odwrócił.
– Przykro mi, że do tego doszło – mówił Rank. – Chcę, żebyś wiedział, że mój głos należy do ciebie. Zawsze tak będzie. To nie ma nic wspólnego z tobą.
– Próbowaliśmy wytłumaczyć to Birgit – zauważyła Nebel. – Ona chyba nie chce słuchać.
Rank kiwnął głową.
– Ma ambicje. Cóż… – wzruszył ramionami – taka jest polityka. Sugeruję, żeby na początku spotkania…
– Nie będzie spotkania – przerwał Hartmann szorstko i ruszył dalej.
Sala konferencyjna. Długi stół, nad nim żyrandole. Rozłożone papiery. Przygotowane dzbanki z wodą. Birgit Eggert stała samotnie u szczytu. Nowy czarny kostium, doskonała fryzura – wszystko dla kamer.
Hartmann wszedł dziarskim krokiem. Nebel i Rank zostali w tyle, słuchali.
– Sprawa jest prosta, Birgit. Analizujemy nowe informacje na temat porwania Emilie Zeuthen. Mam absolutną pewność, że oczyszczą rząd z wszelkich podejrzeń.
– Troels…
– Jako członek partii, jako jeden z moich ministrów jesteś odpowiedzialna przede mną, i tylko przede mną. Ta nielojalność nie przejdzie niezauważona. – Wskazał na stół. – Idź powiedzieć swoim akolitom, że niestety zmarnowali czas.
Cień uśmiechu.
– A cóż to mają być za informacje?
– Mamy świadka, który widział, jak Ussing wywierał nacisk na prokuratora. Kogoś ze sztabu Ussinga. PET prowadzi postępowanie. Z tego powodu nie mogę zdradzić nic więcej…
– Błagam, powiedz, że nie masz na myśli tego błazna Kristoffera Seiferta.
Mogens Rank podniósł ręce w rozpaczy.
– Och, na miłość boską, Birgit. Masz nas za kompletnych idiotów? Oczywiście, że to nie Seifert. – Podchwycił spojrzenie Hartmanna. – On przecież omal nie skończył przed sądem za kradzież funduszy na kampanię Ussinga.
– Mogens… – wyszeptała Nebel.
– Co prawda nie ma to znaczenia – dodał szybko Rank – w tych okolicznościach. Wszystkie tropy należy sprawdzić. I wszystkie zostaną sprawdzone…
– PET to analizuje – nie ustępował Hartmann.
– Miałeś swoją szansę. – Eggert wzięła ze stołu papiery. – Zaczynamy spotkanie. Zostań albo wyjdź, jak chcesz.
Dwa piętra niżej. Wydział Kryminalistyki. Surowe zimne pomieszczenie. Ludzie, których Brix znał, stali dokoła w oczekiwaniu.
Na ten akt dramatu czekali, a jednocześnie go nie chcieli. Koniec jednego pościgu. Początek innego.
Ociekająca śmierdzącą wodą torba leżała na lśniącym srebrnym stole, miała wielkość i kształt dziecka. Spod błota i glonów wyzierał błękit. Z boku widniała nazwa. I wizerunek żagla.
Lund coś wcześniej powiedziała. Że człowiek, którego szukają, jest nierozerwalnie związany z morzem. Wydawało się, że wszędzie towarzyszy mu słona woda. Może płynęła w jego żyłach, pompowana przez bezduszne serce.
A jednak coś jeszcze go napędzało. Niedokończone sprawy.
Był tu główny patomorfolog. I szef kryminalistyki. Obaj stali w milczeniu, ubrani w białe kombinezony, ze skalpelami w dłoniach.
Jeden do ciała. Drugi do dowodów. Który skalpel wybrać?
– Co to jest? – spytał Brix.
Odpowiedział szef kryminalistyki.
– Brezentowa torba na żagiel z małej jolki. Zwyczajna. W porcie można takie znaleźć na każdym kroku.
Woda pachniała solą i zgnilizną. Zaraz zrobi się gorzej. Nie da się przed tym uciec.
– To jak? – spytał patolog, podnosząc skalpel. Kiwnął głową na kolegę. – Ja czy on? Twój wybór.
Co się stało, to się nie odstanie. Czasu nie da się cofnąć. Wręcz przeciwnie, choćby nie wiadomo jak się pragnęło.
Brix odwrócił się do technika.
– Ty.
Po czym cofnął się, wziął głęboki oddech, pomyślał, jaki odór zaraz poczują, i patrzył, jak mężczyzna zakłada maseczkę na twarz.
Kilku funkcjonariuszy wyszło, nie mogło tego znieść. Trochę im zazdrościł. Niedługo, gdy prokurator i Ruth Hedeby wykonają swoją robotę, taka wolność stanie się częścią jego codziennego życia. Nie wiedział, co o tym myśleć. Czy to pocieszające, czy przygnębiające.
– Cięcie – oznajmił technik, po czym przystawił ostrze skalpela do szczytu torby, w pobliżu wiązania, i przesunął je powoli, ostrożnie, wykonując płytkie cięcie przez całą długość płótna.
