Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
53 osoby interesują się tą książką
Wyspiański traktował ją jak królową. Dla reszty świata na zawsze pozostała tylko przelotnym kaprysem. Chłopką od artysty.
Prosta dziewczyna z Konar jako żona Stanisława Wyspiańskiego mogła wejść w kręgi artystycznego Krakowa. Tak się jednak nie stało. Choć nie była pierwszą chłopką, na którą zwrócił uwagę inteligent, to właśnie ona stała się przedmiotem kpin i niechęci.
Miasto zawsze traktowało ją jak intruza. Nigdy nie zaakceptowano jej jako żony wielkiego artysty i matki jego dzieci. Nie dostrzegano, ile zaradności wymagało prowadzenie domu i opieka nad mężem chorym na syfilis. Łatwiej było widzieć w niej problem, ciężar i utrapienie dla sławnego Wyspiańskiego, choć odważyła się być charakterną kobietą z krwi i kości. I tego też nie wybaczono jej nigdy. A po śmierci artysty niemal od razu zaczęto walczyć o odebranie jej dzieci.
Anna Piątkowska kreśli portret kobiety wykluczonej, ale niezależnej, która odważyła się zakwestionować podział społeczeństwa na elitę i chłopów, miasto i wieś, panów i służących. A przecież Teodora nie tylko została wiele razy sportretowana przez męża (słynne Macierzyństwo) – krytyczny stosunek mieszczan do niej zainspirował Wyspiańskiego, przenikliwego obserwatora, by stworzyć w Weselu wyraziste postaci.
Nie było drugiej kobiety, która tak jednoznacznie obnażyła obłudę elit Młodej Polski. Kim naprawdę była Teodora Wyspiańska? Muzą zakochanego w niej męża-artysty czy zabawką znudzonego inteligenta?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 324
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © 2026 by IWR WE sp. z o.o.
Copyright © 2026 by Anna Piątkowska
Redaktor prowadzący: Michał Wilk
Adiustacja językowo-stylistyczna: Wojciech Frankiewicz
Korekta: Monika Karolczuk
Konsultacja merytoryczna: dr hab. Mateusz Wyżga, prof. UKEN
Zdjęcie na okładce: Stanisław Wyspiański, Autoportret z żoną (1904), Muzeum Narodowe w Krakowie, nr inw.: MNK III-r.a-10895. Domena publiczna.
Zdjęcia: Stanisław Wyspiański, Śmierć matki (1894). Obraz z oświadczeniem Teodory na odwrocie. Fot. Agam Golec. Obraz i fotografia ze zbiorów Zamku Królewskiego na Wawelu w Krakowie. Prawa autorskie zastrzeżone, pozwolenie na druk nr 5631-78/25; Fotografia Teodory Wyspiańskiej (1896). Odbitka na papierze albuminowym; K. Błoniewski, Biblioteka Narodowa. Domena publiczna; Stanisław Wyspiański, Chaty w Konarach (1900). Muzeum Narodowe w Krakowie, nr inw. MNK III-r.a-12550. Domena publiczna; Stanisław Wyspiański, Autoportret z żoną (1904). Muzeum Narodowe w Krakowie, nr inw. MNK III-r.a-10895. Domena publiczna; Stanisław Wyspiański, Portret żony w serdaku (1902). Muzeum Narodowe w Warszawie, nr inw. 210 115); Stanisław Wyspiański,Macierzyństwo (1904). Muzeum Narodowe w Warszawie, nr inw. 77777 MNW. Domena publiczna; Mietek i Staś Wyspiańscy (ok. 1903). Muzeum Narodowe w Krakowie, nr inw. MNK XX-f-42030. Domena publiczna; Helenka i Staś Wyspiańscy (ok. 1910). Muzeum Narodowe w Krakowie, nr inw. MNK XX-f-35483. Domena publiczna; Stanisławodor (ok. 1902). MuzeumNarodowe w Krakowie, nr inw. NK III-r.a-15790. Domena publiczna; Teodora Wyspiańska z dziećmi (ok. 1905). Muzeum Narodowe w Krakowie, nr inw. MNK XX-f-42028. Domena publiczna i z żoną Teodorą (ok.1905). Muzeum Narodowe w Krakowie, nr inw. MNK XX-f-42029. Domena publiczna; Teodora Waśkowa, Narodowe Archiwum Cyfrowe, syg. 3/1/0/11/1952. Domena publiczna; Stanisław Wyspiański, Róże. Projekt do polichromii Kościoła Franciszkanów w Krakowie (1897). Muzeur inw. MNK III-r.a-16970.Domena publiczna (wyklejka).
Projekt zrealizowany przy wsparciu finansowym Nagrody Krakowa – Miasta Literatury UNESCO, realizowanej przez Krakowskie Biuro Festiwalowe ze środków Gminy Miejskiej Kraków.
Wydanie I | Kraków 2026
ISBN ebook: 978-83-8404-224-3
Kraków 2026
Emocje Plus Minus, ul. Meissnera 20, 31-457 Kraków
Dział sprzedaży: [email protected]
EmocjePlusMinus.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
Tańczy. Wreszcie jest szczęśliwa. Ma swój dom, a nie – jak dotąd – pokoje w kamienicy. Nawet jeśli te na Krowoderskiej były przestronne, wciąż brakowało tam choćby skrawka własnej ziemi. Teraz wreszcie ją ma. A na niej dom, warzywnik, sad, zwierzęta i obsiane pole – gwarancję bezpieczeństwa w czasach, gdy głód wciąż rozdaje karty i każdej wiosny może zajrzeć ludziom do okien. Oni jednak właśnie świętują pierwsze zebrane plony. I teraz naprawdę czuje się gospodynią na własnej ziemi. Musi przecież nakarmić czwórkę dzieci i coraz słabszego męża. Po latach powie synowej: „To był okres mojego najszczęśliwszego życia”1. Minie zaledwie kilka lat i wszystko to straci. Ale teraz Teodora zatraca się w tańcu. A z fotela patrzy na nią schorowany Stanisław.
Dziś trudno już dociec, w jakich okolicznościach, kiedy i gdzie się poznali, ale jedna z hipotez prowadzi na wesele do podtarnowskiej wsi. Latem 1889 roku Stanisław, wówczas student Szkoły Sztuk Pięknych, odbywa wraz z kolegami i prof. Władysławem Łuszczkiewiczem wycieczkę inwentaryzacyjno-malarską na Podkarpacie. Wyspiański przedłuża ją i już sam odwiedza Tarnów oraz okoliczne miejscowości: Królową Ruską, Kamionkę Wielką, Mystków, Nawojową, Żeleźnikową, Podegrodzie i Łęki Górne. Tam, w rodzinnych stronach Teodory, miał trafić w karczmie na wiejskie wesele, gdzie zachwyciły go barwne stroje tańczących dziewczyn. Wśród nich miał zobaczyć czarnowłosą dziewczynę, na którą kilka lat później natknie się ponownie w Krakowie. „Zakochał się z miejsca w jej barwnych sukniach, w jej tańcu i śpiewie”2. Tak przynajmniej okoliczności ich spotkania zapamięta rodzina Teodory.
Sprosili całą wieś na to pierwsze święto plonu. Do Węgrzec przyjechali znajomi Stanisława z Krakowa. Zapamiętają te dożynki i Teodorę w tańcu. I widok szczęśliwej kobiety, której mąż z każdym miesiącem gaśnie w oczach, bardzo im się nie spodoba. Tak węgrzeckie dożynki zapamięta Karol Frycz – malarz, scenograf i reżyser teatralny: „Któryś z parobków porwał żonę Wyspiańskiego krasną chustką, gorsetem, kiecką. Zapomniała o całym świecie, trzaskała obcasami, miotała spódnicami w wichurze barw”3.
