Syn wiatru. Bękart - Anna Stryjewska - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Syn wiatru. Bękart ebook i audiobook

Anna Stryjewska

5,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

59 osób interesuje się tą książką

Opis

Poruszająca, pełna emocji i nostalgii opowieść o życiu Szymona Gołębiewskiego – chłopca, którego los od początku wystawia na ciężką próbę.

Osierocony przez matkę, dorastający w latach 80 - tych na łódzkim Złotnie Szymek uczy się życia pod twardą ręką despotycznej babki. Jego jedynym oparciem jest wujek Wacek – dobry, wrażliwy człowiek, który kocha zbyt mocno. Jego nieszczęśliwe uczucie do młodej Cyganki prowadzi go na drogę, z której nie ma powrotu.

Tragiczne wydarzenia, jakie następują potem, na zawsze odmienią życie chłopca.

Po śmierci bliskich Szymon trafia do domu dziecka przy Aleksandrowskiej, do świata rządzącego się własnymi prawami, gdzie po raz kolejny poznaje smak przyjaźni i rodzącego się uczucia.

„Bękart” to historia o chłopcu, który, choć traktowany często przedmiotowo, chłonie każdy gest i każde słowo dorosłych – tych dobrych i tych złych – ucząc się dzięki nim, jak przetrwać i jak walczyć o siebie. To opowieść o narodzinach siły, która w kolejnych tomach poprowadzi go ku dorosłości, sukcesowi i światu, w którym będzie mógł sięgnąć po wszystko.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 291

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 54 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Klaudia Bełcik

Oceny
5,0 (3 oceny)
3
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Balpinka

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo fajna,na dodatek o mojej dzielnicy. Czekam na dalsze tomy
00
Irenaira

Nie oderwiesz się od lektury

Kolejna wspaniała książka od Anny Stryjewskiej . Wciągająca od pierwszego donoslltatniego zdania. Szymon doswiadczony ciezko przez los, staje sie silnym, madrym mlodym czlowiekiem. Polecam
00



Kochanemu Jarkowi

Historia inspirowana prawdziwymi wydarzeniami.

Kołysanka

1973

Noc zapowiadała się ponura i gęsta. Jakaś złowróżbna cisza wisiała w powietrzu. Ciężkie, pozbawione gwiazd niebo niemal osiadło na dachach budynków najeżonych kolcami anten i kominów. Wiatr zawodził coraz śmielej, wyjąc i kołując nad miastem, dmuchając w korony drzew, gasnące parki i skwery, wciskając się między betonowe mury i w szpary uchylonych, rozświetlonych elektrycznością okien. Fruwały firanki, trzaskały niezabezpieczone skrzydła, dźwięczały szyby, zwiastując nadchodzące nieszczęście. Z mieszkania na ostatnim piętrze kamienicy dochodziło niespokojne, żałosne wycie.

– Ucisz pan tego cholernego psa! – krzyknął ktoś z dołu i z furią zamknął okno.

Ale feeria dźwięków nie ustawała, dając jednym powód do ekscytacji, innym przyczynę strapienia i melancholii.

Tu kochała się namiętnie jakaś para, tam starszy pan drzemał przed czarno-białym telewizorem, trzymając w ręku końcówkę niedopalonego papierosa, w radiu śpiewała Irena Santor, a jeszcze dalej toczyły się codzienne, zwyczajne rozmowy. Z boku ktoś się kłócił, piętro niżej ktoś uczył się grać na skrzypcach, za to na parterze rozgrywała się dramatyczna scena.

Niewielkie mieszkanie przy Obrońców Stalingradu pogrążone było w półmroku. Z ciemności rozświetlonej jedynie przez palącą się lampkę nocną wyłaniały się kontury mebli i postaci. Młoda, szczupła kobieta z figurą nastolatki przesunęła się na klęczkach do nóg potężnego, ubranego jedynie w rozchełstaną koszulę i slipy mężczyzny, siedzącego w swobodnej pozie na wersalce. Położyła mu głowę na kolanach, jakby chciała w ten sposób złożyć siebie w ofierze. Ten pogłaskał dziewczynę niezdarnie po włosach, potem machnął niecierpliwie ręką, jakby chciał przegonić natarczywą muchę.

W rogu mieszkania stało łóżeczko z białymi jak śnieg szczebelkami. Leżący w nim niespełna dwuletni chłopiec spał niespokojnie. Czujnie niczym pisklę w gnieździe oczekujące na powrót matki.

Tymczasem młoda kobieta podniosła zapłakaną twarz i spojrzała błagalnie w oczy mężczyzny.

– Zostań, proszę! Nie wyjeżdżaj!

Ten poruszył się nerwowo.

– Lidio, nie rób scen! Wiesz, że nie mogę!

– Dlaczego?

– Wiedziałaś o tym od początku, czyż nie?

– Miałam nadzieję, że zmienisz zdanie! – rzuciła, łkając.

– Mam rodzinę, zapomniałaś? Moja żona oświadczyła, że nigdy nie da mi rozwodu! A ponadto, w tej sytuacji…

Nie pozwoliła mu dokończyć.

– A ja i nasz syn nie stanowimy twojej rodziny?!

Sarknął gniewnie, następnie zerwał się z wersalki i nerwowo przeszedł po pokoju. Zbliżył się do łóżeczka, w którym leżące dziecko poruszyło się niespokojnie, a następnie szeroko otworzyło oczy. Przez krótki moment mierzyli się wzrokiem. Mężczyzna i ten mały, nic nierozumiejący chłopczyk, który w tym momencie wyciągnął do niego rączki.

Lidia, nadal na klęczkach, odwróciła twarz. Znieruchomiała. Patrzyła na tę scenę z jakąś irracjonalną nadzieją, że wydarzy się cud. Liczyła na to, że jej ukochany pochyli się nad łóżeczkiem i obejmie synka z czułością, a wszystko, co przed chwilą zostało wypowiedziane, straci na swej ważności. Ale nic takiego się nie wydarzyło.

Zamiast tego mężczyzna wyprostował sztywno plecy i kierując kroki w kierunku łazienki, oznajmił chłodno:

– Za dwa dni wyjeżdżam.

– Nie, błagam! A skoro tak, to zabierz nas ze sobą!

– Żartujesz? Do Czechosłowacji?

– A dlaczego nie?

– Jadę tam do pracy! Nie słyszałaś? Z moją żoną i dziećmi – wykrzyknął. – A nie z kochanką! – dodał dobitnie.

