Świętologia - Antologia - darmowy ebook

Świętologia ebook

Antologia

3,4

Opis

Wyszarpana z demonich łap, przeczołgana przez światy ludziom nieznane, wydobyta z mroków strachu i odmętów wyobraźni. Złapana mocno przez Wydawnictwo IX i oddana w Wasze ręce, księga Sekcji Literackiej Krakowskiej Sieci Fantastyki. Świętologia, jakiej nigdy nie spotkaliście i nigdy już nie spotkacie!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 164

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
kolek_cjoner

Dobrze spędzony czas

test
01

Popularność




Tytuł: Świętologia

Copyright

© 2020 by Lech Baczyński, Agnieszka Bar, Paweł Dybała, Izabela Grabda, Katarzyna Ophelia Koćma, Paweł Majka, Monika Nowak, Aneta Pazdan, Krzysztof Rewiuk, Artur Siwek, Michał Sosiński, Michał Tomczyk, Carmen Widomska, Marek Wygnany, Ewa Zwolińska

© 2020 by Wydawnictwo IX

Copyright for the cover art

© 2020 Ewa Zwolińska

All rights reserved.

Wydawca: Krzysztof Biliński, Wydawnictwo IX

Redakcja: Katarzyna Koćma

Korekta: Anna Samek, Gabriela Tyńska, Michał Sosiński

Skład i łamanie: Krzysztof Biliński

Ilustracja na okładce: Ewa Zwolińska

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Książka jest wydawnictwem darmowym, opublikowanym na licencji Creative Commons (CC BY-NC-ND 4.0). Utwór lub jego fragmenty można kopiować i rozpowszechniać w dowolnym medium i formacie z uwzględnieniem autorstwa oraz bez wprowadzenia żadnych zmian w jego oryginalnej treści. Utworu nie można używać w celach komercyjnych i zarobkowych.

Wydawnictwo IX

[email protected]

wydawnictwoix.pl

Kraków 2020

Wydanie I

ISBN 978-83-960071-4-8

Paweł MajkaWstęp do Wstępu do świętologii

Stosunkowo krótki tekst nieznanego autorstwa Wstęp do świętologii, dołączony do jedynego egzemplarza, narobił swego czasu[1] nieco zamieszania tak w świecie świętologicznym, jak i teoriospiskowym. Nie stało się to za sprawą wartości merytorycznej samego Wstępu… (dość mizernej zresztą, nie miejsce to jednak, by znęcać się nad mizerią owego chaotycznego wprowadzenia, dość wspomnieć o pomieszaniu źródeł i dowolnym traktowaniu spuścizny znakomitych świętologów), lecz z powodu dopisków odnalezionych na jedynym istniejącym egzemplarzu, jeszcze około dekadę temu dostępnym w zbiorach Biblioteki Jagiellońskiej.

Anonimowi czytelnicy, nie mniej niż piszący te słowa oburzeni swobodnym podejściem do metodologii świętologicznej, komentowali bowiem kontrowersyjne (delikatnie rzecz ujmując) fragmenty Wstępu… Skąd wiemy, że było ich kilku? Po pierwsze, odnosili się nie tylko do tekstu, ale i wzajemnie do swoich komentarzy. Po drugie, zadbali tak o własną wygodę, jak i wygodę tych, którzy nadejdą po nich i stosowali odmienne kolory ołówków, którymi nanosili uwagi.

Piszemy o nich: „anonimowi”, a przecież w niektórych przypadkach można się domyślać, kim byli. Ponieważ wynika to z treści samych dopisów, odgadywanie tożsamości autorów pozostawiamy czytelnikowi. To doprawdy fascynujące, że ludzie, o których wspomina Wstęp… jako o bohaterach świętologii, najwyraźniej nie tylko czytali to wołające o pomstę do nieba opracowanie, ale jeszcze mijali się w czytelni tej samej biblioteki! A mówimy przecież o osobach, które autor Wstępu… uważał za zaginione bądź wręcz martwe (gwoli uczciwości należy przyznać, że nie tylko on, ale wielu innych świętologów, a nawet policja).

Dla wygody czytelnika zachowaliśmy w niniejszym wydaniu kolory, jakimi posługiwali się komentatorzy, a nawet zastosowaliśmy dla każdego z nich odmienne czcionki. Dla jeszcze większej wygody, zdając sobie sprawę, że niektórzy z naszych czytelników mogą cierpieć na daltonizm, oznaczyliśmy też dopiski skrótami: AN1 (Anonim 1) itd. Z kolei przypisy redakcyjne (nasze) oznaczamy skrótem: RED. Na niebiesko.

Wstęp do świętologii – wydanie 12., douzupełnione

Każdy z nas przynajmniej raz w życiu spotkał się z terminem: „Świętologia” i zapewne z tego powodu wydaje się nam, że doskonale rozumiemy, co się pod nim kryje. Świętologię wchłonął język potoczny, stała się przez to własnością wspólną i, podobnie jak niegdyś miało to miejsce z mitem, oderwała się od korzeni, a nawet zmieniła znaczenie w powszechnym odbiorze i użyciu. I tak oto znaleźliśmy się w sytuacji, w której o Świętologii mówią wszyscy, a każdy jakby w innym języku. W ten sposób Świętologia i świętolodzy padli ofiarą vytvářeníbubliny (zwanego też często: blaseerzeugen), zjawiska, które już w 1874 roku opisał niezapomniany i niezastąpiony Sławoj Podceňovánik, nianiek Edmunda Husserla. Zvytvářenibublinowaniśmy wszyscy, pogrążeni w masovévnímáníu (znów nieoceniony wkład Podceňovánika ze znanej każdemu świętologowi fundamentalnej pracy: Spánek anděl spánek na redukci sen).

