Szpital kosmiczny (12). Podwójny kontakt - James White - ebook

Szpital kosmiczny (12). Podwójny kontakt ebook

James White

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

Załoga statku szpitalnego Rhabwar, z Priliclą jako medycznym szefem zespołu, trafia w kolejnej wyprawie ratunkowej na uszkodzony statek obcych. Systemy obronne nie pozwalają na udzielenie pomocy, blokując wszelkie urządzenia elektroniczne. Korpus Kontroli, który stracił tam wcześniej patrolowiec, gotów jest potraktować nową rasę jako potencjalnie wrogą. Prilicla nie przyjmuje takiej interpretacji do wiadomości. Rozpoczyna trudne dzieło rozplątania łamigłówki i nawiązania kontaktu z przedstawicielami nowego gatunku. Nie wie, że będzie to dopiero połowa tego, z czym przyjdzie mu się uporać...


Zamykająca cykl "Szpitala Kosmicznego" powieść White'a nawiązuje do najbardziej klasycznych wzorców SF, przypominając w tym utwory Clarke'a czy Hogana. Tyle że z typową dla opowieści o międzygatunowym szpitalu domieszką ciepła, dystansu i humoru.
[opis wydawcy]

 

Książka dostępna w zasobach: 
Wojewódzka Biblioteka Publiczna w Gorzowie Wilekopolskim

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 337

Rok wydania: 2009

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

 

W sprzedaży SZPITAL KOSMICZNY

 

Przełożył

Radosław Kot

 

DOM WYDAWNICZY REBIS

Poznań 2009

 

Tytuł oryginału

Double Contact

Copyright © 1999 by James White

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition

by REBIS Publishing House Ltd.,

Poznań 2009

Redaktor

Renata Bubrowiecka

Opracowanie graficzne serii, projekt okładki i ilustracja

Zbigniew Mielnik

 

Wydanie I

ISBN 978-83-7510-124-9

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel. 061-867-47-08, 061-867-81-40; fax 061-867-37-74

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

 

Skład

Gdańsk, tel. 058-347-64-44

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Rozedrgana od rozgrzanego powietrza tarcza słoneczna majaczyła na brudnożółtym niebie niczym zmatowiała i postrzępiona flaga. Chwilami ginęła w chmurach niesionych przez wichury, które nieustannie nawiedzały skażoną powierzchnię planety. Po mającym wkrótce nastąpić zachodzie słońca należało się spodziewać całkowitych ciemności - blask tutejszego księżyca był zbyt słaby, aby przebić się przez wzburzoną i ledwie przejrzystą atmosferę, a gwiazd nie widziano tu już od trzech stuleci.

Gdy zatrzymali się na chwilę przed wejściem do pierwszej z szeregu komór odkażających w ich podziemnej siedzibie, wyraźnie poczuli szalejący wiatr. Był porywisty i śmierdzący, ale chcieli po raz ostatni spojrzeć na ten świat, zwany Trolannem - dobrze im znany, chociaż niezmiennie odpychający.

Czujniki skafandrów informowały o obecności niesionych podmuchami powietrza owadów i zarodników, które bezskutecznie próbowały przeniknąć przez osłony stawów i uszczelki wizjerów.

- Ani śladu druula - powiedział Jasam. - Można bezpiecznie wejść.

Sięgnął manipulatorem, aby otworzyć wejście do komory, potem wskazał szerokim gestem na ledwie widoczne słońce, coraz gęściejszą toksyczną mgłę i zamazane kontury wejść do sąsiednich podziemnych domów.

- Dobrze nam tu było razem - westchnął. - Nasza nowoczesna nora to szczęśliwy dom. I taka pozostanie przez te kilka dni - dodał, starając się, aby jego głos brzmiał swobodnie.
- Aż znajdziemy nowy - powiedziała Keet z irytacją. Zawsze tak reagowała na oczywistości. - Jestem głodna i chcę wyleźć wreszcie z tej skorupy.
- Ja też - przytaknął energicznie Jasam. - Ale głodna być nie musisz - dodał rzeczowo. - Podajniki skafandrów serwują dokładnie to samo, co czeka na nas w kuchni. Dostaliśmy przecież wszystko, co najlepsze. Możesz więc pożywić się już teraz. Zawsze to jakiś sposób na przeczekanie procedury odkażania.
- Nie - powiedziała Keet zdecydowanie. - Chcę, abyśmy zjedli razem, skoro mamy jeszcze po temu okazję, a nie osobno, jakby nic poza pracą nas nie łączyło. Wiesz, Jasam, czasem bywasz wrażliwy niczym... druul w rui.

Nie zareagował na to najgorsze z porównań, bo oboje wiedzieli, że było tylko żartem. Zresztą wszyscy starali się żartować na temat tej piekielnej formy życia, aby ukryć strach i obrzydzenie, jakie w nich budziła. Poza tym słowa na niewiele się tu zdawały, wskazane było raczej działanie.

Żadne z nich nie skorzystało z podajników, podczas gdy ich skafandry przechodziły skomplikowaną, ale absolutnie niezbędną procedurę. Spryskiwanie środkami odkażającymi, usuwanie śladów radiacji i w końcu cieplne wyjaławianie ciągnęły się niemiłosiernie, jednak wiele form życia, które ostatnio wyewoluowały na powierzchni, było na tyle groźnych, że dostawszy się do podziemnego domu, mogłoby w kilka minut zgładzić wszystkich jego lokatorów. Gdy przeszli w końcu do części mieszkalnej, mieli pewność, że nie wprowadzają tam żadnego niechcianego towarzystwa.

Jasam przystanął na chwilę, aby przyjrzeć się skrytej w kształtnym skafandrze Keet. Odwzajemniła spojrzenie, podziwiając jego wyższą i silniejszą posturę. Skafandry były naprawdę dobrze zaprojektowane, a Keet i Jasam, chociaż ciągle młodzi, osiągnęli wystarczająco wysoką pozycję, aby otrzymywać wszystko, co najlepsze. W rzeczywistości jednak nie byli wspaniali - niewielcy, chorowici i wcale nie tak piękni. Ale cybernetycznie sterowane manipulatory nie mogły zastąpić prawdziwego dotyku.

Niecierpliwie, choć bez pośpiechu, Jasam odłączył się od wizualnych, słuchowych i dotykowych modułów skafandra, potem usunął podajniki wody i pożywienia oraz - z nieco większą ostrożnością - wnikające głęboko w organizm końcówki systemu usuwania produktów przemiany materii. Uporał się z tym szybciej niż Keet i patrzył potem, jak jego ukochana otwiera długi brzuszny zamek i wychodzi ze skafandra - powoli i z wysiłkiem, niczym rodzące się dziecko.

Odbarwienia i blizny na jej ciele zdradzały, że podobnie jak on przeszła wiele chorób wywołanych czynnikami zewnętrznymi, gdyż otaczające ich środowisko nie nadawało się już do życia, mimo to nie zmieniła się zbytnio od ich pierwszej wspólnej nocy. I dla niego nadal była piękna. Gdy w końcu wyszła ze skafandra, ochoczo zbliżył się ku niej.

Jakiś czas później zjedli przygotowane przez Keet dania, podane jak najwykwintniej, z przyprawami mającymi zagłuszyć nijaki smak standardowych racji żywnościowych z przetwornika. Ponieważ jednak szef programu zapowiedział, że mają dla siebie tylko trzy dni, woleli nie marnować czasu na jedzenie. Starali się przy tym nie rozmawiać o pracy, ale wyczerpanie sprawiało niekiedy, że temat ten sam powracał.

- Nie żebym narzekała, ale po takich trzech dniach nie będzie z nas zbyt wiele pożytku - zauważyła Keet. - Lekarze nie będą zadowoleni.
- Nie zrobi im to różnicy - pocieszył ją Jasam. - Nie zrozumiałaś, o co im chodziło podczas ostatniej odprawy? Operacja wszczepienia w kokon, zwłaszcza ten najnowszy, eksperymentalny, jest długa i nieprzyjemna. Pacjenci powinni być więc świadomi, wypoczęci i współpracujący. I wypoczęci będziemy, przynajmniej fizycznie.

Już teraz przytulali się z całych sił, ale Keet spróbowała jeszcze bardziej zbliżyć się do Jasama.

- Tak się robi dzieci - powiedziała cicho.
- Nie w naszym przypadku - rzucił Jasam, ale zaraz spróbował złagodzić wydźwięk tej uwagi: - Gdybyśmy oboje byli zdrowi i płodni, nigdy nie otrzymalibyśmy zgody na udział w programie. O misji „Kokon 3” nie wspominając. Umieściliby nas jak najgłębiej i dali wszystko, o czym śmiertelnik może zamarzyć, w zamian oczekując tylko podporządkowania się poleceniom lekarzy pracujących nad zachowaniem naszej chorej rasy. Wobec groźby jej wymarcia, i to być może już za kilka pokoleń, odczucia par biorących udział w programie nie są szczególnie ważne. To walka o przetrwanie, a nie przyjemność. Podbudowany zaawansowaną techniką imperatyw ewolucyjny...

Keet się skrzywiła, gdyż Jasam znów przypominał jej o czymś, o czym nie miała szansy zapomnieć. Całkiem jakby chciał zepsuć tych kilka intymnych chwil.

- Bylibyśmy wtedy nawet słabsi niż teraz - dodał szybko. - Ale nie przeżylibyśmy tej frajdy.

Zaszczyt, który ich spotkał, był bezprecedensowy i rozpierała ich słuszna duma, że to właśnie oni zostali wybrani. W tej sytuacji nie zostało wiele miejsca na strach, ale też nie rozmawiali już więcej o programie i starali się nie spoglądać na kontener z hermetyczną kulą. Miała potrójną osłonę i została wyposażona w tymczasowy system podtrzymywania życia. Gdy inżynierowie dadzą znak, Jasam i Keet wejdą do niej i spędzą w środku kilka godzin koniecznych do bezpiecznego przetransportowania ich z domu do centrum medycznego, gdzie wykwalifikowany zespół chirurgów podłączy ich do modułów kokonu. Wtedy też będą mogli dotknąć się po raz ostatni.

Pierwszy wystrzelony kokon został przechwycony i zniszczony przez druula, zanim jeszcze wydostał się poza atmosferę. Drugi wystartował szczęśliwie, ale jeśli nawet coś znalazł, nie wrócił, aby o tym zameldować. Kokon 3 był najbardziej zaawansowanym wytworem nauki. A ze względu na postępującą degenerację środowiska i kurczące się zasoby miał też niemal na pewno pozostać ostatnim. Od sukcesu ich wyprawy zależało więc przetrwanie całej rasy.

Kokon został zaprojektowany dla dwojga pasażerów tak, aby zaspokajał wszystkie potrzeby ich organizmów przez czas wykraczający znacznie poza długość życia najzdrowszego osobnika. Dawał możliwość komunikowania się wewnątrz, ale każdy z modułów był tak wielki, że nigdy już nie mieli mieć ze sobą fizycznego kontaktu. Inżynierowie wyposażyli go w więcej zabezpieczeń niż poprzednie modele, a psychologowie zrobili wszystko, co leżało w ich mocy, aby pomóc załodze przetrwać podróż. Nikt jednak, z Jasamem włącznie, nie wiedział tak naprawdę, na jakie zagrożenia natrafią.

- Przynajmniej będziemy mogli bawić się naszymi lalkami - wyszeptała Keet, jakby czytała w jego myślach.

ROZDZIAŁ DRUGI

Gabinet nowego administratora i naczelnego psychologa szpitala przypominał średniowieczną izbę tortur. Prilicla oczywiście nie znał historii Ziemi, choć noszony przez niego hipnozapis podpowiadał takie właśnie pokrewieństwo. Nie było ono dokładne - po części za sprawą pieczołowicie dobranych obrazów wiszących na ścianach i przedstawiających krajobrazy różnych planet, ale przede wszystkim ze względu na stojące wkoło konstrukcje. Ziemscy kaci nijak nie wiedzieliby, co z nimi zrobić. Były to meble o osobliwych kształtach, na których przedstawiciele różnych ras mogli usiąść, kucnąć, położyć się albo zawisnąć podczas rozmowy z przełożonym. Zakładając oczywiście, że nie musieli stać na baczność, słuchając cierpkich słów na swój temat.

Tym razem Prilicla miał czyste sumienie i wyczuwał, że to samo dotyczy stojącego obok kapitana Fletchera, w nienagannie wyglądającym mundurze. Natomiast administrator szpitala, Ziemianin Braithwaite, emanował mieszanką niepokoju podszytego pośpiechem. W tej sytuacji nie należało oczekiwać, że zaproponuje im skorzystanie ze zgromadzonego w gabinecie umeblowania. Nie odezwał się też od razu, gdy do niego weszli.

- Sir - powiedział kapitan, spoglądając kątem oka na Priliclę, który unosił się w powietrzu na wysokości jego ramienia, burząc mu lekko podmuchem fryzurę. - Otrzymałem wiadomość, że chce mnie pan pilnie widzieć. W drodze tutaj spotkałem starszego lekarza Priliclę, który otrzymał takie samo wezwanie. Do tej pory pracowaliśmy razem tylko podczas misji ratunkowych, domyślam się więc, że ma pan kolejne zadanie dla Rhabwara?

Braithwaite przechylił w milczeniu głowę. Przed awansem na administratora był takim samym oficerem Korpusu Kontroli jak Fletcher i pierwszym zastępcą ówczesnego naczelnego psychologa O’Mary. Był uosobieniem spokoju i mistrzem w stosowaniu przepisów ubiorczych. Nawet teraz, gdy w związku ze zmianą przydziału musiał zrezygnować z munduru, nosił się niczym gotowy w każdej chwili na surową inspekcję żołnierz.

- Możliwe - powiedział w końcu.

Prilicla wyczuwał narastające zdumienie kapitana.

- Nasz administrator ciągle jeszcze nie podjął decyzji, przyjacielu Fletcher - powiedział skrzydlaty empatia. - Jak wiesz, wyczuwam tylko jego emocje. Nie myśli jednak, jestem tego pewien, że przyjaciel Braithwaite byłby szczęśliwy, gdybyśmy zgłosili się do tej misji na ochotnika.
- Rozumiem - odparł Fletcher, nie odrywając wzroku od przełożonego. - Doceniamy uprzejmość, sir, ale zanim cokolwiek zadeklaruję, muszę dokładnie wiedzieć, jaki będzie zakres odpowiedzialności. Szybciej pójdzie, jeśli powie nam pan, o co chodzi. Jak pan wie, Rhabwar jest stale utrzymywany w stanie gotowości, ale zarówno jego załoga, jak i przydzielony do niego personel medyczny niemal od sześciu miesięcy nie mieli okazji do wspólnych ćwiczeń. Jeśli zatem sprawa jest pilna... Cóż, nie przyspieszymy przelotu w nadprzestrzeni, ale możemy zaoszczędzić nieco czasu w trakcie przejścia z pańskiego biura do doku i przygotowań jednostki do skoku. - Zawahał się i zerknął na Priliclę. Mimo braku pewności decyzja była oczywista. - Zgłaszamy się na ochotnika.

Prilicla, istota nad wyraz krucha, należał do gatunku nienawykłego do podejmowania jakiegokolwiek ryzyka. Brak odwagi był uznawany wśród jego pobratymców za naturalny wyraz ostrożności. Posiadając silnie rozwinięty zmysł empatyczny, na wszelki wypadek zgadzał się z każdym, aby nie narażać się na konieczność odebrania nieprzyjemnej emanacji emocjonalnej.

- Przyjacielu Braithwaite - zaczął ostrożnie. - Do czego właśnie się zgłosiliśmy?
- Dziękuję wam obu - powiedział administrator i było widać, że mu ulżyło. Zanim podjął temat, wcisnął jakiś klawisz na stojącej na biurku konsoli. - Wszystkie dostępne informacje przesłałem do waszego komputera pokładowego. Potem się z nimi zapoznacie. Nie ma tego wiele i pewni jesteśmy jedynie tego, że w ciągu jednego standardowego dnia wybuchły aż trzy boje alarmowe, przy czym wszystkie sygnały pochodzą z osiemnastego sektora. Jest to obszar niezbadany i - jak można się spodziewać - pierwsze dwa impulsy noszą całkiem nieznane nam sygnatury. Dodatkowo różnią się między sobą zarówno siłą, jak i czasem trwania. Trzeci sygnał jest typowy i został wysłany zapewne przez jednostkę zwiadowczą Korpusu, krążownik Terragar, który odbywa w tym sektorze misję badawczą. Sądzimy, że zareagował w ten sposób na wcześniejsze sygnały. Łącznościowcy nie umieją jednak ich zinterpretować. Nie potrafią nawet orzec, czy faktycznie jest to wołanie o pomoc. To dlatego wahałem się z wysłaniem Rhabwara.

Zaskoczony Prilicla postanowił na razie się nie odzywać, ale wiedział, że kapitan Fletcher zada kilka pytań, które również empacie chodziły po głowie.

- Sir, zajmuje się pan psychologią obcych, może pan zatem nie znać się na kwestiach technicznych - zaczął z szacunkiem w głosie - ale jeśli uzna pan ten krótki wykład za zbędny, proszę mi po prostu przerwać. Z tego, co na razie wiemy, istnieje tylko jeden sposób na podróżowanie w nadprzestrzeni i jedna metoda wysłania sygnału alarmowego, gdy statek dozna poważnej awarii i utknie w zwykłej przestrzeni międzygwiezdnej. Proste radio nadprzestrzenne nie nadaje się do tego, ponieważ generowana przez nie wąska wiązka ulega zakłóceniom stwarzanym przez gwiazdy i potrzebuje silnego źródła energii, którym uszkodzona jednostka zazwyczaj nie dysponuje. Ale w tej sytuacji złożony i modulowany sygnał nie jest konieczny. Boja to proste urządzenie jednorazowego użytku, zasilane energią atomową i wysyłające impuls pozwalający na lokalizację rozbitków - nadprzestrzenne wołanie o pomoc, które trwa kilka minut albo godzin. Rhabwar został zbudowany właśnie po to, abyśmy mogli sprawnie reagować na podobne sygnały, zwłaszcza wysyłane przez nieznane nam rasy podróżujące w kosmosie - podsumował Fletcher. - Nie rozumiem zatem przyczyn pańskiego wahania, sir.
- Dziękuję, kapitanie - powiedział Braithwaite, pokazując przy tym zęby w grymasie, który u Ziemian był znakiem rozbawienia. - Wyjaśnił pan rzecz przystępnie, ale rzeczywiście niepotrzebnie. Moje wahanie wynika z tego, że te trzy wezwania - przy czym dwa sugerują niski poziom rozwoju techniki kosmicznej - pochodzą z tego samego obszaru. Być może naprawdę przebywają tam trzy jednostki, z czego dwie należą do nieznanej nam rasy, i wszystkie znalazły się w sytuacji zagrożenia, ale łącznościowcy zasugerowali mi, że być może dwa pierwsze sygnały nie zostały w ogóle wygenerowane przez nasze boje alarmowe. Nie wykluczają oni, że mogły być skutkiem ubocznym użycia jakiejś broni. Krótko mówiąc, być może nikt nie wzywa tam pomocy, tylko wręcz odwrotnie. Może się zdarzyć, że będzie trzeba ratować tam ofiary zastosowania przemocy i istoty zaangażowane w międzygwiezdny konflikt. Uważajcie zatem zarówno na siebie, jak i na nasz statek szpitalny. Oczywiście pod warunkiem, że Prilicla weźmie udział w wyprawie.

Braithwaite spojrzał na małego empatę, a jego uczucia sugerowały, że coś jeszcze ukrywa.

- Ma pan tutaj sporo ważnych obowiązków, starszy lekarzu Prilicla. Wiele się zmieniło, odkąd został pan szefem zespołu medycznego Rhabwara, i pana obecne kwalifikacje wykraczają poza związane z tym stanowiskiem wymagania. Byłoby więc zupełnie zrozumiałe, gdybym mianował teraz kogoś na pańskie miejsce - podsunął Prilicli całkiem zgrabną wymówkę, która pozwoliłaby mu wycofać się z misji bez utraty twarzy, ale zażądał tym samym natychmiastowej odpowiedzi.
- Patolog Murchison, moja zastępczyni, ma wystarczające doświadczenie w wyprawach ratunkowych, aby zastąpić mnie na stanowisku szefa zespołu - odparł Prilicla. - Jeśli jednak wybaczy mi pan napomknienie o pańskich emocjach, to czuję, że przykłada pan szczególne znaczenie do powodzenia tej misji. Dlatego raczej nie złożę rezygnacji i widzę, że... panu ulżyło, przyjacielu Braithwaite.

Administrator wypuścił powoli powietrze i ponownie pokazał zęby. Potem musnął palcami sensor komunikatora.

- Dziękuję. Członkowie załogi Rhabwara zostali już powiadomieni i znajdują się w drodze na pokład. Nie zatrzymuję was dłużej. Powodzenia, panowie.

Prilicla nie był pewien, czy podobało mu się nazwanie go panem, nie należał bowiem do rasy zamieszkującej Ziemię, ale rozumiał, że w tym wypadku chodziło raczej o zwrot grzecznościowy. Zresztą wypowiadając go, Braithwaite emanował szczerą życzliwością. Empata zawrócił więc w miejscu i szybko podążył do wyjścia. Wiedział z doświadczenia, że nawet gdyby pędził niczym błyskawica, drzwi i tak otworzą się odpowiednio szybko.

Nie wątpił też, że kapitan nie będzie miał mu za złe, iż dzięki skrzydłom szybciej od niego pokona sześć poziomów i plątaninę korytarzy dzielących ich od śluzy doku z Rhabwarem. Zresztą cała załoga statku szpitalnego odbywała w tej chwili podobny wyścig z czasem. Fletcher jako człowiek musiał pokonać tę drogę na nogach, chwilami posługując się też łokciami i tubalnym głosem, aby utorować sobie drogę na zatłoczonych korytarzach. Prilicla zaś leciał albo dzięki sześciu przyssawkom pajęczych nóg po prostu biegł po suficie, ponad kłębiącą się masą czasem przerażających, a czasem pięknych istot, nierzadko silnych i wyposażonych w naturalną broń, z której jednak rzadko korzystały, będąc cywilizowanymi członkami medycznego bractwa obsługującego szpital.

Prilicla po raz kolejny zastanowił się, dlaczego on, kruchy i wrażliwy cinrussański empata, postanowił związać swe życie zawodowe ze Szpitalem Sektora Dwunastego, jednym z najbardziej niebezpiecznych miejsc pracy w galaktyce, zwłaszcza dla kogoś należącego do owadopodobnego typu GLNO. I niezależnie od tego, jak długo by nad tym myślał, odpowiedź zawsze była taka sama.

Chociaż cały czas, wyjąwszy godziny przeznaczone na sen, musiał stawiać czoło zagrożeniom, jakie większość jego pobratymców wpędziłyby w szaleństwo, dawno już odkrył, że ta praca odpowiada mu najbardziej, i nie zamieniłby tego szpitala na żadne inne miejsce. Każdy uzdrawiacz umysłu dopatrzyłby się u niego na pewno głęboko ukrytego pragnienia śmierci, objawów zawodowego masochizmu i patologicznego zamiłowania do ryzyka, a także niezrównoważenia i silnych zaburzeń emocjonalnych, ale to samo można by powiedzieć o większości istot starających się o stanowisko w tej medycznej menażerii, jaką był Szpital Sektora Dwunastego.

Na statek rzeczywiście dotarł pierwszy. Szybko zameldował się i podążył do swojej niewielkiej grubo wyściełanej kabiny, do złudzenia przypominającej pomieszczenie mieszkalne z jego ojczystego świata. Ciążenie też było w niej ustawione na naturalnym dla niego poziomie jednej czwartej ziemskiego. Skrywszy się tu niczym w kokonie, sprawdził jeszcze oba zapasowe moduły antygrawitacyjne i rozprostował skrzydła oraz nogi, przybierając jak najwygodniejszą pozycję do spania. Delikatni, ale nad wyraz aktywni Cinrusskanie potrzebowali wiele snu, a Prilicla wiedział świetnie, że przez pierwszych kilka godzin lotu i tak nie będzie się działo na pokładzie nic istotnego.

Kilka minut później usłyszał kapitana, który skierował się z rękawa prosto do centrali. Chwilę po nim nadciągnęli pozostali trzej kontrolerzy stanowiący załogę Rhabwara oraz narzekający głośno na nagłe oderwanie od codziennych obowiązków personel medyczny. Prilicla wyczuwał w nich jednak więcej zainteresowania nowym zadaniem niż rzeczywistego niezadowolenia.

Przez chwilę chłonął emocje napływające z pokładu medycznego i centrali. A oni, świadomi, że mały empata nie może się od nich odizolować, starali się panować nad sobą, aby nie narażać go na żadne, przypadkowe nawet nieprzyjemne doznania. Zwłaszcza teraz, gdy ich szef próbował zasnąć.

ROZDZIAŁ TRZECI

Po odtworzeniu nagrania dostarczonego przez Braithwaite'a Prilicla wyczuł u wszystkich zaciekawienie, rezerwę i narastającą chęć, aby jak najszybciej dowiedzieć się reszty.

Znajdowali się na pokładzie medycznym. Kapitan Fletcher siedział na łóżku przeznaczonym dla Kelgian, po jego bokach usadowili się Dodds i Chen, porucznicy odpowiedzialni za łączność i napęd statku. Astrogator i aktualny wachtowy pozostawali w kontakcie dzięki pokładowej sieci wideo. Patolog Murchison zajmowała fotel obrotowy przy module diagnostycznym, tyle że obróciła się na nim twarzą do nich. Siostra przełożona Naydrad zwinęła się w futrzany znak zapytania na najbliższym ludzkim łóżku, a polimorficzny doktor Danalta zaległ na podłodze pod postacią niewielkiego zielonego stogu, wypączkowując na potrzeby dyskusji jedno ucho i osadzone na szypułce oko. Obawiający się energicznej gestykulacji Prilicla zawisł tuż pod sufitem, dokładnie przed ekranem, w który wszyscy się jeszcze wpatrywali.

- A więc to wyjątkowa sytuacja, dlatego musimy zachować szczególną ostrożność... – powiedział.

- Zawsze jesteśmy ostrożni - przerwała mu Naydrad, falując energicznie sierścią. - To niby za mało?

Kelgianie z natury mówili dokładnie to, co myśleli. Przyczyną były odbijające każdą emocję poruszenia futra. Nie będąc zdolnymi do świadomego kłamstwa, mogli co najwyżej powstrzymać się czasem od wypowiedzi. Prilicla wyczuwał wątpliwości Naydrad, także te niewyartykułowane, zignorował jednak pytanie, ponieważ i tak chciał wyjaśnić szerzej sprawę.

- Nie wiemy prawie niczego pewnego - zaczął. - Możemy się spodziewać, że przyjdzie nam ratować załogi dwóch zagrożonych jednostek. Pierwsza akcja nie powinna nastręczyć trudności, chodzi bowiem o należący do Korpusu Kontroli statek badawczy Terragar. Jego załogę tworzą ziemskie istoty typu DBDG. Klasyfikacja fizjologiczna drugiej załogi pozostaje nieznana. Być może jednak jeden z tych dwóch gatunków...
- To nie ma znaczenia - wtrąciła cicho patolog Murchison. - Liczy się tylko to, kto bardziej będzie potrzebował pomocy medycznej.

Prilicla wyczuł w niej niecierpliwość, zaciekawienie i pewność siebie właściwą komuś, kto przywykł do sporych wyzwań zawodowych.

- Zawsze tak postępujemy - dokończyła Murchison.
- ...jest odpowiedzialny za sytuację, w jakiej znalazła się druga załoga - dokończył Prilicla. - Możliwe też, że w sektorze przebywa jeszcze ktoś. Jednostka albo jednostki, nieuszkodzone, będące sprawcami wszystkich problemów albo ich części. Musimy więc być przygotowani na podobną ewentualność i ustalić zawczasu zasady postępowania podczas tej akcji.

Przez dłuższą chwilę nikt się nie odezwał. U wszystkich wzrosło napięcie, ale nie w stopniu, który upośledzałby zdolność oceny sytuacji. Oficerowie Korpusu zareagowali zwiększeniem koncentracji, co było typowe dla wojskowych szykujących się do stawienia czoła niebezpieczeństwu. Murchison nie wydawała się zachwycona, ale podobnie jak Naydrad powstrzymała się od komentarza. Jedynie Danalta wyglądał na całkiem nieporuszonego sytuacją. Tak jak wszyscy zmiennokształtni miał się za odpornego na proste fizyczne zagrożenia.

- W normalnych okolicznościach przyjaciel Fletcher dowodziłby do chwili naszego przybycia na miejsce katastrofy, gdzie powinien ustąpić miejsca kierownikowi personelu medycznego, czyli mnie. Możliwe jednak, że podczas tej akcji, przynajmniej z początku, wiedza wojskowa okaże się bardziej przydatna niż medyczna. Wyczuwam twoją zgodę, przyjacielu Fletcher, no i to, że chcesz coś powiedzieć. Słuchamy.

Kapitan kiwnął głową.

- Czy rozważył pan, starszy lekarzu Prilicla, wszystkie konsekwencje tej sytuacji? Czy uczynili to pozostali obecni na pokładzie lekarze? Rozumiem, że na razie to tylko spekulacje, ale w wypadku natrafienia na konflikt zbrojny niektóre moje rozkazy mogą się okazać sprzeczne z waszymi zawodowymi zasadami. I jeśli dojdzie do tego, będę oczekiwał pełnego podporządkowania się, bez dyskusji czy podawania moich racji w wątpliwość, niezależnie od tego, jakie konflikty sumienia mogłyby z tego wyniknąć. W tej kwestii musi panować jasność i już teraz powinienem mieć waszą zgodę i usłyszeć deklarację pełnej współpracy. Zależy mi, abyście wszyscy zrozumieli wymogi sytuacji przed akcją, aby w jej trakcie nie powstały żadne tarcia.
- Dokładnie tak podczas każdej sytuacji awaryjnej traktujemy polecenia doktora Prilicli - powiedziała Naydrad, falując ze zdumienia sierścią. - To zwykła procedura. Dlaczego kładziesz taki nacisk na coś oczywistego? A może coś mi umyka?
- Owszem - powiedział kapitan spokojnie, chociaż wolałby nie mówić o tym głośno. - Nasza jednostka nie jest uzbrojona, ale nie oznacza to, że jesteśmy całkiem bezbronni. Poruczniku Chen?

Inżynier pokładowy odchrząknął.

- Istnieje możliwość kilkugodzinnego przeciążenia naszych emiterów osłon przeciwmeteorytowych w taki sposób, aby chroniły nas przed odłamkami powstałymi podczas eksplozji klasycznych głowic. Ale jeśli natrafimy na głowicę atomową, będziemy bez szans.
- Emitery wiązek przyciągająco-odpychających, z których korzystamy podczas dokowania albo unieruchamiania przy burcie wymagających zbadania wraków, też mogą być wykorzystane jako broń - odezwał się bez wywoływania porucznik Haslam, do którego obowiązków należała astrogacja, ale i utrzymanie systemów statku. - Nie będą szczególnie destruktywne, ale przy utrzymaniu stałej odległości od obiektu i idealnym dopasowaniu prędkości można osiągnąć na tyle wąskie skupienie wiązki, aby wybić nią kilkustopową dziurę w poszyciu nieprzyjaciela. Problem polega na tym, że podobna operacja wymaga dużej energii. Musielibyśmy wówczas wyłączyć tarcze, co uczyniłoby nas bardziej podatnymi na ewentualny atak.
- Dziękuję, poruczniku - powiedział kapitan i spojrzał na pozostałych. - Jak sami widzicie, nie jesteśmy dobrze wyposażeni do prowadzenia działań militarnych. Tym bardziej więc w wypadku konfliktu zbrojnego taktyczna ocena sytuacji będzie miała decydujące znaczenie. Zaważy na charakterze moich rozkazów. Gdyby walka jeszcze trwała, zarządzę natychmiastową ucieczkę w nadprzestrzeń. Jeśli zaś trafimy na pobojowisko, rozważę udzielenie pomocy rozbitkom - pod warunkiem że nie zagrozi to bezpośrednio Rhabwarowi. Wówczas będę zapewne oczekiwał porady personelu medycznego w kwestii kolejności podchodzenia do uszkodzonych jednostek. Może jednak zdarzyć się i tak, że sam o tym zadecyduję. Uważam, że w pierwszym rzędzie powinniśmy się zająć statkiem badawczym Korpusu i załogą złożoną z przedstawicieli znanego nam gatunku, a nie obcymi, ponieważ...
- Kapitanie Fletcher! - przerwała mu Murchison z taką złością, że Prilicla zatoczył się w powietrzu jak uderzony czymś ciężkim. - Nie zwykliśmy tak postępować!

Reszta personelu medycznego podzielała jej odczucia. Kapitan zamilkł więc na chwilę, aby uporządkować myśli, które nie różniły się zbytnio od refleksji reszty dyskutantów.

- Owszem, proszę pani, zwykle tak nie postępujemy. Chciałem jednak wyjaśnić, dlaczego uważam, że w pierwszym rzędzie powinniśmy ratować naszych ludzi. Ma to zarówno taktyczne, jak i psychologiczne uzasadnienie. Oni wiedzą świetnie, kim jesteśmy i po co przybyliśmy, i mogą wspomóc nas istotnymi informacjami na temat tego, co się stało. Druga strona będzie najprawdopodobniej zagubiona i na tyle wystraszona, że uzna nas po prostu za kolejne zagrożenie. Na pewno zgodzicie się, że lepiej byłoby wiedzieć coś o obcych, zanim przystąpimy do próby ratowania ich czy udzielania im pomocy. My będziemy dla nich zapewne kompletnym zaskoczeniem - dodał, spoglądając po otaczającej go menażerii. - Możliwe, że podobna trudność nie wystąpi - powiedział po chwili, patrząc na unoszącego się pod sufitem Priliclę. - Jeśli jednak sprawa się skomplikuje, wówczas musicie być gotowi do udzielania pomocy we wskazanej przeze mnie kolejności. Czy to jasne?

Prilicla wiedział, że przekonało to wszystkich. Nikt nie zdradzał skłonności do buntu, a ogólne natężenie emocji spadło do poziomu pozwalającego empacie na stabilny zawis tuż pod sufitem. Przedłużającą się ciszę przerwała dopiero Naydrad, specjalistka od akcji ratunkowych prowadzonych w trudnych warunkach.

- Jeśli nikt nie ma nic więcej do dodania, chciałabym odświeżyć sobie teraz wszystkie procedury - stwierdziła bez wstępów. - Po sześciu miesiącach spędzonych przy grzecznie leżących w łóżkach pacjentach odwykłam od zajmowania się bardziej kłopotliwymi przypadkami.

Kapitan nie odezwał się już więcej, tylko wraz z dwoma młodszymi oficerami opuścił pokład medyczny, a Naydrad wzięła się do przeglądania nagrań z poprzednich akcji ratunkowych Rhabwara, zwłaszcza tych, które wymagały zastosowania nietypowych procedur. Dołączyli do niej Murchison i Danalta - zapewne dlatego, by zająć się czymkolwiek. Byli zasadniczo spokojni, ale widać było, że z coraz większym trudem powstrzymują się od komentarzy. Prilicla przeprosił ich i odleciał szybem komunikacyjnym do swojej kabiny. Chciał się trochę zastanowić we względnej samotności, dając jednocześnie podwładnym szansę na werbalne rozładowanie napięcia.

Krótka wypowiedź Murchison dała mu do myślenia. Owszem, nie zwykli postępować w ten sposób, ale pamiętał przecież, ile razy musieli nagiąć albo i złamać zasady. Odtworzyć tamte akcje potrafił i bez sięgania do nagrań. Wpatrując się przez bulaj w szare migotanie nadprzestrzeni, zaczął wspominać, jak się to wszystko zaczęło.

Jeszcze przed pierwszym wylotem - w założeniu rutynowym testem jednostki - wyjaśniono im obszernie genezę jej powstania. Korpus Kontroli, instytucja powołana do utrzymywania Pax Galactica, miał przez ostatnie stulecie tak mało do roboty, że zdecydowano się w końcu rozszerzyć jego zadania o badanie nieznanych obszarów kosmosu. W ślad za tym zaś zwiększono monstrualnie jego budżet, oczekując, że w razie natrafienia podczas misji zwiadowczych na planetę zamieszkaną przez istoty inteligentne organizacja weźmie na swoje barki odpowiedzialność za ciągnące się latami, bardzo złożone procedury kontaktowe. Od powołania jednostki zdarzyło się to trzy razy i specjaliści od komunikacji interkulturowej zdołali wprowadzić wszystkie trzy nowo odkryte cywilizacje do Federacji Galaktycznej.

Ale inną sprawą były spotkania w próżni - częstsze i przebiegające w odmiennych warunkach. Przede wszystkim dotyczyły ras, które dzięki przekroczeniu bariery podróży kosmicznych były poniekąd przygotowane na spotkanie braci w rozumie i nie przerażała ich często odmienna powierzchowność obcych - główna przeszkoda podczas kontaktów z mniej rozwiniętymi kulturami planetarnymi, widzącymi w członkach ekip kontaktowych przede wszystkim podejrzane potwory spadające niespodziewanie z nieba. Należało jednak również pamiętać, że załogi wędrujących po kosmosie statków działały często w stresie związanym z wielką odległością od domu, co wynikało ze specyfiki wypraw międzygwiezdnych.

Do tej pory wynaleziono tylko jeden sposób podróżowania z wykorzystaniem nadprzestrzeni i tylko jedną metodę wzywania pomocy w razie katastrofy, która unieruchomiłaby statek w zwykłej przestrzeni. Była to właśnie wyposażona w energię atomową boja sygnałowa. Jednostki zwiadowcze, odpowiadające na rozpaczliwe wołania wysyłane za jej pomocą, odkrywały wiele nowych i często wysoko rozwiniętych technologicznie istot, z którymi jednak nie mogły nawiązać kontaktu, gdyż na miejscu katastrofy znajdowały zwykle ich szczątki uwięzione w porozrywanych kadłubach. Czasem wprawdzie trafiano na żywych rozbitków, ale wtedy niezdolni do udzielenia pomocy obcym istotom kontrolerzy przekazywali ich do szpitala. Niektórych udawało się uratować, większość zaś stawała się jedynie preparatami i trafiała do działu patologii, gdzie rzadko udawało się ustalić, jaki świat ich zrodził.

Dlatego właśnie postanowiono zbudować specjalny statek szpitalny, który otrzymał nazwę Rhabwar. Jego dowódcą został inżynier specjalizujący się w technologii obcych, ekipa medyczna zaś składała się z lekarzy znających się zarówno na operacjach ratunkowych, jak i fizjologii różnych gatunków. Dzięki temu udało się nawiązać kontakt z siedmioma całkiem nowymi rasami, które stosunkowo szybko przystąpiły do Federacji.

W każdym z tych przypadków dokonano tego nie poprzez powolne budowanie porozumienia, ale dzięki demonstracji dobrej woli i udzieleniu daleko idącej pomocy medycznej i nie tylko.

Wspomnienia z tych akcji były silne i wyraźne. Prilicla nie ponosił za nie żadnej odpowiedzialności, ponieważ szefem personelu medycznego na Rhabwarze był wtedy starszy lekarz Conway, a on służył jedynie pomocą jako osoba zdolna odróżnić po emanacji emocjonalnej martwych od ledwie żywych i potrafiąca wskazać miejsce, gdzie należy ich szukać. Zdarzyło im się trafić na skrajnie niebezpiecznych i pozbawionych rozumu opiekunów nienarodzonych, noszących w łonie telepatyczne i wysoce inteligentne potomstwo, ale byli wśród nich też Niewidomi, których zmysły słuchu i dotyku były na tyle czułe, że zdołali dzięki nim zbudować urządzenia odbierające promieniowanie wszechświata i w ten sposób poznać to, czego nie mogli zobaczyć. W końcu wyruszyli nawet w podróże międzygwiezdne. I jeszcze Duwetti, Dwerlanie, Gogleskanie i inni. Wszyscy stwarzali swoiste problemy medyczne i wszyscy byli w pewien sposób groźni, zwłaszcza dla tak kruchej formy życia, jaką reprezentował Prilicla, którego zabić mógł silniejszy podmuch wiatru.

Mały empata zastanowił się, jak jego dawny przełożony, a obecnie już diagnostyk Conway, zachowałby się w sytuacji, w której jego ukochanemu statkowi szpitalnemu groziłaby przemiana w okręt wojenny. Jedno było pewne - bez dwóch zdań nie odleciałby, aby się ukryć w swojej kabinie.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Cztery dni później wyszli z nadprzestrzeni. Jej szare smugi zamigotały w oknach i na głównym ekranie, aby w ostatnim, dokuczliwym dla oczu błysku ustąpić miejsca czerni zwykłej próżni kosmicznej. Kilka chwil później porucznik Dodds przekazał odczyty z przyrządów, które potwierdziły to, co już widzieli.

- Wyszliśmy w pobliżu jakiejś planety, kapitanie. Jej barwa i pokrywa chmur sugerują obecność atmosfery odpowiedniej dla ciepłokrwistych tlenodysznych oraz odpowiadającej im wegetacji roślinnej. Na niskiej orbicie planety znajdują się dwa statki krążące w odległości pięćdziesięciu mil jeden od drugiego. Jeden z nich to Terragar, drugi reprezentuje nieznaną nam konstrukcję. Nie nosi też raczej śladów zniszczeń.
- Proszę podzielić ekran - zażądał kapitan. - Chcę maksymalnego zbliżenia obu jednostek. Haslam, wywołaj Terragara.

Ekran na pokładzie medycznym nagle zajaśniał i pokazały się na nim obrazy dwóch statków, które szybko urosły tak, że ich sylwetki wypełniły pole widzenia.

- Terragar nie jest uszkodzony - powiedział Dodds, ponownie nie oznajmiając niczego nowego. - Koziołkuje jednak powoli i nie widać światła w oknach centrali. Iluminatory też są ciemne. Wydaje się, że brakuje im zasilania, potrzebnego zwłaszcza do przywrócenia właściwej orientacji w przestrzeni...
- ...oraz nawiązania łączności - wtrącił Haslam. - Nie odpowiadają na nasze wezwania.
- Ten drugi statek też jest ciemny - ciągnął Dodds. - Chociaż to może mieć związek z cechami załogi. Kadłub wydaje się nienaruszony, poza dwoma śladami na śródokręciu. Jeden ma trzy, drugi cztery metry średnicy. Oba przypominają głębokie kratery, co sugeruje działanie wysokiej temperatury połączonej z silną eksplozją. Nie ma wkoło nich zamglenia, które oznaczałoby ucieczkę powietrza. Możliwe zatem, że grodzie skutecznie izolują miejsca zniszczeń. Albo uszkodzenia okazały się fatalne i cały statek został pozbawiony atmosfery. Nie dostrzegam nigdzie śladów broni ani pokryw, które mogłyby skrywać uzbrojenie. Skłonny jestem więc przyjąć, że statek ten nie był agresorem. Raczej sam padł ofiarą czyjegoś ataku.

Mimo sporej odległości dzielącej go od Fletchera Prilicla wyczuł, że kapitan dojrzał do podjęcia decyzji.

- Dobrze zatem - powiedział. - Podchodzimy. Proszę nadal wywoływać Terragara. Chcę wiedzieć, co się tam stało... Maszynownia. Chen, jesteśmy zbyt blisko planety, aby wykonać skok, daj więc maksymalny ciąg na główny napęd. Haslam, bądź gotów do wykonania manewru odwrotu na pierwszy znak jakiegoś wrogiego działania. To ma być naprawdę błyskawiczna reakcja.
- Zrozumiałem - odparł Haslam.

Pokład niemal niewyczuwalnie drgnął pod ich stopami, gdy system kompensacyjny zneutralizował skutki nagłego zwiększenia ciągu. Na ekranie pokazał się ponownie rzeczywisty obraz statków. Rosły teraz powoli, w miarę zbliżania się do nich.

Prilicla opadł na podłogę, złożył skrzydła i podwinął nogi, aby włożyć skafander. Murchison, Danalta i Naydrad byli już ubrani i z lekkim niepokojem czekali na rozwój wypadków. Empata sprawdził swój zapas powietrza, moduły antygrawitacyjne i silniczki manewrowe, po czym spojrzał na podwładnych.

- Zespół medyczny w gotowości, przyjacielu Fletcher - zameldował. - Samobieżne nosze także.
- Dziękuję, doktorze - odparł kapitan. - Jesteśmy już blisko Terragara.

Prilicla zaczynał się niepokoić. Wprawdzie Rhabwar nie posiadał żadnego uzbrojenia, ale przy jego budowie wykorzystano kadłub ciężkiego krążownika Korpusu Kontroli - jednostki z szerokimi deltoidalnymi skrzydłami pozwalającymi na swobodne wchodzenie w atmosferę planet. Wydawał się przez to nazbyt masywny na tak precyzyjne manewry. Gdyby zderzył się przez nieuwagę z Terragarem, nie doznałby zapewne większych uszkodzeń, ale drugiej jednostce groziłoby nawet naruszenie konstrukcji kadłuba. Bez wątpienia z fatalnym skutkiem dla załogi.

Statek medyczny sam w sobie nie był dobrym narzędziem do ratowania życia.

Prilicla nie wyczuł jednak wśród załogi ani śladu niepokoju. Oficerowie zdawali się świetnie wiedzieć, co mają robić. Przysunął się więc do iluminatora i spojrzał na planetę w dole oraz dwa wyraźnie widoczne na tle jasnych chmur statki, a w duchu stwierdził, że jego specjalnością jest medycyna obcych, a nie manewrowanie ciężkimi jednostkami w próżni. Zastanowił się więc, na jakie nowe istoty tym razem mogą natrafić.

- Obcy statek nadal nie wykazuje żadnej aktywności - zameldował Haslam spokojnie, chociaż podobnie jak wszyscy w centrali odczuwał ulgę, że nie spotkali się z wrogim przyjęciem. - Czujniki wykryły dwa źródła energii w okolicy śródokręcia, ale są zapewne zbyt słabe, aby zasilać systemy uzbrojenia. Poza tym temperatura w środku jest niska. Statek już od kilku dni traci ciepło i wydaje się, że nie zrobiono na nim nic, aby temu zapobiec. Powiedziałbym, że w tej sytuacji możemy odłożyć jego zbadanie na później.
- Zgadzam się - powiedział kapitan. - Proszę jednak nie spuszczać go z oka. Nigdy nic nie wiadomo. Pokład medyczny?
- Tak, przyjacielu Fletcher.
- Za jedenaście minut znajdziemy się w odległości stu metrów od Terragara i zsynchronizujemy nasze orbity. Wiem, że to daleko, ale proszę chociaż spróbować wychwycić emocjonalną emanację załogi. Jeśli takowa w ogóle się pojawi.
- Oczywiście, przyjacielu Fletcher.

Kapitan również wyglądał na spokojnego, ale musiał być bardzo spięty, inaczej nie poprosiłby bowiem głośno empaty o zrobienie czegoś, co i tak należało do jego obowiązków. Załoga statku zwiadowczego składała się jednak z Ziemian i mogli być wśród nich nawet przyjaciele Fletchera.

Prilicla wraz z innymi przyglądał się coraz bliższemu Terragarowi. Statek obracał się nieustannie i ciemne okna centrali przemykały przed ich oczami zbyt szybko i pod nazbyt małym kątem, aby udało się im zajrzeć do środka. W pewnej chwili jednak Prilicla dojrzał na pokładzie jakiś ruch.

- Przyjacielu Fletcher - odezwał się natychmiast. - Chyba coś zauważyłem wewnątrz. Nikt inny niczego nie dostrzegł, bo poznałbym to po zmianie stanu emocjonalnego załogi. Ale choć był to tylko moment, jestem pewien, że zauważyłem twarze, ręce i barki przynajmniej trzech Ziemian. Żyją, ale duża odległość nie pozwala mi wychwycić ich emocji.
- My też niczego nie widzieliśmy, ale nasze zmysły nijak nie mogą się równać z wyposażeniem GLNO. Haslam, włącz emitery wiązki i ustabilizuj Terragara w taki sposób, aby dać nam dobry widok na okna centrali. Potem wystrzel kabel z modułem komunikacji głosowej i przyczep go, tylko ostrożnie, na osłonie centrali. Musimy się dowiedzieć, co tam zaszło i czy potrzebują pomocy medycznej.

Błękitnawe promienie dwóch wiązek skupiły się na rufie i dziobie statku Korpusu, z wolna wyhamowując jego ruch obrotowy. Chwilę później pojawił się trzeci, bardziej skoncentrowany promień prowadzący komunikator, który jednak zatrzymał się w połowie drogi między jednostkami w oczekiwaniu na całkowite ustabilizowanie Terragara. Teraz Prilicla mógł lepiej przyjrzeć się oknom centrali, zanim zniknęła z pola widzenia.

- Przyjacielu Fletcher - odezwał się czym prędzej, wyczuwszy wreszcie coś, co na pewno nie było jego emocjami. - Dostrzegłem czterech członków załogi, czyli wszystkich, którzy powinni znajdować się na pokładzie. Machali do nas i kręcili głowami, co w wypadku waszego typu DBDG jest znakiem przeczenia. Dodatkowo pokazywali wnętrza dłoni, jakby chcieli nas odepchnąć, a jeden wskazywał na zmianę na obcy statek i nasz komunikator. Ledwie wyczuwam ich emocje, ale jestem pewien, że są znacznie pobudzeni.
- Też ich widziałem - powiedział kapitan. - Nie wyglądają na poważnie rannych. Ratunek jest o krok i w zasadzie nie powinni mieć powodów do niepokoju, mimo to... Haslam, czy obcy statek zachowuje się podejrzanie?
- Nie, sir - odparł porucznik. - Można nawet uznać, że leży w dryfie.

Prilicla zamilkł na chwilę, przygotowując się do powiedzenia czegoś, co mogło zostać odczytane jako sprzeciw i wzbudzić przykrą dla niego gniewną reakcję.

- Na razie odebrałem tylko ich ogólne odczucia - zaczął ostrożnie. - Zaburzenia stwarzane przez emocje naszej załogi nie pozwalają mi niczego sprecyzować. Na pewno jednak pobudzenie zaistniało, i to bardzo silne, skoro odebrałem je nawet mimo takiej odległości. Czy mogę o coś prosić?

Kapitan nieco się zirytował, co było typowe dla istoty uważającej, że ktoś wkracza w zakres jej władzy. Szybko jednak się opanował.

- Słucham, doktorze.
- Dziękuję - odparł empata i rozejrzał się po pokładzie, aby uświadomić obecnym, że prośba będzie skierowana również do nich. - Czy mógłby pan polecić swoim podkomendnym, aby spróbowali na jakiś czas wytłumić swoje emocje? Najlepiej, aby postarali się przez chwilę nie myśleć o niczym konkretnym. Chciałbym ustalić dokładniej, co tak zaniepokoiło załogę Terragara. Coś mi się tu bardzo nie podoba, przyjacielu Fletcher.
- Z doświadczenia wiem, że odczucia Prilicli z reguły bywają trafne - szepnęła Murchison, ale niezbyt cicho.
- Tak jak mówi doktor, panowie - stwierdził Fletcher, udając, że nie usłyszał słów pani patolog - macie przestać myśleć. Albo przynajmniej zacząć myśleć jeszcze mniej niż zwykle - dodał z uśmiechem.

Wszyscy obecni na pokładzie wpatrzyli się w ściany, podłogę albo po prostu zamknęli oczy, aby ograniczyć do minimum aktywność korową i towarzyszące jej emocje. Prilicla wiedział najlepiej, jak trudne było to zadanie, i musiał przyznać, że naprawdę się starali.

Centrala Terragara ponownie zniknęła z pola widzenia, ale w wypadku odbioru emocji jego załogi nie miało to już znaczenia. Prilicla nadal wyczuwał napięcie i zagubienie, z początku bardzo słabe, na granicy czytelności, ale w końcu z wolna zaczął wychwytywać szczegóły. Nie były wcale przyjemne.

- Przyjacielu Fletcher - powiedział. - Wyczuwam strach i intensywną chęć sprzeciwienia się czemuś. Skoro odbieram ich na podobny dystans, te emocje muszą być naprawdę silne. Strach wydaje się związany zarówno z obawą o własny los, jak i ogólną sytuacją, najpewniej jakimś czynnikiem zagrażającym życiu innych. Nie jestem telepatą, aby móc określić dokładnie ich intencje, ale powiedziałbym... Proszę, znowu ich widać.

Nie potrafił dostrzec dokładnie ich twarzy, widział jednak wyraźnie, jak otwierali i zamykali usta, machając przy tym rękami. Niekiedy wskazywali na obcy statek, częściej jednak na Rhabwara i unoszący się niedaleko w próżni komunikator. Blade wnętrza ich dłoni stawały się jasnymi plamami, gdy przyciskali je mocno do szyb centrali.

Co chcieli im przekazać?

- Wskazują na obcą jednostkę i na nas - powiedział Prilicla szybko. - Najczęściej jednak na moduł komunikacyjny. Wykonują przy tym gesty, jakby coś odpychali. Ich strach narasta. Jestem pewien, że chcą, abyśmy odlecieli.
- Ale dlaczego, u licha? - mruknął kapitan. - Postradali zmysły? Próbuję tylko ustabilizować ich statek i nawiązać łączność.
- Cokolwiek pan robi, bardzo ich to niepokoi - zauważył zdecydowanie empata. - Chcą, aby pan przestał.

Jeden z gestykulujących załogantów zniknął z pola widzenia. Zanim Prilicla zdążył o tym poinformować, Fletcher znów się odezwał.

- Z całym szacunkiem, doktorze, to, co pan odbiera, nie ma sensu. - Był pewien swego i przemawiał tonem osoby nawykłej do wydawania rozkazów. - Nie będziemy o tym dyskutować, dopóki nie skomunikujemy się z nimi i nie usłyszymy relacji z pierwszej ręki. Bez tego nie zaryzykuję wejścia na pokład obcej jednostki. Haslam, proszę zbliżyć komunikator i przyczepić go do kadłuba, gdy tylko wyhamuje pan ruch obrotowy.
- Proszę poczekać - zaprotestował gwałtownie Prilicla. - Proszę się chwilę zastanowić. Nie są ranni, nie odczuwają bólu ani innych fizycznych dolegliwości. Wyczuwam w nich wyłącznie niepokój, tym silniejszy, im bliżej jesteśmy. Nie ma zatem przesłanek klinicznych, aby dotrzeć do nich jak naszybciej. Nic się nie stanie, jeśli trochę się odsuniemy. I tak proponuję zrobić, przyjacielu Fletcher. Uważam, że coś tu jest bardzo nie tak.

Kapitan nadal był pewny swego, choć pojawiły się w nim pierwsze oznaki wahania. Na razie jednak nie dał im wyrazu.

- Przykro mi, doktorze, ale przede wszystkim muszę z nimi jak najpilniej porozmawiać - powiedział zdecydowanym tonem.
- Sir! - odezwał się nagle Haslam. - Wyrywają się z naszych wiązek. Mają trzy g na głównym napędzie. Sami go nie kontrolują, bo inaczej dawno ustabilizowaliby statek. To niemądre i samobójcze działanie! Schodzą na niższą orbitę, prosto w atmosferę. Gdy odsuną się jeszcze trochę, strumień odrzutu z ich silników jonowych trafi prosto w Rhabwara. Upiecze nas jak...
- Przyjacielu Fletcher - powiedział Prilicla spokojnie. - Ostrzegałem, że nie chcą, abyśmy podchodzili za blisko. Jestem jednak pewien, że nie chcą również nas zabić.

Kapitan wydał jakiś odgłos, który oparł się wysiłkom autotranslatora.

- Ma pan rację, doktorze - stwierdził. - Teraz jednak naprawdę musimy się nimi zająć, w przeciwnym razie spłoną w atmosferze.

ROZDZIAŁ PIATY

Terragar należał do jednostek zaprojektowanych wyłącznie do eksploatacji w próżni. Nie lądował nigdy na powierzchni planet; zatrzymywał się na orbicie, gdzie dokował do stacji kosmicznych albo innych statków. Obudowany dalekosiężnymi czujnikami i kamerami mapującymi, z dalekim od opływowych kształtów kadłubem przypominał skrzyżowanie cegłówki z patyczakiem. Mało taktowna Naydrad zauważyła nawet głośno, że jej zdaniem Terragar ma w sobie coś z ich szefa.

Prilicla, który uważał ciało Cinrusskanina za naturalnie kształtne i piękne, nie poczuł się urażony. Wiedział, że Kelgianie mówią to, co czują, i nawet nie próbują kłamać. Ważniejsze było to, że Naydrad odnosiła się do niego z szacunkiem. Co do tego empata nie miał wątpliwości. Poza tym teraz musiał skupić się na czymś innym.

- Przechwyć ich i ustabilizuj - polecił gorączkowo kapitan. - Bez zbędnych ceregieli, do licha! Daj wiązkę na pełną moc i już. Starczy nam energii.
- Starczy, ale nie o to chodzi, sir - odparł Haslam wyraźnie zdenerwowany, ale w pełni panując nad sobą. - Promień ściągający działa na pierwszą napotkaną powierzchnię. Jeśli postąpimy zbyt gwałtownie, zerwę im poszycie. Muszę działać ostrożnie, aby nie rozerwać Terragara.
- Rozumiem - mruknął kapitan. - Uważaj zatem, ale działaj jak najszybciej.
- Statek rozgrzewa się od tarcia atmosferycznego - zauważył Dodds. - Oni także musieli już je poczuć.

Prilicla widział przez iluminator, jak niebieskawa mgiełka ponownie ogarnia statek badawczy i przyciąga go bliżej. Koziołkowanie słabło wyraźnie, aż w końcu całkiem ustało. Obie jednostki weszły już jednak w górne warstwy atmosfery i dla pozbawionego aerodynamicznych kształtów Terragara stało się to o wiele za szybko. Empata wyczuwał narastający strach jego załogi, ale połączony z osobliwą determinacją. Nie rozumiał tego i nie po raz pierwszy żałował, że nie potrafi odgadnąć, co obserwowane przez niego istoty naprawdę myślą.

- Masz ich - powiedział kapitan. - Gdy ustabilizujesz ich do końca, obróć statek tak, aby leciał rufą do przodu. Moduł napędowy ma mocniejszą konstrukcję niż sekcja mieszkalna i będzie się wolniej spalał. Nie możesz ich bardziej spowolnić?
- Tak, sir. Co do drugiego, próbuję, sir.

Statek badawczy znajdował się dokładnie przed nimi i nie koziołkował, widzieli zatem dobrze, co działo się w jego centrali. Załoga włożyła ciężkie skafandry i tylko przesłony hełmów trzymała na razie otwarte. Sądząc po poruszeniach ust, musiała coś krzyczeć i nadal pokazywała Rhabwarowi, aby się oddalił. Prilicla nie widział rufy Terragara, która musiała już chyba porządnie się nagrzać, ale pajęcze wysięgniki i moduły czujników przybrały wiśniową barwę i z wolna wyginały się pod wpływem owiewania przez coraz gęstszy strumień powietrza. W końcu jeden z nich oderwał się i uderzył z hukiem, aczkolwiek całkiem nieszkodliwie, w kadłub Rhabwara.

- Dlaczego nie uruchomią ponownie głównego napędu? - zastanowił się wyraźnie zły i zniecierpliwiony Dodds. - Byłoby nam łatwiej.
- Nie wiem dlaczego - odparł kapitan. - Doktorze, czy potrafi pan to wyjaśnić?
- Tak, przyjacielu Fletcher. Pomimo strachu i pewności bliskiego końca nie zdecydują się nam pomóc, ponieważ za żadną cenę nie chcą dopuścić nas w pobliże swojego statku. Nie wiem, dlaczego tak robią, ale muszą mieć po temu bardzo ważne powody.

Przez chwilę wyczuwał szalejące w centrali Rhabwara emocje, przy czym to kapitan stanowił chyba centrum tej zawieruchy, która jednak dość szybko się uspokoiła. To sugerowało podjęcie decyzji.

- Nie pojmuję, skąd u nich te samobójcze zapędy - powiedział Fletcher. - Włożyli jednak skafandry, a to sugeruje, że zachowali jakąś nadzieję na przetrwanie. Cokolwiek myślą, spróbuję ich uratować. Chyba że macie inne sugestie?
- W żadnym razie nie sugerowałbym innego działania, przyjacielu Fletcher. Informuję jedynie o ich odczuciach. Żadna racjonalnie myśląca istota nie jest w stanie zrozumieć kogoś, kto chce popełnić samobójstwo, i we wszystkich kulturach odnajdziemy jednoznaczne nakazy moralne, aby ratować takie osoby, nawet wbrew ich woli.

Kapitan nie odpowiedział, ale bez wątpienia słowa Prilicli go uspokoiły.

- Zwolnij ich, Haslam - rozkazał po chwili. - Nie przesadzaj z ostrożnością.

Prilicla mógł teraz dokładniej obejrzeć rufę Terragara, której kolor zmieniał się z wolna od metalicznej szarości do matowej czerwieni, by na samym końcu rozjarzyć się pomarańczowo. Plątanina wsporników przypominała jaśniejącą bielą sieć pajęczą, która gięła się, topiła i odpadała kawałek po kawałku od kadłuba. Empata obawiał się, że jeszcze chwila, a statek badawczy zniknie w oślepiającej kuli ognia. Oficerowie pokładowi wydawali się jednak zadowoleni z rozwoju sytuacji.

- Chyba się udało, sir - powiedział Haslam. - Za kilka sekund zwolnią na tyle, że nie będą się już bardziej nagrzewać. Ale to jeszcze nie koniec kłopotów...

Prilicla zauważył, że Terragar przestał zostawiać za sobą kometarny ogon szczątków, poza tym jednak chyba nic się nie zmieniło.

- Wedle moich obliczeń ciepło wytworzone na rufie dotrze za jakieś dwadzieścia minut do sekcji mieszkalnej. A to nie wróży dobrze załodze.
- Zatem wyjdźmy z nimi poza atmosferę - powiedział kapitan. - Energia wy promieniuje w próżnię. Możesz to zrobić, nie ryzykując rozpadnięcia się ich kadłuba?