Grzeszne Święta - Antologia - ebook

Grzeszne Święta ebook

Antologia

4,1

10 osób interesuje się tą książką

Opis

Zbiór gorących opowiadań na zimne wieczory. Za oknami mróz, z daleka słychać dzwonki przy saniach, śnieg skrzypi pod butami, a w ciepłym wnętrzu, rozświetlonym blaskiem ognia igrającego w kominku, spotykają się spojrzenia, splatają się palce, usta łączą się w pocałunku. Zamiast szelestu papieru towarzyszącego rozpakowywaniu prezentów słychać szelest ubrań zsuwających się na podłogę. To będą wyjątkowe Święta.

Paulina Świst, Anna Wolf, Agata Suchocka, Agnieszka Siepielska, Anna Szafrańska, Marta W. Staniszewska, J.B. Grajda, K.N. Haner, Anna Bellon i Kinga Litkowiec.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 403

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (877 ocen)
410
234
148
67
18
Sortuj według:
MamuskaIgnaca

Z braku laku…

Dotrwałam do końca ,ale czegoś zabrakło. Czytałam to przez miesiąc .Zbiór ma moich ulubionych autorów ,na niektórych się zawiodłam niestety.
00
mysilicielka

Dobrze spędzony czas

Mój drugi zbiór opowiadań świątecznych w tym roku! Będzie gorąco, bo to „Grzeszne święta” 😈 Całość oceniam tak... fifty-fifty 😅 Było różnie. Wcześniej czytałam "Zakochane Zakopane" i tam zdecydowanie bardziej czułam świąteczny nastrój. Poniżej kilka przykładów. 🏔 „BIESz/iCZADY” Paulina Świst 🏔 Para przyjaciół gubi się w Bieszczadach i okazuje się, że tak naprawdę oboje od dawna czuli do siebie coś więcej. Kto zna tę pisarkę, to mniej więcej wie, czego się spodziewać. Są cięte riposty, wulgaryzmy, ale też niespodziewana gangsterka. Te Biesy i Czady, czyli fantastyczne stworzonka, oraz przepis na drinka, w którym głównie starasz się nic nie rozlać, bo już dawno powinnaś być pijana, to sympatyczne mrugnięcia okiem do czytelnika. Gdyby to była powieść, to byłabym zmęczona taką formą, ale jako opowiadanie - jest ok. 🔫 „Zabójcza pomyłka” Kinga Litkowiec 🔫 To najciekawsze opowiadanie w tym zestawieniu. Ameryka. Główna bohaterka wyjeżdża z domu rodzinnego, po tym jak dowiedziała się, ż...
00
zaczarowana-ksiazka

Nie oderwiesz się od lektury

„Grzeszne święta” jest to zbiór opowiadań, które rozpalą nie jedną osobę w ten chłodny już czas. Bardzo czekałam na tą książkę już od dłuższego czasu a tym bardziej, że pisali to tak lubiani przeze mnie pisarze. Część z nich nie znałam twórczości, lecz teraz wiem, że najwyższy czas nadrobić zaległości. Podobały mi się wszystkie opowiadania niektóre były dla mnie bardzo miłym zaskoczeniem. Każda historia była inna i dokaż dej podchodziłam inaczej. Autorki pozwoliły czytelnikowi na odczuwanie ogrom emocji. Na końcu każdego opowiadania każda z pisarek zostawiła dla nas miłą niespodziankę w postaci przepisu np. Babeczki z żurawiną i świątecznych życzeń. Największym zaskoczeniem były dla mnie opowiadania „Idealne święta” czy „Zabójcza pomyłka”. Przyznam szczerze, że nie miałam styczności z publikacjami autorek a teraz wiem, że to był mój największy błąd. Podobały mi się także „BIESz/iCZADY” i „Kurier zawsze puka dwa razy” tutaj akurat wiedziałam, co mogę dostać, lecz i tak bardzo miło zos...
00

Popularność




Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Maria Śleszyńska

Redaktor prowadzący: Grażyna Muszyńska

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Barbara Milanowska (Lingventa), Katarzyna Szajowska

Zdjęcie na okładce:

© Zhuk Roman/Schutterstock

Ki © Agata Suchocka

Świąteczne przepychanki © Anna Wolf

Lista Niegrzecznych © Marta W. Staniszewska

Druga szansa © J.B. Grajda

Uwiedzeni smakiem © Anna Szafrańska

Zabójcza pomyłka © Kinga Litkowiec

Miłość o smaku ganache © Anna Bellon

Idealne Święta © Agnieszka Siepielska

Kurier zawsze puka dwa razy © K.N. Haner

BIESz/iCZADY © Paulina Świst

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2020

ISBN 978-83-287-1548-6

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2020

fragment

No przecież dasz radę, Misiu!

