Światło szczęścia - Schmitt Éric-Emmanuel - ebook + książka

Światło szczęścia ebook

Schmitt Éric-Emmanuel

0,0
54,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Czasem kochać znaczy odejść. I wyruszyć na spotkanie z samym sobą

Noam zdaje sobie sprawę, że jest uwięziony w przeklętym kręgu miłości i nienawiści do pięknej, uwodzicielskiej Nury. Aby się uwolnić, musi zostawić dawne życie za sobą. Dlatego wyrusza do Grecji.

Tam, pod świętym wzgórzem w Delfach, spotyka Dafne – kobietę, z którą zaczyna budować swoje szczęście. Na przeszkodzie stają mu jednak intrygi jej przebiegłej siostry Ksantypy i surowe zasady mieszkańców Aten, które zmuszają go do udziału w igrzyskach olimpijskich.

Między ciszą Delf a światłem Aten Noam odkrywa, że prawdziwa odwaga polega nie na unikaniu przeznaczenia, lecz na stawieniu mu czoła. Czy naprawdę ma wpływ na to, co go spotyka? A może wszystko jest podporządkowane woli bogów?

W czwartym tomie cyklu Podróż przez czas Éric-Emmanuel Schmitt zabiera czytelników do kolebki cywilizacji – tam, gdzie narodziły się demokracja, teatr i filozofia, a wraz z nimi nadzieja, że człowiek może kształtować swój los.

Światło szczęścia to powieść, w której starożytne Ateny stają się lustrem naszych pragnień i lęków. Schmitt pokazuje, że choć zmieniają się czasy, wciąż szukamy odpowiedzi na te same pytania – o miłość, szczęście oraz cenę, jaką jesteśmy gotowi za nie zapłacić.

***

Éric-Emmanuel Schmitt - francuski powieściopisarz, dramaturg, eseista i filozof. Jeden z najpoczytniejszych francuskojęzycznych autorów na świecie, uwielbiany także przez polskich czytelników. Jego książki tłumaczone są na 35 języków. Najpopularniejsze utwory Schmitta to „Oskar i pani Róża”, „Dziecko Noego” i „Pan Ibrahim i kwiaty Koranu”.W Polsce wydawana jest także jego bestsellerowa seria powieściowa o historii ludzkości „Podróż przez czas” (dotychczas ukazały się trzy tomy: „Raje utracone”, „Brama do nieba” i „Ciemne słońce”). Éric-Emmanuel Schmitt jest również miłośnikiem i znawcą opery. Przetłumaczył na język francuski libretta do „Wesela Figara" i „Don Giovanniego". Na podstawie jego powieści powstały także opery „Oscar und die Dame in rosa" oraz „Così fan tutte".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 588

Data ważności licencji: 7/22/2029

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału

La traversée des temps

Tome 4: La lumière du bonheur

Copyright © Éditions Albin Michel – Paris 2024

Copyright © for the translation by Łukasz Müller

Projekt okładki

Katarzyna Borkowska

Ilustracja na okładce

© Lawrence Alma-Tadema | AKG/BE&W

Redaktorka inicjująca

Dominika Kardaś

Redaktorka prowadząca

Magda Jankowska

Adiustacja

Aleksandra Żdan

Korekta

Magdalena Wołoszyn-Cępa | Obłędnie Bezbłędnie

Maria Zając

Opieka promocyjna

Bogna Piechocka

Koordynatorka produkcji

Helena Piecuch

ISBN 978-83-8427-212-1

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]

Wydanie I, Kraków 2026

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Nota francuskiego wydawcy

Podróż przez czas stanowi niebywałe wyzwanie: opowiedzieć dzieje ludzkości w postaci czysto powieściowej, zagłębić się w Historii przez historie, jakby Yuval Noah Harari spotkał się z Alexandrem Dumasem…

Ten tytaniczny projekt ekscytuje Érica-Emmanuela Schmitta od trzydziestu lat, będąc pragnieniem, które w końcu wytyczyło pewną życiową ścieżkę. W cieniu innych swoich tekstów (powieści, nowel, sztuk teatralnych, esejów) autor pracował nad nim bez wytchnienia, gromadząc wiedzę historyczną, naukową, religijną, medyczną, socjologiczną, filozoficzną, techniczną, a przy tym pozwalając wyobraźni tworzyć silnych, wzruszających, niezapomnianych bohaterów, do których czytelnik się przywiązuje i z którymi się identyfikuje.

Z tej syntezy formacji intelektualnej i talentu pisarskiego rodzi się wyjątkowe dzieło, które prowadzi nas od jednego świata do innego, czemu towarzyszy upadek kultur, i skupia się na tych momentach, gdy zdarzenia, przemiany, rewolucje modyfikują cywilizacje. Za każdym razem teraźniejszość oświetla przeszłość, podobnie jak z czasów minionych wyziera epoka współczesna.

Ta niesłychana podróż zaczyna się od potopu i trwa do naszych czasów. Kluczowe postaci za pośrednictwem swoich przygód miłosnych i zmagań ucieleśniają najważniejsze wydarzenia lub najważniejsze przemiany.

CZĘŚĆ PIERWSZAJutrzenka różanopalca

1

Zamknęła się za nami ciężka kamienna płyta. Gdy ustał przerażający łoskot, ucichły wszystkie dźwięki. Piramida oddała się samotności.

– Chcę, żebyś był mój, tylko mój – szeptała.

Tony kamienia przypieczętowały nasz los. Pogrzebani żywcem, nigdy się spod nich nie wydostaniemy. Krzyki okazałyby się daremne, podobnie jak bębnienie w ściany. Kopanie w ziemi też na nic by się nie zdało, a przemieszczenie jednego bloku spowodowałoby zawalenie się budowli. Została stworzona po to, by chronić faraona przed wojnami, armiami, epidemiami, intruzami, porami roku, wszelkimi zagrożeniami, nawet tymi, które niesie za sobą Czas. To architektoniczne monstrum rzucało wyzwanie tysiącleciom. Mumia otrzymała grobowiec na wieczność, a my loch na zawsze.

– Mój, tylko mój…

Wygrała, ta, która tuliła się do mojej piersi, której cieniutki głosik drapał ciszę.

Hermetyczność budowli napawała mnie zdumieniem. Podczas gdy więzienna cela otwiera się na świat przez świetlik, ta szczelna kamienna powłoka odgradzała się od wszystkiego, co na zewnątrz. Kiedy przekroczy się pewien stopień izolacji, nie jest się już nigdzie. Co było wokół gigantycznego mauzoleum? Na razie jeszcze to pamiętaliśmy: piaszczysty teren z rzadka porośnięty palmami, niedaleko Nilu, na tym brzegu, po którego stronie zachodziło słońce. Gdyby jednak ten krajobraz się zmienił, nie zauważylibyśmy tego, zabarykadowani za zwartymi murami, bez choćby jednej szczeliny, która przyjęłaby najmizerniejszy blask nieba, lub piwnicznego okienka, które wpuściłoby tchnienie dni. Tak, natura mogła się przeobrazić bez naszej wiedzy. Skąd byśmy o tym wiedzieli, gdyby kosmos nagle się zachwiał, gdyby lodowce na Północy nagle wylały dookoła swoje potoki, gdyby bujny las otoczył piramidę, gdyby ten skrawek lądu dryfował po morzach, a nawet wzniósł się do ciemnego sklepienia wśród ciał niebieskich i gwiazd? Nie ma nic bardziej niepokojącego, niż stracić wszystkie punkty odniesienia, stać się samemu jedynym punktem odniesienia. Czułem, że mam zawroty głowy, bo zostałem pozbawiony zawrotów głowy.

– Chcę, żebyś był mój – powtarzała. – Tylko mój.

Wpatrywałem się w Nurę, której rysy drgały w świetle mojej pochodni. Ta, którą kochałem, nigdy dotąd nie wydawała mi się tak obca. Jak mogła sobie pozwolić na taki postępek? Zadecydować samodzielnie o naszym losie, zamykając nas w tej pułapce. Czyż mój najgorszy wróg zachowałby się inaczej?

– Powinnaś była się mnie poradzić, Nuro.

– Nie, wystraszyłbyś się.

– Tak, wystraszyłbym się, odmówiłbym i nie tkwilibyśmy teraz w czeluściach grobowca.

Chwyciła mnie za rękę.

– Nie trzeba się bać.

– Nieprawda! Jestem przerażony.

Pochyliła głowę, uważna i łagodna.

– Pomogę ci przejść tę próbę, Noamie.

– Nie zrozumiałaś mnie, Nuro: boję się ciebie. Ciebie! Kim ty jesteś? Jak śmiałaś?

Uwolniłem się z jej objęć i odszedłem kilka kroków dalej. Niestety, przestrzeń była tak wąska, że szybko natrafiłem na kamień. Nie dość, że gniłem w więzieniu, to jeszcze obijałem się o kąty ciasnej celi. Czułem ucisk w piersi, więc próbowałem wyrównać oddech. Czy to na skutek wyobraźni, czy rzeczywistości, wydawało mi się, że nawet powietrze zastygło w trzewiach olbrzymiego grobowca pod naporem ogromnych ścian. Serce biło mi jak szalone. Mięśnie się napięły. Nagle oblałem się potem, a moje pachy wydzielały odór paniki.

Nura spróbowała mnie uspokoić:

– Pozwól, że ci wyjaśnię, Noamie. Jak wszystkie istoty ludzkie na tym padole umrzemy lub przynajmniej doświadczymy czegoś podobnego.

– Czemu? – wrzasnąłem.

Mój okrzyk odbił się od ciasnych korytarzy, odskoczył od granitowych płyt, strzępił się wraz z upływem sekund. Przez krótką chwilę to echo dawało mi pokrzepiające złudzenie, że wraz ze mną oburza się kilku Noamów. Mimo to zachowywałem czujność, miałem wyostrzone zmysły i coraz jaśniejszy umysł. Dostrzegałem na powierzchni ścian szczegóły, które wcześniej mi umykały, słyszałem we wnętrzu budowli nieuchwytne do tej pory odgłosy, jakbym się znajdował w ładowni statku skrzypiącego pod naporem żywiołów. Moje ciało się mobilizowało, gotowe do ucieczki.

Nura mówiła dalej:

– Usilnie zgłębiałam naturę śmiertelników. Poczucie upływającego czasu sprawia, że doceniają wagę teraźniejszości. Myśl, że wszystko pewnego dnia się skończy, potęguje szczęście, zamiast je osłabiać. Tak jak sól poprawia smak potraw, tak świadomość własnej kruchości czyni ludzi lepszymi, delikatniejszymi. Kochamy się mocniej, gdy śmierć czyha.

– Insynuujesz, że nie kochałem cię wystarczająco? Czekałem na ciebie, szukałem cię. To ty w Egipcie dobrowolnie się usunęłaś.

– Uciekałam przed Derekiem, pamiętaj. Przed Derekiem, który nas prześladował, Derekiem, który się mścił. Obroniłam nas przed tym potworem.

Oczywiście mówiła prawdę. Mój przyrodni brat nie mógł znieść, że Nura i ja tworzymy parę, a jego zazdrość skupiała się zarówno na niej, jak i na mnie. Nienasycona żądza miłości, nigdy niezaspokojona, zmieniła go we wściekłego frustrata. Dotknięty tak jak my zdolnością regeneracji i niestarzenia się, ścigał nas swoją nienawiścią. Jednak uciążliwość, jaką stanowił Derek, wydawała mi się drobnostką w porównaniu z koszmarem, który przeżywałem przez Nurę. Na skutek skrajnego rozgoryczenia odrzucałem wszelkie okoliczności łagodzące, wyjaśnienia, analizy. Chciałem jedynie dowieść jej, że popełniła błąd.

– Kochasz mnie, więc mnie zabijesz?

– Źle się kochamy, Noamie.

– Bezspornie! Jak mogłaś mi to zrobić?

Wskazałem palcem na nasz faraoński grobowiec.

– Źle się kochamy – upierała się – ale to nie nasza wina. To wynika z naszej kondycji. Czego się boimy? Nie upływu czasu ani spustoszeń, jakie powoduje w ciele, ani chorób, ani śmierci, bo już się regenerowaliśmy. Źle się kochamy, ponieważ nic nas nie nagli. Ty przeżywałeś swoje przygody, ja swoje. Jakby nie było żadnej pilnej konieczności ponownego spotkania.

– Masz rację: źle się kochamy! Zresztą coraz gorzej! Do tego stopnia, że już nie wiem, czy cię kocham.

Nie byłem pewny, czy mówię szczerze, czy moim zamiarem było zranienie jej, bo złość zaćmiewała mi myśli i całkowicie odbierała rozsądek, a może nawet mówiła w moim imieniu. Kiedy zobaczyłem, że Nura blednie na te słowa, wykorzystałem to i dodałem:

– W gruncie rzeczy bardzo dobrze wiem, co czuję: nienawidzę cię.

Rzuciła się na mnie, objęła za szyję i błagała z wilgotnymi powiekami:

– Nie! Tylko nie to! Za kilka dni zgaśniemy z pragnienia i głodu. Nie trwońmy czasu na kłótnie. Proszę cię!

– Przykro mi, ale nie ma mowy, żebym przystał na twój plan. Na te chwile, które nam zostały, pragnę tylko jednego: uwolnić się od ciebie.

Nura osunęła się na zimną posadzkę, jakby siła, która utrzymywała ją w pozycji stojącej, nagle ją opuściła. Zaczęła cicho płakać, powoli, bezgłośnie. Niektóre łzy mają na celu przyciągnięcie uwagi, inne wyrażają pragnienie zapadnięcia się pod ziemię. Łzy wylewane przez Nurę były właśnie takie, świadczyły o zawstydzeniu i zmieszaniu.

Oddaliłem się, nie umiejąc dostrzec w swojej postawie udziału wściek­łości ani trwogi. Pragnąc uniknąć widoku jej strapienia, powlokłem się do królewskiej komory grobowej.

Spoczywał tam faraon Suser. Jakąż dumę okazywał ten trup! Jego zwłoki chroniło kilka warstw: wosk bezpośrednio na skórze; bandaże ciasno owinięte wokół zabalsamowanego ciała; cztery trumny umieszczone jedna w drugiej i w przybliżeniu dopasowane do jego kształtów – dużej twarzy osadzonej w zaokrąglonych ramionach – jedna z wygrawerowanym imieniem, druga naznaczona hieroglifami wskazującymi drogę, trzecia pokryta magicznymi formułkami mającymi zapewnić mu ochronę, czwarta bardzo bogato zdobiona jaspisem i karneolem oprawionymi w złoto oraz płytkami lapis-lazuli; i wreszcie sarkofag, rzeźbiona wapienna kadź, która miała mu posłużyć za łódź podczas podróży w zaświaty.

Ze ścian dookoła obserwowały nas Anubisy o wilczych głowach z dużymi podniesionymi uszami. Na samym dole znajdował się fresk przedstawiający przeszkody, które Suser napotka w królestwie cieni, a także formuły klucze, dzięki którym będzie przekraczał kolejne drzwi.

Westchnąłem. Czy ta komnata była wspaniała, czy żałosna? Albo stanowiła przystań przed wyruszeniem w cudowną podróż i uzasadniała cierpienia, wysiłki i sumy, których wymagała, albo oferowała jedynie ułudę wynikającą nie z prawdziwej wiedzy, lecz z próżnych nadziei, chimerycznych porywów, śmiesznego pragnienia pociechy. W gruncie rzeczy zamierzałem się tego dowiedzieć, skoro znalazłem się bardzo blisko zmarłego. Czy zobaczę jego ba, jego duchowego sobowtóra wymykającego się z mumii?

Jakaś ręka nieśmiało spoczęła na moich plecach.

– Nie przewidziałam takiej reakcji z twojej strony, Noamie. Myślałam, że zrozumiesz…

Odwróciłem się wzburzony.

– Na dodatek mnie krytykujesz? Wyrzucasz mi, że nie przyklasnąłem twojemu genialnemu pomysłowi, że nie dostrzegłem ani krzty inteligencji w twojej błyskotliwej strategii? Czy powinienem ci pogratulować, podziękować, że nas tu uwięziłaś i podjęłaś ryzyko, że będziemy gnili w tym miejscu przez tysiąclecia? Tylko pogarszasz swoją sytuację, Nuro! Nie odzywaj się już do mnie ani słowem.

Poszedłem korytarzem w przeciwnym kierunku i wycofałem się do innego, znacznie ciaśniejszego pomieszczenia.

Czy bałem się śmierci? Właściwie nie. Wiedziałem, że w końcu mój organizm zawsze się odradza. Wystarczyła wilgoć, by przywrócić go do życia. Przetestowałem tę niewiarygodną regenerację już kilka razy w trakcie swoich rekonwalescencji pod opieką Nury. To wspomnienie wyprowadziło mnie z równowagi. Beształem tę, która kilkakrotnie czuwa­ła nade mną z miłością podczas mojego powrotu do życia. Czy zasłużyła na moją nienawiść? Wyczuwałem niewdzięczność w swojej kategorycznej postawie… Mimo to moje zaniepokojenie wynikało z nadmiernej władzy, jaką Nura pozwoliła sobie nade mną sprawować. Zadecydowała za nas dwoje, a zatem zadecydowała za mnie. Beztrosko zwabiła mnie w śmiertelną pułapkę, przekonana, że urządza mi miłą niespodziankę. Jak mogliśmy się po czymś takim ponownie połączyć? Ziała między nami przepaść. Nie podzielaliśmy ani myśli, ani pragnień.

Przez kilka następnych godzin, a może dni, Nura już nie ryzykowała zbliżania się do mnie. Uszanowała moje życzenie zerwania i przestała płakać, dzięki czemu, chociaż uparcie się na nią dąsałem, jej bliskość stała się nieco znośniejsza.

Moja aktywność ograniczała się do jednej rzeczy: obserwowania komory grobowej. Czy przyłapię ba Susera w trakcie wydostawania się z trumien? Czekały nań jego meble, złocone łoże, rzeźbione krzesła. Czy będzie się żywił pokarmem zakonserwowanym w amforach? Skrzynie skrywały ubrania na zmianę i przybory toaletowe. Czy namaści swojego ducha perfumowanymi olejkami umieszczonymi przy wezgłowiu? Czy zażąda od swojej służby, teraz już w formie figurek, żeby się o niego zatroszczyła?

Nie, nic się nie działo. Sobowtór Susera pozostawał zapieczętowany w głębi jego grobowca.

Rozczarowania następowały jedne po drugich… Po Nurze przyszła kolej na życie pozagrobowe zgodne z egipską koncepcją. Wszystko traciło sens. Chociaż miałem nadzieję rozszyfrować tajemnicę w sercu komory grobowej, nic się nie wydarzyło i zgłębiałem jedynie cmentarzysko obietnic. Cóż za kontrast między tym mdłym bezruchem a doktryną religijną, która mobilizowała Egipcjan, obsesyjnymi przygotowaniami do śmierci, od narodzin wypełniającymi egzystencję Susera, energią spożytkowaną na wzniesienie tego ogromnego grobowca, jego kosztem wyrażonym w złocie i w życiu ludzi, ponieważ, jak zwykle, wielu robotników zginęło na placu budowy… Nie dostrzegałem żadnej ektoplazmy, żadnego promieniowania duszy. Nawet błędnego ognika. Panował niezmącony spokój.

Chętnie medytowałbym nad śmiercią, ale nie potrafiłem, bo myślałem wyłącznie o wyjściu, o drzwiach, których tu brakowało. Nieznośny smutek emanował z tej budowli, tego miejsca utworzonego z masy kamieni, krótkich amfilad i komnaty królewskiej, dziwacznego pomieszczenia zagraconego relikwiami zgromadzonymi bez gustu, bez ładu i składu. Gdy kierowałem wzrok na niewielką przestrzeń słabo oświetloną przez moją pochodnię, budowla okazywała się koszmarna, pełna złowrogich cieni i niewyraźnych kształtów.

Zasychało mi w ustach. Ogarniało mnie znużenie. Gdy się przemieszczałem, dostawałem zawrotów głowy. Ponieważ doskwierało mi odwodnienie, postanowiłem skorzystać z płynów umieszczonych w wazach złożonych w komorze grobowej.

Otworzyłem je, wybrałem najmniej ohydną substancję i przetransportowałem naczynie do wylotu korytarza. Po przełknięciu kilku łyków krzyknąłem na całe gardło:

– Zostawiłem tu coś do picia!

Mój okrzyk przeciął ciszę tak gwałtownie, że aż zadrżałem.

Chwilę później łamiący się głos Nury wyszeptał z wahaniem:

– Dziękuję.

Nie przeceniałem ani pociechy, ani ulgi, które przyniósł nam ten napitek, który mógł się okazać bardziej szkodliwy niż zbawienny, ale czy miałem wybór?

Zaczynało brakować pochodni. W niszy, w której je złożono, zapalałem nowe od żaru poprzednich. Wkrótce mieliśmy być skazani na mrok. Kiedy zostały już tylko trzy, opuściła mnie irytacja i nasunął mi się obraz Nury pośród ciemności.

Posuwałem się chwiejnym krokiem w jej stronę, dostrzegając jej klęczącą postać. Zbliżyłem się jeszcze bardziej. Uniosła głowę z zaniepokojoną miną, a potem na jej twarzy odmalowało się coś w rodzaju ulgi, gdy zauważyła, że moje oczy jej nie oskarżają, że się nieznacznie uśmiecham. Odchrząknąłem zmieszany, nie wiedząc, od czego zacząć. Uprzedziła mnie:

– Wybacz mi, Noamie.

Strzelało mi w stawach, gdy przykucnąłem przed nią i wpatrywałem się w jej delikatne rysy, elegancki nos, ładnie zarysowane usta, wyraziste, żywe pomimo zmęczenia. Wybaczyć? Wybaczyć jej, że zmusiła mnie, bym patrzył, jak umiera, a potem sam zgasł? Wybaczyć jej, że zabija siebie, zabija mnie, zabija naszą miłość? To nie do pomyślenia.

– Wydawało mi się, że to piękne – odezwała się ponownie tonem winowajczyni – piękne jak nasza historia, gwałtowne, wzmożone, definitywne. Cóż za marny pomysł! Zupełnie zwariowany. Cierpiałam, wiedząc, że należysz do innej, że lubisz z nią być.

– Ulotniłaś się.

– Oczywiście.

– Kiedy poddawałaś mnie takim samym męczarniom z Abrahamem, znosiłem to, nie miałem ci tego za złe.

– Cóż, ja miałam ci to za złe! Taką właśnie mam naturę. Jestem zarazą, egoistką, jestem zaborcza i zawzięta. Nie znoszę, gdy zadajesz mi ból, który ja ci zadaję. Nie sposób przemówić mi do rozsądku. Wpadam w szał. Uwięziłam nas również ze złości i z urazy. Żeby w końcu mieć cię tylko dla siebie.

– Tylko dla siebie, żeby umrzeć zamiast żyć.

– Nie umrzemy. Usuniemy się tylko chwilowo.

– Zgoda. Nie umrzemy, ale żyć też nie będziemy.

Przytuliła się do mnie.

– Wybacz mi.

Z czego jestem zrobiony? Mój umysł wyobraża sobie, że kieruje moim życiem, podczas gdy robi to moja skóra: ocieranie się naszych naskórków natychmiast zmieniło mój nastrój. Gniew się ulotnił. Nagle wzruszony, miałem ochotę uścisnąć Nurę, objąć ją, odwrócić jej uwagę od ponurego miejsca, w którym marnieliśmy.

– Wybaczam ci.

Wybaczenie jej oznaczało, że już nie sprowadzam jej do jej błędu, lecz przywracam ją w całej jej złożoności. Nura nie ograniczała się do tego niebywałego i okrutnego czynu. Przeszłość dowiodła, że jest zdolna do wspaniałomyślności, oddania, poświęcenia, niezwykłej cierpliwości, bezinteresowności. Nura to tysiąc gestów albo żaden! Jej proste imię oznaczało nieustanną zagadkę, źródło zachowań, które zostawiły we mnie niezatarty ślad. Jedne z nich były wspaniałe, inne raczej przykre, ale zawsze zaskakujące.

– Wybaczam ci z całego serca.

Mruczała jak kotka, pocierająca pyszczkiem mój tors.

– Potrzeba trzech dni, żeby umrzeć z pragnienia, Noamie. Za trzy dni coś się dla nas zmieni. Zgaśniemy. A potem nastąpi długa nieobecność.

Zbliżyłem usta do jej ust i oznajmiłem ciepłym, spokojnym głosem:

– Zapowiadam ci, że przeżyjemy trzy najpiękniejsze dni naszej egzystencji.

Pocałowaliśmy się. Och, ten pocałunek nie miał smaku tych wcześ­niejszych, nic z ich świeżości, ich zdrowia, ich miodowej wilgoci, a jednak dzięki niemu weszliśmy w jakiś nowy wymiar: to, co jeszcze niedawno by nas brzydziło, już nie miało na nas wpływu. Wychodziliśmy poza to, co trąciło goryczą, było cierpkie, szorstkie i ohydne. Odór, suchość, ból nie miały większego znaczenia: te trzy dni miały być radosne.

Nigdy nie zapomnę, ile nagła konieczność i rozpacz dały nam radości. Wszystko złociło się blaskiem pożegnania. Każda chwila jawiła się jak pierwsza i ostatnia, każda sekunda była cenna. Słabliśmy, nasze trzewia nas dręczyły, najmniejszy ruch był jak cios sztyletem, skóra nabierała sztywności pergaminu, a równocześnie odzyskiwaliśmy pewnego rodzaju wigor. Pieszczoty, dziki seks, zmysłowe zaloty – robiliśmy to, na co jeszcze pozwalały nam nasze ciała. Dzieliliśmy się również zwierzeniami, anegdotami i fantazjami. Nura miała rację: śmierć nadaje życiu intensywny smak.

Potem nie zostało już nic do picia ani do jedzenia.

Potem zabrakło nam sił.

Potem zużyłem ostatnią szmatę, najdrobniejszy kawałek drewna, które mogliśmy spalić. Gdy tylko zamigotał płomień ogarniający nogę stolika do gry, mrok pochłonął ten żar i go strawił.

Zapanowała ciemność. Ciężka. Dusząca. Gęsta.

Odtąd mogliśmy się orientować tylko za pomocą słuchu i dotyku.

Zresztą i tak nie byliśmy już w stanie się poruszać. Marnieliśmy. Wysychaliśmy na miejscu. Cisza złowrogo współdziałała z ciemnościami.

Nadszedł moment, kiedy Nura, osłabiona, wyczerpana, doprowadzona do ostateczności, skuliła się przy mnie i już mi nie odpowiadała, chyba że nieznacznym uciskiem palców. Zaczynałem tracić rozeznanie w sytuacji. Wydawało mi się, że jeszcze widzę wokół siebie korytarze i ciasne przejścia; pragnąłem dostrzec w nich węże, jaszczurki, szczury, robaki, jakieś kołatanie, drżenie życia, coś ożywionego, ale na próżno.

Moje zmysły słabły. Umysł wiądł. Zniknęły problemy. Nawet nadzieja. Nawet niepokój.

Myślę, że umarłem po Nurze.

*

Na tym etapie mojej opowieści ryzykuję wywołanie zaskoczenia.

Bez względu na to, co chcieliby nam wmówić Egipcjanie, nikt nie zna tajemnicy śmierci. Ktokolwiek twierdziłby, że wie, z czym się ona wiąże – z nicością, zaświatami, piekłem, rajem, czyśćcem, światem widm, podziemną krainą, królestwem wieczności – przekroczyłby granice ludzkiej wiedzy i okazałby się oszustem. W tej kwestii dzielimy ze sobą tylko ignorancję. Poczuwam się jednak do obowiązku zaświadczyć o tym, co należy nazwać moim zgonem, i możliwie jak najdokładniej to zrelacjonować.

Moja śmierć nie była końcem.

O ile zgasłem w jeden sposób, o tyle zapłonąłem ponownie w inny.

Kiedy całe życie opuściło moje ciało, porzuciłem je i unosiłem się ponad samym sobą. Czułem coś w rodzaju ulgi, gdy kontemplowałem scenę, której szczegóły wyraźnie rozróżniałem, mimo że było ciemno jak w lochu. Obserwowałem swoje zwłoki i tuż przy nich zwłoki Nury. Leżeliśmy tam, zastygli w ostatecznym uścisku. Byliśmy piękni. Piękni młodością. Piękni spokojem. Piękni swoją miłością. Ten ostatni uścisk stanowił kulminację, zwieńczenie związku dwojga ludzi zjednoczonych zarówno w życiu, jak i w śmierci.

Czy będąc cieniem unoszącym się nad nami, miałem też moc przemieszczania się wewnątrz piramidy? Nie. Wyjścia z niej? Tym bardziej nie. Moja relacja z wszechświatem nie przejawiała się już jednak przez pryzmat mocy: niczego nie wymagałem, unosiłem się. Oczywiście pozostawałem blisko Noama, nad którym stale przelatywałem, ale nie byłem już do niego fizycznie przywiązany. Istniałem w sposób niematerialny, niczym obłok.

Czy Nura doświadczała podobnej metamorfozy? Chociaż to pytanie jeszcze dziś mnie nurtuje, wtedy nawet nie przeszło mi przez myśl. Nie gnębiła mnie żadna wątpliwość i stąd brało się moje szczęście. Żadna potrzeba, żaden niedostatek nie były przyczyną mojego niepokoju, bo oderwałem się od pragnień, zarówno cielesnych, jak i duchowych. Trwałem w łagodnej obfitości. Widziałem zatem pod sobą Nurę w ramionach Noama, nie natrafiałem natomiast na duszę Nury. Ani na duszę faraona. Czyżby przebywali w innym wymiarze niż ja? Odmienne poziomy poszukiwań i niepokoju bez wątpienia uniemożliwiały nam spotkanie. Nie odnajdywałem też dusz swoich przodków, mamy, wuja Baraka, osób, które niegdyś kochałem. Czy to piramida, ta forteca zasypana piaskiem, mnie przed tym powstrzymywała? Albo to im uniemożliwiała połączenie się ze mną? Chociaż takie refleksje rodzą się w tej chwili pod moim piórem, wtedy nie przychodziły mi do głowy. Nie czułem braku czegokolwiek.

Stulecia upływały kropla po kropli.

Ile? Już nie sposób było ich zliczyć.

Egipcjanie prawdopodobnie mieli rację co do dwóch rzeczy: w kwestii ba i wieczności. Moje ba, czyli mój duchowy sobowtór, wymknęło się z mojej cielesnej powłoki i trwało nadal. Jeśli chodzi o wieczność, oferowała mi ją piramida, izolując mnie, odcinając od pór roku, wylewów Nilu, dnia i nocy. Czas mija tylko wtedy, gdy jest wyznaczany punktami odniesienia, żeby można go było odliczać, rytmami, by go odmierzać. Mój czas już nie płynął, uległ zawieszeniu. Był to czas poza czasem.

Może wieczność…

Niespodziewane stukanie.

Hałas mnie budzi.

Stukanie się nasila. Walenie młotem. Wstrząsy.

Moja świadomość się mobilizuje, zmienia zwyczaje, zaczyna nasłuchiwać.

Uderzenia ciężkich narzędzi. Długi, żałosny zgrzyt, dźwięk odpieczętowania. Triumfalne wrzaski. Okrzyki dochodzące od strony wschodniej ściany. Mężczyźni. Powiew świeżego powietrza, jakaś namacalna energia!

Słabe światło przeszywa mrok. Nagle, po usunięciu kilku bloków, oślepiający snop światła toruje sobie drogę do wewnątrz. Do piramidy przenika ukośny promień słońca.

Jakieś postaci przemykają wąskim korytarzem.

Złodzieje.

Docierają do komnaty faraona. Przeszukują, podnoszą, odblokowują, uprzątają, sortują. Zawładnąwszy przedmiotami ze złota, dziwią się, że meble zostały pocięte i spalone. Niektórzy uważają, że inni rabusie grobów byli tu przed nimi, na co pozostali odpowiadają, że to niemożliwe, bo przecież nie zostawiliby najcenniejszych rzeczy. Harmider! Czy się cieszą, czy sobie wymyślają, zawsze wrzeszczą. Pobudza ich chciwość, rażąca, ordynarna, agresywna. Czysta siła witalna grabieży, której nie powstrzymują żadne skrupuły.

– Spójrzcie na tych dwoje!

Jakiś umorusany młodzieniec zauważył Nurę i mnie. Uświadamiam sobie, jak bardzo nasze ciała uległy degradacji. Są nie do poznania. Zwłaszcza ciało Nury.

– Mają biżuterię, bransolety, naszyjniki, pierścienie.

– Nie dotykaj! – mówi szef. – Nie zostali zmumifikowani. W środku na pewno roi się od karaluchów i skorpionów.

Chłopak się cofa. Nasze biedne zwłoki najwyraźniej budzą w nim odrazę.

Zwiadowcy wzywają posiłki. Przybyła z zewnątrz dziesiątka grabieżców krząta się teraz po królewskiej komnacie. Usiłują odsunąć pokrywę kamiennego sarkofagu. Mięśnie się napinają. Zęby zgrzytają. Klatki piersiowe dyszą.

Uff! Zdołali wetknąć drewnianą dźwignię pod wieko z wapienia. Kontynuują pracę. Udało się! Wydobywają bogato zdobioną trumnę z sarkofagu.

Narada. Rozebrać ją wewnątrz czy już na zewnątrz? Pyskówka. Przepychanki. Obelgi. Szef zarządza: tutaj.

Podczas gdy młodzieńcy wydłubują kamienie szlachetne, lapis-lazuli i złote ozdoby, osiłki usuwają skrzynie ze skrzyń, a ich mocne ręce sięgają zabandażowanej mumii i odrywają klejnoty, które przystrajają Susera. Pada rozkaz odwrotu. Dość już nagrabili, spustoszyli, splądrowali. Opróżniają wazy kanopskie i porzucają szczątki na ziemi.

Wychodzą przez wąskie gardło, zostawiając mauzoleum z ziejącym otworem. Nie zamurowują włazu. Nie ma potrzeby ukrywania swojego występku, wystarcza im, że umykają na czas.

Powraca spokój. Inny od tego, który panował wcześniej. Piramida przechyla się na jeden bok, ten, przez który przenikają powietrze, ciepło, światło. Znów są noce, dni, różne temperatury, pory roku.

Zapada cisza. Na lata. Ile?

Stulecia się zagęszczają, wzbogacane o szczegóły – fretka, ptaki, myszy, dynastia skarabeuszy – ale bezruch nie ustępuje.

Później do otwartego szybu we wschodniej ścianie dostaje się woda.

Zrazu ukradkowa, staje się zdradziecka, wciska się niczym żmija i zdobywa teren. Jej poziom rośnie. Oto blokuje korytarz. Zbliża się do miejsca, gdzie spoczywają nasze zwłoki. Widzę nas: dwa truchła, a raczej dwie kupki kości pokrytych pożółkłą skórą. Woda podchodzi aż do nas, otacza nas, zakrywa i jeszcze bardziej się podnosi. Zostajemy pochłonięci, podobnie jak budowla.

Aż nieoczekiwanie nurt się odwraca, jakby jakieś bóstwo postanowiło opróżnić piramidę. Nadal spleceni ze sobą, suniemy, utrzymujemy się na powierzchni, mkniemy, zmieszani z mnóstwem odpadków, obijając się o kanopy i statuetki unoszone przez fale.

Nil, nękany najpotężniejszym wylewem w swojej historii, zabiera nas ze sobą. Nasze szczątki podążają tunelem, opuszczają piramidę i gubią się w płynnym bezmiarze.

Potem moja świadomość się zmienia. Niczego nie pamiętam.

*

Kaczka przyglądała mi się swoim okrągłym okiem.

Płynne przestrzenie marszczyły się wokół zielonych trzcin, których pióropusze pochylały się pieszczone wiatrem. Leżałem w wodzie.

Żółta tęczówka kaczki, osadzona pośrodku plamy brązowych piór, wpatrywała się we mnie uporczywie. Jej bezustanną uwagę zakłócały jedynie krótkie trzepoty skrzydeł i ukradkowe wolty, oznaki ciągłej czujności.

Powietrze było czyste, spokojne, niemal białe, olśniewająco przejrzyste. W oddali leciało stado dzikich gęsi. Słyszałem ich łagodne, smutne krzyki. Nieopodal pęk potarganych lilii roztaczał delikatną woń zmieszaną z silnym zapachem mułu i rozkładających się liści. Leżałem wtulony w ciepłe bagienne łoże.

Kaczka położyła pomarańczowy dziób na moim czole, jakby zadając jakieś pytanie.

Wzdrygnąłem się, zadrżałem, a potem napiąłem mięśnie twarzy i wykonałem kilka grymasów.

Mojej reakcji towarzyszył triumfalny trzepot skrzydeł.

Zwracając się do niewidzialnej publiczności, ptak potwierdzał: „Widzicie, mówiłem wam: on żyje!”.

A jednak gdy tylko wstałem, spłoszył się i uciekł, sunąc na fali, równie szybki jak kamyk, który odbija się od powierzchni wody. Dołączył do puchatych kaczątek oraz do samicy lub innego kaczora – nie sposób stwierdzić, ponieważ zarówno samce, jak i samice kazarki egipskiej zdobi takie samo beżowe upierzenie. Tam, nagle obojętny, ptak wodny wzgardził mną, wyciągnął szyję, zmienił się w przywódcę i płynąc z wyraźną pewnością siebie, utorował drogę swojej rodzinie, zostawiwszy za sobą ślad falujących refleksów.

Kiedy już stałem, choć nadal chwiejnie, rozglądałem się po okolicy. Ten bezkresny bagnisty obszar niewątpliwie należał do delty Nilu i znajdował się blisko morza. Jakie wskazówki pozwalały mi tak myśleć? Słonawy powiew dochodzący z północy, czapla siwa, która krocząc ostrożnie, badała szlam, a po mojej prawej stronie stadko ibisów czczonych, eleganckich ptaków brodzących odzianych w czerń i biel, nieodłącznie związanych z egipskim krajobrazem.

Woda sięgała mi do ud, gdy przemierzałem moczary w poszukiwaniu suchego lądu. Co za szczęście, że mogłem podjąć ten wysiłek! Odzyskiwałem dawną gibkość, jędrność ciała, ruchliwość mięś­ni żądnych działania, niepohamowane pragnienie wyzwań i przygód. Krew gotowała się we mnie z niecierpliwości. Po raz kolejny delektowałem się upojeniem wynikającym z odrodzenia.

Z południa nadleciało nagle ogromne stado różowych flamingów i skręciło w lewo, przykrywając mnie swoim cieniem, zanim rozpłynęło się na horyzoncie. Gdy podążałem wzrokiem za ich lotem, dostrzegłem jakąś sylwetkę wyłaniającą się z trzcin. Długie brązowe włosy zakrywały jej ramiona, a delikatny profil zwracał się w stronę miejsca, gdzie znikała chmara ptaków.

Nura!

*

Czy był sens wyjaśniać, co się stało? Najwyraźniej monstrualny wylew Nilu zalał piramidę wzniesioną w pobliżu jego brzegów, a potem wyrzuciły nas z niej cofające się wody. Niesieni odpływem znaleźliśmy się w końcu w mulistej zgniliźnie i wilgotne środowisko dostarczyło elementów niezbędnych do naszej regeneracji.

Ja już doświadczałem tych powrotów do życia, Nura natomiast tylko raz i nigdy o tym nie rozmawialiśmy, bo działo się to w sposób naturalny, bez naszej woli i bez naszego udziału. Chociaż byłem lekarzem, zrezygnowałem z prób wyjaśnienia tego zjawiska.

Znacznie bardziej nurtowały nas dwa pytania: gdzie i kiedy?

Gdzie, u diabła, się znajdowaliśmy? Ja od razu wysunąłem hipotezę egipskiej delty, lecz Nura oponowała, twierdząc, że choć dryfowaliśmy powoli, mogliśmy trafić dalej. Być może wypłynęliśmy w morze, a ­potem zostaliśmy wyrzuceni na jakimś brzegu… Przypomniała mi o podróży sarkofagu, w którym zamknięto mnie w zamierzchłych czasach, a który ona odnalazła na fenickim wybrzeżu.

Kiedy? Ile lat, wieków, czy wręcz tysiącleci minęło? To pytanie przyprawiało nas o zawrót głowy. Jak ewoluowali ludzie? Czy wciąż istniała jakaś ludzkość?

Poraziła mnie ta myśl. Niegdyś, w moim prehistorycznym dzieciństwie, nie przyszłoby mi do głowy, że Ziemia mogłaby się pozbyć ludzi, chociaż wtedy spotykałem tak mało dwunożnych istot i tak wiele ­zwierząt, że współistnieliśmy na równych prawach z innymi gatunkami. Ale od tego czasu w Mezopotamii i Egipcie powstały wielkie cywilizacje, miasta i liczne megalopolis. Okoliczne tereny były poprzecinane drogami, kanały nawadniały uprawy, ogrodzenia wytyczały pola, niektóre zwierzęta nie przetrwały bez udomowienia, inne zaś przegnano na skraj obszaru objętego naszą działalnością. Krótko mówiąc, ludzie opanowali tak duży obszar i nabrali takiego znaczenia, że będąc w stanie permanentnej wojny, w każdej chwili narażali się na porażkę.

Gdy o tym wspomniałem, Nura wydawała się rozbawiona:

– Noamie, ty chyba uwielbiasz wyobrażać sobie najgorsze.

– Cierpień przysparzali mi ludzie, przyroda nigdy.

– Czujesz urazę. Moim zdaniem ludzie są zdecydowanie zbyt inteligentni i przebiegli, żeby zniszczyć samych siebie. Zresztą oto dowód…

Stając na palcach, wskazała na jakiś kształt poruszający się w oddali. Po pewnym czasie, gdy ta zjawa stała się wyraźniejsza, dostrzeg­łem, mrużąc oczy, trzy wozy ciągnione przez woły i otoczone przez kilku osobników.

– A zatem jest tam droga, a ludzie wciąż istnieją! – wykrzyknęła. – Teraz musimy się tylko dowiedzieć, w jakim języku się porozumiewają.

– No to chodźmy!

Wybuchnęła śmiechem, wskazując na mnie palcem.

– Jesteś kompletnie nagi, Noamie.

– Ty też.

Jak zawsze trzeba było pojawienia się nieznajomych, żebyśmy odczuli nagość jako coś nienormalnego.

– Chcesz, żebym cię pokrył błotem? – zaproponowałem.

– Nie masz lepszego pomysłu?

Nie czekając ani sekundy, wyskoczyłem przed konwój i przybrałem wstydliwą postawę, garbiąc się z rękami skrzyżowanymi na przyrodzeniu oraz z oszołomioną miną kogoś, komu zabrano jego rzeczy.

Gdy tylko się pojawiłem, konwój się zatrzymał. Podszedł do mnie mężczyzna o szerokiej twarzy, ubrany w długi płaszcz, z wisiorkami w uszach i naszyjnikami na piersi. Zwrócił się do mnie w jakimś obcym języku, ale wobec mojego zakłopotania powtórzył to po egipsku:

– Kim jesteś? Czego tu szukasz?

Z ulgą odegrałem przed nim zaplanowaną scenę:

– Kąpaliśmy się z żoną i kiedy wróciliśmy na brzeg, nasze ubrania zniknęły. To niewątpliwie złodzieje.

Mężczyzna natychmiast odwrócił się do swoich towarzyszy i z nabrzmiałymi żyłami na szyi zbeształ ich, jakby wznawiając przerwaną rozmowę:

– Widzicie, że roi się tu od bandytów! Kapujecie, dlaczego żądam, żebyście mieli się na baczności, obiboki! Miejcie oczy otwarte. I trzymajcie sztylet w zasięgu ręki. – Ponownie zmierzył mnie wzrokiem. – Czego chcesz?

– Kupić od ciebie ubrania.

Jego twarz się rozjaśniła.

– Dobrze się składa: sprzedaję je! Tak jak tysiąc innych rzeczy. Jak zamierzasz zapłacić? Przypuszczam, że pieniądze też ci skradziono?

Mężczyzna podążył za moim spojrzeniem: właśnie zdałem sobie sprawę, że wciąż mam na nadgarstkach złote bransolety wysadzane drogimi kamieniami.

– Doskonale! – doszedł do wniosku. – Widzę, że jakoś się dogadamy.

Jego oczy skrzyły się, wpatrzone w klejnoty, dzięki którym zasługiwałem na szacunek. Potem skierowały się w bok, w stronę sylwetki Nury kryjącej się w kępce trzciny i dostrzegłem w nich pożądliwy błysk. Zareagowałem natychmiast:

– Oczywiście rozumiesz, że najpierw muszę wybrać strój dla żony i zanieść jej ubranie.

Jego tęczówki przygasły, a twarz sposępniała.

– Oczywiście, oczywiście – wymamrotał.

Mieliśmy dużo szczęścia, że natknęliśmy się na Charaksosa i jego załogę. Gdy już się ubraliśmy, ruszyliśmy w dalszą drogę razem z nimi, posuwając się obok wołów w wesołej, przyjaznej atmosferze. Charaksos, kupiec, nabywał towary w Egipcie, a następnie odpływał statkiem, by je odsprzedać na północy. Jego akcent był wynikiem jego pochodzenia: Przyszedł na świat na jednej z wysp śródziemnomorskich, gdzie mówiono po grecku, dlatego niektóre samogłoski na początku słów wypowiadał z przydechem i w dziwny sposób wymawiał „t”, umieszczając czubek języka między siekaczami, jak to robili później Anglicy ze swoim „th”. Gdy tylko wspominał Lesbos, swo­ją rodzinną wyspę, jego okrąglutka sylwetka zwieńczona hebanową grzywą przywodziła na myśl postać rozmarzonego dziecka.

– Dlaczego ją porzuciłeś, skoro tak bardzo ją kochasz?

– Porzucam ją tylko po to, żeby milej było do niej wracać.

– Mogłeś zostać.

– Nie z moją siostrą. Widać, że jej nie znasz.

Dotarliśmy do Dżechaper, miasta handlowego, które Charaksos, podobnie jak wszyscy Grecy, nazywał Naukratis, „panią statków”. Mówiono, że zostało wzniesione przez ludzi przybywających z morza, nie przez Egipcjan. Rzeczywiście, Naukratis było egipskim portem zwróconym w stronę Grecji, a Grecy, dzięki pobłażliwości kolejnych faraonów i w zamian za pewne przysługi, uważali je poniekąd za własne. Charaksos zachwalał nam nowego faraona, Necha II, którego działania nadspodziewanie sprzyjały jego interesom. Necho faktycznie szukał sposobu połączenia Morza Śródziemnego z Morzem Czerwonym: pod jego rozkazami setki tysięcy ludzi były w trakcie kopania szerokiego kanału, który miał przebiegać od Morza Czerwonego do Nilu, co pozwoliłoby przepływać statkom w obie strony i wymieniać towary z basenu Morza Śródziemnego na te pochodzące z krainy Punt1.

W gospodzie w Naukratis, gdzie jedliśmy z Nurą wieczerzę w towarzystwie Charaksosa, wspomnieliśmy mimochodem o faraonie Suserze i jego ojcu Meri-Userze-Re. Nikt z gości, nawet starcy grający w seneta w głębi lokalu, nie wiedział, o kim mówimy. Dynastia faraońska pochodziła teraz z Sais, miasta położonego w pobliżu delty, będącego obecnie stolicą zjednoczonego Egiptu. Sais? Memfis nie zajmowało już niegdysiejszej uprzywilejowanej pozycji. Teby też nie. Nie drążąc zanadto tematu, zaczynaliśmy podejrzewać, że pobyt wewnątrz piramidy, po którym nastąpiła nasza reanimacja, przeciąg­nął się w czasie – dopiero znacznie później udało mi się ustalić, że potrzebowaliśmy dziewięciuset osiemdziesięciu lat, by ponownie pojawić się wśród żywych.

Wahając się co do celu naszej podróży, postanowiliśmy z Nurą zamieszkać tymczasowo w Naukratis. Czemu nie? Musieliśmy zrozumieć zmiany, które zaszły na świecie, i lubiliśmy towarzystwo ekstrawaganckiego Charaksosa, który został w porcie, bo czekał na dostawę towarów przed wydzierżawieniem statków i ponownym wypłynięciem w morze.

Charaksos mnie intrygował. Mocny w gębie, obdarzony donośnym głosem i skory do miotania obelg, potrafił się również wykazać niebywałą delikatnością. Ten mięsożerny osiłek zdolny powalić wołu jednym ciosem pięści ozdabiał swoją imponującą postać klejnotami i roztaczał wokół siebie odurzającą woń pachnideł. Choć przyjazny i serdeczny, miewał niespodziewane i gwałtowne napady złości i pastwił się nad tymi, których kilka godzin wcześniej obdarzał względami i pieszczotami. Targował się zajadle o cenę wazy z kimś, kogo twarz mu się nie podobała, by za ten sam przedmiot pięknej buzi dać sumę zupełnie obłędną. Jego największą pasję stanowiły jednak prostytutki, za którymi szalał w sposób równie niekonsekwentny jak w przypadku całej reszty. Nie przechodził od jednej ladacznicy do drugiej, jak to zwykli czynić ich amatorzy, lecz kochał tylko jedną naraz, i to kochał miłością prawdziwą. Ten porywczy kolos uwielbiał kultywować sentymentalne przywiązanie i, płacąc profesjonalistce stałą stawkę, obdarowywał ją wieńcami kwiatów, najrzadszymi tkaninami, przyprawami, drob­nymi klejnotami, a nawet układał dla niej zachwycające wiersze. Oddany miłoś­ci, tak jak inni oddają się piciu, szybko zapominał o fachu rozpustnicy, a także o tym, jak ją poznał, i niemal uważał się za jej męża. Nieuchronnie padał ofiarą zazdrości – zaczynał od podejrzeń, przechodził do scen małżeńskich i uciekał się do inwigilacji, a potem, przyłapawszy ukochaną na gorącym uczynku, zdradzony pienił się z wściekłości! Na szczęście jednak w takich chwilach obracał przemoc przeciwko sobie, nigdy nie atakował kurtyzany ani jej klientów. Walił głową w ściany, rozdzierał szaty i pił na umór. Zbijało mnie z tropu to, że za każdym razem dziwiło go zdarzenie, które stale się powtarzało i które z góry dało się przewidzieć. W jego życiu w szybkim tempie następowały po sobie udręki zakochanego nastolatka i wybuchy gniewu rozwścieczonego rogacza. Zastanawiałem się, czy zadowala go, czy raczej trapi własne zachowanie. Nura, bardziej ode mnie przenikliwa, uważała, że w gruncie rzeczy Charaksos karmi się tymi przeciwieństwami, tymi nieciągłościami, że szuka paradoksalnych stanów, by czuć, że żyje.

Pozwoliłem sobie zagadnąć Charaksosa pewnego wieczoru, gdy się upijał, rozpaczając, że przyłapał wybrankę swojego serca w trakcie rozchylania ud przed klientem.

– Kochasz tylko kobiety, których kochać nie powinieneś, Charaksosie. Marzysz o wierności, a zadajesz się wyłącznie z prostytutkami. Sam się pakujesz w niemożliwe sytuacje.

– Niemożliwe? Moja siostra umiałaby sobie z nimi poradzić.

– Twoja siostra potrafi zmieniać ludzi?

– Widać, że nie znasz mojej siostry.

Im więcej z nim rozmawiałem, tym bardziej zdawałem sobie sprawę, że siostra zaprząta jego myśli i jest dla niego punktem odniesienia. Czy nie to było kluczem? Przekonany, że żadna kobieta nigdy nie dorówna jego siostrze, wychodził pokonany z każdego spotkania i utwierdzał się w swoim przekonaniu. Kolekcjonowanie porażek pozwalało mu czcić siostrę niczym bożka z jakiejś cholernej, nienaruszonej świątyni.

Gdy towarzyszyłem mu podczas jednej z wizyt na jego statkach, podzieliłem się z nim swoimi przemyśleniami. Zamiast się oburzyć, jak przewidywałem, uśmiechnął się lekko i z czułością.

– Masz rację: moja siostra jest kobietą mojego życia. Zresztą ma taki wpływ na wszystkich, których spotyka.

– Nie przesadzasz?

– Widać, że nie znasz mojej siostry.

Dostawa towarów dla Charaksosa – rudy złota wydobywanej na Pustyni Nubijskiej, kości słoniowej pochodzącej z dalekiego południa – spóźniała się i ta zwłoka bardzo go irytowała. Pewnego popołudnia, pragnąc poprawić mu humor, zaproponowałem, że pomogę mu w prowadzeniu rachunków, bo odkładał to zadanie dzień po dniu, wzdychając ze zniechęceniem. Wszystko notował, ale robił to na rozproszonych papirusach, więc przez kilka godzin odtwarzaliśmy kolejność jego transakcji kupna i sprzedaży z ostatnich miesięcy. Potem zajmowałem się obliczeniami, dodając, odejmując, mnożąc. Czy było to do przewidzenia? Charaksos okazał się nie bardziej logiczny w prowadzeniu swoich interesów hand­lowych niż w innych sprawach: wydawał więcej, niż inkasował.

Obawiając się, że nie zniesie konfrontacji z rzeczywistością i wybuchnie gniewem, bardzo delikatnie przedstawiłem mu, kolumna po ko­lumnie, katastrofalny stan jego rozliczeń, a wszystkie były ujemne. Słuchając mnie z u wagą ośmioletniego dziecka, mruknął łagodnie:

– Zabawne… Przywodzisz mi na myśl moją siostrę, kiedy mnie beszta. Wypomina mi, że trwonię pieniądze naszych rodziców.

– Nie wiem, jak duży jest wasz majątek, Charaksosie, ale potwierdzam, że tracisz coraz więcej i nigdy nie zyskujesz. Jeśli będziesz przy tym obstawał, istnieje ryzyko, że puścisz swoją rodzinę z torbami.

– Naprawdę? – rzucił beztrosko.

– Zrujnujesz swoją siostrę – upierałem się, zakładając, że ten argument przeważy.

– Zrujnować moją siostrę? O nie, to niemożliwe! Jej bogactwo leży gdzie indziej. Ona zawsze wychodzi z opresji obronną ręką. Widać, że nie znasz mojej siostry.

Podczas gdy Charaksos się niecierpliwił, każdego dnia mając nadzieję, że w końcu otrzyma dostawę cennych materiałów, Nura i ja przyzwyczajaliśmy się do tego powrotu do życia. Co dziwne, gdy minęło upojenie z pierwszych chwil, dalsze dni okazały się dość uciążliwe.

Nastąpiło wiele zmian. Chociaż ani ona, ani ja od dawna nie obawialiśmy się nowości, niezbyt nas one pasjonowały: w tym porcie handlowym nie było miejsca na nic poza ciężką pracą, wszyscy dążyli wyłącznie do osiągnięcia korzyści, a pieniądze krążyły tu intensywniej niż uczucia. Każdego motywował urok zysku, a prawdziwy język wymiany ograniczał się do rachunków. Pracować, owszem, ale po co? Nie dostrzegaliśmy niczego ekscytującego w tym, w jaki sposób nawiązywano relacje, w jaki sposób rosły nadzieje, w jaki sposób traktowano kulty religijne i duchowość. Ponieważ wywodziliśmy się z marzycielskich cywilizacji, w których skłonność do rojeń i medytowania zdawała się najistotniejsza, uznaliśmy tamtejszą za okropnie przyziemną.

Co więcej, nasz związek przechodził trudny okres. Rozwijał się bardziej na zasadzie przyzwyczajenia niż przywiązania. Czy to wystarczało? Miałem opory przed szczerym wyrażaniem się przy Nurze, bo nieufność narzucała pewien niezmienny filtr. Epizod z piramidą wciąż nie dawał mi spokoju i uparcie nie chciałem widzieć w nim błędu ani dziecinady, lecz raczej zdradę, gdyż Nura podjęła jednostronne decyzje. W rezultacie wkradła się we mnie nowa obawa: kochanie Nury nie oznaczało akceptacji jej absolutnej władzy; powinna mnie szanować, bo w przeciwnym razie jej miłość mnie zdominuje zamiast wzbogacać. Wobec tego dość niechętnie z nią rozmawiałem. Co się stało z moim przyrodnim bratem Derekiem? Gdzie znaleźć Tibora, ojca Nury, skazanego na nieśmiertelność w podeszłym wieku, podczas gdy szykował się do przejścia na drugą stronę w stanie bliskim agonii? Te kwestie dotyczyły mnie w najwyższym stopniu, a jednak już nie potrafiłem się nimi interesować na równi z Nurą.

Jeśli chodzi o miłość, oczywiście ją uprawialiśmy, ja jednak wkładałem w to więcej staranności niż entuzjazmu. Kopulowałem z sumiennością. Lojalnie. Dawałem z siebie wszystko. Czyż nie nazywa się tego obowiązkiem małżeńskim? Zazdrość nigdy nie była dla mnie problemem, a sam widok kobiecego ciała powodował szybki efekt, bo przyciągało mnie do siebie. W dodatku Nura zawsze mocno działała na moje zmysły – i to się nie zmieniło. Obejmowaliśmy się zatem, lecz nie traciłem panowania nad sobą. Nie doświadczałem już tego nagłego powierzenia się, tego przyzwolenia na nieznane, tego poczucia, że przeżywam wyjątkową chwilę, tyleż jej ulegając, ileż podsycając nią namiętność. Nie, mozoliłem się z godnością, poświęcałem niezbędny czas, gorliwie starałem się zadowolić partnerkę i nienagannie osiągałem rozkosz. Pomimo ewidentnych dowodów tegoż byłem potem sfrustrowany. Podczas naszych igraszek czyhałem na tę sekundę, kiedy się zatracę, kiedy stopimy się ze sobą. Krótko mówiąc, czatowałem na chwilę, w której przestanę czatować. Nic takiego jednak nie następowało. Kochałem się ze swoją żoną. Koniec z zapamiętaniem. Nic awanturniczego. Żadnych niespodzianek. Tylko coś, co przypominało znajome danie spożywane z przyjemnością.

Nura to dostrzegała, chociaż wydawało mi się, że jeśli o nią chodzi, osiąga ekstazę. Unikałem jej pytających spojrzeń, wzbraniałem się przed próbami wyjaśniania, uciekałem od niej, mimo naszej codziennej bliskości.

Dokąd iść?

Oto jedyna kwestia, którą otwarcie roztrząsaliśmy. Dokąd postanowił się przenieść świat? W którym zakątku ziemi jaśniał ludzki geniusz? Chociaż to pytanie nie miało sensu w czasach, gdy wędrowaliśmy bez celu na łonie natury, stawało się coraz bardziej palące, odkąd ludzie wynaleźli cywilizacje. Od tamtej pory mieliśmy do czynienia z różnymi ośrodkami: Babelem w Mezopotamii, Memfis w Egipcie, ale gdzie zapłonęło ostatnie ognisko? Jeśli wnioskować z rozmów zasłyszanych w porcie oraz podczas włóczęg po targowiskach i gospodach, energia najwyraźniej skoncentrowała się na północy. Zgodnie z pogłoskami wyspy greckie i Attyka prezentowały niesłychany sposób życia, który fascynował podróżników. Czuliśmy, że pociągają nas te miejsca, więc tym gorliwiej uczyliśmy się języka greckiego, którym w Naukratis posługiwali się wszyscy, nie tylko Charaksos i jego ludzie.

Czy skusimy się na przygodę poza Egiptem?

Doszliśmy do tego punktu w naszych rozważaniach, kiedy los zadecydował za nas.

Charaksos w końcu dostał swoje złoto i kość słoniową. W przeddzień odpłynięcia uwikłał się jednak w wyrównanie rachunków w Naukratis. Ponieważ zbyt natarczywie krążył wokół Myrrhine, prostytutki, w której się zakochał, wdał się w awanturę ze swoim odpowiednikiem, jej sutenerem, który również był opętany zazdrością. Doszło do rękoczynów między mężczyznami, lecz alfonsowi pospieszyli na ratunek kompani i zostawili Charaksosa na pewną śmierć w jakimś zaułku. Na szczęście znaleźli go jego marynarze i zanieśli do gospody. Oznajmiłem, że jestem lekarzem, a Nura córką uzdrowiciela, i oboje przystąpiliśmy do ratowania kupca.

Silna była z niego bestia. Przeżył. Gdy tylko zdołał wypowiedzieć kilka słów, zażądał, by podniesiono kotwicę.

– Moja siostra będzie się niepokoić.

– Siostra oczekuje twojego powrotu konkretnego dnia?

– Tak, nie, no cóż, wyczuje, że dzieje się coś nienormalnego.

– Wyczuje?

– Widać, że nie znasz mojej siostry.

Charaksos upierał się, mnożąc argumenty: unieruchamiano jego ładunek, marnował pieniądze, pozwalając załodze wegetować w porcie, tracił ważne kontrakty. Ostrzegaliśmy go, że jego stan nadal wymaga opieki, że trzeba mu zmieniać opatrunki, oczyszczać rany, zapobiegać zakażeniom, dopasować łubki.

– Płyńcie ze mną! – poprosił znienacka.

I tak oto popłynęliśmy z Nurą na wyspę Lesbos.

*

Czy to z powodu potopu, któremu niegdyś stawiłem czoło, kiedy wściek­łe wody zalały świat, a my błąkaliśmy się miesiącami na pokładzie naszej arki? Lubię morze jedynie z daleka. Podziwiam je wyłącznie z lądu, muskane moimi oczami. Gdy już się na nie zapuszczę czy wręcz się w nim zanurzę, niepokój tłumi wszystkie inne myśli. Co się kryje pod migotaniem jego fal? Jakie stworzenia figlują w jego odmętach? Chociaż wody wydają się spokojne, roześmiane, olśniewające, nie daję się zwieść: ich wnętrzności mi zagrażają. Ta gładka, nieruchoma powierzchnia służy za przynętę, przesłania wewnętrzny świat pełen tajemniczych sił, zamieszkany przez nieuchwytne istoty. Strome klify, poszarpane przepaście, utajone otchłanie, rekiny, wieloryby, gigantyczne kalmary, mięsożerne rośliny, potwory, których zachowania nie sposób przewidzieć – oto prawdziwa natura morza. Jego horyzontalność stanowi niesłychane kłamstwo, prawdą jest bowiem wertykalność, gdyż są to ogromne nieprzeniknione głębiny, wielka dziura. Podczas gdy żeglarze sądzą, że się orientują, zmierzając na północ, południe, wschód, zachód, ja mam świadomość, iż rzeczywisty kierunek prowadzi z góry do dołu. Morze wzywa nas do zatonięcia. Utrzymywanie się na wodzie okazuje się chwilowym wyczynem, siłą rzeczy przejściowym, sprzecznym z naturą, niepewnym, absurdalnym. Gdyby nie liczne wysiłki podejmowane przez marynarzy, los, który czyha na podróżnika, sprowadzałby się do katastrofy morskiej. Kiedy pochylam się nad tonią, ulegam wodnym zawrotom głowy, które przypominają te ziemskie, gdyż polegają na strachu przed wchłonięciem.

Na statku Charaksosa walczyłem zatem z tą trwogą, dolegliwością czysto psychiczną, bo nie wymiotowałem. Jeśli chodzi o Nurę, oparta łokciami o reling, z włosami targanymi przez wiatr, uśmiechała się do morza, wdychając światło drżącymi nozdrzami i zamykając oczy, tak piękna, że zapierało dech w piersiach. Co do Charaksosa, gdy już się znalazł na pokładzie, przeobraził się w Posejdona, greckiego boga mórz, którego zauważyłem na malowanych wazach. Z nagim torsem wystawionym na gwałtowne podmuchy i pianę, o ciele z terakoty, z kędzierzawą brodą i wytrzeszczonymi oczami wodzącymi od bakburty do sterburty, przejawiał dziką radość z rzucania wyzwania żywiołom.

Na szczęście korzystaliśmy z pogody sprzyjającej żeglowaniu, unikając wiatru meltemi, i płynęliśmy bez narażania się na rozbryzgi załamujących się fal. W pierwszych dniach to błądzenie naszych czterech statków doprowadzało mnie do rozpaczy. Doskonały piechur nie musi być doskonałym żeglarzem: chociaż niegdyś uwielbiałem przemierzać rozległe przestrzenie, upajać się ich zapachami, słuchać koncertów natury, zupełnie nie widziałem sensu wypływania na szerokie wody. Nic nie pobudzało mojego wzroku, krajobraz wcale się nie zmieniał, panowała monotonia. O ile maszerowanie stanowiło dla mnie cel sam w sobie, o tyle żeglowanie ograniczało się jedynie do sposobu przemieszczania się. Moim celem stawało się miejsce przeznaczenia, a nie podróżowanie. Czułem jedynie pośpiech, pragnienie, by zniknął ślad na wodzie, który tworzyliśmy, i by nasze statki dopłynęły do brzegu.

Wszystko się zmieniło, gdy tylko wpłynęliśmy na obfitujące w wyspy Morze Egejskie. Odtąd horyzont nigdy nie był pusty. Nieustannie wyłaniały się jakieś kształty, niskie, wysokie, długie, krótkie. Niektóre wyspy uważano za niegościnne, bo pozbawione źródeł i surowców lub stanowiące skupiska skał, tereny o ubogich glebach, pokryte zaroślami, którymi żywiły się kozy pod nieobecność pasterza. Inne natomiast okazywały się barwne, pokryte lasami, usiane kwitnącymi drzewami, ciemnymi sosnami i srebrnymi drzewkami oliwnymi.

Wreszcie, pewnego ranka, gdy wyłoniło się słońce, wyłoniła się również przed nami wyspa Lesbos. Ogromna, zieleniejąca, zwieńczona dwoma szczytami, sprawiała wrażenie kontynentu.

– Wkrótce poznacie moją siostrę – powtarzał w kółko Charaksos, przesuwając językiem po wargach, jakby Lesbos i jej dwa górskie sutki były jej zapowiedzią.

Nasza flota wpłynęła do portu w Mitylenie, na południowym krańcu wyspy, przy dwóch gościnnych ramionach lądu, chronionych z oddali przez pagórkowate tereny z obu stron. Charaksos wyskoczył na nabrzeże i pędził od rybaka do tragarza, od gapia do przechodnia, od żeglarza do kupca, obejmując każdego, nawiązując hałaśliwe, ożywione rozmowy. Wkrótce już nie wiedział, w którą stronę się zwrócić, bo wyspiarze nadbiegali, szczęśliwi, że znów go widzą.

Potem starannie zmagazynował swoje towary, zabierając ze składu kilka przedmiotów z myślą o prezentach. Następnie, eskortowani przez osły, wyruszyliśmy w drogę, żeby dotrzeć do Eresos, położonej niedaleko plaży wioski, gdzie mieszkali jego bliscy.

Stojąca w progu kobieta patrzyła, jak się zbliżamy.

– A oto moja siostra.

Czego się spodziewałem? Charaksos tyle mi o niej opowiadał, że w rezultacie wyobrażałem sobie, że jest wysoka, a tymczasem była niska. Chociaż wychwalał jej urodę pod niebiosa, uznałem, że wygląda całkiem zwyczajnie. Owszem, nie brak jej było uroku, ale bez obiecanej wspaniałości. Wielokrotne peany na cześć jej wyjątkowej pewności siebie i autorytetu pod żadnym względem nie pasowały do niezwykle szczerego uśmiechu, który dostrzegłem na jej ustach.

Przywitała nas uprzejmie. Jej głos, jednocześnie ciepły i pełen blasku, otulił mnie niczym girlanda, a może było to jej żwawe, swobodne frazowanie kojarzące się z tańcem albo też przyjazna treść jej słów. Nagle odnieśliśmy z Nurą wrażenie, że staliśmy się najważniejszymi osobami na świecie.

Pokazała nam krąg drzew, gdzie czekały na nas miejsca siedzące. Trzy młode dziewczęta natychmiast zaoferowały nam napoje – lemoniadę, wodę zaprawioną anyżem – i rozmowa potoczyła się z wyjątkową płynnością. Siedzieliśmy wygodnie pod tamaryszkami, których różowe płatki filtrowały słońce, nie przeszkadzając mu ani zanadto nie ochładzając powietrza.

Nawet jeśli język grecki częściowo nam umykał, opanowaliśmy go na tyle dobrze, żeby rozumieć siostrę Charaksosa, odpowiadać jej i doceniać subtelność jej zawsze pełnych oryginalności wypowiedzi.

Delektując się powrotem na stały ląd, uważnie obserwowałem naszą gospodynię.

Choć była znacznie po trzydziestce, wyglądała świeżo i pyszniła się zadziwiającymi rudymi włosami, które – przystrojone fioletowymi kwiatami – piętrzyły się wokół jej szlachetnego, inteligentnego czoła. Nad prostym nosem i ładnie zarysowanymi ustami odsłaniającymi maleńkie zęby otwierały się ocienione długimi rzęsami oczy, które zrazu wydały mi się pospolite, nadawały jednak jej spojrzeniu urzekającą intensywność połączoną z nonszalancją. Nieznaczna nadwaga zmysłowo zaokrąglała jej sylwetkę, nie pogrubiając jej, lecz czyniąc ponętną i miękką z każdej strony. Ta delikatna sprężystość coś o niej mówiła: o jej zmysłowości, umiłowaniu życia, łakomstwie, harmonii z tym czarującym krajobrazem obfitującym w owoce, winorośl, kwiaty, ptaki. Jej aksamitna skóra, jednolicie jędrna i napięta, eksponowała bez żadnych przeszkód złociste nogi i wspaniały dekolt nieukryte pod jakąkolwiek szatą.

Nasza rozmowa została chwilowo przerwana, oddzielona od zwykłego biegu rzeczy. Młode dziewczęta rozdały nam wyśmienite jabłka, a ja zauważyłem, że wzdłuż rzędu tamaryszków rozkwitały róże, splecione z pniami i gałęziami. Z ich płatków unosił się łagodny, słodki zapach.

Zanim się zorientowaliśmy, siostra Charaksosa, pod pretekstem gościnności, zorganizowała ze wszelkimi szczegółami nasz pobyt na Lesbos. Mimo że protestowaliśmy zakłopotani, oddała nam do dyspozycji dom sąsiadujący z jej rodzinnym gajem oliwnym, obiecała rozgłosić, że jestem lekarzem, a przede wszystkim wyliczyła nadchodzące uroczystości – pochody, bale, konkursy taneczne, śpiewacze, poetyckie – i zaprosiła nas zawczasu do wzięcia udziału w tysiącu rozrywek.

Charaksos, zwykle hałaśliwy i rozmowny, słuchał posłusznie, niczym dziecko o błyszczących oczach, kiwając głową. W obecności siostry ten olbrzym o gwałtownym usposobieniu zdawał się mieć nie więcej niż dziesięć lat. Dołączyli do nas jego dwaj młodsi bracia w towarzystwie żon. Potem, gdy dzień zaczynał się chylić ku zachodowi, Charaksos poprosił siostrę, żeby zaśpiewała. Dziewczęta przyniosły jej lirę. Zauważyłem wtedy, jak mocne i stwardniałe są jej palce, pokryte ochronną skórą, która pozwala godzinami pobudzać struny i nie krwawić. Widząc te zahartowane dłonie, przypomniałem sobie, nie bez tęsknoty, Meret, swoją egipską kochankę. W bladoróżowym cieniu tamaryszków rozległ się melodyjny szept.

Pragnę i płonę.

Znów Eros, dręczyciel,

Nęka mnie, i słodki, i gorzki.

Jest nieuchwytny, pełza.

Znów Eros me serce pognębił,

Podobny do wiatru, który

Na dęby runął z wysoka.

Przyszedłeś i dobrześ uczynił:

Tęskniłam za tobą.

Rozpaliłeś w moim sercu

Ogień, który wciąż płonie.

Nie wiem, co począć,

I czuję w sobie dwie dusze.

Nie wiem, jakie ogarnia mnie pragnienie,

By umrzeć i ujrzeć brzegi

Z lotosami pokrytymi rosą.

A ty o mnie zapomniałeś2.

Muskając struny liry, nasza gospodyni pieściła również struny mojego serca. Jej niski, przytłumiony głos mieszał się z płynnymi arpeggiami. Nie śpiewała o konkretnej miłości, lecz o miłości w ogóle, budząc we mnie tysiąc wspomnień, które łączyła pod imieniem Erosa, tego boga, którego odwiedziny czcimy. Jeszcze nigdy nie słyszałem słów, które tak od razu wydawały się bliskie, dotykały uczuć znanych, choć jeszcze nie wyrażonych. Odwracając się w stronę Nury, uświadomiłem sobie, że niepokoi ją to samo zaskoczenie. Ten krótki poemat mocno w nas rezonował! Nie tylko przywoływał konkretne przeżyte chwile, lecz także uzmysławiał nam, że w najbardziej intymnym wymiarze ludzie są do siebie podobni. Nasza gospodyni, mówiąc o sobie, mówiła o mnie i o nas wszystkich. Jej poezja tworzyła nieoczekiwane więzi, rodzaj braterstwa związanego z naszą ludzką naturą.

Bez najmniejszego wahania przyłączyliśmy się do chóru braci głośno domagających się nowego wiersza.

Kosztuje szczęścia znanego bogom

Ten, kto może przy tobie

Trwać i na ciebie spoglądać,

Ten, kto delektuje się słodyczą twego głosu,

Ten, którego wzrusza magia twego śmiechu,

Lecz ja ten śmiech znam,

Roztapia we mnie serce.

Ach, bo wiesz, jeśli cię widzę,

Choćby przez tak krótką chwilę,

Wówczas na mych wargach nagle

Gaśnie radość bezsilnie.

Mój język zdaje się pękać,

I niespodzianie do serca

Niewidzialny ogień się wkrada.

Moje oczy niczego już jasno nie widzą,

A w uchu brzęczy wrzawa.

Cóż za paradoks! Pieśni miłosne są skargami, które domagają się ponowienia. Co za szczęście w bólu! Siostra Charaksosa wyrażała frustracje i smutki miłosnego niepokoju, pobudzając przy tym pragnienie zakochania. Jej lament przekształcał się w pochwałę, jej szloch mylił się z ekstazą.

Charaksos, dostrzegłszy moje wzruszenie, nachylił się w moją stronę i szepnął mi do ucha:

– Teraz już znasz moją siostrę.

W ten sposób doszło do mojego spotkania z poetką Safoną.

Dalsza część w wersji pełnej

Przypisy

Część pierwsza. Jutrzenka różanopalca

1

1 Poprzednik Kanału Sueskiego nosił kolejno imiona władców, którzy go stworzyli, umocnili lub poszerzyli. Necho II nie ukończył swojego kanału, chociaż jego budowa była już mocno zaawansowana, ponieważ wyrocznia przepowiedziała mu, że taki szlak przyniósłby korzyści również wrogom Egiptu, nie tylko Egipcjanom, co powstrzymało zapał tego wojowniczego króla. Tak więc gdy prace zostały wznowione pod perskim panowaniem, Kanał Necha stał się Kanałem Dariusza. Później, kiedy był odnawiany i powiększany, przyjmował imiona Ptolemeusza i Trajana.

Niestety, w XV wieku, w wyniku zmian klimatycznych, wschodnia odnoga Nilu, gdzie kończył się kanał, przesunęła się na zachód, a przejściowe jeziora stopniowo wysychały, toteż stał się on bezużyteczny. Popadł w zapomnienie i został zasypany piaskiem. Od tamtej pory statki, żeby dotrzeć do Azji, opływały całą Afrykę i okrążały Przylądek Dobrej Nadziei.

Dziwnym trafem pomysł odtworzenia kanału, który połączyłby oba morza, stał się w następnych stuleciach obsesją Francuzów, zwłaszcza ministrów Henryka IV i Ludwika XIV, którzy mieli na uwadze zarówno ruch handlowy, jak i prestiż wynikający z odnowienia dzieł wielkich faraonów. Napoleon Bonaparte przeanalizował tę kwestię podczas kampanii egipskiej i ostatecznie, za panowania jego bratanka Napoleona III, Ferdinand de Lesseps wykopał między Port Saidem nad Morzem Śródziemnym a Suezem nad Morzem Czerwonym kanał bez śluz, który został otwarty w 1869 roku. Na samym początku XXI wieku rząd egipski dwukrotnie poszerzył i pogłębił kanał, co pozwoliło zrezygnować z ruchu naprzemiennego.

2 Jeżeli nie wskazano inaczej, wszystkie przekłady pochodzą od tłumacza.

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

Nota francuskiego wydawcy

Część pierwsza. Jutrzenka różanopalca

1

Przypisy

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Meritum publikacji

Przypisy