To ostatnie miesiące życia Wyspiańskiego. Stanisław umrze 28 listopada, o godz. 17.10 w prowadzonym przez doktora Jana Gwiazdomorskiego Domu Zdrowia przy ul. Siemiradzkiego w Krakowie. Teraz siedzi sparaliżowany w fotelu. Postępujący od kilku lat syfilis, którym zaraził się w młodości, całkowicie wyniszczył jego organizm. Ma zaledwie 38 lat. Ona o rok więcej.
„Przed Wyspiańskim stanęła żona. Pod kwiecistymi spódnicami falowały biodra. Wciąż przebierała nogami, nie mogąc ustać w miejscu. Przecież ją zaraz chwycą, cisną w taniec do utraty tchu, do omdlenia. Dyszała. Rękawem białej wyszywanej koszuli otarła spoconą twarz.
– Umordowałam się. Pięknie? Co? A ty?
– Wesoła jesteś. Bawisz się. To dobrze, to bardzo dobrze. – Uśmiechał się”4.
Karol Frycz nie kryje oburzenia zachowaniem Teodory. Zapamiętał, że patrzyła na schorowanego męża z politowaniem. W wyprawie do Węgrzec towarzyszył mu malarz Kazimierz Sichulski – szyderca i kpiarz, jak mówi o nim Frycz. Miał potem wracać piechotą do Krakowa, płacząc – tak głęboko poruszył go ten widok. Ktoś inny szlochał. Ale Frycz udawał, że tego nie widzi.
„Psiakrew, wydarłbym wtedy te ślepia, które poważały się patrzeć z politowaniem, z pogardą na wielkiego malarza i pisarza. Straszna baba”5.
Karol Frycz wspomina węgrzeckie dożynki ponad pół wieku później. Przez te lata wydarzyło się wiele rzeczy, które rzuciły nowe światło na wspomnienia. Frycz jest jednym z najzacieklejszych wrogów Teodory. Jego stosunek do niej dobrze oddaje krótkie podsumowanie: „straszna baba”. Ile w tym stwierdzeniu jest prawdy, a ile uprzedzeń?
Teraz Wyspiański nie może już ochronić żony, a prosta chłopka ma marne szanse obronić swoje imię w starciu z krakowskimi przyjaciółmi i rodziną męża. Z całym tym „krakówkiem”, od którego Stanisław tyle razy uciekał. Poeta wybrał ją – i właśnie dlatego historia Teosi nie mogła potoczyć się dobrze.
Teośką jest właściwie od zawsze. Tak wołają na nią rodzice, chłopcy i dziewczęta w rodzinnych Konarach. „Teośka, co za Wyspiańskim była wydana”6 – mówi Franciszek Macko, opowiadając ponad pół wieku temu biografce artysty Krystynie Zbijewskiej historię o wizycie Wyspiańskiego w rodzinnych stronach żony. „Teośka!” mówią też w Węgrzcach – podkrakowskiej wsi, gdzie żyje jeszcze pół wieku po śmierci Stanisława Wyspiańskiego. Z przekąsem, czasem z mieszaniną podziwu i politowania. Tak pisze o niej również profesor Michał Rożek, gdy w 2007 roku wyjaśnia na łamach krakowskiego „Dziennika Polskiego” perypetie związane z podwójnym ślubem Wyspiańskich. Teośka, żona Wyspiańskiego. Już w samym tym zestawieniu czytelnik od razu wyczuwa pewien dysonans.
W parafialnych księgach urodzeń kościoła w Żabnie, któremu podlegają Konary, ksiądz zapisuje przy dacie jej urodzenia – Theodora Pytko. Łacińskie litery pisane piórem nie skrywają innych informacji poza oficjalnymi, to jest danymi jej, rodziców i chrzestnych. Dlaczego dostaje imię Teodora? Czy spodobało się ono matce, a może nosiła je prababka albo inna bliska kobieta? Być może w Konarach przyszła akurat na nie moda? Pochodzące z greki imię oznacza „dar Boga”, noszącym je dziewczynkom i kobietom patronuje św. Teodora – panna i męczennica. W Galicji drugiej połowy XIX wieku nadaje się najczęściej imiona świętych i postaci biblijnych, a także klasyczne. Dostaje się je też po przodkach, często jako drugie albo kolejne. Te najchętniej nadawane na wsi i w mieście różnią się od siebie. Choć i tu, i tu prym wiodą Marie, Jadwigi, Agnieszki, Rozalie, Anny i Katarzyny. Teodora nie jest najpopularniejszym imieniem dawanym dziewczynkom, chociaż w metrykach w Galicji pojawia się dosyć często zarówno w mieście, jak i na wsi. Dzień patronki – imieniny – są ważnym świętem, w przeciwieństwie do urodzin, których się nie świętuje. Wypadają zwykle niedługo po dniu narodzin. To praktyczne i często stosowane rozwiązanie przyjmują także rodzice Teosi. Zgodnie z mądrością ludową, jeżeli na chrzcie nada się dziecku imię świętego, którego dzień w kalendarzu już minął, nie będzie ono rosło. Tymczasem ona wyrośnie na dziewczynę na schwał.
Nieślubne dzieci dostają panieńskie nazwisko matki i często także męską wersję jej imienia. Tak też się stanie w przypadku pierwszego dziecka Teosi. Syn, który przyjdzie na świat 31 października 1892 roku, w księdze urodzeń krakowskiego Szpitala św. Łazarza zostanie wpisany jako Theodorus Szpytko. Jej nazwisko zapisywane będzie czasem Pytko, niekiedy Pytka, ale też Szpytko i Spytko. Przepisywane z wykaligrafowanych piórem liter zdobionych zawijasami na dokumentach również bywa przekręcane.
W księdze urodzeń przy adnotacji dotyczącej narodzin jej dziecka pojawia się jej drugie imię: Theofila. Brzmi dumnie, choć różni się od pierwszego imienia. Ona sama pod koniec życia będzie tłumaczyć, że rozbieżność ta wynika z nieuwagi księdza: „Tata z mamą ochrzcili mnie Teofilą, a wołali: Tosia albo Teosia. Bo proboszcz, świętej pamięci, Panie, świeć nad jego duszą, był ciepko nie za rychtyk. Nadarzyło się, że w tym dniu pomarła z kuzynów malutka Teodora, nie chciało się proboszczowi fatygować z metryką śmierci, zabrał jej imię i dołożył do mojego. I z tego to dotąd na mnie wołają Teosia”7.
W 1900 roku krakowski rachmistrz powszechnego spisu ludności przy nazwisku Stanisława Wyspiańskiego notuje imię jego żony – Teofila. A 18 września tego samego roku w księdze ślubów Kościoła św. Floriana w Krakowie obok daty zawarcia związku małżeńskiego z Wyspiańskim panna młoda figuruje jako Teodora Teofila Pytkówna. Odtąd drugie imię na dobre zagości w jej metryce oficjalnej, a we wszelkich opowieściach te dwa imiona będą się przeplatały. Według relacji rodziny Teodory z Konar, imię Teofila przybiera wraz z metryką krewniaczki – „ślepej Teofili”. Podobno chciała się w ten sposób nieco odmłodzić. „Ta tułająca się po wsi nieszczęśliwa kobieta z nieślubnym dzieckiem – Marysią, która wydała się potem nieźle za mąż i wyjechała do Francji – przebywała nawet jakiś czas u Wyspiańskich w Węgrzcach i leczyła chore oczy w klinice krakowskiej”8. Czy drugie imię zyskała dopiero w Krakowie, czy używała go może już w rodzinnej wsi? Na pewno nie jest efektem prób odmłodzenia się ze względu na związek z Wyspiańskim, od którego rocznikowo jest starsza o rok – imię Teofila widnieje w szpitalnych dokumentach, gdy para jeszcze się nie znała, a na pewno nie byli jeszcze parą.
Gdy dziś pytam o Wyspiańską, większość osób odnosi to pytanie do matki malarza. On sam, wspominając o swojej życiowej partnerce w listach do przyjaciół i znajomych, a nawet w prywatnych zapiskach w raptularzu (notatniku służącym do zapisywania rozmaitych bieżących spraw, np. domowych czy finansowych) pisze o niej: „żona”. „Po południu rysuję żonę z dziećmi Caritas nową”9 – pisze 5 kwietnia 1905 roku, a 20 lipca notuje: „Żona odjeżdża do Bolechowic”10. W liście do ciotki Janiny Stankiewiczowej (nazywanej też Joanną – podobno nie lubi nadanego jej imienia) donosi: „Żona będzie u Cioci jutro albo pojutrze”11. To zapiski stworzone kilka lat przed śmiercią, gdy Wyspiański ma już świadomość, że jego czas dobiega końca. Oficjalny termin „żona” w korespondencji ma potwierdzać i ugruntować pozycję Teosi. Gdy wieść o cichym ślubie rozejdzie się szerokim echem po Krakowie, dotąd tolerowana w kręgach artystycznych Teosia niemal z dnia na dzień stanie się wrogiem krakowskiego świata mieszczańskiego. Ale Wyspiański jest też twórcą swojego czasu – wie, że listy i notatki po jego śmierci staną się dobrem wspólnym. „Żona” zamiast „Teosi” w prywatnych zapiskach ma być więc i rodzajem potwierdzenia, i jej zbroją na przyszłość. Zbroją, która nie ochroni jej przed niczym. Kiedy jednak w latach 30. ubiegłego wieku Teosia wspomina w rozmowie z Ludwikiem Tomankiem, dziennikarzem „Ilustrowanego Kuriera Codziennego”, życie u boku Wyspiańskiego, opowiada mu, jak to było na tym słynnym weselu Lucjana Rydla. „No, Teosiu, jedziemy na wesele Lucjana, a ty pilnie bacz i uważaj, co oni tam będą mówić i gwarzyć. Jak ja będę w chałupie, to ty bądź na dworze, jak ja będę na dworze, ty bądź w chałupie”12 – przytacza słowa męża. W domu jest więc dla niego Teosią.
Teosią zapewne jest też w domach, w których najmuje się jako służąca, choć państwo lubią nadawać pomocy domowej własne imię. Służące bywają Marysiami albo Kasiami niezależnie od tego, co stoi w dokumentach. Czasem dlatego, że tak nazywała się poprzednia służąca i państwu łatwiej przyzwyczaić się do jednego imienia. Czasem po to, by odróżnić dziewczynę od służącej pracującej u sąsiadów. A czasem zwyczajnie z kaprysu. „Marysie, Kasie. To wyraz na wpół familiarnego, na wpół protekcjonalnego, czasem życzliwego, a nawet czułego, ale zawsze zabarwionego wyższością stosunku. Z kolei służące wdowy lub mężatki, które spotyka się sporadycznie, nazywane są od imienia męża: Stasiowa, Jędrzejowa”13.
Teosia pozostaje Teosią dla Janiny Stankiewiczowej, u której pełni służbę. Przynajmniej do momentu, kiedy siostrzeniec pracodawczyni nie obwieści ciotce swoich planów matrymonialnych względem służącej. Odtąd Stankiewiczowa mówi o Teosi: „ona”. A najchętniej w ogóle o niej nie mówi, przyjmując strategię przemilczenia i zamiatania pod dywan tego, co nieakceptowane. W duchu być może Stankiewiczowa myśli o swojej dawnej służącej, której siostrzeniec dał nazwisko, dosadniej – być może tak, jak w drukowanej w „Życiu Literackim” rozmowie wyraził się o niej Karol Frycz, nieco młodszy od Wyspiańskiego malarz i historyk sztuki: „ta baba”, „ta bestia”, „twarda, nieczuła, a przy tym chciwa”, która „mogła obrzydzić życie nawet stu aniołom”. Chętnie by chwycił za „pocięgiel” i „złoił skórę komu należy”14.
Władysław Bodnicki w popularnej w latach 70. ubiegłego wieku powieści biograficznej o Stanisławie Wyspiańskim Z rodu tytanów kreśli scenę, w której Stanisław wyjawia ciotce plany małżeńskie:
„– Stasiu, Stasiu, Teosia chyba zwariowała. Wiesz, co ona mówi? Że ty będziesz się z nią żenił!
Stanisław otworzył drzwi i krzyknął w głąb mieszkania:
– Teosiu! Proszę, chodź tu!
Ciotka była pewna, że zwymyśla lub wyśmieje dziewczynę, tymczasem on uroczyście i stanowczo oświadczył:
– Jeśli ciotka chce wiedzieć, to istotnie, gdy tylko będę mógł, ożenię się z nią. Oby jak najprędzej”15.
Rodzona siostra matki Stanisława, która zgodnie z wolą umierającej podejmuje się opieki nad małym Stasiem, nigdy nie zaakceptuje tego wyboru życiowej partnerki. Chłodny dystans wobec wiejskiej dziewczyny, która wdarła się na salony, będzie najwyższą formą akceptacji z jej strony. Dyplomacja w przypadku tych dwóch konkurentek o uwagę i serce Stanisława najczęściej jednak sprowadza się do wzajemnego unikania. Iskry lecą przy kolejnych próbach układania rodzinnych relacji.
Teodora, „to tak jak pani Matejkowa” – zauważa Władysław Bodnicki. Niesławna Teodora Matejko, oskarżana o szaleństwo i zrujnowanie życia słynnemu mężowi Janowi Matejce, była wieczną bohaterką plotek w obrębie Plant. Do dziś zresztą w Krakowie nie cieszy się dobrą sławą. Sto lat temu nie raz pewnie matrony kiwały ze współczuciem głowami, porównując obie Teodory i ciężki los ich mężów.
Ciepłego zdrobnienia „Teosia” używa siostra Salomea. Po sukcesie Wesela, gdy sytuacja państwa Wyspiańskich się poprawia, Pytkówny odnowią zerwany w młodości kontakt. Młodsza o pięć lat Salomea odwiedzi Teosię w ich mieszkaniu na Krowoderskiej i w Węgrzcach. Polubią się ze szwagrem, Salomea często będzie go doglądać, gdy sparaliżowany pod koniec życia będzie spędzać większość czasu na wózku. Po śmierci Wyspiańskiego jej opowieści trafią do tomu wspomnień o artyście.
Czy w krakowskich salonach o Teosi mówi się czasem „pani Wyspiańska”? A może, zgodnie z ówczesnym obyczajem, „Stanisławowa” – od imienia męża? Czy jednak najczęściej pada pełne zgorszenia „ona” – jak nazywa ją Stankiewiczowa? Teodora na salonach bywa równie rzadko, jak rzadko nazywana jest panią Wyspiańską. Choć niekiedy się to zdarza. Jest nią na przykład dla Elizy Pareńskiej, która w kamienicy przy ul. Wielopole 4 prowadzi modny salon artystyczno-literacki. Tu spotyka się śmietanka towarzyska miasta: artyści i inteligencja, krakowska cyganeria przełomu wieków. Wykształcona Pareńska nazywana jest „krakowską Aspazją”. Przyjaźni się z Heleną Rydlową, matką poety Lucjana. Być może to właśnie on poznaje Pareńską ze swoim przyjacielem Stanisławem Wyspiańskim, którego ona obdarza szczególną estymą i opieką, a jej zięć Tadeusz Boy-Żeleński nazywa ją nawet „fanatyczką Wyspiańskiego”. W trudnych chwilach finansowych tarapatów szuka zleceń dla artysty, sama również nierzadko kupuje jego prace. To w jej salonie po raz pierwszy autor czyta fragmenty Wesela, zanim pojawi się na scenie Teatru Miejskiego w Krakowie. Również na jej zlecenie tworzy serię niezwykle efektownych i bardzo niewygodnych mebli – żeby goście się nie zasiedzieli, a także dekoruje wnętrza krakowskiego mieszkania, w którym po ślubie z Tadeuszem Boyem-Żeleńskim mieszka jej córka Zofia. Gdy Wyspiański poprosi o poświadczenie kredytu w sklepiku przy Krowoderskiej, gdzie z kolei on po ślubie zamieszka razem z rodziną – poświadczy.
Pareńska to żona znanego krakowskiego lekarza, profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego, wynalazcy powszechnie stosowanego pod Wawelem lekarstwa przeciwko kaszlowi, tzw. proszków doktora Stanisława Pareńskiego. Do Krakowa sprowadza się dopiero po ślubie. Jest tu obca, a hermetyczne miasto nie jest zbyt życzliwie nastawione do nowych mieszkańców. Jednak pozycja męża i dar zjednywania sobie ludzi, jaki ma Eliza, sprawiają, że jej salon tętni życiem, chociaż i to bywa przedmiotem plotek w mieście. Przyszła teściowa Tadeusza Boya-Żeleńskiego opinią konserwatywnego miasta nie kieruje się jednak w najmniejszym stopniu. Dom Pareńskich jest więc też jednym z nielicznych krakowskich salonów, w których Wyspiański bywa z żoną. Wprawdzie w korespondencji z bliskimi Pareńska nie wyraża się o Teosi najlepiej, ale służy jej pomocą wielokrotnie, gości razem z dziećmi podczas wakacji w rodzinnej posiadłości pod Krakowem, w czasie, gdy Wyspiański leczy się w uzdrowiskach.
Panią Wyspiańską tytułuje ją również Antoni Waśkowski, kiedy w swojej książce Znajomi z tamtych czasów wspomina życie Wyspiańskiego. Sam jest poetą, dramatopisarzem i malarzem, a także młodszym o szesnaście lat ciotecznym bratem Stanisława (ich matki były siostrami), nie kryje sympatii dla żony kuzyna. Jako jeden z niewielu współczesnych Wyspiańskiemu nie ocenia jego towarzyszki życia tak surowo, jak oceniali ją inni po śmierci artysty. To spod jego pióra wyjdą słowa: „Stanisław Wyspiański bardzo kochał swoją żonę, rozmiłowany był w jej prymitywizmie i śpiewkach pełnych prostoty ludowej”16. Również on we wspomnieniach nazywa Teosię żoną Wyspiańskiego, gdy uchyla czytelnikom drzwi do prywatnego świata tej pary z sielskimi scenkami rodzinnymi.
Kiedy ćwierć wieku po śmierci autora Wesela Ludwik Tomanek, dziennikarz „Ilustrowanego Kuriera Codziennego”, spotka się z wdową, przedstawia ją jako panią Wyspiańską, która „nie stanęła na wysokości zadania, do jakiego powołał ją los”17. Dodaje jednak, wyraźnie ujęty i zaskoczony kobietą, która przed nim zasiadła, że „inną, całkiem inną była pani Wyspiańska dla swego męża, aniżeli dla reszty świata”. Patrząc na „starowinkę o twarzy wyżłobionej głębokim oraniem życia, o smutnych małych oczach”, dziennikarz wyraża zdumienie: „To ta pani Teosia, która była szczęściem i radością poety przez 15 lat? Ta sama, ta samiusieńka”18. Teodora ma wówczas 64 lata. To jej pierwszy i zarazem ostatni wywiad dla prasy. Współczesnych właściwie nie interesowała kobieta, z którą dzielił życie człowiek okrzyknięty przez nich czwartym wieszczem. Kraków zdążył już wyrobić sobie o niej opinię. A jednak ta jedyna, krótka rozmowa rzuca nowe światło na prywatne oblicze artysty. Tomankowi pani Wyspiańska wyjawia, że jej mąż lubił słodkie potrawy, mocną kawę i herbatę, ale „trunków nigdy nie pił”19. Za to palił jak smok. To tym ciekawsze, że w tamtych latach dzieła Wyspiańskiego interpretowano z uniwersyteckim zacięciem, nie próbując jednak zajrzeć za kulisy jego życia prywatnego.
O Stanisławowej Wyspiańskiej, nielubianej przez siebie – z wzajemnością zresztą – pisze pamflety Adolf Nowaczyński, literat, społecznik, autor m.in. skeczów „Zielonego Balonika”. Ale ani sąsiadki na Szlaku, ani na Krowoderskiej nie zwracają się w taki sposób do Teosi. Stanisławową mogłaby zostać na podkrakowskiej wsi, gdzie przenieśli się pod koniec życia Stanisława, gdyby tylko zdołała wrosnąć w tamtejszą społeczność. Jako żona Wyspiańskiego nie miała jednak na to zbyt wiele czasu. Nie zdążyła więc zostać Stanisławową.
Ona sama pod krótkim listem adresowanym do Lucyny Kotarbińskiej, żony dyrektora Teatru Miejskiego w Krakowie, podpisuje się jako Teodora Wyspiańska. Które z dwóch imion, którymi oficjalnie jest zapisywana, jest jej bliższe? Czy sama bardziej czuje się Teodorą?
„Wielmorzna
Pani
Kotarbieńska
derektorowa
teatru mieńskiego
proszę odebrać raczy
Szanowna Pani.
Proszę Pani dać dwadziejścia réjskich słórzący to Pani sobie potrąci. Szacónkiem Teodora Wyspiańska”20.
Teosia pisze list najprawdopodobniej w willi Pareńskich w Tenczynku, gdzie razem z dziećmi spędza część wakacji 1903 roku. Jej mąż w tym czasie ratuje zdrowie w Rymanowie i włoskim Lido. Oryginał listu, który trafił do warszawskich archiwów przed II wojną światową, najprawdopodobniej zaginął podczas zawieruch historycznych. Jego treść znamy tylko z wiernych odpisów.
Nazwiskiem po sławnym mężu podpisuje się też na rewersach kilku prac Stanisława Wyspiańskiego, poświadczając po jego śmierci ich autentyczność. Zazwyczaj są to szkice, ale jest wśród nich też obraz olejny Śmierć matki inspirowany przeżyciami artysty. Przedstawia umierającą matkę malarza, zasłaniającego z rozpaczy twarz ojca i jego samego – chłopca klęczącego przy łożu śmierci razem z ciotką Stankiewiczową. Obraz, namalowany w Paryżu w 1894 roku, artysta pokazuje później na wystawie swoich prac w Sukiennicach. Po surowych ocenach krytyków i publiczności w złości przecina go na pół. Zachowała się jedynie część dzieła bez autografu malarza. Na rewersie jest za to podpis: Wyspiaska, w którym brakuje litery „ń”, nakreślony „niezgrabnymi, naiwną, niewprawną ręką stawianymi literami”21. W Krakowie szybko stanie się on przedmiotem drwin – Teodora nawet swojego sławnego nazwiska nie potrafi poprawnie napisać.
