Syn wiatru. Król życia - Anna Stryjewska - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Syn wiatru. Król życia ebook i audiobook

Anna Stryjewska

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

48 osób interesuje się tą książką

Opis

Emocjonująca i prawdziwa do bólu opowieść o tym, jak zmienne bywają koleje losu.

Początek lat 90-tych przynosi Polsce wielkie zmiany. Upada stary system, rodzi się kapitalizm, a wraz z nim nowe szanse.

Antoni Gołębiewski wykupuje sklep i zaczyna budować rodzinny biznes, a jego wychowanek odkrywa, że handel to przyszłość. Pierwsze sukcesy przychodzą niespodziewanie szybko. Młody Gołębiewski zaczyna zarabiać pieniądze, poznaje nowych ludzi, coraz śmielej korzysta z uroków życia.

Z niewielkiego interesu z czasem powstaje sieć sklepów, która obojgu daje pieniądze, pozycję i uznanie. Na jednej z imprez Szymon poznaje piękną, pewną siebie Majkę, która do tej pory nie zwracała uwagi na niepozornego chłopaka. Dopiero kilka lat później, gdy Szymon jest już zamożnym przedsiębiorcą, ich drogi znów się przecinają. Wkrótce sielankę zaczynają burzyć nadmierna ambicja i zachłanność Mai. Świat Szymona zaczyna się chwiać.

Upadek przychodzi nagle. Gdy wszystko wydaje się już stracone, nagle pojawia się ktoś, kto wyciąga do Szymona rękę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 311

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 48 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Klaudia Bełcik

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Mieszkańcom Aleksandrowa Łódzkiego i okolic

Historia inspirowana prawdziwymi wydarzeniami.

W perły zmienić deszcz

1992

Środowe popołudnie siąpiło zimną mżawką. Skryty pod czarnym parasolem Szymon Gołębiewski zbliżał się do rodzinnego grobu, gdy w pewnej chwili dostrzegł wysokiego mężczyznę w długim, przemokniętym płaszczu i ciemnym kapeluszu, który pochylał się, by położyć na płycie kwiaty – czerwone róże. Wprawdzie nie widział jeszcze jego twarzy, a jednak ten ktoś wydał mu się znajomy.

– Dzień dobry! – rzucił chłopak cicho, nieco zaczepnie, czekając, aż tamten odwróci głowę.

– Dzień dobry! – Mężczyzna wyprostował plecy, zrobił zwrot i automatycznie uchylił ronda kapelusza. Jego oczy rozszerzyły się w niemym zdumieniu.

– Nie sądziłem, że pana tutaj zastanę. Zwłaszcza przy takiej kiepskiej pogodzie – oznajmił równie zdziwiony Szymon.

– Ja nie spodziewałem się spotkać ciebie… – Mężczyzna chrząknął i dodał: – A może raczej… pana. Bo teraz to już dorosły mężczyzna z ciebie.

– Dziś rocznica śmierci mojej mamy – odparł krótko Szymon, nie spuszczając wzroku z rozmówcy. – Tak się jakoś utarło, że zawsze tu przychodzę, bez względu na pogodę. A pan? Czyżby babcia była coś panu winna?

Nagle przypomniał sobie sytuację w Hortexie, kiedy ten sam mężczyzna, tylko o wiele młodszy, dawał babci Józi pieniądze.

– Nie, nie była nic winna – odparł człowiek w prochowcu. – To raczej ja… czułem się zobowiązany.

Szymon popatrzył na niego podejrzliwie.

– Tak? Z jakiego to powodu?

Mężczyzna wbił w niego zdumione spojrzenie. Nie miał już tak gładkiej, wypoczętej twarzy jak kiedyś. Teraz jego czoło i skronie znaczyły głębokie zmarszczki. Cera stała się bardziej ziemista i niezdrowa, a wielkie niegdyś oczy otoczone ciemnymi rzęsami zapadły się pod ciężarem powiek.

– A więc babcia nic nie powiedziała? – dopytał.

– Jakoś nie – odparł Szymon. – Nigdy nie chciała.

Mężczyzna sarknął gorzko.

– No cóż… Ta kobieta miała wiele wad, ale zalety u niej zdecydowanie przeważały.

– Też tak sądzę – mruknął Szymon, wyjmując z kieszeni mały znicz. – A jednak nie mam do niej o nic żalu… Bardziej do matki i ojca.

– Ojca? – powtórzył tamten, robiąc wymowną pauzę.

– Tak, ojca. Drania, który nas porzucił, gdy byłem malutki.

W koronach drzew rosnących tuż obok coś zahuczało, w tym samym momencie nad ich głowami rozległ się trzepot skrzydeł. Niemal granatowe niebo zaciągnięte było ołowianymi chmurami, a w nabrzmiałym powietrzu unosiła się zimna mżawka, która oblepiała nagrobki i ubrania, dodając miejscu ponurej, przygnębiającej atmosfery.

– Cóż… – bąknął nieznajomy. – Nie możemy oceniać tych, których już nie ma. Ale możemy ich za to dobrze wspominać.

Gołębiewski burknął gniewnie.

– Jasne! – Skrzywił się. – Co pan może o tym wiedzieć? Całe życie byłem bękartem, choć na początku nawet nie wiedziałem, co to słowo oznacza. Babcia wytłumaczyła mi kiedyś, że bękart to to samo, co szczeniak. Zgadza się?

– Uwierzyłeś jej?

– Dlaczego miałem nie uwierzyć? Najważniejsze, że przestałem o tym myśleć.

Sam nie miał pojęcia, dlaczego mówi o tym obcemu mężczyźnie, po co wraca do traum, które prześladowały go przez lata. Może potrzebował tego oczyszczenia, właśnie teraz, w tych wyjątkowych okolicznościach, w miejscu pełnym duchów, demonów przeszłości i tajemnic?

– Czy mógłbym ci jakoś pomóc?

– Nie rozumiem pytania. Pan? – Chłopak uniósł brwi i zerknął na niego spod parasola – Niby dlaczego pan? Czy jest coś, o czym powinienem wiedzieć?

Stojący przed nim jegomość włożył ręce do kieszeni, wcisnął głowę w ramiona i spuściwszy głowę, wpatrywał się w czubki swoich skórzanych butów. Trwało to jakąś chwilę, nawet zbyt długą, bo Szymon zaczął się niecierpliwić. Wyciągnął z kieszeni zapałki i zapalił znicz, który cały czas dzierżył w dłoni. Postawił go na skraju płyty, potem przyglądał się, jak płomyk pełga niemrawo.

Mżawka na chwilę ustała, ale ich ubrania były już nią oblepione, ciemne od plam. Wyglądało na to, że mężczyzna cały czas waży myśli.

– A więc? – Szymon przerwał niezręczne milczenie. – Powinienem coś wiedzieć? – powtórzył z naciskiem.

Zawsze czuł, że ten ktoś stojący obok ma jakieś powiązanie z jego istnieniem. Tylko jakie? A może się mylił? Uznał, że wystarczy po prostu o to zapytać.

W odpowiedzi mężczyzna przytaknął, potem bąknął coś niezrozumiale. Nadal patrzył na szklące krople deszczu na szpiczastych noskach swoich butów, aż wreszcie podniósł głowę, spojrzał na Szymona i wziął głęboki oddech.

– No, cóż… – zaczął jakoś niezręcznie, co całkowicie do niego nie pasowało. Potem rozejrzał się dookoła, by sprawdzić, czy są zupełni sami. W odległości kilkunastu metrów nie było żywego ducha. – Jesteś już dorosły, więc…

Szymon zaskoczony uniósł brwi, zamknął parasol, strzepnął z niego krople wody, a potem spojrzał wyczekująco na rozmówcę.

– Zatem…

Wtem w kieszeni mężczyzny coś zawibrowało, a następnie ostry, ostrzegawczy dźwięk zakłócił im spokój. Mężczyzna zbladł, znieruchomiał, potem nerwowo sięgnął po prostokątne, wielkości niemal cegły urządzenie z antenką. Przytknął je do ucha i wysyczał:

– Nie teraz! Jestem zajęty!

Ale uniesiony głos po drugiej stronie sprawił, że człowiek ten znieruchomiał. Słuchał w ciszy i skupieniu, marszcząc co chwila krzaczaste brwi i ściągając w gniewie wargi.

