Sztauwajery - Paulina Świst - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Sztauwajery ebook i audiobook

Paulina Świst

4,7

222 osoby interesują się tą książką

Opis

 

Po bestsellerowych „Paprocanach” i „Chechle”, intrygująca prawniczka prezentuje kolejny tom serii – „Sztauwajery”. Na czytelników czekają bezbłędne dialogi,  wyraziste postaci i niespodziewane zwroty akcji!

 

 

Julia Czerny nie nadaje się do tych wszystkich gier i podchodów. Zawsze dobrze o tym wiedziała, dlatego nie zajęła się prawem karnym, a przejrzystym i jasnym prawem gospodarczym. W tej dziedzinie wszystko oparte jest na liczbach i dokumentach. I to ceniła w tej robocie najbardziej. I pewnie wiodłaby wyjątkowo spokojne życie, gdyby na jej drodze znów nie stanął on. Lucjan „Luca” Złocki – samiec alfa, zło w czystej postaci.

 

 

I teraz dopiero zacznie się prawdziwe życie. Przekonają się o tym nie tylko Julka, ale też Marcin, Zośka i Paulina. Wszyscy podejrzewali, że prędzej czy później przyjdzie pora by wyrównać rachunki z Lucą. Wyjątkowo mocne przeczucie podpowiada im, że ten moment nadszedł właśnie teraz. I że nieuniknionym jest, że ktoś pożegna się z życiem. Luca „uwzględnił to w kosztach” całej operacji. Planu, nad którym pracował połowę swojego życia…

 

 

W co Luca zamierza ich wmanewrować? I jak to się może dla nich skończyć? Zajrzyjcie do Doliny Trzech Stawów i przekonajcie się sami!

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 213

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 52 min

Lektor: Paulina Świst

Oceny
4,7 (1711 ocen)
1342
261
85
17
6
Sortuj według:
imstrelicja

Nie oderwiesz się od lektury

Jestem pod ogromnym wrażeniem. Prawie od pierwszych stron mam w głowie, że to całkiem inny poziom niż "Prokurator". jak? kiedy? jak to? Złożoność historii i sylwetek bohaterów, dopracowanie. To nie jest już takie "czytadełko" dla rozrywki, bo skłania do refleksji i podejmuje trudne tematy w sposób dość "lekki". Warto było czekać. Sędzony czas nie jest stracony, a to najważniejsze. Dawno się tak nie uśmiałam. Nawet sama z siebie: wiedząc co znaczy "z TIR-a spadło" a googlując "MILF", 🙈 które przypisu już nie miało. Brakowało mi, chociaż jednego zdania o Strzeleckim... szkoda, nie można mieć wszystkiego
30
Madziukla_123

Nie oderwiesz się od lektury

Ta książka to sztos, taka wisienka na torcie że wszystkich 3 części ❤️
20
Tessa2022

Całkiem niezła

Nie wiem czy jako adwokat autorka narzeka na brak pracy i pieniędzy, że ma czas tyle tych książek pisać? Co innego czasem sobie coś napisać jak jest pomysł, chęć, czas, ale tutaj to stał się już chyba przymus zobowiązań wobec wydawnictwa. Co było najpierw widać po tym jak to (rzekomo) koleżanka musiała ratować sytuację i napisać MałaMi2 (słabą i mocno skrytykowaną), a teraz kolejna książka za książką na to samo "kopyto" co zawsze, ten sam typ faceta, ten sam typ kobiety, jakaś tam historyjka. Ja osobiście czekałam na "MałaMi2", bo zakończenie zwiastowało ciąg dalszy i taka jedna książka rocznie byłaby zupełnie wystarczająca, ale z tego co widzę, to już raczej nie będą pociągnięte wątki z "MałaMi" i nie będzie powrotu do tego, bo nie da się wymazać tej nieudanej drugiej części pisanej przez inną osobę (choć może to tylko legenda by na inną osobę spadła krytyka - pewności nigdy nie mamy:)), teraz tu w tej książce historia Ramzesa też już została jakoś tam poprowadzona. Ot czytadełko do "...
20
reene42

Nie oderwiesz się od lektury

Jak zwykle nie mogłam się oderwać .No i najważniejsze pytanie „kiedy następna „
20
elka28