Nowy zapach. Brix nie mógł go skojarzyć.
Drugie cięcie, w poprzek, pośrodku. Potem jeszcze kilka.
To się działo za szybko. Torbę należało rozciąć ostrożnie, wydobyć tę poczwarkę motyla z kokonu.
Jeszcze jedno cięcie i Brix dopadł go z krzykiem na ustach.
I zaraz umilkł.
Technik ściągnął maseczkę. Wzruszył ramionami.
Brix spojrzał, próbował skojarzyć zapach.
Płótno i żywica. Nowiutkie. Nieużywane.
Nieskazitelne, ciasno złożone, w większości ciągle białe, leżało w niebieskiej torbie.
Żagiel. I nic poza tym. Na jednym końcu poczerniały otwór po kuli. I drugi na środku.
– Lund miała rację – odezwał się stojący za plecami Brixa Madsen.– Miała…
Brix już wychodził na korytarz. Człowiek odrodzony.
– Powiedz Hedeby, że wznawiamy sprawę – rozkazał, gdy Madsen próbował dotrzymać mu kroku. – Znajdź wszystkich dostępnych funkcjonariuszy. Nie obchodzi mnie, czy są po służbie. Mają się tu natychmiast stawić.
Trzeba powiadomić ludzi. Podjąć decyzje. Wydać rozkazy.
– Przekaż Zeuthenom, że musimy się jak najszybciej spotkać – dodał. – I połącz mnie z Lund.
W centrum operacyjnym trwała już krzątanina. Dzwonił Juncker z Jutlandii. Lund chyba w końcu wytropiła porywacza. Ale nie było dobrze.
Lakiernia. Silnik pracuje. Jeden świetlik wysoko w suficie.
Na zewnątrz grzechotał i trząsł się generator. Czuli, że jego wyziewy mieszają się z ich oddechami. Porywacz był tu cały czas. Patrzył. Słuchał.
Borch robił to, co w takich sytuacjach robiłby każdy mężczyzna. Rzucał się na ściany, ciskał przedmiotami, krzyczał.
Wszędzie cegły i metal. Rękawy przy ustach, płytkie oddechy. Ale nie bardzo to pomagało.
Dźwięk. Od razu wiedziała, kto dzwoni.
Wyjęła z kieszeni telefon, podeszła do ściany, próbowała znaleźć odrobinę powietrza, by mówić.
– To zabawne – powiedziała, niemal się krztusząc.
– Chcę tylko notes, Lund. Nie ciebie. Daj mi go, a będziesz żyła.
Borch był obok. Przekazała mu to. Chwycił telefon.
– Słuchaj no! – warknął. – Nie mamy notesu. Policja tu jedzie. Wyłącz to, dobra?
Nic.
Podniosła wysoko wzrok na niedostępny świetlik. Borch przyniósł wiadro i kazał jej na nim stanąć. Próbowała, ale nawet z wiadra nie sięgnęła do pierwszej belki.
– Nie dam rady – powiedziała i zeskoczyła na podłogę. – Ty spróbuj. Wyjdź. Wyłącz silnik. I wróć po mnie.
Wahanie na jego twarzy. Krzyczała, aż się w końcu ruszył.
Był wygimnastykowany. Jeden skok z wiadra i już chwycił belkę. Podciągnął się. Wspiął się na legar i dalej na dach. Walnął pistoletem w szkło. Stare żelazo drgnęło. Lekki powiew nocnego powietrza spłynął pośród oparów, jak woda podczas suszy.
Wciągnęła je nosem. Zamknęła oczy. Próbowała myśleć.
Kiedy je znowu otworzyła, był już prawie na zewnątrz, właśnie znikały nogi.
A więc wyszedł. Usłyszała, jak ciało stacza się po dachu z blachy falistej.
Usłyszała, jak spada.
Usłyszała jego jęk.
A potem jeszcze jeden dźwięk.
Strzał z pistoletu.
Borch spadł z dachu warsztatu, wylądował na błotnistej ziemi, przeturlał się dwa razy, usłyszał coś. Przeturlał się w drugą stronę.
Podniósł wzrok. Czarna postać. Kominiarka. W dłoni pistolet. Lufa wycelowana w jego twarz.
– Notes – powiedział mężczyzna bezbarwnym, zimnym głosem i nagle pistolet wypalił, tak blisko jego głowy, że huk na chwilę go ogłuszył.
Woń kordytu przerosła odór pobliskiego generatora, który rzęził i terkotał, posyłając swoją truciznę Lund uwięzionej w środku.
Borch odzyskał oddech. Próbował dojrzeć coś pod kominiarką.
– Nie mam notesu. Mówiłem…
– Jeśli będę musiał cię zabić, zrobię to.
– Nie…!
Kopniak w brzuch. I drugi w głowę. Borch zaskomlał. Usiłował wstać. Chciał walczyć.
Ale spadały kolejne ciosy. Po chwili nie było już nic innego.
Kaszląc, z piekącymi oczami i obolałymi płucami, Lund odsuwała kopniakami graty na podłodze, szukając bez ustanku.