Który raz powtórzył to sobie tego popołudnia?

Pozostała już tylko jedna osoba na świecie, która miała prawo tak się do niego zwracać, odkąd odeszła jego matka. To miała być pierwsza Wigilia bez niej i wszystko wskazywało na to, że również pierwsza, którą spędzi w pojedynkę. I nikt nie zwróci się do niego per Misiu w te święta.

Dla kogo więc usiłował zrobić te cholerne pierożki?

Był niemalże pewien, że Ki ostatecznie jednak się nie pojawi, a mimo wszystko męczył się w kuchni. To nie było jego terytorium, od lat należało do Ki. Był tutaj obcy.

Pokłócili się jak nigdy przedtem, co było o tyle kuriozalne, iż była to ich pierwsza poważna kłótnia. Może właśnie dlatego skończyło się wrzaskami, łzami, wzajemnymi oskarżeniami i drzwiami zamykającymi się z hukiem za plecami Ki…?

Minął prawie tydzień.

Od tamtego czasu się nie widzieli, telefon milczał, a do jego prywatnej skrzynki mailowej wpadał wyłącznie spam i newslettery o świątecznych promocjach. Nie potrzebował ani nowego sprzętu, ani świątecznego zestawu kosmetyków, ani tym bardziej sylwestra last minute w górskim kurorcie. Jeśli ta kłótnia oznaczała ostateczne rozstanie, na myśl o czym jego serce zamieniało się w bryłkę lodu, to i nadejście nowego roku będzie świętował samotnie. A Ki i tak woli jeździć nad jezioro, nawet w środku zimy.

Był zbyt dumny, by po prostu zapukać do drzwi kawalerki Ki z banalnym bukietem czerwonych róż w dłoni i przeprosić, padłszy na kolana. Miał zresztą przeczucie, że dostałby tym bukietem po głowie. Może powinien wybrać eustomy albo wracające do łask gerbery…? Ofiarowanie komuś, kto zajmował się florystyką, banalnych róż, można było przyrównać do zaproszenia konesera sushi na kebab. Dzięki Ki rozpoznawał coraz więcej gatunków roślin ozdobnych. Dzięki Ki rozkwitł, jakby sam był kwiatem.

Dlaczego więc zachował się jak mięsożerna rosiczka?

Spojrzał bezradnie na białą gugłę, którą miętosił. Ciasto kleiło się do palców, co było jednocześnie obrzydliwe i w jakiś perwersyjny sposób przyjemne.

Nie umiał gotować, to nie ulegało wątpliwości. Dotychczas po prostu nie musiał. Przez pierwszą połowę życia rozpieszczała go matka, a w drugiej dorobił się na tyle, że stać go było na stołowanie się w najlepszych restauracjach w mieście.

Przed pojawieniem się Ki w kuchni korzystał wyłącznie z ekspresu do kawy, który codziennie o piątej trzydzieści budził go dyskretnym dźwiękiem i aromatem docierającym aż na antresolę w jego prawie dwustumetrowym lofcie. Używał też chłodziarki na wino, w której przechowywał kolekcję bordeaux. W zasadzie nie wiedział, po co trzymał w mieszkaniu jakiekolwiek garnki, po co zainstalował kuchenkę czy zmywarkę, skoro wcale tych sprzętów nie używał. Równie dobrze mógłby w tym miejscu urządzić sobie siłownię.

Jego życie dzieliło się na „przed Ki” i „po Ki”.

To właśnie na początku epoki Ki kuchnia ożywała poza tymi nielicznymi momentami, w których odwiedzała go matka.

Z ogromnej modułowej kanapy, z kieliszkiem czerwonego wina w dłoni obserwował kuchenne rewolucje w wykonaniu jego matki i Ki. Pełna komitywa, pełne zrozumienie, symbioza. Patrzył na ich poczynania z przyjemnością, czując rozlewające się pod żebrami ciepło, które bynajmniej nie miało związku z wypitym alkoholem.

Tak było dwa lata wcześniej, podczas ich drugiej wspólnej Wigilii.

Matka była jeszcze w pełni sił, choć przekroczyła już osiemdziesiątkę. Przekazywała swoje tajne przepisy Ki, jakby były to tajemne magiczne zaklęcia. Poszeptywania, wybuchy śmiechu, czułe gesty matki kwoki i przygarniętego pod jej opiekuńcze skrzydła pisklęcia. Na wspomnienie tej sielanki czuł napływające do oczu łzy.

Rok później nie było już tak radośnie. Po kolejnej chemii matka ledwo trzymała się na nogach, ale uparła się, że zrobi te cholerne pierożki. Były smaczne, ale jedli je ze świadomością, że robią to wspólnie po raz ostatni. Żadne pieniądze, żadne terapie, żadne koneksje nie były w stanie przywrócić zdrowia jego matce.

Odeszła wczesnym latem.

Siedzieli razem z Ki przy jej szpitalnym łóżku. Matka nie pozwoliła, żeby zabrał ją do domu na te ostatnie tygodnie, choć nalegali.

– Czy ty chcesz, by mój duch na zawsze pozostał w tym mieszkaniu? – pytała, a jej głos przypominał szelest trawy zmęczonej panującą tamtego roku suszą. – Spędzicie tu całe życie, nie chcę naznaczyć waszego gniazdka swoją śmiercią.

I to był koniec rozmowy.

Matka odeszła po cichu, umęczona, ale i szczęśliwa, widząc ich razem.

W koszmarach wciąż wracało do niego wspomnienie ciężaru ciała Ki, które trzymał, trzęsące się od szlochu po tym, jak zielony zygzak na monitorze w końcu zamienił się w nieruchomą linię.

Miał jednak również mnóstwo innych, wspaniałych wspomnień, choćby tej pierwszej Wigilii, gdy przedstawił Ki matce.

– Biedna sierotka! – skwitowała wówczas z troską, dość teatralnie.

Tak zwykle mówiła o Ki: „biedna sierotka”, a na jej pomarszczonym obliczu wykwitał współczujący, tkliwy uśmiech.

Postanowili nie rozmawiać o sieroctwie Ki, nie wspominać traumatycznych chwil z biduli i rodzin zastępczych, trudnego wejścia w dorosłe życie, niełatwego startu. No bo jaki start mógł mieć ktoś, kto przez całe życie błąkał się od przytułku do przytułku, nie zaznawszy nigdzie prawdziwej rodzicielskiej miłości, a potem został wrzucony w trzewia wielkiego miasta, do obskurnej kawalerki w szemranej dzielnicy? W Ki była jednak siła i determinacja utrzymania się na powierzchni, rozpoczęcia wszystkiego od nowa, wykreowania siebie. W kilka miesięcy te cele zostały osiągnięte.

Nigdy nie przypuszczał, że ktoś mógłby utrzymywać się z „wiązania goździków w pęczki”, jak podczas kłótni niefortunnie określił florystykę. Chyba właśnie od tego się zaczęło.

To była odzywka godna największego buca.

Był bucem i prawie gotów był przyznać Ki rację, pokajać się. Prawie. Oczywiście, że nie zamierzał powiedzieć tego nikomu prosto w oczy, nawet swojemu odbiciu w lustrze.

Był bucem, który nawet nie potrafił zrobić pierogów.

No ale przecież dyrektor filii prężnej europejskiej korporacji urzędujący za biurkiem wielkim jak lotnisko w biurze rozmiarów hangaru, w wieżowcu ze stali i szkła, nieugięty makler biegający po parkiecie giełdy w czerwonych szelkach nie zajmował się gotowaniem. „Przed Ki” gotowali dla niego najlepsi szefowie kuchni w mieście.

Męczył się, usiłując przypomnieć sobie przepis, który podczas tamtej sielskiej Wigilii wleciał mu jednym uchem, a drugim wyleciał. Był przekonany, że wszystkie kulinarne sekrety odziedziczone po matce zachowa Ki. Że tak będzie zawsze.

