36,90 zł
Milcząca Santa Muerte
Narkobiznes ma twarz kobiety
Nie jest to medialna opowieść o narkotykowych baronach, lecz obraz brutalnej rzeczywistości, w której prawdziwa władza i przetrwanie narkobiznesu spoczywają w rękach partnerek, żon i córek. To kobiety są kręgosłupem operacyjnym karteli. Ich patronką i powierniczką sekretów jest La Catrina symbolizująca Santa Muerte, której oddają hołd i proszą o wstawiennictwo, gdy wszystko inne zawodzi. Nastolatki uwiedzione obietnicą lepszego życia, matki, które dla ochrony synów stają się częścią maszyny do zabijania, oddane towarzyszki życia czy wręcz kierujące z powodzeniem zbrodniczym procederem.
Chomczyński odsłania kulisy świata narkotykowego, jakiego dotychczas nie znaliśmy. Wykorzystując lata ryzykownych badań terenowych w krajach Ameryki Południowej, po raz pierwszy oddaje głos kobietom. Jako biegły powoływany przez amerykańskie sądy w sprawach dotyczących karteli narkotykowych ma dostęp do unikalnych dokumentów i ludzkich historii, a w tym szokującym reportażu łączy chłodną analizę naukową z porywającymi, intymnymi opowieściami bohaterek.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Zdjęcie autora na okładce: Bartosz Kałużny Projekt okładki: Mariusz Banachowicz Redakcja: Daria Demidowicz-Domanasiewicz Korekta: Agnieszka Madyńska Redakcja techniczna: Adam Kolenda
Copyright © Piotr Chomczyński, 2026 Copyright © for this edition by Dressler Dublin Sp. z o.o., 2026
Producent: Dressler Dublin Sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki e-mail: sekretariat@dressler.com.pl
Dane do kontaktu: Wydawnictwo Bukowy Las ul. Sokolnicza 5/76, 53-676 Wrocław e-mail: redakcja@bukowylas.pl; bukowylas.pl
ISBN 978-83-68758-55-9
Wyłączny dystrybutor: Dressler Dublin Sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+48 22) 733 50 31/32 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl; dressler.com.pl
Księgarnie internetowe: swiatksiazki.pl, ksiazki.pl, czytam.pl
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
[…] zło nigdy nie jest „radykalne”, a tylko skrajne i nie posiada ono żadnej głębi ani jakiegokolwiek demonicznego wymiaru. Może ono wypełnić i spustoszyć cały świat, bo rozprzestrzenia się jak grzyb porastający powierzchnię. „Urąga myśli”, jak napisałam, gdyż myśl próbuje dotrzeć na pewną głębokość, sięgnąć do korzeni, w momencie zaś, gdy zajmie się złem, jałowieje, bo dotyka nicości. Na tym polega „banalność zła”. Jedynie dobro posiada głębię i może być radykalne.
Hannah Arendt, Eichmann w Jerozolimie – rzecz o banalności zła, 1963
Pamięci moich Dziadków,
którzy zarazili mnie pasją podróżniczą
Wprowadzenie
Bywając od 2010 roku w Ameryce Łacińskiej, nie raz widywałem kobiety, które kręciły się w miejscach, gdzie handlowano narkotykami, jednak nigdy nie poświęcałem im swojej uwagi. Patrzyłem na nie, ale ich nie widziałem. Kiedy się nad tym zastanowiłem, dotarło do mnie, że myśląc o narkobiznesie, kierowałem się przede wszystkim stereotypami. Moje wyobrażenia na temat handlu narkotykami jako stricte męskiego zajęcia brały się bowiem głównie z przekazów popkulturowych. Popularne filmy, jak Sicario, Kokainowi kowboje, Traffic czy serial Narcos, utrwalają obraz macho, którzy kształtują narkoimperia. Przedstawiają także kobiety jako ofiary handlu narkotykami, matki i żony rozpaczające nad śmiercią bliskich oraz ozdobne maskotki, którymi bawią się bossowie narkotykowi, zapraszając je na wystawne przyjęcia w charakterze dziewczyn do towarzystwa. Do wyjątków należą aktywne uczestniczki biznesu narkotykowego, jak choćby bohaterka serialu La Reina del Sur, czyli Królowa Południa. Ta amerykańsko-hiszpańsko-kolumbijska telenowela z 2011 roku na podstawie powieści Arturo Péreza-Revertego uczyniła wyłom w społecznej percepcji roli kobiet w narkobiznesie. Ja także się nimi w końcu zainteresowałem. W 2012 roku ujrzałem w nich ofiary narkobiznesu, obserwując, jak czekają na odwiedzenie swoich bliskich przed bramą więzienia w Quito w Ekwadorze. Dopiero cztery lata później w Meksyku zauważyłem, że ich rola jest bardziej złożona. Filmowcy, muzycy, a czasami także dziennikarze oraz influencerzy pokazują tylko jedną stronę medalu. I choć zgodzę się, że w narkobiznesie pierwsze skrzypce grają mężczyźni, to kobiety na pewno nie są jedynie tłem ich działań.
O ich czynnym uczestnictwie w narkobiznesie przekonałem się na własne oczy po raz pierwszy w Meksyku w 2016 roku, w jednej z dzielnic, do których lepiej nie zapuszczać się nawet w ciągu dnia. Splot różnych okoliczności sprawił, że znalazłem się w pokoju, gdzie po jednej stronie kobiety zajmowały się małymi dziećmi, a po drugiej ręka w rękę z mężczyznami porcjowały kokainę i pakowały ją do małych torebeczek. Uzmysłowiłem sobie wówczas, że narkotyki są stałym elementem codzienności tych ludzi. Rzadko kiedy rozpatrują oni swoją aktywność w kategoriach dobra i zła, znacznie częściej natomiast traktują handel nimi jako dodatkową pracę pozwalającą domknąć budżet domowy.
Bo prawdziwy biznes narkotykowy ma różne oblicza. Na samym szczycie piramidy znajdują się nieliczni, jak Pablo Escobar, El Chapo czy El Mencho, z bajecznymi fortunami i wpływami sięgającymi najwyższych szczebli władzy. Od niedawna słyszy się także o potężnych „królowych narkotykowych”, które za życia wywalczyły sobie miejsce wśród narcos. Niektóre z nich zasłynęły z bezwzględności i pomysłowości, jak Kolumbijki Griselda Blanco czy Mery Valencia de Ortis.
Ich spektakularne historie mają się jednak nijak do losów zdecydowanej większości bezimiennych kobiet, które z własnej woli lub pod przymusem uczestniczą w narkobiznesie, współtworząc zbrodnicze imperia. Z wieloma z nich udało mi się porozmawiać w zakładach poprawczych i karnych. Dotarłem także do kobiet pracujących jako płatne zabójczynie oraz oskarżonych o udział w porwaniach. Osobną kategorię stanowią dziewczyny, które wchodząc w intymną relację z członkami karteli i gangów, dopuszczały się przestępstw, a niekiedy także zbrodni, rezygnując z szansy na wolność i życie poza grupą przestępczą.
Kobiety narkobiznesu to również babcie, matki, córki, żony, koleżanki i wspólniczki w jakimś stopniu pozostające w sferze wpływów syndykatów przestępczych. Oprócz osławionych karteli narkotykowych mam tutaj na myśli wszelkiego rodzaju uliczne gangi i organizacje, takie choćby jak honduraskie Barrio 18 czy Mara Salvatrucha 13, a także mniejsze grupy parające się głównie przemytem i handlem narkotykami.
Temat udziału kobiet w biznesie narkotykowym jest dość wrażliwy i wymaga szczególnej ochrony źródeł informacji. Z tego względu wszelkie imiona są fikcyjne, a niektóre wywiady zostały podzielone na fragmenty, te zaś przypisane do różnych osób, tak by nie można było zidentyfikować tej, która się wypowiedziała. Zabiegi te mają na celu zatajenie tożsamości kobiet, z którymi rozmawiałem.
1
Organizacje przestępcze krajów Ameryki Łacińskiej
Myśląc o narkobiznesie, często mamy przed oczami wszechwładne, świetnie zorganizowane latynoamerykańskie organizacje przestępcze, takie jak choćby siejący obecnie terror Cártel de Jalisco Nueva Generación (CJNG) czy osławiony Cártel de Sinaloa (CDS).
Pojęcie „kartel narkotykowy” bywa mylące, ponieważ jest nieostre. Kartel to po prostu porozumienie między przedsiębiorcami, którego celem lub skutkiem jest wyeliminowanie, ograniczenie lub naruszenie konkurencji. Chodzi zatem o nielegalne ograniczanie konkurencji, by osiągać wyższe zyski. Kupujący płaci zdecydowanie więcej za ten sam towar. Tak samo jest w przypadku karteli narkotykowych, które zrzeszają wiele organizacji, by zbudować monopol i windować ceny substancji psychoaktywnych. Samo porozumienie pomiędzy organizacjami może być ścisłe lub przypominać luźny związek. Niektóre kartele są zarządzane żelazną ręką i bardzo scentralizowane (np. niegdyś Los Zetas), inne zaś są swobodnym układem różnych organizacji przestępczych, które zachowują sporą autonomię, a czasami działają zupełnie od siebie niezależnie (np. Cártel de Sinaloa).
Wbrew obiegowym wyobrażeniom kartele sprzedają nie tylko narkotyki. W latach 70. i 80. kartele kolumbijskie, a potem także meksykańskie, rzeczywiście dorabiały się głównie na sprzedaży marihuany, potem kokainy i pochodnych. Teraz jednak krociowe zyski zapewnia im oprócz sprzedaży narkotyków handel ludźmi, bronią, odpadami, dzikimi zwierzętami, bezprawna wycinka lasów, wydobycie metali, kruszców i kamieni rzadkich, wreszcie porwania dla okupu. Zdaniem meksykańskiego eksperta od przestępczości zorganizowanej, Alfreda Castillo, w 2014 roku kartele czerpały dochód z nielegalnego wydobycia rudy żelaza. Z kolei dla Alfreda Peñi i The Associated Press źródłem zysków były haracze nakładane na duże firmy międzynarodowe, a także okradanie pracowników wykorzystujących przekazy pieniężne, aby wspomóc swoje rodziny. Kartel CJNG czerpie ogromne zyski z nieuczciwego timesharingu, czyli oszukańczej umowy korzystania z wakacyjnej nieruchomości (apartamentu, hotelu, bungalowu) przez określony czas w roku (np. 1–2 tygodnie), zazwyczaj dłuższej niż rok.
Wielkie dochody tych organizacji pozwalają im osiągać potężne rozmiary. Prestiżowe czasopismo „Science Magazine” podało w tym samym roku, że meksykańskie kartele zatrudniają 160–185 tysięcy osób i pozostają piątym pracodawcą za takimi firmami, jak Femsa (321 tys.), Walmart (231 tys.), Manpower (203 tys.) czy America Movil (181 tys.). Rozwiązaniem mogłyby być wyższe zarobki u legalnych pracodawców, które osłabiłyby atrakcyjność organizacji przestępczych. Młodzi ludzie woleliby dobrze zarabiać i mieć pewność, że dożyją jutra. Tak niestety się jednak nie dzieje, zwłaszcza odkąd administracja Donalda Trumpa nałożyła na Meksyk nowe cła. Narkobiznes rośnie w siłę i zbiera krwawe żniwo, głównie wśród młodych.
Kobiety, podobnie jak mężczyźni, od samego początku są powiązane z nielegalnym biznesem, z tą jednak różnicą, że z rzadka wstępują w szeregi organizacji przestępczych. Najczęściej współpracują z nimi. W wielu wypadkach nie jest to ich decyzja, są do tego przymuszane. Kobiety zdecydowanie rzadziej zajmują stanowiska kierownicze i tylko sporadycznie udaje im się wspiąć na szczyt. Nie oznacza to jednak, że tak się nie zdarza! W poczet największych piratów ponad dwieście lat temu zapisała się Chinka Ching Shih, która zrewolucjonizowała piractwo jako formę zarobkowania. Historyk Robert J. Antony przekonuje, że wcześniej zajmowali się nim dorywczo rybacy, zaś pod jej rządami stało się ono pełnowymiarową profesją. W szczytowym okresie funkcjonowania, w pierwszej połowie XIX wieku, Ching Shih miała pod swoją komendą blisko 1,5 tysiąca statków i ponad 60 tysięcy podkomendnych!
Także w czasach nam współczesnych działają „mistrzynie zbrodni”. Mam tu na myśli takie „gwiazdy” narkobiznesu jak Kolumbijki Griselda Blanco, Mery Valencia de Ortis czy Meksykanki Sandra Avila Beltran, okrzyknięta Królową Pacyfiku, oraz dwudziestojednoletnia La Catrina, jedna z szefowych Cártel de Jalisco Nueva Generación. Kobiety te, podobnie jak chińska piratka, zrewolucjonizowały przestępczy biznes. Zwłaszcza Griselda Blanco i Mery Valencia de Ortis jako matki chrzestne imperiów narkotykowych wprowadziły nowe metody przerzutu towaru oraz jego dystrybucji, podbijając rynek amerykański.
Z reguły jednak kobiety od lat wykonują najgorszą i najmniej opłacaną pracę. W wielu przypadkach nie mają wyboru i muszą przemycać kontrabandę zarówno przez granicę, jak i do zakładów karnych. Ryzykują życie, zdrowie i wolność. Brytyjka Jennifer Fleetwood udowodniła, że choć spora część kobiet robi tą pod presją, to jednak ich zaangażowanie w narkobizes jest bardziej powszechne, niż się zwykle uważa. Badaczka pokazała, że są one zarówno ofiarami, jak i sprawczyniami, a nawet sprawnymi organizatorkami nielegalnego obrotu substancjami psychoaktywnymi. Szczególnie trudna jest sytuacja kobiet pracujących jako muły, zwanych w niektórych krajach Ameryki Łacińskiej potocznie hormigas, czyli mrówki. Wiele z nich trafiło wcześniej do zakładów poprawczych, a teraz przebywa w więzieniach. Są wyrzucone poza nawias społeczeństwa. Zmuszone do odsiadki z dala od rodziny i przyjaciół stały się kozłami ofiarnymi poświęconymi dla interesów organizacji przestępczych. Część z nich jednak wybrała taki los świadomie, chcąc zaistnieć w zdominowanym przez mężczyzn brutalnym biznesie narkotykowym.
Kobiety pracują dla narkobiznesu nie tylko w Meksyku, ale również w Hondurasie czy Ekwadorze. W tych państwach krajobraz przestępczy wypełniają małe gangi uliczne. Przykładem są honduraskie i salwadorskie Mara Salvatrucha (MS-13) lub Barrio 18. Te dwie organizacje przestępcze, których życie toczy się na ulicach dużych miast, mają zupełnie inny modus operandi niż takie wszechwładne kartele jak Jalisco Nueva Generación czy Sinaloa. Honduraskie i salwadorskie gangi uliczne pozostają zdecydowanie bliżej ludzi, gdyż są wkomponowane w społeczności lokalne. Młodym osobom obojga płci oferują przynależność do grupy i bezpieczeństwo, a czasami pomoc. Część członkiń MS-13, z którymi rozmawiałem, wręcz deklarowała, że gang jest dla nich drugą rodziną, w której mogą liczyć na szacunek i wsparcie. Inaczej także przebiega tu rekrutacja niż w przypadku dużych karteli narkotykowych, które znamy z Meksyku lub Kolumbii. Z reguły nie jest ona siłowa, ale wynika ze znajomości sytuacji prywatnej dziewcząt i młodych kobiet. Te z kolei wstępują w szeregi organizacji, które znają z codziennego życia. Ich członkowie to przeważnie sąsiedzi, znajomi, koledzy i przyjaciele, czasami nawet rodzeństwo.
Wspomnieć należy także o narkoinfluencerach, którzy podbijają obecnie rynek niezależnie od dużych organizacji przestępczych. Wśród nich są także nastolatki i młode kobiety, które wykorzystując media społecznościowe i komunikatory internetowe, takie jak Facebook, Instagram, Tiktok czy Telegram, oferują większość znanych substancji psychoaktywnych oraz szybką dostawę poprzez firmy kurierskie, przewozowe, a nawet drony. Jak podaje Ghaleb Krame, te ostatnie zresztą są w coraz częstszym użyciu większości organizacji handlujących tego rodzaju towarem.
Tematyka przestępczości zorganizowanej w krajach Ameryki Łacińskiej porwała mnie w 2010 roku. Wtedy to w ramach Szkoły Letniej organizowanej na Wydziale Ekonomiczno-Socjologicznym Uniwersytetu Łódzkiego po raz pierwszy wyjechałem do Ameryki Południowej. Jeszcze przed zajęciami miałem okazję trochę pozwiedzać Brazylię. Zacząłem od pięknych plaż Ipanema i rozsławionej przez filmowców Copacabany w Rio de Janeiro, które w lutym wyglądały nieziemsko.
Do tej pory jednak pamiętam zalecenia naszych gospodarzy, by na plaży mieć oczy dookoła głowy i się nie oddalać. Ostrzeżenie było konieczne, gdyż bezpośrednio z Copacabaną sąsiadują niebezpieczne, a zarazem bajkowo kolorowe fawele. Tamtego dnia, kiedy widziałem je oświetlone ostatnimi promieniami zachodzącego słońca, pomyślałem w duchu, że chciałbym dowiedzieć się więcej o miejscu, które znałem dotąd tylko z reportaży i kilku filmów.
Wieczorem w asyście przyjaciół z goszczącej nas uczelni wybraliśmy się posmakować nocnego życia Rio de Janeiro. Gospodarze nakazali nam trzymać się razem i nie zbaczać z głównych ulic. Przyznaję, że takie polecenie wzbudziło we mnie ciekawość. Podążając z tyłu za grupą, rozglądałem się wokół w poszukiwaniu sensacji. W pewnym momencie zauważył to Raul, jeden z naszych opiekunów. Był mniej więcej moim równolatkiem, a studia skończył kilka lat wcześniej. Zaczęliśmy rozmawiać. Po chwili zapytał wprost: „Co cię tak naprawdę interesuje?”.
– W Polsce zajmuję się przestępczością nieletnich i nie ukrywam, że zerkam sobie na boki, korzystając z okazji, że jestem w tak osławionym mieście – odpowiedziałem szczerze w nadziei, że podejmie temat.
Raul szedł przez chwilę w milczeniu, po czym przystanął.
– Zatrzymajmy się tutaj, coś ci pokażę – mruknął, strzelając oczami.
Skręciliśmy w boczną uliczkę, gdzie znajdował się jakiś klub. Za wielkim oknem wystawowym w wymyślnych strojach stali kobieta, mężczyzna i osoba transseksualna. Obok nich widniały tabliczki „Mulheres”, „Homens” i „Mutantes”1. Moje pytające spojrzenie spowodowało, że Raul poczuł się w obowiązku wytłumaczyć mi, o co chodzi.
– Tu możesz dostać wszystko, na co tylko masz ochotę – zakomunikował tajemniczo.
– Co oznacza wszystko? – wyartykułowałem dobitnie, wpatrując się w wystawę.
– W tym klubie oferują absolutnie wszystko – powtórzył. – Od seksu dla wyjątkowo wybrednych klientów aż po najbardziej wyszukane narkotyki.
– Każdy może tu wejść? – drążyłem jak uczeń.
– Niestety nie. Tylko jeśli masz zaproszenie, rekomendację lub cię dobrze znają – odparł konspiracyjnie. – Chodź, dołączymy do grupy, ale przejdziemy tędy. – Wskazał ręką równoległą zaciemnioną uliczkę.
Mój wewnętrzny radar wysyłał mi jedno ostrzeżenie za drugim. Wiem, że sam nigdy bym się tam nie zapuścił. Resztki rozsądku upominały mnie, że zdałem się na kolegę, którego znam zaledwie parę dni. Postanowiłem jednak zaryzykować. Inna sprawa, że nie chciałem wyjść na cykora.
Po chwili moim oczom ukazały się sylwetki osób powyginanych w nienaturalnych pozach. Niektóre z nich leżały na kartonach, inne na ręcznikach lub kocach. Pozostałe po prostu trwały w bezruchu, stojąc, klęcząc lub kuląc się w pozycji kucznej.
– Są pod wpływem narkotyków – wyjaśnił mój towarzysz, dając mi znak, żebyśmy się nie zatrzymywali.
Przyznam, że ten widok zrobił na mnie spore wrażenie. Przypomniały mi się ulice Filadelfii i Nowego Jorku, które zwiedzałem rok wcześniej. Wtedy po raz pierwszy widziałem na żywo ludzi w takim stanie.
Po całonocnej balandze w klubie musiałem choć trochę się zdrzemnąć. Nad ranem zbudził mnie dzwonek telefonu. Dostałem wiadomość od Raula, że ma dla mnie propozycję. Okazało się, że chce mi pokazać słynne fawele. Poczułem wielką ekscytację, która zepchnęła na margines całą senność. Zastrzegł, że on sam nie mógłby wjechać do środka, ale zna kogoś, kto jest stamtąd i może nas zawieźć. Oczywiście skrzętnie skorzystałem.
Parę godzin później byłem już w drodze. Stare, na wskroś przerdzewiałe auto kolegi Raula nie rzucało się w oczy, a wręcz idealnie komponowało się z krajobrazem. W miarę jak zbliżaliśmy się do celu, ubywało turystów, restauracji oraz budynków użyteczności publicznej. Z bliska okazało się, że kolorowe domki, które z daleka wyglądały jak z bajki, tak naprawdę zostały sklecone z wszelkich dostępnych materiałów – kawałków drewna, kartonów, z rzadka cegły. Przypomniał mi się opis z Encyklopedii Britannica2, który dobrze ilustruje, czym są fawele:
[…] zlokalizowane w obrębie lub na obrzeżach największych miast kraju, zwłaszcza Rio de Janeiro i São Paulo. Fawela zwykle powstaje, gdy osadnicy nielegalnie zajmują puste tereny na peryferiach miasta i budują prowizoryczne chaty (baraki) z odzyskanych lub skradzionych materiałów. Budowa rozpoczyna się od lekkich konstrukcji z resztek drewna, blachy i gliny. Z czasem są one zastępowane lub wzmacniane trwalszymi materiałami, takimi jak cegła, bloki żużlowe czy płyty betonowe. Brak podstawowej infrastruktury sprzyja powstawaniu niestabilnych, improwizowanych instalacji wodno-kanalizacyjnych i elektrycznych. Często wodę trzeba transportować z dużej odległości, a prymitywne metody utylizacji odpadów stanowią poważne zagrożenie dla zdrowia publicznego. W wyniku przeludnienia, złych warunków sanitarnych, niedożywienia i skażenia środowiska w biedniejszych fawelach szerzą się choroby, a wskaźnik umieralności niemowląt pozostaje wysoki.
Dopiero potem doczytałem, że w trakcie nieustannego procesu przeobrażania tego miejsca na bieżąco dokonuje się rekonstrukcji. Wznosi się nowe ramy stalowe i burzy stare ściany, a odzyskany materiał trafia do ponownego wykorzystania. Domy są mieszanką stali, betonu, cegły, cementu, kamienia naturalnego, drewna, płytek, metalu i plastiku. W razie gwałtownego porywu wiatru lub, co gorsza, huraganu czy powodzi niewiele z nich pozostaje.
Im bardziej zbliżaliśmy się do celu, w ruchach i spojrzeniu kolegi Raula dostrzegałem rosnącą nerwowość, mimo że był z tych okolic. W pewnym momencie oświadczył, że może zwolnić jedynie do dwudziestu pięciu–trzydziestu kilometrów na godzinę i pod żadnym pozorem nie będzie się zatrzymywał. Przyjąłem jego komunikat z pokorą i wdzięcznością, że zgodził się mi to wszystko pokazać. Zasłaniając ręką słońce, które co chwila przedzierało się przez ściany zabudowań, starałem się skupić wzrok na widoku za oknem samochodu. Przed domami beztrosko bawiły się dzieci i siedziały kobiety w różnym wieku. Miałem wrażenie, że przeniosłem się do rzeczywistości filmowej.
Przygotowując się do wyjazdu do Brazylii, obejrzałem kilka filmów dokumentalnych i fabularnych. Ogromne wrażenie zrobiło na mnie Miasto Boga z 2002 roku w reżyserii Fernando Meirellesa i Kátii Lund, zrealizowane na podstawie powieści Paulo Linsa. Teraz z odległości kilkunastu metrów, i to jeszcze zza szyby auta, widziałem obraz łudząco podobny do miejsca akcji tego filmu. Tym, co nie od razu zwróciło moją uwagę, był brak mężczyzn. Nie dostrzegłem ich zbyt wielu, zwłaszcza takich w sile wieku. Kolega Raula stwierdził, że są albo w środku, albo w pracy, bo zwykle wieczorem i w nocy do wczesnego poranka imprezują. Rozmowy przeprowadzone później z innymi ludźmi „z okolicy” oraz ze środowiska uczelnianego potwierdziły tę informację. Najczęściej widać było kobiety z małymi dziećmi. Część z nich przesiadywała w pobliżu domów, inne rozmawiały ze sobą, doglądając potomstwa. W 2023 roku Fundation for Global Girls podała, że fawele to dom dla blisko czterech milionów dzieci!
– Niech cię nie zmylą te kolorowe konstrukcje i widok kobiet oraz maluchów – odezwał się Raul, sprawiając, że ocknąłem się z rozważań na temat tego, co właśnie widzę.
– Dlaczego? – zapytałem, domyślając się odpowiedzi.
– Tutaj co chwila ktoś ginie, nie tylko w samych fawelach, ale także na ich obrzeżach – burknął grobowym głosem.
Uznałem, że muszę to sprawdzić. Okazało się, że mój kolega wcale nie przesadzał. Christovam Barcellos i Alba Zaluar podali w 2014 roku, że wewnątrz faweli notuje się rocznie od 22 do 44 zabójstw na 100 tysięcy mieszkańców. Co ciekawe, jeszcze niebezpieczniej jest w bezpośrednim otoczeniu faweli. W okręgu do 100 metrów poza nimi wskaźnik zabójstw wynosił od 48 do 129! Jest to więc jedno z najbardziej niebezpiecznych miejsc na świecie.
Co wiadomo o brazylijskich fawelach? Ich korzenie sięgają końca XIX wieku. Zakładali je byli niewolnicy, tworząc nieformalne społeczności na obrzeżach miast. Miejsca te przeżyły burzliwy rozwój w latach 40.–70. XX wieku, kiedy fale migrantów wiejskich przybywały na obszary miejskie w poszukiwaniu lepszych możliwości życia. Wysokie ceny gruntów i ograniczona liczba mieszkań sprawiły, że przybysze nie mieli innego wyjścia, jak tylko osiedlać się w prowizorycznych domostwach. Britannica podaje, że w Rio de Janeiro populacja faweli wzrosła z około 170 tysięcy w 1950 roku do ponad 600 tysięcy w 1980. Szacuje się, że na początku XXI wieku w mieście istniało około 1000 faweli, a dane ze spisu ludności z 2010 roku wykazały, że takie dzielnice zamieszkiwało około 6 procent całkowitej populacji Brazylii.
Raul zrobił mi jeszcze jedną niespodziankę w São Paulo, gdzie odbywała się szkoła letnia. Po chwili jazdy autem znalazłem się przed ogrodzonym budynkiem. Sprawiał wrażenie dość mocno zaniedbanego. Kraty w oknach i druty kolczaste kojarzyły się z więzieniem. „Co się tam znajduje?” – zastanawiałem się, spoglądając na zagadkową minę kolegi.
