Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Podziemia Płocka skrywają coś więcej niż tylko zapomniane mury. Skrywają tych, którzy nigdy nie odeszli.
Kiedy grupa przyjaciół trafia na wskazówkę prowadzącą do odkrycia sprawcy okrutnych, tajemniczych zabójstw, ich ciekawość przeradza się w wejście do świata, gdzie każdy krok odbija się echem dawnych krzywd. Stare wejście do podziemi, wąskie przejścia, mroczne korytarze, ukryte kaplice, spleśniałe komnaty i ciemność, która zdaje się żyć własnym życiem — to przestrzeń, w której historia nie jest martwa. Ona czeka. Najpotężniejszym z duchów, jakie napotykają, jest książę Zbigniew — ślepy, przepełniony goryczą i nieustannie rozdarty między pragnieniem sprawiedliwości a żądzą zemsty. Jako brat Bolesława Krzywoustego zna dobrze smak zdrady. Jego obecność mrozi krew, a jego zamiary… są niejasne. Potrafi pomóc. Potrafi też skrzywdzić. I jeśli coś naruszy równowagę jego świata, nie zawaha się sięgnąć po środki, których nawet duch nie powinien używać. W podziemiach Płocka nikt nie jest bezpieczny. Zwłaszcza ci, którzy szukają prawdy.
To opowieść o cienkiej granicy między legendą a koszmarem, o duchach, które nie potrafią odejść, i o ludziach zmuszonych stawić czoła przeszłości, która pragnie ich zatrzymać.
Bo w tej historii mrok nie jest tłem — jest bohaterem.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 229
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Książkę tę dedykuję mojej wnuczce Agatce.
Każde miasto o długiej historii ma swoje legendy. Płock – siedziba i miejsce pochówku władców Polski: Władysława Hermana, Bolesława Krzywoustego i Bolesława Kędzierzawego – także skrywa niejedną tajemnicę. Cienka jest granica między fikcją i prawdą, a gdzie przebiega, tego nie wie nikt.
Wszystko, co tu opisuję, wydarzyło się w pięknym i malowniczo położonym Płocku – mieście o bardzo bogatej historii, które w latach 1079–1138 pod rządami Władysława Hermana, a później jego następcy Bolesława Krzywoustego pełniło funkcję stolicy Polski, a w roku 1237 otrzymało prawa miejskie. Wielokrotnie splądrowany i niszczony, po latach świetności Płock powoli utracił swoje znaczenie.
Był rok 2012, ale tak naprawdę to nie jestem tego pewny. Czas bowiem biegnie szybko i nieraz nie możemy za nim nadążyć. Zdarzenia tu opisane są tak nieprawdopodobne, że chwilami ja sam zaczynam w nie powątpiewać. Proszę mi jednak wierzyć, ta historia wydarzyła się naprawdę.
Tego dnia Andrzej Kulicki wstał bardzo wcześnie rano, jeszcze przed świtem. Zjadł śniadanie po cichu, aby nie obudzić żony, po czym wciągnął na siebie sportowe ciuchy, na stopy założył buty treningowe, na grzbiet zarzucił kurtkę przeciwdeszczową i nie zważając na pogodę, a wierzcie mi, że była paskudna, wybiegł z domu na codzienny jogging. Było to noworoczne zobowiązanie, któremu nasz bohater jak dotąd był wierny. Trasa biegu liczyła blisko cztery kilometry, a z racji ukształtowania terenu była dla Andrzeja sporym wyzwaniem.
Kim jest bohater naszej opowieści? To podręcznikowy wzór człowieka sukcesu. Świetnie wykształcony, z zawodu architekt, Warszawiak z urodzenia. Będąc w delegacji w Płocku, poznał Teresę, drobną atrakcyjną szatynkę o zniewalającym uśmiechu, a zarazem ambitną i zdolną graficzkę. Amor napiął łuk i wystrzelił strzałę, a ta trafiła idealnie w cel. Między młodymi momentalnie zaiskrzyło i po ledwie dwóch miesiącach znajomości wymienili między sobą złote obrączki.
Kuliccy zamieszkali w domku przy ulicy Rybaki 5, w uroczym zakątku miasta, u podnóża Wzgórza Tumskiego. Nieruchomość była spadkiem po dziadku żony, zasłużonym wodniaku. Rodzinna legenda mówiła, że od wieków wszyscy przodkowie Teresy po mieczu byli żeglarzami, a protoplasta rodu woził sól z krakowskich żup aż do samego Gdańska.
Młoda para uwiła sobie całkiem miłe i przytulne gniazdko. Do pełni szczęścia brakowało im jedynie potomka, ale z tym młodzi się nie spieszyli. Bardziej cenili sobie wygodne, beztroskie życie, twierdząc, że na dziecko przyjdzie czas.
Wróćmy jednak do naszej opowieści…
Andrzej wybiegł z domu, mżyło, więc naciągnął kaptur na głowę i ruszył truchtem do starego mostu, potem schodami wspiął się na wysokość Górek, a następnie podążył wzdłuż Tumów, kierując się w stronę Starego Miasta.
Deszcz się nasilił, z dziką zajadłością zaatakował biegacza, jakby chciał go powstrzymać, zmusić do odwrotu. Na nic się to zdało, mężczyzna zmierzał dalej. Minął bazylikę katedralną, wejście do starego opactwa benedyktyńskiego i skierował się w stronę średniowiecznej wieży zegarowej. Tak jak zawsze, Kulicki dobiegł do kompleksu budynków zakonu mariawitów, po czym zawrócił i ruszył w drogę powrotną.
Kiedy ponownie zbliżył się do klasztoru benedyktynów, usłyszał w oddali czyjś krzyk. Zatrzymał się, a wtedy silny wiatr zdarł mu kaptur z głowy. Deszcz wciąż mocno zacinał, potężne kasztanowce rosnące wzdłuż Wzgórza Tumskiego w końcu poddały się siłom natury i mimo gęstych liści zaczęły przepuszczać strugi wody.
Mężczyzna rozejrzał się, ale dookoła, jak okiem sięgnąć, było kompletnie pusto. W pierwszym momencie pomyślał, że to tak wiatr po rynnach hula, ale chwilę potem ponownie coś usłyszał.
Ciche pochlipywanie dziecka dochodziło od strony Wieży Szlacheckiej, jednej z dwóch baszt stanowiących pozostałość po starym zamku książąt mazowieckich. Nie było to daleko, może kilkanaście, na pewno nie więcej niż dwadzieścia metrów.
I znów Kulicki usłyszał ten dźwięk, teraz dużo wyraźniej. Niemowlę? Tu i teraz? To go zaintrygowało. Słyszał nieraz o wyrodnych matkach porzucających potomstwo na ulicy. Czyżby i tym razem? Założył kaptur na głowę, zawrócił i pobiegł w kierunku, skąd dochodził płacz.
Już z daleka kogoś zobaczył. Jakaś postać leżała na trawniku nieopodal wieży zegarowej, około trzydziestu metrów dalej. Ale nie było to dziecko.
Kulicki podchodził coraz bliżej. Teraz widział dokładnie. To był mężczyzna. Nie miał na sobie żadnego odzienia, bo trudno za nie uznać ledwo widoczną w tych warunkach cienką przepaskę na biodrach.
Wariat albo się czegoś naćpał, przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie biega goło po mieście. Co robić? Andrzej się zawahał. Jak tu przewidzieć, co tamtemu chodzi po głowie, wszak nieznajomy może być niebezpieczny. Z drugiej strony, trzeba coś zrobić, nie można go tu w takim stanie zostawić.
Zwykłe ludzkie odruchy zaczęły przezwyciężać obawy. Kulicki był już blisko mężczyzny. Gotowy w każdej chwili na ucieczkę, nawet na chwilę nie spuszczał z leżącego czujnego spojrzenia.
Na dworze szarzało. Uliczne latarnie zgasły, światło dzienne zaczęło nieśmiało przebijać się przez gęste, ciemne deszczowe chmury.
Kulicki nachylił się nad nieznajomym i nagle odskoczył do tyłu jak oparzony.
To był wstrząsający widok. Serce biło mu jak szalone.
Ów mężczyzna był przeraźliwie wychudzony, sama skóra i kości, na głowie miał długie, siwe, pozlepiane włosy, które częściowo skrywały okropnie zeszpeconą twarz. Nieszczęśnik straszył ciemnymi, głębokimi i pustymi oczodołami, a jego plecy były gęsto pokryte podłużnymi, świeżo zabliźnionymi ranami. Mężczyzna skulił się, trzęsąc się z zimna i cicho przy tym pojękując. To te dźwięki wcześniej usłyszał Kulicki i to one go tu sprowadziły.
Andrzej długo się nie zastanawiał. Zdjął bluzę, schylił się nad kaleką i okrył jego nagie, pokiereszowane ciało. Ich ręce zetknęły się na moment, wtedy Andrzej poczuł lodowate zimno. To było dodatkowym impulsem do tego, żeby pilnie działać.
– Proszę się stąd nie ruszać, idę sprowadzić pomoc! – krzyknął do ślepca i pobiegł w kierunku centrum miasta.
Minął pałac biskupi, Grób Nieznanego Żołnierza i skręcił w ulicę Kościuszki. Odruchowo kierował się w stronę najbliższego szpitala, tam liczył na wsparcie. Miasto wciąż jeszcze spało. Andrzej biegł coraz szybciej, a myśl o potrzebie pilnej pomocy mobilizowała go do dodatkowego wysiłku. Nie omijał kałuż, nie było na to czasu. Czuł w butach chlupiącą wodę, ale nie zważał na to.
Nieopodal pomnika Władysława Broniewskiego natknął się na radiowóz, który niespodziewanie wyjechał z podwórza. To było kompletne zaskoczenie. Kulicki nie zdążył się zatrzymać i wyskoczył policjantom dosłownie przed maskę. Przeraźliwie zapiszczały opony, funkcjonariusze mimo wciąż uporczywie padającego deszczu żwawo wysiedli z pojazdu i podeszli do ciężko sapiącego mężczyzny opartego ręką o karoserię pojazdu.
– Chwała Bogu! Panowie, znalazłem potwornie pokiereszowanego człowieka, straszny widok! Nieszczęśnik bez oczu i ubrania, okropnie pobity, wyziębiony. Zadzwońcie po karetkę… – zaczął dość chaotycznie tłumaczyć łamiącym się głosem.
– Gdzie jest ten, jak powiadacie, bez oczu? – spytał jeden z policjantów.
– Tam, przy wieży zegarowej. – Andrzej wskazywał ręką za siebie. – Szybciej, on się wyziębi na śmierć. Jest z nim już naprawdę kiepsko.
Funkcjonariuszom jednak nie udzieliło się podniecenie biegacza. Dwóch rosłych osiłków z jedną belką na ramieniu rzuciło sobie porozumiewawcze spojrzenia.
– Co wy pijecie, że zamiast białych myszek widzicie ślepców? – spytał policjant. – Wczoraj też takiego zwinęliśmy. Miał cztery promile.
– Pewnie metylowy, po nim się ślepnie. – Drugi funkcjonariusz zarechotał.
– Ciekawe, ile ty masz, może rekordzista. Proszę dokumenty! – rzucił ten pierwszy.
– Jakie dokumenty? – Andrzej patrzył na policjantów. Nic nie rozumiał. – Tam człowiek umiera, a wy sobie żarty stroicie? Złożę skargę, a jeśli ten człowiek wykituje, to za to bekniecie, daję słowo…
– Grozicie nam? Dokumenty proszę! – Policjant nie ustępował, a jego głos zabrzmiał jeszcze groźniej.
Coraz bardziej padało. Kulickiemu woda zalewała oczy, przetarł dłonią twarz.
– Nie mam ich przy sobie! Nie muszę mieć, nie ma takiego obowiązku.
– To zatrzymujemy pana do wyjaśnienia!
Andrzej był coraz bardziej zdumiony. Nawet o deszczu zapomniał. Jeszcze się upewniał, czy to dzieje się naprawdę.
– Pan chyba żartuje. Za co chcecie mnie zatrzymać? Za to, że znalazłem okaleczonego faceta i chcę mu pomóc? Żądam karetki dla niego, oskarżę was, zwrócę się do gazet! – zaczął krzyczeć.
– Dobra, dobra – do rozmowy znów wtrącił się drugi z funkcjonariuszy. – Wsiadaj do radiowozu, bo inaczej pogadamy. – Położył rękę na pałce, dając Kulickiemu jednoznacznie do zrozumienia, co ma na myśli.
– To znaczy? Pobijecie mnie? – Andrzejowi zaczęły puszczać nerwy.
– Nie mędrkuj, koleś, tylko biegiem wskakuj do środka!
– Nigdzie nie idę! Nie ma mowy.
– Twoja wola.
Nim Kulicki zorientował się w ich zamiarach, policjanci chwycili go pod pachy i brutalnie wrzucili na tył samochodu. Przeleciał przez całą jego długość i zatrzymał się dopiero na grubej stalowej kracie oddzielającej go od kabiny kierowcy. Usiadł na ławeczce i zaczął masować obolałe boki.
– Łobuzy! – wyszeptał przez zaciśnięte zęby w kierunku swoich oprawców, którzy zajęli miejsce w kabinie.
Usłyszeli i zwrócili się w jego stronę.
– Co powiedziałeś? Powtórz to.
– Że wyjdzie wam bokiem to zatrzymanie. Zapamiętacie mnie.
– Uważaj, bo uznamy to za grożenie funkcjonariuszowi na służbie. Na to jest paragraf.
– Mam to gdzieś – warknął ze złością.
– To się okaże. – Zaśmiali się złowrogo.
Radiowóz powoli ruszył z miejsca.
– Podjadę blisko wieży zegarowej, tak na wszelki wypadek – zwrócił się kierowca do kolegi i skierował pojazd w stronę katedry.
Kulicki natychmiast poczuł się pewniej. Dotrą na miejsce i wtedy będą mieć się z pyszna. Tak czy owak, złoży na nich skargę.
– Zaraz będziecie inaczej śpiewać.
– Zamknij się!
Deszcz wreszcie przestał padać. Na ulicach pokazali się pierwsi przechodnie, Płock budził się do życia. Radiowóz minął Grób Nieznanego Żołnierza i tak zwany Odwach, gdzie w czasie wojny polsko-bolszewickiej miały miejsce bardzo ciężkie walki, następnie pałac biskupi i dojechali do wieży zegarowej.
Zatrzymali się. Wokół, gdziekolwiek spojrzeć, było kompletnie pusto, próżno szukać żywego ducha.
– No, gdzie ten delikwent? – krzyknął kierowca w stronę Kulickiego.
– Był tu – szeptał zdumiony Andrzej. – Dałem mu swoją kurtkę. Nic z tego nie rozumiem, przecież nie rozpłynął się w powietrzu.
– Ciekawe, jak przejdziesz testy na narkotyki… A do tego znieważenie funkcjonariuszy na służbie. Potrzebujesz dobrej papugi – wtrącił drugi z policjantów.
Przejechali jeszcze dwa razy Tumami, ale po rannym nie było najmniejszego śladu.
Pobyt na posterunku okazał się jednym z najbardziej przykrych momentów w życiu Andrzeja Kulickiego. Nie dość, że pobrano mu odciski palców niczym pospolitemu przestępcy, to jeszcze musiał odpowiedzieć na mnóstwo głupich pytań, a na sam koniec, wbrew sobie, przeprosił tych, którzy przyczynili się do całej awantury. Nie chciał tego zrobić, ale usilne prośby Romana Czekowskiego – jego adwokata – przemówiły mu do rozumu i skruszyły dumę.
Około południa wraz z mecenasem Andrzej opuścił komendę policji. Pierwszy raz w życiu zrozumiał, na czym polega słodki smak wolności, musiał ją wcześniej stracić, żeby teraz poczuć jej wartość.
Czekowski pewnie prowadził samochód. Przedzierali się zatłoczonymi ulicami płockiej starówki w stronę starego mostu. Adwokat najpierw wyciągnął Kulickiego z aresztu, a teraz starał się go bezpiecznie dowieźć do domu. Jechali w milczeniu.
Zatrzymali się na czerwonym świetle.