– W takim razie niedługo będę! – rzucił krótko, wcisnął jeden z klawiszy, po czym wsunął przedmiot z powrotem do kieszeni.

Szymon spojrzał na niego pytająco. Słyszał już o telefonach komórkowych firmy Centertel, która niedawno weszła na polski rynek, ale jeszcze nigdy nie widział urządzenia z tak bliska. Musiał przyznać, że aparat zrobił na nim imponujące wrażenie.

Tymczasem stojący obok towarzysz wycedził:

– Diabli wzięli ten telefon! Jestem uwiązany jak pies na smyczy! Nawet chwili spokoju nie mam!

– Rozumiem, że musi pan wracać – oznajmił Szymon, pogodzony nagle z sytuacją. Sam nie wiedział, czy byłby gotowy na poznanie prawdy. Pewnie bolesnej, bo skrywanej przed nim latami. Czy to odpowiedni moment?

Mężczyzna westchnął ciężko.

– Dokładnie tak. Czy może w takim razie… – Urwał, patrząc na chłopaka pytająco.

Szymon otrząsnął się z zadumy i rzucił nieco kpiąco:

– Nie ma problemu. Czekałem tyle lat, mogę jeszcze zaczekać.

– Odezwę się do ciebie. – Nieznajomy chrząknął ledwie słyszalnie.

– A jak mnie pan znajdzie? Bo na coś takiego jeszcze mnie nie stać. – Gołębiewski zerknął znacząco na kieszeń mężczyzny.

Ten wyprostował się, uśmiechnął nieznaczenie, potem rzucił z wyczuwalną zuchwałością w głosie:

– O to się nie martw, chłopcze. Zostaw to mnie.

Szymon przytaknął zrezygnowany.

– Skoro tak… To do zobaczenia. Kiedyś tam… Może…

– Do zobaczenia! – rzucił mężczyzna, skinął na pożegnanie i poszedł.

Dlaczego pozwoliłem mu tak po prostu odejść? – myślał potem, stojąc jeszcze przy grobie i nie mogąc skupić się na modlitwie.

Ogarnęła go złość na własną niemoc – bo przecież powinien go zatrzymać i zażądać wyjaśnień. Tak niewiele dzieliło go od poznania prawdy o sobie samym. Ten mężczyzna musiał wiedzieć coś, o czym on nie miał pojęcia. Tylko co? Może znał jego ojca? A może to był jego brat? – kalkulował zawzięcie. Babcia Józefa wyrażała się o ojcu – Wiatr. Tak po prostu, jakby nigdy nie istniał, a on został cudownie poczęty.

Wiatr, wiatr, wiatr – powtarzał w myślach, coraz bardziej zrezygnowany, bo przecież wszystkie osoby, które znały prawdę o nim, leżały właśnie w tym grobie.

Bo chce się żyć

Na początku lat dziewięćdziesiątych Polska weszła w nową epokę. Po wydarzeniach związanych z Okrągłym Stołem stary porządek upadł. Przyszłość kusiła wizją wolności i dobrobytu, ale jednocześnie budziła niepokój – wszystko było nowe, niepewne i trudne do przewidzenia.

Ulice szybko się zmieniały: pojawiały się zachodnie samochody, prywatne sklepy, a w nich na półkach zagraniczne artykuły. Pierwsze oznaki kapitalizmu. Jednak za tą energią kryły się też trudności – upadek wielu zakładów pracy, rosnące bezrobocie i konieczność odnalezienia się w rzeczywistości, która dla większości była zupełnie obca.

„Świat należy do odważnych” – powtarzał nieustannie wujek Antoni, jakby chcąc wtłoczyć tę prawdę w serce Szymka. „Nie ma co oglądać się na innych, trzeba brać życie w swoje ręce”.

Szymek patrzył na niego z mieszaniną podziwu i niepewności. „A dokładnie co?” – pytał cicho, nie rozumiejąc, co to oznacza naprawdę. Miał dwadzieścia jeden lat, a czas w jego życiu zdawał się płynąć nierówno. W dodatku miał przed oczami chaotyczny kalejdoskop decyzji, których jeszcze nie potrafił podjąć. Niedawno ukończył szkołę samochodową, planował studia w wyższej szkole handlowej.

A jednak przekorny los zadecydował za niego. Jakoś w połowie zimy wracający z połowu ryb Antoni wpadł w poślizg. Jego Fiat dachował, a efektem tych akrobacji było złamanie kości piszczelowej. Dobrze, że tak to się skończyło – myślał Szymon, przerażony potencjalnymi konsekwencjami tego wydarzenia. Lekarz z pogotowia, który pierwszy obejrzał wujka, stwierdził, że niewiele brakowało, a nabawiłby się urazu kręgosłupa. Na szczęście skończyło się złamaniem nogi, wybiciem przedniej szyby i wgnieceniem dachu. Opuszczając szpital z usztywnioną kończyną, wujek stwierdził, że jego auto już i tak coraz częściej odmawiało posłuszeństwa, więc nadszedł czas, by kupić nowe.

W tych okolicznościach nie było szans, aby krewny wrócił do obowiązków w sklepie i chcąc nie chcąc, Szymon musiał te sprawy wziąć w swoje ręce. Odłożył więc ambitne plany dalszej edukacji na bok, mając na względzie przede wszystkim interesy wujka. A one szły jak nigdy dotąd. Jakiś czas temu Gminna Spółdzielnia ogłosiła upadłość i zmuszona była wyprzedać swój dobrostan. Prawo pierwokupu mieli dotychczasowi ajenci. Wujek skorzystał więc z okazji i nie zastanawiając się zbyt długo, wyciągnął swoje uzbierane przez lata oszczędności i wykupił prawa do sklepu wraz z budynkiem i niewielką działką, na której był posadowiony. Sklep stał się jego własnością, mógł więc nim rozporządzać, tak jak chciał.

Szymon wiedział, że opiekun potrzebuje jego wsparcia jak nigdy dotąd, zresztą – sam czuł, że musi wujka wesprzeć. Z uwagą słuchał jego rad i poleceń. Czuł, że świat stał się otwarty i pełen możliwości, ale wymaga od niego większej odwagi i determinacji. Każdy dzień był wyzwaniem i pytaniem o przyszłość, o to, kim ma być i dokąd zmierza. Wiedział też, że życie nagradza tylko tych, którzy gotowi są zaryzykować i zdecydują się zrobić pierwszy krok.

„To wszystko kiedyś i tak będzie twoje” – lubił mówić Antoni w przypływie szczerości, zwłaszcza po wypiciu zbyt dużej ilości alkoholu. „Dbaj więc o to miejsce jak o swoje własne”.

Szymon kiwał pobłażliwie głową. Nie myślał nigdy w ten sposób. W głębi jego serca tkwiło nadal Złotno. Czuł, że tam jest jego dom, jego mała ojczyzna, choć na ten moment utracona. Wierzył jednak w to, że któregoś dnia odzyska to wszystko, co kiedyś zostało mu odebrane. Co do majątku wujka – domu z obejściem i przejętego niedawno sklepu – nigdy, przenigdy, nawet w najśmielszych myślach nie sądził, że kiedykolwiek cokolwiek przypadnie jemu. Chłopak był wdzięczny bratu dziadka, że ten postanowił go przygarnąć i wychować. Niczego więcej nie oczekiwał. Antoni wprawdzie nie miał dzieci, miał jednak przyjaciół i dalszych krewnych.

„Niektórzy w twoim wieku mają już rodziny i dzieci” – rzucał nieraz strapiony senior, ale zaraz dodawał: „Ale nie myśl sobie, że mam o to jakieś pretensje. Nie każdy musi mieć od razu cały dom na głowie. Gderająca żona, gromadka rozwrzeszczanych dzieciaków, gdzie w tym wszystkim jest miejsce na rozwój?” – wzdychał. „Czasem, kiedy chcesz do czegoś dojść, musisz skupić się wyłącznie na pracy” – przekazywał Szymonowi prawdy, w które z pewnością sam wierzył. „Nie bój żaby, wujku!” – odpowiadał rozbawiony chłopak. „Jeszcze się taka nie narodziła, co by mnie usidliła!”.