Weszliśmy do środka. Przywitały nas obdrapane ściany, trzeszcząca podłoga i charakterystyczny zapach wielu ludzi stłoczonych w jednym miejscu. Wyszła do nas młoda kobieta, która powiedziała po portugalsku, byśmy poszli za nią. Pracowała w tym w zakładzie poprawczym dla dziewcząt jako pedagog. Powiedziała, że poprawczaki bardzo różnią się od siebie w zależności od tego, w jakiej części kraju są zlokalizowane. Te w większych miastach są z reguły nieco zasobniejsze i lepiej wyposażone. Zatrudniają także lepiej wykwalifikowaną kadrę.
Weszliśmy do małego pokoju, w którym stały biurko, komputer i kilka krzeseł. Gdy zapytałem o przestępstwa, za które trafiają tu nieletnie, nasza przewodniczka zamyśliła się i po chwili odparła:
– Dziewczyny, które tu przebywają, popełniły różne przestępstwa. Kradzieże uliczne, rozboje, prostytucja, aż po narkotyki i zabójstwa.
– Tych ostatnich jest sporo? – zapytałem z rosnącym zaciekawieniem.
– Kiedyś było mniej, teraz jest fala wzrostowa. Na narkotykach można sporo zarobić, a tam, gdzie są duże pieniądze, tam i łatwo o rozlew krwi – odparła. – Dziewczyny są niemniej brutalne od chłopców – dodała po dłuższej przerwie.
– Jak się z nimi pracuje?
– Sporo zależy od wsparcia ze strony rodziny, no i tego, czy sama rodzina nie jest uwikłana w nielegalną działalność.
Praca nieletnich dla organizacji przestępczych handlujących narkotykami wiąże się z ogromnym ryzykiem. Badaczki Veridiana Diniz i Jody McBrien podają, że w Brazylii w przypadku osób w wieku 15–29 lat wskaźnik zgonów wynosi 69,9 na 100 tysięcy mieszkańców, co jest rekordem w ciągu ostatnich dziesięciu lat. W 2017 roku zamordowano 35 783 młodych ludzi. Ponad połowa ofiar to nastolatki w wieku 15–19 lat. Starsi, w przedziale 20–24 lata, stanowią 49,4 procent. Liczba nieletnich przebywających w zakładach poprawczych wzrosła ostatnio dwukrotnie, osiągając 192 tysiące. W większości przypadków powodem był udział w handlu narkotykami. Około 10 procent z tej liczby to dziewczęta, których zaangażowanie w ten biznes stale rośnie.
Okazja do ponownego odwiedzenia Ameryki Południowej nadarzyła się prawie dwa lata później, pod koniec listopada 2011 roku. Wraz z kolegami z ekwadorskiego SEK Universidad w Quito znalazłem się w malowniczym rezerwacie przyrody Limoncocha, położonym przy granicy z Kolumbią. Podczas wyjazdu dzięki profesorowi Krzysztofowi Koneckiemu nawiązałem kontakt z Tomaszem Morawskim, konsulem honorowym w Ekwadorze, który niestrudzenie pomagał Polakom przebywającym za kratami. Swoje doświadczenia opisał w książce Więźniowie. Był to dla mnie moment przełomowy, gdyż dzięki Tomkowi po raz pierwszy wszedłem do latynoamerykańskiego zakładu karnego i przeprowadziłem serię wywiadów oraz mniej formalnych rozmów z polskimi, rosyjskimi, ukraińskimi, ekwadorskimi, kolumbijskimi i peruwiańskimi osadzonymi. Wielu z nich, zwłaszcza z Europy Środkowo-Wschodniej, przebywało tam za przemyt prochów.
Doskonale pamiętam, że moją uwagę przykuł widok niekończącego się sznura głównie kobiet, który ciągnął się od rogatek więzienia aż po bramę główną. Wśród nich wyróżniały się młode, pełne życia dziewczyny ubrane w kuse sukienki i buty na obcasach. Większość stanowiły jednak kobiety w wieku 30–50 lat o poważnych, zmęczonych oczach, często trzymające na rękach małe dzieci. Zdarzały się także staruszki, których wiek metrykalny nie odzwierciedlał tego, co wypisane było na ich pomarszczonych twarzach. Kobiety należące do ostatnich dwóch grup z reguły taszczyły ze sobą tobołki z jedzeniem, pięcio-, a nawet dziesięciolitrowe baniaki z wodą pitną oraz dzieci. Każda z nich czekała tu od świtu, by wejść na teren więzienia i odwiedzić męża, partnera, brata, ojca lub syna. Choć z żadną z nich nie udało mi się wtedy dłużej porozmawiać, to jednak na tyle zainteresowała mnie ich sytuacja, że będąc już za murami, wypytywałem o nie osadzonych, personel więzienia, a przede wszystkim Tomka.
Osadzeni, strażnicy i konsul honorowy mieli różne opinie na ich temat, ale w jednym w zasadzie się zgadzali, w dużym uproszczeniu dzieląc kobiety odwiedzające ekwadorskie więzienia na trzy kategorie, mianowicie dziewczyny i młode kobiety, kobiety w sile wieku oraz seniorki.
W Ekwadorze wydarzyło się coś jeszcze. Na kilka dni przed Sylwestrem spędzałem czas wolny, wdrapując się na Chimborazo (ponad pięć tysięcy metrów nad poziomem morza). Kiedy potem raczyłem się zimnym piwem, wsłuchując się w szum nadal aktywnego wulkanu w pobliżu malowniczego miasta Riobamba, nadeszła wiadomość od koleżanki, która zapraszała mnie na imprezę noworoczną do Guayaquil. To jedno z większych miast leży w zachodniej części Ekwadoru przy ujściu rzeki Guayas do Zatoki Guayaquil. Jedyny autokar, który wtedy kursował, odjeżdżał późnym wieczorem. Mniej więcej około godziny 1.00–1.30 nad ranem nasz pojazd został zatrzymany przez mundurowych. Do tej pory nie wiem, czy była to policja, czy wojsko. Ktoś z tyłu rzucił, że szykuje się kontrola antynarkotykowa. Gdy zaspany zrozumiałem, o co chodzi, do środka wszedł już uzbrojony funkcjonariusz z psem tropiącym. Czworonóg na służbie metodycznie obwąchiwał pasażerów i ich bagaże oraz rzeczy osobiste. Zaraz potem padła komenda, by wszyscy wyszli i oparli ręce o pojazd. Nastąpiło kolejne przeszukanie, tym razem z udziałem innych psów tropiących. W tym samym czasie pozostali kontrolerzy podświetlali podwozie autokaru i monitorowali je za pomocą lusterek zamieszczonych na teleskopowych wysięgnikach. Widać było, że jedynie dla mnie cała ta procedura była czymś nowym. Ziewający współpasażerowie, którzy posłusznie wykonywali polecenia, utwierdzili mnie w przekonaniu, że po pierwsze, taka sytuacja jest standardowa, a po drugie, problem przemytu narkotyków musi być tutaj powszechny. Przynajmniej na tej trasie. Nikt z pasażerów nie został, nikt nie był także poddawany kontroli osobistej, więc odjechaliśmy planowo. Uderzyło mnie jednak co innego – fakt, że wszyscy podróżni dokładnie wiedzieli, co mają robić, sprawnie wypakowując zawartość swoich bagaży i toreb podręcznych. Nikt nie protestował ani nie narzekał, nikt nie dopytywał o zasadność kontroli, wszyscy wiedzieli także, ile ta akcja potrwa.