Nie oderwiesz się od lektury

Uwielbiam książki Pani Pauliny!!! Książka jak zwykle mega. Szkoda tylko, że tak szybko się czyta 😘
10

Popularność




Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Monika Frączak

Redaktor prowadzący: Grażyna Muszyńska

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Damian Ryży

Zdjęcie na okładce

© Goran Bogicevic/photocase.com

© by Paulina Świst

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2022

ISBN 978-83-287-1897-5

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2022

– fragment –

„No ja nie wiem, mordo, co ty żeś tam widział, co ty żeś ćpał,

Że ty mówisz, że kiedyś było lepiej (…)

Mordo… Ja tam pamiętam nieco inne sytuacje

I niekoniecznie tak bardzo… komfortowe

Na pluszowej łące, no ale…”

Sokół, Jednorożec

K. za to, że JEST, i to dokładnie taki, JAKI jest.

Nie zasłużyłam na takiego kumpla jak Ty… :*

PROLOG 14 maja 2022 roku Piekary Śląskie

Paulina Maxellon

– Dzień dobry, szanowne audytorium! Mam niesamowitą przyjemność i wielki zaszczyt serdecznie państwa powitać na dorocznym raucie śląskiego biznesu! – Głos konferansjera, modulowany i przesadnie podniecony, rozległ się ze sceny. – Będę go dziś prowadzić – dodał, jakby to nie było oczywiste.

Najwyraźniej upewniał się, że wszyscy wiedzą i odnotowują, jaki jest ważny i jak ogromny dotknął go zaszczyt. Facet miał zalizaną na lewo grzywkę, pięć kilo nadwagi, koszulę w paski, kamizelkę w kratkę, apaszkę w esy-floresy i srebrne rurki rodem z Mediolanu.

– Co to za pajac? – zainteresowałam się.

– To Patrycjusz Owczarz. Nie mów, że go nie znasz. – Marcin pochylił się do mojego ucha.

– Wygląda jak Rumpelstiltskin – powiedziałam to, co jako pierwsze przyszło do głowy.

Szewerski ryknął śmiechem.

– To fakt. Ten, kto projektował mu ten zestaw, musiał mieć koszmarny bad trip po kwasie. Rok temu miałem z niego podobną polewkę. Wiecznie próbuje się wkręcić w interesy Luki. Łazi za nim jak pies, usługuje, kłania się, siada, daje głos i waruje. A jak trzeba, to jeździ na jednokołowym rowerku i żongluje piłeczkami – powiedział z wyraźnie słyszalną pogardą.

Udało mi się już dobrze poznać Marcina. Byliśmy razem od roku. W tej chwili ton jego głosu wskazywał, że musiał mieć z Owczarzem jakieś osobiste zatargi, ale postanowiłam dopytać go o to później.

– Rok temu nie mogłam się skupić na prowadzącym, bo podawałam tu żarcie – rzuciłam scenicznym szeptem. – Jakbyś nie pamiętał…

– Coś kojarzę, była tu jedna niezła dupa – przyznał, mierząc mnie wzrokiem. – To byłaś ty?

– Nie, twoja stara – wtrąciła się Zośka Bojarska. – Możecie być przez chwilę poważni? Czemu Luca nas tu ściągnął? To śmierdzi na kilometr!

– To śmierdzi na kilometr od dwa tysiące dwudziestego roku – potwierdził Marcin. – Wiedziałaś, że przyjdzie nam kiedyś spłacić długi… Mam chujowo mocne przeczucie, że to ten moment.

Niestety, ale musiałam się z nimi zgodzić. Kiedy odebrałam zaproszenie na raut, podpisane przez Lucjana Złockiego, od razu wiedziałam, że czas się wywiązać ze zobowiązań. Kiedy Marcin i Zośka odebrali takie same, wiedziałam, że siedzimy po uszy w gównie. Pewną pociechą było to, że siedzimy w nim razem.

– Informuję, iż w poniedziałek, oficjalnie, odwołamy w naszym kraju stan epidemii! – rozległo się ze sceny. – Jeszcze pół roku temu wszyscy cieszylibyśmy się jak szaleni. Natomiast dziś mamy na głowie równie poważny problem, a więc toczącą się u naszych granic wojnę. W związku z tym chciałem zaprosić na scenę filantropa i dobroczyńcę…

– Kierownicę w zorganizowanej przestępczości i bandziora – uzupełniłam cicho.

– …nadzieję naszej społeczności… – kontynuował namiętnie konferansjer – …człowieka o wielkim sercu…

– Dalej, Owczarz, przestań się krępować i zrób mu laskę – rzucił szeptem Marcin, a ja parsknęłam śmiechem.

– …naszego dobrego anioła…

– Nie strzimia tego pierdolenia. – Tym razem Zośka wzniosła oczy do nieba.

– …prezesa firmy LZ Company, pana Lucjana Złockiego – doszedł z emfazą Patrycjusz.

Luca pewnym krokiem wkroczył na scenę. Wyglądał jak milion dolarów. Idealna fryzura, idealny garnitur, idealny uśmiech.

– Ten dla odmiany wygląda tak, że wszyscy modele Armaniego mogliby ewentualnie wypucować mu buty. Gdyby i tak nie były wyglansowane na błysk – przyznałam z niechętnym uznaniem.

– Pewnie Owczarz wylizał – wyzłośliwił się Marcin.

– Dobry wieczór państwu – rozległ się głęboki i seksowny głos Lucjana. – Bardzo dziękuję za przemiłe słowa, ale nie zasłużyłem nawet na połowę z nich. Pan Patrycjusz jest najwyraźniej moim fanem, ale pamiętajcie państwo, że wszystko, co robię, robię po to, by wszystkim nam żyło się dobrze i dostatnio.

– Putler mógłby się od chuja uczyć propagandy – nie powstrzymała się Zośka.

Lucjan nie mógł jej usłyszeć, mówiła szeptem. Mimo to spojrzał prosto na nią i chyba nie rozczarował się jej zdegustowaną miną, bo uśmiechnął się uroczo.

– I rzecz jasna dla moich i waszych zysków – dodał.

Na sali rozległy się śmiechy aprobaty.

– Słyszeliście? Raz w życiu powiedział prawdę. Musiał się pomylić – wyzłośliwiłam się.

– Max, nie daj się wkręcić. On ich bajeruje i jest w tym naprawdę dobry. Ma podejście do tłumu – zauważył rozsądnie Marcin. – Pewnie chce ich do czegoś namówić, ale…

Przy naszym stole pojawił się nagle facet z ochrony.

– Państwo pozwolą ze mną – zaczął miło, acz stanowczo. – Pan Lucjan życzy sobie, aby państwo zaczekali na niego w prywatnej sali.

– A wiadomo, że pan Lucjan dostaje wszystko, czego sobie życzy. – Zośka nigdy nie nauczy się trzymać języka za zębami.

– – –

Marcin Szewerski

– Jak będę dorosła, to chciałabym mieć taki barek jak Luca – wypaliła Paulina.

Rzuciłem okiem na alkohole wyeksponowane na stoliku w sali, do której nas przyprowadzono. Rzeczywiście – top of the top. Standardowo przed wejściem sprawdzono nas urządzeniami do wykrywania podsłuchów. Przy drzwiach widziałem dodatkowe dwa zagłuszacze. Skurwiel był paranoikiem, ale był w tym naprawdę konsekwentny. Pewnie dlatego do tej pory nie dał się nikomu na niczym złapać. Ochroniarz wskazał nam klubowe fotele, po czym ulotnił się z pokoju.

Do pomieszczenia wszedł kelner, który wyglądał tak szykownie, jakby kwadrans temu wyrwano go z Bristolu.

– Czego się państwo napiją? – zapytał grzecznie.

– Whisky – rzuciłem, patrząc na The Glenliveta. Napis na butelce wskazywał, że trunek jest starszy ode mnie.

– Co pan ma najdroższego? – Zosia uśmiechnęła się uroczo. – Proszę to wszystko, co najdroższe, pomieszać i zrobić mi takiego drinka, który będzie kosztował pana Lucjana jak najwięcej. Może być nawet niedobry, wytrzymam.

– To samo dla mnie. – Paulina wybuchnęła śmiechem.

Kelner z prawdziwym profesjonalizmem zachował powagę i skinął im głową. A potem przygotował nasze drinki i ulotnił się, zostawiając nas samych w pokoju.

– Jak myślicie, czego on od nas chce? – Zośka popatrzyła na nas poważnie.

– Chce od was drobnej przysługi – odezwał się Luca, który właśnie stanął w drzwiach.

– Jakiej, Don Vito Corleone? – nie powstrzymałem się.

Rozumiem – robić show, ale gadki w stylu Ojca Chrzestnego, kiedy jest się na Śląsku, a nie na Sycylii, to lekka przeginka.

– Wiedziałem, że poznacie cytat. – Luca się uśmiechnął.

Podszedł do barku, nalał sobie whisky i zajął fotel obok Zośki.

– Wolicie bezpośrednio? Będzie bezpośrednio. Pani mecenas Bojarska, pani mecenas Maxellon, proszę, powiedzcie mi, co Ksenon i Ramzes paniom o mnie powiedzieli? I pomińmy tę szopkę, że niby nie pytałyście.

Oczywiście, że pytały, ale ich klienci, mimo że ufali im najbardziej na świecie, w temacie Luki po prostu nabrali wody w usta. No może niekoniecznie. Ramzes powiedział Zośce, że ma się nie interesować, bo dostanie kociej mordy, a Ksenon oznajmił Paulinie, że nie po to powróciła do zawodu, żeby za chwilę skończyć w rzece w betonowych szpilkach…

– Kompletnie nic – przyznała Paulina szczerze.

– Bardzo się cieszę. Wierzę w chłopaków, ale wiecie, jak jest. Lata w więzieniu mogą zmienić człowieka. – Luca uśmiechnął się pod nosem. – Ta drobna przysługa wygląda tak… Pani, pani Zosiu, złoży w procesie Ramzesa wniosek o przesłuchanie Ksenona w charakterze świadka.

– Na jaką okoliczność? – Zośka zmarszczyła brwi.

– Nie mam pojęcia, to pani tu jest adwokatem od gangusów. – Luca popatrzył na nią z uśmiechem.

– A pani – popatrzył na Paulinę – przyjedzie z nim na rozprawę.

– Jako pełnomocnik świadka? – dopytała Max.

– Nie wiem, może być jako pełnomocnik. Chodzi mi o to, żeby nie był sam.

– A ja czym mogę panu służyć? – Popatrzyłem na niego szyderczo.

– A pan również jest obrońcą w tym procesie i ma za zadanie dopilnować, żeby panie mecenaski swoich zadań nie spierdoliły. I odpowiada pan za nie – stwierdził Luca. – Obie pana kochają, jedna platonicznie, druga wręcz przeciwnie, więc myślę, że w trosce o pana nie będą kombinować i niebawem wszyscy rozstaniemy się w przyjaźni.

– – –

Zośka Bojarska

– Co za kutas! – powiedziałam, gdy tylko wyszliśmy przed hotel. – Czy on ci groził, czy mi się wydawało?

– Jebią mnie jego groźby. – Marcin nie wyglądał na specjalnie przestraszonego. – Po prostu chce mieć pewność, że z niczym nie wyskoczymy, i chce mieć nas wszystkich na tej sali rozpraw.

– Plus Ksenona – dodała Paulina.

– Bo Ramzes już tam będzie… – Zastanowiłam się chwilkę. – Myślisz, że chce im coś zrobić? – zapytałam o najbardziej prawdopodobny scenariusz.

Nie mogłam rozgryźć, czemu Ramzes i Ksenon nie chcą o nim gadać. Nie wiedziałam, czy się go boją, czy się z nim przyjaźnią. Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby Ramzerski w jakiejś sprawie był aż tak uparty, a zgodnie z tym, co mówiła Paulina, to samo dotyczyło Ksenona.

– Przy tylu policyjnych konwojach? Nie sądzę – zapewniła Max. – Ale muszą wiedzieć, na co się piszą. Opowiem Ksenonowi, że chcesz go powołać, i powiem dlaczego. Musi mieć świadomość, co się dzieje…

– Zrobię to samo… – podchwyciłam od razu. – Dużo bym oddała, żeby wiedzieć, co ich łączy. To nakreśliłoby nam perspektywę i może dowiedzielibyśmy się, w co Luca chce nas władować i jak się to może dla nas skończyć.

– Klienci nic nam nie powiedzą – stwierdziła Paulina. – Siedzą tak długo, że nie sądzę, aby chociaż przypuszczali, jaki Luca ma plan.

– Jeśli nie chcemy być zdani na totalnie chore pomysły tego złamasa, to musimy spróbować coś ustalić – stwierdził rozsądnie Marcin. – Zacznijmy od tego, czy występowali razem w jakichkolwiek sprawach?

– Nie występowali, bo Luca jest niekarańcem – powiedziała Paulina.

– Wiem – wtrącił Marcin. – Może był świadkiem? Jakieś wspólne firmy? KRS-y?

– Posprawdzam – obiecałam.

– My też. A teraz jedziemy na Tauzen się napić – rzucił Marcin z uśmiechem. – I przestańcie się na mnie patrzeć z minami kotów srających na pustyni. Powiedział, że odpowiadam za wasze działania łbem, żeby mieć nad wami kontrolę. I żebyście się bały. I to działa, co jest o tyle dziwne, że przecież ja tu stoję, pierdolę go serdecznie i przede wszystkim: żyję.

– Póki co… – skwitowałam.

21 czerwca 2022 rok Gliwice, Centrum

Julka

– Bardzo żałuję, że masz metr dziewięćdziesiąt wzrostu. – Popatrzyłam z wściekłością na swojego siedemnastoletniego syna.

– Dlaczego? – Łukasz uniósł na mnie zdziwione zielone oczy.

– Bo się nie zmieścisz do okna życia!

Wybuchnął śmiechem.

– Po kim ty jesteś taki głupi, bo przecież nie po mnie – wkurzałam się dalej.

– Może po tatusiu? – Uśmiechnął się pod nosem.

Nie wiem, kiedy ten słodki, uroczy dzieciak zmienił się w prawie dorosłego faceta. Zdecydowanie za szybko.

– Wiele mu można zarzucić, na przykład to, że jest dupkiem, ale akurat inteligencji mu nie brakuje – stanęłam w obronie jego ojca.

Niecodzienna sytuacja, ale rodzice powinni tworzyć wspólny front. Nawet jeśli jednego z nich nie ma na imprezie.

– Muszę uwierzyć ci na słowo, bo nie chcesz mi powiedzieć, kto to jest. – Zaczął stały temat naszych awantur.

Miał sporo racji. Był już prawie dorosły, powinnam mu powiedzieć. Po prostu nie wiedziałam, jak to zrobić…

– Łukasz, posłuchaj mnie. – Usiadłam obok niego przy stole. – Teraz nie rozmawiamy o twoim ojcu, tylko o tym, że będziesz miał SPRAWĘ KARNĄ! Masz siedemnaście lat, odpowiadasz jak dorosły, tak jest skonstruowany kodeks karny w tym kraju!

– Mami, to nie ja zacząłem… – Wzruszył ramionami, jakby to załatwiało sprawę.

– Kurwa mać, ale ty skończyłeś! – Straciłam nad sobą panowanie. – I to tak, że tamten ma złamany nos, a to są obrażenia powyżej siedmiu dni, więc wlepią ci zarzuty z artykułu sto pięćdziesiątego siódmego kodeksu karnego! Zagrożenie od trzech miesięcy do pięciu lat!

– Musi złożyć zawiadomienie przecież. Zobaczymy, czy taka z niego „sześćdziesiona”.

Dostrzegłam w jego oczach ten charakterystyczny błysk. Błysk, który miał jego ojciec, gdy mówił o swoich „interesach”. Dziś, jeszcze bardziej niż zwykle, młody mi go przypominał… Przeczytałam milion mądrych książek, przerobiłam stosy literatury psychologicznej. Dzięki temu przekonałam samą siebie, że o tym, jacy jesteśmy, decyduje nasze wychowanie, a nie geny. Ale pewnych kwestii nie dało się oszukać… A genów nie dało się wydłubać. Był jego synem i zarówno wygląd, jak i charakterek miał właśnie po nim. Przy czym należy uczciwie dodać, że mnie też trudno było nazwać oazą spokoju.

– Ty myślisz, że to jest zabawa? W „sześćdziesiony” i bandziorów? Że takie to fajne i wygląda jak na teledyskach Sobla? – Zagotowałam się. – To jedziemy.

– Gdzie? – Popatrzył na mnie niepewnie.

– Do Zośki. Jesteś dupny pan bandyta, więc potrzebujesz dobrego adwokata. Podpiszesz pełnomocnictwo, zapytasz, jak się grypsuje… Takie tam kwestie, które niebawem bardzo ci się przydadzą…

– Mami, wtajemniczanie w to Zośki naprawdę nie jest konieczne. – Próbował się wymigać. – Przecież też jesteś prawnikiem.

– Obsługuję spółki, a nie młodocianych przestępców – wyrzuciłam z siebie jeszcze trochę złości. – Rozumiem, że ci łyso przyznać się przed Zośką, że osiągnąłeś dno głupoty, a potem jeszcze dokonałeś tam odwiertu, ale musi wiedzieć! Bo twoje szczeniackie zachowanie może mieć konsekwencje! Nie pozwolę ci rozjebać sobie życia na starcie.

– Tak jak ty sobie rozjebałaś? – Popatrzył na mnie z obawą.

– Nic sobie nie rozjebałam i nic bym w nim nie zmieniła – powiedziałam szczerą prawdę. – Nigdy nie żałowałam tego, że cię mam. Jesteś moim synem, kocham cię najbardziej na świecie i nawet jeśli odjęło ci rozum, to zrobię wszystko, żeby ci pomóc. Rusz dupę. – Zawinęłam ze stołu kluczyki i poszłam w stronę drzwi.

Katowice, Śródmieście

Luca

– Covid is dead. Ośrodek jest prawie ukończony, ale z pewnością nie wykorzystamy go do pierwotnych celów. Cała sytuacja na świecie się wyjebała, mamy wojnę przy naszej granicy, na dodatek dwóch sąsiadujących z nami państw. Jebane lata dwudzieste, co wiek takie same… Zarazy, wojny i oszołomy. Swoją drogą, pamiętasz, jak ci mówiłem, że boję się tylko Putina, bo jest większym skurwysynem ode mnie? – Popatrzyłem na Krystiana.

– Pamiętam. I miałeś rację… – stwierdził z charakterystycznym dla niego spokojem.

Był moją prawą ręką, doradcą, wsparciem i księgowym. Gdyby ktoś zrobił z niego „sześćdziesiątkę”, to miałbym przejebane. Tylko że z niego nie dało się zrobić kapusia. Sprawdziłem go wielokrotnie i wiedziałem, że nie ma bardziej lojalnej i oddanej mi osoby.

– Kurwa, wolałbym jej nie mieć. Ten jeden, jedyny raz.

– Czemu tak się tym przejmujesz? – Krystian popatrzył na mnie badawczo.

– Wkurwia mnie ta wojna – powiedziałem szczerą prawdę.

– Wszystkich wkurwia, a nie wszyscy fundują dwa TIR-y broni i prywatnie wysyłają ją na Ukrainę. A tak swoją drogą, co tam było?

– Kamizelki kuloodporne, noktowizory, buty, lornetki… kałachy. Bardzo żałuję, że nie javeliny, ale te kosztują osiemdziesiąt tysięcy dolarów za sztukę. Niech USA wysyła, bo mnie, kurwa, nie stać – przyznałem szczerze.

– Czy powinienem się interesować, jak udało ci się przerzucić przez granicę nieoficjalnie dwa TIR-y, w których były kałasznikowy? – Uniósł brew.

– Położyłem na nich czapkę niewidkę. – Nie miałem zamiaru się z tego tłumaczyć. Operacja wymagała ode mnie nieco zachodu, ale na myśl, że gdzieś tam z ufundowanej przeze mnie broni ktoś może odstrzeli zbrodniarza wojennego, nieodmiennie poprawiała mi humor.

– A po co? – Najwyraźniej sprawa była dla niego ważna.

