Szept w popiołach jutra - Cieluch Monika - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Szept w popiołach jutra ebook i audiobook

Cieluch Monika

5,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

79 osób interesuje się tą książką

Opis

Poruszająca opowieść, inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, o kobiecie, która w mroku nocy podejmuje decyzję, mogącą odmienić całe jej życie.

Po latach życia w cieniu przemocy Inka podejmuje desperacki krok: ucieka z domu i wraca do Grudziądza ̶ miasta młodości, dawnych przyjaźni i niespełnionej miłości. Szuka schronienia u Alicji i Szymka, którzy otwierają dla niej zarówno drzwi jak i serce. Tam Inka niespodziewanie spotyka Janka – mężczyznę, którego kiedyś kochała. Wspomnienia, które miały pozostać w szufladach przeszłości, powracają z nową siłą.

Czy możliwe jest życie od nowa, kiedy wciąż trzeba oglądać się za siebie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 319

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 10 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Klaudia Bełcik

Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
nakme

Nie oderwiesz się od lektury

Wlasnie skonczylam sluchac audiobooka i brak mi slow. Trudno napisac cos konkretnego nie spoilerujac tresci. Gdy ja czytalam bylam zniesmaczona narcystycznym, manipulujacym i chamskim Oskarem, pod ogromnym wrazeniem glebokosci uczucia i dobrocia Janka i przyjaciol z Grudziadza, a koniec wbil mnie w ziemie. To ksiazka w pewnym sensie o drugiej szansie, o zyciu w toksycznym zwiazku dla dobra dzieci, o strachu odejscia ze zwiazku gdzie jest sie uzaleznionym finansowo i psychicznie, o zyciu w pozorach przyzwoitosci i dbania, o gleboko urytych uczuciach i marzeniach. Kazda kobieta bedaca w takim toksycznym zwiazku powinna przeczytac ta ksiazke, bardzo mocno utozsami sie ona z Inka, zobaczy, ze jest droga wyjscia, ze mozna sie uwolnic, choc nie kazde uwolnienie jest dobre, to to ktore wynika z braku szczerosci, braku proszenia o pomoc, z biernosci.
10



Dla Inki i wszystkich kobiet,

które w ciszy niosą swoje cierpienie

– ta książka jest dla Was.

Od autorki

Inkę poznałam w miejscu, gdzie słowa waży się ostrożnie, a cisza potrafi krzyczeć najgłośniej – na grupie wsparcia dla osób zmagających się z depresją i zaburzeniami lękowymi. Pamiętam doskonale, jak weszła do sali niemal bezszelestnie, jakby chciała pozostać niezauważona. Unikała kontaktu wzrokowego, a jej szczupłe ramiona zdawały się dźwigać ogromny ciężar.

Z czasem zobaczyłam w niej niezwykłą siłę, ale nie tę krzykliwą, lecz dyskretną, niemal niemą. Dostrzegłam kobietę, która, choć poraniona, potrafiła nieść światło dla innych. Jej historia poruszyła mnie tak bardzo, że chciałam ją pokazać światu. Dlaczego? Bo wiem, że takich historii życie napisało dużo. Mam wrażenie, że nawet zbyt wiele.

To opowieść o sile, która zmuszona jest rodzić się z bólu, i o nadziei, z początku słabej, ale na tyle walecznej, by w sercu zapłonęła odwaga.

Z czułością

Monika

Prolog

Pomyślała, że może jeszcze nie dzisiaj, może nawet nie jutro ani w przyszłym miesiącu, ale kiedyś w końcu przestanie ze sobą walczyć. Przestanie się szarpać z codziennością i karmić złudzeniem, że wszystko się ułoży. Przestanie akceptować obojętność i przyjmować słowa, które przez lata gasiły ją niczym krople deszczu delikatny płomień świecy. Z którymś wschodem słońca wstanie pełna niczym niezmąconej wiary w to, że najgorsze ma już za sobą. Odrzuci wszystko, co ją niszczyło, a w jej oczach ponownie zamigoce szczęście. Wówczas rozłoży szeroko ramiona, zatańczy boso na pokrytym rosą trawniku i smakując przesyconego szczęściem powietrza, uwierzy w to, że od jutra będzie silniejsza.

Dom, w którym burze szepczą w ścianach

Językiem zwilżyła spierzchnięte usta, a stanowczym dmuchnięciem odgoniła kosmyk złotych włosów, który łaskotał ją w nos. Gorące promienie lipcowego słońca bezlitośnie kąsały jej ramiona i kark, gdy prowadząc kosiarkę, minęła schnące na linkach pranie, które roztaczało w powietrzu nutkę lawendy i jaśminu. Lubiła ten zapach równie mocno, co dźwięk trzepoczących koszul, którymi bawił się wiatr. Za jego sprawą, zupełnie automatycznie, wróciła wspomnieniami do czasów dzieciństwa, gdy będąc jeszcze podlotkiem, biegała boso pod linkami, na których suszyły się prześcieradła i poszwy, nic sobie nie robiąc z protestów wychowującej ją babci. Wówczas życie było beztroskie i kolorowe, porywało ją do tańca każdego poranka i trzymało w swych objęciach aż do zachodu słońcu. A teraz… Teraz każdy jej dzień kręcił się wokół Oskara, domowych obowiązków i wychowywania dzieci. I chociaż starała się, by uśmiech na jej twarzy nie był tylko gościem, to z roku na rok coraz boleśniej uświadamiała sobie, że jej życie nie tak miało wyglądać, że na którymś etapie złapało nieuleczalną kontuzję i teraz, zamiast biec przez codzienność z rozwianym włosem, Inka utykała jak maratończyk po bolesnym urazie stawu skokowego.

Omijając posadzone całkiem niedawno jodły kaukaskie, z większą siłą zacisnęła dłonie na rączce kosiarki, wiedząc doskonale, że teren w tym miejscu jej ogrodu jest nieco pochyły. Nie chciała skosić traw pampasowych ani szykujących się do kwitnienia hortensji bukietowych. Oskar od razu by to zauważył i zapewne nie podarowałby sobie kilku kąśliwych komentarzy pod jej adresem, zarzucając jej brak ostrożności i poszanowania dla jego pracy. Wszak, jak to lubił często podkreślać, to on był tym, który zarabiał na dom, rodzinę i na wszystkie związane z ich codziennością wydatki. Na te ogrodowe również, dlatego dokładała starań, by nie poczynić żadnej szkody, która mogłaby stać się zapalnikiem do kolejnej burzliwej dyskusji.

Kosiarka szarpnęła raz, drugi i trzeci i odmówiła współpracy. Inka rozluźniła dłonie, czując ulgę w zaciśniętych od dłuższego czasu palcach, i przedramieniem otarła zroszone potem czoło. Temperatura już dawno przekroczyła trzydzieści stopni w cieniu, a ona wciąż miała do skoszenia większą część trawnika, który należał do wyjątkowo okazałych. Marzył jej się traktor ogrodowy lub kosiarka automatyczna, ale za każdym razem, gdy podejmowała ten temat w rozmowie z mężem, Oskar ucinał go, kwitując, że przecież nie pracuje zawodowo, to ruch jest dla niej wskazany. Tylko że ona się ruszała, ba, czasami wręcz biegała, by zdążyć wykonać swoje obowiązki rodzicielskie, małżeńskie, domowe, do których z czasem doszły także te ogrodowe. I chociaż ich ogród był jednym z najbardziej okazałych i zachwycających w Jankach pod Warszawą, Inka już dawno przestała dostrzegać jego piękno, widząc w nim tylko ogrom prac do wykonania, z którymi musiała sobie sama radzić. Pielenie, koszenie, nawożenie roślin i trawnika, czyszczenie basenu, przycinanie żywopłotu… Wszystkie te prace pozostawały w jej gestii, Oskar wziął na siebie jedynie przycinanie drzewek owocowych, z których i tak żadne nigdy nie zaowocowało, bo wiedza jej męża w tej dziedzinie była znikoma.

Inka spojrzała na zegarek. Dochodziła czternasta, a ona wciąż miała jeszcze sporo do zrobienia. Szybkim krokiem ruszyła w stronę domku na narzędzia ogrodnicze, by wyjąć z niego kanister z paliwem do kosiarki, a gdy wracała, w myślach starała się tak zorganizować czas, by zdołać wykonać wszystkie prace zaplanowane na dziś. Skosi trawnik, zbierze pranie, wyprasuje je, rozładuje zmywarkę, sprzątnie w łazience, zmieni pościel, bo zwykła to robić w poniedziałki, upiecze szarlotkę, bo Oskar lubi wieczorem zasiąść na tarasie z kubkiem ciepłej herbaty i zjeść porcję domowego ciasta. Jak dobrze, że Ania i Oliver od tygodnia przebywają w Anglii u jej teściów. Chociaż nie musi się martwić o obiad – pomyślała. Jak już ogarnie się ze wszystkim, zrobi sobie makijaż, to pojadą z Oskarem świętować jej urodziny. Pamiętała nawet, by zarezerwować stolik w jednej z lepszych restauracji w stolicy, bo Oskar najpewniej o tym nie pomyślał.

Przechyliła kanister i z ostrożnością zaczęła przelewać paliwo do baku kosiarki, gdy ponad swoją głową usłyszała zachrypły głos pana Staszka.

– Sąsiadka to nie przestanie mnie zadziwiać. Kto to widział, by kobieta biegała za kosiarką przy takiej pogodzie i sama kosiła tak wielki trawnik. Ile sąsiadka tu ma arów? Sześćdziesiąt? – dopytywał, z niedowierzaniem kręcąc głową.

Inka odstawiła kanister, zakręciła bak i wyprostowała się ze sztucznym uśmiechem, pod którym starała się ukryć swoje zażenowanie.

– Panie Staszku, spokojnie, to tylko czterdzieści pięć arów. – Puściła oczko. – Co to jest dla takiej kobiety jak ja – zakończyła, dumnie prężąc muskuły, jakby chciała nadać wiarygodności swoim słowom. – Poza tym, co ja mam lepszego do roboty. Mąż w pracy, dzieci wyjechały na dwa miesiące, więc ani komu gotować, ani kogo bawić.

– To powinna sąsiadka położyć w końcu dupsko na ten leżak i pomachać nogami, bo jak tu sąsiadka mieszka, to ja jeszcze nie widziałem, by sąsiadka odpoczywała w tym luksusowym ogrodzie. Zawsze sąsiadka coś robi, z czymś biega, nie to, co mąż. Ten to wie, do czego ogród służy.

Inka się spięła. Poczuła, że bezpośredniość pana Staszka zraniła ją dotkliwie.

– Tak to w życiu bywa. – Wzruszyła ramionami. – Jedni biegają w firmie, drudzy w ogrodzie.

– Obawiam się, że sąsiadce to bieganie nie wyjdzie na zdrowie. Ileż można, pani Inko. Toć taka kobieta jak pani to powinna sobie jakiegoś chłopa wynająć, co by to wszystko zrobił. Wówczas mogłaby pani, jak to mówią, leżeć i pachnieć, a nie…

– Tak będzie, panie Staszku, jeszcze dziś będę leżała i pachniała – zapewniła, po czym szarpnęła linką kosiarki, uruchamiając silnik. – Proszę się nie gniewać, ale muszę wrócić do koszenia.

Pan Staszek uniósł nieznacznie kaszkiet, skłonił głowę i odprowadzając Inkę wzrokiem, sam do siebie powiedział: „Kto to widział, by kobieta jak chłop pracowała”.

Słowa sąsiada sprawiły, że Inka wszystkie mięśnie, zupełnie odruchowo, napięła niemal do granic możliwości, co z kolei zaowocowało nieprzyjemnym bólem i znacznym dyskomfortem. Wciąż czuła na sobie palący wzrok pana Staszka, gdy w towarzystwie gorących promieni słońca pokonywała kolejne metry ogrodu. To prawda. Przydałby jej się ktoś do pomocy, ktoś, kto zająłby się trawnikiem, kto wykonałby większe prace ogrodowe. Wówczas mogłaby się skupić na obowiązkach domowych. Kto wie, może nawet udałoby jej się znaleźć chwilę wolnego, by spokojnie usiąść w ogrodzie, wypić kawę i nacieszyć się tym, co ma. W obecnej sytuacji moment wytchnienia na łonie natury znajdowała tylko późnym wieczorem, a wówczas kolorowe motyle zastępowały już chmary irytujących komarów, które bezlitośnie atakowały jej łydki i ramiona. A ponieważ każde ukąszenie kończyło się silnym obrzękiem z racji alergii na jad insektów, Inka rzadko decydowała się na towarzyszenie Oskarowi w wieczornym relaksie w ogrodzie. Zresztą, gdy dzień dobiegał końca, a nadchodząca noc wypierała duchotę, zastępując ją błogim chłodem, Inka była już tak zmęczona, że marzyła jedynie o prysznicu i wygodnym posłaniu.

Wibracje komórki, którą zwykła nosić w tylnej kieszeni szortów, przerwały jej rozmyślania. Przystanęła tuż przed domkiem ogrodowym, wyłączyła kosiarkę i zsuwając z dłoni rękawicę, sięgnęła po telefon. Uśmiechnęła się na widok przypisanego do numeru zdjęcia przyjaciółki. Alicja właśnie na nią spoglądała z wytkniętym językiem i przymkniętym lewym okiem. Na zdjęciu wciąż miała trzydzieści lat, a to z kolei sprawiło, że w sercu Inki ponownie pojawił się ból zrodzony z wyrzutów sumienia, że wskutek jej wyborów życiowych ta wieloletnia przyjaźń z roku na rok słabła. Wciąż utrzymywały ze sobą kontakt, ale głównie telefoniczny. Długie wieczory spędzone na pogaduszkach w towarzystwie dobrego wina zostały zastąpione kwadransowymi rozmowami telefonicznymi, które też przydarzały im się coraz rzadziej. I chociaż Inka tęskniła za Alą, to doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że ich relacja zmieniła się na przestrzeni lat w głównej mierze właśnie z jej powodu. Jak podtrzymać coś, co nie miało wspólnego mianownika? Jak dbać o przyjaźń, skoro nie można spojrzeć drugiej osobie w oczy, wiedząc, że nie jest się z nią szczerą. Inka miała z tym problem. Każda rozmowa telefoniczna z Alą była jak pokonywanie toru przeszkód. Musiała robić krok za krokiem, starając się przy tym nie strącić żadnej z nich. Nie było to łatwe. Głównie dlatego, że Alicja doskonale wyczuwała momenty, w których Inka nie była z nią w stu procentach autentyczna. A dlaczego nie była? Być może ze wstydu, z braku poczucia własnej wartości, a może dlatego, że nie chciała przysparzać Ali zmartwień. W końcu sama podjęła decyzję, jak będzie wyglądało jej życie. Wyszła za Oskara, mimo że Alicja prosiła ją, by tego nie robiła. A teraz… Teraz musiała sama dźwigać na swych wątłych barkach ciężar dokonanych przed laty wyborów.

– Czterdzieści lat minęło jak jeden dzień…

Inka rozciągnęła usta w szerokim uśmiechu, słysząc w słuchawce melodyjny głos Alicji, któremu towarzyszył niski bas jej męża. Cierpliwie wysłuchała refrenu hymnu czterdziestolatków, a potem przyjęła z wdzięcznością słowny bukiet życzeń, które, takie odniosła wrażenie, popłynęły z głębi serc Ali i Szymka. Całemu wzruszeniu ponownie towarzyszyło nieprzyjemne poczucie winy, które atakowało ją zawsze, gdy rozmawiała z przyjaciółką.

– Wszystkiego najlepszego, rudzielcu! Pamiętaj, że życie nabiera barw dopiero po czterdziestce. I chociaż brzmi to banalnie, to wierz mi, że tak właśnie jest – krzyczał do słuchawki Szymek, a jego słowom towarzyszył dźwięczny śmiech Alicji.

– To prawda, on wie, co mówi, Inuś. Najlepsze wciąż przed tobą. Właśnie teraz nadszedł twój czas. Rozkwitniesz ponownie, by zachwycić sobą cały świat. Spełnienia marzeń, rudzielcu, i… – Słowa Alicji zawisły w powietrzu. Słuchawkę wypełniła cisza. I gdy Inka rozchyliła usta, by móc podziękować za życzenia, chcąc przerwać tę dziwną niezręczność, Ala dokończyła zdanie:

– I miłości ci życzę. Takiej prawdziwej, czystej i szczerej, opartej na wzajemności. Takiej, która sprawi, że każdy dzień będzie smakował szczęściem i…

– Dziękuję – odezwała się pierwsza. Znała Alę całe swoje życie i doskonale potrafiła czytać między wierszami każdą jej wypowiedź. A zdanie, które właśnie usłyszała, niosło ze sobą zaszyfrowaną wiadomość: Odejdź od Oskara, zakochaj się ponownie i ciesz się życiem. Tylko że Inka nie mogła tego zrobić. Nie mogła…

– Jak tam przygotowania do imprezy urodzinowej? Wszystko dopięte na ostatni guzik? Możemy liczyć na jakieś zdjęcia? Coś w stylu: Inka w krótkiej kiecce z tiarą na głowie i szarfą na ramieniu z napisem: „Rycząca czterdziestka”? – dopytywał Szymek, kompletnie nieświadomy tego, jak wygląda codzienność Inki.

– Odpuściłam sobie tiarę i szarfę. – Zaśmiała się, chcąc wybrnąć z kłopotliwego pytania.

– Tak też można – odpowiedział Szymek, po czym jeszcze raz życzył Ince wszystkiego najlepszego i usprawiedliwiając się koniecznością wyjścia z domu, posłał jej głośne cmoknięcie do ucha.

– Co tam u ciebie, Inuś? – Głos Alicji nagle spoważniał, a w Inkę wdarła się nerwowość.

– W porządku, dziękuję. Dzieciaki od tygodnia siedzą w Londynie, więc… sama rozumiesz. – Wzruszyła ramionami. – Cicho, głucho, tęskno…

– Przyjedź do Grudziądza – zaproponowała Ala, darując sobie owijanie słów w bawełnę. – Odpoczniesz, odwiedzisz stare kąty. Nie było cię tu już dobre dwadzieścia lat, a miasto bardzo się zmieniło przez ten czas. Zobaczysz, jak mieszkamy. Moi rodzice o ciebie pytają…

Coś ścisnęło Inkę za serce. Coś, co potem śmiało powędrowało w górę i utknęło nieprzyjemną gulą w gardle, sprawiając jej trudność z zaczerpnięciem oddechu. Ból tęsknoty dźgał ją od wewnątrz raz po raz, zupełnie nie okazując krzty litości. Serce biło niespokojnie, a w oczach pojawiły się łzy.

– To nie jest dobry pomysł, Alu. Mam swoje obowiązki, życie, Oskara, nie mogę – tłumaczyła się, a przed oczami ujrzała przyśpieszoną projekcję ich ostatniego spotkania, które miało miejsce pięć lat temu. Wówczas Inka i Oskar wrócili z Anglii po długich latach emigracji. Ala i Szymek złożyli im wizytę. Miało być miło i sentymentalnie. Skończyło się wielką awanturą, którą dopełniły słowa Alicji: „Zniszczyłaś sobie życie, Inka”, doprawione obietnicą, że nigdy więcej już jej nie odwiedzi. A potem nastały miesiące ciszy. Miesiące, w których telefon nie zadzwonił i które upłynęły Ince na cichym pochlipywaniu w poduszkę w bezsenne noce. I zapewne ta cisza trwałaby nadal, wszak obie były uparte, gdyby nie Szymek, który pewnego niedzielnego popołudnia, mając dość chmurnego nastroju żony, wykręcił numer Inki i przełączając rozmowę na głośnik, położył telefon na stole, mówiąc: „Obie zachowujecie się jak gówniary”.

Od tamtego czasu Ala nigdy nie zapytała o Oskara, a Inka już nie była z nią szczera, nie chcąc być przyczyną zamartwiania się przyjaciółki.

– Inuś, gdybyś zmieniła zdanie, to wiesz, że my jesteśmy, prawda? Że możesz wszystko rzucić w cholerę i wrócić do domu. Do nas.

Łzy spłynęły po zarumienionych przez słońce policzkach Inki, która wierzchem dłoni wytarła równie cieknący nos, chcąc uniknąć konieczności pociągania nim, by nie zdradzić towarzyszących jej emocji.

– Oczywiście, że wiem. Wszystko jest dobrze, Alu – skłamała, łudząc się, że fałsz, którym zostały podszyte wypowiedziane przez nią słowa, umknie uwadze przyjaciółki.

– Cieszę się. – Ala nie była w stanie wykrzesać z siebie choćby cienia radości. Wiedziała, że słowa Inki nie odzwierciedlają faktycznego stanu jej duszy. Wiedziała również, że nic nie może z tym zrobić, wszak Inka była dorosła i już od dawna sama dokonywała życiowych wyborów, a to, że nie zawsze były trafne, zmuszona była zaakceptować. Nie zmieni się ludzi. Nie zmieni się ich poglądów, sposobu myślenia ani nawet postrzegania świata, dopóki coś w nich nie pęknie i sami nie zapragną zmiany. A Inka miała bardzo grubą skorupę, przez którą ciężko było się przebić tej dziewczynie, którą była w młodości. Zatraciła swoją odwagę, spontaniczność i nieuległość. Zatraciła siebie, stając się marionetką w rękach Oskara.

– Kiedyś was odwiedzę, obiecuję – zapewniała, sama nie wierząc swoim słowom.

– Choćby dziś. Zawsze jesteś u nas mile widziana.

Szloch wstrząsnął drobnym ciałem Inki. Wiedziała, że już dłużej nie będzie w stanie prowadzić rozmowy tak, by Ala nie wyłapała jej smutku, dlatego zasłaniając się koniecznością przyszykowania się do wyjścia, zakończyła rozmowę. Następnie schowała kosiarkę do domku ogrodowego i zabrawszy z linek suche już pranie, wróciła do swoich domowych obowiązków. Chcąc zagłuszyć własne myśli, włączyła ulubioną playlistę, na której znajdowały się przeboje polskiego rocka z lat osiemdziesiątych, i przystąpiła do prasowania koszul męża. W międzyczasie ponownie załadowała pralkę i wylała wodę z automatycznej suszarki. Uporała się z praniem, zmieniła pościel w sypialni, posprzątała łazienkę i zmyła podłogi, bo na wysoko polerowanym gresie zawsze był widoczny kurz, którego Oskar bardzo nie lubił. Zagniotła ciasto na szarlotkę, wypijając przy tym dwie szklanki wody z lodem, bo ciepło bijące od nagrzewającego się piekarnika sprawiło, że temperatura w pomieszczeniu znacznie wzrosła. A gdy w powietrzu zaczął się unosić zapach pieczonego ciasta, pobiegła do garderoby i szybko przesuwając wieszaki, starała się znaleźć odpowiednią sukienkę na dzisiejszą okazję. Odrzuciła czarną i tę ze złotą nitką, ostatecznie stawiając na zwiewną kieckę z motywem kolorowych kwiatów. Oskar bardzo ją lubił, ona też. Kreacja eksponowała plecy i miała dość głęboki dekolt, a Inka, mimo swoich czterdziestu lat, nie miała kompleksów. Ciąża obeszła się z nią łaskawie. Nie pozostała ze zbędnymi kilogramami ani też nie uświadczyła rozstępów. W zasadzie wciąż ważyła tyle samo, co w czwartej klasie liceum. Miała, co prawda, nieco bardziej zaokrąglone biodra, ale to akurat działało na jej korzyść. Lubiła swoją figurę, piegi na nosie i kręcone włosy, które zwykła upinać w luźny kok, i tylko kocie oczy zmieniły się na przestrzeni dekad. Miała wrażenie, że przygasły, że straciły na intensywności. Tłumaczyła to zmęczeniem i upływającymi latami, oszukując się, że nie dostrzega, iż za ich zmianą kryje się tak naprawdę rozczarowanie.

Położyła sukienkę na łóżku, obok zaś postawiła sandałki na wysokiej szpilce. Wiedząc, że ciasto będzie gotowe za czterdzieści minut, wskoczyła pod prysznic, chcąc zmyć z siebie lepkość, za którą odpowiadał kurz i wylany na słońcu pot. Zwilżyła myjkę i dokładnie pokryła się migdałową pianką, a gdy umyła włosy, delikatnie je osuszyła. Ciało nawilżyła balsamem, stanęła przed lustrem i wykonała naturalny makijaż. Oczy podkreśliła zielonym eyelinerem, wytuszowała rzęsy i wymodelowała brwi. Pozwoliła włosom wyschnąć naturalnie, wiedząc, że odwdzięczą jej się sprężystymi lokami. Miała pełne usta, dlatego unikała ich malowania. Odnosiła wówczas dziwne wrażenie, że zajmują niemal jedną trzecią jej twarzy.

Dźwięk piekarnika wezwał ją do kuchni. Ostrożnie wyjęła blachę i uśmiechnęła się na widok złocistej kruszonki. Oskar będzie zadowolony – pomyślała. Ściągając kuchenne rękawice, spojrzała na zegar. Dochodziła osiemnasta. Za chwilę jej mąż powinien wrócić do domu, dlatego w pośpiechu wróciła do garderoby, włożyła koronkową bieliznę i wsunęła się w sukienkę. A potem czekała. Godzinę, dwie, trzy… Kilkakrotnie próbowała skontaktować się z Oskarem, ale jego telefon nie odpowiadał. Przez chwilę pomyślała nawet, że może powinna zadzwonić na policję i zgłosić zaginięcie albo skontaktować się z okolicznymi szpitalami. Może… Nie. Nie będzie przyciągała złego. Na pewno Oskar musiał dłużej popracować. Może coś mu wypadło. Może, tak jak ostatnio, mieli awarię w pracy i wszyscy utknęli w niej na długie godziny. Wraz z upływającym czasem narastała w niej niepewność, której towarzyszyła świadomość, że dzisiejszy wieczór nie upłynie tak, jak to sobie zaplanowała. Nie będzie romantycznej kolacji ani świętowania. Na próżno zarezerwowała stolik i włożyła sukienkę. Znowu spędzi wieczór zwyczajnie. Bez tortu i świeczek, bez szeptanych na ucho życzeń.

Odgłos otwieranych drzwi wejściowych wyrwał ją z rozmyś-lań. Skierowała się w stronę korytarza, z uwagą nasłuchując kroków męża. Gdzieś w zakamarkach swojej romantycznej duszy liczyła na urodzinowy bukiet kwiatów lub chociażby skromny upominek, ale Oskar najpewniej był zbyt zajęty, by pomyśleć o niespodziance dla niej. To właśnie dlatego, nauczona doświadczeniem, sama zarezerwowała stolik w restauracji, w której powinni się pojawić dwie godziny temu.

– Hej, czekałam na ciebie. Myślałam, że wrócisz wcześniej – powiedziała, następnie wyciągnęła rękę po marynarkę męża, którą odwiesiła do szafy wnękowej.

– Miałem urwanie głowy w pracy. – Oskar rozluźnił wiązanie krawata i dłońmi zmierzwił starannie zaczesane włosy. – A ty coś się tak odstawiła? – Uniósł brew, patrząc na żonę podejrzliwie.

Inka się spięła. Odruchowo wytarła wilgotne od potu dłonie w zwiewną tkaninę sukienki i ostrożnie ważąc słowa, powiedziała:

– Miałam nadzieję, że uda nam się wyskoczyć na kolację do restauracji.

– Boże, Inka… – Oskar minął żonę obojętnie i skierował się w stronę salonu. – Ostatnia rzecz, o jakiej dziś marzę, to bieganie po restauracjach – prychnął i zaległ na kanapie. – Odgrzejesz mi obiad?

Inka oparła się ramieniem o futrynę, dusząc w sobie uczucie rozczarowania i żalu. Przez chwilę obserwowała, jak mąż skacze po kanałach telewizyjnych, próbując znaleźć program, który byłby w stanie przykuć jego uwagę. Coś się w niej zrodziło. Coś, co kazało jej się zbuntować, postawić, odszczekać i zawalczyć o siebie. Przez bardzo krótką chwilę dopuściła do głosu dziewczynę, którą kiedyś była. Tę odważną, walczącą o swoje. Pomyślała nawet, że ma prawo być zła. W końcu dziś były jej urodziny. Właśnie skończyła czterdziestkę! I co? I tylko jej dzieci, Ala, Szymek i Janek pamiętali o jej urodzinach. Mąż, dokładnie ten sam, któremu wyprawiła huczną urodzinową imprezę zaledwie dwa lata wcześniej, zapomniał. Zresztą nie pierwszy raz. Nagle poczuła się mało ważna. Niepotrzebna i…

– Inka, mówię do ciebie, do cholery! – krzyknął Oskar. – Odgrzejesz obiad?

Zamrugała kilkakrotnie, jakby budziła się z letargu.

– Nie – wydusiła z siebie niemal szeptem.

– Co? – Oskar odłożył pilot na stolik, wstał z kanapy i podszedł do żony. – Cały dzień siedzisz na dupie i ciężko ci odgrzać obiad? – huknął nadąsanym tonem.

– Nie jest mi ciężko, Oskar. Po prostu go nie zrobiłam. – Odepchnęła się od ściany, z obojętnością minęła męża i ruszyła w stronę schodów, doskonale rozumiejąc, że jej wyobrażenie romantycznego wieczoru właśnie zmieniło status z w oczekiwaniu na anulowano.

– To co ty robiłaś cały dzień, do jasnej cholery?! Człowiek zarzyna się w pracy, haruje całymi dniami, a gdy wraca do domu, nawet nie może liczyć na ciepły posiłek! Może gdybyś tak pozapierdalała trochę w korpo, to doceniłabyś to, że ktoś na ciebie robi!

Przystanęła. Zacisnęła dłonie na balustradzie, bojąc się, że nogi odmówią jej posłuszeństwa i zwyczajnie upadnie, gdy jeszcze raz świat zawiruje jej przed oczami, które teraz wypełniły łzy.

– Ale pieniążki z konta wypłacać to masz czas, co nie?!

– To był twój wybór, Oskar. To ty nalegałeś na to, bym zrezygnowała z pracy i zajęła się domem. Nie wydaję twoich pieniędzy na swoje potrzeby, tylko na to, co jest nam i dzieciom niezbędne do życia – powiedziała, siląc się na spokój, a ponieważ nie miała odwagi spojrzeć mężowi w oczy, wciąż tkwiła na półpiętrze ze wzrokiem wbitym w bieloną ścianę, na której wisiał płócienny obraz przedstawiający pomost niknący we mgle. Jak na ironię, widniejąca na nim sentencja głosiła, że to właśnie „w rodzinie zaczyna się życie, miłość nigdy się nie kończy a domownicy zawsze stoją po swojej stronie”. Zrozumiała, jak bardzo ten obraz nie pasował do ich wnętrza.

– Okej, skoro już wydałaś moje pieniądze na to, co jest nam niezbędne do życia, to ja się, cholera, pytam, gdzie mój obiad?! Co ty myślisz, że całe dnie przeleżysz z dupą na kanapie, a ja będę na ciebie robił?

Podobno każdy ma swoje granice cierpliwości i tolerancji. Te, które wyznaczyła sobie Inka, właśnie zostały przekroczone. Być może winne temu było zmęczenie nieustającą harówką, a może rozgoryczenie, że Oskar zapomniał o jej urodzinach. Może w końcu zrozumiała, że nie chce żyć w związku, który nie stawia partnerów na równi, że zwyczajnie ma już serdecznie dość bycia praczką, sprzątaczką, kucharką i ogrodniczką. A może nadeszła chwila, w której nabrała odwagi, by coś zmienić w swoim życiu. Zacisnęła dłonie w pięści, odwróciła się i zeszła po schodach, czujnie odprowadzana wzrokiem męża. Stanęła naprzeciwko niego i pierwszy raz w ich wieloletnim związku poczuła się na siłach, by powiedzieć to, co myślała i co od lat kryła na serca dnie.

– Z nas dwojga to ja pracuję ciężej.

Oskar prychnął pod nosem, nie kryjąc rozbawienia.

– To ja dbam o ogród, o dom, o nasze dzieci. Podczas gdy ty siedzisz wygodnie za biurkiem, ja biegam od rana do wieczora. Ty chłodzisz się w klimatyzowanym wnętrzu, ja koszę trawę i pielę ogród nawet w najbardziej upalne dni. Ty nocą smacznie spisz, ja czuwam przy łóżkach dzieci, gdy walczą z infekcją, nie zważając na to, że sama mam gorączkę. Ty wracasz po ośmiu godzinach do domu i leżysz, jak to ująłeś, z dupą na kanapie, ja w tym czasie jestem korepetytorką i przyjaciółką dla naszych dzieci. To ja w tym domu sprzątam, gotuję, prasuję, piorę, opłacam rachunki i robię zakupy. Nigdy mi w niczym nie pomogłeś, nigdy nie liczyłeś się z moim zdaniem, nigdy nie pamiętasz o moich urodzinach…

Oskar wyprostował się, jak ktoś kogo zabolały usłyszane słowa.

– Nie ma w tobie za krzty romantyzmu. Nie potrafisz sprawić mi nawet najmniejszej przyjemności. Traktujesz mnie jak sprzątaczkę, kucharkę i… chciałabym dodać kochankę, ale to akurat byłoby kłamstwem. – Inka zaśmiała się gorzko, kręcąc głową z niedowierzaniem. – Już nawet nie próbuję się okłamywać, że jestem przez ciebie kochana, że ci na mnie zależy…

– A widziałaś się w lustrze, Inka? – Zaatakował ją, darując sobie delikatność. – Nie idziesz z postępem, nie dbasz o siebie. Wyglądasz jak kura domowa rodem z epoki PRL-u w tych swoich kręconych włosach i zawsze tak samo wyglądającej twarzy.

Każde słowo wypowiedziane przez Oskara dotkliwie raniło Inkę. Wibrując w jej uszach, wdzierało się do głowy, by ulokować się wygodnie w mentalnej szufladzie jej pamięci.

– Ciągle te szorty i dżinsy. Założyłabyś jakąś miniówkę, zrobiłabyś sobie paznokcie, wypełniłabyś usta, doczepiłabyś rzęsy…

– I co? I mam w miniówce i szpilkach zapierdaczać z kosiarką po ogrodzie wielkości boiska piłki nożnej? A może, trzepocząc sztucznymi rzęsami i z przedłużonymi paznokciami, mam szorować toaletę, po tym jak skończysz i nie raczysz użyć szczotki?

– Jesteś wulgarna! – krzyknął. – Powinnaś mi dziękować za to, że mamy dom i dobrze nam się wiedzie.

– A ty powinieneś mi dziękować za to, że dbam o ten nasz dom, że wychowuję nasze dzieci. Sama! – wrzasnęła z bezradności.

– Dramatyzujesz. Jesteś niewdzięczna i tyle. Inne na twoim miejscu doceniłyby to, co mają – skontrował.

– Inne? – Zrobiła krok naprzód, zmniejszając dzielącą ich odległość. – Jakie inne, Oskar?

– Daj spokój. Nie łap mnie teraz za słówka. – Oskar wyminął Inkę i podszedł do barku, z którego wyjął karafkę. Chwilę później nalał szkockiej do szklaneczki z grubym dnem, którą natychmiast opróżnił. – Rozczarowałaś mnie. Przez te wszystkie lata, gdy ja się rozwijałem i piąłem po szczeblach kariery zawodowej, ty stałaś w miejscu.

– Poświęciłam się dla ciebie! Tak się umawialiśmy, pamiętasz? Prosiłeś, bym zajęła się dziećmi i pozwoliła ci pracować. – Nie chciała pokazać Oskarowi, jak bardzo ją rani, ale utrzymanie kontroli nad głosem było coraz trudniejsze.

– Ale nikt ci nie bronił robić studiów zaocznie i poszerzać horyzontów.

– Jak miałam to zrobić z bliźniętami? Wiesz, jak bardzo wymagającym dzieckiem jest Oliver.

– Jeśli ktoś chce się rozwijać, nie szuka wymówek ani usprawiedliwienia dla swojego lenistwa. – Oskar ponownie napełnił szklaneczkę brunatnym alkoholem.

Inka wstrzymała oddech. Oskarżał ją o lenistwo. Ją! Tę, która wielokrotnie nie miała czasu nawet na sen, tę, która w ciągu dnia siadała tylko do obiadu, a potem biegała cały dzień, wypełniając swoje obowiązki, usługując mężowi i zadowalając własne dzieci.

– Jak możesz oskarżać mnie o lenistwo i brak chęci poszerzania horyzontów po tym, jak poświęciłam dla twojej kariery własne marzenia i aspiracje? Po tym, jak latami dbałam o dom, ciebie i dzieci. Jak możesz…

– Co jak mogę, do jasnej cholery? Przestań w końcu myśleć tylko o sobie. Chociaż raz spójrz na siebie moimi oczami. Wiesz, kogo widzę, gdy na ciebie patrzę? – zapytał, ponownie stając na wprost Inki. – Kobietę, której się wstydzę. Kobietę, która mi nie potrafi niczym zaimponować, która…

Inka nie wytrzymała. Jak w otępieniu patrzyła na unoszącą się dłoń, która z łoskotem wymierzyła Oskarowi policzek. A potem dostrzegła drugą dłoń, tym razem zaciśniętą w pięść i nienależącą do niej. Uniosła się znacznie wyżej, przecięła powietrze ze świstem i boleśnie dotknęła jej policzka. Upadła na podłogę, a na wypolerowanym gresie dostrzegła drobinki krwi. Potrzebowała chwili, by zrozumieć, co się stało. Uderzyła Oskara, on jej oddał. Ona upadła, on wrócił na kanapę i skupił się na przełączaniu kanałów w telewizji.

Pulsujący ból i metaliczny posmak krwi sprawił, że Inka zalała się łzami. I gdy tak szlochała, zupełnie lekceważona przez Oskara, wróciły do niej słowa Alicji: „Możesz wszystko rzucić w cholerę i wrócić do domu. Do nas”. Przytrzymując się ściany, powolnie wstała i ruszyła w stronę korytarza. Chwyciła sandałki, na ramię zarzuciła niewielką torebkę, w której trzymała portfel i dokumenty, a drżącą dłonią sięgnęła po telefon i kluczyki do swojego samochodu. Wyszła z domu niezauważona, mimo że bardzo chciała, by Oskar dostrzegł ją, choć ten jeden raz w życiu.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Od autorki

Prolog

Dom, w którym burze szepczą w ścianach

Strona redakcyjna

Punkty orientacyjne

Spis treści

Redakcja

Agnieszka Czapczyk

 

Korekta

Beata Gołkowska

 

Skład i łamanie wersji do druku

Łukasz Slotorsz

 

Projekt graficzny okładki

Joanna & Grzegorz Japoł – LUNA Design Studio

 

© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026

© Copyright by Monika Cieluch, Warszawa 2026

 

Wydanie pierwsze

ISBN: 9788384301548

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

 

 

WYDAWCA

Agencja Wydawniczo-Reklamowa

Skarpa Warszawska Sp. z o.o.

ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2

00-036 Warszawa

tel. 22 416 15 81

[email protected]

www.skarpawarszawska.pl

@skarpawarszawska

 

Przygotowanie wersji elektronicznejEpubeum