Cała procedura była elementem życia codziennego tych ludzi. Wpisywała się w to, co nazywali normalnością. Podróżująca ze mną starsza para powiedziała mi, że na tej trasie odbywa się przemyt narkotyków i działają silne grupy przestępcze. W taki sposób przerzucają kontrabandę. Gdy potem nieco bardziej zainteresowałem się sytuacją w Ekwadorze i sprawdziłem statystyki przestępczości, zrozumiałem zarówno kontrole autokarów, jak i przepełnione więzienia. Zgodnie z danymi3 Ekwador z wynikiem 38,8 zabójstw na 100 tysięcy mieszkańców zajmował w 2024 roku niechlubne czwarte miejsce w regionie, ustępując jedynie Haiti, Trynidadowi i Tobago oraz Jamajce. Nierówności społeczne, przepełnione więzienia i kolejka odwiedzających tylko potwierdzały te statystyki.
Punktem zwrotnym był rok 2015, kiedy to uzyskałem półroczne stypendium naukowe w Meksyku. Staż odbywałem w Instituto de Investigaciones Sociales na Universidad Nacional Autónoma de México. W poszukiwaniu informacji na temat kobiet w narkobiznesie odwiedziłem ambasady polską i amerykańską, wycierałem klamki w topowych meksykańskich uczelniach. Cud zdarzył się dzięki mojej przyjaciółce i współpracowniczce Elenie Azaoli Garrido. To ona sprawiła, że mogłem wziąć udział w pracach La Comisión Nacional de los Derechos Humanos de México, czyli Organizacji Obrony Praw Człowieka w Meksyku. Elena uchyliła mi drzwi do dorosłych i nieletnich osadzonych przebywających w meksykańskich zakładach karnych i korekcyjnych.
Starając się zrozumieć rolę kobiet w narkobiznesie, musiałem wyjść poza mury więzień i poprawczaków. Rozmawiać z osadzonymi to jedno, ale spotkać się z aktywnymi członkami karteli i społecznościami handlującymi prochami na wolności to drugie. Bez Marco (imię zmienione) na pewno bym sobie nie poradził.
Jego specyficzna rola duchowego przywódcy, której się podjął na długo przed tym, zanim się spotkaliśmy, wiązała się z ogromnym zaufaniem, jakim darzyły go społeczności lokalne. To dzięki jego ogromnej pomocy i wsparciu udało mi się dotrzeć nie tylko do handlarzy i przemytników narkotyków, lecz także do profesjonalnych porywaczy, zabójców na usługach kartelu, sygnalistów i wszelkiej maści pomocników. Spotkałem też zwykłych ludzi dotkniętych długofalowymi konsekwencjami narkobiznesu. Wreszcie to za jego wstawiennictwem znalazłem się na pięciodniowej pielgrzymce z miasta Meksyk do Chalmy. To właśnie wtedy udało mi się odbyć niezliczone rozmowy zarówno z osobami pracującymi dla organizacji przestępczych, jak i niezależnymi dilerami. Pielgrzymka okazała się również biletem wstępu do słynących z przestępczości, zmarginalizowanych dzielnic miasta Meksyk, takich jak Tepito, Tacubaya, Iztapalapa, Morelos. Do Meksyku wracałem jeszcze w latach 2019 i 2020, a także 2023, kontynuując badania terenowe i prowadząc wywiady w zakładach karnych i poprawczych. W niniejszym reportażu zdecydowałem się zawrzeć również cenne bezpośrednie obserwacje Marco, którymi podzielił się ze mną w ramach wspólnej pracy badawczej.
Prawdziwą gratką był dla mnie udział w międzynarodowym projekcie naukowym organizowanym przez Uniwersytet w Oslo, a kierowanym przez profesora Sveinunga Sandberga, jednego z czołowych kryminologów na świecie. Projekt CRIMLA (Crime in Latin America), finansowany z grantu Norwegian Research Council i skoncentrowany na roli rodziny, zatrudnienia, kultury i państwa w odniesieniu do przestępczości, okazał się strzałem w dziesiątkę. Jego celem było poznanie doświadczeń więźniów przebywających w instytucjach korekcyjnych. Interesowały nas ich historie związane z rodziną pochodzenia, edukacją, kręgami koleżeńsko-przyjacielskimi, ścieżką zawodową, a także przestępczą. Ważny był każdy aspekt ich życia, o którym chcieli nam opowiedzieć. W latach 2021–2024 wraz z ekipą badawczą z kilku krajów europejskich i latynoamerykańskich przeprowadziliśmy łącznie około 1050 wywiadów wśród kobiet i mężczyzn osadzonych w zakładach karnych w Meksyku, Kolumbii, Hondurasie, Chile, Argentynie, Brazylii i Boliwii. To dzięki udziałowi w projekcie mogłem wejść do wielu zakładów karnych i wysłuchać historii życiowych uwięzionych tam kobiet.
Niniejszy reportaż opiera się w głównej mierze na danych uzyskanych w Meksyku, Hondurasie i pozostałych państwach w ramach projektu CRIMLA. Dodatkowo moje wcześniejsze pobyty w Brazylii i Ekwadorze, a także w Argentynie, Paragwaju i na Kubie pomogły mi nakreślić panoramę Ameryki Łacińskiej.
2
W pewnej dzielnicy Mexico City
Był luty 2016 roku. Mniej więcej od dwóch miesięcy kursowałem pomiędzy biblioteką goszczącego mnie uniwersytetu a różnymi naukowcami, którzy starali się przybliżyć mi interesujące mnie zagadnienia. Były to jednak w dużej mierze rozważania teoretyczne, jeśli nie liczyć oficjalnych statystyk policyjnych i sądowych. A mnie się wymarzyły badania terenowe zakładające pozyskiwanie wiedzy z pierwszej ręki. Chodziło o to, żeby trochę się „ubrudzić” i wyjść poza wygodną i hermetyczną uczelnię. Chciałem nie tylko przeprowadzić wywiady, lecz także, przy odrobinie szczęścia, osobiście się przekonać, jak wygląda meksykańska ulica, czyli naturalne środowisko dilerów narkotykowych. Szczególnie interesował mnie jednak udział kobiet w biznesie narkotykowym.
W końcu nadszedł upragniony dzień. Moja ekscytacja sięgała zenitu. Człowiek, którego przedstawiła mi koordynatorka projektu, wreszcie się odezwał, wskazując czas i miejsce spotkania. Po blisko dwóch miesiącach spędzonych w bibliotece i przeprowadzeniu kilku mniej istotnych wywiadów na temat handlu narkotykami pojawiły się szanse na przełom.