– Ale dlaczego nie? – Dziewczyna znów przypełzła do jego nóg i zadarłszy brodę, spojrzała mu błagalnie w oczy. – Dlaczego ja i nasz syn nie możemy pojechać z tobą?

Pochylił się, chwycił ją za ramiona i potrząsnął nimi gwałtownie.

– Ty zwariowałaś! Zostałem tam oddelegowany z rodziną! Nie słyszysz, co się do ciebie mówi?

– Nie zostawiaj nas! – Kobieta ponownie załkała, co sprawiło, że mężczyzna warknął gniewnie.

Pochylił się nad nią i wycedził:

– Nie martw się! Dostaniesz tyle, ile potrzeba na utrzymanie, krzywda wam się nie stanie!

– Ale ja nie chcę pieniędzy! – zaprotestowała Lidia. – Chcę być obok mężczyzny, którego kocham!

– Uspokój się! Nie histeryzuj! Mam już tego dość!

Zajrzał jej ostrzegawczo w twarz, po czym odepchnął od siebie.

W powietrzu zadzwoniła cisza, jedynie zza ściany dobiegał dziewczęcy chichot mieszający się z męskim, chrapliwym głosem. Skrzypce nadal rzępoliły.

– Czego? – rzuciła głucho. – Czego masz dość?

Starszy od niej ponad półtorej dekady mężczyzna nie odpowiedział od razu, wszedł do łazienki i skorzystał z toalety. Słyszała, jak zamyka klapę sedesu i naciska syfon. Woda z siłą wodospadu ruszyła rurą pod podłogę. Potem do jej uszu dotarły dźwięki odkręcanego kranu. Wsłuchiwała się w te czynności jak otępiała. Nie rozumiała zachowania człowieka, który jeszcze pół roku temu był tak czuły i opiekuńczy. Ba, miesiąc temu! Obiecywał, że rozwiedzie się z żoną, stworzą rodzinę i wybuduje dla niej nowy dom. Gdzieś na obrzeżach miasta, gdzie będą żyć długo i szczęśliwie. I nagle coś się odmieniło.

Nie miała pojęcia, co było tego powodem, jednak od jakiegoś czasu wszystko zaczęło się psuć, a z wielkiej, szalonej miłości zostały tylko drzazgi. Mogła mieć tysiące innych. Młodych, przystojnych chłopców, którzy tracili dla niej głowy. Ale ona zakochała się akurat w tym starszym od siebie człowieku. Może właśnie dlatego, że w mężczyznach poszukiwała ojca, którego straciła we wczesnym dzieciństwie. Szukała poczucia bezpieczeństwa i twardych, opiekuńczych ramion.

Nie wyobrażała sobie życia bez niego, toteż na dźwięk jego powracających, ciężkich kroków podniosła załzawione oczy i spojrzała wyczekująco.

Zmierzył ją wzrokiem. Ale w tych szarych, przypominających popiół oczach nie było już tego samego żaru, co kiedyś.

– Nie życzę sobie, abyś nękała mnie telefonami – oświadczył zdecydowanym tonem. – Abyś nachodziła mnie w miejscu pracy i epatowała swoją krzywdą. Całe szczęście, że niedługo wyjeżdżam… – Westchnął z dezaprobatą.

– A jednak powiedziałeś… krzywdą… – powtórzyła cicho, celowo wydłużając głoski.

– Przypominam ci, że sama pchałaś mi się do łóżka. – Skrzywił cynicznie wargi. – Chciałaś mnie złapać na tego bachora. Zresztą – machnął lekceważąco ręką – nie ty jedna.

Zerwała się z podłogi i w kilku susach znalazła przy nim.

– Coo? Jak śmiesz?

Podniosła rękę i wymierzyła cios prosto w twarz. Tępe plaśnięcie było dowodem na to, że trafiła celnie i mocno.

– Szmata! – wycedził i nie czekając długo, uderzył ją w ten sam sposób.

– Drań! – jęknęła bezradnie, trzymając się za piekący policzek. – Nienawidzę cię!

– I bardzo dobrze! – syknął. – Wzajemnie. Przynajmniej mamy jasność.

Potem, stękając, pochylił się nad podłogą, skąd zebrał swoje rozrzucone przed kilkunastoma minutami rzeczy. Zostawił je tam, gdy w akcie wybuchu namiętności połączyli się w jeden organizm, ale już pewnie o tym zapomniał.

– Mam nadzieję, że wyraziłem się jasno? – mruknął, nie przestając się ubierać.

– A jeśli nie, to co mi zrobisz? – Zaśmiała się pusto i histerycznie.

Podniósł się i zmrużył mściwie oczy.

– Chcesz wiedzieć? Jesteś pewna?

Nie odpowiedziała na to pytanie, tylko nerwowo zagryzła wargi i przemierzyła niewielki pokój. Przez cały czas myślała intensywnie. Nie mogła pojąć, co się stało, że sprawy nagle przybrały inny obrót. Rozumiała, że podpisał kontrakt na pięć lat i musi wyjechać do innego państwa. Ale… cały czas myślała, że pojadą tam razem. Przecież obiecał jej, że się rozwiedzie, twierdził nawet, że złożył już pozew…

– A więc mam rozumieć, że ja i Szymuś nic cię już nie obchodzimy?

Nastąpiła długa pauza. Słyszała, jak jej kochanek zapina spinki do koszuli, następnie zegarek. Strzeliła srebrna zapinka bransoletki i sprzączka paska do spodni.

Lidia chlipnęła po raz kolejny, po czym cofnęła się w głąb mieszkania. Obserwowała go kątem oka. Był już gotowy do wyjścia. Zauważyła, że na ławie położył banknoty.

Skoczyła do niego jednym susem, chwyciła za klapy marynarki i szarpnęła mocno. Podjęła kolejną desperacką próbę.

– Mój kochany, spójrz mi w oczy! Zapomnijmy o wszystkim! Niech będzie tak jak dawniej… Nie potrafię już bez ciebie żyć, nie poradzę sobie!

W odpowiedzi zaśmiał się lekceważąco.

– Nie dramatyzuj, moja droga, poradzisz sobie! Jesteś przecież małą wariatką, która potrafi robić więcej niż każda inna.

Oderwał jej dłonie od klap, strzepnął je z obrzydzeniem, następnie ściągnął wymownie wargi. W jego szarych oczach błysnęło zniecierpliwienie.

– Dość tego! Puść! Na mnie już czas!

– Proszę! – Zajrzała mu w błagalnie w oczy. – Nie zostawiaj mnie, nie zostawiaj nas!