Słowa powyższe, a także poniższe kieruję oczywiście do Ciebie, nieco zagubiony czytelniku, może przypadkowy, może zaciekawiony, a może rozbawiony. Do Ciebie, potoczny zmasovévnímáníony vytvářeníbublinowcu, nie zaś do moich kolegów świętologów, im bowiem wszystkie opisane powyżej i poniżej fakty, wydarzenia i zmyślenia są doskonale znane.

Praca niniejsza nie rości sobie ambicji do bycia dziełem naukowym, lecz jest w zamierzeniu dziełkiem lekkim, wprowadzającym zaledwie w zawiłe ścieżki świętologiczne; mającym przybliżać owo Nieznane, za którym podążali od dekad badacze, często tracąc przy tym zdrowie, życie, a bywało, że zmysły oraz wiarę w Metodę.

A jednak nawet ci, którzy przepadli, owa niezwykła armia prosvećeni luđaci, jak pisał o nich Jakub Trbasek, uważany za ojca serbskiej świętologii, podarowali światło nam wszystkim i przyczynili się równocześnie do pogłębienia wiedzy świętologicznej, jak i do towarzyszącego jej od zawsze kompletnego poplątania metod i terminów, wymieszania hipotez oraz umrocznienia (sähkökatkos)[2].

Korzenie świętologii sięgają niebios, z nich bowiem wywodzi się wszystko, co święte[3][4]. Tym samym za pierwszych świętologów można by uznać już pierwotnych kapłanów snujących opowieści o stworzeniu świata i bogach, którzy mieli w nim udział. Choć czytelnik spotka się z pewnością z twierdzeniami niektórych badaczy[5], że świętologią można nazywać jedynie dokonania nowoczesnej nauki, a zatem oparte na falsyfikowalnych badaniach zastosowanych zgodnie z Metodą, to jednak postaramy się tu wykazać, że naprawdę nowoczesna świętologia sięga dalej i głębiej niż ów demonizowany i przeceniany rozum. Nie zdawajmy się jedynie na szkiełko i oko powiadam, za Paulem Dubois[6][7].

Jeśli zaczniemy, śladem Dubois, ale przecież także Italo Calvino, szukać świętologów wśród kapłanów, nie uchylimy się chyba przed hipotezą, iż znajdywać ich możemy także wśród poetów, dramaturgów i dalej – pisarzy, oni wszak są dziećmi kapłanów. Tak, jak nie byłoby dramaturgów bez Dionizji, tak nie byłoby poetów i pisarzy bez tych kapłanów, którzy nie tylko przeprowadzali wiernych przez rytuały, ale i opisywali im ich znaczenie – a zatem i kształty świata.

By nie powoływać się tylko na autorytety ściśle świętologiczne, wspomnimy, że pisali na ten temat tacy tytani religioznawstwa, etnologii i zmyślonologii stosowanej, jak Gerardus van der Leeuw, Mircea Eliade czy Abumizydory Puduchmani. Nie sposób też zapomnieć[8] o na poły legendarnej Ophelii[9],[10][11]badaczce podpisującej swoje prace jedynie tak właśnie zapisywanym imieniem. Na poły legendarnej, choć bowiem istnieją świętolodzy, którzy ponoć mogli pochwalić się znajomością z nią, jak Pazzadani, opowiadająca, że siedziała jej na kolanach podczas pewnej imprezy w 1967, czy Izodyr Grabhkann, obecnie już ponad dziewięćdziesięcioletni uczony, mający w swej karierze rolę guru w sekcie w Detroit. Niektórzy badacze twierdzą też, że o niej właśnie śpiewał Bob Dylan. Faktem jest, że Ophelia, bez względu na to, czy była rzeczywistą osobą, czy też, jak utrzymuje np. komisarz Lech Szymborski[12][13], szalbierczą organizacją, pojawiła się właściwie znikąd w roku 1960, by zniknąć bez śladu na początku roku 1970. Pozostały po niej tylko notatki, wspomnienia innych osób oraz materiały ze śledztwa Szymborskiego. Świętologów jest więc niemal bez liku[14] i trudno znaleźć temat, w którym by się ze sobą zgadzali. Dlatego nie ma sensu wypisywać wszystkich świętologicznych teorii i hipotez. Należy się skupić na tych, które uważam za słuszne JA.

Poeci i pisarze zatem jako świętolodzy. Pamiętajmy, że o świętach pisali tak filozofowie (np. Tomasz z Akwenu, Hubeliusz młodszy od Hubeliusza starszego), jak i etnografowie (np. Borys Uspieński, Michael Thomas), astrofizycy (Arthur Szürke), słowem przedstawiciele prawie wszystkich nauk. Podchodzili do świętologii od strony fizyki (Szürke), mistyki (Michał, twórca Michalizmu[15])[16][17][18][19], a nawet gramatyki jak Gabriela Tig Montekassińska. Jakkolwiek jednak wszyscy ci uczeni i odkrywcy poświęcili życie, by zbadać nie tylko pochodzenie Świąt, czy to jako takich, czy konkretnie Świąt Bożego Narodzenia, związane z nimi rytuały i folklor, osadzenie w mitologiach, to jednak wszystkie te działania nie zdałyby się na nic, bo nie pomogłyby w uchwyceniu sedna Świąt![20][21] Sedno ich bowiem zawiera się tak w obyczajowości, w filozofii i religii (czy będziemy w jej przypadku uwzględniać kwestie organizacji życia religijnego, czy znacznie bardziej tajemnicze zagadnienia wiary), ale także uczuć i emocji! I tu właśnie niezbędne jest spojrzenie literackie, które sprawniej potrafi sięgać do naszych serc niż oko badacza![22] Literatura jest zresztą odważniejsza od nauki, pozwala szukać tam, gdzie nauka boi się sięgać[23].

Dowodów na to nie trzeba daleko szukać. Świętologia to chyba jedyny przypadek w historii nauki, w której niemal wszyscy badacze sięgnęli w końcu po pisarskie pióra. Fizyk Arthur Szürke, nim przepadł w tajemniczych okolicznościach, z nieznanych do końca przyczyn[24], napisał osiem poematów poświęconych świętologii. Paul Dubois także poświęcił się swego rodzaju literaturze, choć specyficznej. Miast drukować swoje prace, oblepiał nimi ściany własnego mieszkania. Policja zatrzymała je niestety wszystkie po jego zniknięciu, jednak wiadomo skądinąd, że Dubois od analizowania tekstów literackich poświęconych Świętom przeszedł do uzupełniania ich braków własną twórczością. „Braków”, ponieważ uważał, że twórcy literatury świątecznej dokonywali autocenzury, by nie wyrazić w niej wszystkiego, co wiedzieli bądź choćby przeczuwali. Uczony szukał więc owych „usuwanych” fragmentów, dopatrywał się prawidłowości tak w strukturze ocenzurowanych tekstów, jak ich rytmach, rymach i fabułach. Aż w końcu sam przepadł bez śladu, pozostawiając na obitych zapisanymi stronicami ścianach wielki napis czerwoną farbą: NADCHODZĄ! Jako że owo ostatnie dokonanie literackie Dubois znaleziono dnia 20 grudnia, uznano, że miał na myśli Święta właśnie. Z hipotezą taką zgodziła się policja, ale nie wszyscy świętolodzy, z Anette Pazzadani na czele.

By jednak przybliżyć zdanie Pazzadani na temat zniknięcia Dubois, trzeba najpierw przybliżyć poglądy włoskiej badaczki na samą świętologię. Jak wspomniano, Pazzadani kontynuowała badania profesora Hirvi. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że ów uczony, w efekcie zbyt dociekliwych badań nad działami Andersena, popadł w wyjątkowo mroczną depresję, przez co jego prace pisane u schyłku życia tchną nihilizmem, bełkotliwym mistycyzmem, a nawet bezsceptycyzmem! Asceptycyzmem wręcz! Od nich to wyszła Pazzadani i w oparciu o te nieszczęsne pisma stworzyła teorię transformacyjności scjentomaterialistyczno-kapitałowej świętologii. Wszyscy ją znamy, toteż nie ma potrzeby dokładnego rozpisywania się na temat tych dotkniętych sähkökatkos tez. Ponieważ jednak winniśmy rzetelne przedstawienie świętologii tym, którzy nie mają wiedzy w jej temacie, napomknę[25], że[26][27][28][29] Pazzadani jest autorką teorii, iż istnieje grupa, której celem jest transformacja ludzkości przy użyciu świętologii. Śladów jej działania uczona upatrywała tak w wydarzeniach na świecie, jak i dziełach literackich oraz pracach naukowych.

Według Pazzadani grupa ludzi przynajmniej od stu lat starała się wykorzystywać mechanizmy Świąt w celu kontrolowania, a nawet kreowania zachowań społecznych. Najjaskrawszym przykładem takich działań miało być w jej przekonaniu stopniowe przejmowanie rytuałów świątecznych przez instytucje świeckie i przekształcanie ich w akcje promocyjne i marketingowe. Jednak za tym pozornym krzewieniem konsumpcjonizmu kryło się, według Pazzadani, coś znacznie mroczniejszego i złowieszczego. Coś, czego korzenie sięgały do samych początków wszelkiej świąteczności, a czego zinstytucjonowanie rozpoczęło się w VII wieku na Wyspie Spełnionych Życzeń Wigilijnych. To właśnie podczas wyprawy śladami Michała Esoesa uczona zaginęła bez wieści[30]. Zdaniem Pazzadani cenzurować dzieła świąteczne miała właśnie ta dziwna grupa spiskowców.

Jak widać, podejście do świętologii może być bardzo różne, sięgać czasem mistycznych objawień i apokaliptycznych wizji[31]. Nic w tym dziwnego, badając święta (wszelkie), dotykamy wszak tego, co w człowieku najintymniejsze, a w ludzkości bodaj najstarsze. Jakkolwiek mroczne wizje Pazzadani wydają mi się świadectwem upadku udręczonego losem mistrza umysłu, nie można zaprzeczyć, że Święta w swych korzeniach sięgają do najstarszych i najpierwotniejszych systemów organizacji życia społecznego i kształtowania zasad życia ludzkości. A przy tym równie głęboko sięgają do naszych dusz i serc[32].

Dlatego[33] z przyjemnością[34] oddajemy do Państwa rąk ten zbiorek, w którym za pseudonimami pisarskimi kryją się często uznani świętolodzy, którzy przy pomocy literatury starają się opowiedzieć o tym, o czym nie była w stanie w pełni opowiedzieć nauka. Świętologicznie o Świętach, czyli o nas.

Posłowie do wstępu do Wstępu do świętologii

Tu kończy się tekst Wstępu…, urywają się też notatki na jego marginesach, które my, dla ułatwienia czytelnikowi lektury, przedstawiliśmy w kolejności w przypisach. O ile nam wiadomo, nie doszło do żadnego aresztowania w czytelni Biblioteki Jagiellońskiej, a Anonim 2 nie został ani zatrzymany, ani zidentyfikowany. Podejrzenia Anonima 4 nie znalazły więc potwierdzenia. Jeśli czwartym był, jak interpretuje wielu badaczy, komisarz Lech Szymborski, nie może udzielić nam już żadnej informacji, ponieważ ten znany policjant przepadł bez śladu, jak wielu innych świętologów. Czy porwała go mroczna sekta, jak twierdzi część teoretyków, czy też wraz z innymi bawi się podczas wiecznej Wigilii na Wyspie Spełnionych Życzeń Wigilijnych, jest jedną z wielu niewyjaśnionych zagadek świętologii. Nam pozostaje opublikować to wydanie opowiadań świętologicznych w nadziei, że może ktoś kiedyś sięgnie po jego egzemplarz na półce Biblioteki Jagiellońskiej i znajdzie na marginesie jednej ze stron tajemniczy dopisek…[35].

[1] (RED) Dokładniej: pomiędzy 8 czerwca 1979 a 13 listopada 1999 roku.

[2] Termin wprowadzony przez profesora Hubertusa Hirvi, jednego z najznakomitszych fińskich świętologów, bez lęku badającego wątki świętologiczne w prozie Hansa Christiana Andersena, co zresztą ów niezrównany uczony przypłacił pochłonięciem przez masentava pimennys, zjawisko, które nie tylko odkrył, zbadał i nazwał, ale które też zgłębił ostatecznie, czyli dośmiertnie. Badania nieodżałowanego Hirvi podjęła następnie Anetta Pazzadani, współczesna włoska uczona, o której jeszcze wspomnimy w dalszej części opracowania.

[3] Naturalnie nie według każdego ze świętologów, by przywołać tylko prace takich znakomitości, jak wspomniana wcześniej Pazzadani albo uczennica profesora Hirvi, Monika Uusi. Uczeni ci rozszerzają pojęcie „świętości” na byty pozaniebiańskie. Musimy przy tym zdawać sobie sprawę, że nie ma wśród nich zgody. O ile Uusi zwraca uwagę, że w kosmogoniach i mitach archetycznych biorą udział nie tylko istoty niebiańskie, to Pazzadani skłania się do wręcz zaprzeczania świętości niebiańskiej i wyszukiwania dowodów na maallinen ja salaperäinen, o której to hipotezie wspominał już sam Hirvi. Tym samym Pazzadani zbliża się do wyznawców Michalizmu, o którym nie będziemy tu wiele pisać, ponieważ uważamy ów nurt za bzdurny i zabobonny, a – co więcej – oparty na zmyśleniach.

[4] (AN1). Skandal! Ja przepraszam, ale pisać takie rzeczy w naukowym… Niby naukowym tekście! Przecież powinny istnieć jakieś zasady.

[5] Np. prace Evy Z. Voleenskiej Over de oorsprong van sneeuw op dennentakken bądź Alle fouten en vergissingen van Eva von Wolin.

[6] Nie do końca francuski badacz, który jako jeden z pierwszych zaproponował w ramach teorii naukowej odejście od teorii naukowej w celu naukowego stwierdzenia możliwości potencjalnej naukowości pewnych niezupełnie naukowych doświadczeń związanych z świętologią. Więcej o Dubois dalej.

[7] (AN2) Ukłony, a nawet ukłoniki. To ja sobie pojadę na fioletowo. Przywiozłem z Petite Souris des Champs taki zgrywny długopis wszystkobarwiący. A może raczej… wszystkiebarwymający. Ale zgadzam się, że skandal, a nawet gorzej niż skandal, bo błąd!

[8] Choć wielu próbowało.

[9] (AN3) Juppi duppi du!

[10] (AN1) Za skandal uważam też, że jakieś, nie boję się użyć tego słowa, niedouczone matoły, bazgrzą po bibliotecznych egzemplarzach, pisząc jakieś brednie. I nic nie pomoże używanie kilku kolorów.

[11] (AN2) A jeśli to legendarna Ophie? Ona miała skłonność do kolorowego podśpiewywania. Jak wszyscy w tamtych latach, swoją drogą…

[12] Świętolog amator, ale bardzo ważny dla tej nauki, z zawodu policjant, z przekonania też.

[13](AN4) Przekonania nie mają tu nic do rzeczy. Istotna jest praca śledcza.

[14] Wedle danych na koniec roku 1996, dokładnie: 19 647, dane za Rocznik Statystyczny GUP, pierwszy kwartał 1997.

[15] Choć ów wątek mistyczny nie znajduje zrozumienia w moich oczach, wspomnieć o nim, choćby tylko w przypisach, wypada. Michała, kapitana statku wielorybniczego „Fjell”, nie znamy z nazwiska, a jedynie z ostatniego sygnału, jaki wysłał: S.O.S. Przez niektórych zwany jest zatem Michałem Esoesem. W 1977 roku, wędrując szlakiem nie tyle wielorybów, co tajemniczych zaginionych notatek profesora Hirvi, Esoes zapragnął znaleźć zaginioną pod lodami Bieguna Północnego Wyspę Spełnionych Życzeń Wigilijnych, na której – wedle wątpliwych przekazów – średniowieczny lud Wiksłowów, będących potomkami skandynawsko-słowiańskiej wyprawy naukowo-bojowej, założył w VII wieku n.e. osadę obchodzącą Święta Bożego Narodzenia przez wszystkie dni w roku. Stać miało się tak za sprawą kompletnego pogubienia w kalendarzu odkrywco-rozbitków, którzy, nie potrafiąc określić, jaki konkretnie przypada dzień, na wszelki wypadek obchodzili Święta permanentnie. Ich legendarna osada stała się swoistym „Eldorado” świętologów-mistyków, którzy szukają jej po dziś dzień.

[16] (AN4) Gwoli ścisłości, nie był twórcą, ale ojcem założycielem. Zresztą nieświadomym.

[17] (AN1) Gwoli ścisłości, to ja sobie wypraszam tę „nieświadomość”. Nie ma nic nieświadomego w porzuceniu zawodu wielorybnika i przekonaniu niemal całej załogi do wyruszenia na poszukiwania zaginionego miasta. ZAGINONEGO, podkreślam, a nie zmyślonego, wedle „wątpliwych przekazów”, jak pisze nieszanowny autor. Wspomina o niej już Plotyn Bardzo Młodszy, a zresztą istniały mówiące o niej przekazy skaldów, zapisy proboszcza z parafii Fitte Fierden z X wieku! To była świadoma wyprawa naukowa i odkrywcza! Autor Wstępu… oczywiście nic o Fitte Fierden nie wspomina, tak samo jak o Plotynie Bardzo Młodszym. Bo mu to nie pasuje do tezy.

[18] (AN3) Juppiduppi du!

[19] (AN1) No, to już przechodzi ludzkie pojęcie! Czy w tej bibliotece nikt nie pracuje i nie zwraca uwagi, że jakiś, nie boję się użyć tego słowa, imbecyl, bazgroli sobie w czytelni po książce?

[20] (AN3) JUPPIDUPPIDU!!!

[21] (AN2) Kolega Zielony pewnie się ze mną nie zgodzi, ale komentarz osoby kolorowej (intuicja podpowiada, że koleżanki, ale nie mogę przecież kierować się zachciankami intuicji, bo jak to zachcianki, nie są obiektywne… Co prowadzi nas do rozważań nad obiektywizmem intuicji… Ale to może innym razem) wydaje mi się całkiem celny.

[22] (AN4) Tu muszę się jednak wtrącić. Znam znakomitego patologa, doktor Śledzionę (doskonałe nazwisko śledcze, swoją drogą), która potrafiła wybitnie sięgać do serca, nawet dźgniętego albo poszarpanego pociskiem, i wydobywać je tak, by nie wprowadzać dodatkowego zamieszania.

[23] (AN1) To już są kolosalne brednie i widać, że autor odjeżdża. Przepraszam, że długo nie odpowiadałem, ale wyrzucono mnie z czytelni za pisanie po książce (jednak ktoś tu pracuje – wyrazy szacunku). Musiałem wrócić pod przybranym nazwiskiem i ze zmienioną fizjonomią. Na szczęście mam w tym wprawę z moich wypraw.

[24] (AN4) Przyczyny są doskonale znane i udokumentowane dzięki wytrwałemu śledztwu. Szürke badał sprawę Dubois i jak wskazuje dochodzenie, zapuścił się jego tropem w niebezpieczne rejony. Nawiązał zresztą kontakt z Anette Pazzadani, od której otrzymałem dokładną relację z ich ostatniego spotkania. Szürke był, według niej, bardzo zdenerwowany, ponoć na sam koniec zgodził się z jej tezami dotyczącymi mrocznych aspektów Świąt. To akurat nie wydaje mi się do końca wiarygodne, ale w zdenerwowanie fizyka wierzę, potwierdzają je inne zeznania. Szürke się bał.

[25] (AN4) Nie mogłem nie zwrócić uwagi na nie pierwsze w tekście pomylenie przez autora liczb. Oto w jednym zdaniu pisze on o sobie na przemian w liczbie pojedynczej i mnogiej. To cenny trop, który może potwierdzać niektóre podejrzenia na temat tego artykułu.

[26] (AN1) Moim zdaniem autor po prostu próbuje przyjąć ton rozpraw naukowych, ale wyraźnie brakuje mu wprawy. Co zresztą dowodzi, że wcale nie jest naukowcem. Zapewne nie ukończył studiów, a do przeczytania prawdziwej pracy naukowej nie miałby cierpliwości. Naczytał się za to dyletanckich opracowań i ich styl stosuje w tekście, nieświadomy jak bardzo go to demaskuje.

[27] (AN2) A jednak Anette rzeczywiście uważa, że autorem Wstępu… nie jest jedna osoba, a raczej grupa należąca do spisku starającego się przejąć świętologię.

[28] (AN4) A skąd pan to wie? Pazzadani zniknęła na dwa lata przed publikacją Wstępu…!

[29] (AN2) Ups…

[30] Przepraszam, czy coś mnie ominęło? Panowie, zdaje się, wysuwacie tu jakieś podejrzenia? Co miało znaczyć to „ups”? Jeśli dobrze je interpretuję, pan fioletowy coś wie? Natomiast jeśli chodzi o przepadnięcie Pazzadani, nie było tak zupełnie bez wieści… Sam znalazłem butelkę z wiadomością i przekazałem ją prasie! Znalazła się nawet gazeta, która ją opublikowała!

[31] (AN4) Skoro już o apokalipsach mowa… Ta pańska gazeta to „Profezie di Sventura della Sera” wydawana przez niejaką Inez Trattoria, przypadkiem znajomą Pazzadani i kuzynkę Esoesa. Zastanawiające, prawda?

[32] (AN1) Tu już autor pojechał w kompletną grafomanię. Natomiast odnośnie wypowiedzi pana „Piszę grubą czcionką, bo jestem ważnym urzędnikiem państwowym”, to bardzo proszę bez wyzwisk. „Esoesa” wymyśliły jakieś szmatławce i doprawdy nie odpowiada mi to…

[33] (AN4) Ha! Przyznaliście się, Esoes! Od zawsze wiedziałem, że sfingowaliście swoje zaginięcie i z ukrycia badacie świętologów nowego pokolenia! Gadajcie, co żeście zrobili z Pazzadani! Uprzedzam, że cała czytelnia obsadzona jest przez moich ludzi! Jeśli to teraz czytacie, pewnie rozglądacie się nerwowo i po tym was właśnie zdekonspirujemy! Gra skończona!

[34] (AN2) Może się powtórzę, ale doskonale pasuje to do sytuacji: ups…

[35]Jupiiduppidu!

Paweł DybałaLetzte Weihnacht

– Mamo, mamo! Zobacz! Renifery! – wrzasnął kilkuletni chłopczyk, rzucając się biegiem ku zatłoczonemu placykowi.

– Karolku, szalik…! – zawołała słabym głosem objuczona siatkami kobieta w średnim wieku, wychodząc z galerii z widoczną zadyszką. Na próżno, dziecię popędziło przed siebie kurcgalopem. Gdy po kilkunastu sekundach rodzicielka dotruchtała do miejsca, w którym wreszcie przystanęło, miała już ułożoną w myślach formułkę kazania wypominającą pociesze wszystkie zabawki i słodycze, na których kupno dała się dziś namówić, oraz zawierającą obowiązkową klauzulę: „A Mikołaj patrzy”.

Nie wygłosiła jednak ani słowa z tej przemowy, gdyż zdała sobie sprawę, że Mikołaj naprawdę patrzył.

Na placu przy galerii handlowej ustawiono coś na kształt stajni, przy której osoba obdarzona najwidoczniej niemałą fantazją umieściła sporych rozmiarów bogato zdobione sanie, zaprzęgnięte w dziewięć najprawdziwszych reniferów. Obok parskających, stukających kopytami o chodnik zwierząt stał, a jakże, sam Mikołaj z pokaźnym worem na plecach. I to właśnie on, poklepując pierwszego z reniferów po karku, spoglądał na zgromadzony wokół tłumek dzieci i rodziców spod czerwonej czapy z obowiązkowym białym futrem.

W jego wzroku było… coś. Coś, co sprawiło, że matkę nagle przeszył dreszcz, bynajmniej nie z powodu panującego tego dnia lekkiego mrozu. Gdy ich oczy na chwilę się spotkały, niemal fizycznie poczuła bijący od nich chłód. Nie obojętność, właśnie chłód. Lodowatą bezwzględność. Niemal… nieludzką?

– Ho, ho, ho! – Z rozmyślań wyrwał ją tubalny głos Mikołaja. Święty ze stęknięciem postawił na ziemi worek, teatralnym gestem otarł z czoła niewidzialny pot, po czym rozłożył szeroko ramiona i zawołał: – To jak, dzieci, kto chce pogłaskać reniferka!?

– Jaaa!!! – Ogłuszający, typowy dla przedszkolnej dziatwy wrzask sprawił, że część stojących w pobliżu rodziców odruchowo zatkała uszy. Jednym z pierwszych dzieciaków, które rzuciły się ku zwierzakom, był, a jakże, Karolek.

– Nie…! – zakrzyknęła matka w skazanej na niepowodzenie próbie powstrzymania potomka. Ten stał już przy niepokojącym Mikołaju, który, o zgrozo, nawet pogłaskał go po głowie.

– Jak myślicie – święty wskazał na pierwszego z reniferów – jak ma na imię ten czerwononosy?

– Rudooolf!!! – wrzasnęły znów dzieci, a zwierzę nerwowo zastrzygło uszami.

– Brawo! – pochwalił Mikołaj. – Jego czerwony nos zawsze wskazuje nam drogę! Za nim natomiast – przeszedł kilka kroków wzdłuż zaprzęgu – stoją: Błyskawiczny, Kometek, Fircyk, Profesorek, Amorek, Pyszałek, Tancerz – wyliczał, klepiąc każdego z renów po szyi, za co te odwdzięczały mu się parsknięciami. – Oraz Złośnik. Uważajcie, bo nie bez powodu nosi takie imię! – zarechotał, szybko cofając rękę, w samą porę, by uniknąć kłapnięcia zębów ostatniego ze zwierzaków. Niepocieszony Złośnik warknął wściekle, ucichł jednak spiorunowany spojrzeniem świętego.

Mama Karolka poczuła narastający ból głowy. Nieco bezsilna, obserwowała, jak jej latorośl, uniesiona przez jegomościa w czerwonym stroju, paca po grzbiecie jednego z reniferów, za co ten odwdzięczył się zabawnym podrygiwaniem. To pewnie Tancerz, przeszło jej przez myśl.

Coraz bardziej skołowana, przyglądała się, jak Karolek karmi marchewką Kometka i odmachała mu apatycznie, gdy pomachał do niej, siedząc okrakiem na grzbiecie Amorka. Odczekała posłusznie, aż synek dopcha się, by pogłaskać Profesorka, co trwało dość długo, gdyż zwierzę najwidoczniej zapałało niezwykle ciepłym uczuciem do uroczych bliźniaczek, które stały w kolejce przed Karolkiem, i zawzięcie lizało je po rączkach.

Gdy dziecię obskoczyło już wszystkie renifery (poza Złośnikiem, co skonstatowała z niejaką ulgą i dumą, błogosławiąc w myślach resztki instynktu samozachowawczego potomka), już miała wziąć je za rękę i wyprowadzić z tego cyrku, wtedy jednak Mikołaj ponownie zahuczał swoje „ho, ho, ho”, a dzieci jak na komendę ucichły.

– A teraz, moje drogie smyki – zagaił, podchodząc do rzuconego uprzednio wora – powiedzcie no, byłyście grzeczne?

Ogłuszające „taaak” Złośnik skwitował kolejnym wściekłym parsknięciem.

– To świetnie się składa, bo dla wszystkich grzecznych dzieci mam tu drobne upominki! – Mikołaj sięgnął do wora i wydobył z niego przewiązane czerwoną wstążką pudełko. Na widniejącym nań obrazku uśmiechnięty chłopiec pokazywał rozanielonej dziewczynce wewnętrzną część uniesionej dłoni, na której namalowany był orzeł. W wychodzącym z ust chłopca komiksowym dymku widniał napis: „Hi!”.

– Ach, to ta gra po angielsku, za którą wszyscy tak szaleją! – ucieszyła się stojąca nieopodal młoda kobieta. – Właśnie słyszałam, że będą dziś rozdawać zestawy startowe!

Mama Karolka odruchowo chciała zaprotestować, oczyma wyobraźni widząc latorośl jęczącą o kolejne dodatki do startera, jednak na widok radości w oczach syna, który jako jeden z pierwszych dochrapał się upominku, jej serce momentalnie zmiękło. W sumie, co nam szkodzi, pomyślała. Po pierwsze, gra po angielsku, jak by nie patrzeć, posiada walor edukacyjny. A po drugie, perspektywa rychłego powrotu do domu wydała się nad wyraz kusząca.

– Wesołych Świąt! – pożegnał ich na odchodnym tubalny głos. Kobieta wzdrygnęła się.

* * *

Było już grubo po siódmej, gdy Mikołaj z obowiązkowym uśmiechem pomachał na pożegnanie ostatniemu z dzieci, odciąganemu siłą z placu przez wyraźnie wyczerpanych dorosłych. Gdy opętańcze wycie chłopczyka ucichło, uśmiech zniknął z twarzy świętego.

– Ja pierdolę – westchnął ciężko Kometek, pochylając łeb. Złośnik parsknął wściekle.

– Spokojnie, mein Führer – wycedził Mikołaj. – Opanujcie się wszyscy. Pogadamy na pierwszym postoju.

* * *

Polana w podmiejskim lasku pokryta była cienką warstwą świeżego śniegu, na której widniały jedynie ślady płóz i kopyt.

– Dobra, dziesięć minut przerwy – zarządził Mikołaj, gramoląc się z sań.

– Ile!? – warknął renifer zwany Amorkiem, łypiąc groźnie na świętego. – Cały dzień dawaliśmy się głaskać bandzie gówniarzy i wysłuchiwaliśmy ich wrzasków, a ty dajesz nam dziesięć minut!?

– Daj spokój, Heinrich – sapnął Tancerz. – Zapomniałeś, jak kiepsko stoimy z czasem?

– Joseph ma rację – poparł go Błyskawiczny. – W tym tygodniu mamy do obskoczenia jeszcze kilkanaście miast, a potem…

– Potem już będą Święta – wtrącił się Rudolf. – Magiczna noc, podczas której wszystko się skończy… i zacznie.

– Dobra, dobra, może nie zapeszaj, co? – skarcił go Fircyk. – Skupmy się na tym, co mamy do zrobienia.

– I nie róbmy sobie nadziei – dodał Pyszałek. – Nie wiem, czy zniesiemy kolejne rozczarowanie… Prawda, Tancerzu? – Zerknął znacząco w kierunku towarzysza.

– Ile razy mam prosić, żebyś mnie tak nie nazywał!? – zirytował się tamten. – Bo to takie śmieszne, prawda!? Nazwać „Tancerzem” kogoś, kto jako człowiek utykał. Naprawdę, boki zrywać!

– Nie ja to wymyśliłem – odparł Pyszałek, spoglądając na Mikołaja.

– Ja też nie! – obruszył się święty. – To była…

– Tak, tak, wiemy – przerwał mu sarkastycznym tonem Kometek. – Tajemnicza świetlista istota, która swą niezwykłą mocą zaklęła nas w renifery po tym, jak ciebie zmieniła w tego… brodatego błazna.

– Panowie, spokojnie. – Amorek stanął pomiędzy nimi. – Wszyscy jesteśmy zmęczeni. Reinhard dobrze gada, po prostu skupmy się na tym, co mamy do zrobienia. „Hi!” bije rekordy popularności, więc wszystko wskazuje na to, że tym razem powinno się udać. A to, czy faktycznie tak będzie – rzucił ostrzegawcze spojrzenie Mikołajowi, który już otwierał usta, by coś powiedzieć – być może okaże się już niebawem. Słowem, byle do Wigilii.

– Byle do Wigilii – powtórzył Rudolf.

Złośnik parsknął ze zniecierpliwieniem.

– Już niedługo, mein Führer – uspokoił go Kometek. – Już niedługo.

– Cudne były te bliźniaczki… – rzekł rozmarzonym głosem Profesorek.

* * *

Kryształki śniegu pokrywającego strzechę stojącej pośród pustkowi chatki raz po raz błyskały odbiciem księżycowego światła. Widok ten był tak klasycznie zimowo-świąteczny, że większość ludzi na świecie zapewne uznałaby, iż nic równie cudownie tandetnego nie miałoby prawa istnieć.

A jednak. Zresztą chatka lśniła także soplami, którymi mróz szczodrze obwiesił nie tylko krawędź jej dachu, ale i litery sporych rozmiarów szyldu widniejącego nad wejściem. Misternie wyrzeźbione w drewnie gotyckie litery układały się w napis: „Dom Reichniferów”.

Prowadzony przez Rudolfa zaprzęg wylądował miękko i precyzyjnie, tak że sanie zatrzymały się dokładnie przed wejściem.