Teraz nie było już matki.

I nie było Ki.

We wczesnej młodości samotność zupełnie mu nie przeszkadzała. Jeszcze kilka lat temu, gdy czuł potrzebę, kupował sobie najdroższe towarzystwo: dyskretnie, bezpiecznie, bez zobowiązań. Posmakował cielesnych uciech, o jakich nie śniło się parweniuszom. Bez zbędnych, komplikujących wszystko uczuć. Nie lubił zawracać sobie nimi głowy.

Matka zawracała ją sobie za niego.

Jedyny synuś dobiegał czterdziestki, a do tej pory nie przedstawił jej nikogo, z kim planowałby spędzić życie. Czyżby wyhodowała w nim kompleks Edypa…?

Udało jej się donosić dopiero czwartą ciążę. Michała urodziła po czterdziestce, więc uważała to za cud. Jej małżeństwo trzymało się już wówczas na włosku, wzajemne zawoalowane obwinianie się o brak potomka zniszczyło i tak wątłą relację, jaką udało jej się zbudować z o piętnaście lat starszym mężem. Liczyła na to, że dziec­ko scementuje związek, ale gdy bez reszty oddała się opiece nad tak długo wyczekiwanym potomkiem, mąż nie wytrzymał i odszedł. Nie czuł się na siłach być ojcem w wieku, w którym w zasadzie powinien zostać już dziadkiem. Tak naprawdę nie wierzyła, że kiedykolwiek ją kochał, i ona chyba też nigdy go nie kochała. Skupiona na własnym bólu, który rósł z każdą kolejną utraconą ciążą, nie potrafiła być czułą i oddaną żoną. Nie wymagał tego od niej, bo przecież jego wkład w każdą z tych ciąż był niezaprzeczalny. Oboje czuli, że ten związek okazał się pomyłką, ale nie mieli odwagi skończyć go wcześniej. Byli aranżowanym małżeństwem: on sporo starszy, inżynier, ona niewykształcona, z małej mieściny. Rozstali się bez żalu i nawet nie płakała po nim zbyt długo. Płacił tak sowite alimenty, że nie musiała pracować.

Została rozwódką z dzieckiem, ale miała już tyle lat na karku, że nie wyobrażała sobie budowania relacji z innym mężczyzną. I nie zbudowała, nie licząc tej z synem.

Pewnie była nadopiekuńcza. Pewnie była zaborcza. Może zbyt zapobiegliwa, nadgorliwa, jak by to dziś nazwano: toksyczna. Starała się za wszelką cenę wynagrodzić synowi brak ojca, którego nigdy nie poznał. Koniec końców, wyszło mu to chyba na dobre, bo mobilizowała go do pracy, dopingowała, zagrzewała do walki o samego siebie i o nią.

Michał od wczesnej młodości wiedział, że będzie musiał utrzymywać matkę, gdy dorośnie. Nigdy nie miał z tym żadnego problemu. Skoro rodzicielka poświęciła dla niego wszystko, mógł się odwdzięczyć, nawet powinien to zrobić, ale nie odczuwał nigdy tej misji w kategorii przymusu. Dostał się do najlepszego liceum do klasy o profilu matematyczno-informatycznym, potem na politechnikę, gdzie zdobył najpierw tytuł inżyniera, a potem doktora. Zaczepił się już wtedy na praktykach w firmie, którą obecnie zarządzał. Gdy osiągnął pełnoletniość, przestały przychodzić alimenty, ale wówczas miał już stypendium, i to niejedno.

Teraz zarabiał tyle, że chwilami nie wiedział, co robić z tymi wszystkimi pieniędzmi. Kupił matce przytulne mieszkanko w spokojnej dzielnicy. Nabył spory kawałek ziemi nad jeziorem, gdzie stanęła luksusowa dacza. „Przed Ki” nigdy tam nie wypoczywał, bo miał za dużo pracy, opłacał tylko ogrodnika i sprzątaczkę, którzy odwiedzali przybytek kilka razy w sezonie, by utrzymać go w stanie gotowości na ewentualne przybycie właściciela. Zdecydował się na kupno samochodu z silnikiem hybrydowym, ignorując docinki, że to mało męskie. Choć wyglądał jak model z dawnej reklamy fajek (ale wciśnięty w garnitur), miał głęboko gdzieś współczesne, toksyczne wzorce męskości. Owszem, poglądy przejawiał dość konserwatywne, jednak był trochę jak żółw: miękki i wrażliwy pod twardą skorupą. Oczywiście w sferze mentalnej – w końcu szef korporacji musiał mieć rzutki i chłonny umysł, zdolny przewidzieć posunięcia konkurencji. Główny analityk finansowy nie mógł na zewnątrz afiszować się ze swoją wrażliwością człowieka wychowanego tylko przez matkę. Uzewnętrzniał ją, kupując anonimowo obrazy młodych artystów czy instrumenty do szkół muzycznych. Lubił myśleć o sobie jako o tajemniczym mecenasie sztuki. Nie potrzebował poklasku, wystarczała mu świadomość, że robi coś dobrego.

Resztę pieniędzy zainwestował w złoto i akcje. Pomnażał majątek, choć tak naprawdę nie wiedział, dla kogo, skoro wciąż pozostawał sam.

To było jedynym zmartwieniem jego matki, a on cholernie się bał, że ktoś taki jak Ki nie będzie w jej oczach wymarzoną partią dla syna.

Jakże się mylił!

To była miłość od pierwszego wejrzenia i nie mógł otrząsnąć się z szoku, że zdobycie sympatii jego matki zajęło Ki zaledwie kilka chwil.

Być może to właśnie wspomniane na samym wstępie sieroctwo obudziło w starszej pani pokłady czułości? A może to urok Ki, ta delikatność i kruchość, które przecież natychmiast roztopiły i jego serce?

– Co to za imię: Ki? – spytała matka, gdy wymienili powitalne grzeczności.

Znał już historię trójki sierotek. Za Pauliną wołano Pipi, za Dominiką Didi, a za trzecią sierotką Kiki. W dorosłym życiu z Kiki zrobiło się jedno Ki. I jakoś tak już zostało.

Dwie litery wytłoczone złotą czcionką na wizytówce firmy florystycznej, którą odebrał z delikatnej dłoni Ki podczas ich pierwszego spotkania.

Wypadło dość niezręcznie. A nawet bardzo niezręcznie. Można wręcz powiedzieć, że żenująco, przynajmniej z jego strony.

W nowej siedzibie konsorcjum znajdowała się sala konferencyjno-bankietowa, w której organizowano firmowe eventy: opijano przeróżne fuzje, skoki giełdowe i inne korporacyjne bzdury. Nie przepadał za tymi spotkaniami, a musiał być na wszystkich. Cieszył się, że nigdy po nim nie widać, ile wypił. Trzymał się prosto i sącząc bourbona z lodem, zimnym, profesjonalnym wzrokiem ojca dyrektora lustrował coraz bardziej nasączony alkoholem i swobodną atmosferą tłum. Wyniosły, majestatyczny, skryty w cieniu.

Tamtego dnia, na godzinę przed przybyciem gości, wypił kolejkę po scysji z podległą mu pracownicą. Miała najdziwniejsze pomysły, jak na przykład ten, by na raut udekorować salę kwiatami. Przecież to nie wesele ani żadna komunia! Obiecał sobie wszakże, że będzie otwarty na pomysły pracowników, teraz jednak tego żałował. Koncept od początku wydawał mu się kuriozalny, nie znosił przerostu formy nad treścią.

Dokończył drinka, na dyskretnie ustawiony w kącie barek odstawił szklankę z lodem, który nawet nie zdążył się rozpuścić, i podążył schodami w dół, żeby ocenić efekt florystycznych zabiegów, które w jego mniemaniu kosztowały zdecydowanie za dużo.

