Taniec z Santa Muerte. Kobieca twarz narkobiznesu - Piotr Chomczyński - ebook + książka

Taniec z Santa Muerte. Kobieca twarz narkobiznesu ebook

Piotr Chomczyński

0,0
36,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Milcząca Santa Muerte

Narkobiznes ma twarz kobiety

Nie jest to medialna opowieść o narkotykowych baronach, lecz obraz brutalnej rzeczywistości, w której prawdziwa władza i przetrwanie narkobiznesu spoczywają w rękach partnerek, żon i córek. To kobiety są kręgosłupem operacyjnym karteli. Ich patronką i powierniczką sekretów jest La Catrina symbolizująca Santa Muerte, której oddają hołd i proszą o wstawiennictwo, gdy wszystko inne zawodzi. Nastolatki uwiedzione obietnicą lepszego życia, matki, które dla ochrony synów stają się częścią maszyny do zabijania, oddane towarzyszki życia czy wręcz kierujące z powodzeniem zbrodniczym procederem.

Chomczyński odsłania kulisy świata narkotykowego, jakiego dotychczas nie znaliśmy. Wykorzystując lata ryzykownych badań terenowych w krajach Ameryki Południowej, po raz pierwszy oddaje głos kobietom. Jako biegły powoływany przez amerykańskie sądy w sprawach dotyczących karteli narkotykowych ma dostęp do unikalnych dokumentów i ludzkich historii, a w tym szokującym reportażu łączy chłodną analizę naukową z porywającymi, intymnymi opowieściami bohaterek.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Zdję­cie autora na okładce: Bar­tosz Kałużny Pro­jekt okładki: Mariusz Bana­cho­wicz Redak­cja: Daria Demi­do­wicz-Doma­na­sie­wicz Korekta: Agnieszka Madyń­ska Redak­cja tech­niczna: Adam Kolenda

Copy­ri­ght © Piotr Chom­czyń­ski, 2026 Copy­ri­ght © for this edi­tion by Dres­sler Dublin Sp. z o.o., 2026

Pro­du­cent: Dres­sler Dublin Sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki e-mail: sekre­ta­riat@dres­sler.com.pl

Dane do kon­taktu: Wydaw­nic­two Bukowy Las ul. Sokol­ni­cza 5/76, 53-676 Wro­cław e-mail: redak­cja@buko­wy­las.pl; buko­wy­las.pl

ISBN 978-83-68758-55-9

Wyłączny dys­try­bu­tor: Dres­sler Dublin Sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki tel. (+48 22) 733 50 31/32 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl; dres­sler.com.pl

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, ksiazki.pl, czy­tam.pl

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Cytat

[…] zło ni­gdy nie jest „rady­kalne”, a tylko skrajne i nie posiada ono żad­nej głębi ani jakie­go­kol­wiek demo­nicz­nego wymiaru. Może ono wypeł­nić i spu­sto­szyć cały świat, bo roz­prze­strze­nia się jak grzyb pora­sta­jący powierzch­nię. „Urąga myśli”, jak napi­sa­łam, gdyż myśl pró­buje dotrzeć na pewną głę­bo­kość, się­gnąć do korzeni, w momen­cie zaś, gdy zaj­mie się złem, jało­wieje, bo dotyka nico­ści. Na tym polega „banal­ność zła”. Jedy­nie dobro posiada głę­bię i może być rady­kalne.

Han­nah Arendt, Eich­mann w Jero­zo­li­mie – rzecz o banal­no­ści zła, 1963

Dedykacja

Pamięci moich Dziad­ków,

któ­rzy zara­zili mnie pasją podróż­ni­czą

Wprowadzenie

Wpro­wa­dze­nie

Bywa­jąc od 2010 roku w Ame­ryce Łaciń­skiej, nie raz widy­wa­łem kobiety, które krę­ciły się w miej­scach, gdzie han­dlo­wano nar­ko­ty­kami, jed­nak ni­gdy nie poświę­ca­łem im swo­jej uwagi. Patrzy­łem na nie, ale ich nie widzia­łem. Kiedy się nad tym zasta­no­wi­łem, dotarło do mnie, że myśląc o nar­ko­biz­ne­sie, kie­ro­wa­łem się przede wszyst­kim ste­reo­ty­pami. Moje wyobra­że­nia na temat han­dlu nar­ko­ty­kami jako stricte męskiego zaję­cia brały się bowiem głów­nie z prze­ka­zów popkul­tu­ro­wych. Popu­larne filmy, jak Sica­rio, Koka­inowi kow­boje, Traf­fic czy serial Nar­cos, utrwa­lają obraz macho, któ­rzy kształ­tują nar­ko­im­pe­ria. Przed­sta­wiają także kobiety jako ofiary han­dlu nar­ko­ty­kami, matki i żony roz­pa­cza­jące nad śmier­cią bli­skich oraz ozdobne maskotki, któ­rymi bawią się bos­so­wie nar­ko­ty­kowi, zapra­sza­jąc je na wystawne przy­ję­cia w cha­rak­te­rze dziew­czyn do towa­rzy­stwa. Do wyjąt­ków należą aktywne uczest­niczki biz­nesu nar­ko­ty­ko­wego, jak choćby boha­terka serialu La Reina del Sur, czyli Kró­lowa Połu­dnia. Ta ame­ry­kań­sko-hisz­pań­sko-kolum­bij­ska tele­no­wela z 2011 roku na pod­sta­wie powie­ści Arturo Péreza-Rever­tego uczy­niła wyłom w spo­łecz­nej per­cep­cji roli kobiet w nar­ko­biz­ne­sie. Ja także się nimi w końcu zain­te­re­so­wa­łem. W 2012 roku ujrza­łem w nich ofiary nar­ko­biz­nesu, obser­wu­jąc, jak cze­kają na odwie­dze­nie swo­ich bli­skich przed bramą wię­zie­nia w Quito w Ekwa­do­rze. Dopiero cztery lata póź­niej w Mek­syku zauwa­ży­łem, że ich rola jest bar­dziej zło­żona. Fil­mowcy, muzycy, a cza­sami także dzien­ni­ka­rze oraz influ­en­ce­rzy poka­zują tylko jedną stronę medalu. I choć zgo­dzę się, że w nar­ko­biz­ne­sie pierw­sze skrzypce grają męż­czyźni, to kobiety na pewno nie są jedy­nie tłem ich dzia­łań.

O ich czyn­nym uczest­nic­twie w nar­ko­biz­ne­sie prze­ko­na­łem się na wła­sne oczy po raz pierw­szy w Mek­syku w 2016 roku, w jed­nej z dziel­nic, do któ­rych lepiej nie zapusz­czać się nawet w ciągu dnia. Splot róż­nych oko­licz­no­ści spra­wił, że zna­la­złem się w pokoju, gdzie po jed­nej stro­nie kobiety zaj­mo­wały się małymi dziećmi, a po dru­giej ręka w rękę z męż­czy­znami por­cjo­wały koka­inę i pako­wały ją do małych tore­be­czek. Uzmy­sło­wi­łem sobie wów­czas, że nar­ko­tyki są sta­łym ele­men­tem codzien­no­ści tych ludzi. Rzadko kiedy roz­pa­trują oni swoją aktyw­ność w kate­go­riach dobra i zła, znacz­nie czę­ściej nato­miast trak­tują han­del nimi jako dodat­kową pracę pozwa­la­jącą domknąć budżet domowy.

Bo praw­dziwy biz­nes nar­ko­ty­kowy ma różne obli­cza. Na samym szczy­cie pira­midy znaj­dują się nie­liczni, jak Pablo Esco­bar, El Chapo czy El Men­cho, z bajecz­nymi for­tu­nami i wpły­wami się­ga­ją­cymi naj­wyż­szych szcze­bli wła­dzy. Od nie­dawna sły­szy się także o potęż­nych „kró­lo­wych nar­ko­ty­kowych”, które za życia wywal­czyły sobie miej­sce wśród nar­cos. Nie­które z nich zasły­nęły z bez­względ­no­ści i pomy­sło­wo­ści, jak Kolum­bijki Gri­selda Blanco czy Mery Valen­cia de Ortis.

Ich spek­ta­ku­larne histo­rie mają się jed­nak nijak do losów zde­cy­do­wa­nej więk­szo­ści bez­i­mien­nych kobiet, które z wła­snej woli lub pod przy­mu­sem uczest­ni­czą w nar­ko­biz­ne­sie, współ­two­rząc zbrod­ni­cze impe­ria. Z wie­loma z nich udało mi się poroz­ma­wiać w zakła­dach popraw­czych i kar­nych. Dotar­łem także do kobiet pra­cu­ją­cych jako płatne zabój­czy­nie oraz oskar­żo­nych o udział w porwa­niach. Osobną kate­go­rię sta­no­wią dziew­czyny, które wcho­dząc w intymną rela­cję z człon­kami kar­teli i gan­gów, dopusz­czały się prze­stępstw, a nie­kiedy także zbrodni, rezy­gnu­jąc z szansy na wol­ność i życie poza grupą prze­stęp­czą.