– Ho, ho, ho! – zadudnił Mikołaj, ocknąwszy się z drzemki. – A, przepraszam – zreflektował się na widok chatki. – Piękne lądowanie, panowie!

– Daruj sobie – warknął Heinrich-Amorek. – Wyspałeś się, to teraz nas wyprzęgaj.

Uwolnione z uprzęży renifery jeden po drugim weszły do chatki.

– Uff, wreszcie w domu! – westchnął Fircyk, zmierzając prosto do swego żłobu z sianem.

– Nie ciesz się tak – burknął Kometek, człapiąc ku pożywieniu. – Jutro z samego rana ruszamy dalej.

– Zawsze to noc na swoim, nie? – wybełkotał Amorek, mieląc zawzięcie paszczą.

Wkrótce cała chatka wypełniła się odgłosami chrupania, żucia i mlaskania.

– Co tam? – Posilony Amorek podszedł do Mikołaja-Helmuta, który, zatopiony w myślach, stał przed „strefą wspomnień”, jak powszechnie nazywano pokaźny fragment ściany pokryty starymi zdjęciami i archiwalnymi wycinkami z gazet. – Na wspominki ci się zebrało?

– Coś w tym rodzaju. – Święty pokiwał głową. Przez chwilę stali we dwóch i w milczeniu przyglądali się ekspozycji.

Każdy z reniferów miał w niej swój własny kącik zatytułowany aktualnym przydomkiem oraz imieniem i nazwiskiem, których używał za ludzkiego życia. Amorek z ukłuciem nostalgii spojrzał na swoje dawne fotografie, po czym przebiegł wzrokiem po zbieranych latami artykułach, których tytuły układały się w skrótowe, acz dość adekwatne podsumowanie jego kariery. „Policyjne imperium Heinricha Himmlera” wisiało obok „Pierwszego mistyka Trzeciej Rzeszy” i nad bogato ilustrowanym „Największym wrogiem homoseksualistów”. Amorek podejrzewał, że to z uwagi na ten ostatni, zgodny z prawdą epitet, zyskał taki, a nie inny przydomek jako renifer. Czymkolwiek była owa tajemna siła, która zmieniła ich w renifery i nadała im imiona, najwidoczniej miała mocno zwichrowane poczucie humoru.

Szybko przesunął wzrokiem po kącikach pozostałych kompanów. Zdjęcie Kometka na tle myśliwca jak zwykle sprawiło, że poczuł ukłucie zazdrości, gdyż akurat w przypadku Hermanna Göringa owa enigmatyczna magiczna siła nie wykazała się przesadną kreatywnością, nadając mu pseudonim nawiązujący bezpośrednio do jego kariery w lotnictwie.

W takich chwilach nastrój zwykle poprawiała mu lektura artykułów o Pyszałku, sarkastycznie opisujących megalomanię Hansa Franka, który ponoć kazał się tytułować „niemieckim królem Polski”.

Uśmiechnął się mimowolnie, czytając fragment eseju o zdeformowanej nodze Josepha Goebbelsa vel Tancerza. Humoru, o dziwo, nie popsuło mu nawet zdjęcie, z którego spoglądał arcyprzystojny Fircyk, czyli Reinhard Heydrich.

Wzdrygnął się nieco na widok sążnistego artykułu o praktykach doktora Mengele, przypominając sobie wcześniejsze zachwyty Profesorka nad bliźniaczkami.

Po raz kolejny z uznaniem pokiwał głową nad dokonaniami Heinza Guderiana w dziedzinie blitzkriegu. Błyskawiczny nosił chyba najbardziej adekwatny i najmniej ironiczny pseudonim z całej ferajny… No, pomijając Rudolfa Hoessa, przy którym najwidoczniej wena twórcza tajemniczej istoty uległa wyczerpaniu.

Ach, no i był jeszcze On – sam Führer, któremu poświęcono centralną część ekspozycji. Jak zwykle na widok fotografii dumnego wodza wpatrującego się w dal stalowym spojrzeniem Amorek poczuł ukłucie żalu. Biedny Wódz jako jedyny z ekipy nie pozbierał się po owej dziwacznej „reinkarnacji”, która z niewiadomych przyczyn stała się ich udziałem. Gdy wszyscy otrząsnęli się z pierwszego szoku po przebudzeniu w ciałach reniferów, odkryli, że potrafią mówić ludzkim głosem. Wszyscy – prócz Złośnika. On jeden jak dotąd, choć minęło już przecież kilkadziesiąt lat, nie wypowiedział ani słowa. Potrafił zdobyć się tylko na bardziej lub mniej gniewne parskanie, prychanie tudzież sapanie, które byli podwładni z poświęceniem starali się przełożyć na zrozumiały język. I choć nie zawsze mieli pewność, czy dobrze odgadują intencje Adolfa, robili wszystko, by jak najlepiej opiekować się swoim dawnym przywódcą.

Osobny kącik poświęcono samemu Mikołajowi. Tu materiałów było stosunkowo niewiele, bo i sam „święty” był nieco mniej znany niż pozostali. Heinrich pamiętał dobrze, jak wielkie było jego zdziwienie, gdy okazało się, iż rola przywódcy ich stada przypadła niejakiemu Helmutowi Nicolaiowi. Zapewne przez nazwisko… A może coś, co zgotowało im taki los, uznało, że na specjalne względy zasłużył osobnik, który – jak głosił tytuł jednego z nielicznych artykułów – był „naczelnym teoretykiem Trzeciej Rzeszy” i położył ideologiczne podwaliny pod jej powstanie?