– Andrzeju, co tam naprawdę się wydarzyło? – spytał nagle Czekowski.
Kulicki spojrzał na niego zdziwiony. Skąd to pytanie? Czyżby i on mu nie wierzył?
– To, co już powiedziałem. Nie będę tego w kółko powtarzał.
Prawnik z niedowierzaniem pokręcił głową.
– E tam, proszę, nie mów mi, że widziałeś pokiereszowanego ekshibicjonistę, a na dodatek ślepca. Może ci się przewidziało. Pewnie to tylko pobity pijak, który złapał twoją kurtkę i nawiał, żebyś nie chciał jej z powrotem. Sprzeda ją za parę groszy, a pieniądze przeznaczy na alkohol.
– Głupoty gadasz! – obruszył się Andrzej. – Wierz mi, że tak pobitego człowieka to wcześniej widziałem, no może jedynie w filmie.
Czekowski głośno westchnął.
– Dobra, niech ci będzie. Błagam tylko, odpuść sobie na pewien czas te swoje biegi. Niech sprawa przyschnie, niech opadną emocje. Ci policjanci jeszcze jakiś czas krzywo będą na ciebie patrzeć, więc lepiej nie wchodź im w drogę. To taka dobra, przyjacielska rada.
Ulicą Mostową zjechali ze Wzgórza Tumskiego i zatrzymali się na Rybakach. Stąd było już blisko do domu Kulickiego.
Czakowski uścisnął mu dłoń na pożegnanie.
– I jeszcze jedno, następnym razem leżących na ulicy omijaj, i to szerokim łukiem.
Andrzej puścił tę radę mimo uszu. Bez słowa wysiadł z auta.
Wszedł do domu, pierwsze kroki skierował do łazienki, musiał jak najszybciej zmyć z siebie smród przyniesiony z izby zatrzymań. Ściągnął ubranie. Napuścił gorącej wody do wanny i zanurzył się w niej po samą szyję. Dopiero teraz poczuł ulgę.
Jego myśli niczym bumerang krążyły wokół dziwnego spotkania. Uporczywie stawała też przed oczami sylwetka tajemniczego ślepca. Kim był i co się z nim później stało? Andrzej wiedział, że musi tam wrócić i spokojnie obejrzeć to miejsce. Może coś znajdzie? Może to coś naprowadzi go na jakiś ślad?
Na szybko wrzucił coś na ząb i pojechał na Tumy. Samochód zostawił na parkingu nieopodal sądu, pod wielkim rozłożystym kasztanowcem. Resztę trasy pokonał pieszo.
Wypogodziło się, chwilami zza chmur nieśmiało wyglądało słońce. Mężczyzna stanął na skraju trawnika. To tu spotkał ślepca. Zaczął przeglądać teren, metr po metrze. Niestety, poza niedużym placykiem wygniecionej trawy nie zauważył nic szczególnego. Zajrzał nawet do śmietników, czym wzbudził nieskrywaną wrogość pałętających się żuli. To przecież ich teren. Przeczesał pobliskie zarośla, ale też bez rezultatu. Okaleczony mężczyzna, przykryty jego przeciwdeszczową kurtką, dosłownie rozpłynął się w porannym deszczu.
Mijały tygodnie. Andrzej powrócił do porannego biegania, a całe zdarzenie powoli ginęło w mrokach pamięci. Jedynie kiedy mężczyzna przebiegał nieopodal wieży zegarowej, oczami wyobraźni widział nagiego i okrwawionego ślepca.
Redakcja
Agnieszka Czapczyk
Korekta
Bożena Sigismund
Janusz Sigismund
Projekt graficzny okładki
Katarzyna Wójcik
Skład i łamanie wersji do druku
Agnieszka Kielak
Ilustracje
Katarzyna Wójcik
© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026
© Copyright by Jacek Ostrowski, Warszawa 2026
Wydanie pierwsze
ISBN: 9788384301937
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
WYDAWCA
Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2
00-036 Warszawa
tel. 22 416 15 81
www.skarpawarszawska.pl
@skarpawarszawska
Przygotowanie wersji elektronicznej
Okładka
Strona tytułowa
ROZDZIAŁ I
Strona redakcyjna
Spis treści