Kobiety nar­ko­biz­nesu to rów­nież bab­cie, matki, córki, żony, kole­żanki i wspól­niczki w jakimś stop­niu pozo­sta­jące w sfe­rze wpły­wów syn­dy­ka­tów prze­stęp­czych. Oprócz osła­wio­nych kar­teli nar­ko­ty­ko­wych mam tutaj na myśli wszel­kiego rodzaju uliczne gangi i orga­ni­za­cje, takie choćby jak hon­du­ra­skie Bar­rio 18 czy Mara Salva­tru­cha 13, a także mniej­sze grupy para­jące się głów­nie prze­my­tem i han­dlem nar­ko­ty­kami.

Temat udziału kobiet w biz­ne­sie nar­ko­ty­ko­wym jest dość wraż­liwy i wymaga szcze­gól­nej ochrony źró­deł infor­ma­cji. Z tego względu wszel­kie imiona są fik­cyjne, a nie­które wywiady zostały podzie­lone na frag­menty, te zaś przy­pi­sane do róż­nych osób, tak by nie można było ziden­ty­fi­ko­wać tej, która się wypo­wie­działa. Zabiegi te mają na celu zata­je­nie toż­sa­mo­ści kobiet, z któ­rymi roz­ma­wia­łem.

1. Organizacje przestępcze krajów Ameryki Łacińskiej

1

Orga­ni­za­cje prze­stęp­cze kra­jów Ame­ryki Łaciń­skiej

Myśląc o nar­ko­biz­ne­sie, czę­sto mamy przed oczami wszech­władne, świet­nie zor­ga­ni­zo­wane laty­no­ame­ry­kań­skie orga­ni­za­cje prze­stęp­cze, takie jak choćby sie­jący obec­nie ter­ror Cártel de Jali­sco Nueva Gene­ra­ción (CJNG) czy osła­wiony Cártel de Sina­loa (CDS).

Poję­cie „kar­tel nar­ko­ty­kowy” bywa mylące, ponie­waż jest nie­ostre. Kar­tel to po pro­stu poro­zu­mie­nie mię­dzy przed­się­bior­cami, któ­rego celem lub skut­kiem jest wyeli­mi­no­wa­nie, ogra­ni­cze­nie lub naru­sze­nie kon­ku­ren­cji. Cho­dzi zatem o nie­le­galne ogra­ni­cza­nie kon­ku­ren­cji, by osią­gać wyż­sze zyski. Kupu­jący płaci zde­cy­do­wa­nie wię­cej za ten sam towar. Tak samo jest w przy­padku kar­teli nar­ko­ty­kowych, które zrze­szają wiele orga­ni­za­cji, by zbu­do­wać mono­pol i win­do­wać ceny sub­stan­cji psy­cho­ak­tyw­nych. Samo poro­zu­mie­nie pomię­dzy orga­ni­za­cjami może być ści­słe lub przy­po­mi­nać luźny zwią­zek. Nie­które kar­tele są zarzą­dzane żela­zną ręką i bar­dzo scen­tra­li­zo­wane (np. nie­gdyś Los Zetas), inne zaś są swo­bod­nym ukła­dem róż­nych orga­ni­za­cji prze­stęp­czych, które zacho­wują sporą auto­no­mię, a cza­sami dzia­łają zupeł­nie od sie­bie nie­za­leż­nie (np. Cártel de Sina­loa).

Wbrew obie­go­wym wyobra­że­niom kar­tele sprze­dają nie tylko nar­ko­tyki. W latach 70. i 80. kar­tele kolum­bij­skie, a potem także mek­sy­kań­skie, rze­czy­wi­ście dora­biały się głów­nie na sprze­daży mari­hu­any, potem koka­iny i pochod­nych. Teraz jed­nak kro­ciowe zyski zapew­nia im oprócz sprze­daży nar­ko­ty­ków han­del ludźmi, bro­nią, odpa­dami, dzi­kimi zwie­rzę­tami, bez­prawna wycinka lasów, wydo­by­cie metali, krusz­ców i kamieni rzad­kich, wresz­cie porwa­nia dla okupu. Zda­niem mek­sy­kań­skiego eks­perta od prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej, Alfreda Castillo, w 2014 roku kar­tele czer­pały dochód z nie­le­gal­nego wydo­by­cia rudy żelaza. Z kolei dla Alfreda Peñi i The Asso­cia­ted Press źró­dłem zysków były hara­cze nakła­dane na duże firmy mię­dzy­na­ro­dowe, a także okra­da­nie pra­cow­ni­ków wyko­rzy­stu­ją­cych prze­kazy pie­niężne, aby wspo­móc swoje rodziny. Kar­tel CJNG czer­pie ogromne zyski z nie­uczci­wego time­sha­ringu, czyli oszu­kań­czej umowy korzy­sta­nia z waka­cyj­nej nie­ru­cho­mo­ści (apar­ta­mentu, hotelu, bun­ga­lowu) przez okre­ślony czas w roku (np. 1–2 tygo­dnie), zazwy­czaj dłuż­szej niż rok.

Wiel­kie dochody tych orga­ni­za­cji pozwa­lają im osią­gać potężne roz­miary. Pre­sti­żowe cza­so­pi­smo „Science Maga­zine” podało w tym samym roku, że mek­sy­kań­skie kar­tele zatrud­niają 160–185 tysięcy osób i pozo­stają pią­tym pra­co­dawcą za takimi fir­mami, jak Femsa (321 tys.), Wal­mart (231 tys.), Man­po­wer (203 tys.) czy Ame­rica Movil (181 tys.). Roz­wią­za­niem mogłyby być wyż­sze zarobki u legal­nych pra­co­daw­ców, które osła­bi­łyby atrak­cyj­ność orga­ni­za­cji prze­stęp­czych. Mło­dzi ludzie wole­liby dobrze zara­biać i mieć pew­ność, że dożyją jutra. Tak nie­stety się jed­nak nie dzieje, zwłasz­cza odkąd admi­ni­stra­cja Donalda Trumpa nało­żyła na Mek­syk nowe cła. Nar­ko­biz­nes rośnie w siłę i zbiera krwawe żniwo, głów­nie wśród mło­dych.

Kobiety, podob­nie jak męż­czyźni, od samego początku są powią­zane z nie­le­gal­nym biz­ne­sem, z tą jed­nak róż­nicą, że z rzadka wstę­pują w sze­regi orga­ni­za­cji prze­stęp­czych. Naj­czę­ściej współ­pra­cują z nimi. W wielu wypad­kach nie jest to ich decy­zja, są do tego przy­mu­szane. Kobiety zde­cy­do­wa­nie rza­dziej zaj­mują sta­no­wi­ska kie­row­ni­cze i tylko spo­ra­dycz­nie udaje im się wspiąć na szczyt. Nie ozna­cza to jed­nak, że tak się nie zda­rza! W poczet naj­więk­szych pira­tów ponad dwie­ście lat temu zapi­sała się Chinka Ching Shih, która zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wała pirac­two jako formę zarob­ko­wa­nia. Histo­ryk Robert J. Antony prze­ko­nuje, że wcze­śniej zaj­mo­wali się nim doryw­czo rybacy, zaś pod jej rzą­dami stało się ono peł­no­wy­mia­rową pro­fe­sją. W szczy­to­wym okre­sie funk­cjo­no­wa­nia, w pierw­szej poło­wie XIX wieku, Ching Shih miała pod swoją komendą bli­sko 1,5 tysiąca stat­ków i ponad 60 tysięcy pod­ko­mend­nych!

Także w cza­sach nam współ­cze­snych dzia­łają „mistrzy­nie zbrodni”. Mam tu na myśli takie „gwiazdy” nar­ko­biz­nesu jak Kolum­bijki Gri­selda Blanco, Mery Valen­cia de Ortis czy Mek­sy­kanki San­dra Avila Bel­tran, okrzyk­nięta Kró­lową Pacy­fiku, oraz dwu­dzie­sto­jed­no­let­nia La Catrina, jedna z sze­fo­wych Cártel de Jali­sco Nueva Gene­ra­ción. Kobiety te, podob­nie jak chiń­ska piratka, zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wały prze­stęp­czy biz­nes. Zwłasz­cza Gri­selda Blanco i Mery Valen­cia de Ortis jako matki chrzestne impe­riów nar­ko­ty­ko­wych wpro­wa­dziły nowe metody prze­rzutu towaru oraz jego dys­try­bu­cji, pod­bi­ja­jąc rynek ame­ry­kań­ski.

Z reguły jed­nak kobiety od lat wyko­nują naj­gor­szą i naj­mniej opła­caną pracę. W wielu przy­pad­kach nie mają wyboru i muszą prze­my­cać kon­tra­bandę zarówno przez gra­nicę, jak i do zakła­dów kar­nych. Ryzy­kują życie, zdro­wie i wol­ność. Bry­tyjka Jen­ni­fer Fle­etwood udo­wod­niła, że choć spora część kobiet robi tą pod pre­sją, to jed­nak ich zaan­ga­żo­wa­nie w nar­ko­bi­zes jest bar­dziej powszechne, niż się zwy­kle uważa. Badaczka poka­zała, że są one zarówno ofia­rami, jak i spraw­czy­niami, a nawet spraw­nymi orga­ni­za­tor­kami nie­le­gal­nego obrotu sub­stan­cjami psy­cho­ak­tyw­nymi. Szcze­gól­nie trudna jest sytu­acja kobiet pra­cu­ją­cych jako muły, zwa­nych w nie­któ­rych kra­jach Ame­ryki Łaciń­skiej potocz­nie hor­mi­gas, czyli mrówki. Wiele z nich tra­fiło wcze­śniej do zakła­dów popraw­czych, a teraz prze­bywa w wię­zie­niach. Są wyrzu­cone poza nawias spo­łe­czeń­stwa. Zmu­szone do odsiadki z dala od rodziny i przy­ja­ciół stały się kozłami ofiar­nymi poświę­co­nymi dla inte­re­sów orga­ni­za­cji prze­stęp­czych. Część z nich jed­nak wybrała taki los świa­do­mie, chcąc zaist­nieć w zdo­mi­no­wa­nym przez męż­czyzn bru­tal­nym biz­ne­sie nar­ko­ty­ko­wym.