Szymek miał za sobą kilka nic nieznaczących związków z dziewczynami, zupełnie jakby nie zakładał, że cokolwiek może się jeszcze udać. Po ciosie, który zadali mu Baśka i jego przyjaciel Maciek, długo nie mógł się otrząsnąć, a co gorsza – komukolwiek zaufać. Z tym miał największy problem. I choć raz wydawało mu się, że prawie się zakochał, szybko przekonał się, że to tylko zwykłe chwilowe olśnienie. Miała na imię Hanka, była śliczną szatynką z parą szmaragdowych oczu, w których mógłby zatracić się na zawsze. Jednak tak się nie stało. Związek zakończył się jak poprzednie, dlatego zwątpił w siłę swych uczuć i postanowił, że zamiast uganiać się za kolejnymi dziewczynami, całą energię i uwagę skupi wyłącznie na pracy.

Do sierocińca przy Aleksandrowskiej od tamtego feralnego popołudnia już nie zaglądał. Uznał, że ten etap życia ma już za sobą i czas ruszyć w inną stronę. Nie wiedział zatem, jak potoczyły się dalsze losy Baśki, Maćka czy nawet Kacpra i Zezola. I prawdę mówiąc, niewiele go to teraz obchodziło. Raz tylko na przystanku tramwajowym spotkał panią Katarzynę, która poinformowała go, że zarówno Basia, jak i Maciek opuścili już dom dziecka, otrzymawszy od państwa swoje pierwsze dorosłe lokum. I tyle. O więcej Szymon nie dopytywał. Postanowił zostawić to, tak jak jest. Dziwił się nawet sobie, że spotkał na swej drodze tyle fajnych dziewczyn, a taka jedna Baśka zawróciła mu skutecznie w głowie i nie mógł się opędzić od myśli o niej. Na początku każde wspomnienie bolało, jednak z czasem myślał o niej coraz mniej. A pewnego dnia obudził się rześki, lekki, pozbawiony ciężaru, który jeszcze niedawno w sobie nosił. I właśnie wtedy zrozumiał, że oto nastąpił kres tej głupiej miłości.

W sklepie Antoniego od kilku lat królowała pani Wiesia. To ona stała za ladą, kiedy Szymon załatwiał sprawy zaopatrzenia i bieżących dostaw. Na jego głowie były teraz rachunki, rozliczenia, podatki, czyli wszystko, co związane z prowadzeniem własnej działalności.

Wujek po feralnym złamaniu kości i długiej rehabilitacji zmienił nastawienie do życia. Mniej czasu poświęcał teraz pracy, więcej – przyjemnościom.

– Ech, za moich czasów było tego mniej! – skwitował z rozrzewnieniem, gdy Szymon zaprezentował mu całą księgowość. – Miała być wolność, a jest coraz większa biurokracja.

– Nie ma co narzekać, wujku! – łagodził chłopak. – Trzeba się tylko wdrożyć. Zawsze nowe przeraża, a później jest już tylko lepiej. Poza tym własność to nie ajencja.

– A jaka różnica? – żachnął się Antoni. – I tu trzeba się pilnować, i tu.

– No trzeba – przytaknął chłopak zgodnie.

– A jak tam Wieśka? – spytał, gdy już omówili wspólnie sprawy finansowe. – Nie spóźnia się, nie ma lepkich rączek?

– Pani Wiesia? Ależ skąd! To kobieta czysta jak kryształ – odpowiedział zgodnie z prawdą. – Mam do niej pełne zaufanie.

Wujek poklepał go po ramieniu, zajrzał ze zrozumieniem w oczy i oznajmił z powagą:

– Cieszę się, że jesteś z Wiesi zadowolony. Ja też nigdy nie miałem do niej zastrzeżeń. Dobra z niej kobieta, a w dodatku uczciwa. Ale pamiętaj, synu, że zaufanie musi być ograniczone. Każde, bez wyjątku.

– Dobrze, dobrze. Będę pamiętał – obiecał, patrząc mu w oczy.

Szymona nieco niepokoiło zachowanie opiekuna. Nigdy wcześniej nie widział go tak pozbawionego chęci do pracy. Noga, choć nadal pobolewała, zwłaszcza na zmianę pogody, już się zrosła. Ale tak jak kiedyś dzień bez sklepu był dla niego dniem straconym, tak teraz Antoni wolał rozgrywać partyjki tysiąca ze swoim starym przyjacielem Kaziem, jeździć z nim na ryby albo… spotykać się z Terenią. Ta kobieta, wdowa młodsza od niego o dziesięć lat, całkowicie zawróciła mu w głowie. Elegancka, na swój sposób ładna, pełna młodzieńczego wigoru. Mieszkała w jednym z domków tkaczy przy Wierzbińskiej, zaraz przy skrzyżowaniu z 11 Listopada. Zresztą jej świętej pamięci mąż był tkaczem, zostawił po sobie warsztat, który obecnie stał pusty. Ich jedyny syn, Karol, nie poszedł w ślady rodzica. Wolał pozostać niebieskim ptakiem, czyli tak naprawdę nikim, nad czym szczerze ubolewała. To zaczepił się gdzieś na budowie, to przyjął się do robót w polu, to znów upchnął dalej jakiś lewy towar. To, co robił, nie przynosiło dumy i chluby jego matce, nic więc dziwnego, że marzyła o ustatkowaniu się syna. Tymczasem Antoni gościł u niej coraz częściej. To na wieczornej herbatce, to na porannej kawie, to na niedzielnym obiedzie, to na sobotniej kolacji. Spożywali wspólne posiłki, spacerowali po okolicy, uczestniczyli we mszy świętej i odwiedzali znajomych. Zapowiadało się bardzo poważnie i starszy pan coraz częściej napomykał o ślubie. Ubierał się staranniej niż zawsze, częściej mył, golił, dbał o wygląd jak nigdy wcześniej.

Tak jak Szymona martwił brak zainteresowania Antoniego sklepem, tak cieszyło go, że wuj w jesieni życia odnalazł nareszcie prawdziwą miłość. Wuj co prawda twierdził inaczej, tłumacząc, że na wielką miłość jest już za późno, ale Tereska dobrze gotuje, jest schludna i zaradna, mają wspólne tematy do rozmów i na starość mogą być dla siebie oparciem – niemniej, rozglądał się już za pierścionkiem z prawdziwego złota.

Pewnego popołudnia wdowa po tkaczu wypowiedziała jednak słowa, które znacząco wpłynęły na bieg wydarzeń. Zjedli akurat kolację, kobieta zdążyła posprzątać ze stołu, następnie wyjęła z serwantki butelkę czerwonego wina swojej roboty i dwa kryształowe kieliszki. Usiadła naprzeciw Antoniego, upiła łyczek i rzuciła od niechcenia:

– Antoni, nie mógłbyś tak przyuczyć tego mojego Karolcia do handlu?

– Do handlu? – zdziwił się głośno zapytany. – Ale po co? Przecież twój syn nie zna się na sklepie.

– No… niby nie. Ale może kiedyś się pozna. Jak go przyuczysz, pokażesz co i jak, i może kiedyś, w przyszłości… – zająknęła się i spojrzała mu wymownie w twarz, mrużąc filuternie szaroniebieskie oczy. Zwykle lubił ten uśmiech, nieco szelmowski, pozbawiony kokieterii, jednocześnie niezwykle ujmujący, jednakże tym razem nie był to szczery, pogodny uśmiech, a raczej wystudiowany, podszyty wyrachowaniem grymas.

I to był właśnie ten moment, który zadecydował o ich dalszej przyszłości. Tego popołudnia Antoni Gołębiewski postanowił złożyć broń. Nie dopijając wina, wstał i pożegnał się z Teresą, nie umawiając się ku jej zdumieniu na kolejną herbatkę. Wyszedł cichutko, niepostrzeżenie zostawiając po sobie nieme zapytanie o to, co się stało. Ona wciąż nie rozumiała, że powiedziała za dużo, a on wiedział już wszystko.

Zawiedziony, rozżalony podstępnym losem, wrócił do domu, gdzie w kuchni zastał Szymka ślęczącego nad książką z rachunkami.

– Zostaw to, chłopcze, i nalej nam po kieliszku wina. Albo lepiej wódki – dodał, spoglądając na niego spod ściągniętych brwi.