Odepchnął ją z impetem, aż uderzyła plecami o kant drewnianej szafki w przedpokoju. Syknęła, a on wciągnął powietrze i wycedził cynicznie:

– Nie pogrążaj się, moja droga. To już i tak nic nie zmieni. Zapomnij o mnie i zostaw w spokoju!

– Nie, posłuchaj! – zawołała. – Możemy to wszystko jeszcze naprawić! Zacząć od początku!

Westchnął teatralnie i zaprzeczył potrząśnięciem głowy.

– Nie możemy, Lidio, niczego naprawić i daj mi wreszcie święty spokój! Miej trochę godności, kobieto!

Nie zdążyła odpowiedzieć, kiedy on chwycił skórzany neseser i szarpnął za klamkę. Mieszkanie zadrżało w posadach. Kiedy trzasnął za sobą drzwiami, mały chłopiec w łóżeczku pod ścianą zaczął nagle płakać. Potem jego szloch przerodził się w histeryczny krzyk.

Matka, powłócząc nogami, podeszła do stołu, gdzie stała butelka wódki i dwa pełne kieliszki. Przechyliła jeden za drugim, potem wróciła do dziecka. Pochyliła się nad nim i zapłakane wyciągnęła ze środka. Przytuliła do piersi, czując, jak całe drży.

– Nie płacz, skarbie, nie płacz. Już wszystko dobrze. Mamusia jest przy tobie…

Dzieciak uspokoił się, chwycił drobnymi paluszkami jej blond półdługie włosy i wpił się w nie zachłannie.

– A teraz zaśpiewam ci kołysankę, chcesz?

Najpierw się wzdrygnął, potem uspokojony przestał płakać. Poczuła jego ciepły oddech na swoim policzku.

Usiadła na podłodze obok łóżeczka i przytuliła dziecko do piersi. Pogładziła jego miękkie, jasne włoski i zaciągnęła delikatnym, mlecznym zapachem jego skóry. Kiwała się na boki, a jej wargi drżały, wyrzucając z siebie słowa piosenki.

Na Wojtusia z popielnika

Iskiereczka mruga

Chodź, opowiem Ci bajeczkę,

bajka będzie długa.

Była sobie Baba Jaga,

miała chatkę z masła,

a w tej chatce same dziwy…

Psst, iskierka zgasła.

Urwała, zamyślając się na chwilę. Jednocześnie zauważyła, że malec zasnął. Pocałowała jego rozgrzany policzek, przygładziła ponownie wilgotne od potu włosy. Pociągnęła nosem, chlipnęła, połykając gorzkie łzy. Właśnie w tym momencie dopadła do niej ta jedna, zdradliwa myśl. Zastygła w bezruchu, zagryzając wargi aż do białości. Głuche cykanie zegara na półce dopełniło poczucia bezmiaru pustki i beznadziejności. Podniosła się jak automat, odłożyła dziecko do łóżeczka, przykryła kołderką, po czym popatrzyła na uśmiechniętą twarzyczkę chłopca.

– A więc tak? – wyrwało jej się z zaciśniętych ust. A więc tak ze mną zagrałeś? To teraz ja zagram z tobą, kochaneczku. Jeszcze tego pożałujesz.

I wraz z tymi groźbami na jej bladej, ściągniętej bólem twarzy pojawił się jakiś drwiący, obłąkany grymas. Z gardła wydobyły się zduszone słowa kolejnej zwrotki.

Była sobie raz królewna,

pokochała grajka.

Król wyprawił im wesele

i skończona bajka.

Chwilę później siedziała przy stole, na którym niemrawym płomykiem skwierczała świeczka, oświetlając jej trupiobladą, zapłakaną twarz. Dalej leżały opakowania po tabletkach. Kupowała je nagminnie w kiosku za rogiem – przez nawiedzające ją co jakiś czas migreny. Miała w domu całkiem spory zapas pigułek. Skruszyła je wszystkie wybrzuszeniem łyżeczki, po czym wrzuciła do szklanki z wodą i wymieszała. Biały proszek zawirował i osiadł na ściankach naczynia. Upiła kilka łyków, sięgając po drugą szklankę napełnioną wódką.

Zalewała się łzami, mając przed oczami obrazy minionych lat. Spłynęły przez nią wszystkie cudowne, szalone dni pogrążając ją w jeszcze większej rozpaczy i melancholii. Te chwile tylko we dwoje, te żarliwe wyznania, obietnice i tysiące słodkich, rzucanych przy każdej okazji słów. Nie tak miało być, nie tak… Myśli biegły jedna za druga, a potem znów ogarnęła Lidię bezradność tak wielka, że kobieta nie była w stanie opanować napływających do oczu łez. Mijały kolejne minuty, obrazy w jej głowie zacierały się coraz bardziej, a z mglistych, ponurych otchłani wyłaniały się jedynie strzępy wspomnień. To jego twarz, to goły tors, to znów dłoń z obrączką na palcu kłująca ją za każdym razem jak cierń. „Będzie dobrze, Liduś, będzie dobrze. Jeszcze tylko tydzień, jeszcze tylko miesiąc, jeszcze tylko rok…” – dudnił w jej głowie chrapliwy, niski, pełen obietnic głos.

A ona cały czas czekała, naiwnie wierząc, że te obietnice się spełnią.

Chlipnęła i znów zaczęła nucić.

Patrzy Wojtuś, patrzy, duma,

łzą zaszły oczęta.

Czemuś mnie tak okłamała?

Wojtuś zapamięta.

– Wybacz, synku. Wybacz! – wybełkotała, uświadamiając sobie nagle, że jest jeszcze on. Ten śliczny, bezbronny chłopczyk, który przecież niczemu nie był winny, a teraz w całkowitej nieświadomości śpi w łóżeczku. – Wybacz swojej biednej, szalonej matce, wybacz… Mam nadzieję, że kiedyś mnie zrozumiesz…

Zapadła cisza, a niedługo później głowa kobiety bezwiednie opadła na blat stołu, ręce osunęły się po ceracie, natrafiając na szklankę i zrzucając ją na podłogę. Dźwięk rozbijanego szkła sprawił, że malec drgnął, najpierw otworzył oczy, potem usiadł i chwycił za pręty barierki.

– Mama, mama! – wydukał, ale kobieta siedząca przy stole nawet nie drgnęła. Świeca właśnie dogasała, oświetlając mizernym płomykiem część jej twarzy, za to mieszkanie pogrążało się w coraz większym mroku. Tylko ze stołu skapywały na podłogę wyłożoną płytkami pcv krople rozlanej wody. Ich stłumiony dźwięk rozchodził się po pokoju.

Chłopiec zadygotał ze strachu, jego drobne ciałko przejął dojmujący chłód. Najpierw zaczął płakać, potem przestał i nasłuchiwał. Potem znów płacz i cisza. Płacz i cisza. Płacz i cisza… A strach rósł i rósł. Nie usłyszał bowiem kroków ukochanej mamy, odgłosów krzątaniny, kojącego głosu ani śmiechu. Nawet kłócącej się dwójki ludzi. Tych brzydkich, okrutnych słów, których tak nie lubił. Bo wiedział, że po wyjściu tego człowieka jego mama znów będzie smutna.

I ta dziwna, niepokojąca cisza wydała mu się tak straszna, że nagle dał upust wszystkim swoim lękom i zaszlochał całym sobą. Płacz i cisza. Płacz i cisza. Płacz i cisza…

Już ci nigdy nie uwierzę

Iskiereczko mała.

Najpierw błyśniesz, potem gaśniesz,

ot i bajka cała.

Klątwa babci Józi

1983

Sierpniowy ranek palił żarem, kiedy niespełna dwunastoletni Szymek w towarzystwie babci Józi wchodził na cmentarz parafialny na Mani. Przed oczami małego chłopca rozciągały się hektary szarych, niekiedy koślawych nagrobków, otoczonych krzewami dzikiego bzu i stojącymi na straży spokoju dusz wysokimi, starymi drzewami. Zwykle szumiały cicho, zawodziły, jednocząc się w ten sposób z pogrążoną w bólu i tęsknocie za zmarłymi rodziną, ale tego dnia milczały jak zaklęte. Chłopiec, drepcząc u boku babki i dzierżąc w ręku metalowe wiadro, rozglądał się na boki, dokonując różnego rodzaju analiz i przemyśleń. Zadzierał głowę, patrząc na pełzające po czystym niebie szarawe chmurki i zastanawiając się, na której z nich siedzi mama. I czy go widzi, czy tęskni za nim, czy jest dumna z jego dokonań w szkole. Tak, w szkole radził sobie całkiem nieźle, a najlepiej szło mu z matematyki, fizyki i geografii. A potem zastanawiał się, czy opowieść o tym, że dusza idzie do nieba, to nie bujda. Bo co to jest w końcu ta dusza i czy możliwe jest, żeby aż tak daleko pofrunąć. Chyba tak, skoro tyle razy widział na niebie samoloty.

– Szymek! – krzyknęła babka, gdy został na moment w tyle, zastanawiając się nad nieskończonością tego świata.

Drgnął jak poparzony i ruszył za nią. Kuśtykała niezgrabnie, przelewając zbyt tęgie ciało na boki, sapiąc i dysząc jednocześnie. W jednym ręku trzymała wiadro z narzędziami, a w drugim wiklinowy kosz z sadzonkami begonii.

Zatrzymali się przy studni, czyli metalowym, wygiętym żurawiu, który pompował wodę.

– Nalej! – rozkazała, a jej skrzypiący głos utknął w gęstym od żaru powietrzu.

Chłopiec podskoczył raźno, nie śmiąc nawet odmówić. Akurat to zajęcie lubił, dlatego podstawił wiadro pod wylot rury i zaczął wachlować ramieniem. Zgrzyt urządzenia spowodował, że spieniona woda runęła na blaszane dno wywołując głuchy łoskot.

– Wystarczy – oznajmiła babka, robiąc energiczny wymach ręką. Tym samym kazała mu iść dalej. Chłopiec dźwignął wiadro i używając wszystkich sił, niósł je dzielnie, rozchlapując trochę wody po drodze.

Znaleźli się koło krzyża, gdzie zawsze w Święto Zmarłych, pełno było zapalonych zniczy. Dziś stały tam tylko puste naczynia z czarnymi knotami i osmalonymi wewnątrz ściankami. Lubił zatrzymywać się w tym miejscu, ale tego dnia babci się spieszyło. Wreszcie dotarli do celu, czyli do płotu w samym rogu cmentarza, gdzie znajdował się zbity z desek, obsadzony bratkami rodzinny grób.

Babcia Józka odstawiła naczynia, poprawiła kwiecistą chustkę zawiązaną pod brodą i sapnęła ciężko, pochylając się nad nagrobkiem. Przesunęła palcami po suchych bratkach, po czym pogładziła pień sękatego krzyża.

– Ech! – rzuciła z ciężkim westchnieniem.

Szymek stał obok, patrząc na prostokąt ziemi w drewnianej skrzynce obsadzonej zwiędniętymi kwiatkami, i nie czuł dosłownie nic. Prawie jej nie pamiętał, zaledwie jakiś cień, miękki dotyk bądź blady uśmiech młodej, ślicznej dziewczyny, który czasem nawiedzał go w snach. Babcia nie pokazywała mu zdjęć, a on się tego nie domagał. Czuł gdzieś pod skórą, że odejście jego matki to bolący, niewygodny temat, o którym nikt nie chciał z nim w domu rozmawiać.

Tymczasem starsza kobieta podniosła się z kolan, wykonała na piersiach znak krzyża i zaczęła się modlić. Z jej na wpół rozwartych, cienkich ust wylewały się niczym perełki korali ciche, gorliwe słowa pełne żalu, bólu i goryczy. Chłopiec stał obok niej i łamiąc palce, próbował łapać końcówki sylab. Nie wychodziło mu to, dlatego w pewnej chwili zamilkł. Na szczęście i ona zamilkła, przeżegnała się szybko i ponownie pochyliła nad grobem. Zaczęła wyrywać uschnięte łodygi kwiatów, spulchniać ziemię łopatką i wsadzać nowe.

– Spalona na popiół! Niech Gołębiewska zaczeka lepiej na deszcz!

Nagle jak spod ziemi wyrosła obok nich sąsiadka, pani Wanda Robaczewska.

– Szczęść Boże!

– Aa, szczęść Boże – odparła babka Józefa i dodała z pretensją w głosie: – A gdzież tam? Później znów nie będzie czasu. Ramowania naznoszą i tyle będzie z tego przesadzania! – poskarżyła się, nawet nie patrząc w stronę przybyłej.

– No tak! – przyznała tamta, zerkając jakoś dziwnie na nagrobek.

Szymek zauważył ten grymas, ponadto suchość jej twarzy, drobną siatkę zmarszczek pokrywającą ogorzałą skórę, bystre małe oczy i szczupłą, zapadniętą w sobie sylwetkę w sukience nieokreślonego koloru. Nie mógł zdecydować, czy był to zielony, brązowy czy szary. Ubranie miało prosty krój, przewiązane było w pasie i lekko rozkloszowane ku dołowi. Kobieta trzymała w ręku siatkę wykonaną ze sznurka. W środku były wypalone gliniane znicze.

Zdziwił się i zaciekawił, patrząc na zawartość jej torby, jednak niedługo potem jego ciekawość została zaspokojona.

– Zebrałam, stopię wosk i na święta będą nowe znicze. Jak znalazł! – Z dumą odłożyła torbę na pobliską ławkę.

– Mówią, że z cmentarza nic się nie zabiera, bo się śmierć i choroby do domu niesie – mruknęła babka Józka, nie przerywając pracy. Posapując, wsadziła ostatnią begonię, obsypała ją suchą ziemią, ubiła. Opłukała ręce w wiadrze, wyprostowała plecy i dopiero wtedy łaskawie spojrzała na panią Wandę, poleciwszy wcześniej wnukowi, by dokładnie podlał kwiaty.

Szymek w mig opróżnił wiadro i pobiegł po następne. Chwilę później wrócił z napełnionym po brzegi naczyniem.

– Biedna dziewczyna! – Sąsiadka westchnęła z ubolewaniem. – Tak niewiele brakowało, a by ją odratowali.

– Ano! – przytaknęła smętnie babka. Nic jednak nie dodała, zamyślając się na krótko. Jej twarz zastygła w jakimś ponurym grymasie. – I ten dzieciak teraz biedny, w dodatku się jąka.

– Ale wcześniej się nie jąkał! – wtrąciła szybko Józefa. – To pewnie przez tę tragedię. Widocznie za dużo zobaczył… – dodała i zamilkła, wtapiając oczy w mogiłę.

– Biedaczysko!

– Ano.

– I po co to zrobiła? Taka ładna, zdolna dziewczyna. Dobrą posadę miała. Przecież dziecko pomogłabyś jej wychować, nieprawdaż? Czy to ona pierwsza i czy ostatnia? Nieślubne ciąże zawsze się zdarzały, jak świat światem.

– Ano, prawda – przytaknęła babka z cichym westchnieniem. – Ale pewnie jakaś klątwa na mnie ciąży…

– Klątwa? Ależ co Gołębiewska wygaduje? Jaka klątwa?

– Ano. Najpierw obwiesił się Czesiek, a potem ona.

– Przecież się nie obwiesiła! – zaprzeczyła tamta, ale głosem pełnym powątpiewania. Wszak jedno i drugie to samobójstwo. Jakby nie chcieć nazwać, to jednak targnięcie się na życie. A Bóg dał, to tylko Bóg może zabrać. A więc to grzech śmiertelny. Analizowała w głębi duszy, ale na głos tego nie powiedziała.

Szymek nadstawił uszu, kodując każde wypowiedziane słowo. Pierwszy raz w swoim życiu usłyszał, że dziadek targnął się na swoje życie. Jeszcze i to – pomyślał. – Gdyby chłopaki się o tym zwiedzieli, już po mnie. I dlaczego dziadek to zrobił? Czy aż tak bardzo nie lubił babci Józi?

– A jaka różnica! – sarknęła kobieta, wykonując na piersiach znak krzyża. – Jedno i drugie to grzech śmiertelny. Dobrze, że ubłagałam księdza proboszcza o normalny pochówek. Inaczej leżeliby jak te psy pod płotem.

– Dziwny jest ten świat – odparła Robaczewska. – Twój stary to taki poczciwy człowiek był. Nawet muchy by nie skrzywdził. I nawet niedużo pił… Co go wtedy podkusiło? Jakiś diabeł w niego wstąpił! Albo czort jakiś?

– Komuś nie zrobiłby krzywdy, ale mnie tak – wycedziła babka przez zęby. – Zostawił mnie na tej ziemi na wieczne potępienie. Ludzie przez długie lata zęby suszyli i nie było im czym tych gąb pozamykać.

– Ech! – Sąsiadka westchnęła ciężko, dając znak, że rozumie Gołębiewską jak mało kto.

– Do dziś nie wiem, dlaczego to zrobił… – mruknęła Józefa, odbierając wiadro od wnuka i chlustając wodą w kwiaty.

Robaczewska pokiwała głową ze zrozumieniem.

– Na szczęście masz dla kogo żyć. Masz dzieci i wnuka. A radzisz sobie jak mało która. Zaradna, że hej!

– A co mi zostało? – jęknęła Gołębiewska. – Wiecznie tylko zmartwienia i robota!

– A ten goguś się nie odezwał? – ciągnęła sąsiadka z zaciekawieniem. – Bo przecież cały ciężar wychowania spadł teraz na twoje barki. – Popatrzyła na nią z ukosa. – Ty wiesz chociaż, kto to jest?

Zapadła cisza przerywana jedynie chlupnięciami wody z wiadra i zgrzytaniem piachu pod podeszwami. Gdzieś za ich plecami rozległ się krzyk sroki.

Babka zagryzła wargi w kreskę i przecząco pokręciła głową.

– Sam Bóg raczy wiedzieć… Jak wiatr. Był i go nie ma. Pobawił się, zatańczył i pognał dalej.

– Ano – przytaknęła tym razem pani Wanda. – Tak to już jest z tymi chłopami. – Otworzyła usta jakby chciała coś jeszcze dodać, ale zamknęła je z powrotem. – Niech ci Bóg sprzyja i zdrowie dopisuje! – rzuciła po chwili. – Muszę już iść do swoich! Świeczkę zapalę, pomodlę się i będę wracać do chałupy. Ogórki czas włożyć do słoików. Kupiłam wczoraj na Bałuckim.

– My też już idziemy, obiad trzeba ugotować. Niedługo pewnie Wacek wróci ze zmiany.

– Dobrze, że dzieci masz i wnuka. Nie jesteś sama na tym świecie i masz dla kogo żyć – podkreśliła raz jeszcze sąsiadka, ucinając tę ponurą wymianę zdań.

– Ano! – potwierdziła gorzko Gołębiewska.

Pokiwały głowami, wymieniły się spojrzeniami i rozeszły w przeciwnych kierunkach.

Fryzjer

W szkole koledzy powiedzieli Szymonowi, że pokazywanie uszu to obciach. Na dowód tego wskazali fryzurę grubego Benia. Nie dość, że krótko ścięte, miedziane włosy sterczały na różne strony, to jeszcze odsłaniały wszystko, co wstydliwe. On miał odstające, dziwnie śmieszne płatki, za którymi gromadził się brud. Nie mówiąc już o środku, fuj! Na sam już widok brało obrzydzenie, dlatego kiedy Józia postanowiła zaprowadzić wnuka do fryzjera, decyzja ta obudziła w nim zrozumiały protest.

– N-nigdzie nie pójdę! – oświadczył kategorycznie, ale jednocześnie poczuł się zdruzgotany, ponieważ jego babka należała do niezwykle twardych i stanowczych kobiet.

Fryzjer miał swój zakład zaledwie dwie posesje dalej. W starej, obitej drewnem chałupie, w której od frontu znajdowało się niewielkie pomieszczenie z prostokątnym oknem ze smętnie zwisającą, pożółkłą firanką. Nad drzwiami widniał ogromny napis: FRYZJER DAMSKO-MĘSKI. Szymek bywał tam już wcześniej, ale tym razem to było coś innego. Tym razem nie chciał zrobić z siebie pośmiewiska. Chłopaki tylko czekały, by mu dokuczyć. Na początku wyśmiewały się, że bękart, w dodatku jąkała. Dopiero kiedy stoczył z nimi kilka bitew o swoje dobre imię, pokonując w walce największego w klasie ważniaka, Józka, zyskał poklask i autorytet. Nie tylko przestali go przezywać, ale nawet czasem się go słuchali. Nic dziwnego, że nie chciał narazić się na śmieszność.

Ale im mocniej się wykręcał, tym bardziej nieustępliwa stawała się babcia Józia. Chcąc nie chcąc, powlókł się za nią, obmyślając gorączkowo plan doskonały. Niestety – im bardziej się głowił, tym większą pustkę miał w głowie.

Odkąd pamiętał, u fryzjera pachniało mydlinami, amoniakiem i gryzącym dymem z papierosów. Stał tam ogromny, skórzany fotel, przed którym znajdowała się konsolka z owalnym lustrem. Podłogę zazwyczaj pokrywały ścięte włosy poprzednich klientów, które pan Genio zmiatał wielką szczotką na kiju. Tym razem było podobnie. Zgarnął je wszystkie na szufelkę i wyrzucił do kosza stojącego w rogu.

Oprócz różnych przedmiotów budzących ciekawość chłopca, jak na przykład wszelkiego rodzaju szczotki, grzebienie i nożyce, najbardziej fascynowała Szymka modelarska główka. Stała na drewnianej szafie, miała twarz ślicznej kobiety, której na przestrzeni lat zmieniały się tylko uczesania i peruki. Nie wiedzieć czemu, wyobrażał sobie, że to twarz jego mamy. Ona też podobno była śliczna, miała wykrojone jak z papieru usteczka, gładkie, zaróżowione policzki i wielkie niebieskie oczy. Potrafił wpatrywać się w nią godzinami i żałował, że nie może z nią pobyć sam na sam. Być może zapytałby ją wtedy, gdzie teraz jest i dlaczego tamtego wieczoru postanowiła go zostawić. Babcia powiedziała kiedyś, że w życiu jest czas na wszystko, na życie i na śmierć. I nic nie dzieje się bez przyczyny, bo każdy ma zapisaną w niebie własną drogę. Babcia była mądra, bez wątpienia.

Fryzjer posiadał skórzany, wytarty pas, na którym ostrzył brzytwę. Robił to bardzo skrupulatnie, siedząc pochylony na stołku i trzymając w zaciśniętych wargach papierosa. Smużka dymu unosiła się nad jego głową, popiół spadał drobinami na spodnie, ale on wyglądał, jakby od tego, co robi, zależało całe jego życie. Sapał i prychał, a potem pluł do myjki. Był już stary i siwy, mógł mieć jakieś sześćdziesiąt lat. Czy ludzie aż tak długo żyją? – zastanawiał się Szymek. – Patrząc na babcię, pewnie tak. Ona też mogła mieć tyle lat, ale przecież babcia to babcia. Nie to co fryzjer Genio, który zawsze nosił szary fartuch, spod którego wystawał krawat w ukośne pasy i kołnierzyk poplamionej koszuli.

– To jak strzyżemy? – zapytał, podnosząc na wystraszonego chłopca oczy i mierząc go wzrokiem. – Na pazia czy na małpę?

– Na małpę, czyli jak? – zdziwiła się głośno babcia, przeganiając pulchnym ramieniem brzęczącą uporczywie muchę.

Miała na sobie ortalionowy fartuch w drobne kwiatki, który tuszował jej krągłości i służył jej jako codzienny strój, a na stopach zdeptane kapcie. W domu czekały już na nią firanki do krochmalenia, dlatego niecierpliwie przestępowała z nogi na nogę, zerkając co chwila w stronę okna, za którym rozciągał się widok na ulicę Złotno.

– Czyli cieniujemy – odparł spokojnie mężczyzna, nie spuszczając z chłopca wzroku. Jego krzaczaste brwi ściągnęły się ku nasadzie zbyt dużego, zaczerwienionego nosa.

– N-nie chcę! – zbuntował się młody, nie mogąc znieść tego bezczelnego spojrzenia. – Ż-żadnego cieniowania! Chcę m-mieć z-zakryte uszy!

– Nie daję już z nim rady! – Gołębiewska sapnęła teatralnie. – Długie włosy, częste mycie, robi się kołtun. Ileż to wody idzie tygodniowo? Jeszcze trochę, to trzeba będzie warkocze zapleść!

– To jak? – powtórzył fryzjer, podnosząc się ze stołka i prostując plecy. Skrzywił się i stęknął, następnie niecierpliwie spojrzał na zegar wiszący na ścianie. – Niedługo mam następnego klienta. Proszę się decydować!

– Niech pani Genek tnie, jak uważa, byle krótko! – odparła babka, nie kryjąc irytacji i kładąc ręce na biodrach. – Nie będzie mi tu gnojek rządził!

– N-nie! Nie! – wyrwało się z gardła wnukowi, ale w tym momencie poczuł w pasie żelazny uścisk. Mężczyzna przewyższający go o co najmniej dwie głowy szarpnął jego drobnym ciałem i usadził w fotelu.

– Tylko spokojnie, nic ci nie będzie, mały! Przypomnij mi, jak masz na imię?

I jeszcze nie pamięta mojego imienia – pomyślał w duchu urażony. – A byłem tu już przecież kilka razy.

– Szy-szy-mek! – wydusił, choć z całych sił próbował się nie zająknąć.

Pan Genek pokiwał głową. W jego oczach błysnęło współczucie.

– No, tak. Teraz pamiętam. Tylko ty w tej okolicy się jąkasz. To jak będzie, Szymek?

Odwrócił się i sięgnął po nożyce. Te błysnęły w powietrzu i zadźwięczały złowieszczo.

Tego już za wiele – pomyślał chłopak. – Jak mógł mi wytknąć jąkanie? Wszystko, tylko nie to!

Niczym żbik wywinął się z jego objęć i zanim się tamten spostrzegł, zeskoczył z fotela. Potem zwinnie wyminął zdumioną babkę i czmychnął z pomieszczenia.

– Szymek, Szymek! Wracaj, bo przetrzepię ci skórę! – usłyszał tuż za plecami.

Ale on nie miał zamiaru wracać. O, nie! Nie tym razem!

Biegł jak szalony, potykając się o wystające płyty chodnikowe, mając jednocześnie świadomość, że babcia go zleje. Jeśli nie ręką, to pasem albo kablem od żelazka. Zawsze tak robiła, gdy się na niego zdenerwowała. Zwykle wtedy, gdy znikał na kilka godzin bez uprzedzenia, przynosił dwójkę do domu albo coś nabroił. Ale tych kilka uderzeń przez plecy, a w następstwie siniaki nie były takie straszne jak obciach. Już oczami wyobraźni widział siebie wchodzącego do szkoły: wszyscy koledzy otoczyliby go kółeczkiem, śmiali się i wytykali palcami. Już widział te ich szydercze miny, te kpiące uśmieszki.

Szymona minęło kilka wozów z towarem, kilka perkoczących ciągników, dwaj rowerzyści. Na wysokości betonowej kamienicy chłopak zwolnił. Za piętrowym, dwurodzinnym domem było podwórko, na którym stało przycupniętych kilka rozwalających się szop, była też altana i chlewik. Dalej ciągnął się pas łąki nienależącej do nikogo, dlatego nieraz grali tam z chłopakami z ulicy w piłkę. Ale teraz ich nie było. Ani Darka, ani Jacka, ani Jurka. Nie było też Marka i Pawła, bliźniaków mieszkających kilka posesji dalej. Przez moment zastanawiał się, czy pójść na Cygankę. Tam, w krzakach, miał swoją kryjówkę. Skrywał w niej wszystkie swoje najcenniejsze rzeczy, takie jak kapsle do gry, długopis z drewnianą obsadką, notatnik, scyzoryk, który dostał od wujka Wacka, a nawet książkę. Trzymał ją pod cegłą i zawijał w folię. I zawsze przy ładnej pogodzie, opierając się plecami o pień zmurszałego drzewa, czytał. Uwielbiał przygody Pana Samochodzika, jego przeprawy po Polsce i poszukiwania skarbów. Wielokrotnie marzył o tym, że kiedyś też będzie miał takie auto i przeżyje podobne historie. A potem kładł się na trawie i patrzył w niebo. Wysokie trawy szumiały, muchy brzęczały, a nad głową pełzały sobie chmurki. Jedne przypominały ogromne zwierzęta, inne szczyt wielkiej góry, a jeszcze inne postaci z bajek. Babcia nie pozwoliła mu czytać w łóżku, twierdząc, że marnuje światło, dlatego też często chował się pod pierzyną, używając latarki. Ale wtedy było niewygodnie i duszno, a tutaj odnosił wrażenie, jakby świat należał tylko do niego. Słońce stało wysoko, wiatr zawodził, niosąc od sadu zapach dojrzałych owoców, ptaki świergoliły jak szalone. Gdzieś koło ucha brzęczały muchy, nad kępą dzikiego rumianku unosiły się pszczoły. Jaskółki kołowały nad ziemią, zwiastując nadchodzącą zmianę pogody.

Po kilku minutach biegu chłopiec dopadł do swojej kryjówki, gdzie przez moment poczuł się bezpieczny i szczęśliwy. Był zbyt roztrzęsiony, by wyjąć książkę spod kamienia i czytać, dlatego położył się na plecach, zapadł w materacu miękkiej trawy i patrzył odważnie w górę. Jasne, pierzaste chmury nad jego głową przesuwały się niespiesznie, kłębiąc się i tworząc przed oczami niezwykły krajobraz. Błękit nieba raził w oczy, toteż Szymek przyłożył rękę do czoła i patrzył odważnie w niebo, wyobrażając sobie, jak to jest mieć skrzydła i unosić się w przestworzach. To musiało być coś fascynującego. Mieć pod sobą cały świat, obserwować go z tak wysoka i czuć się wolnym. I właśnie w tym momencie podjął decyzję, że kiedyś będzie wolny, niezależny od nikogo, będzie robił, co zechce i gdzie chciał. Uczyni wszystko, by osiągnąć ten stan i być ponad wszystkim. I nagle doświadczył niezwykłej lekkości, ciężar z duszy gdzieś się ulotnił, buzujący w środku gniew zgasł. Ogarnęło go coś tak błogiego, spokojnego, że nagle poczuł się zmęczony i zasnął.

Nie pamiętał, ile spał, ale obudziło go światło. Takie ostre, że aż wdzierało się pod powieki i przewiercało mózg. Przerażony otworzył oczy i natychmiast je zamknął. Wycelowany w jego twarz strumień latarki zgniótł w jednej sekundzie wszystkie złudzenia. Spostrzegł znajome twarze dwojga pochylających się nad nim ludzi. Zamrugał powiekami. Pod koszulą zawibrował strach. To już po mnie – zdążył pomyśleć, lecz zanim się zerwał, mocna dłoń wujka Wacka zacisnęła się na ramieniu.

– Tu się schowałeś! – wykrzyknęła babka, a z jej ściągniętej gniewem twarzy posypały się iskry.

– Auć! To boli! Puść! – jęknął, usiłując się wydostać z żelaznego uścisku krewnego.

– Nie szarp się, nic ci nie zrobię! – oznajmił wujek. – Szukaliśmy cię po całym Złotnie, martwiliśmy się o ciebie.

– N-niepotrzebnie!

– Baliśmy się, że pożarły cię psy albo ktoś napadł – tłumaczył wujek, który słynął z miękkiego serca. Ciekawe, po kim je miał, bo przecież nie po swojej matce. Może po dziadku, który się obwiesił? – przemknęło chłopcu przez myśl.

– Ja ci dam! Ty ciarachu! – wtrąciła się starsza kobieta. Zawsze tak go nazywała, kiedy była zła, ba, wściekła. – Wystawiłeś mnie na pośmiewisko! Nie ujdzie ci to płazem, o nie!