– Krystian, pomijając wszystkie kwestie związane ze skurwysyństwem i niesprawiedliwością tej wojny, to oni biją się tam i za nas. Chcesz mieć ruskich przy granicy na długości siedmiuset pięćdziesięciu zamiast dwustu dziesięciu kilometrów?

– Nawet te dwieście dziesięć niespecjalnie mi się podoba – stwierdził rozsądnie.

– Poza tym te skurwysyny zabijają dzieci – dodałem, otwierając laptopa.

– I to jest chyba jeszcze ważniejszy powód. Powiedz mi, ale tak szczerze. Czemu nie masz dzieci? Wydajesz na akcje charytatywne pomocy małolatom prawie tyle, co na utrzymywanie tych swoich księżniczek. – Uśmiechnął się pod nosem.

Jak zawsze, gdy ktokolwiek mnie o to pytał, poczułem ukłucie w klacie. Nie mogę teraz o tym myśleć. Nie w chwili, w której jestem tak blisko celu.

– Bo jeszcze nie spotkałem odpowiedniej kandydatki – skłamałem.

– A szukasz? Ta twoja Amanda jest tak przeraźliwie tępa, że jak oglądam jej Instagrama, to zastanawiam się, czy nie jest brakującym ogniwem ewolucji między leniwcem a gumową lalą. Ty jej robisz te pozowane fotunie, na których wypina dupę?

Parsknąłem śmiechem.

– Broń Boże! Jeszcze mnie do końca nie po­jebało.

– Poza tym ona nie ma ani jednego zdjęcia, na którym się uśmiecha. Tylko ten wyniosły grymas. – Zaprezentował ulubioną „tajemniczą” minę Amandy. – Ma krzywe zęby?

– Nie. Po prostu jest przez większość czasu wściekła. – Rozłożyłem się na fotelu i poluzowałem krawat.

– A o co? Dopiero co wysłałeś ją na dwa tygodnie do Tulum! – Mina Krystiana wskazywała, że tego nie ogarnia.

– Chce się wprowadzić na Pułaskiego. – Uśmiechnąłem się szeroko.

– Do twojej ostoi, bastionu i wymuskanego dwustumetrowego apartamentu obok Sztauwajerów? – Uniósł brwi do połowy czoła.

– No chyba nie na kemping – wyzłośliwiłem się.

– Czy ona z chuja spadła? Przecież nawet ja tam jeszcze nigdy nie byłem, choć przeprowadziłeś się tam pół roku temu – powiedział zdumiony.

To mieszkanie było moim azylem. Nie wpuszczałem tam absolutnie nikogo, oprócz pani Janiny, która je sprzątała. I miałem ku temu swoje powody.

– Ja mówię, że może kiedyś, ona udaje, że mi wierzy, i tak się to jakoś kręci. – Uruchomiłem laptopa. – Raz na jakiś czas odwala dramę, że odejdzie. Ja mówię, żeby tego nie robiła. I cyk, zaś trzy miechy spokoju.

– Nie wiem, po co ci ta larwa, poważnie. No ale twój cyrk, twoje małpy. – Wzruszył ramionami. – Co zrobisz z ośrodkiem na Chechle?

– Wszystkie te dotacje, których nie mamy w kieszeni, należy uznać za stracone. Może spróbować zakwaterować tam uchodźców? – zastanowiłem się.

– Nie będzie możliwości zamieszkania tam przed wrześniem. Te wszystkie odbiory zajmą mnóstwo czasu. – Krystian wpatrywał się w swój komputer.

– Ta wojna nie skończy się w tym roku… Zbadaj możliwości uzyskania na to pieniędzy. Dowiedz się, czy ktoś wie cokolwiek o jakichś poważnych środkach. Jeśli tak, zatrudniaj lobbystów, niech to przepchną po naszej myśli, tak żeby można było też coś na tym zarobić.

– Możesz mi nareszcie powiedzieć, po co tak w ogóle był ci ten ośrodek, na dodatek w tym przeklętym miejscu? – Próbował zgłębić temat.

– Jeszcze nie. Ale kiedyś ci powiem – zakończyłem dyskusję.

Miałem zamiar zrobić to dopiero wtedy, kiedy plan, który tworzyłem przez ostatnie dwadzieścia cztery lata, nareszcie znajdzie pomyślny finał.

– – –

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz