System. Od Lenina do Putina - Grzegorz Braun, Rafał Otoka-Frąckiewicz - ebook + audiobook

System. Od Lenina do Putina ebook i audiobook

Grzegorz Braun, Rafał Otoka-Frąckiewicz

4,6

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Na czym polega skuteczność rosyjskiej propagandy? Jak to możliwe, że przez ostatnich sto lat, Rosja trzyma w emocjonalnym szachu wielokrotnie silniejszy od niej pod każdym względem Zachód?

O co tak naprawdę chodziło w „konflikcie kubańskim”? Czy faktycznie oś sporu leżała pomiędzy USA i komunistyczną Rosją? Wiele wskazuje na to, że do krawędzi globalnej wojny atomowej doprowadził wewnątrzny konflikt Sowietów, w którym organy bezpieczeństwa walczyły z wojskiem o przejęcie władzy nad Imperium.

Czy Ronald Reagan zajął się sprawą polską w trosce o wolność Europy Wschodniej? A może jego radykalna polityka wobec Sowietów była odpowiedzią na strategiczny zwrot Kremla, który porzucił plan ekspansji na Zachód, na rzecz budowy struktur dających panowanie nad Azją?

Czy operacja „Trust“ z roku 1921 – polegająca na tworzeniu fikcyjnych organizacji antysowieckich, by spacyfikować rosyjską „białą“ emigrację na Zachodzie - była „matką wszystkich prowokacji“? Czy stała się poligonem doświadczalnym kolejnych transformacji aż do czasów współczesnych?

Grzegorz Braun, w pasjonującej rozmowie z Rafałem Otoką-Frąckiewiczem, brutalnie niszczy mity nagromadzone wokół najważniejszych wydarzeń historycznych ostatnich stu lat. Nie pozostawia żadnych złudzeń, co do faktu, że transformacja marksizmu nadal trwa w najlepsze a historia świata nie dobiegła jeszcze swojego szczęśliwego końca.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 441

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 42 min

Oceny
4,6 (55 ocen)
42
7
5
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
KwiatKrokusa

Nie oderwiesz się od lektury

WciąGa!
20
danusia2392

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka . Widzę że Pan Braun jest ekspertem w dziedzinie polityki. Mieszkam w Stanach i czytam książki na ten temat ale żadne nie mogą całościowo objąć globalnych konszachtów w takim stopniu jak ta książka.
10
paciorkowska

Nie oderwiesz się od lektury

Lektura obowiązkowa dla osób chcących pogłębienia znajomości przemian ustrojowych w Europie XX wieku.
10
rete89

Nie oderwiesz się od lektury

Książka wciąga i rzuca ciekawe światło na historię XX wieku. Główne tezy mocno zbudowane na "Lodołamaczu" Suworowa.
10
g-thomasz

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna, ropoczyjąc czytanie nie sądziłem, że tak mnie wciągnie. Moim zdaniem obowiązkowa pozycja by być świadomym...
00

Popularność




Wywiad przeprowadził

Rafał Otoka-Frąckiewicz

Okładka

Robert Kempisty

Redakcja i korekta

Barbara Manińska

Skład i łamanie, projekt graficzny

Point Plus

Dyrektor wydawniczy

Maciej Marchewicz

ISBN 9788380794856

Copyright © for Grzegorz Braun

Copyright © for Fronda PL Sp. z o.o., Warszawa 2019

WydawcaFronda PL, Sp. z o.o.ul. Łopuszańska 3202-220 Warszawatel. 22 836 54 44, 877 37 35 faks 22 877 37 34e-mail: [email protected]

www.wydawnictwofronda.pl

www.facebook.com/FrondaWydawnictwo

www.twitter.com/Wyd_Fronda

KonwersjaMonika Lipiec

Zdjęcia wewnątrz książki

Wikipedia, z wyjątkiem; wkładka 3, str. 5: Budesarchiv, wkładka 4, str.2–3 Budesarchiv, wkładka 5, str. 4: Budesarchiv, wkładka 6, str. 8: (c) Zenon Kosidowski/MNW, wkładka 7, str. 2-3; Budesarchiv

WYJAŚNIENIA I PODZIĘKOWANIA - Skąd i po co ta książka?

Dawno, dawno temu, w poprzedniej epoce, w nieistniejącym państwie – w mym „kraju lat dziecinnych” – nabyłem niepowtarzalnych doświadczeń, bez których ta książka na pewno nie mogłaby powstać. Zdążyłem mianowicie poznać system sowiecki z autopsji – wprawdzie w wersji soft schyłkowego PRL-u, ale jednak. Podstawową znajomość komuny, połączoną z organiczną awersją do niej, zawdzięczałem nie tyle własnym skromnym doświadczeniom, ile rodzinnej „osmozie”. Żadnych partyjnych, za to więźniowie polityczni wśród najbliższych – to była szczepionka, której zawdzięczam niewątpliwie wstępną odporność na totalniackie hasła i ogólne rozeznanie w politycznej rzeczywistości. Z drugiej strony zdążyłem w dzieciństwie doznawać standardowego w moim pokoleniu „rozdwojenia jaźni” – bo już jako pierwszoklasista, pod wielkim sekretem, usłyszałem od rodziców o Katyniu, a niemal jednocześnie, jak dziś pamiętam, miałem „sceniczny debiut”, recytując propagandowy wierszyk na szkolnej akademii „pierwszomajowej”; notabene: w szkole imienia sowieckiego agenta (Marcelego Nowotki). Zaliczyłem więc standardową dawkę „napromieniowania” przez system – ale Pan Bóg strzegł, nie zgłosiłem nigdy żadnych akcesów, ani nie złożyłem podpisów, o których głupio byłoby mi dziś wspominać.

Jeszcze „za starego reżimu” miałem parę okazji nieco się wyszumieć, a nawet troszkę pochojrakować (Pomarańczowa Alternatywa, ostatnie strajki NZS-u, bojkot studium wojskowego), ale przecież dziś rozumiem, że niemal zupełnie bezbolesny przebieg tej młodzieńczej inicjacji politycznej zawdzięczam przyzwoleniu, ba, wręcz zapotrzebowaniu idącemu z samej góry. Po prostu wtedy już nie było rozkazów, żeby nas potopić jak szczenięta, to i nie topili. Było za to zapotrzebowanie na kanalizowanie patriotycznych odruchów młodzieży w działaniach dla reżimu doskonale niegroźnych, za to umożliwiających objęcie „kontrolą operacyjną” i selekcjonowanie liderów opinii. Co do mnie, najwyraźniej nie byłem na tyle „niekonstruktywny”, by mnie jakoś drastycznie eliminować, ale i nie na tyle „konstruktywny”, by mnie ochoczo werbować. Miałem też okazję parę razy nieźle się wystraszyć, więc potwierdzam: „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono” – to celne zdanie Wisławy Szymborskiej (choć z innego kontekstu wyrwane) dziś zdaje mi się niestety bardziej adekwatną dewizą, niż np. Zbigniewa Herberta Przesłanie pana Cogito, którym się w moim pokoleniu tak chętnie egzaltowano, mocno na wyrost, jak się okazuje. Szczerość moich własnych zapałów nie zmienia faktu, że występowałem ni mniej, ni więcej jako darmowy statysta w spektaklu kolejnej „transformacji ustrojowej” aranżowanej, a jakże, przez polityczne mafie, służby i loże. Ale przecież to nie powód do żalu – wszak dzisiejszy stan świadomości szerszego kontekstu geopolitycznego i znajomość reguł prowadzonej wówczas gry (czy raczej w liczbie mnogiej: gier operacyjnych) zawdzięczam w dużej mierze właśnie tamtym okolicznościom. Bezpośredni, choć przecież zupełnie marginalny udział w tamtej „transformacji” przełomu lat 80. i 90. XX wieku dał mi dobry motyw, by starać się lepiej zrozumieć, o co właściwie w tym wszystkim chodziło.

Mieszkałem wtedy w mieście, w którego codziennym pejzażu stale obecni byli sowieccy okupanci, żołnierze Północnej Grupy Wojsk Armii Czerwonej, a uczelnia, na którą wstąpiłem, nosiła imię innego komunistycznego sprzedawczyka (Bolesława Bieruta). Jako młodzieniec wówczas żywo rezonujący, ale jednak dość naiwnie rozumujący politycznie, nie pojmowałem, że to wszystko właśnie się kończy. Daję słowo, nie przypuszczałem, że za mojego życia „imperium zewnętrzne” Związku Sowieckiego zostanie na rozkaz z góry zdemontowane, a sowieckie garnizony zostaną wycofane z Polski bez wojny. Rzecz jasna, nie przypuszczałem też, że kiedykolwiek jako reżyser i publicysta będę mógł o tym procesie opowiadać. Wówczas jednak właśnie przeczytałem w krótkim odstępie czasu kilka arcyważnych książek, które mają szczególne znaczenie „inicjacyjne” – istotne także dla niniejszej publikacji. Wszystkie były nielegalnym przedrukiem, wydaniem podziemnym (tzw. drugiego obiegu) druków emigracyjnych – były to mianowicie: Zwycięstwo prowokacji Józefa Mackiewicza, Montaż Włodzimierza Wołkowa (Vladimira Volkoffa), a wkrótce potem Akwarium i Lodołamacz Wiktora Suworowa1. Te lektury uświadomiły mi w sposób szczególnie dobitny, że to, co najciekawsze z historii, dopiero czeka na opowiedzenie.