– Wujku, stało się coś? – Przypatrywał się opiekunowi, jakby zobaczył ducha. – A właściwie dlaczego tu jesteś?

– A gdzie miałbym być?

– No… – Szymek podniósł głowę, zmierzył go wzrokiem i odruchowo podrapał się po brodzie, na której pojawił się rzadki, kilkudniowy zarost. – Chociażby u pani Teresy. Zawsze o tej porze… – Zamilkł, ponieważ krewny zgromił go wzrokiem.

– Mam do ciebie prośbę – rzekł powoli, ale jakoś dziwnie stanowczo. – Chłopak wbił w niego wyczekujący wzrok. – Nie wspominaj mi więcej o tej kobiecie, dobrze?

– Dobrze, ale czy coś się stało?

Starszy mężczyzna chrząknął niewyraźnie

– I tak, i nie. Pomyliłem się, tyle w temacie.

– Okej. – Szymon demonstracyjnie złożył przed sobą książkę – O nic więcej nie pytam, to nie moja sprawa. Miałem tylko nadzieję, że wujek poukłada sobie życie i będzie szczęśliwy.

Antoni prychnął gorzko

– Ja też miałem taką nadzieję. – Machnął ręką. – Ale żebyś sobie nie myślał. Jestem szczęśliwy. A jeszcze bardziej będę, jak jutro pojedziemy na ryby.

Szymek uśmiechnął się zakłopotany. Miał w planie coś zupełnie innego, chciał jechać z kolegami na giełdę samochodową. Pochodzić, pogapić się na samochody, zjeść pieczoną kiełbaskę. Ale wujkowi nie potrafił odmówić.

– Dobrze – odparł smętnie i na znak zgody pokiwał głową.

Przeżyj to sam

Kiedy Szymon pierwszy raz usłyszał utwór Przeżyj to sam, wiedział, że to właśnie pieśń o nim. Samotny w tłumie, poraniony od środka, a jednak myślący samodzielnie, walczący ze znieczulicą i dążący wszelkimi sposobami do wyznaczonego wcześniej celu. Jałowa egzystencja nie leżała w jego naturze. Już wkrótce ten song zaczął królować we wszystkich łódzkich dyskotekach, a przy jego przejmującej melodii i mocnych słowach obściskiwało się tysiące par, padło mnóstwo wyznań, oświadczyn, doszło do wielu aktów miłosnych. Utwór stał się nie tylko kultowym hitem lat osiemdziesiątych, ale przede wszystkim hymnem, manifestem młodych ludzi w czasach ogarniętych walką o wolność słowa i niezależność. A on w pewnym sensie stał się ofiarą tego utworu.

„Przeżyj to sam, nie zamieniaj serca w twardy głaz” – dudniły mu po wielokroć słowa piosenki, kiedy wczesnym rankiem jechał na Zjazdową zrobić zaopatrzenie do sklepu.

Owszem, pogodził się z porażką, odrzuceniem, ale nigdy nie pogodził się z upokorzeniem. Tak trudno mu było teraz zaufać, dlatego kiedy zaczynał angażować się w związek, kończył go w momencie, gdy musiał się zadeklarować. Anka, Beata, Monika, Gośka… Każda z nich miała to coś, ale żadna nie skradła jego serca w całości. Nieustannie szukał, nieustannie za czymś desperacko gonił, na próżno usiłował w nich znaleźć podobieństwa do Baśki. Dlaczego ona? Dlaczego tak bardzo zapadła w mu w pamięć i serce?

Pewnego razu wujek, będąc pod wpływem alkoholu, przytoczył mu słowa piosenki Budki Suflera: „Nie wierz nigdy kobiecie”. A potem opowiedział o wielkim miłosnym zauroczeniu, które skończyło się rozczarowaniem, rozwodem, a następnie życiem w pojedynkę. Nigdy się po tym nie pozbierał, choć próbował wiele razy ponownie zaufać kobiecie. Mimo wielu prób nie udało się.

– Rób tak, żeby tobie było dobrze – napomniał, dopijając butelkę do dna.

Siedzieli przy stole w kuchni wypełnionej gęsto gryzącym dymem z papierosów. Obaj palili, obaj zdecydowanie za dużo.

Ale przecież Szymon, gdzie się nie obejrzał, widział szczęśliwe, zakochane pary, związane ze sobą od wielu lat. Może nad naszym rodem wisi jakaś klątwa? – pomyślał wówczas bojaźliwie, wspominając mimochodem babcię Józefę.

Bez względu na wszystko postanowił brać życie za rogi i cierpliwie czekać na właściwy moment. Marzył o swoim pierwszym razie z miłością swego życia. Nie spodziewał się jednak, że za jego pierwszy raz odpowiedzialny będzie utwór Przeżyj to sam.

To był wieczór jak wiele innych w dyskotece w ŁDK. Nastał gorący sierpień, toteż w środku panowała duszna, lepka atmosfera. Młodzież wypełniła salę, pary bujały się w objęciach w rytm dudniącej z głośników muzyki. Raz było rockowo, innym razem romantycznie, podniecająco, tak oszałamiająco, dziwnie i… Szymon zatańczył już z kilkoma dziewczynami, które przybyły tutaj w poszukiwaniu swojego szczęścia. Pora roku sprzyjała, dziewczyny były ubrane w zwiewne sukienki, miały odsłonięte uda, dekolty, ramiona. Niektóre pachniały uwodzicielsko i były spalone na brązowo. Jedna z nich wpadła mu w oko. Pomyślał, że zaproponuje jej, że odprowadzi ją do domu. Ale kiedy zerknął na nią stojącą w kącie w towarzystwie koleżanki, dostrzegł inną. Tamta przyglądała mu się z zaciekawieniem przez błyski lamp. Głowę miała przechyloną, a we wzroku coś tak magnetycznego, aż poczuł ciary na plecach. A kiedy wyciągnął rękę w jej stronę, ona ochoczo mu ją podała. I potem stało się to – popłynął kultowy już hymn, a on zapadł się w tej pieśni na amen. Zapadł się też w jej ciele – miękkim, ciepłym, takim obiecującym. Ona tuliła się do niego, wpiła paznokcie w jego skórę, a wargami musnęła policzek i fragment szyi. I wtedy znów to poczuł – ten wyjątkowy stan, tę dziwną słodycz w lędźwiach, to wibrujące, doprowadzające do granic wytrzymałości napięcie.

Utwór płynął, zalewał ich swoją falą uniesienia, a oni najpierw spojrzeli na siebie wymownie, potem, trzymając się za ręce, wydostali się z zatłoczonej sali. Zbiegli na dół, do pomieszczeń, gdzie były toalety, zabarykadowali się w jednej z nich i tam dokonali wspólnej inicjacji. Było szybko, bezboleśnie, ale Szymon poczuł, jakby nagle wystrzelił z własnego ciała i znalazł się wysoko nad dachami budynków. A potem ta błogość, ten wyjątkowy stan, którego wcześniej nie znał. Ona zaśmiała się krótko po wszystkim, następnie urwała kawałek papieru z rolki zawieszonej na uchwycie i mu podała. Aż dziw, że tam był. Sama też dokonała aktu samooczyszczenia, wrzucając brudny papier do sedesu. Dziwne to wszystko było, odarte z intymności, a jednocześnie zbliżające ich do siebie bez tego wcześniejszego poczucia wstydu i zażenowania. Zrobił to, co mu kazała, po czym pośpiesznie wciągnął spodnie. Ona zapięła guziki bluzki, które rozpiął w szale podniecenia. Z żalem pomyślał o krągłościach jej twardych piersi, które jeszcze przed kilkoma sekundami pieścił palcami. A potem pomogła mu doprowadzić się do porządku.

– Wyjdę pierwsza – oznajmiła konspiracyjnie. – Bo to zdaje się, hmm… męska toaleta – mruknęła mu do ucha.

– Dobrze – zgodził się. – Spotkamy się zatem na górze.

Znów się uśmiechnęła, przesunęła palcem po jego ogolonej brodzie.

– Fajny jesteś, wiesz?

Przytaknął bezradnie, bo nie wiedział, co powiedzieć. Cóż, komplement sprawił mu radość, ba, dumę nawet, ale w tym momencie… zatkało go.

