Wydawca: Novae Res Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 396 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Szósty. Po latach - Agnieszka Lingas-Łoniewska

Przeszłość zawsze nas dopada. Bo tak naprawdę nigdy nas nie opuszcza.

Po latach od pierwszego wydania ulubionego przez czytelników kryminału Agnieszki Lingas-Łoniewskiej książka o seryjnym mordercy ponownie trafia do Czytelników – w wersji poprawionej i rozszerzonej o dodatkowe, trzymające w napięciu, zakończenie. Nowe postaci, nowe wątki i godny uwielbianej autorki suspens.
Gdy w grę wchodzi miłość, żadna siła nie jest w stanie powstrzymać inspektora Marcina Langera przed nadludzkim wysiłkiem i odnalezieniem oprawcy zielonookich blondynek, do których zalicza się jego ukochana. Gdy gra toczy się o zbawienie – psychopatyczny zabójca nie respektuje żadnych granic. Nawet jeśli zbawienie jest wyimaginowane, a motorem działania – obłęd. A może zwłaszcza wtedy.

Opinie o ebooku Szósty. Po latach - Agnieszka Lingas-Łoniewska

Fragment ebooka Szósty. Po latach - Agnieszka Lingas-Łoniewska

Prolog

Przebudziłem się z krótkiego, męczącego snu. Rozejrzałem się nieprzytomnym wzrokiem. Znajdowałem się w swoim malutkim gabinecie, w centrali Śląskiej Grupy Śledczej, której od dwóch lat szefowałem. A od sześciu lat, od momentu kiedy dostałem szansę na nowe życie, zmagałem się z tym niepokojącym, powtarzającym się snem. Zawsze pojawiała się w nim ona. Nieznajoma dziewczyna. Wysoka, szczupła, z prostymi włosami, w kolorze ciepłego złota. Czasami miała je rozpuszczone, czasami związane w koński ogon. I jej oczy… Piękne, niemal szmaragdowe, okolone gęstymi czarnymi rzęsami. Ale najbardziej zastanawiające były jej słowa. Zawsze patrzyła na mnie trochę smutnym, a jednocześnie pełnym nadziei wzrokiem. I za każdym razem wypowiadała to samo zdanie:

– Czekam na ciebie, Marcinie…

Dzisiejszy sen spowodowany był zapewne przemęczeniem sprawą, nad którą moja grupa pościgowa pracowała od niemal czterech miesięcy. Tajemnicza dziewczyna patrzyła w nim na mnie także tym smutnym spojrzeniem i wypowiadała niezmiennie te same słowa, odkąd zaczęła pojawiać się w moich sennych majakach.

Nagle usłyszałem brzęczyk interkomu, który wyrwał mnie z tych niepokojących rozmyślań. To była Marta, moja asystentka.

– Tak? – spytałem zachrypniętym głosem, naciskając guzik.

– Szefie, starszy aspirant Alicja Szymczak.

– Ach tak, czekałem na nią, niech wejdzie. – Doprowadziłem się szybko do porządku, mając przed sobą spotkanie z najlepszą specjalistką od profili psychologicznych przestępców, która odtąd miała z nami współpracować.

Po chwili drzwi się otworzyły i gdy zobaczyłem kobietę, która weszła do mojego gabinetu, złapałem się obiema dłońmi poręczy fotela, na którym siedziałem. Ścisnąłem je tak mocno, że chyba tylko cud sprawił, iż nie pękły jak gałązka trzciny pod wpływem mojego silnego uścisku.

Boże…

To…

To przecież było… niemożliwe…

Ona spojrzała na mnie z uśmiechem i powiedziała cicho:

– Czekałam na pana, inspektorze Langer.

Rozdział 1

Sześć lat wcześniej…

 

Alicja patrzyła na niego uważnie. Siedział przy komputerze i był czymś bardzo zaabsorbowany. Cały Jacek. Zawsze kiedy coś robił, skupiał się całym sobą na wykonywanej czynności. Potrafił się całkowicie wyłączyć i odizolować od otaczającego go świata, wszystkie swoje zmysły kierując na zadanie, któremu w danej chwili się poświęcał. Alicja lubiła go obserwować, bo w tym swoim zapatrzeniu i zaabsorbowaniu wyglądał jak chłopiec, który dostał właśnie najnowszy model samolotu do składania i oddawał się tej pasji z młodzieńczym zapałem. Znała Jacka bardzo długo. Właściwie od przedszkola, w którym to ich ulubionym zajęciem było obrzucanie się jedzeniem w trakcie spożywania posiłków w stołówce. Potem, w szkole podstawowej, nienawidzili się i unikali, jak tylko mogli. W szkole średniej ich drogi się rozeszły, bo Jacek zdał do technikum, a Alicja do ogólniaka. Spotykali się sporadycznie, mówiąc sobie zdawkowe „cześć”. Natomiast gdy obydwoje poszli na studia, wprawdzie na różne uczelnie, ich ścieżki zaczęły się niespodziewanie przecinać. W końcu spotkali się na którejś z licznych prywatek i wyszli z niej razem, mając dosyć picia taniego piwa, palenia trawki i ocierania się o dziesiątki zupełnie nieznanych osób. Spacerowali oświetlonymi ulicami miasta i rozmawiali, opowiadając o tym, co robili przez ostatnie lata szkoły średniej.

Wspominali także czasy podstawówki, kiedy to unikali się nawzajem jak ognia. Gdy Jacek odprowadził Alicję do domu, popatrzył na nią jakimś dziwnym wzrokiem, przytulił mocno do siebie i pocałował śmiało, wcale nie niewinnie. Umówili się na następny dzień i zanim ona weszła do domu, Jacek trzymał jej dłoń w silnym uścisku i nie chciał puścić. Najchętniej zabrałby ją do swojego kawalerskiego mieszkanka i kochał długo i namiętnie. Ale na to było trochę za wcześnie. Potem, w nocy, obydwoje leżeli w swoich łóżkach, w identycznych pozycjach, na boku, z dłońmi pod policzkami, zastanawiając się nad tym, co się właściwie wydarzyło. I do czego to mogło doprowadzić. A także jak miało dalej wyglądać. Od nienawiści do namiętności? Od przedszkola do dorosłego życia? Ich niemal bratersko-siostrzana znajomość zaczynała przybierać całkiem inne formy. I to jakie? Przecież do tej pory on nie dostrzegał w niej kobiety. Widział tylko naburmuszoną nastolatkę z długimi blond włosami, patrzącą na niego z litościwą pogardą. A ona w nim niskiego jasnowłosego chłopaka, który w ciągu wakacji urósł kilkanaście centymetrów i po którychś wakacjach to on patrzył na nią z góry. Ale tamte „cielęce lata” już minęły i teraz zarówno Alicja, jak i Jacek byli atrakcyjnymi, młodymi dwudziestolatkami.

Stali się parą. Przez cały okres studiów – informatycznych Jacka na politechnice i psychologicznych Alicji na uniwersytecie – spotykali się niemal codziennie, a pod koniec studiów Alicja wprowadziła się do jego kawalerki.

Teraz byli już po obronie dyplomów, obydwoje mieli po dwadzieścia sześć lat. Alicja pracowała jako policyjny psycholog, a Jacek już od czwartego roku studiów zatrudniony był w jednym z większych banków jako informatyk. Szykowali się do ślubu, który miał się odbyć już za trzy tygodnie. Przymierzali się również do sprzedaży małego mieszkania Jacka i kupna większego, oczywiście przy pomocy finansowej rodziców Alicji, którzy byli szczęśliwi, że ich jedyna córka związała się z synem ich przyjaciół.

Jacek oderwał na chwilę oczy od monitora i spojrzał na siedzącą w fotelu jasnowłosą dziewczynę z zielonymi oczami, które kochał już chyba od przedszkola.

– Co jest, Ali? – spytał z uśmiechem, zwracając się do niej wymyślonym przez siebie skrótem imienia.

– Ach… nic. Myślałam o nas, o tym, co było kiedyś, co doprowadziło nas do tego właśnie momentu. W którym siedzimy razem, w twoim małym mieszkaniu, a za trzy tygodnie będziemy małżeństwem. To niesamowite, jak zagmatwane mogą być ludzkie losy i jakimi ścieżkami mogą prowadzić. – Alicja westchnęła, bawiąc się swoimi długimi, jasnymi włosami.

– Ali, co cię wzięło na takie filozoficzne rozmyślania? – Jacek pokręcił głową z uśmiechem. – Prawda jest taka, że od zawsze byłaś mi przeznaczona. I zawsze bym cię odnalazł, nieważne, gdzie byś była. I kim byś była. Ja już tak mam. W przedszkolu upatrzyłem sobie ciebie i wiedziałem, że kiedyś zostaniesz moją żoną. Szymczakowie mają to we krwi.

– Co takiego?

– Zawsze zdobywają to, co chcą. – Jacek wyłączył komputer i patrzył w roześmiane oczy ukochanej.

– Czyli zostałam zdobyta? – Alicja zagryzła wargę.

– Jak co dzień. – Jacek pochylił się nad nią i dotknął czołem jej czoła. – Będę cię zdobywał każdego kolejnego dnia, aż do skończenia świata.

– Obiecujesz? – spytała szeptem, ogarniając jego szyję ramionami.

– Obiecuję, Ali… – Kiwnął głową i nakrył jej ciało swoim.

***

Marcin założył słuchawki wyciszające i przymknął jedno oko, mierząc do celu. Pobyt na strzelnicy był dla niego jednocześnie treningiem i sposobem na odreagowanie stresu związanego z codzienną służbą. Miał trzydzieści dwa lata i od jedenastu lat pracował w policji. Wstąpił do służby zaraz po ukończeniu drugiego roku studiów prawniczych i już w trakcie pracy ukończył je z wyróżnieniem. Piął się coraz wyżej i obecnie był członkiem specjalnej grupy wywiadowczej powołanej do walki z najgorszymi rodzajami przestępstw. Przez te wszystkie lata naoglądał się dosyć okropności, które innego człowieka mogłyby doprowadzić do załamania nerwowego. Ale Marcin Langer był twardym i nieugiętym stróżem prawa, dla którego praworządność i sprawiedliwość były najważniejsze i pozwalały walczyć ze wszystkimi innymi uczuciami, które ogarniały go, gdy widział, jak potworne rzeczy potrafią zrobić sobie nawzajem przedstawiciele rodzaju ludzkiego. Przez lata nauczył się wyciszać swój umysł i blokować go, gdy zaczynał zbyt głęboko rozpamiętywać każdą prowadzoną sprawę i każde nowo odkryte przestępstwo.

Czasami dopadało go to w nocy, wybudzało ze snu i nie pozwalało zasnąć aż do wczesnych godzin rannych. Potworne obrazy kołatały się w jego głowie, nakładając się na siebie jak kalejdoskop filmowy rodem z horroru klasy B. Ale to była jego praca. Grupa, w której działał, specjalizowała się w śledztwach dotyczących najcięższych przestępstw, popełnianych przez recydywistów. Także w seryjnych zabójstwach, popełnianych niezmiernie rzadko, i oczywiście w poszukiwaniu najgroźniejszych przestępców, którzy znikali z pola widzenia stróżów prawa. Marcin był szefem jednej z sekcji liczącej pięć osób. W całej grupie były cztery takie sekcje i wszystkie miały jednego szefa, inspektora Dworzaka, który zbliżał się już do emerytury i był jednym z najlepszych gliniarzy, z jakimi Marcin miał okazję pracować. Stara szkoła z nowoczesnym spojrzeniem i upartym, niezłomnym charakterem. A do tego świetny fachowiec, dobry kumpel i przystojny mężczyzna. Dlatego ŚGŚ, czyli Śląska Grupa Śledcza, była jednym z najlepszych zespołów w Polsce, powołanych do walki z „najgorszym gównem tego świata”, jak wszyscy subtelnie mówili o swojej pracy.

Marcin przeprowadził się do Katowic siedem lat temu i poprzez pracę bardzo związał z tym miastem, które szczyciło się niestety najwyższym odsetkiem przestępczości w kraju. Dlatego też właśnie tutaj chciał pracować i od początku swojej pracy w policji marzył, aby wyjechać na ośmiomiesięczne szkolenie w Zakładzie Nauk Behawioralnych, w siedzibie głównej FBI, w Quantico. Teraz jego marzenie nabierało całkiem wyraźnych kształtów i być może było do zrealizowania w ciągu najbliższego roku.

Odnosił sukcesy w życiu zawodowym, ale jego życie prywatne wyraźnie zostawało w tyle. Od dwóch lat był związany z Angelą, młodszą od niego o dziesięć lat modelką, córką jednego z potentatów finansowych, właściciela sieci banków w Polsce i za granicą. Marcin nie traktował tego związku przyszłościowo. Chociaż Angela niejednokrotnie dawała mu znać, że chciałaby od niego czegoś więcej niż tylko spotykanie się kilka razy w tygodniu i wyjazdy dwa razy do roku na urlop. Wprawdzie dziewczyna także była zajęta karierą, ale kochała Marcina i imponowała jej jego błyskotliwa kariera w policji. A poza tym… był nieziemsko przystojny i mógłby śmiało konkurować z jej kolegami, modelami z najsłynniejszych wybiegów Europy.

W zasadzie nie można było się jej dziwić, Marcin miał prawie metr dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu, ciemnobrązowe gęste włosy, przenikliwe spojrzenie czekoladowych oczu i muskularne, wyćwiczone ciało o śniadej, gładkiej skórze. Przypominał swojego starszego o czternaście lat brata Michała, z którym był bardzo związany i z którym utrzymywał bliski kontakt, chociaż ten mieszkał w ich rodzinnym mieście, na zachodzie Polski. Równie blisko był związany z jego żoną Magdą, którą traktował niemal jak matkę, sam pozbawiony matczynej opieki z winy ich psychopatycznego ojca. Być może te wszystkie tragiczne wydarzenia z dzieciństwa sprawiły, że Marcina zainteresowała praca policjanta. A na pewno przyczyniła się do tego niezbyt chlubna przeszłość jego brata, który po odpokutowaniu za błędy młodości i odbyciu kary pozbawienia wolności teraz był przykładnym obywatelem, mężem, ojcem i błyskotliwym biznesmenem.

Marcin dawno już powziął sobie za cel walkę z całym złem tego świata i konsekwentnie to zamierzenie realizował. W całości oddawał się pracy, nieliczne wolne chwile poświęcając na spotkania z Angelą lub wyjazdy do brata. A co do Angeli… Nie mógł powiedzieć, że jest mu obojętna. Że nic dla niego nie znaczy. To byłoby kłamstwo. Ale nie był też pewien, że jest to ta jedyna, z którą chciałby spędzić resztę życia. Poza tym wiedział, że Angela jest bardzo młoda, praktycznie u progu międzynarodowej kariery i ostatnim, co jest jej teraz potrzebne, to związek ze starszym o dziesięć lat gliniarzem. To na pewno nie ułatwiłoby jej dalszej kariery modelki. A jej ojca doprowadziłoby do pasji. Tak jak doprowadzały go do niej ich wspólnie spędzone dwa lata. Jej ojciec, jeden z najbogatszych ludzi w kraju, uważał, że jego jedyna córka zasługuje na coś lepszego niż trzydziestoletni glina ze średnią pensją. Ale oczywiście nie wywierał żadnych nacisków na córkę, wierząc, że wcześniej czy później sama przejrzy na oczy i zakończy ten związek, dla którego on nie widział żadnej przyszłości.

Teraz Marcin skończył trening na strzelnicy, wpisał do specjalnej książki swoje wyniki, porozmawiał chwilę ze starszym aspirantem, który miał akurat dyżur, i wyszedł na zewnątrz. Było bardzo gorąco i poczuł, że ciężko mu się oddycha. Uznał, że to wina niemal dwudziestogodzinnej pracy w zamknięciu. Wsiadł do samochodu i natychmiast włączył klimatyzację. Ucisk w piersiach zaczynał ustępować i Marcin obiecał sobie, że trochę przystopuje. Jego grupa pracowała teraz nad ujęciem zbiegłego zabójcy. Udało się jej wytropić i wystawić specjalnej grupie uderzeniowej tego niebezpiecznego zbiega. Marcin od razu po tej akcji poszedł na strzelnicę, żeby odreagować stres.

Może powinien zrobić sobie podstawowe badania?

Będzie musiał nad tym pomyśleć, ale na pewno nie teraz, bo w tej chwili musi skupić na się na szansie wyjazdu do Quantico, którego wizja coraz wyraźniej się przed nim rysowała.

***

Alicja wraz z Joanną, swoją przyjaciółką i przyszłą świadkową, od rana spędzała czas w centrum handlowym, dokonując ostatnich zakupów dodatków ślubnych. Delikatne kolczyki z perełek, podwiązka, bielizna, pończochy. W międzyczasie poszły na lody. Siedziały naprzeciwko siebie i zajadały zimne kaloryczne bomby, oblizując z upodobaniem łyżeczki i śmiejąc się do siebie.

– Oj, Alka – westchnęła Joanna, kręcąc głową. – Nie powinnam sobie pozwalać na takie uczty trzy tygodnie przed twoim weselem. Nie zmieszczę się w garsonkę – dodała, wkładając kolejną porcję lodów i bitej śmietany do ust.

– Nie przesadzaj. – Alicja wzruszyła ramionami. – Przecież nie robimy tego codziennie.

– No i całe szczęście. – Przyjaciółka nagle utkwiła w niej wzrok. – Alka, jak się czujesz?

– W jakim sensie pytasz?

– No w sensie, że już niedługo zostaniesz panią Szymczak.

– Bardzo dobrze. – Alicja uśmiechnęła się, oblizując łyżeczkę.

– Jesteś tego pewna?

– Ale Aśka, co to w ogóle za pytanie? – Pokręciła głową.

– No tak tylko pytam. Wiesz, podziwiam cię… i zazdroszczę ci jednocześnie. Że masz tę pewność. – Aśka odstawiła puchar z resztkami deseru.

– Mam. Gdybym nie miała… – Alicja wzruszyła ramionami. – To nie miałoby sensu. On jest dla mnie wszystkim.

– I godzi się z tym, że jesteś policjantką?

– Jasne. A ja się godzę z tym, że on ciągle siedzi przed komputerem. Na tym chyba polega partnerstwo. – Alka uśmiechnęła się i kiwnęła na kelnerkę, prosząc o rachunek.

– A gdybyś teraz, tutaj, zaraz, spotkała oszałamiająco przystojnego faceta, dla któregoś straciłabyś głowę, to co? – Aśka mrugnęła konspiracyjnie.

– To rzuciłabym się na niego i poprosiła o rękę, wariatko… – Alicja wstała i roześmiała się. – Zostawiam pieniądze. Jak przyjdzie kelnerka, to zapłać, ty fantastko. – Pokręciła głową i odwróciła się, zarzucając torebkę na ramię. W tym właśnie momencie wpadła na wysokiego, ciemnowłosego mężczyznę, który zmierzał do pobliskiego stolika, przy którym siedziała śliczna, wysoka szatynka.

– Och, Boże… – Alicja zderzyła się z jego szeroką klatką piersiową, dotykając niemal nosem umięśnionego torsu.

– Bardzo przepraszam. – Mężczyzna złapał ją za ramiona, pomagając utrzymać równowagę.

– To ja przepraszam. – Alicja uśmiechnęła się i pokręciła głową. – Nie uszkodziłam pana?

– Jakoś przeżyję. – Nieznajomy też się uśmiechnął i Alicja stwierdziła, że z uśmiechem wygląda oszałamiająco. – Bałem się, że oberwę pani torebką – parsknął.

– Jeszcze raz przepraszam. – Alicja wygładziła sukienkę i poprawiła torebkę, zgrabnie go wymijając.

– Może jeszcze kiedyś na siebie wpadniemy… – Ciemnowłosy ukłonił się lekko i poszedł w kierunku sąsiedniego stolika.

– A widzisz… – Joanna wstała i pochyliła się w stronę przyjaciółki. – Nigdy nie wiesz, co czeka za rogiem.

Alicja pokręciła z politowaniem głową i poszła w stronę toalet.

***

Marcin siedział naprzeciwko Angeli i słuchał jej radosnego wywodu na temat kolejnego castingu do reklamy wiodącego kosmetyku, który udało się jej wygrać. Zastanawiał się, dlaczego zawsze głównym tematem ich rozmów jest praca i kariera jego dziewczyny, a nigdy nie rozmawiają o nim i o jego pracy.

Hm.

No tak. Morderstwa, zabójcy, ucieczki… Niezbyt pasjonujący temat dla dwudziestodwuletniej modelki.

To po co ciągle z nią był, skoro różnili się aż tak bardzo?

Marcin zaczynał się już sam na siebie irytować za swoje niezdecydowanie i wieczne rozterki, czy zakończyć ten związek, czy też go ciągnąć…

– Marcin, czy ty mnie słuchasz? – Angela pochyliła głowę i popatrzyła na siedzącego przed nią wyraźnie zamyślonego mężczyznę.

– Tak, tak, Angie, słucham… A więc wygrałaś casting, gratuluję. – Marcin popatrzył na nią i uśmiechnął się lekko.

– To dla mnie duża szansa, będę na największych billboardach, w reklamach telewizyjnych, prasowych, a także w internecie. Były młodsze, wiesz, takie osiemnastki, ale producent wybrał mnie. – Angela patrzyła na swojego chłopaka roziskrzonym wzrokiem.

– Bo jesteś najlepsza. – Marcin wzruszył ramionami i rozłożył ręce, jakby chciał powiedzieć, że przecież nie było innej opcji.

– No jestem, ale wiesz, latka lecą. Tata chce mnie zabezpieczyć, bo, nie ukrywajmy, zbliżam się już do wieku, w którym modelki odchodzą na emeryturę.

– To jest nienormalne. – Marcin pokręcił głową, bawiąc się serwetką.

– Ale prawdziwe.

– Tak… – Popatrzył na przechodzącą blondynkę, która kilkanaście minut temu na niego wpadła.

– No i dlatego tatuś chce mi kupić nocny klub. – Angela była bardzo podekscytowana.

– No to super. – Marcin po raz drugi posłodził kawę i jednocześnie zauważył, że blondynka ma niesamowicie zielone oczy.

– Prawda, że wspaniale? – Angela napiła się wody i oblizała wargi. – No i w związku z tym mam pewien pomysł! – prawie krzyknęła.

Marcin spojrzał tak, jakby dopiero zauważył, że siedzi z nią przy jednym stoliku w restauracji.

– Jaki pomysł? – Nie wiedział za bardzo, o czym mówi jego dziewczyna, ponieważ patrzył na długie nogi odchodzącej blondynki.

– No, w sprawie tej dyskoteki. – Angela pokręciła głową ze zniecierpliwieniem.

– Mianowicie? – Marcin usiłował skupić na niej wzrok.

– Poprowadźmy ją razem! – wykrzyknęła, patrząc na niego z triumfem.

– Co?

– Odejdziesz z tej swojej policji i wejdziemy w spółkę. – Angela przewróciła oczami.

Marcin poczuł zamęt w głowie i znowu ogarnęło go dziwne uczucie, że ma problem z oddychaniem.

– No powiedz coś! – Angela patrzyła z uśmiechem, a on nagle pobladł.

– Ale… Angie, ty chyba nie sądzisz… – Marcin z niedowierzaniem pokręcił głową. – Ty chyba nie sądzisz, że ja zostawię swoją pracę. – Popatrzył jej w oczy ze zdumieniem.

– Daj spokój, kochanie, chyba nie masz zamiaru do końca życia pracować na państwowej posadzie? – Teraz Angela popatrzyła na niego ze zdziwieniem.

– Taki właśnie mam zamiar. – Marcin spojrzał na dziewczynę spod zmarszczonych brwi.

– Ale… kochanie, to przecież bez sensu. Mój tato… – zaczęła, ale Marcin przerwał jej brutalnie, nie ukrywając zniecierpliwienia:

– Daj już spokój. Ty chyba w ogóle nie rozumiesz, czym jest dla mnie ta praca. Osiągnąłem już wiele i mam zamiar zdobyć jeszcze więcej. A poza tym, czy ty nie dostrzegasz jakiegoś przesłania, większych wartości w tym, co robię?

– No jasne, dostrzegam, ale… – Oczy Angeli były teraz szeroko otwarte.

– To już nie wracajmy do tego, Angie. – Marcin zacisnął szczęki, starając się panować nad wściekłością, która zaczynała w nim buzować.

– Dobrze, już dobrze, tylko się nie denerwuj. Jakoś tak pobladłeś. – Angela popatrzyła na niego zaniepokojona i lekko dotknęła dłonią jego chłodnego czoła, pokrytego warstewką potu.

– Nie denerwuję się, nic mi nie jest… – Marcin odsunął się, unikając jej dotyku, i kiwnął głową w stronę kelnerki. – Chodźmy już, odwiozę cię, bo muszę podjechać jeszcze na chwilę do centrali.

– Oczywiście. – Angela uśmiechnęła się i wzięła swoją torebkę. – Chodźmy.

Marcin nie miał zamiaru wracać już dzisiaj do pracy, ale wiedział, że musi przemyśleć pewne kwestie.

Co ma dalej robić ze swoim życiem?

Czy ma nastawiać się na wyjazd do Quantico?

I co właściwie się z nim dzieje – bo te niepokojące objawy utwierdzały go w jednym: z jego zdrowiem coś jest nie tak.

A o tym nikt nie może się dowiedzieć.

Rozdział 2

Alicja była w pracy ostatni dzień przed urlopem. Związanym oczywiście z zamążpójściem. Jej wydział zakończył właśnie kolejną trudną sprawę, w której służyła psychologiczną wiedzą. Jej marzeniem było dostać się do Śląskiej Grupy Śledczej, elitarnej jednostki powołanej do walki z najtrudniejszymi rodzajami przestępstw. Wiedziała, że jest jeszcze młoda, ale jej dotychczasowe doświadczenie i osiągane wyniki pozwalały mieć nadzieję, że kiedyś uda się jej tam dostać. Pracowała w Komendzie Wojewódzkiej i była bardzo zżyta z ludźmi ze swojego wydziału. Zwłaszcza sekcji kryminalnej, w której oprócz niej pracowało trzech facetów.

Jarek, trzydziestolatek, świeżo upieczony mąż i ojciec.

Mirek, wolny strzelec.

I Wojtek, policjant filozof, bo obecnie kończył studia filozoficzne.

Zaprzyjaźniła się z nimi tak bardzo, że wzorem amerykańskich wesel najchętniej wzięłaby całą trójkę za swoich drużbów do ślubu. Niestety, u nas nie byłoby to dobrze widziane.

Teraz kończyła raport i udawała, że nie słyszy głupich przytyków swoich zwariowanych kolegów.

– Alka, a masz te, no… co dziewczyny zakładają przed nocą poślubną? – Mirek popatrzył wyczekująco na Jarka.

– Podwiązki, idioto. – Jarek z miną znawcy pokręcił głową.

– No właśnie, podwiązki? – Mirek pochylił się i próbował zajrzeć Alicji w oczy.

– Mam. – Dziewczyna pokręciła głową z politowaniem.

– A zrobisz zdjęcie?

– Czego? Podwiązek? – roześmiała się.

– Noo. Konkretnie to podwiązek na tobie. – Mirek wyszczerzył się rozbrajająco.

– Jasne. I umieszczę to w „Głosie Policji” – Parsknęła Alicja, odsuwając Wojtka, który opierał się o szafkę z aktami.

– To byłby niezły PR dla naszej sekcji, Alicjo – powiedział poważnym tonem Wojtek.

– Co tam PR, mielibyśmy co wieszać na ścianie. – Mirek uśmiechnął się szeroko.

– Alka, nie zwracaj na nich uwagi, tylko ja tu jestem godzien twojego spojrzenia. – Jarek objął opiekuńczo dziewczynę i popatrzył krytycznie na swoich kolegów.

– Ty już jesteś zajęty, Jaro! – Mirek nie omieszkał mu o tym przypomnieć.

– Ja też. – Alicja uśmiechnęła się szeroko. – Wiecie co, chłopaki? Zabijacie mnie swoimi tekstami.

– Wiesz, że to z miłości. – Wojtek popatrzył na Alicję, która chowała papiery do skórzanej teczki.

– Odwzajemnionej. Dobra, ja uciekam. Będziecie pojutrze w kościele? – Alicja popatrzyła na swoich kolegów.

– Jasne.

– Oczywiście…

– Nie odpuszczę sobie okazji ucałowania panny młodej. – Mirek otworzył przed nią drzwi i ukłonił się komicznie.

– Trzymam cię za słowo. Do zobaczenia w sobotę, a potem za dwa tygodnie. – Alicja pomachała trójce roześmianych mężczyzn i wyszła, ciesząc się, że następnym razem przejdzie przez te drzwi jako Alicja Szymczak, szczęśliwa żona Jacka Szymczaka. Miłości swojego życia.

***

Marcin wszedł do podrzędnej knajpy w jednej z najgorszych dzielnic miasta. Przybrudzone ściany ozdobione tanimi plakatami. Ciemno, duszno i aż siwo od dymu. Miał tutaj spotkanie ze swoim starym znajomym, którego złapał kiedyś na posiadaniu marihuany i od tamtej pory korzystał z jego usług – jako informatora.

Teraz potrzebował informacji o zabójstwie trzech obywateli Wietnamu, którzy handlowali wszystkim i niczym na katowickim „Wolnym”.

Trzech młodych mężczyzn znaleziono na skwerku, niedaleko bazaru. Kompletnie nagich z podciętymi gardłami. Dostała to śledztwo sekcja Marcina i teraz trzech policjantów oraz dwie policjantki zajmowali się tym brutalnym morderstwem, wykorzystując sobie znane metody, żeby dowiedzieć się jak najwięcej o ewentualnych motywach czy sprawcach tego zbiorowego zabójstwa. A raczej egzekucji. Marcin wiedział z doświadczenia, że śledztwa w takich przypadkach są bardzo długie i żmudne, a potencjalni świadkowie nabierają wody w usta z obawy o własne bezpieczeństwo.

Teraz dojrzał siedzącego za barem krępego, łysego, napakowanego mężczyznę, który rzucał wokół siebie niespokojne spojrzenia. Marcin usiadł koło niego i uśmiechnął się szeroko.

– Goblin, stęskniłeś się za mną?

– Szefie. Nie mogę tak być na każde zawołanie. – Mężczyzna wydawał się bardzo przestraszony.

– Ależ możesz… – Marcin nie przestawał się uśmiechać. – Jesteś mi przeznaczony.

– Cholera, człowieku… – Łysol pochylił się i powiedział szeptem, jednocześnie rozglądając się wokół siebie niespokojnie: – Nie mam zamiaru dać się zabić tylko dlatego, że masz na mnie haka.

Marcin uniósł rękę i zamknął ją na łokciu spanikowanego mężczyzny, uciskając pewien punkt przy zgięciu łokcia i powodując tym samym cichy syk bólu u swojego rozmówcy.

– Przestań panikować. Jak będziesz się tak zachowywał, to od razu zwrócisz na siebie uwagę. Weź głęboki oddech i się uspokój albo sam cię stąd wyprowadzę, wrzucę na tylne siedzenie samochodu i zawiozę do centrali. Chcesz tego? – Marcin powiedział to wszystko cicho i nad wyraz spokojnie, w ogóle nie zmieniając wyrazu twarzy. Gdyby ktoś obserwował ich z boku, mógł dojść do wniosku, że dwóch kolegów prowadzi niewinną rozmowę.

– Nie chcę, no co ty, szefie…

– To pamiętaj, wdech, wydech… i pogadajmy… – Marcin puścił rękę mężczyzny i poklepał go po plecach. – A teraz powiedz mi, co wiesz o szerokim uśmiechu trzech Wietnamców z „Wolnego”.

Po rozmowie z Goblinem Marcin wsiadł do samochodu i pojechał do centrali. Tak jak przypuszczał, nie dowiedział się zbyt wiele. Albo jego informator faktycznie niewiele wiedział, albo wiedział za dużo i wolał podpaść policji niż tym, którzy zagrażali mu o wiele bardziej.

Wiedział jedynie tyle, że była to jakaś większa sprawa. Prawdopodobnie chodziło o zaległy haracz, który handlujący cudzoziemcy musieli płacić polskiej mafii, zarządzającej całym tym biznesem.

Marcin spotkał się ze swoimi ludźmi. Wymienili się informacjami, jakie udało im się zdobyć, i ustalili, że nazajutrz zrobią mały nalot na „Wolny”, licząc na to, że uda im się czegoś dowiedzieć i być może porozmawiać z handlarzami.

Teraz pożegnał się ze swoją grupą i postanowił pójść pobiegać. Biegając lub strzelając, oczyszczał swój organizm z toksycznych myśli, skupiał się na śledztwie i wpadał na właściwe rozwiązania.

Gdy biegł wokół swojego osiedla, zadzwoniła komórka. To był Michał, jego starszy brat.

– Hej, Majki, co jest? – zwrócił się do brata jego dawną ksywką, znienawidzoną przez Magdę, jego żonę.

– Oj, młody, dobrze, że cię Magda nie słyszy – dobiegł go głęboki i wyraźnie rozbawiony głos Michała.

– Wiem, wiem… – Marcin zatrzymał się, lekko zdyszany, i otwartymi ustami łapał powietrze.

– Co ty robisz, przeszkadzam ci w czymś? – spytał Michał z odcieniem wesołości w głosie.

– Nie szalej, biegałem…

– Dobra. Słuchaj, bracie, mam do ciebie prośbę.

– O co chodzi? – Marcin pochylił się, bo czuł, że powietrze pali mu płuca.

– Majka jedzie na urodziny do koleżanki z uczelni. Dziewczyna mieszka w Bytomiu. Wolałbym, żeby zatrzymała się u ciebie. I dopilnuj, by cała i zdrowa wsiadła do pociągu.

– Michał, nie przesadzasz? Ona ma dwadzieścia lat, potrafi o siebie zadbać…

– I co z tego? Skoro ma wujka gliniarza, to ten może przypilnować, by bezpiecznie wróciła z imprezy.

– Oczywiście, Majki, zajmę się twoją córką. Bez obaw.

– Wyjedziesz po nią na dworzec w sobotę? – spytał Michał, już nieco uspokojony.

– Jasne, o której?

– Pociąg przyjeżdża o trzynastej dziesięć.

– Będę. A siostra wie o tym? – Marcin nazywał swoją bratanicę „siostrą”, bo gdy się urodziła, miał dwanaście lat, jej ojciec, a jego brat, siedział w więzieniu i Marcin pomagał Magdzie w opiece nad małą Majką.

– Wie, cieszy się, że cię zobaczy.

– Ja też się cieszę, bracie. – Marcin był do Majki bardzo przywiązany i starał się widywać z nią jak najczęściej.

– No to super – westchnął Michał. – Kiedy do nas przyjedziesz?

– Nie wiem. Mam teraz nową sprawę na głowie. I chyba wyjdzie coś w końcu z tego Quantico. – Marcin nie ukrywał podekscytowania.

– Serio? Kurczę, to fajnie. Oczywiście nie mówię o nowej sprawie. – Michał też był podniecony tą wiadomością.

– Wiem, wiem. Jak już będzie wiadomo, kiedy jadę, to może wpadnę do was na weekend, czy coś.

– Dobra, daj znać, jak to wygląda.

– Pewnie. Jak tam Michał junior?

– Dobrze, jest na obozie żeglarskim na Mazurach. Mam nadzieję, że nie robi tam głupstw…

– Oj, czego oczekujesz od szesnastolatka?

– Na pewno odrobiny odpowiedzialności – powiedział Michał grobowym głosem.

– I kto to mówi? – Marcin parsknął śmiechem.

– Młody, nie rozpędzaj się!

– Dobra, już się zamykam. Jutro będę czekał na Majkę, o nic się nie martw, bracie, przypilnuję twojej księżniczki – powiedział Marcin ugodowo, opanowując śmiech.

– Dzięki, braciszku, trzymaj się i uważaj na siebie. – Z głosu Michała przebijała troska.

– Ty też… – odparł Marcin i wyłączył telefon. W tym samym momencie zobaczył przed oczami ciemne plamy i ostatnią jego myślą było to, że nie może oddychać.

***

Alicja leżała koło swojego męża i patrzyła na jego twarz, słuchając cichego i spokojnego oddechu. Od siedmiu dni była żoną Jacka Szymczaka. Sam ślub i wesele jawiły się jej jako niewyraźny kalejdoskop obrazów przesuwających się w głowie z zawrotną prędkością. Najpierw kościół, przysięga, jego niebieskie oczy wpatrzone w nią z miłością i oddaniem. Potem długie, szczupłe palce, nakładające na jej serdeczny palec symbol ich związku i wiecznej miłości. Alicja wierzyła w to jak nigdy przedtem. Wiedziała, że będą razem do końca życia. Że zostali sobie przeznaczeni i teraz czeka ich wspólne, szczęśliwe życie. Jej i jego. Alicji i Jacka. Na zawsze.

Jacek chyba poczuł, że ktoś się w niego wpatruje, bo poruszył gwałtownie gałkami ocznymi, otworzył je i zobaczył utkwione w sobie spojrzenie ukochanych, zielonych oczu swojej żony.

– Długo tak mnie hipnotyzujesz? – Wyciągnął ręce i przytulił ją do siebie.

– Niedługo. – Alicja uśmiechnęła się i dotknęła nosem brody męża. – Musisz się ogolić.

– Nie lubisz drapiących mężczyzn?

– Jednego mężczyzny.

– Dobrze, zrobię to. Dla ciebie wszystko… – Jacek złapał Alicję za biodra i położył ją na sobie.

– Wiem… – Roześmiała się i pocałowała męża w usta. – Kocham cię.

– I ja ciebie… Ale teraz chyba musimy zacząć się pakować. – Klepnął Alicję w pośladek i lekko ugryzł w ucho.

– Ja już mam to, co chcę zabrać. – Alicja objęła jego twarz dłońmi. – Ciebie.

Po południu wyjechali do Zakopanego na pięć dni nieco skróconej podróży poślubnej. Nie wiedzieli, że pozostało im pięć dni szczęścia.

Minęły one na kochaniu się, marzeniach o wspólnej przyszłości, przekomarzaniu się, jak nazwą swoje dzieci, na snuciu planów dotyczących kupna większego mieszkania. Ostatniej nocy, tuż przed powrotem, Jacek przytulił śpiącą żonę i wyszeptał w jej gęste, pachnące włosy:

– Pamiętaj, że zawsze będę cię kochał i nigdy nie zostawię cię bez opieki…

Alicja otworzyła zaspane oczy i spojrzała na niego nieco zaskoczona, a nawet trochę przestraszona.

– Ale… co ty mówisz? Przecież dobrze to wiem.

– Wiem, że wiesz. Ale chcę, żebyś o tym zawsze pamiętała. – Jacek był wyjątkowo poważny.

– Będę, ale nie mów już takich rzeczy, bo zaczynam mieć złe przeczucia. – Alicja westchnęła i przytuliła go mocno do siebie, głaszcząc i całując jego jasne włosy.

– Dobrze, już nie będę. Tylko… tak bardzo cię kocham.

– I ja ciebie… i ja ciebie… – Alicja uśmiechnęła się i wtuliła w jego szczupłe ciało, chcąc pozostać tak już na zawsze.

***

Michał szedł szybkim krokiem szpitalnym korytarzem, a jego żona Magda usiłowała za nim nadążyć.

– Michał, spokojnie. – Złapała męża za rękę.

– Jestem spokojny, tylko niczego nie mogę się dowiedzieć w tym pieprzonym szpitalu – warknął, ściskając drobną dłoń swojej żony i patrząc w jej ciemnoniebieskie oczy, które ukochał dawno, dawno temu.

– Właśnie widzę. – Magda dobrze znała porywczy charakter swojego małżonka. – Zaraz wyjdzie do nas ordynator i wszystkiego się dowiemy. Błagam, nie szalej, bo ja też zaraz zwariuję. – Jej głos lekko się załamał i Michał dopiero teraz dostrzegł, że jego żona przeżywa to równie mocno jak on.

– Przepraszam cię, kochanie. – Przytulił ją i pogłaskał jasne włosy. – Po prostu… to mój młodszy brat, mój młody, cholera… jak coś… – Jego głos również się załamał.

– Przestań! – Magda spojrzała na niego ostrym wzrokiem. – Nawet tak nie myśl!

– Nie myślę. Tylko niech, do cholery, ktoś tu w końcu przyjdzie! – krzyknął głośno, a jego słowa potoczyły się dudniącym echem po szpitalnym korytarzu.

W tym momencie otworzyły się drzwi i w ich kierunku podążył niewysoki, siwawy mężczyzna w zielonym kitlu. Popatrzył na Michała i Magdę, po czym spokojnym, miłym głosem powiedział:

– Jestem doktor Zarzycki. Pan Michał Langer?

– Tak, jestem bratem Marcina Langera, a to moja żona Magda. – Michał dokonał szybkiej prezentacji. – Panie doktorze, czy…

– Chodźmy do mojego gabinetu, wszystko państwu wyjaśnię. – Lekarz wskazał drzwi, którymi niedawno wyszedł, i zaprosił ich do środka.

– Co się dzieje z moim bratem? Dlaczego nie chcą nas do niego wpuścić? – Michał zarzucił go pytaniami od razu po wejściu do gabinetu.

– Proszę usiąść, rozumiem pana podenerwowanie, ale to w niczym nie pomoże. – Mężczyzna w kitlu spojrzał na Michała spod zmarszczonych brwi.

– Michał. – Magda powiedziała to cicho, ale jej mąż chyba wyczuł coś w jej tonie, bo spojrzał na nią i usiadł obok, nie spuszczając wzroku z siadającego za biurkiem lekarza.

– Proszę państwa, Marcin stracił przytomność, miała miejsce dusznica, która spowodowała chwilowe wstrzymanie dopływu krwi do mózgu i utratę przytomności. Czy brat skarżył się na jakieś dolegliwości sercowe lub problemy z oddychaniem? – Doktor Zarzycki utkwił wzrok w Michale.

– Nic mi na ten temat nie wiadomo. Marcin mieszka tutaj, w Katowicach. My mieszkamy na Dolnym Śląsku, widzimy się raz na jakiś czas, a przez telefon nigdy na nic się nie skarżył.

– Pana brat jest policjantem?

– Tak. Jest szefem sekcji w Śląskiej Grupie Śledczej.

– Rozumiem. To wiele wyjaśnia. Pewnie pracuje bardzo intensywnie? – Lekarz popatrzył na siedzącego przed nim wysokiego, ciemnowłosego mężczyznę, bardzo podobnego do jego pacjenta, i drobną blondynkę z niesamowicie niebieskimi oczami, a następnie rzucił szybkie spojrzenie na ich ciasno splecione dłonie.

– Za bardzo – odparła cicho Magda. – Jest świetny w tym, co robi, ale żyje tylko pracą.

– Panie doktorze, czy z nim będzie wszystko w porządku? – Michałowi lekko drżał głos.

– Proszę państwa… – Doktor Zarzycki wziął głęboki oddech. – Gdy Marcin stracił przytomność, uderzył potylicą o krawężnik. Obecnie przebywa na oddziale intensywnej terapii, doznał wstrząsu mózgu i jeszcze nie odzyskał przytomności. Jego życiu nie zagraża bezpośrednie niebezpieczeństwo, ale dopóki nie odzyska przytomności… Nie będę ukrywał, że jego stan jest poważny. – Lekarz zacisnął usta i pokiwał głową.

– Czy… czy możemy go zobaczyć? – szepnęła Magda, ściskając z całej siły dłoń Michała, który zamarł i nie mógł wykrztusić z siebie ani słowa.

– Oczywiście. Dam państwu odpowiednie ochronne ubranie i możemy na chwilę wejść. Chodźmy. – Lekarz ruszył w stronę wyjścia, a Magda z Michałem podążyli za nim bez słowa, trzymając się mocno za ręce.

Gdy założyli ochronne fartuchy i maski, doktor Zarzycki wprowadził ich do strefy zamkniętej OIOM-u. Z daleka zobaczyli bladą twarz Marcina, z której wystawały różne rurki, ułatwiające oddychanie. Z drugiej strony, za przepierzeniem, Magda dostrzegła drobną kobietę z jasnymi włosami, która siedziała obok łóżka. Leżał na nim poobijany mężczyzna, podłączony do jeszcze bardziej skomplikowanej aparatury niż ta u Marcina. Gdy mijali kobietę, uniosła na chwilę wzrok i Magda zobaczyła, że ma piękne zielone oczy, które teraz są zaczerwienione i podpuchnięte od płaczu. Kobieta miała trochę poobijaną twarz, była ubrana w taki sam ochronny uniform i siedziała przy łóżku nieprzytomnego mężczyzny, który mógł był jej mężem. Magda popatrzyła na brata swojego męża, którego traktowała jak syna. Najważniejsze, żeby Marcin odzyskał przytomność. Tylko to się dla nich liczyło. Tylko to.

Michał podszedł do brata i lekko dotknął jego chłodnej dłoni. Pochylił głowę i cicho wyszeptał:

– Młody… nie rób mi tego. Jesteś moim małym braciszkiem. Potrzebuję cię, wszyscy cię potrzebujemy… – Po raz pierwszy, od wielu wielu lat po jego śniadych policzkach popłynęły łzy. Ostatni raz płakał, gdy siedział w więzieniu i wiedział, że nie będzie mógł się zobaczyć z tą, która była mu przeznaczona i którą kochał aż do szaleństwa. A teraz płakał, bo bał się, że straci swojego młodszego brata, który, oprócz żony i dzieci, był jego jedyną rodziną.

Magda stanęła na palcach i przytuliła swojego męża, prosząc cicho, aby nie przestawał wierzyć i pamiętał o tym, że Marcin jest silnym, młodym mężczyzną. Lekarz powiedział im cicho, że już nadszedł koniec wizyty i że mogą przyjść jutro. Gdy mijali blondynkę, siedzącą przy łóżku w drugim końcu sali, Michał szepnął do Magdy:

– On też jest silny i młody. I zobacz, co się dzieje…

Magda zacisnęła usta i milczała. Gdy wyszli na zewnątrz, doktor Zarzycki spojrzał na Michała i cicho powiedział:

– Ten pacjent, którego mijaliśmy, to ofiara wypadku. Uratował swoją żonę, siedziała obok, ale sam… – Mężczyzna rozłożył dłonie.

– Przeżyje? – Magda spojrzała na doktora poważnym wzrokiem.

– Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Drodzy państwo, muszę już iść. Proszę przyjść jutro, może będę mógł coś więcej powiedzieć na temat pana Marcina. Proszę być dobrej myśli, tak jak powiedziała małżonka. – Tu zwrócił się do Michała: – Pański brat to młody, silny mężczyzna. Wyjdzie z tego. – Pokiwał głową i lekko poklepał Michała po ramieniu, skinął w stronę Magdy i poszedł do swojego gabinetu.

Michał spojrzał na swoją żonę, ścisnął ją za rękę i zachrypniętym głosem powiedział:

– Tak jak nie dałbym sobie rady bez ciebie, nie poradzę sobie, gdy coś mu się stanie… Nie tym razem, Magda… nie tym razem.

Rozdział 3

Marcin otworzył oczy i zupełnie nie wiedział, gdzie się znajduje. Jakiś nieznajomy pokój, urządzony w rustykalnym stylu. Małe okienka, koronkowe firanki, kolorowe zasłony. Dużo drewna, ciemne, ciepłe kolory, delikatna poświata rozproszonego światła lamp. Nagle zobaczył, że w głębokim fotelu siedzi jakiś mężczyzna. Był wysoki, szczupły, miał jasne włosy, pociągłą twarz i niebieskie oczy, które patrzyły na niego z niemą prośbą.

– Kim pan jest? Gdzie ja jestem? – Marcin rozglądał się niespokojnie, podchodząc do nieznajomego.

– Jesteś tam, gdzie ja. Gdzieś tam… – Mężczyzna machnął ręką w nieokreślonym kierunku.

– Ja… ja zemdlałem. Tak, to pamiętam, rozmawiałem z bratem, nie mogłem złapać oddechu i straciłem przytomność. – Marcin usiadł w drugim fotelu i oparł łokcie o kolana, nie spuszczając wzroku z tajemniczego mężczyzny.

– A ja miałem wypadek samochodowy. Wracałem z moją Ali z podróży poślubnej. Nagle z naprzeciwka nadjechał jakiś duży samochód, może ciężarówka… Nie pamiętam. Wyprzedzał na zakręcie i jechał prosto na nas. W ostatniej chwili odbiłem w prawo, żeby osłabić uderzenie od strony pasażera.

– Tam gdzie siedziała twoja żona? – Marcin pokiwał głową ze zrozumieniem.

– Tak… – Mężczyzna również kiwnął głową.

– I co dalej?

– Dalej już nic. Nic nie pamiętam. A potem znalazłem się tutaj.

– Czy to… czy to znaczy, że nie żyjemy? – Marcin, dopiero gdy usłyszał wypowiadane przez siebie słowa, zdał sobie sprawę, jak bardzo są one nieprawdopodobne.

– Żyjemy… jeszcze. Ale ja już niedługo i dlatego cię tutaj ściągnąłem.

– Jak to… ściągnąłeś? – Marcin popatrzył na niego szeroko otwartymi oczami, czując, że zaczyna robić mu się słabo.

– Poczekaj, nie odchodź. – Mężczyzna złapał go za rękę.

Boże… co się dzieje… co się dzieje…?

Jakaś siła ciągnęła Marcina z dala od tego dziwnego mężczyzny i tego dziwnego pokoju.

– Posłuchaj, mam na imię Jacek, moja żona to Ali. Alicja. Zobaczysz ją, jak się obudzisz. Nie zapomnij jej widoku, jej wyglądu, proszę… Zaopiekuj się nią, to moja Ali… moja.

– Ja… ja muszę… – Marcin wstał i podążył w stronę wyjścia, jakby niewidzialna, nieznajoma moc wskazała, którędy może stąd wyjść.

– Obiecaj mi, Marcin, proszę! – Nieznajomy wstał i złożył dłonie w niemym, błagalnym geście.

– Skąd wiesz…

– Obiecaj! – Mężczyzna stał i patrzył proszącym wzrokiem.

– Obiecuję! Obiecuję! – Marcin zaczął krzyczeć, bo otworzyły się drzwi i zalała go fala oślepiającej światłości.

Po chwili nie widział i nie słyszał już nic.

***

Alicja stała przy pustym łóżku i pakowała do torby jego rzeczy. Książki i gazety, które mu czytała, wierząc, że ją słyszy. Słuchawki od iPoda, które zakładała mu na uszy i puszczała jego ulubioną muzykę. Ich ślubne zdjęcie, które ustawiła tak, aby je zobaczył, gdy tylko się obudzi. Zasuszony kwiat z jej bukietu ślubnego, który Jacek wpiął sobie do marynarki, gdy jechali do kościoła.

Tego wszystkiego on już nie zobaczy.

Odszedł.

Zostawił ją.

Chociaż obiecał, że zawsze będą razem.

Że zawsze ją odnajdzie.

Ale nie teraz.

Nie tym razem.

Teraz już jej nie odnajdzie.

A ona nie może odnaleźć jego.

Ani siebie…

Nagle Alicja poczuła dotyk czyjejś dłoni na ramieniu, odwróciła się gwałtownie i zobaczyła zatroskane spojrzenie niewysokiej blondynki, ubranej w zielony ochronny strój.

– Wypadł pani telefon. – Blondynka podała jej aparat i popatrzyła na leżące w torbie rzeczy.

– Dziękuję… nie zauważyłam – odpowiedziała szybko Alicja i schowała telefon do torebki.

– Dobrze się pani czuje? – usłyszała smutny i zmartwiony głos, a troska kobiety sprawiała wrażenie szczerej.

– Nie… – Alicja przymknęła oczy i pokręciła przecząco głową. – Już nigdy nie poczuję się dobrze. Przepraszam – wydukała przez ściśnięte gardło i pobiegła do toalety. Widziała tylko kątem oka, jak blondynka patrzy na nią przejmująco smutnym wzrokiem i podchodzi do łóżka stojącego w drugiej części sali, na którym leżał chyba jakiś mężczyzna. Alicja już wcześniej ją tam widziała. To był chyba brat tej kobiety lub ktoś bardzo bliski, tyle zdążyła zrozumieć z dobiegających do niej niekiedy strzępków rozmów. Ale ten nieznajomy mężczyzna ciągle żył, a jej mąż już nie.

Kiedy wróciła do sali, żeby zabrać resztę rzeczy, nie było w niej nikogo. To znaczy w łóżku pod ścianą ciągle leżał ten mężczyzna, ale jego bliscy już wyszli. I gdy Alicja, trzymając torbę z rzeczami, należącymi do jej ukochanego, przechodziła koło łóżka chorego, zobaczyła, że on ma otwarte oczy i patrzy wprost na nią. Ona spojrzała na niego i odniosła niejasne wrażenie, że skądś go zna. Jego twarz… wydawała jej się bardzo… znajoma. On za to patrzył na nią tak, jakby dobrze ją znał, a jednocześnie był przerażony i zdziwiony. Alicja objęła drżącymi rękoma torbę, popatrzyła ostatni raz na ciemnowłosego mężczyznę, odwróciła się i wyszła, czując na sobie jego uporczywe spojrzenie. Wzrok obcego, a jednocześnie… bardzo znajomego jej człowieka.

Dotarła do domu, w którym czekali na nią rodzice. Sama nie wiedziała, jak przeżyła kolejne dni, do momentu pogrzebu Jacka. Działała jak automat, wykonując wszystkie czynności w mechaniczny, zupełnie niezależny od tego, co się działo w jej głowie, sposób. Jej rodzina, rodzice Jacka, których nie potrafiła nazywać teściami… Jego siostra, która rozpaczała w trakcie pogrzebu w tak irytujący sposób, że miała ochotę podejść do niej i trzasnąć ją w twarz. Spojrzenie jego matki, niby współczujące, ale Alicja wiedziała, że jednocześnie oskarżające, bo dlaczego jej syn zginął, a ona, jego nowo poślubiona żona, żyła? Bo on poświęcił siebie, ratując właśnie ją. Spojrzenia bliskich, znajomych, kolegów z pracy. Współczujące, zrozpaczone, zaciekawione…

To doprowadzało ją do szału.

Chciała zostać sama.

Bo przecież była sama. On ją zostawił i odszedł na zawsze. Musiała zacząć się do tego przyzwyczajać.

Pewnie wszyscy dziwili się, że ona tak się trzyma.

Że nie rozpacza.

Że nie płacze.

Że nie wyje z bólu jak zranione zwierzę.

Że stoi wyprostowana jak struna, z oczami ukrytymi za ciemnymi okularami i z zaciśniętymi ustami przyjmuje szczere bądź nie wyrazy współczucia.

Wiedziała, że stanie się obiektem plotek i krytyki, bo nie zachowywała się jak zrozpaczona młoda żona, która została młodą wdową.

Ale ona nie umiała płakać.

Bo jak miała to robić, skoro nawet nie wiedziała, dlaczego się tutaj znalazła i co się wokół niej dzieje?

Wiedziała tylko jedno – że chce zostać sama, że chce pojechać do mieszkania, w którym zamieszkała wraz z Jackiem, przytulić się do jego poduszki, zacisnąć oczy i spróbować zasnąć. Bo gdy się obudzi, to być może to wszystko okaże się koszmarnym snem i on będzie spał koło niej. I będą szczęśliwi, tak jak to sobie zaplanowali.

***

Marcin wyszedł ze szpitala po czterech tygodniach od wypadku. Michał zawiózł go do jego mieszkania. Magda z Majką czekały na niego i przygotowały wszystko na jego powrót. W tej chwili mógł liczyć wyłącznie na rodzinę. Bo gdy leżał w szpitalu, już nie na intensywnej terapii, tylko na normalnym oddziale, przyjechała do niego Angela. Patrzyła z troską i wyraźnym uczuciem, ale jednocześnie rozglądała się wokół. Marszczyła nos i widać było, że najchętniej uciekłaby z tego miejsca jak najdalej. No tak… Szpital, choroby, lekarstwa, słabość, śmierć… To było dla młodej, wychowanej w luksusie modelki tak odległe jak dla Marcina beztroskie życie, kochający ojciec i spokój w rodzinnym domu. Gdy ją zobaczył, siedzącą na brzeżku krzesła, nawet się ucieszył.

Dziewczyna spojrzała na niego i uśmiechając się lekko, spytała:

– Jak się czujesz?

– Już lepiej, tylko mam jeszcze zawroty głowy. – Marcin nie spuszczał z niej wzroku.

– No tak… Przykro mi…

– Angie, coś się dzieje? – Marcin widział jej wyraźne zdenerwowanie.

– Chciałam… chciałam ci powiedzieć, że wyjeżdżam do Paryża. – Dziewczyna spojrzała na niego z przestrachem.

– Na jakiś kontrakt?

– T-tak… Sesja dla dużych magazynów, pokazy mody. Wiesz, to dla mnie ostatni dzwonek i wielka szansa. – Angela wyglądała, jakby się tłumaczyła.

– Jasne, rozumiem… – Marcin spodziewał się, że coś podobnego usłyszy, ale był trochę zły.

– Nie jesteś na mnie zły? – Angela zacisnęła dłonie na pasku torebki i spojrzała na niego przepraszająco.

– Nie jestem… no dobrze, może trochę… – westchnął, lekko przymykając oczy.

– Wiesz, byłaby ze mnie kiepska pielęgniarka.

– Ale o czym ty w ogóle mówisz? – Marcin uniósł się na poduszkach i zmrużył oczy, czując nagły zawrót głowy. – Nie rób ze mnie zniedołężniałego starca. To nie koniec mojego życia.

– Ale chyba nie wrócisz do pracy w policji? – Popatrzyła na niego z niedowierzaniem.

– Właśnie taki mam zamiar. Nic mi nie jest. Muszę tylko trochę przystopować – odpowiedział twardym tonem.

– Myślisz, że ci pozwolą?

– A ty myślisz, że nie? – Marcin był już trochę zły.

– Ja… n-nie wiem… tato powiedział, że…

– Nie mów mi, co powiedział twój wszechwiedzący ojciec. – Marcin zacisnął szczęki i poczuł tępy ból w tyle głowy.

– Nie unoś się. Wiesz, że życzę ci jak najlepiej… Po prostu nie chcę, żeby znowu spotkało cię coś takiego. – Angela patrzyła na niego z przestrachem.

– Wiem, wiem, Angie, że życzysz mi dobrze, ale swojemu ojcu powiedz, że za szybko położył na mnie krzyżyk.

– On może tak, ale nie ja… – Angela pochyliła się i lekko pocałowała Marcina w usta.

On popatrzył uważnie na nią i pogłaskał ją po policzku.

– Pokaż im w tym Paryżu…

– Pokażę. – Uśmiechnęła się. – I wrócę do ciebie…

– Wróć. – Kiwnął głową i klepnął ją lekko w pośladek. – Tylko bądź grzeczna…

– Ty też… – Przytuliła się do jego piersi, a on objął ją i pogłaskał po plecach, zastanawiając się jednocześnie, czy z ich związku w ogóle coś będzie.

***

Alicja obudziła się zlana potem, przyciskając do siebie koszulę Jacka, z którą ciągle spała. Jeszcze zachowała jego zapach, który nikł z nocy na noc… Dni bez niego mijały jej jak niewyraźny sen, który zapomina się zaraz po przebudzeniu. Wróciła do pracy, chociaż wszyscy namawiali ją, żeby poszła na urlop, żeby spędziła ten czas z rodziną. Ale ona nie chciała. Co miałaby robić? Patrzeć w oczy matki i widzieć w nich swoją własną udrękę? I jeszcze ją pocieszać, tak jak pocieszała rodzinę swojego męża, która uważała ją za silną… silniejszą niż oni wszyscy razem wzięci.

Dlatego wróciła do pracy i złożyła podanie o wpisanie ją na listę kandydatów do wyjazdu na szkolenie do siedziby FBI w Quantico. Wcześniej tego nie zrobiła, bo miała inne plany… A poza tym Jacek nie był zbytnio z tego pomysłu zadowolony. Ale teraz… Teraz nic i nikt już jej tutaj nie trzymał. Wszyscy starali się jej schodzić z drogi, uważając, żeby jej nie urazić, żeby nie poruszyć w niej jakiejś wrażliwej struny, związanej ze śmiercią męża. I w końcu nie wytrzymała i wybuchnęła, krzycząc kolegom z sekcji w twarz, że mają ją traktować normalnie, bo to nie ona umarła i jeszcze jest całkiem żywa. I chce pracować na równi z nimi. Potem ich przeprosiła. Wtedy Wojtek podszedł do niej i mocno ją przytulił, a ona musiała ze wszystkich sił powstrzymać się przed płaczem. Ale wieczorami, w domu… Tam nie musiała się hamować. Tam nikt jej nie widział. Tam była tylko ona. Sama. Ze swoim bólem. Ze swoją tęsknotą. I z żalem, który zamieniał się w złość. A potem zasypiała niespokojnym snem. I z reguły nic się jej nie śniło, tylko budziła się prawie co godzinę, za chwilę zasypiając ponownie. Ale dzisiejszej nocy… dzisiejszej nocy miała sen. Dziwny sen.

Był w nim Jacek, który patrzył na nią z miłością, troską i żalem. Mówił, że ją przeprasza, że nie chciał, żeby tak potoczyły się ich losy. Ona była zła, ale jednocześnie zbyt zszokowana, żeby coś odpowiedzieć. I wtedy on powiedział jej, że zajął się nią, że spotkał kogoś, komu powierzył opiekę nad nią, nad Alicją. Wtedy ona w końcu przemówiła i szlochając, zapytała:

– Co ty mówisz? Co ty do mnie mówisz???

Wówczas Jacek uśmiechnął się smutno i robiąc krok do tyłu, powiedział cicho:

– On obiecał… obiecał… Poczekasz na niego, ale go odnajdziesz. Wybacz… – I odszedł, znikając z jej pola widzenia, jakby nigdy go nie było, jakby był tylko snem.

Alicja siedziała teraz na łóżku, zaciskając dłonie na jego koszuli, i myślała o tym, co jej się właśnie przyśniło. Przypominała sobie słowa, które powiedział, i zastanawiała się nad tym, co one mogą oznaczać. W końcu to sobie wytłumaczyła. Po prostu jej podświadomość, która nie chciała dopuścić do siebie prawdy o jego śmierci, o tym, że ona, Alicja, została sama, sprawiła, że śniły się jej rzeczy, które chciała widzieć, a które nigdy nie będą rzeczywistością. On nie żyje, a ona jest sama. I to jest prawdziwe, a nie jakieś chore sny.

***