Chcąc nie chcąc, musiał iść. Widział, że babcia nie da za wygraną.

Wujek trzymał go nadal i ciągnął za sobą, a Józefa przyświecała im drogę strumieniem latarki. Szymek panicznie rozejrzał się na boki, ze zdumieniem stwierdzając, że zrobiło się całkiem ciemno. Szczęście w tym, że nie widzieli go koledzy. Dopiero mieliby ubaw po same pachy. Odetchnął z ulgą i przestał się szarpać.

Kiedy tylko znaleźli się w kuchni mieszkania usytuowanego na parterze kamienicy, babcia kazała Szymkowi położyć się na łóżku. Tym samym, na którym spała każdej nocy.

Wykonał polecenie w milczeniu. Wiedział, co go teraz czeka, dlatego bez słowa protestu ściągnął spodnie do połowy ud, zacisnął szczęki i położył się na brzuchu. Wujek Wacek odwrócił głowę, wcisnął ją bezradnie w ramiona i powłócząc nogami, udał się za zasłonkę, gdzie mieściło się jego spanie.

Tymczasem babka zdjęła z gwoździa wbitego we framugę drzwi sznur od żelazka i złożyła go na pół. Chłopiec na wszelki wypadek ściągnął i naprężył pośladki. Wiedział, że wtedy będzie bolało mniej. Chwilę potem poczuł pierwsze uderzenie.

Ból przeszył go od pięt aż po sam czubek głowy, ale nie pisnął ani słowa. Zacisnął mocniej wargi. Odliczał kolejne wymierzone ciosy. Za każdym razem bolało bardziej. Tak mu się przynajmniej wydawało. Gdy doliczył do dziesięciu, babcia przestała. Sapnęła ciężko, wyprostowała plecy, wytarła spoconą twarz przedramieniem i szurając kapciami, odeszła kilka kroków, by odwiesić kabel na swoje miejsce.

– To na wypadek, gdyby jeszcze raz przyszło ci do głowy uciec – powiedziała suchym, niemalże martwym głosem.

– J-już nie będę! – obiecał z powagą i spróbował wstać. Zbite pośladki piekły jak smażone na smalcu kartofle. – Prze-prze-praszam… – wydukał.

– A teraz marsz do swojego pokoju! Myć się i spać! – warknęła pojednawczo. – Przez tydzień nie wychodzisz z podwórka!

Nie! – zaprotestował w duchu, ale nie wydobył z siebie żadnego jęku.

Wiedział, że zasłużył na karę, dlatego wolał milczeć. Zsunął się z wersalki i w kilku susach znalazł się w drugim pomieszczeniu. Zrezygnowany rzucił się na łóżko. Głód skręcał mu kiszki, postanowił jednak nie ruszać się z miejsca. Tutaj przynajmniej czuł się bezpieczny. Patrząc w oświetlony łuną z księżyca sufit, zastanawiał się nad jutrzejszym dniem. Dobrze, że lekcje wuefu miał już dzisiaj, inaczej stałby się pośmiewiskiem dla kolegów. Najgorszy w tej kwestii był Józek. Największy łobuziak w klasie. Nikomu nie oszczędził. Dobrze, że Szymek miał swoją paczkę, na którą mógł zawsze liczyć. Jurek, Jacek, Darek i on stanowili zgrany zespół. Niczym trzej muszkieterowie i D’Artagnan ze znanej powieści Dumasa, którą swoją drogą uwielbiał. A wracając do siniaków, to był przekonany, na to przynajmniej liczył, że do piątku się zagoją. Póki co – czuł się cały obolały. Nie miał ochoty na nic, nawet na czytanie. Przymknął powieki, pomyślał o fruwających w przestworzach ptakach i natychmiast zasnął. Nie przypuszczał jednak, że to dopiero początek jego kłopotów.

Obudził go dźwięk i muśnięcie. Najpierw myślał, że to sen, bo akurat śnił mu się pies, któremu dźwięczała obroża, ale to nie był pies. Metaliczny odgłos sprawił, że wszystkie jego włoski na skórze stanęły dęba. Otworzył oczy i natychmiast je zmrużył pod wpływem palącej się pod sufitem żarówki. Nie! Tylko nie to! To jakiś koszmar! Nad nim pochylała się babcia Józka, trzymając w ręku krawieckie nożyce. Jej wyraz twarzy wydał mu się upiorny. Nie miał teraz czasu na myślenie, ale odniósł wrażenie się, że głupio się uśmiecha, a może nawet… triumfalnie.

To byłoby chyba odpowiednie słowo, bo nagle spostrzegł w jej ręku coś jeszcze. To były włosy. Część uciętej grzywki, o którą tak dzielnie walczył u fryzjera. Teraz ten kosmyk spoczywał w jej steranej dłoni, a obok dźwięczały złowieszczo nożyce.

– Nie! – Szarpnął się znów i krzyknął, ile miał sił w płucach. – Nie! Niech to będzie tylko sen!

Ale to nie był sen.

– A krzycz sobie do woli – wycedziła zwycięsko Gołębiewska. – Już i tak po wszystkim. Trzeba tylko trochę wyrównać. Chcesz iść do lusterka i się zobaczyć?

– Nie chcę! – zaprotestował, po czym wbrew sobie podniósł się i ruszył do przeciwległej ściany, gdzie umocowane było prostokątne lustro z półeczką na grzebień. Zbierając w sobie całą odwagę, zerknął w nie i natychmiast zamarł.

– I co, ciarachu? Było się tak stawiać? – prychnęła zadowolona z siebie babka, a on odwrócił się i popatrzył na nią z niedowierzaniem.

Redakcja

Agnieszka Czapczyk

 

Korekta

Dorota Honek-Sac

 

Skład i łamanie wersji do druku

Łukasz Slotorsz

 

Projekt graficzny okładki

Anna Slotorsz

 

Zdjęcie wykorzystane na okładce

© AdobeStock

 

© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026

© Copyright by Anna Stryjewska, Warszawa 2026

 

Wydanie pierwsze

ISBN: 9788384302033

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

WYDAWCA

Agencja Wydawniczo-Reklamowa

Skarpa Warszawska Sp. z o.o.

ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2

00-036 Warszawa

tel. 22 416 15 81

[email protected]

www.skarpawarszawska.pl

@skarpawarszawska

 

Przygotowanie wersji elektronicznej

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Kołysanka

Klątwa babci Józi

Fryzjer

Strona redakcyjna

Punkty orientacyjne

Spis treści