W głowie miała jedną myśl: słyszała wcześniej morze pod deskami podłogi. Było tam, zimne, posępne i obojętne. Wyjście. Musiała być jakaś klapa.
Znalazła w rogu przy drzwiach. Dwa brudne zawiasy.
Uchwyt, okrągły, zardzewiały. Nieruchomy.
Trzy razy próbowała, nim klapa drgnęła. Jeszcze trzy szarpnięcia i się udało.
Pokrywa się podniosła. W świetle latarki błyskała w dole woda, dobre pięć metrów. Stalowa drabina i trap, który musiał prowadzić do mola z przodu.
Lund zeszła, bardzo powoli. Dotarła do rozwalającej się żelaznej siatki. I dalej do betonowego mola. Wspięła się. Rozejrzała.
Wyprostowana postać. I druga na ziemi. Nagle mężczyzna się pochylił, kopnął Borcha po raz kolejny, zaczął przeszukiwać jego kieszenie.
Ruszyła przed siebie, z bronią wycelowaną, cicho, starając się nie oddychać.
Coś się zmieniło. Gdy tak patrzyła, on wyciągnął z wewnętrznej kieszeni Borcha coś, co wyglądało na torebkę dowodową, pomachał nią przed zbolałą postacią na ziemi, zaklął i wrzasnął:
– A to co, gnoju?
Notes, pomyślała. Notes. Ten, którego Borch podobno nie widział na oczy.
Ciągle szła.
Mężczyzna w kominiarce odsunął się, wymierzył z pistoletu prosto w twarz Borcha.
Lund wtedy strzeliła, na oślep. Nigdy nie była w tym dobra.
– Rzuć broń! – krzyknęła, wciąż idąc w jego stronę.
Odsunął się i wtedy wydało jej się, że widzi za maską wyraz jego twarzy: ubawienie.
– Rzuć…
Jego broń powędrowała w górę tak szybko, że jakaś jej część, zupełnie jej nieznana, zaczęła się budzić.
Jeden strzał.
Jego.
Chybił.
Jeden strzał.
Jej.
Skowyt bólu. Czarna postać rzuciła się w mrok obok terkoczącej maszyny.
Ciągle miała to w głowie. Dopadła Borcha, pochyliła się. Krew na jego ustach. Dotknęła jego policzka.
– Saro… On ma notes. Musisz…
Bez wahania, z podniesioną bronią, ruszyła w stronę generatora.
Nagie deski na błocie. Kilka śladów stóp. Może jakieś plamy krwi. Nic poza tym.
Podniosła broń wyżej. Szła dalej.
Nic nie widziała.
W oddali dźwięk syren i jasnoniebieskie błyski.
Z morza niski pomruk silnika małej łódki.
Na wodzie ani jednego światła. Znowu zniknął.
Wtedy dotarł do niej Borch.
– Postrzeliłam go – powiedziała. – Widziałam go. I trafiłam.
Bóg raczy wiedzieć jak, pomyślała.
Borch dotknął swojej klatki piersiowej, skrzywił się z bólu.
– Już ci mówiłem. On nosi kamizelkę kuloodporną czy coś w tym rodzaju. – Delikatnie się poklepał. Wydawał się niemal zadowolony z tego, co czuje. – Ale na pewno go zabolało.
– Jeszcze jak – wyszeptała.
Borch spojrzał na nią i zamilkł.
– Jaki on jest? – spytała.
Zastanowił się.
– Niezwykły – odrzekł. – Bardzo.
Telefon rozbłysnął i zadzwonił. Tym razem jej własny.
Lund słuchała. Spojrzała na Borcha.
– Żyje – powiedział Brix, a raczej ona wywnioskowała to z harmideru w tle, dzwonił z centrum dowodzenia. – Emilie żyje. Wracamy do gry.
Spotkanie komitetu trwało w najlepsze. Piętnaście osób przy stole. Eggert jako przewodnicząca.
– Wszyscy jesteśmy omylni – mówiła. – Ale jako politycy zostaniemy rozliczeni ze swoich błędów. Nie mówimy tu o pojedynczym potknięciu. Już sam twój związek z Rosą Lebech…
– To sprawa osobista – przerwał jej Hartmann. – Nigdy nie kolidowała z moją pracą ani z polityką, którą realizuję.
– Wątpię, czy jej mąż by się z tym zgodził. – Eggert mówiła z wyraźną wzgardą. – I twoje zachowanie w sprawie Zeuthenów… Zlekceważyłeś wszystkie sygnały alarmowe. To przez ciebie Mogens Rank udawał niewinnego, podczas gdy wiemy w tej chwili, że nie jest niewinny.
– Bzdury – wtrącił się Rank. – Moje ministerstwo nie…
Rzuciła mu przed nos wieczorną gazetę.
– Przeczytaj to, Mogens. Media nie zostawiają na nas suchej nitki. Nie ma co narzekać, że są… niemiłe. Prawdą jest to, co oni uznają za prawdę. Nie odpowiedziałeś na pytania w sprawie, podczas gdy Troels zaangażował się w nią w sposób dość niestosowny jak na premiera. Nasza wiarygodność jako partii została podkopana, a do wyborów zostało ledwie kilka dni. Statek bez steru tonie na naszych oczach. Jesteśmy to winni partii, wyborcom, Zeuthenom…
Rank uciszył ją machnięciem ręki.