Minęła dekada i oto jako początkujący reżyser bez stałego zatrudnienia kolędowałem po redakcjach telewizyjnych z projektem filmu dokumentalnego pod roboczym tytułem Dzień M, z planowanym udziałem Wiktora Suworowa. Miałem na to jego życzliwą zgodę – uzyskaną podczas pierwszego spotkania w Polsce, gdzie Suworow pojawił się, aby po raz pierwszy osobiście wziąć udział w promocji jawnych już wydań kolejnych swoich bestsellerów. Z tym że książek tych nie należało wówczas szukać w żadnej księgarni w dziale „historia”, ale raczej na półkach z literaturą science fiction. Tak też traktowali mój projekt producenci i redaktorzy, których usiłowałem zainteresować tematem. A był to temat dla nas, Polaków, pierwszoplanowy: rola Związku Sowieckiego w rozpętaniu drugiej wojny światowej – rola, dodajmy, zdecydowanie inicjatywna. W sobie właściwy sposób, skupiony na faktografii na poziomie regulaminów wojskowych i danych taktyczno-technicznych typów broni i uzbrojenia, Suworow brawurowo demontował jedno z kluczowych „kłamstw założycielskich” naszej współczesności – dowodnie kwestionował narrację zwycięzców w drugiej wojnie światowej, a tym samym podważał kanony politycznej poprawności rooseveltowsko-stalinowskiego porządku światowego. Wiadomo, że porządek ten zbudowany został i podtrzymywany jest najdosłowniej „po naszym trupie” – po trupie polskiej państwowości i suwerenności. Prawdziwie suwerenna Rzeczpospolita powinna więc Włodzimierza Rezuna vel Wiktora Suworowa należycie docenić i uhonorować – za jego nieocenione dla nas zasługi w dziele najlepiej rozumianego rewizjonizmu historii XX wieku. Jak dotąd nawet nie ma o tym mowy. Wprawdzie jego książki zmieniły tymczasem lokalizację na półkach księgarskich, ale politpoprawna historiografia nadal ignoruje jego dorobek. Nic dziwnego więc, że projektowany przeze mnie film, prezentujący obrazoburcze tezy Suworowa z polskiej perspektywy, udało się zrobić dopiero po upływie kolejnej dekady. We współpracy z Robertem Kaczmarkiem, kolegą reżyserem, a zarazem niezależnym producentem (notabene: znajomym z równoległej pracy nad filmami o braciach Mackiewiczach, Stanisławie „Cacie” i Józefie), mogłem wreszcie zrealizować moje marzenie – zaprosić przed kamerę samego Wiktora Suworowa wraz z wieloma innymi ekspertami i świadkami historii. Najpierw powstała Defilada zwycięzców (prod. 2007), o wspólnej defiladzie Wehrmachtu i Armii Czerwonej w Brześciu Litewskim 28 września 1939 roku, a zaraz potem Marsz wyzwolicieli (prod. 2009), opowiadający o totalnej i permanentnej mobilizacji państwa sowieckiego na drodze do rozpętania drugiej wojny światowej i o tym, jak sowiecki plan podboju Europy pokrzyżowała hitlerowska ofensywa. Rozmawiałem wówczas z ostatnimi świadkami tej historii – z Rosjanami, Białorusinami i Ukraińcami, którzy częstokroć nie zdając sobie sprawy z kluczowego znaczenia zapamiętanych szczegółów, relacjonowali „wyjazdy na manewry” i stan pełnej gotowości bojowej Armii Czerwonej na zachodniej granicy (linii paktu Hitler–Stalin) przed 22 czerwca 1941 roku.

Później zaczęła powstawać Transformacja – od Lenina do Putina (2010/2015).

Początkowym zamiarem było odsłonięcie sensu zdarzeń, głębszego niż tylko propagandowy, przełomu lat 80. i 90. – zajrzenie za kulisy Okrągłego Stołu w Polsce i w ogóle próba objaśnienia istotnych motywów tzw. pierestrojki, głasnosti i cyklu aksamitnych rewolucji w bloku sowieckim. W miarę pracy nad dokumentacją i konspektem scenariuszowym ewidentne stawało się, że aby lepiej zrozumieć mechanizmy i konteksty naszych czasów, trzeba cofnąć się do wcześniejszych „transformacji”. Aby trafniej interpretować wydarzenia nam współczesne, warto przymierzyć do nich modele sytuacyjne wypreparowane z materiału, jakiego dostarczają całe 75-letnie dzieje „ojczyzny światowego proletariatu” – od puczu bolszewickiego w Petersburgu w roku 1917 po rozwiązanie Związku Sowieckiego w Białowieży w roku 1991 i wyjazd ostatnich eszelonów Północnej Grupy Wojsk z Polski w roku 1993. Film miał więc opowiadać o korzeniach naszej współczesności. Jednak im więcej dowiadywałem się o tym, co na użytek mojego pokolenia nazwano „transformacją ustrojową”, tym bardziej oczywiste stawało się, że nie sposób o tym sensownie i przekonująco opowiedzieć bez odwoływania się do modelowych kombinacji operacyjnych – ze szczególnym uwzględnieniem „matki wszelkich transformacji”, połączenia dwóch legendarnych operacji sowieckiej partii i bezpieki: NEP i „Trust” (czego objaśnienie znajdzie cierpliwy czytelnik w kolejnych rozdziałach).

Na użytek tego projektu łącznie powstały setki godzin nagrań oryginalnych wywiadów, poza Polską realizowanych przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych, Anglii i Rosji, oraz liczne, a nie zawsze publikowane wcześniej u nas archiwalia pozyskane głównie z taśmotek ukraińskich, białoruskich i amerykańskich. Poza samym producentem, Robertem Kaczmarkiem i stworzonym przez niego znakomitym zespołem twórczym Film Open Group, winien jestem szczególną wdzięczność profesorom Markowi Janowi Chodakiewiczowi i Bogdanowi Musiałowi, których wkład w produkcję nie ograniczył się tylko do udzielenia obszernych, ekskluzywnych wypowiedzi. Bez ich wskazówek bibliograficznych i osobistych kontaktów nie byłbym w stanie dotrzeć do wszystkich ekspertów i świadków historii, którzy wypowiadają się w filmie. Osobne podziękowania za nieocenioną pomoc udzieloną naszej ekipie w Waszyngtonie należą się pani redaktor Irenie Lasocie. Obszernego wywiadu z nią, realizowanego z myślą o części finałowej Transformacji, nigdy już pewnie nie zdołam wykorzystać. Podobnie wdzięczny pozostanę panu redaktorowi Jerzemu Targalskiemu, który uprzejmie podzielił się ze mną efektami swoich badań – jeszcze przed publikacją drukiem klasycznej już dziś pracy Służby specjalne i pieriestrojka.

Filmowa Transformacja bardzo wiele zawdzięcza również Zdzisławowi Sajukowi, którego biegła orientacja w interesującej nas materii historycznej daleko wykroczyła poza kompetencje niezawodnego kierownika produkcji. Znakiem markowym kolejnych części Transformacji stały się oryginalne kreskówki stworzone przez Michała Czubaka, którego artystyczna inwencja zawsze wielokroć przekraczała to, czego mogłem oczekiwać składając reżyserski „obstalunek” na kolejne sceny animowane. Całość nie wywierałaby zamierzonego wrażenia, gdyby nie mozolna praca nad ścieżkami dźwiękowymi – zwłaszcza obróbka gęsto ciętych wywiadów i mnożenie dodatkowych efektów dźwiękowych – w najwyższym standardzie gwarantowanym przez Kamila Sajewicza i cały zespół Stereotyp Studio. Last but not least – jeśli Transformacja zyskała sobie życzliwych widzów, a nawet fanów, którzy skłonni byli wracać do jej oglądania nawet po wielokroć, to stało się to przede wszystkim dzięki rewelacyjnemu, hipnotyzującemu montażowi obrazu (archiwaliów, ikonografii, zdjęć współczesnych, „gadających głów” i animacji) oraz zaskakującej i fascynującej kompozycji ścieżki dźwiękowej – jedno i drugie Transformacja zawdzięcza mojej żonie Aleksandrze (której też niniejszą książkę dedykuję).

Ostatecznie praca nad filmową Transformacją trwała ponad pięć lat – powstały cztery z pięciu zaplanowanych części – w tym samym zespole realizatorskim: produkcja – Robert Kaczmarek, Film Open Group; scenariusz i reżyseria – Grzegorz Braun. Tyle że było to już przedsięwzięcie całkowicie prywatne, z czego jestem szczególnie dumny – bez żadnego „zamówienia” ze strony redakcji telewizyjnych (dla których byłem już wtedy zdecydowanie persona non grata) bez żadnych dotacji państwowych, wyłącznie dzięki zaangażowaniu samego producenta (Część I – „Nep, Trust i głuchoniemi ślepcy” i Część II – „Zmienna linia partii, trzecia wojna światowa i raport Lokomotywy”), oraz prywatnych mecenasów, z których szczególną wdzięczność winien jestem panu hrabiemu Krzysztofowi de Breza (Część III – „Nomenklatura, dezinformacja i kryzysy kontrolowane”) i panu prezesowi Andrzejowi Senkowskiemu (Część IV – „Złoto, mięso, konwergencja i wyścigi na lawetach”).

Tymczasem od rozpoczęcia tego projektu minęła kolejna dekada. Transformacja zdołała pobić skromny rekord – nie pokazała jej dotąd Telewizja Polska, żyje wyłącznie dzięki rozpowszechnianiu na płytach DVD (wychodzących powoli z obiegu) i w sieci internetowej (dostępna legalnie na stronie producenta, lub kolportowana „po piracku”). Jako że w swoim czasie miałem okazję realizować (lub współrealizować, również we współpracy z R. Kaczmarkiem) także inne filmy opowiadające o postaciach kluczowych dla „transformacji ustrojowej” PRL-u w III RP – mianowicie: Plusy dodatnie, plusy ujemne i TW Bolek (o Lechu Wałęsie), oraz Towarzysz generał i Towarzysz generał idzie na wojnę (o Wojciechu Jaruzelskim) – temat „transformacji ustrojowej” przełomu lat 80. i 90. mogę uznać za przynajmniej częściowo przeze mnie „odrobiony” i odsyłam do tych prac jako mogących prowizorycznie zastąpić finałową część mojej filmowej Transformacji.

Ponieważ nie zanosi się na to, by ta brakująca część piąta i ostatnia cyklu dokumentalnego Transformacja – od Lenina do Putina miała kiedykolwiek jeszcze powstać – traktuję zatem to przedsięwzięcie filmowe jako zakończone, choć nieukończone. Z tego też względu przyjąłem uprzejme zaproszenie wydawnictwa „Fronda” i za namową panów redaktorów Macieja Marchewicza i Michała Jeżewskiego w roku 2015 obiecałem przeprowadzić „remanent” tego projektu. Znów trwało to nieco dłużej, niż się zakładało w punkcie wyjścia – ale oto wreszcie ów „remanent” przybiera kształt niniejszej książki. Jest to zapis cyklu rozmów, które w charakterze sparringpartnera zgodził się przeprowadzić z niżej podpisanym redaktor Rafał Otoka-Frąckiewicz w sezonie 2016/17. Wszystkim Sz. Wymienionym najuprzejmiej dziękuję: za życzliwą inspirację, cierpliwą uwagę i trafne sugestie, a przede wszystkim – za stworzenie dogodnych warunków do takich pogłębionych autokorepetycji.

Praca nad tą skromną publikacją przeciągnęła się, całkiem nieadekwatnie, aż na całe lata – zarówno rozmowy, jak i prace redakcyjne prowadzone były „na raty”, w miarę możności i niemożności wynikających z ogólnego „natłoku nawału”. Narracja rozwijała się więc nieliniowo, obfitowała w dygresje – koniec końców bardziej interesujące, mam nadzieję, niż irytujące czytelnika – i ten charakter naszych rozmów z kolegą redaktorem Otoką-Frąckiewiczem, przy zmieniających się kawiarnianych stolikach, niniejsza publikacja zachowuje. Tymczasem znów minęła kolejna epoka. Wiele zdążyło się zmienić – w polityce krajowej, międzynarodowej i w historiografii. Ukazało się wiele, bardzo wiele prac naukowych i popularyzatorskich, które z pewnością starałbym się uwzględnić w mojej narracji. Jednak ośmielam się polecić Szanownemu Czytelnikowi niniejszą książkę – jako autorski „bryk”, skrót historii obłędnego ustroju i nieludzkiego reżimu, który bynajmniej nie przepadł ze szczętem i nie w każdym calu należy już wyłącznie do przeszłości. W żadnym wypadku nie należy jednak traktować tej historycznej gawędy jako summy wiedzy o komunizmie i kompletnego leksykonu historii ZSRS. Nic podobnego – tu chodzi o model, o powtarzalne mechanizmy, o – jak to mówią w sporcie – „stałe warianty gry”. Projekt sowiecki, mający tak wyraźnie zakreślone ramy czasoprzestrzenne, jest sam w sobie doskonałym materiałem badawczym i poglądowym – do analizy porównawczej innych przypadków, innych koszmarów, których nie brak w świecie także w obecnej dobie „postprawdy” i „postpolityki”. Jak każda wieża Babel – i ta sowiecka musiała zawalić się pod własnym ciężarem. Jednak to bynajmniej nie oznaczało „upadku komunizmu”, który przecież ma się świetnie – nie tylko w państwach Dalekiego Wschodu, w których pozostaje oficjalną doktryną, ale przede wszystkim na zachodnich uczelniach. Kto zatem ma ambicje lepiej orientować się, co dziś w trawie piszczy – co jest grane, która bije i w którym kościele – powinien bezwzględnie przerobić straszną lekcję teorii i praktyki sowietyzmu.