Potem odwróciła się na pięcie, obciągnęła krótką spódnicę, poprawiła bluzkę i wyszła z kabiny. Odczekał chwilę, a kiedy wrócił na górę, już jej nie było. Na próżno szukał jej w tłumie, na próżno wypytywał. Potem jeszcze kilka razy wracał do dyskoteki, licząc na to, że ją spotka. Zniknęła jednak z jego życia tak szybko, jak się pojawiła. Nawet nie zapytał jej o imię. Ale później ilekroć słyszał ten utwór, wracał pamięcią do tajemniczej dziewczyny i swojego pierwszego razu w kabinie publicznej toalety.

*

Kumpel ze Złotna, Jurek, zaprosił Szymona na domówkę. Podobno poznał jakąś dziewczynę z Bałut, „niezłą laskę” – jak określił – i chciał, żeby się poznali. Gołębiewski nie pytał, dlaczego akurat on, było mu to obojętne. Najważniejsze, że imprezka stanowiła szansę na odnowienie znajomości z chłopakami ze Złotna. Wprawdzie nie kopali już piłki, ale mieli przecież inne wspólne zainteresowania – samochody, motocykle…

A zaczęło się od przypadkowego spotkania. Jerzy pojawił się w sklepie wujka, by kupić dwie paryskie bułki, kostkę topionego serka i kefir. Przyjechał do Aleksandrowa w interesach. Jak się później okazało, nie miał bladego pojęcia, że Szymek pracuje w tym sklepie niemal codziennie. Ba – że mieszka w Aleksandrowie Łódzkim i to całkiem niedaleko. Coś tam słyszał, coś mu się obiło o uszy, ale wiedza na temat życia kolegi rozpłynęła się zaraz po tym, jak ich drogi się rozeszły. A było to wiele lat temu. I gdyby nie to spotkanie, to kto wie.

– Hej, stary! – rzucił z niedowierzaniem na powitanie. – To naprawdę ty?

Stał akurat przy ladzie, gdzie po drugiej stronie obok ubranej w fartuch obsługującej go miłej ekspedientki pojawił się nie kto inny jak sam Szymon Gołębiewski. W granatowej bluzie, dżinsach i starannie zaczesanych do tyłu włosach. Grzywę nadal miał długą i co jakiś czas odgarniał ją wyćwiczonym przez lata energicznym ruchem głowy. Dość wysoki, nadal szczupły. W jego twarzy sporo się zmieniło. Rysy nabrały wyrazistości, a spojrzenie głębi i pewności siebie.

Szymek uśmiechnął się od ucha do ucha.

– Jurek? – wykrzyknął, nie kryjąc radości. – Nie wierzę!

– Ja też! – oznajmił kolega, pakując skromne zakupy do siatki. – Masz chwilę?

– No pewnie! Jeszcze pytasz?

Gołębiewski szepnął coś do ucha pani Wiesi, po czym pochylił się nad podłogą, wyciągnął ze skrzynki dwie butelki z napojem i stukając szkłem o szkło, popychając umocowane na zawiasach drzwiczki, sprawnie opuścił część handlową. Chwilę później był już po drugiej stronie lady. Na przypieczętowanie spotkania wyciągnął rękę i potrząsnął nią energicznie.

– Miło cię widzieć, Jurek. Kopę lat! Chodź na zewnątrz! Napijemy się Coca-coli!

Niedługo później stali pod sklepem obok zaparkowanego pod drzewem Poloneza koloru zielonego, którym przyjechał kolega. Na początku mierzyli się wzrokiem, próbując w wyrośniętych, dojrzałych młodzieńcach dojrzeć samych siebie sprzed lat.

– Dobrze wyglądasz! – stwierdził po chwili Szymek, nie przestając przyglądać się koledze. Jurek miał na sobie błękitne teksasy i modny sweter z szetlandu. – Twój? – zapytał, klepiąc auto po masce.

– Nie, skąd! – Kolega się skrzywił. – Mojego szefa. Przyjechałem dostarczyć zamówienie. Tutaj niedaleko, na Rudę Bugaj. Mają tu jakąś hurtownię. Mnie jeszcze na nic takiego nie stać.

– R-rozumiem… – przytaknął Szymek, jąkając się jak zawsze, gdy był czymś zdenerwowany albo po prostu przejęty. Wyciągnął do kolegi butelkę z ciemnym, chłodnym napojem. – Otworzysz?

– Jasne! – Jurek się zaśmiał. Tylko on z całej grupy umiał otwierać kapslowane butelki bez użycia otwieracza.

– Gdzie pracujesz?

– Na razie u prywaciarza. W sitodruku.

– A k-konkretnie?

Jurek był dumny.

– Na Traktorowej. To prywatna posesja. W podwórku znajduje się budynek gospodarczy, a w nim warsztat. Nic takiego, stół, trochę sznurków, sita… – wyliczał bez emocji. – Facet ma głowę do interesów.

– Masz na myśli swojego szefa?

– Tak, mówię ci. Kasa płynie do niego strumieniem. Zamówienia przychodzą z całej Polski.

– A c-co robicie?

– Drukujemy koszulki, śpiochy, kaftaniki… Nic wielkiego.

– S-serio?

– W życiu byś nie uwierzył, takie proste to wszystko, a nawet prymitywne, ale… – zrobił gwałtowny wymach – szmal ma z tego niesamowity! – Jurek upił kilka łyków coli i cmoknął z zadowoleniem. – Serio, a do tego dobrze płaci. Pracowałem w farbiarni na trzy zmiany, harowałem jak dziki osioł i nic z tego nie miałem. Od kiedy poszedłem pracować do Grabowskiego, mam przynajmniej konkretny szmal. A w dodatku do roboty rzut kamieniem.

– No tak. – przytaknął Szymon, upijając kolejny łyk. Gazowany, słodki napój przyjemnie musnął go w podniebienie. – Z-zrozumiała sprawa. A co u reszty?

Jurek oparł się pośladkiem o zderzak i mrużąc oczy, wystawił twarz ku słońcu.

– Jacek studiuje, a po wykładach dorabia u swojego ojca, który, jak pamiętasz, ma swój warsztat samochodowy w podwórku. Całkiem nieźle im się wiedzie. Młody co rusz zmienia auta, wiesz, jak to jest, jak stary nadziany…

Szymek uśmiechnął się z przekąsem.

– W sumie to nie – odparł z powagą.

– No tak. Ja też nie. Tak czy siak, jest dobrze. Gorzej u Darka. Jego starzy nadal mieszkają razem i nadal się awanturują. Darek wyremontował sobie mieszkanie na strychu, pracuje w Verze. Nie narzeka. A ty? – Kolega obrzucił go zaciekawionym spojrzeniem, jednocześnie sięgnął do kieszeni po paczkę Marlboro, którą wysunął w stronę kolegi. – Bo wydaje mi się, sądząc po tym, jak wyglądasz, chyba nieźle…

Szymek przytaknął, częstując się papierosem. Po chwili palili obaj, zaciągając się z upodobaniem dymem.

– Nie narzekam. Wujek Antoni t-to f-fajny gość. Dużo mu zawdzięczam.

– To jego sklep?

– T-tak. Odkąd miał wypadek, zastępuję go. Miałem iść na studia, ale póki co zarzuciłem plany. Może kiedyś…

– Po co ci te studia? – wtrącił żywo Jurek. – Nie wystarczy, że masz dobrą robotę? Bo rozumiem, że stary ci płaci?

Szymek spojrzał na kolegę z lekkim oburzeniem.

– Wiesz, studia by się przydały. Sama robota i kasa to nie wszystko. Ale z-zaczekam, na resztę przyjdzie czas.

– Teraz to jest czas na zabawę i panienki! – skonkludował Jurek. – To jest życie, a nie tam jakieś studia. Młodość ma się tylko jedną.

– A c-co z Aśką? – spytał Gołębiewski. – S-spotykaliście się kiedyś.

Chłopak westchnął i niedbale machnął ręką.

– Wiesz, jaka jest Aśka. Ciągle tylko szuka nowych wrażeń. Rzuciła mnie dla jakiegoś piłkarza. – Wygiął lekceważąco wargi. – Ale niczego nie żałuję. Mam teraz fajniejszą laskę. Zresztą… Chciałbym, żebyś ją poznał. W sobotę robię w domu małą imprezkę. Mama akurat wyjechała na wycieczkę zakładową. Gdzieś w góry czy coś. Chata wolna, więc wiesz… – Mrugnął do niego konspiracyjnie. – Masz ochotę przyjść? Chłopaki też będą.

– Chętnie.

– W takim razie umówieni! – rzucił z zadowoleniem kumpel. – Adres znasz! Zaczynamy wieczorem! O której się zjawisz, będzie dobrze.

– Spoko! Coś mam przywieźć?

Tamten zaśmiał się wymownie.

– Jakieś procenty by się przydały.

– N-nie ma sprawy. W takim razie widzimy się w sobotę.

Wyciągnęli ręce na pożegnanie i wymienili uściski. Chwilę potem Jurek spojrzał na zegarek i przeklął siarczyście.

– Cholera! Zostało mi tylko pięć minut. Spadam!

– Do z-zobaczenia! – rzucił ponownie Szymek, patrząc, jak kolega pośpiesznie ładuje się do auta.

*

Śnieg topniał, tworząc brudne, szare kałuże, które zbierały się przy krawężnikach ulicy 1 Maja. Na popękanych betonowych płytach chodnika widać było mokre ślady po deszczu. Szymon stanął przed sklepem wujka Antoniego i patrzył na wyblakły szyld: SKLEP WIELOBRANŻOWY. Litery były krzywe, a farba łuszczyła się całymi płatami. Jeszcze kilka lat temu nikt by na to nie zwrócił uwagi. Teraz, w tych nowych czasach, wszystko zaczynało mieć znaczenie. Pchnął ciężkie, drewniane drzwi, które zaskrzypiały przeciągle, i wszedł do środka. Uderzył go znajomy zapach – mieszanka mydła, proszku do prania, kiszonej kapusty, parzonej kawy i papierosowego dymu, który przez lata wgryzł się w ściany.

– Szymek, to ty? – odezwała się zza lady pani Wiesia.

Siedziała jak zawsze w tym samym miejscu, w granatowym fartuchu, z włosami związanymi w ciasny kucyk. Przed nią rozpościerała się lada z porysowanego laminatu, a za jej plecami regały z półkami, na których stały równo poukładane konserwy, cukier w papierowych paczkach, słoiki z kompotami, wódka, wino i pozostały asortyment. Cały świat zamknięty w jednym pomieszczeniu.

– Ja, pani Wiesiu! – odpowiedział Szymon, zdejmując kurtkę. – Przywiozłem nową dostawę towaru.

– Dobrze, bo ludzie już pytają! – mruknęła z zadowoleniem. – A nie tak dawno wujek dzwonił. Skarżył się, że noga wciąż boli. Nie chce się gadzina zrastać, oj nie! – dodała z nieukrywanym żalem. Wolała, kiedy wuj tu rządził, lubiła rozmowy z nim i wszelkie ustalenia.

Szymon nie skomentował tych słów, tylko skinął głową. To, co powiedziała pani Wiesia, troszkę mijało się z prawdą. Bo o ile noga nadal bolała, to nie na tyle, by zrezygnować z innych przyjemności, takich jak łowienie ryb czy spotkania z kumplami przy kartach i wódeczce. Kiedyś sklep był całym życiem wuja, a teraz nagle wszystko się zmieniło. A może tak musiało być – przemknęło mu przez myśl, a potem odstawił skrzynki i przeszedł się między regałami. Patrzył na to wnętrze inaczej niż zwykle. Nie jak na miejsce pracy, ale jak na coś, co można by było… zmienić.

Lada ciągnęła się przez pół sklepu, tworząc granicę nie do przekroczenia. Klient i sprzedawca. My i oni. Wszystko trzeba było pokazać palcem, wszystko musiała podać pani Wiesia. Każdy zakup był rozmową, kolejką, czekaniem. Ale czy o to do końca chodzi? Podrapał się odruchowo po brodzie, bo nagle przyszło mu coś do głowy. W zasadzie myślał o tym od jakiegoś czasu, ale dopiero teraz pomysł zaczął się krystalizować.

– Pani Wiesiu – odezwał się po chwili.

– Tak?

– A pani sobie wyobraża… żeby tu nie było lady?

Pani Wiesia podniosła zdumiona brwi i zmrużyła oczy.

– Jak to: nie było?

– No… żeby ludzie sami chodzili między półkami. Brali towar do koszyków. Jak w Centralu na przykład…

Zapadła cisza.

Dzwonek nad drzwiami zadźwięczał, ktoś otworzył drzwi, ale nie wszedł. Pani Wiesia nawet nie drgnęła.

– Koszyków? – powtórzyła powoli z niedowierzaniem. – Ty chcesz, żeby ludzie sami sobie brali towar?

– Tak.

– I co? I nie będą kraść?

– Będą kraść i tak – odpowiedział spokojnie Szymon. – Teraz też kradną. Tylko że inaczej.

Pani Wiesia prychnęła.

– Szymek, to nie Central. To Aleksandrów. Tu ludzie przychodzą pogadać, zapytać, postać. Tu się zna każdego.

– Właśnie dlatego – powiedział cicho. – Bo tu się zna każdego. A czasy się zmieniają.

Popatrzył na półki, na sufit, na lampy jarzeniowe, które brzęczały cicho. Wyobraził sobie rzędy regałów, przejścia, koszyki, klientów chodzących swobodnie po sklepie.

– My nie jesteśmy już w PRL-u – dodał w zamyśleniu – Teraz każdy robi coś po swojemu.

Pani Wiesia spojrzała na niego z mieszaniną zdziwienia i niepokoju.

– A wujek?

Szymon zawahał się i obrzucił ekspedientkę enigmatycznym spojrzeniem.

– Wujek jeszcze nie wie.

– No to jak się dowie, to mu ta zdrowa noga też pęknie z żalu – mruknęła pod nosem.

Naprawdę jest aż tak źle? – pomyślał nieco rozczarowany, ale nie powiedział tego głośno. Uznał, że to rewelacyjny pomysł. I nie rozumiał, dlaczego tej kobiecie zabrakło entuzjazmu.

Drzwi znów się otworzyły. Weszła ich stała klientka, pani Barcikowska. W serdaku, chustce pod brodą i szalem w kratę otulającym szerokie ramiona. W ręku trzymała siatkę na zakupy.

– Dzień dobry! – powitała ich nieco skrzekliwym głosem.

– Dzień dobry! – odpowiedziała automatycznie pani Wiesia, przenosząc wzrok na przybyłą.

Szymon cofnął się pod ścianę. Patrzył, jak kobieta wskazuje palcem produkty, jak pani Wiesia je podaje, jak wszystko odbywa się według starego, utartego przez lata schematu. Od dłuższego czasu, a właściwie od jednej wizyty w domu handlowym Central, gdzie skorzystał z zakupów w samoobsługowym dziale spożywczym, różne koncepcje rozsadzały mu głowę. Czuł wewnętrzny głód, chęć zrobienia czegoś innego. Zmienia się świat, zmieniają się stereotypy. Oczywiście wszystko wymaga odwagi, pracy, zaangażowania, ale on był młody, silny i się nie bał. Raczej odwrotnie – bał się, że jak nie zrobi teraz nic, już nigdy nie ruszy do przodu i będzie całe życie dreptał w miejscu. Musi więc wykonać ten krok, inaczej szansa na coś ważnego ucieknie mu sprzed nosa.

I nagle zobaczył to wyraźnie: sklep, regały, koszyki, kręcących się ludzi. Tę granicę między starym światem a nowym. Między kolejką a wyborem. Między proszeniem a decydowaniem.

Wyszedł na zaplecze, gdzie stało zniszczone, porysowane biurko wujka Antoniego. Na nim zeszyty, rachunki, notatki, długopis na sznurku. Nad zakratowanym oknem pod sufitem, skąd w ciągu dnia wpadała do środka jasna struga światła, rozgościła się utkana z kurzu pajęczyna. Uśmiechnął się sam do siebie i usiadł. Wysunął szufladę i wyciągnął z niej zeszyt w kratkę. Znalazł czystą kartkę i narysował na niej prostokąt, który podzielił na mniejsze części – sklep, zaplecze i magazyn. W głównej części małymi prostokątami zaznaczył regały, krótką ladę z kasą i koszyki przy wyjściu.

Patrząc długo na ten rysunek, odkrył w sobie ogromną ekscytację. I wiarę w to, że może coś stworzyć, że to miejsce może być inne od pozostałych. Że on sam może być kimś innym niż tylko bękartem, jąkałą, którego wujek przygarnął po odejściu najbliższych członków rodziny. To było coś, czego nie czuł nigdy wcześniej, rozsadzająca go od środka energia i domagający się uwagi wewnętrzny głos.

Świat się zmieniał. A on stał dokładnie na jego progu, nie wiedząc jeszcze, co robić. Podniósł się, przeszedł się po pomieszczeniu, następnie wyszedł na zewnątrz drzwiami od zaplecza, gdzie stały pod ścianą piramidy pustych skrzynek i kosz na śmieci. Z wnętrza dochodził gwar sklepu, rozmowy, brzęk monet.

Zaczerpnął głęboki haust rześkiego powietrza. Ulicą 1 Maja z głuchym warkotem przemieszczały się samochody, wozy, ciągniki. Podniósł wzrok. Niebo lśniło w promieniach słonecznego poranka, błękit raził. Zakrył oczy ręką i odetchnął pełną piersią. Poczuł nagle, że świat wita go z otwartymi ramionami.

*

Stąpając na palcach po dywanie, Szymon zbliżył się do fotela, w którym rozparty wygodnie siedział wujek Antoni. Dochodziła dwudziesta, na ekranie telewizora pojawiła się ubrana w granatową sukienkę Jolanta Pieńkowska prowadząca wieczorne wiadomości, które krewny z upodobaniem śledził, chcąc dowiedzieć się o bieżących problemach w kraju. Tego dnia dziennikarka mówiła o spadku inflacji, wzrostu ceny dolara w stosunku do złotego, rozwoju sektora prywatnego i rynku gospodarczego w Polsce.

– Wujku? – Chłopak delikatnie dotknął ramienia mężczyzny nie chcąc go wystraszyć. Odbiornik był już stary, czarno-biały, ponadto ostatnimi czasy wujek miał problem ze słuchem, toteż głos ustawiony był na cały regulator.

Starszy mężczyzna drgnął zaskoczony. Wyglądało na to, że wcale nie oglądał, tylko drzemał.

– Która to godzina? – rzucił zdezorientowany, rozglądając się dookoła, stwierdzając mimochodem, że za oknem zapadł zmierzch, a w pokoju panuje półmrok.

– No, lecą właśnie wieczorne wiadomości – wyjaśnił Szymek, uśmiechając się pod nosem.

Chwycił stojące nieopodal krzesło i usiadł obok.

– Aaa, to już późno. Tak jakoś… zrobiłem się senny. Pewnie po tym jedzeniu. Przesadziłem chyba z kapustą… – tłumaczył się nieporadnie Antoni, zdając sobie sprawę z tego, że drzemanie przed włączonym odbiornikiem stało się w ostatnim czasie niemal codziennym rytuałem. – Myślałem, że jesteś na randce. Kiedy wróciłeś?

– Jakąś godzinę temu…

– To co robiłeś przez ten czas?

– Myłem i odkurzałem auto. Deszcze padały, błoto było, a Azor ostatnio tak linieje…

– No, tak… Ale co zrobić? Stary już jest. – Antoni westchnął ciężko. – Takie prawo natury. Ja też już jestem stary…

– Ty, wujku? Ależ skąd! – zaprzeczył Szymon. – Dla niego wujek był wciąż taki sam. Mimo łysiny, siwizny, starczych plam na skórze. Dalej emanował energią i tężyzną fizyczną. Może nie taką jak kilka lat temu, kiedy się poznali, ale wujek wciąż był krzepki i silny.

– Ech, co ty, młody, możesz o tym wiedzieć! – przekomarzał się Antoni, prostując odruchowo plecy. Stęknął przy tym.

– Napijemy się herbaty, wujku? Chciałbym ci o czymś powiedzieć.

– Chętnie. Tutaj czy w kuchni?

– To może w kuchni – zaproponował Szymon i wstał.

– Czyżbyś chciał mi powiedzieć o ślubie? – Antoni się zaśmiał.– Tajemniczo to jakoś zabrzmiało.

– Nieee. O ślubie nie. Ale o sklepie.

Chwilę później siedzieli przy stole, a w czajniku – niedawnym zakupie wujka na lokalnym ryneczku – na kuchence gazowej grzała się woda. Czekając, aż gwizdek zacznie hałasować, chłopak przygotował dwie szklanki w metalowych koszyczkach. Potem wyciągnął z kieszeni grubą, opasłą kopertę i położył na blacie pokrytym ceratą w kratę.

– Co to? – zdziwił się Antoni, patrząc nieufnie na kopertę.

– Utarg z ostatniego miesiąca. – odparł Szymon, nie kryjąc dumy. – Przelicz.

Mężczyzna chrząknął i mrugnął filuternie okiem.

– Myślałem, że jestem już po robocie – próbował ironizować, śliniąc odruchowo palce. Papierki szeleściły pod jego dotykiem, kiedy przeliczał je dokładnie i odkładał na równe kupki.

– No, no! – oznajmił po chwili – Jestem pod wrażeniem.

– Ja też – pospieszył z odpowiedzią Szymek. – Dlatego uważam, że powinniśmy wprowadzić zmiany.

– Zmiany? Jakie zmiany, chłopcze? I po co, skoro jest tak dobrze?

Szymon wziął głęboki oddech. Postawił na stole dwie herbaty i na powrót usiadł na krześle. – Cóż… cz-czasy się zmieniają, r-rynek robi się c-coraz bardziej wymagający. Musimy wyjść naprzeciw zapotrzebowaniu klientów. Jeśli teraz tego nie zrobimy, zrobią to za nas inni.

– Jak na przykład? – Mężczyzna sięgnął po cukiernicę, zanurzył w niej łyżeczkę i wsypał dwie porcje do szklanki. Zamieszał energicznie, uderzając o ścianki naczynia.

– S-sklep samoobsługowy.

– Czyli jaki?

– No, wie wujek… koszyki, odpowiednie zaopatrzenie… Musielibyśmy przemeblować cały sklep, a najlepiej trochę odnowić.

Antoni westchnął ciężko, potem popatrzył na krewniaka i wyciągnął rękę. Poklepał go po ramieniu i potrząsnął brodą.

– Cały czas mnie zaskakujesz. Cały czas…

– T-to źle?

– Źle? Ależ nie! Ale, z drugiej strony, czy dobrze tak wszystko wywracać do góry nogami?

– Zaraz do góry nogami… – odparł nieco urażony Szymon, drapiąc się za uchem. – Ale oczywiście, jeśli wujek się nie zgadza… t-to dam sobie spokój.

– Nic takiego nie powiedziałem! – zaprotestował wuj, wbijając w niego wzrok. – Po prostu jestem zaskoczony. Wytłumacz mi na spokojnie, co chcesz zrobić, a ja się zastanowię i podejmiemy wspólną decyzję. – A teraz… – Pochylił się nad plikiem banknotów i odliczył znaczną część. Potem położył przed Szymkiem odliczoną kwotę. – Dla ciebie sześćdziesiąt procent, dla mnie czterdzieści.

– D-dlaczego aż tyle?

– Zasłużyłeś, chłopie! Kup sobie coś! Najlepiej samochód! Potrzebujesz mieć swój. Masz teraz tyle spraw na głowie!

– Ale… w-wujku. – Szymek zaciął się i przełknął głośno ślinę. – To twój sklep, ja t-tylko p-pomagam…

Wujek uśmiechnął się pod nosem.

– I tak, i nie.

I jakkolwiek to zabrzmiało, Szymon poczuł się naprawdę doceniony.

*

Antoni Gołębiewski zaparzył sobie kawę po turecku, usiadł przy oknie i wyciągnął z leżącej na stole paczki papierosa. Zamyślił się, zaciągając się głęboko. Ostry, gryzący dym wypełnił powietrze.

– W-wujku, nie za późno na kawę? – zdziwił się Szymon, wchodząc do kuchni. Czuł się zmęczony po całym dniu pracy, ale jednocześnie usatysfakcjonowany. Wiele udało mu się dziś załatwić, jak chociażby nowe artykuły, które wprowadził do sprzedaży. Jednym z nich była hermetycznie pakowana kawa …Jednak o reszcie będzie musiał porozmawiać z Antonim. – Zaraz wieczór, nie będziesz mógł spać w nocy.

Nalał sobie do szklanki wody z czajnika, następnie odsunął krzesło i klapnął ciężko na siedzisku. Azor, który nie odstępował go na krok, rozłożył się tuż obok jego nogi.

– Na mnie tak kawa nie działa – odparł wesoło Antoni. – Wręcz mnie usypia. Poza tym… lubię sobie wypić kawę. Co zrobić?

– Oj, wujku, wujku. To już l-lepiej było, jak chodziłeś na randki z panią Teresą. P-przynajmniej ona o ciebie d-dbała. I pilnowała.

Mężczyzna roześmiał się z przekąsem.

– A skąd ty to możesz wiedzieć? Akurat z tym pilnowaniem bywało różnie.

– No… – Szymek się pogubił. – Byłeś wtedy… jakiś inny…

– Inny, czyli jaki?

– No, bardziej z-zadowolony?

– Owszem… przez jakiś czas – odpowiedział ponurym głosem senior, jednocześnie strzepnął popiół do popielnicy.

– Myślałem, że byłeś z nią szczęśliwy – stwierdził po chwili chłopak i wyciągnął rękę nad stołem. – Poczęstujesz?

– Wiesz, że nie powinienem. – Wujek zmarszczył brwi i pokręcił z ubolewaniem głową. – Sam nauczyłem cię palić. Nie do wiary!

– Oj tam, oj tam! – Szymek się zaśmiał. – W-wszyscy teraz palą! Taka moda! Nic nie z-zrobisz, wujku! Zasada jest taka. Chcesz c-coś wiedzieć, musisz palić, bo w palarni są zawsze ci, co mają najwięcej do powiedzenia!

– No, no! – Mężczyzna pokręcił głową. – A to się dopiero porobiło, kto by pomyślał? Jednocześnie zerknął na dwa pożółkłe szale zasłon sięgające parapetu zastawionego kaktusami i westchnął ciężko.

– No cóż… a wyprać nie ma komu. Kobieta by się przydała.

– Sam jutro wypiorę! – oznajmił Szymon. – To nie problem. Poza tym… – wypuścił z ust smugę siwego dymu – pomysł już przecież mam! Jak wypali, s-stać nas będzie na sprzątaczkę!

– A to ci się dopiero marzy! – Antoni pokręcił głową. – Wysoko mierzysz!

– Jak s-spaść, to z wysokiego konia!

Antoni strzepnął ponownie popiół do popielniczki, po czym spojrzał uważniej na chłopaka.

– Pozwól, że ci coś powiem.

Szymon przytaknął zakłopotany. Nerwowo zaciągnął się papierosem. Nagle zorientował się, że może trochę przeholował z tym ostatnim pomysłem na samoobsługę. Dobrze jest mieć marzenia, ale w końcu to nie był jego sklep. Zrobiło mu się głupio.

– T-tak, wujku? Zamieniam się w słuch.

Mężczyzna poprawił się na krześle, zgasił papierosa, po czym spojrzał mu z powagą w oczy. Chrząknął.

– Podjąłem decyzję, Szymonie.

– D-decyzję? Jaką decyzję?

– Ano. Do notariusza czas pójść!

– Do notariusza? – zdziwił się głośno młody, na co leżący obok Azor zareagował gwałtownym zerwaniem się z podłogi. – A-ale p-po co?

Wujek uśmiechnął się kącikiem ust.

– Zapis trzeba zrobić.

– Jaki z-zapis? – Chłopak nie przestawał się dziwić.

– No taki, żebyś stał się właścicielem domu, sklepu, tego wszystkiego… – Antoni Gołębiewski podniósł rękę i wykonał w powietrzu szeroki wymach.

– Ja? – Szymon wytrzeszczył oczy. – Jak to? A w-wujek?

– Ja? – Mężczyzna potrząsnął głową i uśmiechnął się ironicznie. – Cóż, mnie wystarczy dożywocie. Mam nadzieję, że nie wyrzucisz starego na bruk.

– Wujku? O czym t-ty mówisz?

Antoni zapatrzył się w okno, w którym zobaczył własne odbicie. Pociągłą, zoraną głębokimi bruzdami twarz, okoloną rzadkimi, siwiejącymi włosami zaczesanymi do tyłu, i wysokie czoło z zakolami.

– Ostatnio dużo myślałem nad swoim życiem… – odparł po chwili. – I nie sprzeciwiaj się! Chciałbym zostawić po sobie uporządkowane sprawy, by w spokoju odejść z tego świata. – Podniósł rękę, nakazując chłopcu milczenie. – Czuję, że jestem to winny Cześkowi. I nie odbieraj mi tego, dobrze? – Upił łyk kawy i odruchowo przeczesał włosy. – Moja decyzja jest nieodwołalna, jutro udam się do notariusza i umówię termin! A teraz twoja kolej!

Szymek w pierwszej chwili zaniemówił. Patrzył na wujka, jakby go widział pierwszy raz w życiu. Pies otarł się o nogawkę spodni, zaznaczając swoją obecność. Tym razem jednak nie doczekał się spodziewanej pieszczoty w postaci głaskania.

– Cóż… – bąknął młody. – N-nie wiem co p-powiedzieć. To mnie dopiero wujek zaskoczył!

Krewny uśmiechnął się po nosem i chrząknął.

– W takim razie… – zaczął po chwili Szymon.

– Teraz to ty mi odpowiesz na kilka pytań, bo w związku z tymi koszykami i innymi usprawnieniami czy udoskonaleniami, o których ostatnio wspominałeś, muszę cię jeszcze trochę pomęczyć. – Wujek się zaśmiał.

– J-jasne, wujku… – Szymon wciąż był speszony przebiegiem tej rozmowy. – Pytaj o wszystko!

– Skoro sklep chcesz przemeblować i wprowadzić koszyki, to pewnie wiesz, że każdy artykuł musi być ometkowany?

– Słyszałeś, wujku, o k-kodach kreskowych?

– Słyszałem.

– No właśnie! Na rynku pojawiły się już pierwsze firmy wykorzystujące kody. To nam pozwoli u-usprawnić proces wykonywany dotąd ręcznie… Uporządkuje c-cały asortyment.

Wujek westchnął ciężko, zmarszczył krzaczaste brwi i wyciągnął z paczki kolejnego papierosa.

– To chyba nie na moją głowę – oznajmił strapiony. – Wybacz. Ta nowoczesność nie jest dla mnie, starego, schorowanego dziadka.

– Oj, wujku! Jaki stary? Jaki schorowany? Jeszcze niedawno spotykałeś się z panią Teresą!

– A co to ma do rzeczy? – zaprotestował.

– No, na przykład to, że trzeba mieć w-wigor!

– Wigor? – Mężczyzna skrzywił się wymownie. – Mam już prawie siedemdziesiąt lat. Ty w moim wieku… – Urwał, by po chwili zawrócić rozmowę na inny tor. – To co będzie z tymi koszykami?

– Może najpierw spróbujmy zmodernizować sklep, zakupię metkownicę, a potem zobaczymy… – Szymon pomyślał, że może lepiej nie zarzucać wujka zbyt wieloma pomysłami naraz.

Antoni sapnął, zaciągając się głęboko papierosem.

– Ciekawe tylko, co na to nasza pani Wiesia?

Redakcja

Agnieszka Czapczyk

 

Korekta

Dorota Honek-Sac

 

Skład i łamanie wersji do druku

Łukasz Slotorsz

 

Projekt graficzny okładki

Anna Slotorsz

 

© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026

© Copyright by Anna Stryjewska, Warszawa 2026

 

Wydanie pierwsze

ISBN: 9788384303962

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

 

 

WYDAWCA

Agencja Wydawniczo-Reklamowa

Skarpa Warszawska Sp. z o.o.

ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2

00-036 Warszawa

tel. 22 416 15 81

[email protected]

www.skarpawarszawska.pl

@skarpawarszawska

 

Przygotowanie wersji elektronicznej

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

W perły zmienić deszcz

Bo chce się żyć

Przeżyj to sam

Strona redakcyjna

Punkty orientacyjne

Spis treści