– Usuwanie premiera nie leży w interesie partii. On reprezentuje koalicję…
– Myślisz, że teraz koalicjanci nas popierają? Nawet Rosa się nie zbliży. Jeśli wyjdzie z jego łóżka…
Hartmann odwrócił się do niej gwałtownie.
– Czy ja dobrze słyszę? Do tego doszliśmy? Jesteśmy bandą cwaniaków, którzy się sprzeczają, plotkują i wbijają nóż w plecy, szukają okazji, która ich dowiezie na następną imprezę? – Spojrzał po zebranych, po każdym z kolei. – Jesteście tu dzięki mnie… Ja wykonałem tę pracę. Owszem, stawką jest nasza wiarygodność, nasza przyszłość, nasza pozycja w społeczeństwie, stosunki z Zeelandem, jasne! Ale mamy wizję. Jeśli mnie wyrzucicie, pożegnacie się z tą wizją. Wybraliście mnie z tego samego powodu, dla którego ja wybrałem was. Z powodu wiary. – Hartmann walnął pięścią w stół. – Teraz właśnie potrzebuję tej wiary. Wy też. Domagam się jej.
Cisza. Przerwana śmiechem Birgit Eggert.
– Jak ty świetnie przemawiasz, Troels. Ale słowa nie przywrócą życia Emilie Zeuthen. Albo złożysz rezygnację, albo się od ciebie odetniemy. Odejście z godnością albo krwawa wojna domowa. Wybór…
Za nimi otworzyły się dwuskrzydłowe drzwi. Do sali weszła Karen Nebel, spojrzała na Hartmanna. Ten wstał, Mogens Rank również. Powiedziała im coś na ucho.
Eggert chciała przejść do kwestii formalnych. Regulaminów i procedur.
– Troels! – wrzasnęła. – Zechcesz wrócić do stołu i kontynuować spotkanie?
Odpowiedział jej Mogens Rank. Poprawił na nosie okulary, spojrzał na nią z sympatią i rzekł:
– Będziesz musiała mi wybaczyć. Mamy nowe informacje z Politigården.
– Dobre informacje – dodał Hartmann. – Policja właśnie otworzyła torbę, w której miało się znajdować ciało Emilie Zeuthen. Okazało się, że to zmyłka… W środku był tylko żagiel.
Nebel rzuciła na stół jakieś zdjęcia. Niebieska ubłocona torba, dwa otwory po kulach, w środku biały materiał.
– Wierzą głęboko, że Emilie żyje – dodał Rank. – Wolę się zająć tym, niż dyskutować tutaj… – Machnął ręką. – Cokolwiek by to miało być. Birgit?
Miała na ustach najbledszy ze swoich uśmiechów. Nic nie powiedziała.
Hartmann wyszedł, Nebel za nim. Relacjonowała mu to, co wie. Zdaniem policji Emilie została zabrana na Jutlandię, prawdopodobnie jest przetrzymywana gdzieś w pobliżu miasta.
Usiedli w gabinecie. Hartmann zamknął oczy, wyglądał, jakby się namyślał. Nebel sprawdzała wiadomości. Weber podszedł do barku.
– Nie teraz – powiedział Hartmann, nagle się budząc.
Weber stanął, spojrzał zdumiony.
– Ty i Karen Nebel macie za sobą ciężki dzień – dodał Hartmann. – Idźcie gdzieś wypić za mnie. – Wyjął portfel, rzucił na stół pieniądze. – Z wyrazami wdzięczności.
– A ty co będziesz robił? – spytała Nebel, zbierając banknoty.
Rozejrzał się po wygodnym pokoju. Sofy. Obrazy.
– Ja chcę mieć chwilę dla siebie. Idźcie. – Odpędził ich ruchem dłoni. – Sio!
Wstali zdumieni.
– A po drodze zamówcie mi coś do jedzenia. Homara i sałatkę. Dwie porcje. Jestem głodny jak wilk.
Weber westchnął, spojrzał na koleżankę porozumiewawczo i wyszli.
Hartmann podszedł do lodówki. Dwie butelki szampana. Dobra marka. Rozkosznie schłodzona. Powinien poskutkować.
Stocznia jachtowa była teraz oświetlona niczym wesołe miasteczko. Technicy kryminalistyki uwijali się przy pracy. Gapie wyciągali szyje. Za dużo ludzi. Próbowała trzymać ich z daleka, ale Gudbjerghavn jeszcze nigdy czegoś podobnego nie widziało. Takiego przedstawienia nie można było przegapić.
Brix znowu dzwonił, chciał wiedzieć, jak porywaczowi udało się uciec.
– Miał łódź – wyjaśniła. – Zawsze ma łódź.