Dorobił się majątku, gospodarując funduszami w sposób rozsądny, i wyrzucanie pięciocyfrowej sumy na dekorację sali wydawało mu się marnotrawstwem. To właśnie o te gigantyczne pieniądze poszło. Za taką sumę można by założyć cały ogród botaniczny! Młodsze pokolenie upierało się jednak, argumentując, że ten nowy trend podbija firmowe imprezy na całym świecie, więc uległ, żeby mieć spokój. Nie chciał uchodzić za konserwatywnego, szowinistycznego sztywniaka w oczach milennialsów. Nie chciał również nawet obejrzeć przysłanego z „kwiaciarni” projektu, scedował to niżej. Miał zaufanie do swoich ludzi, więc skoro twierdzili, że zatrudnienie najdroższej firmy florystycznej w mieście do zamiany sali bankietowej w południowoamerykańską dżunglę jest dobrym pomysłem na wybicie się w serwisach biznesowych, to i on w końcu w to uwierzył. Liczył na to, że Argentyńczycy, którzy zamierzali wpompować na ich firmowe konta grube miliony, również docenią ten gest.

Stanął w progu i oniemiał.

Sala faktycznie zamieniła się w dżunglę. Potężne błyszczące liście monster rzucały na ściany dziurawe cienie, w przeciągu, który zawsze wdzierał się na chwilę do sali, zanim zasunęły się sterowane fotokomórką szklane drzwi, zakołysały się delikatnie gigantyczne paprocie. Wśród pnączy i storczyków rozmieszczono klatki ze świergoczącymi, bajecznie kolorowymi ptakami. Kompozycję uzupełniały kosze pełne egzotycznych owoców. Z głośników rozbrzmiewało fado.

Wrażenie było piorunujące i skonstatował, że zamiast złościć się na dziewczynę, która wpadła na pomysł zamiany sali bankietowej w oranżerię, będzie musiał przyznać jej premię.

Postąpił kilka kroków, zadarłszy do góry głowę, by ze zdumieniem zauważyć, że część roślin pnie się również pod sufitem po jakichś niewidocznych trejażach, gdy poczuł tępe uderzenie w pierś. Zdezorientowany zerknął w dół i napotkał rozeźlone spojrzenie ogromnych zielonkawych oczu.

– Przepraszam… – mruknął tylko, bo przecież o tej porze wszystko miało być skończone, gotowa sala miała czekać na gości. Nikogo nie powinno już tu być. – Co tu robisz? – Automatycznie przeszedł na ty, bo te oczy należały do kogoś, kto na pierwszy rzut oka mógł być od niego o połowę młodszy.

– Trzeba było napełnić poidła w klatkach. Właśnie wychodzę.

– Wszystko miało być gotowe godzinę temu – stwierdził, choć przecież nie zamierzał się kłócić. Spanikował, bo to spojrzenie przeszywało go elektryczną iskrą. Jak zawsze w chwilach niepewności przybrał zimny, dyrektorski ton.

– Chyba nie chce pan, by ptaki opadły z sił przed wielkim finałem?

Co za głos! Brzmiał uroczo i delikatnie, jakby był właśnie ptasim trelem, ale pytanie zabrzmiało tak dwuznacznie, że nie zdołał stłumić parsknięcia.

– Co jest niby tak zabawne? – Kolejne piorunujące spojrzenie, które tym razem odczuł niebezpiecznie nisko.

– Nie, nic… – Zmieszał się, nie chciał przecież wyjść na kogoś w typie antybohatera akcji #MeToo. – Zawołaj szefa, chciałbym pochwalić aranżację.

– Nikogo nie muszę wołać.

W jego stronę wystrzeliła smukła dłoń trzymająca czarny kartonik wizytówki.

Widniały na nim wytłoczone złotym tuszem dwie litery: „KI”. Na drugiej stronie kursywą „florystyka” oraz adres strony internetowej i numer telefonu.

No tak, słyszał przecież, że studio jest prowadzone przez kogoś młodego, ale nie przypuszczał, że aż tak młodego.

– Pan dyrektor Michał Wierzcholski.

Na dźwięk własnego nazwiska wypowiedzianego tym zmysłowym głosem przeszedł go przyjemny dreszcz.

Zaraz, przecież to on powinien się przedstawić! Najwyraźniej nie musiał. Poczuł się podwójnie głupio, że nie miał pojęcia, jak wygląda jego kontrahent. Ostatnimi czasy tracił czujność, może łapał go kryzys wieku średniego…?

– Cieszę się, że aranżacja się panu podoba.

– Jest wspaniała… – szepnął, choć wcale nie zamierzał okazywać swojego zachwytu.

– A teraz proszę wybaczyć, ptaki czekają.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz