44,99 zł
TRUP SPOD SAMIUŚKICH TATER
Wiek XX rozpędza się niczym oszalała lokomotywa, gdy Zofia Szczupaczyńska otrzymuje z Zakopanego dramatyczny telegram:
ZBRODNIA STOP PROSZĘ PRZYJECHAĆ NIEZWŁOCZNIE STOP
Jej serce zaczyna bić szybciej, ale czy tylko z powodu treści wiadomości? Profesorowa nigdy nie ignoruje takich wezwań – nawet jeśli przychodzą z miejsc, które są znane bardziej z oscypków niż morderstw. Rusza więc w drogę i po zaledwie siedmiu godzinach dociera do stolicy Tatr. Na miejscu czekają już na nią zdenerwowany sędzia śledczy Klossowitz, a także podejrzanej czystości kwatera, pochód faraonów, zwaśnione klany góralskie i gęsta jak mgła omerta.
Zofia przywdziewa maskę (jaką? O tym w rozdziale IX!) i rozpoczyna śledztwo. Przepytuje gruźlików, najstarszych górali i prominentne zakopiańskie figury.
Czy jej instynkt, ostry niczym ciupaga harnasia, zdoła przeciąć gąszcz tajemnic, by odsłonić prawdę? I czy serce Zofii pozostanie zimne jak śnieg na Giewoncie – czy jednak rozgrzeje się niczym roztańczona para na wieczorku w zakładzie doktora Chramca?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 322
Data ważności licencji: 11/26/2030
Copyright © by Jacek Dehnel, Piotr Tarczyński
Projekt okładki Kira Pietrek
Redaktorka nabywająca
Agata Pieniążek
Redaktorka prowadząca
Paulina Jóźwik
Redakcja
Lidia Nowak
Korekta
Małgorzata Sikora-Tarnowska
Joanna Wiśniewska
Łamanie
Piotr Poniedziałek
Koordynator produkcji i przygotowanie do druku
Jakub Kornacki, Maria Gromek
ISBN 978-83-8427-199-5
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]
Wydanie I, Kraków 2025
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk
Ewie i Piotrowi,najlepszym partnerom w kanaście,z podziękowaniem za wszystko
Ponad nędzą kamienistych poletek i chat przyklejonych do ziemi bodaj na słowo góralskiego honoru, ponad rozpaczą beznadziejną krzywych rozstajnych kapliczek i górskich cmentarzyków, gdzie jarzębina tylko purpurę korali na opuszczone groby w noc zaduszną rzuca, niósł się rozpaczliwy jęk smreków bijących pokłony pod grozą halnego. Z turni wzniosłych, stromych, okrytych wyiskrzoną bielą, a przywodzących na myśl pienistą grzywę niebosiężnej kamiennej fali zastygłej ponad zatrwożoną doliną, schodził ten wiew dziki, ciepły niby a bezlitosny, w ciemnię kosodrzewiny i niżej w biel mgieł, w dole zaległych. Wtórował mu wieczyście młodzieńczy, krzepki huk walących się z gór potoków, jakby sam Berlioz dyrygował dwiema skłóconymi ze sobą gigantycznymi orkiestrami.
Po chatach, pensjonatach i sanatoriach wiatr wprawiał w miłosne drżenie co silniejszych gruźlików, co słabszych przyprawiał o obłęd i iście tyfusową gorączkę, a tych, którzy stali na krawędzi śmierci, popychał lekko w jej czarną rozpadlinę, tak że marli dziesiątkami, zostawiając gaździnom przywiezione z miasta barometry, czerwone lampiony z chińskiej bibułki i przedmiot szczególnego tutaj pożądania: parasole.
W halnej wichurze – rzadkiej w początkach lata – zawodzący smętek przeplatał się z dudniącą dzikością jak dwa splątane korzenie wyniosłej limby; omamionym zmysłom zdawało się czasem, że wychwytują z tego zgiełku to góralskie gęśle, to fujary juhasów o twarzach spalonych słońcem, to gadkę snutą wokół nieconych przed szałasami watr.
Tej jednak nocy wybrzmiał dźwięk inny, groźniejszy jeszcze: z początku trzaskający cicho, potem coraz głośniejszy, aż buchnął pod niebo, podsycany wichrem. Był to, pełen piekielnych wizgów i łoskotów, huk pożaru. Pióropusze ognia unosiły się nad chatą, jakby z grobów powstali dawni zbójnicy-piekielnicy i tańcowali teraz krzesanego, zaiste mający zamiast obcasów krzesiwa, z których szły snopy iskier jak z fajerwerków. Buzujący żar wypalił już od środka i okna, i drzwi, tak że dom otwarty był na przestrzał, ogień zaś zdawał się jedynym jego lokatorem, rozpierającym się po izbie białej i po izbie czarnej jak letnik, który dla odmiany nie zamierza nikomu płacić, a tylko żreć, żreć i żreć.
Na szczęście Zofia Szczupaczyńska wybrała się do Zakopanego dwa tygodnie później, kiedy halny już minął.
W którym profesorowa Szczupaczyńska jedzie „zeleźnicą” i napotyka rafę koralową, a także piastuje na piersi cenny telegram.
– Przepraszam – rozległo się nagle. Głos, nieokreślony, mogący należeć i do kobiety, i do mężczyzny, dochodził jakby z górskiej otchłani, dudnił niczym echo odbijające się od skalnych zboczy, niosące ze sobą słaby pogłos tego, co wydarzyło się przed chwilą na jakiejś odległej hali. – Przepraszam! – zabrzmiało ponownie, tym razem jednak nieco bliżej i znacznie głośniej; niosło w sobie groźbę niczym głuchy rumor lawiny skalnej, której nie widać jeszcze, ale która schodzi już w dół doliny, porywając ze sobą gromady większych i mniejszych kamieni… – Proszę się przesunąć, moja osoba jest posiadaczką biletu!
Zofia otwarła oczy. Zamiast skalnej lawiny taranującej wszystko na swojej drodze, łamiącej dorodne świerki i strzeliste sosny, ujrzała skromne odbicie tejże: rozglądającą się w poszukiwaniu wolnego miejsca zażywną jejmość, pękatą, nieforemną, za to w stroju, choć niby podróżnym, ozdobionym całym mnóstwem pasmanteryjnych szaleństw: pętlic z sutażu, dżetowych guzików i pajetek, co przy jej masywności przywodziło Zofii na myśl rafę koralową, widzianą kiedyś w jednym z czasopism naukowych Ignacego. Całość tę wieńczył kapelusz stanowczo zbyt duży na podróż pociągiem.
Wcisnąwszy się do przedziału, utorowała drogę sunącemu za nią młodszemu, objuczonemu niezliczonymi walizami mężczyźnie o niezdrowej, pożółkłej cerze. Profesorowa Szczupaczyńska, choć właśnie wybudzona z jakże przyjemnej drzemki podróżnej (doskonale znanej każdemu, kto kiedykolwiek udawał się dokądś koleją żelazną), od razu zorientowała się, że dama kieruje się właśnie na wolne miejsce obok niej – niezupełnie wolne, bo zajmowane przez Zofiowy sakwojaż.
Wagon klasy drugiej, którym podróżowała profesorowa Szczupaczyńska, nie oferował wprawdzie luksusów właściwych klasie pierwszej, ale – powiedzmy sobie szczerze – wagon klasy pierwszej Cesarsko-Królewskich Kolei Państwowych obsługujący tę trasę także luksusów nie zapewniał. Było oczywistym, że nie należało się spodziewać tutaj Orient Expressu, ale linia Kraków–Zakopane jakością ustępowała chyba nawet pociągowi, którym Zofia lata temu udała się do Bochni w poszukiwaniu rozwiązania tajemnicy Domu Helclów. Uznała zatem, że miejsce w klasie drugiej będzie rozsądnym kompromisem między niechybnym upodleniem klasy trzeciej (podróżowaniem na twardych ławkach w towarzystwie objuczonych tłumokami pasażerów, którzy za nic w świecie nie chcą owych tobołów odłożyć na półkę nad głową, bo „przecież nikomu tu chyba nie będą przeszkadzać”) a nader iluzorycznym (acz wiążącym się z wydaniem zupełnie realnej sumy) komfortem klasy pierwszej, gdzie za trzykrotnie wyższą cenę zasiadało się na niemal identycznej ławce, przykrytej jedynie wytartymi i wysiedzianymi poduszkami, w dodatku nie pierwszej czystości.
Oczywiście trudno było nie docenić skali postępu. Dzięki budowie odnogi z Chabówki podróż do Zakopanego skróciła się do imponująco krótkiego czasu – wsiadało się na dworcu w Krakowie i po zaledwie sześciu godzinach i trzydziestu ośmiu minutach wysiadało w stolicy Tatr. Niecałych siedem godzin! Ignacy przekonywał ją wprawdzie, że gdyby zastosowano inną technologię budowy, postawiono wiadukty czy wydrążono tunele, podróż ta mogłaby być o wiele krótsza, ale Zofii nie chciało się w to wierzyć. W dwie godziny do Zakopanego? Toż to czysta fantastyka! Wodno-lądowo-napowietrzny wehikuł Robura Zdobywcy z ostatniej powieści pana Juliusza Verne’a, którą Zofia niedawno czytała, z pewnością poradziłby sobie z tą trasą jeszcze szybciej, ale cóż, były to tylko fantazje znakomitego – i nieodżałowanego – autora, który zmarł w marcu, opłakiwany na całym świecie, także w krakowskim domu Pod Śpiewającą Żabą.
Jeszcze kilka lat temu kolej zakończyłaby bieg właśnie tu, nieopodal Rabki, w Chabówce, skąd zaraz mieli odjechać, a gdzie do pociągu dosiadali się podróżni ze wschodu – z Tarnowa, Rzeszowa, może nawet rodzinnego miasta Zofii, Przemyśla. Dawniej resztę trasy musieliby pokonać góralską furką: wiele godzin na wiązkach siana pod dziurawą płachtą, która ledwie chroniła przed słońcem, a przed deszczem w ogóle zgoła. „Chwała Bogu, że ludzie jeżdżą do Zakopanego wypoczywać – pomyślała Zofia – bo po takiej podróży i zupełnie zdrowy człowiek dochodziłby do siebie najmniej przez tydzień, a co dopiero jakiś gruźlik czy inny wypluwający płuca astmatyk”.
Jejmość z całych sił opadła na miejsce obok Zofii (z którego ta z demonstracyjną niechęcią w ostatniej chwili zabrała sakwojaż), a jej towarzysz, który zresztą chyba wcale nie był jej towarzyszem, tylko został przymuszony do noszenia bagaży, w ostatniej chwili wyskoczył na peron i popędził znaleźć drzwi do swojego przedziału.
Oczywiście przed dwudziestu laty wyprawa w Tatry była jeszcze większym przedsięwzięciem. O żadnej kolei żelaznej nie było mowy; zgadzało się na Kleparzu jakiegoś górala, który przyjechał do Krakowa sprzedawać garnki, gwoździe czy co tam innego, by w drodze powrotnej zabrał ze sobą letnika z całym dobytkiem, jakiego ten mógł potrzebować do życia. Rano przed kamienicą stawała furka, na którą ładowano niezliczone kufry, walizy, pakunki, przewiązane sznurem pierzyny, czasami nawet jakieś mniejsze meble, a także, rzecz jasna, zapasy żywności: worki z mąką, kaszą, beczki konserw i przetworów, kawę, herbatę; wszystko, czego w Zakopanem mogło brakować – i przeważnie brakowało. Dwudniowa podróż, z przystankiem na nocleg w jakiejś zapadłej karczmie pełnej pluskiew i pcheł, była wyzwaniem, któremu podołać mogli tylko najwytrwalsi. Albo kompletnie szaleni, rzecz jasna.
Zofii Szczupaczyńskiej oczywiście nawet nie przeszło przez myśl, by udać się w taką ekspedycję – uważała się wprawdzie za osobę wytrwałą, ale nigdy w życiu nie zdecydowałaby się na taki krok. Widziała natomiast kiedyś – jeszcze kiedy mieszkali przy Świętego Jana – jak góral zajechał pod kamienicę Pod Pawiem, żeby zabrać na wczasy państwa Ferenców, którzy mieszkali nad Szczupaczyńskimi. Wrócili po miesiącu, ogorzali od górskiego słońca i zachwyceni „nieziemskim pięknem polskich Tatr”. A także – zapewne – boleśnie pokąsani przez robactwo. Od tamtej pory Ferencowie jeździli do Zakopanego każdego lipca, by każdego sierpnia, ogorzali i pokąsani, na nowo przekonywać Szczupaczyńskich, aby sami wybrali się któregoś lata w Tatry. Profesorowa była jednak mieszczką, a zatem z samej definicji istotą na wskroś miejską, do tego umiarkowanie wrażliwą na piękno przyrody. Co roku uśmiechała się więc tylko uprzejmie, słysząc namowy Ferenców, i odpowiadała: „Być może, być może”, mając na myśli: „Nigdy w życiu, nigdy w życiu”.
Szczerze w to wierzyła, święcie przekonana, że nie ma takiej rzeczy, która mogłaby ją skłonić do wielogodzinnej telepki w Tatry – ani na beli siana, ani nawet w kolejowym wagonie. Nagle jednak okazało się, że się myliła: było coś takiego, trafiło w jej ręce parę dni wcześniej i jechało teraz razem z nią, pod sercem, a dokładnie w pompadurce, którą z całą mocą ściskała przez sen.
Odruchowo poprawiła na głowie kapelusz amazonkę, na wypadek gdyby drzemka zaszkodziła jego nieskalanej formie, po czym otwarła torebkę, wyciągnęła z niej swój notesik, z niego zaś złożony na cztery telegram, jaki otrzymała trzy dni wcześniej. Telegram, który sprawił, że serce zabiło jej mocniej, niż biło przez ostatnie dwa lata. Tyle bowiem mijało właśnie, odkąd rozwiązała zagadkę śmierci na ulicy Wenecja podczas pamiętnej powodzi roku 1903. Czas uciekał – na świecie szybciej, w Krakowie, jak to w Krakowie, wolniej, ale tak czy owak nieubłaganie – a Zofia wyczekiwała kolejnego zadania niczym kania dżdżu. Na próżno.
Nie znaczy to, że w Krakowie nie zdarzały się zbrodnie, i to nawet głośne. Ubiegłego lata, po sąsiedzku, bo przy placu Na Groblach, niejaka Batkówna zabiła tasakiem swoją służbodawczynię, panią Bogucką. Wielka tragedia dla rodziny Boguckich, oczywiście, ale tragedia także dla Zofii: zbrodnia raptem pięć minut od domu, lecz cóż z tego, skoro winna znana była od razu, a rozwiązanie zagadki polegało jedynie na znalezieniu uciekinierki, która zbiegła z miejsca zbrodni, ukradłszy przy okazji siedem kaftaników, dwie suknie i trzy chusteczki do nosa? Rolą Zofii Szczupaczyńskiej było wszakże odnajdywanie zbrodniarzy metodą dedukcji, a nie ruszanie za nimi w pogoń – podróże, jak już zostało powiedziane, nie były pasją profesorowej – więc w tej kwestii zdała się na policję. Słusznie, jak się okazało, bo w końcu Batkównę odnaleziono na Morawach. Cały Kraków żył procesem „niewdzięcznej dziewuchy” i przez jakiś czas w niejednym krakowskim domostwie pani domu z obawą patrzyła, jak kucharka sięga po nóż czy służąca po pogrzebacz. Ale zarazem tu i tam służba ze zdziwieniem zauważała, że państwo zrobili się uprzejmiejsi, hojniejszą ręką wygospodarowywali parę dodatkowych koron na wychodne dla „drogiej Anielki” czy „miłej Stasi”. Ba, w kilku przesadnie rozrzutnych domach zdarzyły się nawet skromne podwyżki pensji.
Minęły całe dwa lata nawet jeśli nie bez żadnej zbrodni, to bez żadnej łamigłówki, do której rozwiązania Szczupaczyńska mogłaby wykorzystać swoje niebywałe talenty detektywistyczne. Talenty, o których wszakże na całym bożym świecie wiedziały oprócz niej tylko dwie osoby.
Pierwszą z nich, Franciszkę, zostawiła w domu, u boku Ignacego. Kiedy kucharka dowiedziała się, że pani wybiera się w góry, uznała za pewnik, że będzie jej towarzyszyć – Zofia dostrzegła w jej oczach najpierw radość, a potem ogromne rozczarowanie, kiedy okazało się, że profesorowa zamierza jechać sama. „Nie możemy zostawić pana samego, Franciszko!”, oświadczyła jej, licząc na zrozumienie, ale na próżno. Dziewczyna w zasadzie przestała się do niej odzywać: udzielała swojej pani odpowiedzi jednowyrazowych, w najlepszym zaś wypadku używała dwuwyrazowego wytrychu „wedle życzenia”, którym kwitowała każdą prośbę profesorowej, a który brzmiał niemalże jak drwina. Zofia nie bała się, oczywiście, że podzieli los nieszczęsnej Boguckiej (mimo że istotnie łączyła ją z Franciszką zbrodnia, i to niejedna), ale bolała ją oziębłość wiernej służącej, a także (choć trudno było jej się do tego przyznać) poczucie, że sprawiła przykrość dziewczynie, którą, w odróżnieniu od niej, naprawdę ekscytowała myśl o wyjeździe w Tatry.
Powodem, dla którego w tę verne’owską podróż na (prawie) drugi koniec świata wyruszała bez swojej wiernej Passepartout, była druga osoba, która znała całą prawdę o tajemnej profesji profesorowej Szczupaczyńskiej, a która to osoba przed paroma dniami wysłała z Zakopanego wspomniany podniecający telegram.
Zofia rozłożyła karteczkę i przeczytała ją ponownie, Bóg jeden raczy wiedzieć, który to już raz, i znowu serce zabiło jej szybciej.
ZBRODNIA STOP PROSZĘ PRZYJECHAĆ NIEZWŁOCZNIE STOP SAMA STOP CZEKAM STOP R K
„Cóż robić, czasem trup trafia się pod samym domem, czasem na tej samej ulicy, a czasem pod samymi Tatrami”, pomyślała sentencjonalnie Szczupaczyńska.
Ignacemu oświadczyła, że czuje się przemęczona, że od kilku dni, ba, od dwóch tygodni, cierpi na straszliwy globus i doszła do wniosku, że pomóc jej może tylko świeże górskie powietrze, a także zdrowonośne kąpiele wodne, iglicowe i, ma się rozumieć, żętycowe.
– Pamiętasz dobrze, jak żętyce pomogły pani Ferencowej, Ignacy? Mówiła nam o tym wielokrotnie. Zobaczysz, tydzień, może dwa i będę jak nowo narodzona.
Ignacy nie pamiętał, bo taka rozmowa nigdy nie miała miejsca, ale nie chcąc znowu wyjść na męża, który nigdy nie słucha tego, co się do niego mówi, przytaknął i udał się do banku, żeby wypłacić środki na podtatrzańską kurację swojej małżonki.
Profesorowa próbowała przekonywać samą siebie, że nie ma wyjścia, że po prostu musi rzucić wszystko, dom, męża, odżałować wystawę róż i truskawek, na którą się tak cieszyła, i w pośpiechu wyjechać do Zakopanego. Zofii Szczupaczyńskiej nie dało się jednak oszukać, nawet jeśli próbę oszustwa podejmowała ona sama. W głębi duszy przejrzała samą siebie i zdawała sobie sprawę z tego, że kierują nią nie tylko poczucie obowiązku i ekscytacja z powodu nowej zagadki kryminalnej, którą może rozwikłać, ale i coś innego, niedookreślonego, ale chyba…
– Babia – odezwała się nagle, przerywając bieg tych myśli, korpulentna kobieta rozpychająca się na miejscu obok.
– Proszę? – zmarszczyła brwi Szczupaczyńska, nieco zaskoczona.
– Babia Góra – machnęła ręką w stronę okna, wskazując na mieszaninę chmur podartych smugami deszczu. – Nie widzi pani?
Ciągnięty przez astmatyczną, ledwie zipiącą lokomotywę, pociąg wił się dnem doliny, mijał przytulone do ścian parowów chaty, uczepione pochyłych brzeżków, zwisające nad potokami, wspinał się coraz wyżej, ale przez mokre okna trudno było dostrzec cokolwiek ponad to – nie tylko Górę Babią, ale i w ogóle jakiekolwiek góry, które jeśli wierzyć mapom, miały się rozpościerać przed oczami podróżnych. Zofia, jako się rzekło, nie była zbyt podatna na piękno przyrody, ale jednak liczyła na to, że ujrzy przynajmniej coś niebrzydkiego, podobnego do alpejskich dolin i szczytów, które znała z obrazów i rycin. Tymczasem zamiast górskich widoków dostała mgły, chmury i deszcz. „No ale – pocieszyła się w myślach – nie przyjechałam przecież w Tatry wypoczywać”.
Znów rozwinęła telegram. ZBRODNIA – to słowo sprawiało, że krew krążyła w jej żyłach szybciej, ale prawda była taka, że słowo CZEKAM także zdawało się wywoływać pewne emocje.
Schowała kartkę i znów wyjrzała przez okno. Deszcz osłabł, przez pocięte kroplami szyby widziała wciąż bezmiar powietrza wypełniony blaskami, cieniami i nikłymi tonami sinych barw. Dychawiczny pociąg piął się powoli pod górę, koła rytmicznie stukały o metalowe szyny i Zofia ani się spostrzegła, kiedy jej głowa z powrotem opadła na pierś. Ze snu wyrwał ją znowu głośny krzyk:
– Zakopane! Drei Minuten! Trzy minuty! – zawołał konduktor.
– No, no – oświadczyła jejmość może do Zofii, a może do nikogo konkretnie – ledwo dziesięć godzin w drodze, a już jesteśmy w Zakopanem. No, no. Człowiek to się napodróżuje.
* * *
Do wyjścia nikt się nie garnął. Niby wszyscy mieli już dość długiej i nużącej podróży z Krakowa, w pociągu jednak przynajmniej nie padało. Tymczasem Zakopane – o którym Zofia myślała, że będzie się pyszniło błękitnymi płatami gencjan, srebrem śnieżnych grani, ametystami fioletowych mgieł kryjących iglice Tatr – było równomiernie szare szarością najpospolitszego listopada na Grzegórzkach. Za kurtyną gęstego burego deszczu rozciągał się niewielki brzydki – acz niemal zupełnie nowy, bo liczący ledwie parę lat – i równie bury dworzec. Choć należałoby go chyba nazwać raczej stacyjką.
Wokół pociągu, co jakiś czas buchającego kłębami białej pary, kręcili się już miejscowi: część z nich przyjechała po konkretnych gości, więc wykrzykiwali z właściwym sobie akcentem ich nazwiska:
– Łodrziwolska! Pani Łodrziwolska! Po Łodrziwolskom zek przijechoł!
– Z Tarnowa Tarcyński! Ka tu radca Tarcyński? Z Tarnowa!
– Gwiaaaazdomorski! Gwiaaaaaazdomorski!
– Wdowa Lipke! Rzesów! Lipke! Lipke wdowa!
Albo nazwiska własne:
– Bachleda! Bachleda! Baaaachleda!
– Gąsienica-Kaspruś! Gąsienica-Kaspruś! Ludzie, ludzie! Kaspruś!
Inni zaś kręcili się tak, jak w Krakowie czy każdym innym mieście kręcą się bagażowi i dorożkarze, tyle tylko, że poubierani w te guńki, serdaki, kierpce, które Zofia widywała wprawdzie na Kleparzu, nigdy jednak w takiej obfitości. Miałaby wrażenie, że przyjechała do zupełnie przeciętnego miasteczka, gdzie cały zwykły ludek stacyjny przebrał się na maskaradę, gdyby nie to, że o autentyczności górali świadczyły ich oblicza, zupełnie inne niż przeciętne twarze na dworcu w Krakowie, Bochni czy Przemyślu.
Byli wśród nich i zupełnie młodzi chłopcy, którzy wyglądali, jakby nie byli zdolni unieść porządnego kufra, i krzepcy wozacy, wysocy, barczyści, ogorzali – widać nie zawsze tu padało – wreszcie chudzi starcy o profilach Indian amerykańskich i skórze wysmaganej górskimi wichrami, snujący się trochę bez celu, jakby nie wierzyli, że ktoś akurat ich zgodzi do zabrania bagaży.
Pociąg jednak trzeba było wreszcie, chcąc nie chcąc, opuścić, drzwi przedziałów otwierały się z trzaskiem, na peronie zaś tworzyły się osobliwe pary: Łodrziwolska znajdowała swojego Gąsienicę, a Bachleda wyłuskiwał tarnowskiego radcę, po czym chwytali za kufry, sakwojaże, pudła na kapelusze i ruszali w deszczu na drugą stronę stacji, ku wsi.
Sędzia śledczy Rajmund Klossowitz stał w tym deszczu i harmidrze najzupełniej spokojny, nieruchomy, pod dużym czarnym parasolem.
W którym Zofia Szczupaczyńska zastaje pod samiuśkimi Tatrami turecki jarmark i słyszy o czymś, czego się nie spodziewała: pochodzie faraonów. Następnie napotyka zgromadzenie święte acz przestępcze, a gaździna przeżywa uniesienia estetyczne.
Klossowitz ubrany był względnie lekko, w jasny garnitur, ale nawet on za ścianą deszczu przybrał jeden z wielu odcieni szarości, którymi dysponuje polska paleta barw: gdzieś pomiędzy popielatością błota Chełmońskiego a mysią burością chmur Fałata. Szczupaczyńska, stojąca na stopniach, skinęła mu głową, a on od razu jął przedzierać się przez tłum letników i górali, jednych pod czarnymi kloszami parasolów, drugich – w ociekających wodą kapelusikach i cuchach.
Stała tam i patrzyła na niego, jak dzielnie się przepycha, co rzecz jasna, musiało trochę potrwać, więc – dla tej właśnie sceny – musiała na niewielką chwilkę zatarasować wyjście z przedziału.
– Na co pani czeka? – za jej uchem rozległ się nieprzyjemny, natarczywy głos, ale nie odwróciła się oczywiście, tylko udała, że zerka gdzieś w bok, tak żeby kątem oka zobaczyć właścicielkę owego głosu, a właściwie żeby upewnić się w swoich przewidywaniach. Była to oczywiście jej korpulentna sąsiadka. – Stanęła i stoi! – fuknęła jejmość ponownie, może w przestrzeń, może do kogoś innego.
Ale Klossowitz dobił już do wagonu i dwornie podał rękę Szczupaczyńskiej, która z gracją zeszła po schodkach, prosto pod jego parasol.
– Pani profesorowo, jak miło panią widzieć… – zaczął z poważną miną, choć oczy wyraźnie mu się śmiały – …mimo tak tragicznych, rzecz jasna – zastrzegł od razu – okoliczności.
– Tak, pogoda w rzeczy samej jest tragiczna – skinęła głową, nie chcąc w kłębiącym się wokół nich tłumie zaczynać rozmowy o zbrodni. – Czy wybrał pan już bagażowego?
Machnął ręką na niewysokiego chłopaka, który stał pod murem stacyjki, chroniąc się przed deszczem – częściowo przynajmniej – pod okapem dachu; chłopak podbiegł, podjął dyspozycję i rzucił się szukać bagaży opisanych Mme Zofia de Szczupaczyńska Cracovie, a sama Zofia Szczupaczyńska tymczasem posłała jeszcze jedno badawcze spojrzenie w kierunku rafy koralowej, która wreszcie dopięła swego i wytoczyła się z wagonu.
– Lipke! – ryknęła na cały głos. – Wdowa Lipke!
Zofia w duszy zmówiła prędko Wieczny odpoczynek za duszę pana Lipkego, który nie mógł mieć łatwego życia, po czym oddawszy Klossowitzowi sakwojaż i upewniwszy się, że chłopak nie pominął żadnego z jej bagaży, ruszyła wespół z nimi, poniesiona przez falujący tłum, w kierunku stacji.
Mijali przy tym cały szereg chroniących się pod parasolami portierów w rozmaitych liberiach, którzy zachwalali ile siły w płucach:
– „Morskie Oko”! Wyborny hotel „Morskie Oko”!
– Najwygodniejsze pokoje w „Pension Skoczyska”!
– Zakład doktora Chramca! Ceny umiarkowane!
– „Stamary”! Stawajcie w hotelu „Stamary”!
Zofia, wczepiwszy się w zaoferowane jej przez Klossowitza ramię, fuknęła tylko:
– Mam wrażenie, że znalazłam się na jakimś tureckim jarmarku.
* * *
Nie spodziewała się wprawdzie, że przed tutejszym dworcem będą stały krakowskie fiakry – prawdę mówiąc, prócz ogólnych oczekiwań co do urody gór niczego się po Zakopanem nie spodziewała; jej wyobrażenia o tej popularnej wioseczce były raczej mgliste – jednak nie była gotowa na to, że zastanie tu rząd wozów jakby żywcem wyjętych z ilustracji gazetowych przedstawiających amerykański Dziki Zachód.
Były to owe najprostsze furki wiejskie, jakimi niegdyś jeżdżono tu z Krakowa, z rozpiętym na pałąkach płótnem, teoretycznie białym, które miało chronić pasażerów przed słońcem i deszczem, choć w obecnej sytuacji jednak wyłącznie przed deszczem. Gdzieniegdzie pomiędzy niskimi, przysadkowatymi latarniami stały też inne pojazdy – chłopskie imitacje bryczek, ni to wiejskie, ni miejskie, łączące ze sobą najgorsze cechy obu tych światów: przaśność (były bowiem sklecone byle jak z pokrzywionego niemalowanego drewna i kawałów blachy) oraz pretensjonalność (bo do środka wstawiono pikowane kanapki kryte najtańszym czerwonym welurem tak kiepskiej jakości, że był pewnie wytarty, jeszcze zanim go użyto po raz pierwszy). Te „dorożki” czy „bryczki” nie oferowały jednak żadnej osłony, więc Klossowitz podszedł – sadząc kroki tak duże, że Zofia z trudem za nim nadążała – do jednej z tamtych moknących w ulewie „budek”. Na koźle siedziała sterta skór baranich zwieńczona czarnym kapeluszem. Po chwili sędzia śledczy kiwnął na chłopaka, który przytargał bagaże.
– Widzę, że kuracja zakopiańska nader panu służy – wyrzuciła Zofia z siebie nieco zasapanym głosem, kiedy wreszcie usadowili się na twardych drewnianych ławkach oparci plecami o kufer, a „dorożka” jęknęła, zabrzęczała masą łańcuchów, żelaza, zagrzechotała jak fura kamieni i ruszyła wreszcie ze stękiem.
– Powietrze tutaj jest zaiste wyborne – odparł z uśmiechem sędzia i zawadiacko podkręcił wąsa. – Jestem przekonany, że będzie pani Zakopanem zachwycona… rzecz jasna, kiedy nieco się przejaśni. Możliwości rozrywki są tu niemal nieograniczone… Oczywiście wycieczki w góry, wspinaczki, wdychanie zdrowego górskiego powietrza nasyconego żywiczną wonią, ale też bardziej światowe rozrywki… Muzyka, teatr, tańce, panorama bitwy pod Mukdenem, lada dzień Krupówkami przejdzie pochód faraonów, potem wystawa przemysłowa…
Szczupaczyńska zamrugała oczami.
– Słucham?
– Wystawa przemysłowa.
– Chodziło mi o pochód…?
– Pochód faraonów. Z uwagi na deszczową aurę mniej zapewne malowniczy niż planowano, ale tak. Kostiumy egipskie, sfinksy… czy co tam jeszcze.
Uniosła brwi, opuściła, uniosła znowu.
– Wszystko to są sprawy niewątpliwie… istotne dla kuracjuszy – zaczęła ostrożnie – nas jednak, jak rozumiem, pochłania kwestia niepomiernie ważniejsza…
– …i znacznie delikatniejsza.
Zagryzła dolną wargę. Wcześniej to ona powstrzymała Klossowitza przed rozmową o morderstwie przy osobach postronnych, teraz to on ją powstrzymał; oboje, widać, czuli tę samą ekscytację. Kiwnęła, rzucając mu porozumiewawcze spojrzenie. W odpowiedzi lekko pochylił głowę, a z jego melonika lunął na deski wozu mały wodospad; w płótnie kryjącym wóz była bowiem dziura, przez którą deszcz długo i pracowicie ciurkał na rondo kapelusza.
Furka targnęła się w konwulsjach, zachybotała jak dziesięć pociągów podjeżdżających ku stacji i wreszcie, rozbryzgując na wszystkie strony błoto, wjechała w olbrzymią kałużę rozciągającą się przed chałupą niską, ciemnawą i ponurą.
– Niek wysiadajom – odezwał się głos spod stosu baranich skór, z którego sterczała fajka. Klossowitz rzucił w stronę fajki kilka monet, które chwyciła ręka wprost nadzwyczajna, dająca pewne wyobrażenie, jak musiała ongiś wyglądać ręka człowieka prymitywnego. – A niekby dodali co na piwo – zamruczało znów z tajemniczych głębi serdaka.
Ale sędzia śledczy, który spędził tu już czas jakiś, zdążył stracić wenę do uszczęśliwiania miejscowego ludu. Szybko załatwił rzecz z tragarzem – który wytargał kufry i pudła z kapeluszami pod okap chałupy, po czym, przeliczywszy monety, ruszył przed siebie, pogwizdując, jak gdyby znalazł się tu najzupełniej przypadkowo – i zeskoczył z furki, by podać ramię towarzyszce. Zofia przemknęła pod rozpostartym parasolem do drzwi chałupy, przystanęła w progu i rozejrzała się niepewnie.
– Przepraszam – zawiesiła głos – ale czy to tu mam mieszkać?
– Tak, tu właśnie mam kwaterę.
– W dodatku pod jednym dachem z panem? – prawie się zachłysnęła.
– Pod jednym, ale oczywiście osobno – sumitował się Klossowitz. – Przecież wielu letników wynajmuje po jednym pokoju… Rzecz jasna oddam pani izbę białą, a sam przeniosę się do czarnej.
– Nie dbam o kolory, drogi panie!
– To nie w kolorach rzecz – wyjaśnił, kołacząc do drzwi głośno i energicznie, jak policjant żądający, żeby go wpuścić na miejsce zbrodni – czarna izba to izba codzienna, brudnawa, gdzie górale żyją, a biała to paradna, której używają od święta. I to właśnie są najlepsze pokoje dla letników.
Drzwi uchyliły się i w progu stanęła gaździna. Spojrzała na nich oboje taksującym wzrokiem.
– Pokwalony.
I nie ulegało wątpliwości, że pochwalony ma być dodatkowy grosz, który jej wpadnie z tytułu dodatkowego wynajmu i wiktu.
* * *
Klossowitz drobnym gestem zwrócił uwagę Zofii na nadzwyczaj wysoki próg – rzeczywiście, żeby go przekroczyć i nie wywalić się jak długa, musiała unieść suknię, bacząc przy okazji, żeby nie zgnieść kapelusza o niską framugę – po czym poprowadził ją przez sionkę do jednej z izb.
Pod stropem, zatknięty za fikuśną półeczką, ciągnął się cały rząd świętych obrazów na szkle malowanych, które wyglądały jak bezlitosne karykatury najróżniejszych świętych; był tam święty Jan Nepomucen w księżym birecie, przypominającym bardziej baskijski beret, święty Florian w kasku jak złoty urynał, święta Barbara i ze dwie Matki Boskie – a wszyscy z twarzami tak paskudnymi, że z powodzeniem mogliby się znaleźć na kartach albumu policyjnego, wraz ze swymi atrybutami, wyglądającymi jak narzędzia zbrodni, którymi dokonali najpaskudniejszych bodaj mordów.
Niżej na kołkach wisiały różnorakie polewane garnuszki, a jeszcze niżej stało łóżko – nie tutejsze jednak, a miejskie, żelazne, z przykrótkim materacem, na który należało teraz rzucić przytargane z Krakowa równie miastowe kołdry i poduszki, a wszystko obficie przesypując perskim proszkiem na pchły. Poza tym tu i tam walały się bezładnie jakieś zydle, stoliki i inne mebelki dekorowane niechlujnymi nacięciami i robiące za „zdobnictwo ludowe”, choć nawet Zofia, niezbyt zorientowana w miejscowych zwyczajach, wiedziała, że to nie stare sprzęty góralskie, a nowa tandeta. Była zresztą i tandeta nienowa, udająca tarnowskie, krakowskie czy wiedeńskie nawet luksusy: kupiony pewnie od żydowskiego handlarza starzyzną rozpadający się szezlong czy raczej jego ciemnoceglaste zwłoki, istny poemat nędzy miejskiej, zakurzonej i brudnej.
Zofię jednak przede wszystkim zaskoczyło, że nie tylko sprzęty, ale i ściany były z gołego drewna, nijak niepobielone; miała wrażenie, że znalazła się oto w drewnianej skrzyneczce, którą jakiś olbrzym kolekcjoner przeznaczył na swój zbiorek najbrzydszych przedmiotów.
– Przejdźmy może do tej białej izby – szepnęła do Klossowitza.
– Ależ pani profesorowo… – odszepnął – …to jest właśnie biała izba, ta lepsza.
Szczupaczyńska po raz nie wiadomo który tego dnia uniosła wysoko brwi.
Gaździna tymczasem rozpoczęła swój taniec godowy, którym zachwalała każdy, najzwyklejszy nawet sprzęt; to podlatywała, tupiąc o deski podłogi, do dużego, lśniącego pieca, ocierała go fartuchem i mówiła w przestrzeń: „Piykny piec!”, to do łóżka, na którym siadała z rozmachem, głaskała ręką stary materac i znów wołała: „Piykne łózko!”, to do szezlonga, w który klepnęła z takim impetem, że aż uniósł się nad nim obłoczek kurzu: „I kanapka tyz piykna!”.
Szczupaczyńska i Klossowitz pozostawali na te tańce dość obojętni, bo oboje niecierpliwie czekali na chwilę sam na sam, więc gaździna, nieco urażona, podeszła raz jeszcze do pieca, największej, widać, swojej dumy:
– O, takie tafle śklonce, to jes piykny piec!
Zofia, nie zważając na nią, wyciągnęła dwie szpile z motylami, przytrzymujące – na właściwym miejscu i z właściwym, zaczepnym fasonem – kapelusz, który ostrożnie zdjęła z głowy; stała z nim przez chwilę niepewnie, wreszcie, zrezygnowana, po prostu położyła go na frymuśnie wycinanym stoliku, który zdawał się nie mieć żadnego konkretnego przeznaczenia. Klossowitz zaraz do niej przyskoczył, więc pozwoliła mu zdjąć z siebie krótką podróżną pelerynkę z waterprufu ze śliczną barwną podszewką w szkocką kratę i znów rozejrzała się bezradnie – nie dlatego, że nie wiedziała, co zrobić, ale dlatego, że wolała to zostawić jemu, który lepiej znał zasady panujące na kwaterach letników. Nie było tu jako żywo żadnego wieszaka: ani solidniejszego, jaki stał w sieni jej mieszkania w kamienicy Pod Śpiewającą Żabą, z lustrem, półeczką z miejscem na pudełko na rękawiczki, z ociekaczem na laski i parasole, ani nawet najzwyklejszego, thonetowskiego, jaki można znaleźć w byle urzędzie czy kawiarni. Klossowitz po prostu z impetem podszedł do jednego z zydli, zawiesił pelerynkę na oparciu i klasnął w dłonie.
Gaździna patrzyła na to zrezygnowana; skoro i tym razem nie usłyszała żadnego słowa pochwały pod adresem pieca ani innej zachęty, krótkim, sprawozdawczym tonem powiedziała, co się należy za mieszkanie, za opał, za mlyko, za skikanie na posyłki do miasta, po czym wycofała się jak niepyszna do stodoły – dokąd, jak było to w zwyczaju, przeniosła się na lato, żeby obie izby nająć letnikom – i zajęła się tam tym, czym zajmowały się zazwyczaj gaździny, a o czym Zofia nie miała zielonego pojęcia.
Ledwie drzwi się za tamtą zamknęły, Klossowitz i Szczupaczyńska popatrzyli na siebie i, niemal unisono, powiedzieli:
– Nareszcie!
W którym Zofia dowiaduje się o obyczajach sycylijskich, po czym zostaje kwietną wróżką.
Zofia kątem oka zauważyła, że sędzia śledczy usiłował nagle wykonać jakiś dziwny gest ramionami, uniósł je nieco… Nie miała wszakże głowy, by się zajmować takimi drobiazgami, gdy czekała zbrodnia. Bez większych ceregieli usiadła na szezlongu, który był może siedliskiem kurzu, ale – jako mebel miejski, a zatem bardziej swojski – wydawał się jej bezpieczniejszy niż góralski zydel. Klossowitz zaraz usiadł obok, uśmiechnięty, z ogniem w oczach.
– A teraz niech mi pan wszystko wyjaśni – zaczęła, sięgając do swojej pompadurki, z której wyjęła notesik zapinany na ołówek w srebrnej oprawce. – Od samego początku. Jakaż to zbrodnia?
– Zbrodnia to oczywiste morderstwo, choć na razie mamy tylko zaginięcie. Ale liczne poszlaki wskazują…
– Po kolei. Jakie poszlaki, jakie zaginięcie, czyje? Doprawdy – odsunęła się nieco, żeby spojrzeć na niego z przekąsem – czy to ja mam uczyć pana sędziego precyzji i konsekwencji? Nazwisko zaginionego?
– Klimek Wawrytko.
– Klimek?
– Klemens.
– Wiek? – fioletowy grafit kopiowego ołówka drżał nad kartką.
– Lat około pięćdziesięciu, tutaj nie są to, sama pani rozumie, rzeczy pewne…
– Kto zgłosił zaginięcie i w jakiej pozostawał z nim w relacji?
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Prolog
Rozdział I – W którym profesorowa Szczupaczyńska jedzie „zeleźnicą” i napotyka rafę koralową, a także piastuje na piersi cenny telegram.
Rozdział II – W którym Zofia Szczupaczyńska zastaje pod samiuśkimi Tatrami turecki jarmark i słyszy o czymś, czego się nie spodziewała: pochodzie faraonów. Następnie napotyka zgromadzenie święte acz przestępcze, a gaździna przeżywa uniesienia estetyczne.
Rozdział III – W którym Zofia dowiaduje się o obyczajach sycylijskich, po czym zostaje kwietną wróżką.
Epilog
Od Autorki
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Spis treści
Dedykacja
Meritum publikacji