– Dziewczynka…
– Znaleźliśmy miejsce, w którym zamordowano Louise Hjelby. Nie sądzę, żeby tu ktokolwiek choćby zajrzał. Widziano czarny samochód. Borch miał notes z kilkoma numerami rejestracyjnymi… – I zatrzymał go, pomyślała. – On nas podsłuchał. Zabrał notes. – Lund przypomniała sobie o materacu, plamach krwi, kajdanach. – Ktokolwiek zabił Louise, musiał się czuć pewnie. Nawet nie próbował usunąć śladów. Albo może…
Może to było zadanie kogoś innego. I ten ktoś ciągle działał.
– Jak Borch zdobył zeszyt? Dlaczego nie ty?
Zawsze wiedział, o co spytać.
– O to musisz zapytać jego. Albo Dyhringa. Kogoś z PET. Ja nie wiem.
Kiedy się rozłączyła, stwierdziła, że Borch słuchał jej rozmowy.
Poszli na róg warsztatu, z dala od techników, od białego roweru. On miał bandaż na ramieniu, w miejscu, gdzie porywacz go uderzył. Żadnego złamania.
– Był pewien powód – zaczął Borch. – Chcę ci o nim powiedzieć.
– Naprawdę?
– Tak. Jestem ci to winien. I…
Wstała i odeszła w mrok.
Juncker przekazał jej bieżące informacje. Przeszukali wydmy. Kilka pobliskich kempingów. Nie mieli pojęcia, gdzie zniknął porywacz.
– On zawsze ma plan – zauważyła. – Wszystko gotowe. Na wszelki wypadek.
Młody policjant kiwnął głową.
– Pewnie tak…
Podszedł Borch, uporczywie nie odstępował jej boku.
– Saro, ja niczego nie utrudniałem. Wysłuchasz mnie?
Juncker zgromił go wzrokiem.
– Wydaje mi się, że na deskach przy generatorze jest plama krwi – powiedziała Lund. – Postrzeliłam go. Miał na sobie kamizelkę kuloodporną, ale może się czymś skaleczył. W każdym razie jest ranny. Niech technicy zbiorą próbki i wyślą do laboratorium.
Furgonetka stała na parkingu stoczni. Ani śladu Emilie. Wprowadzone do środka psy nie podjęły tropu.
– Jej tu w ogóle nie było – stwierdziła Lund. – Wracamy do Kopenhagi. Ktokolwiek był w tym czarnym samochodzie…
– Zrobiłem, co mogłem! – krzyknął Borch.
Szła dalej, schyliła się pod czerwono-białą taśmą, wracała do radiowozów.
– Próbowałem pomóc…
Wściekła zatrzymała się i odwróciła do niego.
– Więc kogo kryłeś? Czyją dupę PET tu chroni?
Juncker skrzyżował ramiona na piersi i popatrzył groźnie na Borcha.
– Właśnie. Ja też chciałbym to wiedzieć. Wydawało mi się, że będziemy jedną drużyną.
– Nie macie uprawnień! – W głosie Borcha słychać było napięcie. – Dopóki nie… dopóki…
To Juncker się wkurzył, nie ona.
– To dziecko zostało zgwałcone i zamordowane, Emilie Zeuthen ciągle jest Bóg wie gdzie. A ty tu… pieprzysz jak jakiś służbista. Nie mogę na ciebie patrzeć.
– Ja prowadzę – oznajmiła Lund i podniosła w górę kluczyki.
Juncker zajął fotel pasażera.
Odwrócił twarz do szyby.
– Może mnie podwieziecie? – poprosił Borch.
– Nie mamy uprawnień – odparła Lund i odjechała.
Brix spodziewał się, że pokaże Zeuthenom ciało. Tymczasem była to brudna niebieska torba ze zwojem płótna. Dwa strzały. Mocny dowód, że ten właśnie przedmiot Zeuthen widział z mostu.
Torbę przeniesiono do niewielkiego pokoju w Wydziale Kryminalistyki. Zeuthenowie wpatrywali się w nią, nie mówiąc ani słowa.
– Nie umiem, niestety, odpowiedzieć na wiele naglących pytań – dodał Brix. – Na pewno on chciał nas zwieść, ale…
– Myśli pan, że ona żyje? – spytała Maja.
Brix nie cierpiał jednoznacznych odpowiedzi.
– Został wyśledzony w Jutlandii. Nic nie świadczy o tym, że Emilie jest z nim. Z tego, co się orientujemy, została ślizgaczem zabrana do portu w Kopenhadze. Potem… Przeszukujemy teren, sprawdzamy ruchy statków. Na pewno miał dostęp do kontenera. – Spojrzał na Zeuthena. – On ma jakieś powiązania z morzem. Poza tym… przestrzegałbym przed nadmiernym optymizmem. To brutalny, dobrze zorganizowany człowiek. Jeśli…
Robert Zeuthen zrobił w tył zwrot i wyszedł. Żona tuż za nim. Brix też. Zeuthen już rozmawiał przez telefon, dzwonił do szefa ochrony Zeelanda i jego ludzi.
– Panie Zeuthen… – zaczął Brix.
– Przeprowadzimy w porcie własne poszukiwania. Już zaczynamy. Znamy to miejsce lepiej niż wy. Szczerze mówiąc, z tego, co widziałem…
Brix pokręcił głową.
– Rozumiem pańską frustrację. Nie mogę jednak pozwolić, żeby przeszkodził pan naszym działaniom.
– Zmarnował pan czterdzieści osiem godzin na tę bzdurę! – krzyknął Zeuthen.
– One nie były zmarnowane. Moi ludzie…
– Już mieliśmy powiedzieć synowi, że jego siostra nie żyje. Wyobraża pan to sobie? Co mamy powiedzieć mu teraz?
Brix stał nieruchomo.
– To nietypowa sprawa. Jeśli spróbuje pan przeszkodzić w naszych działaniach, tylko ją pan dodatkowo skomplikuje.
Zeuthen odszedł już bez dalszych komentarzy. Ona została.
– To nie jest właściwa droga – powiedział Brix. – Proszę…
– On chce coś zrobić! Nie rozumie pan tego? Oboje chcemy.
– Więc proszę poszukać bliżej domu. Ten człowiek się do was zbliżył. Do Emilie. Wie dużo o was, o Zeelandzie, rzeczy, których nie powinien wiedzieć. Jeśli zdołamy zrozumieć to…
– Prześwietliliście całą naszą rodzinę, panie Brix. I całego Zeelanda.
– To nie oznacza, że nie ma tu odpowiedzi. Tylko że ich nie znaleźliśmy. Jeśli ktoś spojrzy innymi oczami… może ktoś jej bliższy…
– Zobaczę, co da się zrobić – obiecała.
Patrzył, jak kobieta odchodzi korytarzem, spotyka się z mężem na zewnątrz. Już nie wydawali się sobie tak dalecy.
Wrócił do centrum operacyjnego. Zobaczył zainteresowanie, chęć, energię. Sprawa wróciła z zaświatów.
W gabinecie w Drakkarze Robert Zeuthen i Reinhardt spotkali się z ochroną Zeelanda. Szarzy, poważni, zdecydowani zawodowcy rozmawiali o miejscach do przeszukania, o rejestrach statków, portach przeznaczenia.
Maja podsłuchała plotkujący personel. Zeeland nie zarządzał się sam. Jeszcze przed porwaniem Emilie były problemy z radą nadzorczą. Szepty o buncie i jak to Robert nie jest swoim ojcem.
I nie był. Inaczej nigdy by za niego nie wyszła. Kiedy słuchała, jak rozmawiają, i patrzyła, jak on próbuje kierować ich staraniami, czuła się bezsilna. Podobnie jak on.
Mieli przy stole wielki monitor. Wyświetlały się na nim mapy i ruchy statków. On pytał, które miejsca sprawdziła policja. Odniosła wrażenie, że to operacja na ogromną skalę.
– Sprawdzili wszystkie statki w porcie – powiedział Reinhardt.
– A kontenery?
– Są zapieczętowane. Nie możemy tak po prostu…
– Chcę, żebyś porozmawiał z ludźmi z terminalu kontenerowego – przerwał Zeuthen. – Powiedz, że musimy zajrzeć do każdego kontenera. Pokryjemy straty. Wszelkie straty spowodowane ewentualnymi opóźnieniami.
Szef ochrony pokręcił głową.
– Nie mamy prawa. To są ładunki. Zawartość jest prywatną własnością. Jeśli…
– Spytaj o cenę. A potem zapłać. Nie sądzę, żeby się spierali.
– Rada chce się spotkać – dodał Reinhardt. – To ważne.
– Nie dla mnie – warknął Zeuthen.
Hałas przy drzwiach. Stał tam Carsten Lassen i patrzył na Maję. Był z nim Carl. Widać było, że płakał.
Podeszła do chłopca. Zeuthen też. Lassen wyglądał na zawstydzonego. Miał włączony telewizor, a Carl usłyszał wiadomości.
– Zapomniałem. Prze…
Maja już obejmowała chłopca, spojrzała na Lassena znacząco. Zrozumiał i odszedł.
Poszli do salonu, posadzili Carla między sobą, objęli go. Tak jak kiedyś.
– Mama i tata jej szukają – powiedział Zeuthen. – Wszędzie. Znajdziemy naszą Emilie. Oboje… wszyscy za nią tęsknimy.
– A jeśli jej nie znajdziecie?
Położyła mu rękę na głowie. Zeuthen też.
– Ależ znajdziemy – zapewniła.
– Kiedy?
– Niedługo.
Przeturlał się po kanapie, położył jej głowę na kolanach, nogi miał na kolanach taty.
– Pójdę jej poszukać – powiedział chłopczyk.
Zebrało jej się na płacz, ale sobie na to nie pozwoliła.
– Gdzie?
– Myślałem, że jest w schowku. Ale jej nie ma.
Maja Zeuthen przymknęła oczy. Stara posiadłość była taka wielka. Dzieci całymi godzinami eksplorowały miejsca, o których ona nie miała pojęcia.
– W jakim schowku, kochanie?
Spojrzał zmartwiony. Spytała raz jeszcze.
– To takie miejsce, gdzie Emilie chodziła, kiedy nie chciała słyszeć różnych rzeczy.
Zeuthen położył dłoń na policzku syna.
– Jakich rzeczy?
– Was. Jak się kłócicie.
Spojrzeli na siebie. Wspólna chwila bólu i poczucia winy. Czegoś, co jeszcze nie umarło, chociaż tak bardzo starali się to zabić.
Kiedy podniosła wzrok, zobaczyła, że w drzwiach stoi Carsten Lassen, zagubiony i żałosny, z walizeczką w dłoni.
– Chodź, poszukamy ciastek i mleka – zaproponował Zeuthen i wyszedł z synkiem.
Lassen wszedł.
– Może powinniśmy zabrać stąd więcej rzeczy dla Carla – powiedział niepewnie. – Tak żeby czuł się z nami jak w domu.
Nie odezwała się.
– Są jakieś nowe informacje?
Pokręciła głową.
– Czy Carl albo Emilie wspominali kiedyś o jakiejś kryjówce? Nazywali ją schowkiem.
Roześmiał się, ale to nie był miły śmiech.
– Myślisz, że oni mi się zwierzali ze swoich sekretów?
Maja spojrzała na stary, znajomy pokój. Pomyślała o szczęśliwych chwilach, które tu spędziła. Rozstanie z Robertem jakoś je przesłoniło. Zostały tylko kłótnie i ból. Sprawili, że Emilie uciekała w cień, do miejsca, którego mogli się tylko domyślać. Może do miejsca, z którego w końcu została zabrana, by nigdy nie wrócić.
– Zostaniemy tu na noc – powiedziała łagodnie. – Lepiej, żeby był teraz z ojcem.
Kiwnął głową z gorzkim uśmiechem. Znowu go rozczarowała.
Postawił torbę na podłodze.
– Skoro tak uważasz.
Maja prawie nie zauważyła, że odszedł.
Schowek.
Miejsce, do którego ją zesłali.
Schowek.
Musiała wiedzieć.
Lund dotarła do domu około północy. Brix zadzwonił, gdy wchodziła przez drzwi. W drodze z Jutlandii marudziła o Borchu, PET i zaginionym notesie. Omówił to z nimi. Ale nic nie zyskał.
– Mówią, że to było rutynowe postępowanie, Lund. Nic specjalnego.
– Dlatego Borch dwa lata temu pozamiatał tam wszystko, co mu wpadło w ręce?
– Nie pozamiatał. Gdyby zamiatał, znalazłby tę stocznię, prawda?
– Borch wziął ten notes i nic mi nie powiedział. Miał jakiś powód.
Przekleństwo po drugiej stronie.
– To PET. Biuro ochrony… Oni chronią polityków. Znasz ich zagrania. Nie wpadaj w paranoję.
W domu było ciemno i bardzo zimno.
– Nie wpadam – powiedziała z uporem. – Muszą mieć gdzieś te numery, które kiedyś znaleźli.
– Jutro z samego rana przyjedzie tu Dyhring. Możesz przyjść i popatrzeć, jak skopię mu dupę. Borch ci coś dał?
– Nie.
– Mamy pierwsze wyniki z krwi, którą znalazłaś. Wygląda na to, że to ojciec Louise Hjelby.
Dźwięk z tyłu. Eva weszła w koszuli nocnej, jęcząc, żeby Lund nie włączała ogrzewania. Trzymała świeczkę w słoiku po dżemie, pachnącą jak kadzidło. Przeszła się, zapalając kolejne świeczki. Donice z kwiatami na dywanie, na stołach, wszędzie.
– Wniosłam wszystko, co jeszcze żyło – wyjaśniła. – Jeśli tu będzie za ciepło, pomyślą, że to wiosna. Wtedy się obudzą i umrą.
Lund odłożyła telefon. Zastanawiała się, co robić.
– Rzecz w tym – podjęła Eva z powagą – że jeśli będziemy mieli zimę bez mrozu, można by je wynieść wcześnie na dwór, o ile będziemy ich pilnować. Jeśli nie…
– Nie mogę marznąć całą zimę z powodu, kurwa, roślin – burknęła Lund.
Eva się uśmiechnęła i udała, że ignoruje jej wypowiedź.
– Zrobiłam zupę z dyni. Bardzo zdrowa. Chcesz?
Bez odpowiedzi. Lund podeszła do lodówki i spojrzała na piwo.
– Nie! – krzyknęła Eva i szybko zatrzasnęła drzwi. – Nie widziałaś!
Zdjęcia na drzwiach. Wydruki z USG.
– Wstawię zupę…
– Nie chcę w tej chwili zupy, świeczek, roślin ani zdjęć dzieci.
Jedno piwo. Zimne i kuszące. Wzięła drugie na dokładkę.
– Nie musisz się złościć – podjęła Eva. – Zostaję tylko do jutra.
Lund spojrzała na nią i przez jedną krótką chwilę poczuła wyrzuty sumienia.
– Czytasz w ogóle gazety, Evo? Kiedykolwiek? Oglądasz telewizję?
– Nie w tej chwili. To wszystko jest takie okropne. A jeśli maluszek usłyszy?
Wyrzuty sumienia przybrały na sile.
– Rozmawiałaś z Markiem? – spytała Lund.
Miała naiwną, śliczną twarz, która tak łatwo zdradzała ból.
– Powiedział, że nie wie, co robić. Ze mną. Z… – Poklepała się po brzuchu, a Lund marzyła, żeby tego nie robiła. – Muszę pomyśleć o sobie. O dziecku. Chyba mogę się wprowadzić do koleżanki. Nie musisz się martwić.
Nie było za późno, żeby usmażyć jajka, choćby rośliny miały krzyczeć.
– Nie możesz tak mieszkać z dzieckiem. Zawsze masz to mieszkanie.
Wzruszenie ramion, które miało oznaczać: przegrana sprawa.
– W suficie jest azbest. Zamknęli cały budynek. Idzie do rozbiórki. – Krótki śmiech, nie gorzki. Pewnie nawet gdyby próbowała, nie zdołałaby wyrazić goryczy. – Pewnie dlatego było tanie.
Lund wychyliła więcej piwa. Zastanowiła się, czy wziąć trzecie.
– Myślę, że bycie samotną mamą nie jest takie trudne – powiedziała Eva. – Ty dałaś radę.
– Nie. Nie dałam – odparła Lund bez namysłu. – Myślałam, że daję. Chciałam dać. Bardzo. Ale…
– Ale co?
– Nie udało się z tatą Marka. Myślałam, że go nie potrzebuję. Że nikogo nie potrzebuję.
– Dlaczego się nie udało? – Jasne oczy Ewy lśniły w świetle świeczki.
– Może zjadłabym zupy.
Iskra zrozumienia.
– Też byłaś w ciąży? Dlatego wzięliście ślub?
Lund się roześmiała. Kiwnęła głową.
– I nie kochałaś go?
Za blisko, ale te oczy nie chciały jej odpuścić.
– Nie. Kochałam kogoś innego. Wcześniej. Ale wtedy się bałam. Więc go przegoniłam. To się wydawało łatwiejsze…
Dźwięk. Dzwonił jej telefon.
– Możesz tu zostać, jak długo chcesz – powiedziała. – I będę dumna, że mam na lodówce zdjęcie waszego dziecka. Zawsze. – Lund się zebrała, podniosła telefon. – Co jest? – spytała.
– Dlaczego mnie powstrzymałaś, Lund? Kim ten gnój jest dla ciebie? – Głos z telefonu Emilie. Zimny. Inteligentny. Wykształcony.
W głowie jej się zakręciło.
– Skąd masz mój numer?
– Mogę mieć wszystko, co zechcę. Twój kumpel z PET zasłużył na śmierć. Słyszałaś, co zrobił. Ja słyszałem.
– Gdzie jest Emilie? Co jej zrobiłeś?
– Możemy dobić targu. Potrzebuję twojej pomocy.
Przeszła przez pokój. Coś w tonie jej głosu sprawiło, że Eva uciekła do kuchni.
– Wiemy, że nie zabrałeś jej do Jutlandii. Żyje?
– W notesie jest dwanaście czarnych samochodów. Potrzebuję nazwisk i numeru ubezpieczenia kierowców. Z resztą sobie poradzę.
– Nie bądź śmieszny. Daj spokój. Oddaj mi Emilie. Dowiem się, kto zabił twoją córkę.
Cisza.
– Mamy próbkę twojej krwi. Wiem, że jesteś ojcem Louise. Powiedziała przyjaciółkom, że jesteś dobrym człowiekiem. Bohaterem. Tak właśnie robią bohaterowie? Wykradają nocą dzieci?
– Moje ktoś wykradł.
– To nie może dłużej trwać. Jesteś ranny. Postrzeliłam cię.
– Bywało gorzej. Zadzwonię jutro. Na ten telefon. Chcę nazwiska i numery ubezpieczenia. Chcę…
Eva już wróciła z miską zupy i zdumionym uśmiechem.
– Nie ma mowy – odparła Lund. – Chcesz, żeby sprawa twojej córki została rozwiązana czy nie? Oddaj mi Emilie, a ja się dowiem, kto zamordował twoje dziecko. Pogrywaj tak dalej, a ten człowiek odejdzie wolno. – Nie wiedziała, czy dalej jej słucha. – Jutro wzywamy PET. Jeśli mają kopię tych numerów, zaczynamy od nich. To po pierwsze. Dobra?
Długie czekanie.
– Dobra – powiedział. – Nie spraw mi zawodu.
– Emilie…
– Nie musisz czekać do rana. Pod twoimi drzwiami jest kopia.
Na ulicy uruchomił się silnik samochodu.
Odjechał, zanim wyszła. Zobaczyła tylko dwa czerwone światła w oddali, jak zjeżdżają ze wzgórza do miasta.
Na wycieraczce biała koperta.
Jedna kartka, kserokopia. Dziecięce pismo chłopca z Jutlandii. Cyfry. Litery. I nic więcej.