Kobiety pra­cują dla nar­ko­biz­nesu nie tylko w Mek­syku, ale rów­nież w Hon­du­ra­sie czy Ekwa­do­rze. W tych pań­stwach kra­jo­braz prze­stęp­czy wypeł­niają małe gangi uliczne. Przy­kła­dem są hon­du­ra­skie i sal­wa­dor­skie Mara Salva­tru­cha (MS-13) lub Bar­rio 18. Te dwie orga­ni­za­cje prze­stęp­cze, któ­rych życie toczy się na uli­cach dużych miast, mają zupeł­nie inny modus ope­randi niż takie wszech­władne kar­tele jak Jali­sco Nueva Gene­ra­ción czy Sina­loa. Hon­du­ra­skie i sal­wa­dor­skie gangi uliczne pozo­stają zde­cy­do­wa­nie bli­żej ludzi, gdyż są wkom­po­no­wane w spo­łecz­no­ści lokalne. Mło­dym oso­bom obojga płci ofe­rują przy­na­leż­ność do grupy i bez­pie­czeń­stwo, a cza­sami pomoc. Część człon­kiń MS-13, z któ­rymi roz­ma­wia­łem, wręcz dekla­ro­wała, że gang jest dla nich drugą rodziną, w któ­rej mogą liczyć na sza­cu­nek i wspar­cie. Ina­czej także prze­biega tu rekru­ta­cja niż w przy­padku dużych kar­teli nar­ko­ty­ko­wych, które znamy z Mek­syku lub Kolum­bii. Z reguły nie jest ona siłowa, ale wynika ze zna­jo­mo­ści sytu­acji pry­wat­nej dziew­cząt i mło­dych kobiet. Te z kolei wstę­pują w sze­regi orga­ni­za­cji, które znają z codzien­nego życia. Ich człon­ko­wie to prze­waż­nie sąsie­dzi, zna­jomi, kole­dzy i przy­ja­ciele, cza­sami nawet rodzeń­stwo.

Wspo­mnieć należy także o nar­ko­in­flu­en­ce­rach, któ­rzy pod­bi­jają obec­nie rynek nie­za­leż­nie od dużych orga­ni­za­cji prze­stęp­czych. Wśród nich są także nasto­latki i młode kobiety, które wyko­rzy­stu­jąc media spo­łecz­no­ściowe i komu­ni­ka­tory inter­ne­towe, takie jak Face­book, Insta­gram, Tik­tok czy Tele­gram, ofe­rują więk­szość zna­nych sub­stan­cji psy­cho­ak­tyw­nych oraz szybką dostawę poprzez firmy kurier­skie, prze­wo­zowe, a nawet drony. Jak podaje Gha­leb Krame, te ostat­nie zresztą są w coraz częst­szym uży­ciu więk­szo­ści orga­ni­za­cji han­dlu­ją­cych tego rodzaju towa­rem.

Tema­tyka prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej w kra­jach Ame­ryki Łaciń­skiej porwała mnie w 2010 roku. Wtedy to w ramach Szkoły Let­niej orga­ni­zo­wa­nej na Wydziale Eko­no­miczno-Socjo­lo­gicz­nym Uni­wer­sy­tetu Łódz­kiego po raz pierw­szy wyje­cha­łem do Ame­ryki Połu­dnio­wej. Jesz­cze przed zaję­ciami mia­łem oka­zję tro­chę pozwie­dzać Bra­zy­lię. Zaczą­łem od pięk­nych plaż Ipa­nema i roz­sła­wio­nej przez fil­mow­ców Copa­ca­bany w Rio de Jane­iro, które w lutym wyglą­dały nie­ziem­sko.

Do tej pory jed­nak pamię­tam zale­ce­nia naszych gospo­da­rzy, by na plaży mieć oczy dookoła głowy i się nie odda­lać. Ostrze­że­nie było konieczne, gdyż bez­po­śred­nio z Copa­ca­baną sąsia­dują nie­bez­pieczne, a zara­zem baj­kowo kolo­rowe fawele. Tam­tego dnia, kiedy widzia­łem je oświe­tlone ostat­nimi pro­mie­niami zacho­dzą­cego słońca, pomy­śla­łem w duchu, że chciał­bym dowie­dzieć się wię­cej o miej­scu, które zna­łem dotąd tylko z repor­taży i kilku fil­mów.

Wie­czo­rem w asy­ście przy­ja­ciół z gosz­czą­cej nas uczelni wybra­li­śmy się posma­ko­wać noc­nego życia Rio de Jane­iro. Gospo­da­rze naka­zali nam trzy­mać się razem i nie zba­czać z głów­nych ulic. Przy­znaję, że takie pole­ce­nie wzbu­dziło we mnie cie­ka­wość. Podą­ża­jąc z tyłu za grupą, roz­glą­da­łem się wokół w poszu­ki­wa­niu sen­sa­cji. W pew­nym momen­cie zauwa­żył to Raul, jeden z naszych opie­ku­nów. Był mniej wię­cej moim rów­no­lat­kiem, a stu­dia skoń­czył kilka lat wcze­śniej. Zaczę­li­śmy roz­ma­wiać. Po chwili zapy­tał wprost: „Co cię tak naprawdę inte­re­suje?”.

– W Pol­sce zaj­muję się prze­stęp­czo­ścią nie­let­nich i nie ukry­wam, że zer­kam sobie na boki, korzy­sta­jąc z oka­zji, że jestem w tak osła­wio­nym mie­ście – odpo­wie­dzia­łem szcze­rze w nadziei, że podej­mie temat.

Raul szedł przez chwilę w mil­cze­niu, po czym przy­sta­nął.

– Zatrzy­majmy się tutaj, coś ci pokażę – mruk­nął, strze­la­jąc oczami.

Skrę­ci­li­śmy w boczną uliczkę, gdzie znaj­do­wał się jakiś klub. Za wiel­kim oknem wysta­wo­wym w wymyśl­nych stro­jach stali kobieta, męż­czy­zna i osoba trans­sek­su­alna. Obok nich wid­niały tabliczki „Mul­he­res”, „Homens” i „Mutan­tes”1. Moje pyta­jące spoj­rze­nie spo­wo­do­wało, że Raul poczuł się w obo­wiązku wytłu­ma­czyć mi, o co cho­dzi.

– Tu możesz dostać wszystko, na co tylko masz ochotę – zako­mu­ni­ko­wał tajem­ni­czo.

– Co ozna­cza wszystko? – wyar­ty­ku­ło­wa­łem dobit­nie, wpa­tru­jąc się w wystawę.

– W tym klu­bie ofe­rują abso­lut­nie wszystko – powtó­rzył. – Od seksu dla wyjąt­kowo wybred­nych klien­tów aż po naj­bar­dziej wyszu­kane nar­ko­tyki.

– Każdy może tu wejść? – drą­ży­łem jak uczeń.

– Nie­stety nie. Tylko jeśli masz zapro­sze­nie, reko­men­da­cję lub cię dobrze znają – odparł kon­spi­ra­cyj­nie. – Chodź, dołą­czymy do grupy, ale przej­dziemy tędy. – Wska­zał ręką rów­no­le­głą zaciem­nioną uliczkę.

Mój wewnętrzny radar wysy­łał mi jedno ostrze­że­nie za dru­gim. Wiem, że sam ni­gdy bym się tam nie zapu­ścił. Resztki roz­sądku upo­mi­nały mnie, że zda­łem się na kolegę, któ­rego znam zale­d­wie parę dni. Posta­no­wi­łem jed­nak zary­zy­ko­wać. Inna sprawa, że nie chcia­łem wyjść na cykora.

Po chwili moim oczom uka­zały się syl­wetki osób powy­gi­na­nych w nie­na­tu­ral­nych pozach. Nie­które z nich leżały na kar­to­nach, inne na ręcz­ni­kach lub kocach. Pozo­stałe po pro­stu trwały w bez­ru­chu, sto­jąc, klę­cząc lub kuląc się w pozy­cji kucz­nej.

– Są pod wpły­wem nar­ko­ty­ków – wyja­śnił mój towa­rzysz, dając mi znak, żeby­śmy się nie zatrzy­my­wali.

Przy­znam, że ten widok zro­bił na mnie spore wra­że­nie. Przy­po­mniały mi się ulice Fila­del­fii i Nowego Jorku, które zwie­dza­łem rok wcze­śniej. Wtedy po raz pierw­szy widzia­łem na żywo ludzi w takim sta­nie.

Po cało­noc­nej balan­dze w klu­bie musia­łem choć tro­chę się zdrzem­nąć. Nad ranem zbu­dził mnie dzwo­nek tele­fonu. Dosta­łem wia­do­mość od Raula, że ma dla mnie pro­po­zy­cję. Oka­zało się, że chce mi poka­zać słynne fawele. Poczu­łem wielką eks­cy­ta­cję, która zepchnęła na mar­gi­nes całą sen­ność. Zastrzegł, że on sam nie mógłby wje­chać do środka, ale zna kogoś, kto jest stam­tąd i może nas zawieźć. Oczy­wi­ście skrzęt­nie sko­rzy­sta­łem.