Kiedy w 1908 roku stanie przed ołtarzem z Wincentym Waśką, w księgach parafii w Raciborowicach ksiądz zanotuje: Teodora Wyspiańska, wdowa po zmarłym Stanisławie Wyspiańskim.
W podkrakowskich Węgrzcach, gdzie będzie mieszkać niemal do końca życia, mówiono o niej „poetessa” – żona poety. Trochę z przekąsem, trochę z uznaniem. Nie każdej trafił się przecież taki los. Nazwisko jej męża zna każdy, ale prawdziwą sławę Wyspiański zyskał dopiero po śmierci. Wtedy jednak Teodora będzie się posługiwać już innym nazwiskiem.
Na grobie na krakowskim Cmentarzu Rakowickim widnieje napis: „Teofila Wyspiańska, żona artysty”. Nie jest to jednak oryginalna tabliczka. Kolejne wymieniano w ciągu lat. Natomiast w rejestrze pochowanych w tej nekropolii figuruje pod nazwiskiem po drugim mężu – Waśko.
Babcią Teosią nazywa ją Iwona Michalska-Sosnowska, gdy opowiada mi o swojej prababce.
***
Teosia jest kobietą, o której życiu wiemy niewiele. Nie tylko o jej życiu zresztą. O losach chłopskich obywateli w formie pisemnej nie przetrwało zbyt wiele informacji, jedynie oficjalne, suche zapiski w księgach parafialnych, data urodzenia i śmierci, śluby, dokumenty poświadczające narodziny potomstwa, czasem akta sądowe. W chłopskim świecie zapisuje się krzywdy i kwestie sporne, ale gdy we wsi wszystko idzie jak trzeba, nie ma powodu, by o tym pisać. Chłopi żyją opowieścią przekazywaną z ust do ust, z pokolenia na pokolenie. To, co ważne opowiada się, a nie pisze – zresztą i tak większość tej warstwy społecznej jest niepiśmienna. Korespondencja, ślady podróży czy zapiski przeżyć pozostawały tylko wtedy, gdy ktoś z wiejskiej społeczności wyprawiał się w daleki świat.
Aby dowiedzieć się czegoś więcej niż fakty wynikające z dat, trzeba czytać między wierszami. Teosia zapisała się w historii przede wszystkim jako żona Stanisława Wyspiańskiego i matka jego dzieci. Dlatego właśnie ten etap jej życia jest znacznie lepiej udokumentowany niż okres przed i po Wyspiańskim. Choć i te zapiski powstawały głównie ze względu na niego. Skąd przyszła i dokąd poszła po jego śmierci – nie było to już tematem zainteresowania jej współczesnych. Trudno więc znaleźć świadectwa szkolne z zapisem postępów lub porażek, jakiekolwiek zapiski czy listy. Dziennikarze interesowali się panią Wyspiańską za jej życia jedynie przy okazji rocznic związanych z mężem, a i to sporadycznie. Zła sława, która towarzyszyła Teosi, również zrobiła swoje. Strategia zdyskredytowania i wymazania w jej przypadku sprawdziła się doskonale. Przywracanie Teosi miejsca, które dał jej Wyspiański, jest procesem żmudnym – pełnym niepowodzeń i białych plam, ale też małych odkryć.
Nie dowiedziałam się, czy strudel, za którym przepadał Stasinek i który dla niego robiła, był też jej ulubioną potrawą. Nie dotarłam do informacji, czy wolała sukienki miejskie, czy te, w których podobała się mężowi. O czym myślała, spoglądając na ulicę przez geranie na parapecie okna, gdy ją portretował? Co czuła na węgrzeckich dożynkach, tańcząc do upadłego, albo kiedy przeprowadzali się na wieś? Czego doświadczała, pierwszy raz przytulając do piersi dziecko, i co czuła, kiedy jej je odebrali? Albo kiedy zbyt często zaglądała do kieliszka? Nie zostawiła listów ani pamiętników, niewiele też się o niej pisało, a w zwodniczej pamięci innych jej obraz zbudowała niechęć innej kobiety, ciotki Wyspiańskiego. Jaki naprawdę był świat Teosi?
Przyszła na świat w czwartek 9 kwietnia 1868 roku w Konarach, wiosce nieopodal Żabna pod Tarnowem, jako dziesiąte dziecko Feliksa i Anny z Kosmanów, ale dopiero czwarte, któremu udaje się przeżyć okres wczesnego dzieciństwa. Trzy dni później, w najbliższą niedzielę, zostaje ochrzczona w żabniańskim kościele.
Wielodzietne rodziny były na wsi czymś zupełnie zwyczajnym. Galicyjska bieda, ciasnota, maleńkie poletka, które nie wyżywią rodziny, nie były w tej sprawie żadnym argumentem. „Bóg dał dziecko, da na dziecko”. Wiara, że w parze z potomstwem idzie również Boża opatrzność, dzięki której w nędzy znajdą się środki na wychowanie kolejnych dzieci, jest na wsi powszechna. Poza tym duża rodzina to siła. W pojedynkę trudno żyć na wsi, a właściwie jest to niemożliwe. Bezdzietne kobiety nie cieszą się tu poważaniem. Niżej w tej hierarchii stoją tylko panny z dzieckiem.
W drugiej połowie XIX wieku typowa chłopska rodzina w Galicji ma od pięciorga do ośmiorga dzieci, a w niektórych regionach, jak Podkarpacie czy Małopolska Wschodnia, nawet od dziesięciorga do dwanaściorga22. Jednak kobiety zachodzą w ciążę dużo częściej – rodzą właściwie przez cały okres swojej płodności. Kobiece życie mierzone jest nie w latach, lecz w porodach. Najczęściej wychodzą za mąż, mając 18–22 lata. Mężczyźni zresztą żenią się jako niewiele starsi – w wieku 22–26 lat. Pierwsze dziecko przychodzi na świat zwykle tuż po ślubie, gdy dziewczyna ma 19 albo 20 lat. Ostatnie – kiedy włosy przy skroniach zaczynają już siwieć. Między jednym a drugim porodem mija najczęściej nie więcej niż dwa lata. Ciąża, poród, połóg – aż do momentu, gdy organizm nie jest już zdolny do reprodukcji. Świat zna metody zapobiegania ciąży od stuleci, ale te są niepewne i społecznie potępiane, a także dostępne niemal wyłącznie dla warstw wykształconych lub miejskich. Głównie zaś dla kobiet o profesji, o której na wsi głośno się nie mówi. W katolickiej Galicji świadoma kontrola urodzeń nie istnieje, sprowadza się w zasadzie do: „nie dopuścić” albo „odsunąć się w porę”. Skuteczność takich metod jest niska, a dodatkowo Kościół traktuje je jako grzech ciężki. W wiejskiej medycynie ludowej znane są zioła poronne i „czary na dziecko”: napary z ruty, bylicy, piołunu, dziurawca czy żywokostu – to jednak metody mało efektywne, a przede wszystkim – nielegalne. Starszy od Teosi o dekadę etnograf Jan Świętek, pochodzący z małopolskiego Targowiska, pisze o zamieszkującym nad Rabą chłopstwie, z którego sam pochodzi: „Przeciw zapłodnieniu, o ile mi wiadomo, obok bardzo rzadkiego zażywania proszku z ślubnego koralu z wódką, nie znane są inne środki zapobiegawcze nad Rabą, chyba te, które się odnoszą do rozwiązłych dziewcząt”23. Przed ciążą ma chronić również karmienie piersią niemowlaka. Kiedy zaś kobieta nie może zajść w ciążę, „zalecają pić odwar bylicy, z dziewięciu miedz zbieranej”24. Nad Rabą i nad Dunajcem, w rodzinnej wsi Teosi, szerzą się te same wierzenia i metody.
Dla większości kobiet z chłopskich rodzin macierzyństwo jest wpisane w porządek świata. A spraw oczywistych się nie podważa, podobnie jak nie kwestionuje się wschodów i zachodów słońca, pór roku ani kolejnych żniw. „Bóg dał, Bóg weźmie” – mówiły starsze kobiety, kiedy po raz kolejny dziecko nie przeżywało zimy.
Liczne ciąże nie zawsze kończą się sukcesem, a nawet jeśli na świecie pojawia się potomek, nie znaczy to, że dożyje swojej dorosłości. Śmiertelność niemowląt sięga w Galicji nawet 30–40 proc., a w niektórych latach i miejscach umiera nawet połowa niemowlaków25. Głód, zarazy czy niefortunny czas przyjścia na świat zimą lub wczesną wiosną bywa decydującym warunkiem przeżycia. Wiejskie kobiety rodzą w domu, bez pomocy lekarza, przy asyście akuszerek, skomplikowane przypadki kończą się więc najczęściej śmiercią dziecka lub matki. A nierzadko obydwojga. Lekarz na wsi jest właściwie kimś nieobecnym. Najczęściej można go znaleźć dopiero w mieście, jego pomoc sporo kosztuje, a i jego kompetencje nie są tu szczególnie cenione. Na wsi mówi się zresztą, że najlepszym lekarzem jest Pan Bóg. Chłop więc „nader rzadko ucieka się do pomocy lekarskiej w swych chorobach i słabościach. Przeważnie pomaga sobie sam w tych razach własnymi środkami domowymi, a jeżeli już kiedy pod naciskiem konieczności zasięga rady lekarskiej, to z większym zaufaniem zazwyczaj zwraca się do samorodnych lekarzy wiejskich, niż do doktorów medycyny”26. Prędzej do doktora prowadzi się konia czy krowę niż domownika.
Niemowlęta umierają na biegunki, zapalenia płuc, krztusiec, błonicę, szkarlatynę. Matka, wycieńczona kolejnymi ciążami, nie ma sił, by zapewnić wątłemu maluchowi dobry początek życia. Zresztą słabego dziecka nie czeka nic dobrego także wtedy, gdy matka odstawi je od piersi. Sam okres karmienia i tak jest stosunkowo długi – wiejskie kobiety przystawiają potomstwo do piersi do około drugiego roku życia. Potem dzieci najczęściej zajmują się same sobą, nawet te całkiem małe. Czasem dogląda je niewiele starsze rodzeństwo. O tragedię nie trudno.
W drugiej połowie XIX wieku w okolicach Żabna na rodzinę przypada siedmioro–dziewięcioro dzieci. Połowa umiera przed piętnastym rokiem życia27. Idealna wiejska rodzina to: „obrobione gospodarstwo, utrzymany dom i co najmniej jedno dziecko na każdy rok”28. Rodzina Teosi nie jest w tej kwestii wyjątkiem.
Pierwszy z jej rodzeństwa na świecie pojawia się Jan – w księgach kościoła w Żabnie obok daty urodzenia pierworodnego (1 listopada 1849 roku) figuruje nieodległy wpis z datą śmierci. Chłopiec żył zaledwie dziewięć dni. To czas, kiedy okolice dziesiątkuje cholera, choć przy najstarszym z dzieci Pytków nie ma adnotacji wskazującej na epidemię. Kolejne dziecko przyjdzie na świat dwa lata później. To także chłopiec, dostanie imię po starszym bracie, ale i przy jego dniu urodzin dwa lata później miejscowy ksiądz wpisuje datę śmierci. Miesiąc po tym, jak małżeństwo Pytków pożegna syna, wita też na świecie Katarzynę – pierwsze dziecko, które doczeka własnych dzieci.
Zanim urodzi się Teosia, Anna Pytko jeszcze sześć razy zostaje mamą. Najpierw rodzi się dwóch chłopców: Janek, który podobnie jak dwaj starsi bracia o tym samym imieniu, żyje krótko, niespełna miesiąc; Michał – przeżyje 25 lat, ale świetlistej przyszłości przed sobą nie ma, „zgnił w więzieniu za kradzieże”29. Potem rok po roku dwie dziewczynki: Zofia i Maria. Kolejna, Rozalia, odchodzi po zaledwie dwóch tygodniach. I kolejny Jan, który umrze w wieku trzech lat.
Na dwa tygodnie przed jego śmiercią rodzi się Teodora. W styczniu następnego roku w Krakowie, przy ul. Krupniczej 14, przyjdzie na świat Stanisław Wyspiański, jej przyszły mąż.
W domu Pytków narodziny i śmierć dzieci nieustannie się przeplatają. Po Teosi do rodziny dołącza jeszcze jeden Jan (żyje zaledwie dwa lata), Salomea oraz młodsza od niej o pięć lat Maria (żyje zaledwie osiem miesięcy). Ostatnie dziecko Pytków, Julia, rodzi się latem 1870 roku.
Austriackie statystyki do tej rodziny przystają idealnie. Teosia jest piętnaście lat młodsza od najstarszej z sióstr, Katarzyny i dwanaście lat starsza od najmłodszej, Julii. Z czternaściorga dzieci, które urodzi Anna Pytko, dorosłości dożyje zaledwie siedmioro i będą to niemal same dziewczynki. Być może życiowa siła i witalność Teosi to spadek, jaki w genach dostały córki Pytków. Ich ojciec Feliks przesadnie się jednak z tego faktu nie cieszył. Córki na wsi to kłopot, trzeba je wydać za mąż, a wcześniej zgromadzić posag. Są słabsze niż chłopcy i nie do każdej pracy się nadają. Jedyny syn jest tu zapewne szczególnie hołubiony, choć to na nim spoczywa cały trud pomocy ojcu w ciężkiej pracy w polu.
Teosi pomaga przyjść na świat akuszerka Marianna Szymulańska z domu Pytka, wdowa po Stefanie. Szymulańska to również nazwisko panieńskie babki Teosi, matki jej ojca Feliksa. W niewielkich Konarach to zapewne nieprzypadkowa zbieżność, kobieta najpewniej więc jest jej krewną. Teosia to nie pierwsze dziecko Anny Pytko, któremu na świat pomaga przyjść akuszerka Marianna, na wsi nazywana babką. „W ciągu 23 lat uczestniczyła w co najmniej 85 porodach. Marianna ostatnie dziecko przyjęła 23 grudnia 1884 roku. Półtora roku później zmarła w żabnieńskim dworze jako żebraczka”30. Jest jedną z kilkunastu akuszerek działających w tym czasie w okolicy. Rekordzistka, Anastazja Kurkowska, przyjęła 1171 porodów.
Babki akuszerki to zwykle starsze kobiety, często wdowy, mające już własne dzieci i wnuki. Bywa, że wzywana przy pierwszych bólach babka musi pokonać pieszo kilka kilometrów, rodzące kobiety w Żabnie i Konarach mają więc szczęście, jeśli w okolicy znajdą opiekunkę, która zawsze dotrze na czas. Ale rola babek nie ogranicza się do odbierania porodów. Są jednocześnie położnymi, uzdrowicielkami, powierniczkami i zielarkami, a czasem także pośredniczkami między codziennym życiem a sferą sacrum. Na wsi mówi się: „ksiądz do chrztu, lekarz do śmierci, a baba do wszystkiego po drodze”.
Gdy Marianna Szymulańska asystuje przy narodzinach Teosi, ma 61 lat, jest już doświadczoną akuszerką. Jej wiedza i umiejętności są bezcenne. Babka wie, jak złagodzić bóle porodowe, przykładając na pępek cebulę i pojąc odwarem z natki pietruszki. Wie, jak przyspieszyć poród, wkładając pod krzyże kłębek przędzy, a gdy to nie zadziała, „zapala nieco spirytusu na misce i podkadza części rodne położnicy, podtrzymywanej w tym razie przez męża stojąco”31. Wie, że drażniący dym nakłoni opornego malucha do przyjścia na świat, ostatecznie nie raz ucieka się do sprawdzonej metody, nakazując, by mąż rodzącej i jego koledzy palili tytoń w izbie. To ona przygotowuje rodzącą i pomieszczenie, w którym odbędą się narodziny. Ona opiekuje się matką i dzieckiem tuż po porodzie. Czuwa nad urodzeniem łożyska i pilnuje, by trafiło w miejsce, które przyniesie rodzącej pomyślność. Zgodnie ze zwyczajem powinno zostać zakopane w ogrodzie, sieni lub komorze, koniecznie pępowiną do góry, by nie zaburzyć płodności kobiety.
To babka-położna usuwa wszelkie nieczystości, zmienia prześcieradło rodzącej, a jeśli trzeba, łóżko wypełnia nową słomą. To ona wie, jak ratować rodzącą, gdy nadejdą niespodziewane komplikacje. I to ona zmęczoną porodem kobietę karmi pożywną słoniną, na wzmocnienie podaje grzaną wódkę z masłem, a na ciężkie „bóle maciczne” wódkę z imbirem, mieszanką z alkoholem dezynfekuje rany. To w jej rękach leży przyszłość malucha i od niej zależy, czy będzie miał własne dzieci – przewiązanie pępowiny włóknem konopi płoskonek zwiastuje bowiem niepłodność. Od niej również zależy, ile jeszcze potomstwa będzie miała świeżo upieczona mama – tyle, ile węzełków zrobi z nitki zabezpieczającej pępowinę. Pierwsza kąpiel malucha – zwyczajowo w dzieży do wyrabiania chleba – to również jej przywilej czy obowiązek. Medyczną wiedzę umiejętnie przeplata z gąszczem zabobonów, przesądów i zwyczajów, które mają zapewnić zdrowie matce i pomyślność dziecku. Wprawdzie w Galicji przepisy o szkoleniu położnych wprowadzono już w XVIII wieku, ale nikt ich nie przestrzega. W miastach takich jak Kraków czy Lwów szkoły akuszeryjne działają przy szpitalach, ale do 1900 roku tylko nieliczne położne wiejskie mają dyplom. Nieufnie na praktyki babek patrzy Kościół, oficjalnie zarzucając im zabobon i mieszanie się do rzeczy boskich. W praktyce księża przymykają oko na ich działalność – nie dość, że potrafią pomóc przy porodzie, to w nagłej potrzebie udzielą nawet chrztu.
Jednak babka jest kimś więcej niż akuszerką. To powiernica kobiecych tajemnic. Zna historie wszystkich we wsi: kto był z kim, która dziewczyna „zgrzeszyła”, która chciała się pozbyć dziecka. Ludzie boją się jej i szanują ją jednocześnie. Wierzą, że jeśli babka zmarła w grzechu, jej duch „błąka się przy kołyskach”.
W chwili gdy Teosia przychodzi na świat, jej rodzice mają, odpowiednio, 42 lata i 35 lat, nie są już najmłodsi jak na ówczesne standardy. To on – Feliks Pytko – jest głową rodziny, co w praktyce oznacza, że wszystkie decyzje może podejmować arbitralnie. Zapewne z tego korzysta, głos kobiet w tej rodzinie jeszcze długo nie będzie słyszany. Ojciec decyduje o losach dzieci, ich edukacji i zamążpójściu. Całkowite posłuszeństwo woli głowy rodziny to norma, a za jej łamanie grozi choćby okładanie kijem i są to najlżejsze konsekwencje. Czy Feliks ma ciężką rękę i charakter nieznoszący sprzeciwu, czy raczej jest człowiekiem o łagodnym usposobieniu? Nic na ten temat nie wiadomo. Być może za przekazywaną w rodzinie opowieścią, że to żona roztrwoniła majątek, kryje się także inna prawda: w domu, w którym liczebną przewagę miały kobiety, ten „babiniec” miał również sporą siłę przebicia.
Anna praktycznie cały czas jest w ciąży lub w połogu – pierwsze dziecko rodzi, mając 16 lat, ostatnie jako 47-latka. Ludowe przesądy zabraniają jej wtedy pracy w polu, a nawet wykonywania najcięższych obowiązków domowych – wszystko po to, by urodziła zdrowe dziecko. Przesądy regulują nawet takie kwestie, jak zdejmowanie mężowskich butów: „Mężowie nie powinni pozwalać, aby im żony brzemienne ściągały buty z nóg, a tem mniej zaglądały do cholew. Lekceważenie sobie tego przepisu ma ten skutek, że dotyczącym dzieciom z ust śmierdzi”32. Jakkolwiek dziwnie i kuriozalnie brzmią takie zakazy, stanowią realną ochronę ciężarnej kobiety.
Anna Pytko umiera, mając 61 lat, w 1894 roku. Teosia sama jest już wówczas matką, od kilku lat mieszka w Krakowie.
Feliks Pytko żeni się ponownie jeszcze w tym samym roku, w którym umiera matka jego dzieci. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, w realiach XIX-wiecznej wsi mężczyzna bez żony jest „niepełnoprawnym” gospodarzem. Chłop po śmierci żony zazwyczaj więc szybko zastępuje ją kolejną partnerką, nierzadko po kilku miesiącach, a czasem nawet po kilku tygodniach. Nie wynika to ani z romantycznych pobudek, ani z niepohamowanych chuci, lecz z konieczności ekonomicznej, społecznej i obyczajowej. Żona pełni nie tylko rolę towarzyszki, ale prowadzi gospodarstwo domowe – do niej należy gotowanie, pranie, opieka nad dziećmi i chodzenie na targ. Kobieta pomaga też przy inwentarzu i w gospodarstwie. Jej wsparcie jest nieocenione przy sianokosach, żniwach, dojeniu krów czy kóz, ale także w kontaktach z sąsiadami. Dlatego „wdowiec długo nie bywa wdowcem. Zanim jeszcze żona spocznie w ziemi, baby już radzą, kto mu się nada na gospodynię”33. Wybranką najczęściej zostaje kobieta ze wsi – w zależności od sytuacji materialnej i pozycji wdowca młodsza nawet o 10–20 lat albo wdowa po innym gospodarzu lub sierota bez majątku, przyjmowana w zamian za utrzymanie, a niekiedy krewna zmarłej żony, co ułatwia akceptację dzieci.
Feliks, stając po raz drugi na ślubnym kobiercu, ma 68 lat. Jego drugą żoną zostaje niemal równolatka pierwszej – młodsza od niej zaledwie o dwa lata Klara Budzyn, „biedna kobiecina (…) zarabiająca dotąd na życie roznoszeniem po domach wody i zwożonego z Żabna pieczywa”34.
Pod koniec życia zabierze go do siebie córka Salomea, gdy Feliks straci ziemię, gospodarstwo i dom, wyprzedając je kawałek po kawałku, by sfinansować swoją wielką miłość do rasowych koni. U Salomei w Delatynie dożyje późnej starości. Umrze w 1903 roku. Jego druga żona dożyje ponad stu lat, a pod koniec swoich dni będzie się tułać po wsi, pozostając na utrzymaniu jej mieszkańców. Anna Pytko i zmarłe w dzieciństwie rodzeństwo Teosi zostaną pochowani na żabniańskim cmentarzu, Feliks – w Delatynie.
Niezbyt duże gospodarstwo nie jest w stanie utrzymać i zatrzymać licznego potomstwa Anny i Feliksa w rodzinnych Konarach. Niewielkie spłachetki ziemi dzielone na kolejne małe kawałki nie wystarczą, by wyżywić rodzinę. Feliks swój majątek musiałby dzielić na wiele części, by córki mogły posagiem „wkupić się” w nowe rodziny. Jedynym rozwiązaniem dla młodej kobiety w takiej sytuacji jest zatrudnienie się do pracy u kogoś. W tej części Galicji druga połowa XIX wieku i początek XX to czas, gdy rozwój gospodarczy regionu nie nadąża za wzrostem ludności, co powoduje masowe migracje zarobkowe. Według niektórych opracowań aż 10 proc. ludności diecezji tarnowskiej, do której należą Konary, wybrało emigrację za chlebem35. Część mieszkańców galicyjskich wsi, w tym rodzinnych okolic Teosi, przenosi się w ramach zaboru, np. do miast lub do innych części Austro-Węgier, w poszukiwaniu pracy i lepszego bytu. To także przypadek Teosi. Jednak istotna część emigracji to ta „za morze”. W źródłach wskazuje się, że od lat 70. XIX w. zaczęła narastać liczba wyjazdów z Galicji na stałe do Ameryki Północnej.
W parafialnych księgach kościoła w Żabnie nie pozostają żadne informacje dotyczące ślubów czy pogrzebów rodzeństwa Teosi. Mamy tylko adnotację o jej małżeństwie z Wyspiańskim. Ona sama opuszcza Konary, wyjeżdża do Krakowa za pracą. Zapewne podobnego wyboru dokonują pozostałe Pytkówny, wyruszają w świat za chlebem. W Konarach mówi się, że jedna z nich dotarła aż do Ameryki.
Młodsza siostra Teosi Salomea dzięki pomocy miejscowego nauczyciela, który dostrzega w dziewczynie możliwości i chęć nauki, jedzie do Lwowa. Tam uczy się w szkole gospodarstwa domowego, wychodzi za mąż za urzędnika skarbowego Hankiewicza. Do Konar już nie wróci, zamieszka w oddalonym o ponad 400 km Delatynie w województwie stanisławowskim (dziś miasto stanowi część obwodu iwanofrankiwskiego w Ukrainie). Salomea odwiedza rodzinny dom zazwyczaj latem. Być może pozostałe siostry – wśród nich Teosia – także wracają czasem w rodzinne strony, choćby po to, by pomóc w pracach gospodarskich, przy żniwach, wykopkach. Trudno to jednak potwierdzić, ponieważ siostry Pytko nie zostawiły po sobie korespondencji, a chłopskie pamiętniki pojawią się nieco później.
Dalsza część w wersji pełnej
1 Audycja Alicji Pielki, „Wspomnienie o Wyspiańskim”, Archiwum Radia Kraków.
2 Krystyna Zbijewska, Orzeł w kurniku. Z życia Stanisława Wyspiańskiego, Kraków 2017, s. 170.
3 J. Wiktor, Rozmowy pod kolorowym parasolem, Kraków 1965, s. 29.
4Ibidem, s. 31.
5Ibidem.
6 K. Zbijewska, Pachną bzy przed domem Sary, „Dziennik Polski” 1972, nr 156, s. 5.
7 A. Gongol, „Echo Wesela”, 1983, nr 30, s. 10.
8 K. Zbijewska, Orzeł w kurniku. Z życia Stanisława Wyspiańskiego, Kraków 2017, s. 168.
9Listy Stanisława Wyspiańskiego różne – do różnych adresatów, oprac. M. Rydlowa, t. 4, Kraków 1998, s. 390.
10Ibidem, s. 407.
11Ibidem, s. 95.
12 L. Tomanek, Godzina z nią, „Ilustrowany Kurier Codzienny” 1932, nr 329, s. 2.
13 J. Kuciel-Frydryszak, Służące do wszystkiego, Warszawa 2018, s. 12.
14 J. Wiktor, Rozmowy z Karom Fryczem. Wyspiański, „Życie Literackie” 1963, nr 47, s. 6.
15 W. Bodnicki, Z rodu tytanów, Łódź 1970, s. 15.
16 A. Waśkowski, Znajomi z tamtych czasów, Kraków 1971, s. 22.
17 L. Tomanek, Godzina z nią, s. 2.
18Ibidem.
19Ibidem, s. 2.
20Listy Stanisława Wyspiańskiego różne…, s. 506.
21Wyspiański w oczach współczesnych, red. L. Płoszewski, t. 2, Kraków 1971, s. 405.
22 Roczniki Statystyczne Galicji potrzebne szczegóły bibliograficzne
23 J. Świętek, Lud Nadrabski: od Gdowa po Bochnię. Obraz Etnograficzny (z 1 autotypią), Kraków 1893, s. 598.
24Ibidem.
25 E. Dolata, Troski i radości chłopskiej rodziny galicyjskiej na przełomie XIX i XX wieku w świetle źródeł pamiętnikarskich, „Wychowanie w Rodzinie” 2016, t. 14, nr 2, s. 292.
26 J. Świętek, Lud Nadrabski: od Gdowa po Bochnię..., s. 596.
27 Roczniki Statystyczne Galicji potrzeba więcej danych bibliograficznych. Por. S. Jakubowska, Akuszerki, Warszawa 2022; K. Zamorski, Transformacja demograficzna w Galicji na tle przemian ludnościowych innych obszarów Europy Środkowej w drugiej połowie XIX i na początku XX w., Kraków 1991.
28 W. Witos, Moje wspomnienia, cz. 1, Warszawa 1998, s. 68.
29 K. Zbijewska, Orzeł w kurniku. Z życia Stanisława Wyspiańskiego, Kraków 2017, s. 161.
30 H. Korus, Silva rerum, Tarnów 2024, s. 386.
31 J. Świętek, Lud Nadrabski…, s. 599.
32Ibidem, s. 600.
33 O. Kolberg, Lud: jego zwyczaje, sposób życia, mowa, podania, przysłowia, obrzędy, gusła, zabawy, pieśni, muzyka i tańce, seria 5: Krakowskie, cz. 1, miejsce 1871.
34 K. Zbijewska, Orzeł w kurniku…, Kraków 2017, s. 162.
35 S. Piech, Emigracja z diecezji tarnowskiej w świetle ankiet konsystorza z lat 1907 i 1910, „Nasza Przeszłość” 1986, t. 65, https://doi.org/10.52204/np.1986.65.145-197.
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Spis treści
Teośka Pytko
Teosia z Konar
Rodzina
Przypisy
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
Wprowadzenie
Meritum publikacji
Przypisy