Marco miał wtedy nieco ponad trzydziestkę i z mojej perspektywy wyglądał jak bezdomny. Jego splątane włosy i wytarte spodnie nie wzbudziły mojego zaufania. Gdy blisko tydzień wcześniej spoglądałem na niego podczas meczu lucha libre, jeszcze nie wiedziałem, ile będę mu zawdzięczał i jak bardzo nasze losy się ze sobą zwiążą. Zapytałem go wtedy:
– Byłbyś w stanie mi pomóc? Zależy mi, żeby zobaczyć to wszystko na własne oczy.
Marco spojrzał na mnie i się uśmiechnął.
– Zastanowię się i dam ci znać – odpowiedział po chwili.
Po tym spotkaniu czas dłużył mi się niemiłosiernie. Codziennie sprawdzałem po kilka razy skrzynkę mailową. Mniej więcej po tygodniu odpisał. Poinstruował mnie, żebym wsiadł do metra i pojawił się na umówionej stacji o godzinie 13.00. Gdy podniecony do granic możliwości zerknąłem na aplikację z rozkładem jazdy transportu publicznego, zorientowałem się, że czeka mnie kilka przesiadek i co najmniej godzina podróży. Pierwsza myśl podpowiedziała mi, że jadę gdzieś daleko, gdzie nigdy wcześniej nie byłem. Mieszkałem wtedy w dobrej dzielnicy na granicy Chimalistac i Coyoacán, w której na każdym rogu stał policjant i nawet wieczorem było w miarę bezpiecznie. Krajobraz tworzyły galerie handlowe, parki, restauracje i wszelkiej maści obwoźni sprzedawcy oferujący głównie jedzenie uliczne.
Na stacji metra Miguel Ángel de Quevedo pojawiłem się niespełna godzinę po odczytaniu wiadomości mailowej. Kompletnie nie wiedziałem, co mam ze sobą zabrać. Zapakowałem jedynie butelkę wody, ksero paszportu, kilka papierów potwierdzających, czym się zajmuję, i naładowany do granic możliwości telefon wraz z przenośnym bankiem energii. Było trochę po godzinie 11.00, więc ruch pasażerski był nieznaczny. Kiedyś zdarzyło mi się wsiąść dopiero za piątym razem – wszystkie poprzednie kursy były przepełnione. A i tak jechałem w ogromnym ścisku, upchany jak sardynka w puszce. Gdy w końcu wsiadłem, robiłem, co mogłem, by metalowe poręcze nie połamały mi żeber. Tym razem było spokojnie, wręcz sennie, biorąc pod uwagę to, jak dzikie potrafi być meksykańskie metro. W mojej głowie panował jednak chaos.
Rozważałem różne scenariusze tego, co może się za chwilę wydarzyć, zastanawiałem się nad kolejnymi pytaniami i moim hiszpańskim. Czy na pewno zrozumiem odpowiedzi? Czy będę potrafił zadać właściwe pytania? Co mnie spotka, gdy już znajdę się na miejscu? W tym momencie zdałem sobie sprawę, że powierzam swoje losy osobie, której właściwie nie znam. Nie miałem pojęcia, jaki jest Marco i czy w razie ewentualnego niebezpieczeństwa wie, co robić. Widziałem go przez mniej więcej dwie godziny, czyli tyle, ile trwa mecz lucha libre. To trochę mało, by ramię w ramię robić badania w dzielnicy, gdzie narkotyki, prostytucja i zabójstwa są na porządku dziennym.
Postanowiłem, że zamiast o tym myśleć, skupię się na samej drodze. Zauważyłem, że wraz z kolejnymi przesiadkami opuszczam tak zwaną dobrą dzielnicę, a tym samym moją strefę komfortu. Eleganccy pasażerowie ubrani w markowe garnitury, błyszczące buty i modne koszule oraz turyści stopniowo się wykruszali. Ich miejsce zajmowali handlarze różnościami, performerzy, którzy w ramach show leżeli gołymi plecami na rozbitym szkle, grajkowie i niewidomi śpiewacy trzymający w jednej ręce nachalny głośnik, a w drugiej kubeczek na drobne. Widownią ich pokazów była podróżująca na tej trasie klasa średnia, która stwarzała szansę na zarobek, rzucając co jakiś czas kilka pesos. Śpieszący się do pracy w urzędach i korporacjach pasażerowie opuszczali mój wagonik jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Po kolejnych przesiadkach zetknąłem się z podróżnymi innego typu, głównie starszymi ludźmi, na których trudy życia odcisnęły swoje piętno. Część z nich zapewne pozostawała w kryzysie bezdomności. Niektórzy dźwigali ciężkie torby wypchane ubraniami i tym, co znaleźli na ulicy. Coraz częściej do wagonu wsiadały zgięte wpół kobiety. Na plecach dźwigały kilkudziesięciolitrowe plastikowe worki z jedzeniem. Udało mi się dostrzec ser, awokado, tortillę pakowaną po kilkadziesiąt sztuk, cebulę, fasolę i owoce. W rękach trzymały kilkunastolitrowe baniaki z wodą pitną. Wtedy myślałem, że po prostu tym handlują lub przyrządzają uliczne jedzenie, które jest tanie i popularne w biedniejszych dzielnicach. Część z nich skrywała jednak mroczne tajemnice. Zapewne wiele z nich wiozło zapasy żywności swoim bliskim przebywającym w więzieniach. Kilka tygodni później zobaczyłem mnóstwo kobiet objuczonych dokładnie takimi samymi produktami w identycznych opakowaniach przed bramami zakładów karnych, do których wszedłem. Dowiedziałem się wtedy, że wiele z tych staruszek odwiedza swoich krewnych, stojąc w gigantycznych kolejkach. Niektóre zmuszane są także do przemycania do środka narkotyków. To od nich zależy, czy członkowie ich rodzin przeżyją za kratkami.
Inną grupę pasażerów stanowili młodzi mężczyźni, których tatuaże pokrywały skąpo odziane klatki piersiowe, ramiona, dłonie, szyje, a niekiedy i twarze. Większość z nich była niemal przyspawana do komórek, pozostali rozglądali się na boki. Nie robili tego dyskretnie, a ja już wiedziałem, że powinienem mieć się na baczności. Instynktownie schowałem telefon i starałem się unikać ich zawadiackiego spojrzenia, którym raz za razem lustrowali otoczenie. Wiedziałem, że przemawia przeze mnie stereotyp, ale wolałem nie ryzykować. Choć Marco polecił mi włożyć najgorsze spodenki i najbardziej sfatygowany T-shirt oraz nie dbać przesadnie o fryzurę, to i tak trudno mi było ukryć fakt, że nie jestem stąd. Jedyne, co mogłem zrobić, to nie wyglądać jak turysta i nie przyciągać niepotrzebnej uwagi.
Wreszcie, gdy skład ostro zahamował, zauważyłem długo wyczekiwaną nazwę stacji Lagunilla. Kiedy tylko drzwi się uchyliły, moje nozdrza pochwyciły intensywny zapach artykułów wyłożonych na podziemnych straganach: podrobionych perfum i żywności. Wraz z wszechobecną wonią marihuany otoczyły wagon niewidzialnym murem. W ścisku i zaduchu kierowałem się ku wyjściu z metra. Przez moment przemknęła mi myśl o przepisach przeciwpożarowych, ale nie skupiałem się na tym dłużej, próbując wydostać się ze stacji i nie rozdeptać ułożonego na ziemi towaru. Gdy ostatecznie przebiłem się przez tłum pasażerów oraz handlarzy i wyszedłem na powierzchnię, znalazłem się w innym świecie. Stację szczelnie wypełniali uliczni sprzedawcy, niczym kordon policji po meczu piłki nożnej. Powietrze przesycał dym wydobywający się z przenośnych stanowisk, gdzie na rozgrzanych płytach domorośli kucharze smażyli mięso i przyrządzali różne potrawy, z których słynęła ta dzielnica (na przykład sprzedawane przy głównych szlakach komunikacyjnych piętrowe kanapki, potocznie zwane tortas del metro). Wszędobylski harmider potęgowany przez nawoływania sprzedawców wypełniał moje uszy, sprawiając, że dłuższą chwilę zajęło mi zorientowanie się, w jakim kierunku mam iść.
Kiedy miałem jeszcze dostęp do internetu, wgrałem na telefon mapę. Platforma Google Maps wskazywała, że zaraz po wyjściu ze stacji powinienem przejść przez ruchliwą kilkupasmową ulicę i po kilkudziesięciu metrach dotrzeć na miejsce. Dokładnie za kwadrans miał się tam pojawić Marco. Kiedy tak stałem, próbując złapać oddech po wspinaczce po niekończących się schodach metra, a moje oczy przyzwyczajały się do rażących promieni słonecznych, zobaczyłem jakiegoś człowieka pędzącego w moją stronę. Trzech innych najprawdopodobniej go ścigało. Zastygłem w bezruchu, zastanawiając się, co robić, gdyż z mojej perspektywy cała czwórka biegła prosto na mnie. Cofnąłem się instynktownie do wejścia, unikając przypadkowego zderzenia. Serce waliło mi jak młot, a ja zadawałem sobie pytanie, co jeszcze szykuje dla mnie ta dzielnica.
Nagle usłyszałem przeciągłe gwizdnięcia. Ponieważ w tej okolicy co chwila słychać nawoływania przebijające się przez ryk aut i wielkich ciężarówek, na początku nie zwracałem na nie uwagi. Po chwili jednak dotarło do mnie, że to ja jestem ich adresatem. Wysiliłem wzrok i w odległości kilkudziesięciu metrów pośród ludzkiego mrowia dostrzegłem Marco. Machał rękami i gwizdał, przywołując mnie do siebie. Przecisnąwszy się przez stragany wypełniające całą przestrzeń, a potem pokonawszy kilkupasmową ulicę wypełnioną stojącymi w korku autami, dotarłem do mojego informatora. Podobnie jak poprzednio, tak i tym razem wyglądał jak bezdomny. Jego rozczochrane włosy i brudne dłonie sprawiały wrażenie, jakby dopiero skończył pracę w warsztacie samochodowym. „Może to kamuflaż?” – pomyślałem, starając się nie skupiać na nim spojrzenia.
– Jesteś gotowy? – upewnił się, czy jestem zdecydowany wejść w głąb dzielnicy owianej złą sławą.
– Tak – odpowiedziałem, choć moja pewność siebie topniała z minuty na minutę. Miałem nadzieję, że okulary przeciwsłoneczne choć częściowo maskują moje obawy.
– Idziesz tuż za mną, nie zbaczasz z drogi. No i pamiętaj, że robisz to na własne ryzyko, zrozumiałeś?
Zabrzmiało to jak ostrzeżenie przewodnika po dawnej elektrowni atomowej w Czarnobylu.
– Zrozumiałem. A mogę napisać SMS do naszej wspólnej znajomej? – zapytałem, zdając sobie sprawę z tego, że nikt nie wie, gdzie się teraz znajduję. W tej chwili uświadomiłem sobie też, że widzę Marco po raz drugi w życiu.
– Jasne, napisz wiadomość i idziemy, bo kolega już na nas czeka – odpowiedział, zwalniając nieznacznie tempo marszu.
Gdy tylko wysłałem informację, szybkim krokiem ruszyliśmy przed siebie. Wszechobecny harmider, pokrzykiwania sprzedawców i klientów negocjujących ceny, szum silników przejeżdżających pojazdów składały się na dźwiękowy krajobraz tego miejsca. W miarę jak zapuszczaliśmy się w głąb dzielnicy, uliczki robiły się coraz węższe. Zmieniał się również asortyment straganów. Coraz mniej było podróbek ubrań, butów i płyt CD, za to coraz częściej pojawiały się maczety, scyzoryki i noże. Intensywniała także woń marihuany. Pytania o bezpieczeństwo, które zadawałem sobie w metrze, stawały się coraz bardziej natarczywe. W końcu, po kilku zakrętach w lewo i w prawo wśród podobnie wyglądających domów, zgubiłem orientację. Zabudowania były teraz niższe, ciasno stłoczone i skonstruowane z gorszych materiałów. Ich niekompletne dachy z wystającymi zbrojeniami i popękane ściany przyozdobione kolorowymi grafikami sprawiały, że miałem wrażenie przeniesienia się do innego wymiaru. Czułem się obco. Z każdym krokiem uświadamiałem sobie, że jestem tu intruzem.
Zgodnie z instrukcjami Marco starałem się nie rozglądać, ale ciekawość niekiedy brała górę. Na krawężnikach stali młodzi mężczyźni z przyklejonymi do ust skrętami. Ich tatuaże zdradzały przynależność do gangów, a miny wskazywały na to, że lepiej nie wchodzić im w drogę.
– Nie patrz im w oczy – rzucił mój przewodnik, przyśpieszając kroku.
Czułem, że odprowadzają nas przeciągłym spojrzeniem, próbując zgadnąć, czy jesteśmy zagrożeniem dla prowadzonych tu interesów. Co chwila mijali nas nastolatkowie na skuterkach z nieodzownymi krótkofalówkami w rękach. Czując, że stopniowo tracę kontrolę nad sytuacją, w której właśnie uczestniczę, postanowiłem zadać mojemu przewodnikowi kilka pytań.
– To groźna dzielnica?
– Sam bym się tu nie zapuszczał – odpowiedział, uśmiechając się pod nosem.
– Domyślam się. Mam wrażenie, jakbyśmy byli obserwowani. – Postanowiłem w końcu podzielić się moimi wrażeniami po mniej więcej kwadransie przechadzki wąskimi uliczkami.
– Bo jesteśmy – odparł Marco, nawet nie siląc się na odwrócenie głowy w moją stronę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1.port. „Kobiety”, „Mężczyźni” i „Mutanci”. [wróć]
2. Cyt. za: Encyklopedia Britannica [online], przeł. autor. Źródło: https://www.britannica.com/topic/favela. [wróć]
3.Homicide rates in selected Latin American and Caribbean countries in 2024. Źródło: https://www.statista.com/statistics/947781/homicide-rates-latin-america-caribbean-country/#:~:text=In%202024 %2C%20the%20highest%20homicide%20rate%20among,homicide% 20rate%20of%201.9%20per%20100%2C000%20inhabitants. [wróć]