Parę godzin póź­niej byłem już w dro­dze. Stare, na wskroś prze­rdze­wiałe auto kolegi Raula nie rzu­cało się w oczy, a wręcz ide­al­nie kom­po­no­wało się z kra­jo­bra­zem. W miarę jak zbli­ża­li­śmy się do celu, uby­wało tury­stów, restau­ra­cji oraz budyn­ków uży­tecz­no­ści publicz­nej. Z bli­ska oka­zało się, że kolo­rowe domki, które z daleka wyglą­dały jak z bajki, tak naprawdę zostały skle­cone z wszel­kich dostęp­nych mate­ria­łów – kawał­ków drewna, kar­to­nów, z rzadka cegły. Przy­po­mniał mi się opis z Ency­klo­pe­dii Bri­tan­nica2, który dobrze ilu­struje, czym są fawele:

[…] zlo­ka­li­zo­wane w obrę­bie lub na obrze­żach naj­więk­szych miast kraju, zwłasz­cza Rio de Jane­iro i São Paulo. Fawela zwy­kle powstaje, gdy osad­nicy nie­le­gal­nie zaj­mują puste tereny na pery­fe­riach mia­sta i budują pro­wi­zo­ryczne chaty (baraki) z odzy­ska­nych lub skra­dzio­nych mate­ria­łów. Budowa roz­po­czyna się od lek­kich kon­struk­cji z resz­tek drewna, bla­chy i gliny. Z cza­sem są one zastę­po­wane lub wzmac­niane trwal­szymi mate­ria­łami, takimi jak cegła, bloki żuż­lowe czy płyty beto­nowe. Brak pod­sta­wo­wej infra­struk­tury sprzyja powsta­wa­niu nie­sta­bil­nych, impro­wi­zo­wa­nych insta­la­cji wodno-kana­li­za­cyj­nych i elek­trycz­nych. Czę­sto wodę trzeba trans­por­to­wać z dużej odle­gło­ści, a pry­mi­tywne metody uty­li­za­cji odpa­dów sta­no­wią poważne zagro­że­nie dla zdro­wia publicz­nego. W wyniku prze­lud­nie­nia, złych warun­ków sani­tar­nych, nie­do­ży­wie­nia i ska­że­nia śro­do­wi­ska w bied­niej­szych fawe­lach sze­rzą się cho­roby, a wskaź­nik umie­ral­no­ści nie­mow­ląt pozo­staje wysoki.

Dopiero potem doczy­ta­łem, że w trak­cie nie­ustan­nego pro­cesu prze­obra­ża­nia tego miej­sca na bie­żąco doko­nuje się rekon­struk­cji. Wznosi się nowe ramy sta­lowe i burzy stare ściany, a odzy­skany mate­riał tra­fia do ponow­nego wyko­rzy­sta­nia. Domy są mie­szanką stali, betonu, cegły, cementu, kamie­nia natu­ral­nego, drewna, pły­tek, metalu i pla­stiku. W razie gwał­tow­nego porywu wia­tru lub, co gor­sza, hura­ganu czy powo­dzi nie­wiele z nich pozo­staje.

Im bar­dziej zbli­ża­li­śmy się do celu, w ruchach i spoj­rze­niu kolegi Raula dostrze­ga­łem rosnącą ner­wo­wość, mimo że był z tych oko­lic. W pew­nym momen­cie oświad­czył, że może zwol­nić jedy­nie do dwu­dzie­stu pię­ciu–trzy­dzie­stu kilo­me­trów na godzinę i pod żad­nym pozo­rem nie będzie się zatrzy­my­wał. Przy­ją­łem jego komu­ni­kat z pokorą i wdzięcz­no­ścią, że zgo­dził się mi to wszystko poka­zać. Zasła­nia­jąc ręką słońce, które co chwila prze­dzie­rało się przez ściany zabu­do­wań, sta­ra­łem się sku­pić wzrok na widoku za oknem samo­chodu. Przed domami bez­tro­sko bawiły się dzieci i sie­działy kobiety w róż­nym wieku. Mia­łem wra­że­nie, że prze­nio­słem się do rze­czy­wi­sto­ści fil­mo­wej.

Przy­go­to­wu­jąc się do wyjazdu do Bra­zy­lii, obej­rza­łem kilka fil­mów doku­men­tal­nych i fabu­lar­nych. Ogromne wra­że­nie zro­biło na mnie Mia­sto Boga z 2002 roku w reży­se­rii Fer­nando Meirel­lesa i Kátii Lund, zre­ali­zo­wane na pod­sta­wie powie­ści Paulo Linsa. Teraz z odle­gło­ści kil­ku­na­stu metrów, i to jesz­cze zza szyby auta, widzia­łem obraz łudząco podobny do miej­sca akcji tego filmu. Tym, co nie od razu zwró­ciło moją uwagę, był brak męż­czyzn. Nie dostrze­głem ich zbyt wielu, zwłasz­cza takich w sile wieku. Kolega Raula stwier­dził, że są albo w środku, albo w pracy, bo zwy­kle wie­czo­rem i w nocy do wcze­snego poranka impre­zują. Roz­mowy prze­pro­wa­dzone póź­niej z innymi ludźmi „z oko­licy” oraz ze śro­do­wi­ska uczel­nia­nego potwier­dziły tę infor­ma­cję. Naj­czę­ściej widać było kobiety z małymi dziećmi. Część z nich prze­sia­dy­wała w pobliżu domów, inne roz­ma­wiały ze sobą, doglą­da­jąc potom­stwa. W 2023 roku Fun­da­tion for Glo­bal Girls podała, że fawele to dom dla bli­sko czte­rech milio­nów dzieci!

– Niech cię nie zmylą te kolo­rowe kon­struk­cje i widok kobiet oraz malu­chów – ode­zwał się Raul, spra­wia­jąc, że ock­ną­łem się z roz­wa­żań na temat tego, co wła­śnie widzę.

– Dla­czego? – zapy­ta­łem, domy­śla­jąc się odpo­wie­dzi.

– Tutaj co chwila ktoś ginie, nie tylko w samych fawe­lach, ale także na ich obrze­żach – burk­nął gro­bo­wym gło­sem.

Uzna­łem, że muszę to spraw­dzić. Oka­zało się, że mój kolega wcale nie prze­sa­dzał. Chri­sto­vam Bar­cel­los i Alba Zaluar podali w 2014 roku, że wewnątrz faweli notuje się rocz­nie od 22 do 44 zabójstw na 100 tysięcy miesz­kań­ców. Co cie­kawe, jesz­cze nie­bez­piecz­niej jest w bez­po­śred­nim oto­cze­niu faweli. W okręgu do 100 metrów poza nimi wskaź­nik zabójstw wyno­sił od 48 do 129! Jest to więc jedno z naj­bar­dziej nie­bez­piecz­nych miejsc na świe­cie.

Co wia­domo o bra­zy­lij­skich fawe­lach? Ich korze­nie się­gają końca XIX wieku. Zakła­dali je byli nie­wol­nicy, two­rząc nie­for­malne spo­łecz­no­ści na obrze­żach miast. Miej­sca te prze­żyły burz­liwy roz­wój w latach 40.–70. XX wieku, kiedy fale migran­tów wiej­skich przy­by­wały na obszary miej­skie w poszu­ki­wa­niu lep­szych moż­li­wo­ści życia. Wyso­kie ceny grun­tów i ogra­ni­czona liczba miesz­kań spra­wiły, że przy­by­sze nie mieli innego wyj­ścia, jak tylko osie­dlać się w pro­wi­zo­rycz­nych domo­stwach. Bri­tan­nica podaje, że w Rio de Jane­iro popu­la­cja faweli wzro­sła z około 170 tysięcy w 1950 roku do ponad 600 tysięcy w 1980. Sza­cuje się, że na początku XXI wieku w mie­ście ist­niało około 1000 faweli, a dane ze spisu lud­no­ści z 2010 roku wyka­zały, że takie dziel­nice zamiesz­ki­wało około 6 pro­cent cał­ko­wi­tej popu­la­cji Bra­zy­lii.

Raul zro­bił mi jesz­cze jedną nie­spo­dziankę w São Paulo, gdzie odby­wała się szkoła let­nia. Po chwili jazdy autem zna­la­złem się przed ogro­dzo­nym budyn­kiem. Spra­wiał wra­że­nie dość mocno zanie­dba­nego. Kraty w oknach i druty kol­cza­ste koja­rzyły się z wię­zie­niem. „Co się tam znaj­duje?” – zasta­na­wia­łem się, spo­glą­da­jąc na zagad­kową minę kolegi.

Weszli­śmy do środka. Przy­wi­tały nas obdra­pane ściany, trzesz­cząca pod­łoga i cha­rak­te­ry­styczny zapach wielu ludzi stło­czo­nych w jed­nym miej­scu. Wyszła do nas młoda kobieta, która powie­działa po por­tu­gal­sku, byśmy poszli za nią. Pra­co­wała w tym w zakła­dzie popraw­czym dla dziew­cząt jako peda­gog. Powie­działa, że popraw­czaki bar­dzo róż­nią się od sie­bie w zależ­no­ści od tego, w jakiej czę­ści kraju są zlo­ka­li­zo­wane. Te w więk­szych mia­stach są z reguły nieco zasob­niej­sze i lepiej wypo­sa­żone. Zatrud­niają także lepiej wykwa­li­fi­ko­waną kadrę.

Weszli­śmy do małego pokoju, w któ­rym stały biurko, kom­pu­ter i kilka krze­seł. Gdy zapy­ta­łem o prze­stęp­stwa, za które tra­fiają tu nie­let­nie, nasza prze­wod­niczka zamy­śliła się i po chwili odparła:

– Dziew­czyny, które tu prze­by­wają, popeł­niły różne prze­stęp­stwa. Kra­dzieże uliczne, roz­boje, pro­sty­tu­cja, aż po nar­ko­tyki i zabój­stwa.

– Tych ostat­nich jest sporo? – zapy­ta­łem z rosną­cym zacie­ka­wie­niem.

– Kie­dyś było mniej, teraz jest fala wzro­stowa. Na nar­ko­ty­kach można sporo zaro­bić, a tam, gdzie są duże pie­nią­dze, tam i łatwo o roz­lew krwi – odparła. – Dziew­czyny są nie­mniej bru­talne od chłop­ców – dodała po dłuż­szej prze­rwie.

– Jak się z nimi pra­cuje?

– Sporo zależy od wspar­cia ze strony rodziny, no i tego, czy sama rodzina nie jest uwi­kłana w nie­le­galną dzia­łal­ność.

Praca nie­let­nich dla orga­ni­za­cji prze­stęp­czych han­dlu­ją­cych nar­ko­ty­kami wiąże się z ogrom­nym ryzy­kiem. Badaczki Veri­diana Diniz i Jody McBrien podają, że w Bra­zy­lii w przy­padku osób w wieku 15–29 lat wskaź­nik zgo­nów wynosi 69,9 na 100 tysięcy miesz­kań­ców, co jest rekor­dem w ciągu ostat­nich dzie­się­ciu lat. W 2017 roku zamor­do­wano 35 783 mło­dych ludzi. Ponad połowa ofiar to nasto­latki w wieku 15–19 lat. Starsi, w prze­dziale 20–24 lata, sta­no­wią 49,4 pro­cent. Liczba nie­let­nich prze­by­wa­ją­cych w zakła­dach popraw­czych wzro­sła ostat­nio dwu­krot­nie, osią­ga­jąc 192 tysiące. W więk­szo­ści przy­pad­ków powo­dem był udział w han­dlu nar­ko­ty­kami. Około 10 pro­cent z tej liczby to dziew­częta, któ­rych zaan­ga­żo­wa­nie w ten biz­nes stale rośnie.

Oka­zja do ponow­nego odwie­dze­nia Ame­ryki Połu­dnio­wej nada­rzyła się pra­wie dwa lata póź­niej, pod koniec listo­pada 2011 roku. Wraz z kole­gami z ekwa­dor­skiego SEK Uni­ver­si­dad w Quito zna­la­złem się w malow­ni­czym rezer­wa­cie przy­rody Limon­co­cha, poło­żo­nym przy gra­nicy z Kolum­bią. Pod­czas wyjazdu dzięki pro­fe­so­rowi Krzysz­to­fowi Konec­kiemu nawią­za­łem kon­takt z Toma­szem Moraw­skim, kon­su­lem hono­ro­wym w Ekwa­do­rze, który nie­stru­dze­nie poma­gał Pola­kom prze­by­wa­ją­cym za kra­tami. Swoje doświad­cze­nia opi­sał w książce Więź­nio­wie. Był to dla mnie moment prze­ło­mowy, gdyż dzięki Tom­kowi po raz pierw­szy wsze­dłem do laty­no­ame­ry­kań­skiego zakładu kar­nego i prze­pro­wa­dzi­łem serię wywia­dów oraz mniej for­mal­nych roz­mów z pol­skimi, rosyj­skimi, ukra­iń­skimi, ekwa­dor­skimi, kolum­bij­skimi i peru­wiań­skimi osa­dzo­nymi. Wielu z nich, zwłasz­cza z Europy Środ­kowo-Wschod­niej, prze­by­wało tam za prze­myt pro­chów.

Dosko­nale pamię­tam, że moją uwagę przy­kuł widok nie­koń­czą­cego się sznura głów­nie kobiet, który cią­gnął się od roga­tek wię­zie­nia aż po bramę główną. Wśród nich wyróż­niały się młode, pełne życia dziew­czyny ubrane w kuse sukienki i buty na obca­sach. Więk­szość sta­no­wiły jed­nak kobiety w wieku 30–50 lat o poważ­nych, zmę­czo­nych oczach, czę­sto trzy­ma­jące na rękach małe dzieci. Zda­rzały się także sta­ruszki, któ­rych wiek metry­kalny nie odzwier­cie­dlał tego, co wypi­sane było na ich pomarsz­czo­nych twa­rzach. Kobiety nale­żące do ostat­nich dwóch grup z reguły tasz­czyły ze sobą tobołki z jedze­niem, pię­cio-, a nawet dzie­się­cio­li­trowe baniaki z wodą pitną oraz dzieci. Każda z nich cze­kała tu od świtu, by wejść na teren wię­zie­nia i odwie­dzić męża, part­nera, brata, ojca lub syna. Choć z żadną z nich nie udało mi się wtedy dłu­żej poroz­ma­wiać, to jed­nak na tyle zain­te­re­so­wała mnie ich sytu­acja, że będąc już za murami, wypy­ty­wa­łem o nie osa­dzo­nych, per­so­nel wię­zie­nia, a przede wszyst­kim Tomka.

Osa­dzeni, straż­nicy i kon­sul hono­rowy mieli różne opi­nie na ich temat, ale w jed­nym w zasa­dzie się zga­dzali, w dużym uprosz­cze­niu dzie­ląc kobiety odwie­dza­jące ekwa­dor­skie wię­zie­nia na trzy kate­go­rie, mia­no­wi­cie dziew­czyny i młode kobiety, kobiety w sile wieku oraz seniorki.

W Ekwa­do­rze wyda­rzyło się coś jesz­cze. Na kilka dni przed Syl­we­strem spę­dza­łem czas wolny, wdra­pu­jąc się na Chim­bo­razo (ponad pięć tysięcy metrów nad pozio­mem morza). Kiedy potem raczy­łem się zim­nym piwem, wsłu­chu­jąc się w szum na­dal aktyw­nego wul­kanu w pobliżu malow­ni­czego mia­sta Rio­bamba, nade­szła wia­do­mość od kole­żanki, która zapra­szała mnie na imprezę nowo­roczną do Guay­aquil. To jedno z więk­szych miast leży w zachod­niej czę­ści Ekwa­doru przy ujściu rzeki Guayas do Zatoki Guay­aquil. Jedyny auto­kar, który wtedy kur­so­wał, odjeż­dżał póź­nym wie­czo­rem. Mniej wię­cej około godziny 1.00–1.30 nad ranem nasz pojazd został zatrzy­many przez mun­du­ro­wych. Do tej pory nie wiem, czy była to poli­cja, czy woj­sko. Ktoś z tyłu rzu­cił, że szy­kuje się kon­trola anty­nar­ko­ty­kowa. Gdy zaspany zro­zu­mia­łem, o co cho­dzi, do środka wszedł już uzbro­jony funk­cjo­na­riusz z psem tro­pią­cym. Czwo­ro­nóg na służ­bie meto­dycz­nie obwą­chi­wał pasa­że­rów i ich bagaże oraz rze­czy oso­bi­ste. Zaraz potem padła komenda, by wszy­scy wyszli i oparli ręce o pojazd. Nastą­piło kolejne prze­szu­ka­nie, tym razem z udzia­łem innych psów tro­pią­cych. W tym samym cza­sie pozo­stali kon­tro­le­rzy pod­świe­tlali pod­wo­zie auto­karu i moni­to­ro­wali je za pomocą luste­rek zamiesz­czo­nych na tele­sko­po­wych wysię­gni­kach. Widać było, że jedy­nie dla mnie cała ta pro­ce­dura była czymś nowym. Zie­wa­jący współ­pa­sa­że­ro­wie, któ­rzy posłusz­nie wyko­ny­wali pole­ce­nia, utwier­dzili mnie w prze­ko­na­niu, że po pierw­sze, taka sytu­acja jest stan­dar­dowa, a po dru­gie, pro­blem prze­mytu nar­ko­ty­ków musi być tutaj powszechny. Przy­naj­mniej na tej tra­sie. Nikt z pasa­że­rów nie został, nikt nie był także pod­da­wany kon­troli oso­bi­stej, więc odje­cha­li­śmy pla­nowo. Ude­rzyło mnie jed­nak co innego – fakt, że wszy­scy podróżni dokład­nie wie­dzieli, co mają robić, spraw­nie wypa­ko­wu­jąc zawar­tość swo­ich bagaży i toreb pod­ręcz­nych. Nikt nie pro­te­sto­wał ani nie narze­kał, nikt nie dopy­ty­wał o zasad­ność kon­troli, wszy­scy wie­dzieli także, ile ta akcja potrwa.

Cała pro­ce­dura była ele­men­tem życia codzien­nego tych ludzi. Wpi­sy­wała się w to, co nazy­wali nor­mal­no­ścią. Podró­żu­jąca ze mną star­sza para powie­działa mi, że na tej tra­sie odbywa się prze­myt nar­ko­ty­ków i dzia­łają silne grupy prze­stęp­cze. W taki spo­sób prze­rzu­cają kon­tra­bandę. Gdy potem nieco bar­dziej zain­te­re­so­wa­łem się sytu­acją w Ekwa­do­rze i spraw­dzi­łem sta­ty­styki prze­stęp­czo­ści, zro­zu­mia­łem zarówno kon­trole auto­ka­rów, jak i prze­peł­nione wię­zie­nia. Zgod­nie z danymi3 Ekwa­dor z wyni­kiem 38,8 zabójstw na 100 tysięcy miesz­kań­ców zaj­mo­wał w 2024 roku nie­chlubne czwarte miej­sce w regio­nie, ustę­pu­jąc jedy­nie Haiti, Try­ni­da­dowi i Tobago oraz Jamajce. Nie­rów­no­ści spo­łeczne, prze­peł­nione wię­zie­nia i kolejka odwie­dza­ją­cych tylko potwier­dzały te sta­ty­styki.

Punk­tem zwrot­nym był rok 2015, kiedy to uzy­ska­łem pół­roczne sty­pen­dium naukowe w Mek­syku. Staż odby­wa­łem w Insti­tuto de Inve­sti­ga­cio­nes Socia­les na Uni­ver­si­dad Nacio­nal Autó­noma de México. W poszu­ki­wa­niu infor­ma­cji na temat kobiet w nar­ko­biz­ne­sie odwie­dzi­łem amba­sady pol­ską i ame­ry­kań­ską, wycie­ra­łem klamki w topo­wych mek­sy­kań­skich uczel­niach. Cud zda­rzył się dzięki mojej przy­ja­ciółce i współ­pra­cow­niczce Ele­nie Aza­oli Gar­rido. To ona spra­wiła, że mogłem wziąć udział w pra­cach La Comi­sión Nacio­nal de los Dere­chos Huma­nos de México, czyli Orga­ni­za­cji Obrony Praw Czło­wieka w Mek­syku. Elena uchy­liła mi drzwi do doro­słych i nie­let­nich osa­dzo­nych prze­by­wa­ją­cych w mek­sy­kań­skich zakła­dach kar­nych i korek­cyj­nych.

Sta­ra­jąc się zro­zu­mieć rolę kobiet w nar­ko­biz­ne­sie, musia­łem wyjść poza mury wię­zień i popraw­cza­ków. Roz­ma­wiać z osa­dzo­nymi to jedno, ale spo­tkać się z aktyw­nymi człon­kami kar­teli i spo­łecz­no­ściami han­dlu­ją­cymi pro­chami na wol­no­ści to dru­gie. Bez Marco (imię zmie­nione) na pewno bym sobie nie pora­dził.

Jego spe­cy­ficzna rola ducho­wego przy­wódcy, któ­rej się pod­jął na długo przed tym, zanim się spo­tka­li­śmy, wią­zała się z ogrom­nym zaufa­niem, jakim darzyły go spo­łecz­no­ści lokalne. To dzięki jego ogrom­nej pomocy i wspar­ciu udało mi się dotrzeć nie tylko do han­dla­rzy i prze­myt­ni­ków nar­ko­ty­ków, lecz także do pro­fe­sjo­nal­nych pory­wa­czy, zabój­ców na usłu­gach kar­telu, sygna­li­stów i wszel­kiej maści pomoc­ni­ków. Spo­tka­łem też zwy­kłych ludzi dotknię­tych dłu­go­fa­lo­wymi kon­se­kwen­cjami nar­ko­biz­nesu. Wresz­cie to za jego wsta­wien­nic­twem zna­la­złem się na pię­cio­dnio­wej piel­grzymce z mia­sta Mek­syk do Chalmy. To wła­śnie wtedy udało mi się odbyć nie­zli­czone roz­mowy zarówno z oso­bami pra­cu­ją­cymi dla orga­ni­za­cji prze­stęp­czych, jak i nie­za­leż­nymi dile­rami. Piel­grzymka oka­zała się rów­nież bile­tem wstępu do sły­ną­cych z prze­stęp­czo­ści, zmar­gi­na­li­zo­wa­nych dziel­nic mia­sta Mek­syk, takich jak Tepito, Tacu­baya, Izta­pa­lapa, More­los. Do Mek­syku wra­ca­łem jesz­cze w latach 2019 i 2020, a także 2023, kon­ty­nu­ując bada­nia tere­nowe i pro­wa­dząc wywiady w zakła­dach kar­nych i popraw­czych. W niniej­szym repor­tażu zde­cy­do­wa­łem się zawrzeć rów­nież cenne bez­po­śred­nie obser­wa­cje Marco, któ­rymi podzie­lił się ze mną w ramach wspól­nej pracy badaw­czej.

Praw­dziwą gratką był dla mnie udział w mię­dzy­na­ro­do­wym pro­jek­cie nauko­wym orga­ni­zo­wa­nym przez Uni­wer­sy­tet w Oslo, a kie­ro­wa­nym przez pro­fe­sora Sve­inunga Sand­berga, jed­nego z czo­ło­wych kry­mi­no­lo­gów na świe­cie. Pro­jekt CRIMLA (Crime in Latin Ame­rica), finan­so­wany z grantu Nor­we­gian Rese­arch Coun­cil i skon­cen­tro­wany na roli rodziny, zatrud­nie­nia, kul­tury i pań­stwa w odnie­sie­niu do prze­stęp­czo­ści, oka­zał się strza­łem w dzie­siątkę. Jego celem było pozna­nie doświad­czeń więź­niów prze­by­wa­ją­cych w insty­tu­cjach korek­cyj­nych. Inte­re­so­wały nas ich histo­rie zwią­zane z rodziną pocho­dze­nia, edu­ka­cją, krę­gami kole­żeń­sko-przy­ja­ciel­skimi, ścieżką zawo­dową, a także prze­stęp­czą. Ważny był każdy aspekt ich życia, o któ­rym chcieli nam opo­wie­dzieć. W latach 2021–2024 wraz z ekipą badaw­czą z kilku kra­jów euro­pej­skich i laty­no­ame­ry­kań­skich prze­pro­wa­dzi­li­śmy łącz­nie około 1050 wywia­dów wśród kobiet i męż­czyzn osa­dzo­nych w zakła­dach kar­nych w Mek­syku, Kolum­bii, Hon­du­ra­sie, Chile, Argen­ty­nie, Bra­zy­lii i Boli­wii. To dzięki udzia­łowi w pro­jek­cie mogłem wejść do wielu zakła­dów kar­nych i wysłu­chać histo­rii życio­wych uwię­zio­nych tam kobiet.

Niniej­szy repor­taż opiera się w głów­nej mie­rze na danych uzy­ska­nych w Mek­syku, Hon­du­ra­sie i pozo­sta­łych pań­stwach w ramach pro­jektu CRIMLA. Dodat­kowo moje wcze­śniej­sze pobyty w Bra­zy­lii i Ekwa­do­rze, a także w Argen­ty­nie, Para­gwaju i na Kubie pomo­gły mi nakre­ślić pano­ramę Ame­ryki Łaciń­skiej.

2. W pewnej dzielnicy Mexico City

2

W pew­nej dziel­nicy Mexico City

Był luty 2016 roku. Mniej wię­cej od dwóch mie­sięcy kur­so­wa­łem pomię­dzy biblio­teką gosz­czą­cego mnie uni­wer­sy­tetu a róż­nymi naukow­cami, któ­rzy sta­rali się przy­bli­żyć mi inte­re­su­jące mnie zagad­nie­nia. Były to jed­nak w dużej mie­rze roz­wa­ża­nia teo­re­tyczne, jeśli nie liczyć ofi­cjal­nych sta­ty­styk poli­cyj­nych i sądo­wych. A mnie się wyma­rzyły bada­nia tere­nowe zakła­da­jące pozy­ski­wa­nie wie­dzy z pierw­szej ręki. Cho­dziło o to, żeby tro­chę się „ubru­dzić” i wyjść poza wygodną i her­me­tyczną uczel­nię. Chcia­łem nie tylko prze­pro­wa­dzić wywiady, lecz także, przy odro­bi­nie szczę­ścia, oso­bi­ście się prze­ko­nać, jak wygląda mek­sy­kań­ska ulica, czyli natu­ralne śro­do­wi­sko dile­rów nar­ko­ty­ko­wych. Szcze­gól­nie inte­re­so­wał mnie jed­nak udział kobiet w biz­ne­sie nar­ko­ty­ko­wym.

W końcu nad­szedł upra­gniony dzień. Moja eks­cy­ta­cja się­gała zenitu. Czło­wiek, któ­rego przed­sta­wiła mi koor­dy­na­torka pro­jektu, wresz­cie się ode­zwał, wska­zu­jąc czas i miej­sce spo­tka­nia. Po bli­sko dwóch mie­sią­cach spę­dzo­nych w biblio­tece i prze­pro­wa­dze­niu kilku mniej istot­nych wywia­dów na temat han­dlu nar­ko­ty­kami poja­wiły się szanse na prze­łom.

Marco miał wtedy nieco ponad trzy­dziestkę i z mojej per­spek­tywy wyglą­dał jak bez­domny. Jego splą­tane włosy i wytarte spodnie nie wzbu­dziły mojego zaufa­nia. Gdy bli­sko tydzień wcze­śniej spo­glą­da­łem na niego pod­czas meczu lucha libre, jesz­cze nie wie­dzia­łem, ile będę mu zawdzię­czał i jak bar­dzo nasze losy się ze sobą zwiążą. Zapy­ta­łem go wtedy:

– Był­byś w sta­nie mi pomóc? Zależy mi, żeby zoba­czyć to wszystko na wła­sne oczy.

Marco spoj­rzał na mnie i się uśmiech­nął.

– Zasta­no­wię się i dam ci znać – odpo­wie­dział po chwili.

Po tym spo­tka­niu czas dłu­żył mi się nie­mi­ło­sier­nie. Codzien­nie spraw­dza­łem po kilka razy skrzynkę mailową. Mniej wię­cej po tygo­dniu odpi­sał. Poin­stru­ował mnie, żebym wsiadł do metra i poja­wił się na umó­wio­nej sta­cji o godzi­nie 13.00. Gdy pod­nie­cony do gra­nic moż­li­wo­ści zer­k­ną­łem na apli­ka­cję z roz­kła­dem jazdy trans­portu publicz­nego, zorien­to­wa­łem się, że czeka mnie kilka prze­sia­dek i co naj­mniej godzina podróży. Pierw­sza myśl pod­po­wie­działa mi, że jadę gdzieś daleko, gdzie ni­gdy wcze­śniej nie byłem. Miesz­ka­łem wtedy w dobrej dziel­nicy na gra­nicy Chi­ma­li­stac i Coyoacán, w któ­rej na każ­dym rogu stał poli­cjant i nawet wie­czo­rem było w miarę bez­piecz­nie. Kra­jo­braz two­rzyły gale­rie han­dlowe, parki, restau­ra­cje i wszel­kiej maści obwoźni sprze­dawcy ofe­ru­jący głów­nie jedze­nie uliczne.

Na sta­cji metra Miguel Ángel de Quevedo poja­wi­łem się nie­spełna godzinę po odczy­ta­niu wia­do­mo­ści mailo­wej. Kom­plet­nie nie wie­dzia­łem, co mam ze sobą zabrać. Zapa­ko­wa­łem jedy­nie butelkę wody, ksero pasz­portu, kilka papie­rów potwier­dza­ją­cych, czym się zaj­muję, i nała­do­wany do gra­nic moż­li­wo­ści tele­fon wraz z prze­no­śnym ban­kiem ener­gii. Było tro­chę po godzi­nie 11.00, więc ruch pasa­żer­ski był nie­znaczny. Kie­dyś zda­rzyło mi się wsiąść dopiero za pią­tym razem – wszyst­kie poprzed­nie kursy były prze­peł­nione. A i tak jecha­łem w ogrom­nym ści­sku, upchany jak sar­dynka w puszce. Gdy w końcu wsia­dłem, robi­łem, co mogłem, by meta­lowe porę­cze nie poła­mały mi żeber. Tym razem było spo­koj­nie, wręcz sen­nie, bio­rąc pod uwagę to, jak dzi­kie potrafi być mek­sy­kań­skie metro. W mojej gło­wie pano­wał jed­nak chaos.

Roz­wa­ża­łem różne sce­na­riu­sze tego, co może się za chwilę wyda­rzyć, zasta­na­wia­łem się nad kolej­nymi pyta­niami i moim hisz­pań­skim. Czy na pewno zro­zu­miem odpo­wie­dzi? Czy będę potra­fił zadać wła­ściwe pyta­nia? Co mnie spo­tka, gdy już znajdę się na miej­scu? W tym momen­cie zda­łem sobie sprawę, że powie­rzam swoje losy oso­bie, któ­rej wła­ści­wie nie znam. Nie mia­łem poję­cia, jaki jest Marco i czy w razie ewen­tu­al­nego nie­bez­pie­czeń­stwa wie, co robić. Widzia­łem go przez mniej wię­cej dwie godziny, czyli tyle, ile trwa mecz lucha libre. To tro­chę mało, by ramię w ramię robić bada­nia w dziel­nicy, gdzie nar­ko­tyki, pro­sty­tu­cja i zabój­stwa są na porządku dzien­nym.

Posta­no­wi­łem, że zamiast o tym myśleć, sku­pię się na samej dro­dze. Zauwa­ży­łem, że wraz z kolej­nymi prze­siad­kami opusz­czam tak zwaną dobrą dziel­nicę, a tym samym moją strefę kom­fortu. Ele­ganccy pasa­że­ro­wie ubrani w mar­kowe gar­ni­tury, błysz­czące buty i modne koszule oraz tury­ści stop­niowo się wykru­szali. Ich miej­sce zaj­mo­wali han­dla­rze róż­no­ściami, per­for­me­rzy, któ­rzy w ramach show leżeli gołymi ple­cami na roz­bi­tym szkle, graj­ko­wie i nie­wi­domi śpie­wacy trzy­ma­jący w jed­nej ręce nachalny gło­śnik, a w dru­giej kube­czek na drobne. Widow­nią ich poka­zów była podró­żu­jąca na tej tra­sie klasa śred­nia, która stwa­rzała szansę na zaro­bek, rzu­ca­jąc co jakiś czas kilka pesos. Śpie­szący się do pracy w urzę­dach i kor­po­ra­cjach pasa­że­ro­wie opusz­czali mój wago­nik jak za dotknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdżki.

Po kolej­nych prze­siad­kach zetkną­łem się z podróż­nymi innego typu, głów­nie star­szymi ludźmi, na któ­rych trudy życia odci­snęły swoje piętno. Część z nich zapewne pozo­sta­wała w kry­zy­sie bez­dom­no­ści. Nie­któ­rzy dźwi­gali cięż­kie torby wypchane ubra­niami i tym, co zna­leźli na ulicy. Coraz czę­ściej do wagonu wsia­dały zgięte wpół kobiety. Na ple­cach dźwi­gały kil­ku­dzie­się­cio­li­trowe pla­sti­kowe worki z jedze­niem. Udało mi się dostrzec ser, awo­kado, tor­tillę pako­waną po kil­ka­dzie­siąt sztuk, cebulę, fasolę i owoce. W rękach trzy­mały kil­ku­na­sto­li­trowe baniaki z wodą pitną. Wtedy myśla­łem, że po pro­stu tym han­dlują lub przy­rzą­dzają uliczne jedze­nie, które jest tanie i popu­larne w bied­niej­szych dziel­ni­cach. Część z nich skry­wała jed­nak mroczne tajem­nice. Zapewne wiele z nich wio­zło zapasy żyw­no­ści swoim bli­skim prze­by­wa­ją­cym w wię­zie­niach. Kilka tygo­dni póź­niej zoba­czy­łem mnó­stwo kobiet obju­czo­nych dokład­nie takimi samymi pro­duk­tami w iden­tycz­nych opa­ko­wa­niach przed bra­mami zakła­dów kar­nych, do któ­rych wsze­dłem. Dowie­dzia­łem się wtedy, że wiele z tych sta­ru­szek odwie­dza swo­ich krew­nych, sto­jąc w gigan­tycz­nych kolej­kach. Nie­które zmu­szane są także do prze­my­ca­nia do środka nar­ko­ty­ków. To od nich zależy, czy człon­ko­wie ich rodzin prze­żyją za krat­kami.

Inną grupę pasa­że­rów sta­no­wili mło­dzi męż­czyźni, któ­rych tatu­aże pokry­wały skąpo odziane klatki pier­siowe, ramiona, dło­nie, szyje, a nie­kiedy i twa­rze. Więk­szość z nich była nie­mal przy­spa­wana do komó­rek, pozo­stali roz­glą­dali się na boki. Nie robili tego dys­kret­nie, a ja już wie­dzia­łem, że powi­nie­nem mieć się na bacz­no­ści. Instynk­tow­nie scho­wa­łem tele­fon i sta­ra­łem się uni­kać ich zawa­diac­kiego spoj­rze­nia, któ­rym raz za razem lustro­wali oto­cze­nie. Wie­dzia­łem, że prze­ma­wia przeze mnie ste­reo­typ, ale wola­łem nie ryzy­ko­wać. Choć Marco pole­cił mi wło­żyć naj­gor­sze spodenki i naj­bar­dziej sfa­ty­go­wany T-shirt oraz nie dbać prze­sad­nie o fry­zurę, to i tak trudno mi było ukryć fakt, że nie jestem stąd. Jedyne, co mogłem zro­bić, to nie wyglą­dać jak tury­sta i nie przy­cią­gać nie­po­trzeb­nej uwagi.

Wresz­cie, gdy skład ostro zaha­mo­wał, zauwa­ży­łem długo wycze­ki­waną nazwę sta­cji Lagu­nilla. Kiedy tylko drzwi się uchy­liły, moje noz­drza pochwy­ciły inten­sywny zapach arty­ku­łów wyło­żo­nych na pod­ziem­nych stra­ga­nach: pod­ro­bio­nych per­fum i żyw­no­ści. Wraz z wszech­obecną wonią mari­hu­any oto­czyły wagon nie­wi­dzial­nym murem. W ści­sku i zadu­chu kie­ro­wa­łem się ku wyj­ściu z metra. Przez moment prze­mknęła mi myśl o prze­pi­sach prze­ciw­po­ża­ro­wych, ale nie sku­pia­łem się na tym dłu­żej, pró­bu­jąc wydo­stać się ze sta­cji i nie roz­dep­tać uło­żo­nego na ziemi towaru. Gdy osta­tecz­nie prze­bi­łem się przez tłum pasa­że­rów oraz han­dla­rzy i wysze­dłem na powierzch­nię, zna­la­złem się w innym świe­cie. Sta­cję szczel­nie wypeł­niali uliczni sprze­dawcy, niczym kor­don poli­cji po meczu piłki noż­nej. Powie­trze prze­sy­cał dym wydo­by­wa­jący się z prze­no­śnych sta­no­wisk, gdzie na roz­grza­nych pły­tach domo­ro­śli kucha­rze sma­żyli mięso i przy­rzą­dzali różne potrawy, z któ­rych sły­nęła ta dziel­nica (na przy­kład sprze­da­wane przy głów­nych szla­kach komu­ni­ka­cyj­nych pię­trowe kanapki, potocz­nie zwane tor­tas del metro). Wszę­do­byl­ski har­mi­der potę­go­wany przez nawo­ły­wa­nia sprze­daw­ców wypeł­niał moje uszy, spra­wia­jąc, że dłuż­szą chwilę zajęło mi zorien­to­wa­nie się, w jakim kie­runku mam iść.

Kiedy mia­łem jesz­cze dostęp do inter­netu, wgra­łem na tele­fon mapę. Plat­forma Google Maps wska­zy­wała, że zaraz po wyj­ściu ze sta­cji powi­nie­nem przejść przez ruchliwą kil­ku­pa­smową ulicę i po kil­ku­dzie­się­ciu metrach dotrzeć na miej­sce. Dokład­nie za kwa­drans miał się tam poja­wić Marco. Kiedy tak sta­łem, pró­bu­jąc zła­pać oddech po wspi­naczce po nie­koń­czą­cych się scho­dach metra, a moje oczy przy­zwy­cza­jały się do rażą­cych pro­mieni sło­necz­nych, zoba­czy­łem jakie­goś czło­wieka pędzą­cego w moją stronę. Trzech innych naj­praw­do­po­dob­niej go ści­gało. Zasty­głem w bez­ru­chu, zasta­na­wia­jąc się, co robić, gdyż z mojej per­spek­tywy cała czwórka bie­gła pro­sto na mnie. Cof­ną­łem się instynk­tow­nie do wej­ścia, uni­ka­jąc przy­pad­ko­wego zde­rze­nia. Serce waliło mi jak młot, a ja zada­wa­łem sobie pyta­nie, co jesz­cze szy­kuje dla mnie ta dziel­nica.

Nagle usły­sza­łem prze­cią­głe gwizd­nię­cia. Ponie­waż w tej oko­licy co chwila sły­chać nawo­ły­wa­nia prze­bi­ja­jące się przez ryk aut i wiel­kich cię­ża­ró­wek, na początku nie zwra­ca­łem na nie uwagi. Po chwili jed­nak dotarło do mnie, że to ja jestem ich adre­sa­tem. Wysi­li­łem wzrok i w odle­gło­ści kil­ku­dzie­się­ciu metrów pośród ludz­kiego mro­wia dostrze­głem Marco. Machał rękami i gwiz­dał, przy­wo­łu­jąc mnie do sie­bie. Prze­ci­snąw­szy się przez stra­gany wypeł­nia­jące całą prze­strzeń, a potem poko­naw­szy kil­ku­pa­smową ulicę wypeł­nioną sto­ją­cymi w korku autami, dotar­łem do mojego infor­ma­tora. Podob­nie jak poprzed­nio, tak i tym razem wyglą­dał jak bez­domny. Jego roz­czo­chrane włosy i brudne dło­nie spra­wiały wra­że­nie, jakby dopiero skoń­czył pracę w warsz­ta­cie samo­cho­do­wym. „Może to kamu­flaż?” – pomy­śla­łem, sta­ra­jąc się nie sku­piać na nim spoj­rze­nia.

– Jesteś gotowy? – upew­nił się, czy jestem zde­cy­do­wany wejść w głąb dziel­nicy owia­nej złą sławą.

– Tak – odpo­wie­dzia­łem, choć moja pew­ność sie­bie top­niała z minuty na minutę. Mia­łem nadzieję, że oku­lary prze­ciw­sło­neczne choć czę­ściowo maskują moje obawy.

– Idziesz tuż za mną, nie zba­czasz z drogi. No i pamię­taj, że robisz to na wła­sne ryzyko, zro­zu­mia­łeś?

Zabrzmiało to jak ostrze­że­nie prze­wod­nika po daw­nej elek­trowni ato­mo­wej w Czar­no­bylu.

– Zro­zu­mia­łem. A mogę napi­sać SMS do naszej wspól­nej zna­jo­mej? – zapy­ta­łem, zda­jąc sobie sprawę z tego, że nikt nie wie, gdzie się teraz znaj­duję. W tej chwili uświa­do­mi­łem sobie też, że widzę Marco po raz drugi w życiu.

– Jasne, napisz wia­do­mość i idziemy, bo kolega już na nas czeka – odpo­wie­dział, zwal­nia­jąc nie­znacz­nie tempo mar­szu.

Gdy tylko wysła­łem infor­ma­cję, szyb­kim kro­kiem ruszy­li­śmy przed sie­bie. Wszech­obecny har­mi­der, pokrzy­ki­wa­nia sprze­daw­ców i klien­tów nego­cju­ją­cych ceny, szum sil­ni­ków prze­jeż­dża­ją­cych pojaz­dów skła­dały się na dźwię­kowy kra­jo­braz tego miej­sca. W miarę jak zapusz­cza­li­śmy się w głąb dziel­nicy, uliczki robiły się coraz węż­sze. Zmie­niał się rów­nież asor­ty­ment stra­ga­nów. Coraz mniej było pod­ró­bek ubrań, butów i płyt CD, za to coraz czę­ściej poja­wiały się maczety, scy­zo­ryki i noże. Inten­syw­niała także woń mari­hu­any. Pyta­nia o bez­pie­czeń­stwo, które zada­wa­łem sobie w metrze, sta­wały się coraz bar­dziej natar­czywe. W końcu, po kilku zakrę­tach w lewo i w prawo wśród podob­nie wyglą­da­ją­cych domów, zgu­bi­łem orien­ta­cję. Zabu­do­wa­nia były teraz niż­sze, cia­sno stło­czone i skon­stru­owane z gor­szych mate­ria­łów. Ich nie­kom­pletne dachy z wysta­ją­cymi zbro­je­niami i popę­kane ściany przy­ozdo­bione kolo­ro­wymi gra­fi­kami spra­wiały, że mia­łem wra­że­nie prze­nie­sie­nia się do innego wymiaru. Czu­łem się obco. Z każ­dym kro­kiem uświadamia­łem sobie, że jestem tu intru­zem.

Zgod­nie z instruk­cjami Marco sta­ra­łem się nie roz­glą­dać, ale cie­ka­wość nie­kiedy brała górę. Na kra­węż­ni­kach stali mło­dzi męż­czyźni z przy­kle­jo­nymi do ust skrę­tami. Ich tatu­aże zdra­dzały przy­na­leż­ność do gan­gów, a miny wska­zy­wały na to, że lepiej nie wcho­dzić im w drogę.

– Nie patrz im w oczy – rzu­cił mój prze­wod­nik, przy­śpie­sza­jąc kroku.

Czu­łem, że odpro­wa­dzają nas prze­cią­głym spoj­rze­niem, pró­bu­jąc zgad­nąć, czy jeste­śmy zagro­że­niem dla pro­wa­dzo­nych tu inte­re­sów. Co chwila mijali nas nasto­lat­ko­wie na sku­ter­kach z nie­odzow­nymi krót­ko­fa­lów­kami w rękach. Czu­jąc, że stop­niowo tracę kon­trolę nad sytu­acją, w któ­rej wła­śnie uczest­ni­czę, posta­no­wi­łem zadać mojemu prze­wod­ni­kowi kilka pytań.

– To groźna dziel­nica?

– Sam bym się tu nie zapusz­czał – odpo­wie­dział, uśmie­cha­jąc się pod nosem.

– Domy­ślam się. Mam wra­że­nie, jak­by­śmy byli obser­wo­wani. – Posta­no­wi­łem w końcu podzie­lić się moimi wra­że­niami po mniej wię­cej kwa­dran­sie prze­chadzki wąskimi ulicz­kami.

– Bo jeste­śmy – odparł Marco, nawet nie siląc się na odwró­ce­nie głowy w moją stronę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1.port. „Kobiety”, „Męż­czyźni” i „Mutanci”. [wróć]

2. Cyt. za: Ency­klo­pe­dia Bri­tan­nica [online], przeł. autor. Źró­dło: https://www.bri­tan­nica.com/topic/favela. [wróć]

3.Homi­cide rates in selec­ted Latin Ame­ri­can and Carib­bean coun­tries in 2024. Źró­dło: https://www.sta­ti­sta.com/sta­ti­stics/947781/homi­cide-rates-latin-ame­rica-carib­bean-coun­try/#:~:text=In%202024 %2C%20the%20highest%20homi­cide%20rate%20among,homi­cide% 20rate%20of%201.9%20per%20100%2C000%20inhabitants. [wróć]