Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Załoga statku szpitalnego Rhabwar, z Priliclą jako medycznym szefem zespołu, trafia w kolejnej wyprawie ratunkowej na uszkodzony statek obcych. Systemy obronne nie pozwalają na udzielenie pomocy, blokując wszelkie urządzenia elektroniczne. Korpus Kontroli, który stracił tam wcześniej patrolowiec, gotów jest potraktować nową rasę jako potencjalnie wrogą. Prilicla nie przyjmuje takiej interpretacji do wiadomości. Rozpoczyna trudne dzieło rozplątania łamigłówki i nawiązania kontaktu z przedstawicielami nowego gatunku. Nie wie, że będzie to dopiero połowa tego, z czym przyjdzie mu się uporać...
Książka dostępna w zasobach:
Wojewódzka Biblioteka Publiczna w Gorzowie Wilekopolskim
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 337
Rok wydania: 2009
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
W sprzedaży SZPITAL KOSMICZNY
Przełożył
Radosław Kot
DOM WYDAWNICZY REBIS
Poznań 2009
Tytuł oryginału
Double Contact
Copyright © 1999 by James White
All rights reserved
Copyright © for the Polish edition
by REBIS Publishing House Ltd.,
Poznań 2009
Redaktor
Renata Bubrowiecka
Opracowanie graficzne serii, projekt okładki i ilustracja
Zbigniew Mielnik
Wydanie I
ISBN 978-83-7510-124-9
Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.
ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań
tel. 061-867-47-08, 061-867-81-40; fax 061-867-37-74
e-mail: [email protected]
www.rebis.com.pl
Skład
Gdańsk, tel. 058-347-64-44
Rozedrgana od rozgrzanego powietrza tarcza słoneczna majaczyła na brudnożółtym niebie niczym zmatowiała i postrzępiona flaga. Chwilami ginęła w chmurach niesionych przez wichury, które nieustannie nawiedzały skażoną powierzchnię planety. Po mającym wkrótce nastąpić zachodzie słońca należało się spodziewać całkowitych ciemności - blask tutejszego księżyca był zbyt słaby, aby przebić się przez wzburzoną i ledwie przejrzystą atmosferę, a gwiazd nie widziano tu już od trzech stuleci.
Gdy zatrzymali się na chwilę przed wejściem do pierwszej z szeregu komór odkażających w ich podziemnej siedzibie, wyraźnie poczuli szalejący wiatr. Był porywisty i śmierdzący, ale chcieli po raz ostatni spojrzeć na ten świat, zwany Trolannem - dobrze im znany, chociaż niezmiennie odpychający.
Czujniki skafandrów informowały o obecności niesionych podmuchami powietrza owadów i zarodników, które bezskutecznie próbowały przeniknąć przez osłony stawów i uszczelki wizjerów.
- Ani śladu druula - powiedział Jasam. - Można bezpiecznie wejść.
Sięgnął manipulatorem, aby otworzyć wejście do komory, potem wskazał szerokim gestem na ledwie widoczne słońce, coraz gęściejszą toksyczną mgłę i zamazane kontury wejść do sąsiednich podziemnych domów.
Nie zareagował na to najgorsze z porównań, bo oboje wiedzieli, że było tylko żartem. Zresztą wszyscy starali się żartować na temat tej piekielnej formy życia, aby ukryć strach i obrzydzenie, jakie w nich budziła. Poza tym słowa na niewiele się tu zdawały, wskazane było raczej działanie.
Żadne z nich nie skorzystało z podajników, podczas gdy ich skafandry przechodziły skomplikowaną, ale absolutnie niezbędną procedurę. Spryskiwanie środkami odkażającymi, usuwanie śladów radiacji i w końcu cieplne wyjaławianie ciągnęły się niemiłosiernie, jednak wiele form życia, które ostatnio wyewoluowały na powierzchni, było na tyle groźnych, że dostawszy się do podziemnego domu, mogłoby w kilka minut zgładzić wszystkich jego lokatorów. Gdy przeszli w końcu do części mieszkalnej, mieli pewność, że nie wprowadzają tam żadnego niechcianego towarzystwa.
Jasam przystanął na chwilę, aby przyjrzeć się skrytej w kształtnym skafandrze Keet. Odwzajemniła spojrzenie, podziwiając jego wyższą i silniejszą posturę. Skafandry były naprawdę dobrze zaprojektowane, a Keet i Jasam, chociaż ciągle młodzi, osiągnęli wystarczająco wysoką pozycję, aby otrzymywać wszystko, co najlepsze. W rzeczywistości jednak nie byli wspaniali - niewielcy, chorowici i wcale nie tak piękni. Ale cybernetycznie sterowane manipulatory nie mogły zastąpić prawdziwego dotyku.
Niecierpliwie, choć bez pośpiechu, Jasam odłączył się od wizualnych, słuchowych i dotykowych modułów skafandra, potem usunął podajniki wody i pożywienia oraz - z nieco większą ostrożnością - wnikające głęboko w organizm końcówki systemu usuwania produktów przemiany materii. Uporał się z tym szybciej niż Keet i patrzył potem, jak jego ukochana otwiera długi brzuszny zamek i wychodzi ze skafandra - powoli i z wysiłkiem, niczym rodzące się dziecko.
Odbarwienia i blizny na jej ciele zdradzały, że podobnie jak on przeszła wiele chorób wywołanych czynnikami zewnętrznymi, gdyż otaczające ich środowisko nie nadawało się już do życia, mimo to nie zmieniła się zbytnio od ich pierwszej wspólnej nocy. I dla niego nadal była piękna. Gdy w końcu wyszła ze skafandra, ochoczo zbliżył się ku niej.
Jakiś czas później zjedli przygotowane przez Keet dania, podane jak najwykwintniej, z przyprawami mającymi zagłuszyć nijaki smak standardowych racji żywnościowych z przetwornika. Ponieważ jednak szef programu zapowiedział, że mają dla siebie tylko trzy dni, woleli nie marnować czasu na jedzenie. Starali się przy tym nie rozmawiać o pracy, ale wyczerpanie sprawiało niekiedy, że temat ten sam powracał.
Już teraz przytulali się z całych sił, ale Keet spróbowała jeszcze bardziej zbliżyć się do Jasama.
Keet się skrzywiła, gdyż Jasam znów przypominał jej o czymś, o czym nie miała szansy zapomnieć. Całkiem jakby chciał zepsuć tych kilka intymnych chwil.
Zaszczyt, który ich spotkał, był bezprecedensowy i rozpierała ich słuszna duma, że to właśnie oni zostali wybrani. W tej sytuacji nie zostało wiele miejsca na strach, ale też nie rozmawiali już więcej o programie i starali się nie spoglądać na kontener z hermetyczną kulą. Miała potrójną osłonę i została wyposażona w tymczasowy system podtrzymywania życia. Gdy inżynierowie dadzą znak, Jasam i Keet wejdą do niej i spędzą w środku kilka godzin koniecznych do bezpiecznego przetransportowania ich z domu do centrum medycznego, gdzie wykwalifikowany zespół chirurgów podłączy ich do modułów kokonu. Wtedy też będą mogli dotknąć się po raz ostatni.
Pierwszy wystrzelony kokon został przechwycony i zniszczony przez druula, zanim jeszcze wydostał się poza atmosferę. Drugi wystartował szczęśliwie, ale jeśli nawet coś znalazł, nie wrócił, aby o tym zameldować. Kokon 3 był najbardziej zaawansowanym wytworem nauki. A ze względu na postępującą degenerację środowiska i kurczące się zasoby miał też niemal na pewno pozostać ostatnim. Od sukcesu ich wyprawy zależało więc przetrwanie całej rasy.
Kokon został zaprojektowany dla dwojga pasażerów tak, aby zaspokajał wszystkie potrzeby ich organizmów przez czas wykraczający znacznie poza długość życia najzdrowszego osobnika. Dawał możliwość komunikowania się wewnątrz, ale każdy z modułów był tak wielki, że nigdy już nie mieli mieć ze sobą fizycznego kontaktu. Inżynierowie wyposażyli go w więcej zabezpieczeń niż poprzednie modele, a psychologowie zrobili wszystko, co leżało w ich mocy, aby pomóc załodze przetrwać podróż. Nikt jednak, z Jasamem włącznie, nie wiedział tak naprawdę, na jakie zagrożenia natrafią.
- Przynajmniej będziemy mogli bawić się naszymi lalkami - wyszeptała Keet, jakby czytała w jego myślach.
Gabinet nowego administratora i naczelnego psychologa szpitala przypominał średniowieczną izbę tortur. Prilicla oczywiście nie znał historii Ziemi, choć noszony przez niego hipnozapis podpowiadał takie właśnie pokrewieństwo. Nie było ono dokładne - po części za sprawą pieczołowicie dobranych obrazów wiszących na ścianach i przedstawiających krajobrazy różnych planet, ale przede wszystkim ze względu na stojące wkoło konstrukcje. Ziemscy kaci nijak nie wiedzieliby, co z nimi zrobić. Były to meble o osobliwych kształtach, na których przedstawiciele różnych ras mogli usiąść, kucnąć, położyć się albo zawisnąć podczas rozmowy z przełożonym. Zakładając oczywiście, że nie musieli stać na baczność, słuchając cierpkich słów na swój temat.
Tym razem Prilicla miał czyste sumienie i wyczuwał, że to samo dotyczy stojącego obok kapitana Fletchera, w nienagannie wyglądającym mundurze. Natomiast administrator szpitala, Ziemianin Braithwaite, emanował mieszanką niepokoju podszytego pośpiechem. W tej sytuacji nie należało oczekiwać, że zaproponuje im skorzystanie ze zgromadzonego w gabinecie umeblowania. Nie odezwał się też od razu, gdy do niego weszli.
Braithwaite przechylił w milczeniu głowę. Przed awansem na administratora był takim samym oficerem Korpusu Kontroli jak Fletcher i pierwszym zastępcą ówczesnego naczelnego psychologa O’Mary. Był uosobieniem spokoju i mistrzem w stosowaniu przepisów ubiorczych. Nawet teraz, gdy w związku ze zmianą przydziału musiał zrezygnować z munduru, nosił się niczym gotowy w każdej chwili na surową inspekcję żołnierz.
Prilicla wyczuwał narastające zdumienie kapitana.
Prilicla, istota nad wyraz krucha, należał do gatunku nienawykłego do podejmowania jakiegokolwiek ryzyka. Brak odwagi był uznawany wśród jego pobratymców za naturalny wyraz ostrożności. Posiadając silnie rozwinięty zmysł empatyczny, na wszelki wypadek zgadzał się z każdym, aby nie narażać się na konieczność odebrania nieprzyjemnej emanacji emocjonalnej.
Zaskoczony Prilicla postanowił na razie się nie odzywać, ale wiedział, że kapitan Fletcher zada kilka pytań, które również empacie chodziły po głowie.
Braithwaite spojrzał na małego empatę, a jego uczucia sugerowały, że coś jeszcze ukrywa.
Administrator wypuścił powoli powietrze i ponownie pokazał zęby. Potem musnął palcami sensor komunikatora.
- Dziękuję. Członkowie załogi Rhabwara zostali już powiadomieni i znajdują się w drodze na pokład. Nie zatrzymuję was dłużej. Powodzenia, panowie.
Prilicla nie był pewien, czy podobało mu się nazwanie go panem, nie należał bowiem do rasy zamieszkującej Ziemię, ale rozumiał, że w tym wypadku chodziło raczej o zwrot grzecznościowy. Zresztą wypowiadając go, Braithwaite emanował szczerą życzliwością. Empata zawrócił więc w miejscu i szybko podążył do wyjścia. Wiedział z doświadczenia, że nawet gdyby pędził niczym błyskawica, drzwi i tak otworzą się odpowiednio szybko.
Nie wątpił też, że kapitan nie będzie miał mu za złe, iż dzięki skrzydłom szybciej od niego pokona sześć poziomów i plątaninę korytarzy dzielących ich od śluzy doku z Rhabwarem. Zresztą cała załoga statku szpitalnego odbywała w tej chwili podobny wyścig z czasem. Fletcher jako człowiek musiał pokonać tę drogę na nogach, chwilami posługując się też łokciami i tubalnym głosem, aby utorować sobie drogę na zatłoczonych korytarzach. Prilicla zaś leciał albo dzięki sześciu przyssawkom pajęczych nóg po prostu biegł po suficie, ponad kłębiącą się masą czasem przerażających, a czasem pięknych istot, nierzadko silnych i wyposażonych w naturalną broń, z której jednak rzadko korzystały, będąc cywilizowanymi członkami medycznego bractwa obsługującego szpital.
Prilicla po raz kolejny zastanowił się, dlaczego on, kruchy i wrażliwy cinrussański empata, postanowił związać swe życie zawodowe ze Szpitalem Sektora Dwunastego, jednym z najbardziej niebezpiecznych miejsc pracy w galaktyce, zwłaszcza dla kogoś należącego do owadopodobnego typu GLNO. I niezależnie od tego, jak długo by nad tym myślał, odpowiedź zawsze była taka sama.
Chociaż cały czas, wyjąwszy godziny przeznaczone na sen, musiał stawiać czoło zagrożeniom, jakie większość jego pobratymców wpędziłyby w szaleństwo, dawno już odkrył, że ta praca odpowiada mu najbardziej, i nie zamieniłby tego szpitala na żadne inne miejsce. Każdy uzdrawiacz umysłu dopatrzyłby się u niego na pewno głęboko ukrytego pragnienia śmierci, objawów zawodowego masochizmu i patologicznego zamiłowania do ryzyka, a także niezrównoważenia i silnych zaburzeń emocjonalnych, ale to samo można by powiedzieć o większości istot starających się o stanowisko w tej medycznej menażerii, jaką był Szpital Sektora Dwunastego.
Na statek rzeczywiście dotarł pierwszy. Szybko zameldował się i podążył do swojej niewielkiej grubo wyściełanej kabiny, do złudzenia przypominającej pomieszczenie mieszkalne z jego ojczystego świata. Ciążenie też było w niej ustawione na naturalnym dla niego poziomie jednej czwartej ziemskiego. Skrywszy się tu niczym w kokonie, sprawdził jeszcze oba zapasowe moduły antygrawitacyjne i rozprostował skrzydła oraz nogi, przybierając jak najwygodniejszą pozycję do spania. Delikatni, ale nad wyraz aktywni Cinrusskanie potrzebowali wiele snu, a Prilicla wiedział świetnie, że przez pierwszych kilka godzin lotu i tak nie będzie się działo na pokładzie nic istotnego.
Kilka minut później usłyszał kapitana, który skierował się z rękawa prosto do centrali. Chwilę po nim nadciągnęli pozostali trzej kontrolerzy stanowiący załogę Rhabwara oraz narzekający głośno na nagłe oderwanie od codziennych obowiązków personel medyczny. Prilicla wyczuwał w nich jednak więcej zainteresowania nowym zadaniem niż rzeczywistego niezadowolenia.
Przez chwilę chłonął emocje napływające z pokładu medycznego i centrali. A oni, świadomi, że mały empata nie może się od nich odizolować, starali się panować nad sobą, aby nie narażać go na żadne, przypadkowe nawet nieprzyjemne doznania. Zwłaszcza teraz, gdy ich szef próbował zasnąć.
Po odtworzeniu nagrania dostarczonego przez Braithwaite'a Prilicla wyczuł u wszystkich zaciekawienie, rezerwę i narastającą chęć, aby jak najszybciej dowiedzieć się reszty.
Znajdowali się na pokładzie medycznym. Kapitan Fletcher siedział na łóżku przeznaczonym dla Kelgian, po jego bokach usadowili się Dodds i Chen, porucznicy odpowiedzialni za łączność i napęd statku. Astrogator i aktualny wachtowy pozostawali w kontakcie dzięki pokładowej sieci wideo. Patolog Murchison zajmowała fotel obrotowy przy module diagnostycznym, tyle że obróciła się na nim twarzą do nich. Siostra przełożona Naydrad zwinęła się w futrzany znak zapytania na najbliższym ludzkim łóżku, a polimorficzny doktor Danalta zaległ na podłodze pod postacią niewielkiego zielonego stogu, wypączkowując na potrzeby dyskusji jedno ucho i osadzone na szypułce oko. Obawiający się energicznej gestykulacji Prilicla zawisł tuż pod sufitem, dokładnie przed ekranem, w który wszyscy się jeszcze wpatrywali.
- A więc to wyjątkowa sytuacja, dlatego musimy zachować szczególną ostrożność... – powiedział.
Kelgianie z natury mówili dokładnie to, co myśleli. Przyczyną były odbijające każdą emocję poruszenia futra. Nie będąc zdolnymi do świadomego kłamstwa, mogli co najwyżej powstrzymać się czasem od wypowiedzi. Prilicla wyczuwał wątpliwości Naydrad, także te niewyartykułowane, zignorował jednak pytanie, ponieważ i tak chciał wyjaśnić szerzej sprawę.
Prilicla wyczuł w niej niecierpliwość, zaciekawienie i pewność siebie właściwą komuś, kto przywykł do sporych wyzwań zawodowych.
Przez dłuższą chwilę nikt się nie odezwał. U wszystkich wzrosło napięcie, ale nie w stopniu, który upośledzałby zdolność oceny sytuacji. Oficerowie Korpusu zareagowali zwiększeniem koncentracji, co było typowe dla wojskowych szykujących się do stawienia czoła niebezpieczeństwu. Murchison nie wydawała się zachwycona, ale podobnie jak Naydrad powstrzymała się od komentarza. Jedynie Danalta wyglądał na całkiem nieporuszonego sytuacją. Tak jak wszyscy zmiennokształtni miał się za odpornego na proste fizyczne zagrożenia.
Kapitan kiwnął głową.
Inżynier pokładowy odchrząknął.
Reszta personelu medycznego podzielała jej odczucia. Kapitan zamilkł więc na chwilę, aby uporządkować myśli, które nie różniły się zbytnio od refleksji reszty dyskutantów.
Prilicla wiedział, że przekonało to wszystkich. Nikt nie zdradzał skłonności do buntu, a ogólne natężenie emocji spadło do poziomu pozwalającego empacie na stabilny zawis tuż pod sufitem. Przedłużającą się ciszę przerwała dopiero Naydrad, specjalistka od akcji ratunkowych prowadzonych w trudnych warunkach.
- Jeśli nikt nie ma nic więcej do dodania, chciałabym odświeżyć sobie teraz wszystkie procedury - stwierdziła bez wstępów. - Po sześciu miesiącach spędzonych przy grzecznie leżących w łóżkach pacjentach odwykłam od zajmowania się bardziej kłopotliwymi przypadkami.
Kapitan nie odezwał się już więcej, tylko wraz z dwoma młodszymi oficerami opuścił pokład medyczny, a Naydrad wzięła się do przeglądania nagrań z poprzednich akcji ratunkowych Rhabwara, zwłaszcza tych, które wymagały zastosowania nietypowych procedur. Dołączyli do niej Murchison i Danalta - zapewne dlatego, by zająć się czymkolwiek. Byli zasadniczo spokojni, ale widać było, że z coraz większym trudem powstrzymują się od komentarzy. Prilicla przeprosił ich i odleciał szybem komunikacyjnym do swojej kabiny. Chciał się trochę zastanowić we względnej samotności, dając jednocześnie podwładnym szansę na werbalne rozładowanie napięcia.
Krótka wypowiedź Murchison dała mu do myślenia. Owszem, nie zwykli postępować w ten sposób, ale pamiętał przecież, ile razy musieli nagiąć albo i złamać zasady. Odtworzyć tamte akcje potrafił i bez sięgania do nagrań. Wpatrując się przez bulaj w szare migotanie nadprzestrzeni, zaczął wspominać, jak się to wszystko zaczęło.
Jeszcze przed pierwszym wylotem - w założeniu rutynowym testem jednostki - wyjaśniono im obszernie genezę jej powstania. Korpus Kontroli, instytucja powołana do utrzymywania Pax Galactica, miał przez ostatnie stulecie tak mało do roboty, że zdecydowano się w końcu rozszerzyć jego zadania o badanie nieznanych obszarów kosmosu. W ślad za tym zaś zwiększono monstrualnie jego budżet, oczekując, że w razie natrafienia podczas misji zwiadowczych na planetę zamieszkaną przez istoty inteligentne organizacja weźmie na swoje barki odpowiedzialność za ciągnące się latami, bardzo złożone procedury kontaktowe. Od powołania jednostki zdarzyło się to trzy razy i specjaliści od komunikacji interkulturowej zdołali wprowadzić wszystkie trzy nowo odkryte cywilizacje do Federacji Galaktycznej.
Ale inną sprawą były spotkania w próżni - częstsze i przebiegające w odmiennych warunkach. Przede wszystkim dotyczyły ras, które dzięki przekroczeniu bariery podróży kosmicznych były poniekąd przygotowane na spotkanie braci w rozumie i nie przerażała ich często odmienna powierzchowność obcych - główna przeszkoda podczas kontaktów z mniej rozwiniętymi kulturami planetarnymi, widzącymi w członkach ekip kontaktowych przede wszystkim podejrzane potwory spadające niespodziewanie z nieba. Należało jednak również pamiętać, że załogi wędrujących po kosmosie statków działały często w stresie związanym z wielką odległością od domu, co wynikało ze specyfiki wypraw międzygwiezdnych.
Do tej pory wynaleziono tylko jeden sposób podróżowania z wykorzystaniem nadprzestrzeni i tylko jedną metodę wzywania pomocy w razie katastrofy, która unieruchomiłaby statek w zwykłej przestrzeni. Była to właśnie wyposażona w energię atomową boja sygnałowa. Jednostki zwiadowcze, odpowiadające na rozpaczliwe wołania wysyłane za jej pomocą, odkrywały wiele nowych i często wysoko rozwiniętych technologicznie istot, z którymi jednak nie mogły nawiązać kontaktu, gdyż na miejscu katastrofy znajdowały zwykle ich szczątki uwięzione w porozrywanych kadłubach. Czasem wprawdzie trafiano na żywych rozbitków, ale wtedy niezdolni do udzielenia pomocy obcym istotom kontrolerzy przekazywali ich do szpitala. Niektórych udawało się uratować, większość zaś stawała się jedynie preparatami i trafiała do działu patologii, gdzie rzadko udawało się ustalić, jaki świat ich zrodził.
Dlatego właśnie postanowiono zbudować specjalny statek szpitalny, który otrzymał nazwę Rhabwar. Jego dowódcą został inżynier specjalizujący się w technologii obcych, ekipa medyczna zaś składała się z lekarzy znających się zarówno na operacjach ratunkowych, jak i fizjologii różnych gatunków. Dzięki temu udało się nawiązać kontakt z siedmioma całkiem nowymi rasami, które stosunkowo szybko przystąpiły do Federacji.
W każdym z tych przypadków dokonano tego nie poprzez powolne budowanie porozumienia, ale dzięki demonstracji dobrej woli i udzieleniu daleko idącej pomocy medycznej i nie tylko.
Wspomnienia z tych akcji były silne i wyraźne. Prilicla nie ponosił za nie żadnej odpowiedzialności, ponieważ szefem personelu medycznego na Rhabwarze był wtedy starszy lekarz Conway, a on służył jedynie pomocą jako osoba zdolna odróżnić po emanacji emocjonalnej martwych od ledwie żywych i potrafiąca wskazać miejsce, gdzie należy ich szukać. Zdarzyło im się trafić na skrajnie niebezpiecznych i pozbawionych rozumu opiekunów nienarodzonych, noszących w łonie telepatyczne i wysoce inteligentne potomstwo, ale byli wśród nich też Niewidomi, których zmysły słuchu i dotyku były na tyle czułe, że zdołali dzięki nim zbudować urządzenia odbierające promieniowanie wszechświata i w ten sposób poznać to, czego nie mogli zobaczyć. W końcu wyruszyli nawet w podróże międzygwiezdne. I jeszcze Duwetti, Dwerlanie, Gogleskanie i inni. Wszyscy stwarzali swoiste problemy medyczne i wszyscy byli w pewien sposób groźni, zwłaszcza dla tak kruchej formy życia, jaką reprezentował Prilicla, którego zabić mógł silniejszy podmuch wiatru.
Mały empata zastanowił się, jak jego dawny przełożony, a obecnie już diagnostyk Conway, zachowałby się w sytuacji, w której jego ukochanemu statkowi szpitalnemu groziłaby przemiana w okręt wojenny. Jedno było pewne - bez dwóch zdań nie odleciałby, aby się ukryć w swojej kabinie.
Cztery dni później wyszli z nadprzestrzeni. Jej szare smugi zamigotały w oknach i na głównym ekranie, aby w ostatnim, dokuczliwym dla oczu błysku ustąpić miejsca czerni zwykłej próżni kosmicznej. Kilka chwil później porucznik Dodds przekazał odczyty z przyrządów, które potwierdziły to, co już widzieli.
Ekran na pokładzie medycznym nagle zajaśniał i pokazały się na nim obrazy dwóch statków, które szybko urosły tak, że ich sylwetki wypełniły pole widzenia.
Mimo sporej odległości dzielącej go od Fletchera Prilicla wyczuł, że kapitan dojrzał do podjęcia decyzji.
Pokład niemal niewyczuwalnie drgnął pod ich stopami, gdy system kompensacyjny zneutralizował skutki nagłego zwiększenia ciągu. Na ekranie pokazał się ponownie rzeczywisty obraz statków. Rosły teraz powoli, w miarę zbliżania się do nich.
Prilicla opadł na podłogę, złożył skrzydła i podwinął nogi, aby włożyć skafander. Murchison, Danalta i Naydrad byli już ubrani i z lekkim niepokojem czekali na rozwój wypadków. Empata sprawdził swój zapas powietrza, moduły antygrawitacyjne i silniczki manewrowe, po czym spojrzał na podwładnych.
Prilicla zaczynał się niepokoić. Wprawdzie Rhabwar nie posiadał żadnego uzbrojenia, ale przy jego budowie wykorzystano kadłub ciężkiego krążownika Korpusu Kontroli - jednostki z szerokimi deltoidalnymi skrzydłami pozwalającymi na swobodne wchodzenie w atmosferę planet. Wydawał się przez to nazbyt masywny na tak precyzyjne manewry. Gdyby zderzył się przez nieuwagę z Terragarem, nie doznałby zapewne większych uszkodzeń, ale drugiej jednostce groziłoby nawet naruszenie konstrukcji kadłuba. Bez wątpienia z fatalnym skutkiem dla załogi.
Statek medyczny sam w sobie nie był dobrym narzędziem do ratowania życia.
Prilicla nie wyczuł jednak wśród załogi ani śladu niepokoju. Oficerowie zdawali się świetnie wiedzieć, co mają robić. Przysunął się więc do iluminatora i spojrzał na planetę w dole oraz dwa wyraźnie widoczne na tle jasnych chmur statki, a w duchu stwierdził, że jego specjalnością jest medycyna obcych, a nie manewrowanie ciężkimi jednostkami w próżni. Zastanowił się więc, na jakie nowe istoty tym razem mogą natrafić.
Kapitan również wyglądał na spokojnego, ale musiał być bardzo spięty, inaczej nie poprosiłby bowiem głośno empaty o zrobienie czegoś, co i tak należało do jego obowiązków. Załoga statku zwiadowczego składała się jednak z Ziemian i mogli być wśród nich nawet przyjaciele Fletchera.
Prilicla wraz z innymi przyglądał się coraz bliższemu Terragarowi. Statek obracał się nieustannie i ciemne okna centrali przemykały przed ich oczami zbyt szybko i pod nazbyt małym kątem, aby udało się im zajrzeć do środka. W pewnej chwili jednak Prilicla dojrzał na pokładzie jakiś ruch.
Błękitnawe promienie dwóch wiązek skupiły się na rufie i dziobie statku Korpusu, z wolna wyhamowując jego ruch obrotowy. Chwilę później pojawił się trzeci, bardziej skoncentrowany promień prowadzący komunikator, który jednak zatrzymał się w połowie drogi między jednostkami w oczekiwaniu na całkowite ustabilizowanie Terragara. Teraz Prilicla mógł lepiej przyjrzeć się oknom centrali, zanim zniknęła z pola widzenia.
Prilicla zamilkł na chwilę, przygotowując się do powiedzenia czegoś, co mogło zostać odczytane jako sprzeciw i wzbudzić przykrą dla niego gniewną reakcję.
Kapitan nieco się zirytował, co było typowe dla istoty uważającej, że ktoś wkracza w zakres jej władzy. Szybko jednak się opanował.
Wszyscy obecni na pokładzie wpatrzyli się w ściany, podłogę albo po prostu zamknęli oczy, aby ograniczyć do minimum aktywność korową i towarzyszące jej emocje. Prilicla wiedział najlepiej, jak trudne było to zadanie, i musiał przyznać, że naprawdę się starali.
Centrala Terragara ponownie zniknęła z pola widzenia, ale w wypadku odbioru emocji jego załogi nie miało to już znaczenia. Prilicla nadal wyczuwał napięcie i zagubienie, z początku bardzo słabe, na granicy czytelności, ale w końcu z wolna zaczął wychwytywać szczegóły. Nie były wcale przyjemne.
Nie potrafił dostrzec dokładnie ich twarzy, widział jednak wyraźnie, jak otwierali i zamykali usta, machając przy tym rękami. Niekiedy wskazywali na obcy statek, częściej jednak na Rhabwara i unoszący się niedaleko w próżni komunikator. Blade wnętrza ich dłoni stawały się jasnymi plamami, gdy przyciskali je mocno do szyb centrali.
Co chcieli im przekazać?
Jeden z gestykulujących załogantów zniknął z pola widzenia. Zanim Prilicla zdążył o tym poinformować, Fletcher znów się odezwał.
Kapitan nadal był pewny swego, choć pojawiły się w nim pierwsze oznaki wahania. Na razie jednak nie dał im wyrazu.
Kapitan wydał jakiś odgłos, który oparł się wysiłkom autotranslatora.
- Ma pan rację, doktorze - stwierdził. - Teraz jednak naprawdę musimy się nimi zająć, w przeciwnym razie spłoną w atmosferze.
Terragar należał do jednostek zaprojektowanych wyłącznie do eksploatacji w próżni. Nie lądował nigdy na powierzchni planet; zatrzymywał się na orbicie, gdzie dokował do stacji kosmicznych albo innych statków. Obudowany dalekosiężnymi czujnikami i kamerami mapującymi, z dalekim od opływowych kształtów kadłubem przypominał skrzyżowanie cegłówki z patyczakiem. Mało taktowna Naydrad zauważyła nawet głośno, że jej zdaniem Terragar ma w sobie coś z ich szefa.
Prilicla, który uważał ciało Cinrusskanina za naturalnie kształtne i piękne, nie poczuł się urażony. Wiedział, że Kelgianie mówią to, co czują, i nawet nie próbują kłamać. Ważniejsze było to, że Naydrad odnosiła się do niego z szacunkiem. Co do tego empata nie miał wątpliwości. Poza tym teraz musiał skupić się na czymś innym.
Prilicla widział przez iluminator, jak niebieskawa mgiełka ponownie ogarnia statek badawczy i przyciąga go bliżej. Koziołkowanie słabło wyraźnie, aż w końcu całkiem ustało. Obie jednostki weszły już jednak w górne warstwy atmosfery i dla pozbawionego aerodynamicznych kształtów Terragara stało się to o wiele za szybko. Empata wyczuwał narastający strach jego załogi, ale połączony z osobliwą determinacją. Nie rozumiał tego i nie po raz pierwszy żałował, że nie potrafi odgadnąć, co obserwowane przez niego istoty naprawdę myślą.
Statek badawczy znajdował się dokładnie przed nimi i nie koziołkował, widzieli zatem dobrze, co działo się w jego centrali. Załoga włożyła ciężkie skafandry i tylko przesłony hełmów trzymała na razie otwarte. Sądząc po poruszeniach ust, musiała coś krzyczeć i nadal pokazywała Rhabwarowi, aby się oddalił. Prilicla nie widział rufy Terragara, która musiała już chyba porządnie się nagrzać, ale pajęcze wysięgniki i moduły czujników przybrały wiśniową barwę i z wolna wyginały się pod wpływem owiewania przez coraz gęstszy strumień powietrza. W końcu jeden z nich oderwał się i uderzył z hukiem, aczkolwiek całkiem nieszkodliwie, w kadłub Rhabwara.
Przez chwilę wyczuwał szalejące w centrali Rhabwara emocje, przy czym to kapitan stanowił chyba centrum tej zawieruchy, która jednak dość szybko się uspokoiła. To sugerowało podjęcie decyzji.
Kapitan nie odpowiedział, ale bez wątpienia słowa Prilicli go uspokoiły.
Prilicla mógł teraz dokładniej obejrzeć rufę Terragara, której kolor zmieniał się z wolna od metalicznej szarości do matowej czerwieni, by na samym końcu rozjarzyć się pomarańczowo. Plątanina wsporników przypominała jaśniejącą bielą sieć pajęczą, która gięła się, topiła i odpadała kawałek po kawałku od kadłuba. Empata obawiał się, że jeszcze chwila, a statek badawczy zniknie w oślepiającej kuli ognia. Oficerowie pokładowi wydawali się jednak zadowoleni z rozwoju sytuacji.
Prilicla zauważył, że Terragar przestał zostawiać za sobą kometarny ogon szczątków, poza tym jednak chyba nic się nie zmieniło.