Grzegorz Braun

Stara Wieś, lipiec 2019

ROZMOWA I  - O istotnych przyczynach rewolucji

Dlaczego w ogóle doszło do wybuchu?

Z tych samych przyczyn, co zawsze: jacyś poważni ludzie poważnie zainwestowali w gniew ludu. Radzę co prędzej rozstać się ze złudzeniem, że wojny i przewroty są efektem jakichś naturalnych zbiegów okoliczności, obiektywnych sprzeczności klasowych czy marksowskich konieczności dziejowych. Że zdarzają się jakieś spontaniczne bunty mas, samorzutne zrywy narodowe, niespodziewane poruszenia czy też wrzenia robotniczo-chłopskie. To są wszystko fałszywe wizje propagandowe, podsuwane nam przez systemy dezinformacyjne, utrwalane zwłaszcza przez narracje popkulturowe i programy edukacyjne.

Tymczasem rewolucja w Rosji została przeprowadzona, ni mniej, ni więcej, przez międzynarodowe mafie finansowe, wojskowe służby i masońskie loże. Owszem, carskie samodzierżawie wytworzyło podatny grunt. Owszem, wielka wojna, którą my nazywamy teraz pierwszą światową, ten grunt uczyniła łatwopalnym. Ale rewolucja bolszewicka to nie był żaden samozapłon – wznieciły ją konkretne iskry. Nomen omen, „Iskra” – tak się przecież nazywała gazetka jaczejki Lenina drukowana w Monachium i w Szwajcarii – a zatem były to iskry opłacane i podrzucane z zewnątrz.

Skoro to nie sam uciemiężony przez carat lud rosyjski, proletariat miast i wsi, podniósł sztandar rewolucji, to co się w takim razie wydarzyło?

Nie ma żadnych rewolucyjnych wystąpień, jeżeli nie działają wyspecjalizowane, zdeterminowane, w gruncie rzeczy nie tak znowu liczne grupy zawodowych agitatorów, których zajęciem jest huśtanie nastrojami mas. Potrzebni są też profesjonalni prowokatorzy, no i oczywiście – bez tego żaden „majdan” nie może się obyć – potrzebni są też zawodowi mordercy. Ale masy same z siebie nie dochodzą do rewolucyjnych, leninowskich czy trockistowskich wniosków. Lenina i Trockiego trzeba zatrudnić. Nie kwestionuję roli indywidualnych talentów, bandyckiego drygu, że tak powiem, ale żeby sprawy nabrały większego tempa i skali, musi się znaleźć poważny budżet i musi się znaleźć najwyższa sankcja polityczna. W wypadku rewolucji bolszewickiej, tego pierwszego, czyli finansowania, dostarczyli lichwiarze amerykańscy, a tego drugiego, czyli egzekutywy politycznej i know-how policyjno-militarnego, dostarczył pruski sztab generalny.

Po co? Żeby zdestabilizować Rosję? Zniszczyć ją? Zlikwidować?

Ni mniej, ni więcej – żeby podpalić i obrabować Rosję. Pruski sztab generalny krótkoterminowo dobrze zainwestował, bo przecież udało się dzięki tej operacji wyłączyć Rosję z gry, doprowadzić do zawieszenia broni na całej linii frontu wschodniego. Ba, zdołali nawet na chwilę zrealizować swój projekt Mitteleuropy jako rezerwuaru siły roboczej i rynku zbytu kontrolowanego przez Berlin i wzmacniającego pruską hegemonię. To się Niemcom krótkotrwale udało w ostatnich miesiącach pierwszej wojny światowej. Jednak zaraz potem się okazało, że ta „wojna hybrydowa”, jaką tak skutecznie zastosowali wobec Rosji, przenosi się na ich własne terytorium. Wkrótce Berlin staje wobec widma tej samej zarazy, której bakcyl pruscy sztabowcy wyeksportowali wcześniej do Petersburga. Ostatecznie cesarstwo niemieckie, któremu udało się postawić w stan likwidacji cesarstwo rosyjskie, samo nie przetrwało wiele dłużej. Niemcy nie przegrali pierwszej wojny w sensie militarnym, bo przecież obie ofensywy utknęły, fronty nie zostały przełamane ani na wschodzie, ani na zachodzie. Przegrali natomiast pokój – musieli przyjąć dyktat w Wersalu, co zresztą wygenerowało oczywisty efekt – Hitlera jako kolejny po bolszewikach „lodołamacz” rewolucji światowej. Do tego pewnie jeszcze wrócimy. Tymczasem zauważmy, że w fazie rewolucji rosyjskiej Niemcy wystąpili jako podwykonawcy, szybko wyautowani, nie zostali dopuszczeni do czerpania zysków, na które wyłączność zarezerwowało sobie konsorcjum zleceniodawców. Ci ostatni, amerykańscy lichwiarze – to oni odnieśli tu największy, długoterminowy sukces.

Jacy lichwiarze?

Główni gracze z Nowego Jorku spod szyldu: Kuhn, Loeb & Company. Przede wszystkim Jacob Schiff, który już wiosną 1917 roku publicznie wyrażał radość z przewrotu w Rosji. Witał rewolucję lutową jako coś, „na co liczyliśmy i o co walczyliśmy przez te wszystkie długie lata”. Ten sam Schiff jest przecież bezpośrednim sponsorem Trockiego. No i bracia Warburgowie – jeden w Nowym Jorku, drugi w Berlinie – oni również mają część „praw producenckich” do rewolucji bolszewickiej. To ci sami ludzie, którzy ledwie parę lat wcześniej wzięli udział w tworzeniu tzw. Rezerwy Federalnej, czyli największej w dziejach zmowy kartelowej – przez co otworzyli drogę do globalnego konfliktu o bezprecedensowym zasięgu.

Wcześniej po prostu nikogo nie było stać na tak przewlekłe prowadzenie operacji wojennych. Rezerwa Federalna to skredytowała – rzecz jasna za cenę zadłużenia wszystkich stron wojujących. Przy czym niektórych dłużników spotkało ostatecznie wrogie przejęcie za długi. Akurat Rosję – która najdłużej wzbraniała się przed dobrodziejstwami zagranicznego kredytu – przez cały niemal XIX wiek odrzucając kolejne propozycje Rothschildów – spotkał los najstraszniejszy.

Zadaję pytanie o genezę systemu sowieckiego, a w odpowiedzi od razu dostaję wstęp do teorii spiskowej.

To nie żadna teoria, tylko czysta praktyka. Te sprawy na szczęście należą już do sfery udokumentowanych faktów, bynajmniej nie mglistych hipotez czy gołosłownych wymysłów. Kto chce, ma już do tych faktów ułatwiony dostęp – m.in. dzięki takim klasykom, jak Antony C. Sutton i jego Wall Street a rewolucja bolszewicka czy G. Edward Griffin i jego Finansowy potwór z Jekyll Island, A że wiedza ta wciąż z trudem przenika do głównego nurtu, czy raczej ścieku dezinformacji, że wciąż nie uczą o tym w szkole, to już inna, bardziej współczesna historia.

Czemu to zawdzięczamy, skoro nie działa już sowiecka cenzura?

Ale działa neosowiecka poprawność polityczna. Myślę, że częściowej odpowiedzi udziela Włodzimierz Bukowski2, który konstatuje, że na Wschodzie zwyciężyli bolszewicy, a mieńszewicy na Zachodzie. Tak czy inaczej, tu czy tam, dominuje narracja postępacka, rewolucyjna. Rewolucja zaś, i nic w tym dziwnego, nie zamierza samej siebie demaskować. Dla zmylenia przeciwnika, czyli nas, a zwłaszcza dziatwy szkolnej i młodzieży akademickiej, każdy okruch prawdy o swoich korzeniach zalicza do „teorii spiskowej”. My jednak nie zajmujmy się żadną teorią – szkoda na to czasu, skoro praktyka spiskowa jest tak bogata i, jak zaznaczyłem, dostatecznie dobrze udokumentowana, by była przedmiotem naszej analizy.

Jaka jest druga część odpowiedzi na pytanie o manipulacje i przemilczenia w tej tematyce?

To, rzecz jasna, silna i ewidentna nadreprezentacja w tej historii postaci o korzeniach żydowskich. Po prostu: za dużo jest Żydów – i wśród moskiewskich Sowietów, i wśród zagranicznych sowieciarzy – żeby dało się o tym mówić utrzymując się w granicach dyktowanych przez terror politycznej poprawności. W tej sytuacji każdemu, kto zabiera się do rzetelnego badania dziejów rewolucji bolszewickiej i systemu sowieckiego grozi strącenie do piekła antysemitów. Stąd w historiografii dominuje ujęcie, w którym drobiazgowo opisuje się całą bujną florę i faunę w rewolucyjnej menażerii – przy czym większość badaczy i popularyzatorów nadal wybiera świadome przeoczenie słonia w tej menażerii.

My jednak nie dajmy się ani zwariować, ani opętać, i od razu ten wątek zasygnalizujmy jako niewątpliwie kluczowy. Bo przecież, wyobraźmy sobie, gdyby leninowskie politbiuro składało się w stu procentach z ludzi, których tradycje rodzinne czy osobista formacja związane byłyby np. z subkulturą grenlandzkich Inuitów, to przecież oni byliby nieustannie z tego zaangażowania rozliczani. Cały świat oczekiwałby od Eskimosów, jeśli nie zadośćuczynienia i ekspiacji, to przynajmniej świadectw pogłębionej autorefleksji nad ich odpowiedzialnością za zbrodnie, gwałty, rabunki i moralną deprawację, jakich przyczyną było zaangażowanie w komunę. Ponieważ jednak to akurat nie Eskimosi, tylko Żydzi stanowili grupę najliczniejszą – w statystycznym odniesieniu do udziału w populacji – w sowieckim aparacie ucisku i zbrodni, to nie ma sprawy. Wręcz przeciwnie – każde wspomnienie o tym z pewnością spotka się z pryncypialnym potępieniem lub protekcjonalną drwiną jako rzekomy przejaw hołdowania „antysemickim stereotypom”.

My na szczęście mamy to już za sobą, więc bez najmniejszych kompleksów w tej materii wróćmy do pytania o to, co spowodowało wybuch rewolucji właśnie w Rosji. Przecież sam Marks z Engelsem nigdy akurat na Rosję nie stawiali?

Owszem, jeśli już, to prędzej na Polskę! Tak jest – Engels w latach 70. XIX wieku pisał wprost, że „na Polaków zawsze możemy liczyć”. Miał na myśli sprawę rewolucji światowej. Miał po temu podstawy, polska elita polityczna, zmasonizowana i zdemokratyzowana doszczętnie, w której z czasem dominować zaczął insurekcyjny wzorzec patriotyzmu, uczyniła z nas w XIX wieku chętnych kondotierów wszelkich przewrotów, powstań i rewolucji. Sądząc, że poświęcają się „za wolność naszą i waszą”, nasi pradziadowie, przykro to powiedzieć, prostowali ścieżki Leninowi i Trockiemu. To z pewnością temat na osobną rozmowę. Tu tylko przypomnę, że przecież nasi ludzie odznaczyli się wybitnym udziałem w Komunie Paryskiej 1871 roku – do dziś generałowie Komuny Jarosław Dąbrowski i Walery Wróblewski figurują u nas w szkolnych podręcznikach z konotacjami jednoznacznie pozytywnymi. Żeby nie przyprawiać dziatwy szkolnej o przykry dysonans poznawczy, nie wspomina się o tym, jak komunardzi mordowali arcybiskupa Paryża. No i nie ma mowy o tym, że właśnie Komuna Paryska była tą, którą Włodzimierz Lenin szczególnie cenił, uważał ją za pierwszą rewolucję całkiem do rzeczy.

Wracając na chwilę do klasyków poprzedzających Lenina, przecież już dla Marksa oczywiste było, że rewolucja światowa wymaga dwóch momentów inicjujących: zaprowadzenia demokracji, a następnie rozpętania wojny.

Tak, tak. Marks był z tego względu wielkim zwolennikiem demokracji. Nawiasem mówiąc, obaj z Engelsem byli również oddanymi fanami polskich powstań – bo upatrywali w nich najlepszej podpałki, która rozniecić zdoła europejską wojnę wszystkich ze wszystkimi (co na nasz użytek Mickiewicz zwał poetycko „wojną powszechną ludów”). Nieodzowną wszak dla rozpętania zwycięskiej rewolucji proletariackiej.

W pewnym sensie ich nadzieje nie zostały całkiem zawiedzione, skoro w ścisłym gronie liderów bolszewickich zobaczymy Feliksa Dzierżyńskiego.

Nie jego jednego niestety. Polaków, którzy całkiem pogubili się w tamtych czasach, lub świadomie wzięli rozbrat z naszą tradycją cywilizacyjną, było niestety znacznie więcej. Widać to doskonale w roku 1919 i 1920 – kiedy okazuje się, że rokowania pokojowe z obu stron, polskiej i bolszewickiej, prowadzą ze sobą starzy koledzy z różnych jaczejek socjalistycznych. To znów temat na osobną lekcję historii, czy raczej może na rekolekcje pokutne dla polskiej inteligencji. Notabene: doskonały do nich materiał daje ostatnio Gabriel Maciejewski-Coryllus w swoim cyklu Baśń jak niedźwiedź. Socjalizm i śmierć – szczerze polecam.

Wróćmy jednak do roku 1917. Tu na szczęście, jakkolwiek byśmy bili się w piersi, rewolucyjne zaangażowanie Polaków nie okazało się jednak czynnikiem decydującym. To, że Niemcy sponsorowali Lenina, jest powszechnie wiadome.

Tak, owszem, nieźle spopularyzowany został epizod z „zaplombowanym wagonem”, którym Lenin i jego ekipa, razem z Nadieżdą Krupską i Aleksandrą Kołłontaj wyekspediowani zostali przez Szwecję i Finlandię do Petersburga. W rzeczywistości wagon nie był może zaplombowany, ale w każdym razie miał status dyplomatyczny. Nadali mu ten status właśnie Niemcy – ich sztab generalny był w istocie głównym kontraktorem całej ekspedycji. Po szczegóły odsyłam do lektury Lenina w pociągu Catherine Merridale i Sprzedanej rewolucji Elisabeth Heresch. Ta ostatnia zwłaszcza wydobywa z cienia faktycznego autora leninowskiego sukcesu, niejakiego Aleksandra Parvusa alias Izraela Łazariewicza Helphanda vel Helfanda, który osobiście pośredniczył w tym kontrakcie epoki.

Notabene: wcześniej Parvus razem z towarzyszem Marchlewskim wydawali prasę agitacyjną, ale także drukowali literaturę postępowo-demokratyczną, np. Żeromskiego. W rozpętaniu rewolucji bolszewickiej Parvus jest postacią kluczową – to on kontaktuje szwajcarską jaczejkę Lenina z pruskim sztabem generalnym, a jednocześnie zapewnia płynność finansowania całej operacji. Sam Lenin jeszcze na przełomie roku 1916 i 1917 absolutnie nie liczy na jakikolwiek sukces, siedzi w Szwajcarii z nosem na kwintę i nie widzi najmniejszych szans na odegranie dziejowej roli, w której obsadzenie przez Prusaków załatwia mu dopiero Parvus, podczas gdy Trocki w Nowym Jorku załatwia gotówkę.

To chyba nawet ważniejsze niż talent oratorski Lenina czy organizatorski Stalina.

Owszem, z pewnego punktu widzenia obsada kluczowych ról pozostaje opcjonalna – najważniejszy jest budżet. Gdyby Trocki nie wrócił na czas do Petersburga z tymi dziesięcioma tysiącami dolarów na dobry początek od Jacoba Schiffa, bolszewikom szybko skończyłoby się paliwo. Ale decyzja o tym, żeby pozwolić Trockiemu na powrót, była już decyzją polityczną najwyższego szczebla. Amerykański paszport załatwiano dla niego w trybie ekspresowym przez Biały Dom, kiedy Kanadyjczycy zatrzymali Trockiego z tą całą kasą w walizce.

Kanadyjczycy zadziałali na polecenie Anglików.

Tak jest, Kanada, jako integralna wtedy jeszcze całkiem część Imperium Brytyjskiego, nawet i dziś przecież realizuje pewne wytyczne Londynu w polityce międzynarodowej, wyręcza Londyn w rozmaitych sprawach. Otóż wtedy, w roku 1917, kanadyjskie władze zatrzymują Lejbę Dawidowicza Bronsztejna alias Lwa Trockiego w porcie w Halifaksie. Krótkoterminowy interes Londynu jest bowiem taki, żeby Rosja jednak walczyła dzielnie na froncie wschodnim, żeby angielski korpus ekspedycyjny razem z Francuzami nie był zmuszony stawiać czoła całej potędze pruskiej.

Co ma do tego Trocki?

Ma tyle, że bez niego Lenin, Bucharin, Kamieniew et consortes samym gadaniem niczego na dłuższą metę nie osiągną. Nie zagadają przecież na śmierć ani Kiereńskiego, ani wiernych carowi lojalistów, ani mieńszewików, których wbrew leninowskiej nomenklaturze jest zresztą więcej. Bolszewicy są w mniejszości. Bez zasilania z zewnątrz będą tylko groteskowym w swoim ekstremizmie ekscesem. Ich obłudnych haseł nikt nie podchwyci, ich kadr nikt nie zasili bez stałego dopływu gotówki. Zanim się zacznie „grabić zagrabione”, czyli zanim się dokona wielkiego skoku na kasę – przez masowe rabunki i przymusowe wywłaszczenia, trzeba mieć coś na start. I w tym właśnie Trockiego głowa.

Ale przecież otwarcie ścieżki kredytowej przez wielkich lichwiarzy nie dzieje się na piękne oczy – to jest inwestycja w przyszłe zyski. Zyski z rewolucyjnego rabunku i profity z wyeliminowania rosyjskiej konkurencji z rynku. A w dalszej, choć wcale nie tak odległej perspektywie – zyski z kontraktów opartych na masowym wyzysku, na nieludzko obniżonych kosztach siły roboczej, na pracy niewolniczej, która stanie się zasadą organizującą w ojczyźnie światowego proletariatu. Czy Trocki, przyszły twórca Armii Czerwonej i twórca systemu GUŁag, już wówczas to rozumiał i planował w szczegółach? Tego nie wiem. Ale raczej wykluczam naiwną bezinteresowność takich ludzi jak Schiff, Warburg i ich wspólnicy.

Już po drugiej wojnie światowej wnuk Schiffa, John twierdził, że jego dziadek Jacob wydał dwadzieścia milionów dolarów na subwencjonowanie rosyjskich komunistów. Otóż tej skali zaangażowania nie da się racjonalnie uzasadnić samym resentymentem, jaki względem Rosji żywili i jakiego nie ukrywali prominentni liderzy diaspory żydowskiej w świecie zachodnim na przełomie XIX i XX wieku. Gdyby to tylko o plemienną nienawiść chodziło, to przecież Schiff zostałby odsunięty przez swoich partnerów z Kuhn, Loeb & Company, a może jeszcze ubezwłasnowolniony przez swoją rodzinę. Jako że nic takiego się nie wydarzyło – z tego wniosek dość oczywisty, że rzecz cała musiała być wcześniej ujęta w ramy biznesowe. Musiał zatem gdzieś, kiedyś powstać wstępny kosztorys, a następnie preliminarz, plan finansowania z gwarancją reasekuracji – taki, powiedzmy, biznesplan komunistycznych rabunków i zbrodni. Bo przecież było jasne, że tego po dobroci osiągnąć się nie da – odebrać ludziom całą ich majętność, a tych, którzy przeżyją, zapędzić do niewolniczej pracy.

Czy Anglosasi z góry wiedzą, jak niebezpieczny jest Trocki? Czy w ogóle ktokolwiek w Londynie czy Waszyngtonie zdaje sobie sprawę z powagi i dosłowności, z jaką Lenin i jego koledzy traktują hasło walki klasowej?

Nie wiem, nie spekuluję, notuję fakty: w sprawie zatrzymanego w Kanadzie Trockiego osobiście interweniuje u Anglików pułkownik Edward House, najbliższy doradca prezydenta Woodrowa Wilsona. Po czym Trocki może spokojnie wracać do Europy i jechać prosto do Petersburga, gdzie jak zbawienia wypatrują go niepewni swego losu Lenin i towarzysze. Dzieje się to w kwietniu 1917 roku, a więc pół roku przed bolszewickim puczem. Ani przechwycenie, ani tym bardziej utrzymanie władzy przez komunistów bynajmniej nie jest oczywiste. Nawet wtedy, kiedy to już nastąpi, wszyscy poważni politycy będą uważali rzecz całą za przejściowy eksces. Na przykład Piłsudski uzna bolszewików za mniejsze zło w porównaniu z caratem. Nikt nie przypuści, że ten reżim utrzyma się aż siedemdziesiąt lat. Że na dodatek nikt go nigdy nie obali, on sam przeprowadzi swoją „transformację” – swoje formalne zejście ze sceny korzystnie wynegocjuje, zapewniając sobie dostatnie i bezpieczne życie pozagrobowe. To rzeczywiście z perspektywy wiosny 1917 roku byłoby kompletnie nierealistyczne political fiction.

Notabene: pułkownik Edward Mandell House, który nigdy w życiu nie służył wojskowo, ale chętnie korzystał z powagi, jakiej ranga wojskowa przydaje, ma u nas pomnik w parku Skaryszewskim ufundowany przez Paderewskiego. Mistrzowi Ignacemu można wybaczyć naiwność, ale dla nas nie ma żadnego usprawiedliwienia – już dawno powinniśmy łże-pułkownika House’a stamtąd pogonić albo przynajmniej dobrze oznaczyć puszką czerwonej farby w ramach akcji „Goń z pomnika bolszewika!”. Póki tego nie zrobimy, trockiści z kolei, jeśli poważnie traktują swoje idee, powinni chyba pod tym pomnikiem w parku Skaryszewskim co rok w kwietniu składać wieniec wdzięczności.

ROZMOWA II - O szczerych intencjach oprawców

Może więc tak naprawdę nikt nie chciał niczego złego? Może starania pułkownika House’a o wypuszczenie Trockiego podyktowane były, używając anachronicznego terminu, szczerą troską o „prawa człowieka” i „otwartość publicznej debaty” w Rosji?

No nie, to jednak było wypuszczenie lisa wprost na ścieżkę do kurnika. To wszystko wpisuje się w bardzo długą, bo wielowiekową tradycję subwersji, czyli politycznego sabotażu w Europie Środkowej i na Wschodzie – najpierw przede wszystkim ze strony Londynu, później także Waszyngtonu. Wiem, że to wciąż dla większości naszych rodaków zaskakujący zgrzyt – jak to, miała być mowa o rewolucji rosyjskiej, a tu pojawia się wątek inspiracji anglosaskiej. Czy aby na pewno à propos? Może to zbędna dygresja albo, co gorzej, odwracanie uwagi od największego zagrożenia, ma się rozumieć, rosyjskiego? Jednak nie da się mówić o jednym bez drugiego.

Na dzieje Rosji można bowiem spojrzeć – i są na to liczne przykłady – jako na niekończące się pasmo brytyjskich usiłowań przejęcia kontroli nad Moskwą jako kolejną kolonią. Przecież ich kompanie handlowe, które są niczym innym, jak tylko ramieniem władzy królów i banków – zwłaszcza od czasów, kiedy Londyn staje się stolicą rewolucji protestanckiej – realizują imperialny interes brytyjski. Wcześniej niż instalują się nad Zatoką Hudsona, otwierają faktorię nad Zatoką Archangielską. Wcześniej niż udaje się im osadzić indyjską perłę w Koronie brytyjskiej, z sukcesem przejmują w znacznym stopniu kontrolę nad rynkiem rosyjskim. Mówimy o czasach Iwana Groźnego i jego opryczniny. Ma to oczywiście fatalne konsekwencje i dla nas, dla Rzeczypospolitej. Tym bardziej fatalne, że nasza elita słabo orientuje się w planie i regułach tej gry. Stąd liczne zdziwienia – kiedy np. prowadząc wojny na Wschodzie, ni stąd, ni z owąd napotykamy najemników z Wysp Brytyjskich, jak pod Kłuszynem w 1610 roku.

Nie docenia tego ani historiografia rosyjska, ani polska, ani zdaje się w ogóle światowa. Z pewnego punktu widzenia wydrążona wewnętrznie Rosja wiele razy staje się brytyjskim awatarem, marionetką zdalnie sterowaną z Londynu. Cóż się dzieje, kiedy Rosja próbuje zerwać tę więź, kiedy Petersburg próbuje wyrwać się z tej zależności?

Następuje seria niefortunnych dla caratu zdarzeń.

Bardzo niefortunnych. Car Rosji to jest zawód bardzo wysokiego ryzyka – mało kto z uprawnionych do przymierzania złotej Czapki Monomacha umiera śmiercią naturalną. Dlaczego? To widać doskonale na budzącym grozę przykładzie cara Pawła I, który zostaje zamordowany przez swoich dworaków natychmiast po tym, jak ogłosił plan reorientacji polityki rosyjskiej. Postanowił dokonać radykalnego odwrócenia sojuszy, by władzę na kontynencie dzielić z Napoleonem. Abstrahuję tu od realności jego planów, ale faktem jest, że wydał właśnie rozkazy do przygotowań do marszu na Indie. Jednocześnie z dnia na dzień wstrzymał eksport drewna masztowego, lin konopnych i innych surowców strategicznie istotnych dla floty brytyjskiej. To go kosztowało życie.

Uwaga: ja tu bynajmniej nie próbuję stręczyć nieboszczyka Pawła jako romantycznego bohatera mojego romansu. Chodzi o to, byśmy zauważyli sam mechanizm i długą tradycję anglosaskiej dywersji politycznej w Europie Środkowej. Nieszczęsny car Paweł, ni mniej, ni więcej, deklaruje wolę podboju Indii, w których Brytyjczycy, nie tak jeszcze dobrze zdążyli się zadomowić – więc brytyjski poseł w Petersburgu, niejaki Whitworth, błyskawicznie aranżuje przewrót pałacowy. Aby szybko sklecić spisek malkontentów, działa po linii lóż, a także Zakonu Maltańskiego, którego członków Paweł darzy szczególnym zaufaniem. Sprawa jest doskonale udokumentowana, bo zachowała się tajna korespondencja brytyjskich agentów, przejrzyście opisana przez zmarłą nie tak dawno badaczkę Elizabeth Sparrow, ale w historiografii nie zdążyła się jeszcze zadomowić. Są tu zresztą również wątki polskie, bo grupa spiskowców zainspirowanych przez Whitwortha knuje m.in. w pałacu Branickich w Białymstoku.

Otóż ta akurat intryga z roku 1801 jest poniekąd modelowa i doskonale reprezentatywna. Prawdę mówiąc, w mechanizmie wszystkich bez mała wielkich przewrotów i transformacji, do których dochodzi w Europie Środkowej od XVII wieku aż do naszych czasów, doszukać się można działania tej istotnej sprężyny. To właśnie polityczna dywersja brytyjska, której cele są ściśle merkantylne: chodzi o wrogie przejęcie, lub, jeśli to się nie uda, o zniszczenie konkurencji. O kontrolę lub przerwanie lądowych szlaków komunikacyjnych łączących Azję z Europą. Czyli tego, co w nawiązaniu do tak dzisiaj zaktualizowanych koncepcji geopolitycznych nazwalibyśmy europejską końcówką Jedwabnego Szlaku. Anglosasi i ich klienci nieustannie próbują zdezorganizować ten szlak, z obu stron zresztą. U nas czynią to za pomocą takiej dywersji, jak np. chmielnicczyzna w wieku XVII, czy właśnie bolszewia w wieku XX.

W czym zatem główny cel i sens takiej dezorganizacji?

Mówiąc językiem nowoczesnego marketingu: w zbijaniu kosztów własnych poprzez outsourcing, przeniesienie kosztów na podwykonawców.

Dyskretna destabilizacja przeciwnika jest zawsze tańsza od pełnoskalowej wojny.

Tak jest, po prostu taniej jest wysłać paru prowokatorów, którzy podpalą gdzieś szopę na Solcu albo rozkręcą jakiś inny „majdan”, niż wysyłać korpusy ekspedycyjne.

Sprowadzając rzecz do pewnego modelu geopolitycznego – jeśli szlaki lądowe funkcjonują pomyślnie, są drożne i koniunktura w handlu kontynentalnym nakręca się bez konieczności korzystania z dotychczasowych szlaków, to Londyn przestaje być niezbędny jako globalny terminal przeładunkowy i centrum finansowe.

To, co działało w dawnych wiekach, zadziałało też w XX wieku. Z tą różnicą, że w buty Londynu wchodzi już wtedy Waszyngton. Ciekawa jest ta ambiwalencja, że Anglosasi doraźnie są zainteresowani tym, żeby Rosja kontynuowała swój zbrojny udział w pierwszej wojnie światowej, natomiast długoterminowo patrzą chyba na to w ten sposób, że jeśli nie mogą sobie Rosji podporządkować, to wolą ją podpalić. Jeśli Rosja nie ma pracować na procenty od zaoferowanych jej kredytów, to niechaj spłonie. I tu właśnie w roli wynajętych podpalaczy wkraczają na scenę dziejową bolszewicy.

Anglicy nie chcieli zapewnić Mikołajowi azylu po tym, jak abdykował. Przez kilka dni król angielski mówi, przybywaj, przyjmiemy cię, a później na skutek protestu parlamentarzystów wycofuje się z tej obietnicy. Bał się, że będzie uważany za bardzo proniemieckiego. Jego żona, podobnie jak caryca, była z pochodzenia Niemką.

Tak, to wszystko niby jedna monarsza rodzina – królowa Wiktoria i car Mikołaj pochodzą z tego samego Domu Hanowerskiego.

Tak więc cara Rosji de facto skazali na śmierć kuzyni.

„Wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły”, jak celnie ten stały wariant politycznej gry podsumował w swoim czasie Krasicki. To jest w całej tej wstrząsającej historii jeden z potworniejszych momentów, że to jest taka „kronika zapowiedzianej śmierci” (mówiąc z kolei językiem Marqueza, notabene komunisty), właściwie godzą się na to wszyscy możni tego świata. A przecież taki np. cesarz niemiecki Wilhelm II dożywa swoich dni w Holandii przez nikogo nie niepokojony. Natomiast car Mikołaj zostaje w sposób bezwzględny najpierw sponiewierany, a potem wraz z najbliższymi okrutnie zgładzony.

Po śmierci zwłoki całej rodziny zbezczeszczono.

Właśnie tu się otwierają wątki satanistycznych afiliacji licznych aktywistów i sympatyków komuny. To, że bolszewia cały czas jedną nogą tkwi w lożach, w lożach masońskich...

Nie idziemy za daleko?

Bolszewia, jak wszystkie zresztą sekty rewolucyjne, to jest świat, w którym żywe są i wątki okultystyczne. To wszystko będzie się starał jakoś regulować dopiero Józef Stalin. Dopiero w połowie lat dwudziestych zjazd Kominternu nakaże wszystkim funkom partyjnym na całym świecie „uśpienie się” w lożach, to znaczy zawieszenie swojego aktywnego udziału w masonerii. Dlaczego w połowie lat 20. Komintern musi wydawać taką dyrektywę? Bo najwyraźniej było to tak powszechne, masowe zjawisko, przy czym oczywiście można dyskutować, kto bardziej związany był z Wielkim Wschodem, a kto bardziej ze Szkotami, czyli lożami regularnymi.

Warto zwrócić w tym kontekście uwagę, gdzie poszuka schronienia Lew Trocki, kiedy opuści Związek Sowiecki. Stalin nie odważy się jeszcze po prostu go zamordować, tak jak wszystkich pozostałych konkurentów do władzy, członków tego leninowskiego jeszcze politbiura. Lew Trocki najpierw wyjedzie do Turcji, a ostatecznie znajdzie schronienie w Meksyku. Otóż to są wówczas dwa flagowe projekty masonerii – dwie wzorcowe republiki laickie: Turcja „transformowana” przez Mustafę Kemala Atatürka i rewolucyjny Meksyk, którego przywódcy wydali bezwzględną walkę katolikom. Nie przypadkiem Trocki doskonale tu się odnajduje – rzecz jasna do czasu, do 1940 roku, kiedy nasłany przez Stalina Ramón Mercader wbija mu czekan czy może młotek geologiczny w czaszkę, za co później dostaje Order Lenina z Gwiazdą Bohatera Związku Sowieckiego. Do tego jeszcze wrócimy, kiedy mowa będzie o przygotowaniach Sowietów do „wyzwolicielskiego” marszu na Zachód po rozpętaniu drugiej wojny światowej – to wówczas Stalin uznał, że już najwyższy czas ostatecznie wyeliminować Trockiego.

Tymczasem zamiast mówić o Rosji, wylądowaliśmy w Meksyku, gdzie w pierwszych dekadach XX wieku państwo praktykowało terror wobec katolików.

Otóż warto widzieć rewolucję bolszewicką w Rosji na tym tle i w szerszym kontekście jako zjawisko bynajmniej nie jednostkowe i nie tak znowu egzotyczne. Owszem, wyjątkowe pod względem skali i trwałości, niemniej wpisujące się w dłuższą serię. Przecież, kiedy wiosną 1917 roku dzieci z portugalskiej Fatimy relacjonują, że Piękna Pani mówiła o grożącym „rozprzestrzenieniu się błędów Rosji”, to w ich ojczystej Portugalii masoński reżim prowadzi właśnie pełną parą projekt laicyzacji, czyli w praktyce właśnie grabieży Kościoła i prześladowań katolików. Notabene: wiarygodność orędzia z Fatimy jest gwarantowana – dzięki ignorancji dzieci, które nie mając przecież pojęcia o geopolityce, sądziły w swej naiwności, że „Rosja”, to imię jakiegoś nieszczęsnego grzesznika. Przekazały więc wiernie dokładnie to, co słyszały. Spotkały je za to szykany i prześladowania – urzędnicy nietający swych masońskich afiliacji nie wahają się wtrącić dzieci do więzienia i straszyć śmiercią w męczarniach.

Wszystko to nie przypadkiem, bo przecież w Portugalii jeszcze przed rozpętaniem pierwszej wojny światowej, w roku 1910, została przeprowadzona rewolucja, której prologiem był krwawy i śmiertelny w skutkach zamach na rodzinę panującą. Tu z kolei mamy silne analogie do zamachu w Sarajewie w roku 1914. Cóż, masoneria w gruncie rzeczy całkiem otwarcie zawsze i wszędzie zmierzała do obalenia tronów – aby obaliwszy monarchów, tym łatwiej sięgnąć najważniejszego przeciwnika, tj. Kościoła.

To bardzo katocentryczny punkt widzenia.

To są fakty. Każda rewolucja bierze na celownik chrześcijaństwo w ogóle, a rzymski katolicyzm w szczególności.

Odmawianie rewolucji bolszewickiej w Rosji znamion wyjątkowości, poprzez wpisanie w kontekst spiskowych, nie bójmy się już tego słowa, działań masonerii – ktoś mógłby to uznać za krok w stronę relatywizacji zła rosyjskiego sowietyzmu.

Owszem, bezprecedensowa pozostaje skala, pionierski rozmach tego zbrodniczego przedsięwzięcia. Mówię o rewolucji w Rosji – bo chyba z tego, co już zostało powiedziane, jasno wynika, że nie wypada tego nazywać „rewolucją rosyjską”. To jak mówić o Oświęcimiu „polski obóz zagłady”. Rewolucje wymierzone w wiarę, rodzinę i własność dokonywały się i wcześniej, i później. Ostatecznie co do liczby ofiar, to towarzysze Mao i Pol-Pot przelicytują wszystkich swoich poprzedników. Akurat rewolucja meksykańska nie została przez masonerię przeprowadzona pod hasłami wprost marksistowskimi, ale Meksyk i tak zalicza się do klasyki tego samego gatunku. W rezultacie tej rewolucji zaprowadzono w tym kraju etatystyczny monopol polityczny – jedynie słuszna Partia Rewolucyjno-Instytucjonalna, tak się to nazywało, rządziła niepodzielnie przez niemal całe XX stulecie. Jeszcze kiedy Jan Paweł II przybywał do Matki Bożej w Guadalupe podczas pierwszej swej papieskiej podróży w 1978 roku, to wciąż obowiązywało tam prawo, w myśl którego publiczne występowanie w sutannie było nielegalne.

Teoretycznie powinni go byli zatrzymać zaraz po wyjściu z samolotu i ukarać co najmniej grzywną.

Papież swoim pojawieniem się stworzył precedens prawny, co niewątpliwie przyczyniło się do poluzowania rewolucyjnych zasad i przyspieszyło z kolei meksykańską „transformację”.

Wracając do tematu, bolszewicy to faktycznie masoni? Przecież utworzony przez masonów rząd Kiereńskiego – co do tego akurat historycy nie mają wątpliwości – został przez Lenina i Trockiego obalony.

Jednak oni obaj w młodości również przeszli przez loże. Tylko pewnie akurat nie te, w których mogliby wymieniać rytualne uściski z przyszłymi ministrami rządu Kiereńskiego. Rosyjski historyk emigracyjny George Katkov (wnuk Michaiła Katkowa, opiniotwórczego publicysty czasów Aleksandra II) wprost nazywa rząd tymczasowy rządem stworzonym przez masonów. Jednocześnie inni badacze piszą o masońskich wtajemniczeniach, jakich dostąpić mieli w masonerii przywódcy bolszewików: Lenin 30. lub 31. stopień, a Trocki 33., najwyższy stopień.

Dlaczego zatem rewolucja październikowa zmiata ze sceny autorów rewolucji lutowej? Cóż, w piekle diabli przede wszystkim kłócą się między sobą, więc nie dziwmy się, że i wśród masonów wzajemna konkurencja przybiera czasem bardzo drastyczne formy. Czasem jedni posyłają na gilotynę drugich, jak w Paryżu w latach rewolucji antyfrancuskiej. W wypadku Rosji sprawa wydaje się dość oczywista, masoni lojalni wobec lóż angielskich, czyli tzw. kiereńszczyzna, chcieli utrzymać Rosję w wojnie jako sojusznika Zachodu, ale przelicytowali ich i ostatecznie wyautowali protegowani lóż pruskich, amerykańskich, no i żydowskich, czyli B’nai B’rith.

Do czego im to było potrzebne? Zdestabilizowali ogromny kraj, cofnęli go z drogi reform, przywracając stricte narodowe patrzenie na rzeczywistość. Przecież bolszewicy, kolektywizując chłopów, cofnęli ich uwłaszczenie.

Znieśli wolność osobistą, która wszak oddana została ludowi jeszcze przez cara Aleksandra II. Czyż to nie symboliczne? I czy nie fascynujące, że nadal są tacy, którzy wierzą, że leninowski przewrót dał wolność ludowi uciemiężonemu przez carat??? Tymczasem komuniści tę wolność bezwzględnie odebrali – wprowadzili na powrót wewnętrzne paszporty, bez których nie wolno było chłopom opuszczać rejonu osiedlenia. Między innymi ta decyzja administracyjno-policyjna będzie później tłem wielkiego głodu na początku lat 30., kiedy to ludziom umierającym z niedożywienia nie wolno było szukać ratunku w miastach. Zostali z powrotem chłopami pańszczyźnianymi przywiązanymi do ziemi.

Po co to wszystko? Trzeba pamiętać, że na początku wieku XX rosyjski Daleki Wschód nie jest w niczym gorszy od Dzikiego Zachodu amerykańskiego. Wręcz przeciwnie, jest pod wieloma względami lepszy, to znaczy stwarza znacznie ciekawsze perspektywy cywilizacyjne. To jest wymierne po prostu we wskaźnikach gospodarczych. Rosja rozwija się niezwykle dynamicznie, industrializuje się na potęgę i nadrabia zaległości infrastrukturalne – bez bolszewików. Kolej Transsyberyjska, wybudowana na przełomie XIX i XX wieku, to jest dzieło imponujące i epokowe. W pierwszych latach nowego stulecia w Rosji mamy do czynienia z eksplozją rozwojową. Dorabiają się nafciarze znad Morza Kaspijskiego, do których należy znany z lektury szkolnej, z Przedwiośnia Żeromskiego, Cezary Baryka senior – postać literacka, fikcyjna rzecz jasna, ale przecież typowa i reprezentatywna. W Rosji robi się wtedy prawdziwie „amerykańskie” kariery. Notabene, kwitnie także kino, a sztuki awangardowe mają tu swoje najlepsze lata i najlepsze talenty. Żeby uświadomić sobie skalę możliwości, jakie otwierają się wówczas w Rosji, trzeba mieć jakiś punkt odniesienia. Więc przypomnijmy sobie, że np. w amerykańskiej Oklahomie szyby naftowe zaczęto wiercić dopiero na początku XX wieku, wcześniej cały ten stan był wydzielonym rezerwatem indiańskim i dopiero w 1907 roku Oklahoma odebrana Indianom wchodzi w skład Stanów Zjednoczonych.

My przyzwyczailiśmy się patrzeć na Rosję tamtej doby jako „zacofaną”. Ale względem kogo i czego zacofaną? Przecież amerykański Dziki Zachód bynajmniej nie oferuje wówczas większych luksusów niż zapadłe syberyjskie osady. Realia: drewniane chaty i pionierskie warunki, jak w Gorączce złota Chaplina czy w Dersu Uzała Kurosawy, są wówczas bardzo zbliżone do siebie. Ani tu, ani tam nie było lekko, za to perspektywy rozwoju, karier i dorobku rysowały się niezmierne.

Nasze pokolenie chyba już zawsze instynktownie będzie szukało ziemi obiecanej raczej na Zachodzie, nie na Wschodzie.

Sam jestem tego klinicznym przypadkiem, sam należę do tak uwarunkowanego pokolenia – coca-cola i McDonald wywołują we mnie jednoznacznie pozytywne skojarzenia. Moi bliscy i krewni od pokoleń lądowali na emigracji za Atlantykiem. Mam to w genach – żeby rzecz ująć dosadnie: smród metra moskiewskiego razi mnie zdecydowanie bardziej niż nowojorskiego. Ale to jest, muszę przyznać, lekko skrzywiona optyka i anachronizm narzucony nam siłą rzeczy w czasach triumfującego sowietyzmu. Na tle siermięgi PRL-u Ameryka jawić się musiała zawsze jako raj na ziemi. Im bardziej rzeczywistość sowiecka popadała w ostateczną degrengoladę i rozpad, tym bardziej amerykańskie marzenie deklasowało wszystkie inne, i tym bardziej skłonni byliśmy projektować nasze wyobrażenia o współczesnych Stanach także na ich przeszłość.

Otóż na początku XX wieku nie było takiej dysproporcji. Na początku XX wieku, owszem, Nowy Jork i może jeszcze parę wielkich miast Wschodniego Wybrzeża, dokonywały inwestycji, które wywierały na całym świecie szczególne wrażenie, ale perspektywy dla przedsiębiorczości, zwłaszcza w przemyśle wydobywczym, perspektywy dla biznesu wcale nie były bardziej oszałamiające od tych, które otwierały się przed przedsiębiorczymi ludźmi w Rosji, w Azji Środkowej i dalekiej czy na Syberii. Wręcz przeciwnie – ponieważ z Petersburga czy z Moskwy bliżej było zawsze do Paryża i na Riwierę, niż z Nowego Jorku czy Chicago, więc też Rosja wcale nie była jakimś zaściankiem czy peryferiami świata.

Także postęp techniczny Rosji mógł imponować i tym samym wprawiać w niepokój inne mocarstwa. Przykład: olbrzymie, największe na świecie konstrukcje lotnicze inżyniera Igora Sikorskiego – dywizjon czterosilnikowych bombowców Ilja Muromiec jego projektu, pierwszych tak ogromnych bombowców produkowanych seryjnie, stacjonował bodaj w roku 1915/16 pod Warszawą. W związku z tym można spojrzeć na rewolucję bolszewicką jako na brudny chwyt zastosowany przez nieuczciwą konkurencję. To była bezwzględna eliminacja najpoważniejszego rywala w wyścigu gospodarczym.

ROZMOWA III - O machaniu ogonem lub psem

Czyżby Amerykanie w pewnym momencie zrozumieli, że przesadzili, i postanowili coś naprawić? Przecież w osiemnastym roku ulicami Murmańska chodzili amerykańscy marines – co się takiego wydarzyło, że Amerykanie zmienili zdanie?

Nie wykluczałbym, że oni wszyscy te swoje korpusy ekspedycyjne wysyłali – Amerykanie, ale i Anglicy, Francuzi, Japończycy – raczej po to, żeby dopilnować powodzenia akcji bolszewików, niż żeby im w czymkolwiek poważnie przeszkodzić. Raczej po to, żeby zagwarantować sobie udział w parcelacji, w rozgrabianiu masy spadkowej po imperium carów, niż żeby tam kogokolwiek ratować. Przecież na Dalekim Wschodzie amerykańska piechota morska de facto zabezpiecza linie komunikacyjne, dzięki którym bolszewicy mogą tam jakoś wiązać koniec z końcem. Pamiętajmy, że tzw. wojna domowa potrwa długie lata i bardzo długo władza Lenina nie będzie miała gwarancji przetrwania i nie będzie rozciągała się na całe terytorium Rosji. Bolszewicy podbijali Rosję na raty i z bardzo zmiennym szczęściem. Otóż temu szczęściu bardzo wydatnie pomagali bez mała wszyscy postronni. Notabene, Polaków nie wyłączając – przecież działania i zaniechania Piłsudskiego, ofensywy i zatrzymania frontu, to jest ewidentnie granie na sukces bolszewików. Skoro więc Piłsudski łudził się, że najważniejszym wrogiem jest biała Rosja, a z bolszewią jakoś sobie poradzimy, to dlaczego nie mieli się łudzić inni? Zwłaszcza że to nie były tylko złudzenia relatywnej nieszkodliwości komunistów, ale też i konkretne rachuby – na udział w zyskach z tego monstrualnego skoku na kasę, jaki Lenin z Trockim umożliwiali.

Zachód nieźle obłowił się na rewolucji w Rosji.

Oczywiście nie cały Zachód – wielu straciło swoje uczciwe udziały w bankach i przedsiębiorstwach rosyjskich. Jednak inni z pełnym wyrachowaniem wzięli udział w masowych rabunkach. Bolszewicy, żeby utrzymać się u władzy, natychmiast przecież zaczęli literalnie wyprzedawać Rosję. Na Zachód wędrować zaczęły cenne kruszce i bezcenne dzieła sztuki. To była niekończąca się praktyka. Przykładem jest przedsiębiorczy Armand Hammer3, który fraternizował się ze wszystkimi po kolei pierwszymi sekretarzami w Moskwie, od Lenina do Gorbaczowa, otwierał Sowietom dostęp do zachodnich technologii, np. w przemyśle chemicznym, a przy okazji uzupełniał swoją prywatną galerię malarstwa.

Skoro była taka determinacja i konsekwencja w czerpaniu profitów z „przyjaźni” z bolszewickimi bandytami, to mocna staje się hipoteza o premedytacji. Innymi słowy: skoro nowojorscy bankierzy od lat 80. XIX wieku tak konsekwentnie inwestowali w rozwalanie Rosji przez jaczejki rewolucyjne, o czym już była mowa na przykładzie Schiffa, to przecież nie czynili tego bez nadziei na udział w zyskach. Bez skonkretyzowanego planu podziału łupów. Jak to potem przebiegało w praktyce, jak rosyjskie złoto z ogołoconych cerkwi i sejfów bankowych dziesiątkami ton przewożone było na Zachód, dość drobiazgowo opisał m.in. Sean McMeekin w robiącej wrażenie pracy pt. Największa grabież w historii.

Bukowski uważa, że przed pierwszą wojną światową bolszewizm nie miałby żadnych szans zaistnieć w Rosji.

Pierwszej wojny, powtórzę, nie byłoby bez amerykańskiej Rezerwy Federalnej. To największa zmowa kartelowa wszech czasów, przestępcze konsorcjum największych graczy na rynku, którzy umówili się, że podyktują i wyegzekwują warunki, na jakich cały świat będzie się u nich zadłużał. Żeby to osiągnąć, potrzebują najwyższej sankcji politycznej, co im się udaje przeforsować w roku 1913, kiedy ustawa wprowadzająca de facto centralny monopol bankowy w USA jednym głosem przechodzi przez Kongres, a prezydent Wilson to podpisuje.

Dodajmy, że ze sporymi oporami.

Widocznie najwyraźniej wszystkie opory można pokonać, nie ma takiej bramy, przez którą nie przeszedłby osioł obładowany złotem. Notabene, to jest ten sam moment, w którym nałożony zostaje podatek od dochodów osobistych, którego przecież tam wcześniej nie było. Stany Zjednoczone wzrastały do potęgi bez naliczania podatku od dochodów osobistych. On zostaje zaprowadzony dopiero tą poprawką do konstytucji z trzynastego roku. W tym samym momencie utworzona zostaje Rezerwa Federalna, która przecież „federalna” jest tylko z nazwy, a faktycznie jest właśnie prywatnym monopolem walutowym. System Rezerwy Federalnej zaprowadzony w 1913 roku z pewnością wyczerpuje znamiona nie tylko zmowy kartelowej, ale wprost wymuszenia rozbójniczego. Dwa lata wcześniej zbójcy zmawiają się na ten skok – to jest ten słynny wyjazd na Jekyll Island pod pretekstem polowania na kaczki, przy czym wszyscy uczestnicy tej wycieczki posługują się pseudonimami. Cóż to innego jak nie konspiracja?

Może sobie żartowali z tymi pseudonimami. Męska impreza, zapach prochu, napitki, dobre jedzenie potrafią rozbudzić wyobraźnię. Czy to nie przesada wiązać ten kawalerski piknik z rozpętaniem wojny światowej?

Nie jednej, a całego szeregu wojen. I to wojen totalnych, z braniem na cel całych populacji, zadłużaniem na pokolenia i drenowaniem całych państw. Do utworzenia Rezerwy Federalnej to po prostu było niewykonalne, nigdy wcześniej rządy nie dysponowały tak przeogromnym, otwartym przez lata kredytem i w związku z tym nie były w stanie prowadzić wojen na tak masową skalę. Gdyby nie finansowanie amerykańskie, gdyby nie kredyty otwarte dla walczących stron, to rzeczywiście pierwsza wojna światowa musiałaby się zakończyć w takim terminie, w jakim przewidywały to sztaby generalne, to jest maksymalnie w ciągu paru miesięcy. Latem 1914 roku, idąc na wojnę, wszyscy zakładają, że ona się skończy przed zimą, no, najdalej wszystko się rozstrzygnie do wiosny następnego roku. Nikt nie przypuszcza, że będzie trwała w jednych miejscach cztery i pół toku, a w innych sześć lat.

Nawet dłużej. Turcy uważają, że zaczęła się w dziewięćset szóstym, a skończyła w dwudziestym szóstym. Regularna wojna 20-letnia.

Bo Atatürk – to znaczy „Ojczulek Turków”, taki sobie tytuł przybrał ten mason z Salonik, pochodzeniem na pewno związany z tamtejszą diasporą albańską, być może żydowską – to jest klasyczny modernizator na siłę. Bardzo to ciekawe i symptomatyczne, że przeprowadzenie w Turcji sekularyzacji państwa, ma natychmiast efekt w postaci rzezi Ormian. Najwyraźniej jednak nie ma oświeceniowych projektów modernizacyjnych bez użycia przemocy.

Weźmy japońską rewolucję Meiji w latach 60./70. XIX wieku – toż to był jeden wielki gwałt i dewastacja wszelkich tradycji. Potem zaraz Japończycy ruszają na podbój Korei, co jakoś nie przychodziło im do głowy wcześniej, przez tysiące lat, ani nawet przez trzy i pół wieku rządów szogunatu. Potem jest Mandżuria, rzeź Nankinu, no i całe to nieludzkie traktowanie podbitych i bezbronnych ludzi, co znamy jako specjalność Japończyków w drugiej wojnie światowej. Wcześniej takie rzeczy się nie działy. Dopiero wielki projekt modernizacyjny, którego wzorce zaczerpnęli od Anglosasów i Prusaków – i to wprost, stamtąd sprowadzali nawet doradców – dopiero to zainicjowało orgię przemocy.

Analogicznie do Japonii, Turcja również modernizuje się na gwałt w rozpaczliwej ucieczce do przodu – aby uniknąć rozbioru i kolonizatorskiego podboju. Nawet jeżeli związana z tym przemoc nie zostaje ostatecznie w stu procentach ukierunkowana do wewnątrz, to znaczy, jeśli nie kończy się rzezią własnego narodu, to wewnętrzna frustracja ludzi zgwałconych przez własną władzę znajduje sobie ujście w agresji zewnętrznej.

Nie da się stworzyć nowego człowieka bez zabicia starego człowieka. To jest coś, czego teraz ci wszyscy post- i neokomuniści mogą się lękać, bo wedle ich technologii zarządzania, żeby wprowadzić porządek i przywrócić status quo sprzed ich rządów, trzeba ich wszystkich wyrżnąć, a przynajmniej powiesić liderów. Jak to mówił Lenin w swoim rozkazie obniżającym wiek umożliwiający stosowanie kary śmierci, tak by można było zabijać dzieci: „Trzeba ich rozstrzeliwać, inaczej nic z tego nie będzie”.

Niezłe motto. A takich cytatów, takich czarnych pereł jest więcej – polecam książeczkę wydaną jeszcze w latach 90., kiedy na moment otwarły się dla badaczy kremlowskie archiwa: Odtajniony Lenin Anatolija Łatyszewa. Tam możemy przeczytać teksty naglących depesz Lenina, w których najczęściej powtarzają się dwa zalecenia: „Powywieszać!” i „Rozstrzeliwać!” Notabene: sieroty po Związku Sowieckim uznają te dokumenty za niewiarygodne apokryfy, ba, może nawet niecne fałszerstwa, które mają za cel oczernienie świetlanej postaci wodza rewolucji. Ale w tych samych kręgach do dziś podobnie kwestionuje się zbrodnię katyńską.

Tymczasem jednak niezwykłe i w pewnym sensie optymistyczne, poznawczo optymistyczne jest to, że ci ludzie – Lenin et consortes – tak wiele powiedzieli otwartym tekstem. Trzeba tylko czytać i nie lekceważyć deklaracji i dywagacji sfrustrowanych i zmarginalizowanych agitatorów, do których zaliczał się Lenin jeszcze na samym początku 1917 roku. Bądź co bądź ludzie na ogół wiedzą o tym, że Hitler napisał Mein Kampf i że tam wprost wyłożył, z kim zamierza zrobić porządek i jaki model transformacji ustrojowej i geopolitycznej zamierza realizować. Otóż analogicznymi wynurzeniami dzielili się ze światem bez mała wszyscy najważniejsi ojcowie-założyciele państwa sowieckiego. Lenin nadzwyczaj otwarcie komunikował, jak wyobraża sobie „swoją walkę”, jakie cele wytycza i jakie metody aprobuje. W jego pismach są takie zdania, z perspektywy czasu szczególnie porażające, że rewolucja bolszewicka bynajmniej nie zmierza do pokoju, że wojna jest naturalnym stanem i jest dla komunistów oczywistą koniecznością.

Dlaczego komunistom tak niezbędna jest wojna? Dlatego, że państwo komunistyczne nie może współistnieć ze światem niekomunistycznym. Bo będzie to układ wzajemnie kompromitujący. Jeśli rewolucja proletariacka zwycięży w jednym państwie, a w sąsiednich nie, to będzie to rodziło sprzeczność – nieusuwalną na drodze innej niż podbój. Albo my ich, albo oni nas – skądinąd nader trafnie diagnozował Lenin. Zatem komuniści, jeśli zawładną jednym państwem, muszą starać się zawładnąć wszystkimi innymi. Nie mają innej opcji – muszą cały glob przemalować na czerwono albo ostatecznie przegrają. I temu imperatywowi podporządkowana była później cała polityka Moskwy, wewnętrzna i zagraniczna.

Skoro cel jest tak jasno deklarowany, to dlaczego kantory bankowe i sztaby generalne angażują się w promowanie i sponsorowanie swego śmiertelnego przeciwnika?

„Kapitaliści sami sprzedadzą nam sznur, na którym ich powiesimy” – to słynny bon mot Lenina, który jest właściwie motywem przewodnim całej tej historii.

A więc stwierdzenie, że wojnę, która otworzyła drogę leninowskiej rewolucji, wywołały rządy burżuazyjne w interesie międzynarodowego kapitału, przestaje być li tylko komunistyczną nowomową.

Na to wygląda. Choć kwestią rozważań o charakterze nieco akademickim – z braku dokumentów, które przesądzałyby sprawę – może być ustalanie sekwencji w łańcuchu przyczynowo-skutkowym. Można się spierać o to, czy mafie, służby i loże tworzyły tę okazję, która uczyniła bolszewików największymi złodziejami w historii, z pełną świadomością konsekwencji. Czy z tą świadomością przystępowali do swojej krwawej roboty sami bolszewicy? Czy to Wall Street i Wilhelmstrasse udatnie posłużyły się szajką Trockiego i Lenina, czy to bolszewicy sprytnie wykorzystali i porzucili swoich pierwotnych sponsorów i promotorów? Czy to pies merdał ogonem, czy raczej ogon machał psem? Czy był jakiś wyższy poziom zawiadowczy, na którym wszystko rozgrywało się zgodnie z planem – przy pozorach walki na śmierć i życie pomiędzy „wolnym światem kapitalistycznym” a „komunistycznym imperium zła”?

Czyżby to wszystko od początku do końca była gigantyczna „ustawka” – zarządzanie przez konflikt, wielki projekt globalnej transformacji ustrojowej, radykalnego „przekształcenia majątkowego” pod osłoną „strategicznego zarządzania percepcją”?

Nie odmawiam udziału w dyskusji na tak zadane tematy, ale nie sądzę, by najważniejsze było zmierzanie do jednoznacznych konkluzji. Bo ustalenie nadrzędnego sprawstwa, złapanie za rękę ukrytych mocodawców i nazwanie po imieniu głównych winowajców może okazać się niemożliwe. To jednak nie powód, byśmy rezygnowali z ustalania tych faktów, które są nam w pełni dostępne. Przykładowo: ustalenie pierwotnych praw autorskich do Protokołów mędrców Syjonu może zawsze pozostać dyskusyjne, ale przecież ktokolwiek ten tekst napisał, musiał być niezwykle spostrzegawczym i przewidującym człowiekiem. To samo z legendarnym planem trzech wojen światowych – czy rzeczywiście napisał go Albert Pike, prominentny mason amerykański? Czy oryginał rzeczywiście eksponowany był sto lat temu w Londynie, po czym zniknął w pomroce dziejów? Nie wiem i nie zamierzam się o to spierać, bo własnej kwerendy źródłowej w tej sprawie sam nie prowadziłem. Bezdyskusyjnie jednak, ktokolwiek ten scenariusz opracował, wykazał się niezwykłą przenikliwością i nieledwie profetycznymi zdolnościami. Albo tzw. mapa Gomberga4, która jeszcze przed zakończeniem drugiej wojny światowej kreśliła orwellowski podział świata na imperialne bloki.

Czy to apokryficzne political fiction, czy kontrolowany przeciek?

Nie mam naukowych przesłanek, żeby cokolwiek w tej sprawie przesądzać. To jednak nie powód, bym ignorował profetyczną zbieżność tych dokumentów z rozwojem sytuacji międzynarodowej w XX wieku.

Ujmując rzecz jeszcze inaczej: możemy zastanawiać się nad osobowością np. Trockiego, nad tym, czy więcej wyniósł ze szkółki talmudycznej, do której uczęszczał jak wszyscy żydowscy chłopcy, czy może z loży, do której jako młodzieniec był inicjowany, czy raczej z późniejszej praktyki partyjnego agitatora, zaufanego pośrednika wielkich banków, założyciela zrębów sowieckiej machiny zbrodni, armii i obozów koncentracyjnych? Jaki był procentowy udział tych składowych w jego formacji? Czy to się da ściśle obliczyć? Pewno nie. Ale to nie powód, byśmy zamykali oczy na oczywistości, do jakich należy u bolszewików talmudyczny par excellence rozbrat z prawdą na rzecz mądrości etapu. Masońskiej proweniencji pogarda dla profanów i ezoteryka wiedzy i władzy – obecne i eksponowane w sowieckiej celebrze i emblematyce, czego najlepszym przykładem jest satanistyczny pentagram, gwiazda pięcioramienna jako najważniejsze godło.

Notabene; satanistyczne wątki w dziejach komunizmu są stale i trwale obecne – poczynając od satanistycznych poezji Marksa, które doprawdy trudno uznać tylko za młodzieńczą ekstrawagancję.

Nie twierdzę, że nie mają znaczenia tak oczywiste determinanty systemu sowieckiego, jak tradycje samodzierżawia w Rosji, czy zawierucha wojenna. Ale to są oczywistości, na których poprzestawać nam nie wolno – zwłaszcza że prowadzą one do dalej idących uproszczeń, a te z kolei do najgłębszych zafałszowań.

Jakiego rodzaju zafałszowań?

Ano na przykład do twierdzenia, że system sowiecki był naturalną kontynuacją carskiego samodzierżawia. To jest szkoła, której strywializowanym sztandarem u nas jest Od białego do czerwonego caratu Jana Kucharzewskiego. Kto się w tej szkole wychowa, ten łatwo zapisze cały horror sowietyzmu na konto Rosji i Rosjan. Ja upieram się, by nie mówić o „rewolucji rosyjskiej” – bo była to w pierwszym rzędzie rewolucja antyrosyjska. Mówmy więc raczej o rewolucji w Rosji. Na pytanie o jej genezę nigdy nie udzielimy pełnej odpowiedzi, jeśli uprzemy się wskazywać wyłącznie determinanty wewnętrzne, a całkowicie pominiemy te, które ewidentnie przyszły z zewnątrz.

Przypisy

1 Wiktor Suworow – rosyjski pisarz i historyk, były oficer sowieckiej armii i sowieckiego wywiadu wojskowego GRU, w 1978 r. zbiegł na Zachód do Wielkiej Brytanii.

2 Władimir Bukowski – rosyjski dysydent o polskich korzeniach, pisarz, wieloletni więzień obozów karnych i pacjent osławionych „psychuszek”, deportowany z ZSRS na Zachód w ramach wymiany więźniów, pozostał na emigracji. Niestrudzony krytyk zachowawczej polityki Zachodu wobec ZSRS, zwolennik międzynarodowego rozliczenia z komunizmem na wzór procesów norymberskich. Przeciwnik Unii Europejskiej.

3 Armand Hammer – handlowiec, przemysłowiec, polityk, lobbysta, kolekcjoner sztuki, przyjaciel Lenina i Reagana, poznał osobiście wszystkich przywódców ZSRS, także Gorbaczowa. Wieloletni agent wpływu ZSRS.

4 mapa Gomberga – powstała pod koniec 1941 r., wydana w 1942 r. w Filadelfii, przedstawia zarys powojennej mapy Nowego Świata; przewiduje zajęcie połowy Europy przez ZSRS, powstanie zjednoczonej Europy i państwa Izrael oraz powstanie wielu unii kontynentalnych. Na dole mapy zamieszczony jest program polityczny zawarty w 41 punktach.

GRZEGORZ BRAUN

– ur. 1967, politykujący reżyser i publicysta.

Zrealizował kilkadziesiąt filmów dokumentalnych, głównie na tematy historyczne, m.in. kultowe Plusy dodatnie, plusy ujemne, Eugenika – w imię postępu czy Transformacja – od Lenina do Putina, a ostatnio: Luter i rewolucja protestancka. Obecnie pracuje nad projektem Gietrzwałd 1877 – nieznane konteksty geopolityczne. Opublikował kilka książek – m.in. zbiory publicystyki polityczno-historycznej drukowanej na łamach „Polonia Christiana”, „Magna Polonia” i „Polska Niepodległa”.