Światła Nowego Jorku - Jennie Lucas - ebook
Opis

Callie przyjechała do Nowego Jorku z wielkimi nadziejami na przyszłość. Dostała dobrą pracę i marzyła o wielkiej miłości. Jednak życie potoczyło się inaczej. Zakochała się w swoim szefie, potentacie naftowym Eduardzie Cruzie, który po wspólnej nocy zwolnił ją z pracy i nie chciał więcej widzieć. Callie nie poinformowała go, że zaszła w ciążę. Zdecydowała się wyjść za mąż za swojego starego przyjaciela. Nieoczekiwanie w dniu ślubu przed jej domem zjawia się Eduardo…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 156

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Jennie Lucas

Światła Nowego Jorku

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Callie Woodville od dzieciństwa marzyła o dniu swojego ślubu.

Gdy miała siedem lat, zakładała na głowę długi biały ręcznik i idąc przez stodołę ojca, wyobrażała sobie, że idzie wzdłuż nawy kościoła. Role gości pełniły siedzące w rządkach misie, a z tyłu dreptała młodsza siostra, wyjadając płatki kwiatów z koszyczka.

Z biegiem lat Callie zmieniła się pulchną siedemnastolatkę, mola książkowego w grubych okularach i ubraniach szytych ręcznie przez kochającą, lecz rozpaczliwie nieżyciową matkę. Chłopcy z wiejskiego liceum kpili z niej, ale powtarzała sobie, że nic jej to nie obchodzi. Na bal maturalny wybrała się z przyjacielem, równie niepopularnym chłopcem z sąsiedniej farmy, i przez cały czas marzyła o dniu, gdy spotka ciemnowłosego przystojniaka, który czeka na nią gdzieś w wielkim świecie i który przebudzi jej zmysłowość swoimi pocałunkami.

Pojawił się, gdy miała dwadzieścia cztery lata, w postaci bezwzględnego szefa milionera, i najpierw skradł jej serce, a potem dziewictwo. Przez jedną magiczną noc zatraciła się w namiętności. W poranek Bożego Narodzenia obudziła się w jego ramionach w luksusowej sypialni w nowojorskiej kamienicy z wrażeniem, że za chwilę umrze ze szczęścia. Przez tę jedną noc świat wydawał jej się magicznym miejscem, w którym marzenia się spełniają, jeśli tylko marzy się z głębokim przekonaniem i czystym sercem.

To była jedna magiczna noc. A teraz, osiem i pół miesiąca później, Callie siedziała na schodkach przed swoim byłym mieszkaniem na cichej zielonej uliczce West Village. Ciemne chmury groziły deszczem, wrześniowe powietrze było upalne i duszne. Mieszkanie było już opróżnione z jej rzeczy, wyszła więc na zewnątrz i czekała przy walizkach.

To był dzień jej ślubu – dzień, o którym zawsze marzyła, ale wyobrażała go sobie zupełnie inaczej. Popatrzyła na swoją suknię ślubną ze sklepu z używanymi rzeczami i więdnący bukiet kwiatów, które zebrała w pobliskim parku. Zamiast welonu jej włosy przytrzymywały spinki wysadzane perełkami. Za kilka minut miała wyjść za swojego przyjaciela – mężczyznę, którego nigdy nie pocałowała ani którego nigdy nie miała ochoty pocałować i który nie był ojcem jej dziecka. Brandon miał po nią przyjechać wynajętym samochodem. Zamierzali wziąć ślub w ratuszu, a potem wyruszyć w długą podróż z Nowego Jorku na farmę jego rodziców w Dakocie Północnej. Przymknęła oczy, powtarzając sobie z desperacją: tak będzie najlepiej dla dziecka. Dziecko potrzebuje ojca, a jej były szef jest playboyem i egoistą bez serca. Po trzech latach pracy w roli oddanej sekretarki Callie dobrze o tym wiedziała, a mimo to musiała się o tym przekonać po raz kolejny, tym razem w szczególnie bolesny sposób. Gdy Eduardo raz już przespał się z jakąś kobietą, przestawała dla niego istnieć i nigdy więcej o niej nie wspominał. Callie widziała to wielokrotnie, a jednak miała głupią nadzieję, że właśnie ona okaże się wyjątkiem.

– Wynoś się z mojego łóżka, Callie! – Naga i zaspana, wciąż pławiła się w szczęściu w różowym świetle bożonarodzeniowego poranka, gdy Eduardo potrząsnął nią i powiedział twardym głosem: – Wynoś się z mojego domu. Skończyłem z tobą.

Osiem i pół miesiąca później te słowa wciąż tkwiły w jej sercu jak drzazga. Wzięła głęboki oddech i splotła ramiona na brzuchu. Eduardo nigdy się nie dowie o dziecku, które w niej rosło za jego sprawą. Dokonał wyboru, a ona dokonała swojego. Nie będzie żadnej walki o prawa do opieki. Eduardo nie dostanie okazji, by stać się ojcem tyranem. Jej dziecko urodzi się w spokojnym domu, otoczone kochającą rodziną. Jego ojcem będzie Brandon, z którym Callie przyjaźniła się od pierwszej klasy podstawówki. Zajmie się jego wychowaniem, a Callie w zamian będzie dla niego oddaną żoną.

Na początku wątpiła, czy małżeństwo oparte na przyjaźni ma szansę przetrwania, ale Brandon zapewniał ją, że namiętność i romantyzm nie są potrzebne do solidnego partnerstwa.

– Będziemy szczęśliwi, Callie – obiecywał. – Naprawdę szczęśliwi.

Przez wszystkie miesiące ciąży zamęczał ją swoją dobrocią. Oparła się o walizki i jej wzrok padł na torebkę Louisa Vuittona. Brandon wciąż jej powtarzał, by sprzedała tę torebkę. To był prezent od Eduarda na ostatnie Boże Narodzenie. „To zupełnie niepotrzebne!” – zawołała wtedy, zdumiona, że zauważył, jak kilka miesięcy wcześniej przyglądała się tej torebce na wystawie sklepu. „Nagradzam tych, którzy są wobec mnie lojalni, Callie – odrzekł Eduardo. – Taką kobietę jak ty można spotkać tylko raz w życiu”.

Zacisnęła mocno powieki i zwróciła twarz do nieba. Pierwsze chłodne krople deszczu spadły na jej skórę. Cóż za idiotyczne trofeum – torebka za trzy tysiące dolarów! Był to jednak ciężko zapracowany symbol godzin spędzonych w pracy i ich związku. Ale Brandon miał rację: powinna ją sprzedać. Skończyła już z Eduardem, z Nowym Jorkiem i ze wszystkim, co kiedyś kochała. Na farmie ta torebka będzie wyglądała niedorzecznie.

Niski pomruk grzmotu zmieszał się z trąbieniem taksówek, odległym dźwiękiem syren policyjnych na Siódmej Alei i sykiem pary uchodzącej z kanału wentylacyjnego metra przy końcu ulicy. Jakiś samochód skręcił w jej ulicę. Zatrzymał się i Callie usłyszała trzaśnięcie drzwiczek. Zapewne to Brandon. Czas już wziąć ślub i wyruszyć w dwudniową podróż do Dakoty Północnej. Zmusiła się do uśmiechu i otworzyła oczy.

Obok ciemnego mercedesa stał Eduardo Cruz w nienagannym czarnym garniturze. Krew odpłynęła z policzków Callie.

– Eduardo! – westchnęła. Pochyliła się i oplotła kolana ramionami, żeby nie zauważył jej brzucha. – Co ty tutaj robisz?

Zbliżył się do niej swobodnym krokiem. Jego ciemne oczy błysnęły wojowniczo.

– Właściwe pytanie brzmi: co ty robisz, Callie?

W jego głębokim głosie pobrzmiewały lekkie ślady akcentu, pozostałe po dzieciństwie spędzonym w Hiszpanii. Na dźwięk tego głosu Callie poczuła wstrząs. Nie sądziła, że jeszcze go kiedyś usłyszy.

– A jak ci się wydaje, co mogę robić? – Głos jej drżał, choć bardzo się starała opanować. Wskazała kciukiem na walizki. – Wyjeżdżam. Wygrałeś.

– Wygrałem? – warknął, podchodząc do schodków. – Dziwne oskarżenie.

– A jak byś to nazwał? Wyrzuciłeś mnie z pracy, a potem dopilnowałeś, żeby nikt w całym Nowym Jorku nie zechciał mnie zatrudnić.

– No i co z tego? – odrzekł zimno. – Niech McLinn cię utrzymuje. To jego problem. Jesteś jego narzeczoną.

Przeszył ją zimny dreszcz.

– Wiesz o Brandonie? Kto ci powiedział?

– On sam. – Eduardo zaśmiał się bez humoru. – Spotkałem go.

– Spotkaliście się? Kiedy? Gdzie?

– A jakie to ma znaczenie?

Callie przygryzła wargę.

– Spotkaliście się przypadkiem czy…?

– Można to tak nazwać – odrzekł przeciągle. – Wpadłem kiedyś do ciebie i ze zdziwieniem przekonałem się, że mieszkasz z kochankiem.

– Brandon nie jest moim…

– Twoim kim?

– Mniejsza o to – wymamrotała.

Eduardo przysunął się bliżej.

– Powiedz, czy McLinnowi podobało się mieszkanie, które dla ciebie wynająłem?

Przełknęła ślinę. Jeszcze przed rokiem mieszkała w taniej kawalerce na Staten Island i wysyłała większą część pensji rodzinie. Potem Eduardo zadziwił ją, płacąc za rok z góry za wynajęcie wspaniałego dwupokojowego apartamentu w pobliżu kamienicy przy Bank Street, gdzie sam mieszkał. Omal nie rozpłakała się z radości. Wydawało jej się, że to dowód, że jej szef naprawdę się o nią troszczy. Dopiero później uświadomiła sobie, że chciał tylko mieć ją bliżej, by mogła więcej godzin poświęcić na pracę.

– Co właściwie chcesz mi powiedzieć? – Zmarszczyła brwi. Przez cały ostatni tydzień była w domu. Pakowała rzeczy, pilnowała wyprowadzki, a gdy linie lotnicze poinformowały, że nie może polecieć, bo jej ciąża jest zbyt zaawansowana, dzwoniła po agencjach wynajmu samochodów. – Kiedy tu byłeś?

– Kiedyś, gdy spałaś – mruknął Eduardo.

Serce podeszło jej do gardła. Naraz wszystko zrozumiała. Zajmowała sypialnię, a Brandon spał na kanapie.

– Och. Nigdy mi nie wspomniał, że cię spotkał. Ale dlaczego? Czego chcesz?

Jego ciemne oczy znów zabłysły. Patrzył na nią, jakby była zupełnie obcą osobą, nieistotnym robakiem pod podeszwą jego błyszczącego włoskiego buta.

– Dlaczego nigdy mi nie powiedziałaś o kochanku? Dlaczego kłamałaś?

– Nie kłamałam.

– Ukryłaś przede mną jego istnienie. Wprowadził się tu następnego dnia po tobie, ale nigdy mi o nim nie wspomniałaś, bo wiedziałaś, że wtedy zakwestionowałbym twoje oddanie i lojalność.

Przez chwilę patrzyła na niego, a potem bezradnie opuściła ramiona.

– Obawiałam się powiedzieć. Wymagałeś absolutnej lojalności, do tego stopnia, że to było zupełnie niedorzeczne.

Eduardo zacisnął usta.

– I dlatego mnie okłamałaś?

– Nie prosiłam go, żeby się do mnie wprowadził. Zaskoczył mnie. – Callie zadzwoniła do Brandona i opowiedziała mu o mieszkaniu, które szef dla niej wynajął, ten zaś następnego dnia pojawił się na progu, twierdząc, że martwi się o nią, samą w wielkim mieście. – Tęsknił za mną. Miał zamiar poszukać sobie własnego mieszkania, ale nie mógł znaleźć pracy.

– No jasne – rzekł Eduardo szyderczo. – Prawdziwy mężczyzna potrafi sobie znaleźć pracę i utrzymać swoją kobietę, zamiast pasożytować na jej odprawie.

– On nie jest taki! – uniosła się Callie. Przez cały czas trwania ciąży Brandon gotował, sprzątał, masował jej opuchnięte stopy, trzymał ją za rękę w gabinecie lekarza; robił wszystko, czego mogłaby oczekiwać od prawdziwego ojca swojego dziecka. – Może nie zauważyłeś, ale w Nowym Jorku nie ma zbyt wiele pracy dla farmerów.

– To dlaczego został w Nowym Jorku?

Zaczął padać deszcz. Krople rozbijały się miękko o rozgrzany chodnik.

– To ja chciałam tu zostać. Miałam nadzieję, że znajdę jakąś pracę.

– No i znalazłaś. Pracę żony farmera.

– Czego ode mnie chcesz? Po co tu przyjechałeś? Po to, żeby mnie obrażać?

Jego oczy były czarne i nieprzeniknione.

– Nie powiedziałem ci jeszcze? Twoja siostra dzwoniła do mnie dziś rano.

Callie poczuła kolejny zimny dreszcz.

– Sami do ciebie dzwoniła? – Ich rozmowa telefoniczna poprzedniego wieczoru zakończyła się sprzeczką, ale Sami chyba by jej nie zdradziła? Callie oblizała wyschnięte usta. – No i co powiedziała?

– Dużo ciekawych rzeczy, w które trudno mi przyszło uwierzyć. – Eduardo podszedł o krok bliżej do schodków i dodał cicho: – Ale najwyraźniej jedna z nich jest prawdą. Wychodzisz dzisiaj za mąż.

Callie zaczęła drżeć na całym ciele.

– No i co?

– Przyznajesz, że to prawda?

– Mam na sobie ślubną suknię, więc trudno byłoby mi zaprzeczyć. Ale co to ma wspólnego z tobą? – Próbowała uśmiechnąć się kpiąco, ale jej usta tylko zadrżały. – Jesteś wściekły, bo cię nie zaprosiłam na ślub?

– Wydajesz się zdenerwowana. Czy jest coś, co przede mną ukrywasz, Callie? Jakaś tajemnica? Jakieś kłamstwo?

Poczuła skurcz w brzuchu. To skurcze Braxtona-Hicksa, spowodowane stresem, powiedziała sobie. Fałszywy alarm, tak jak w zeszłym tygodniu, kiedy trafiła przez to do szpitala i pielęgniarki pobłażliwie odesłały ją do domu. Skurcz jednak był bolesny. Oparła jedną rękę na brzuchu, a drugą na plecach i oddychając głęboko, zapytała:

– Co takiego miałabym ukrywać?

– Wiem już, że kłamiesz. – Promień słońca przebił się przez szare chmury i zatrzymał się na jego twarzy. – Ale jak daleko sięgają te kłamstwa?

Przywiędły bukiet kwiatów omal nie wypadł z jej zdrętwiałych palców. Chwyciła go mocniej.

– Proszę, nie psuj mi tego – szepnęła.

– Czego mam ci nie psuć?

– Mojego… mojego… – odrzekła, dzwoniąc zębami. Mojego życia, życia mojego dziecka, pomyślała. – Dnia mojego ślubu.

– Ach, tak. Dnia twojego ślubu. Wiem, jak bardzo o tym marzyłaś, więc powiedz mi, czy właśnie tak miało to wyglądać?

Znów spojrzała na używaną poliestrową sukienkę, o kilka numerów za dużą, więdnące kwiaty i dwie poobijane walizki.

– Tak – odrzekła cicho.

– Gdzie jest twoja rodzina? Przyjaciele?

Obronnie podniosła głowę, żeby się nie rozpłakać.

– Bierzemy ślub w ratuszu. W tajemnicy przed rodziną. To bardzo romantyczne.

– Ach. No tak, oczywiście. – Eduardo błysnął zębami w uśmiechu. – Ślub nie ma dla ciebie i dla McLinna żadnego znaczenia, bo przecież czeka was miesiąc miodowy.

W drodze do Dakoty zamierzali zatrzymać się w Wisconsin u kuzyna Brandona i spędzić noc na rozkładanej kanapie. Nie było między nimi żadnej namiętności. Callie traktowała Brandona jak brata, ale nie mogła przecież powiedzieć Eduardowi, że na świecie jest tylko jeden mężczyzna, którego pragnęła całować, tylko jeden, o którym kiedykolwiek marzyła – ten, który w tej chwili stał przed nią.

– Dlaczego tak cię interesuje mój miesiąc miodowy?

Eduardo prychnął.

– Dla ciebie wszystko jest romantyczne, gdy chodzi o Brandona McLinna, nawet brzydka sukienka i bukiet chwastów. To jego zawsze pragnęłaś, mimo że nie ma pracy i nie potrafi stanąć na własnych nogach. Kochasz go, choć trudno go nazwać mężczyzną – dodał pogardliwie.

Callie zacisnęła zęby i zaczęła się podnosić, ale znów sobie przypomniała, że nie powinna pokazywać mu brzucha. Trzęsąc się z wściekłości, spojrzała na niego.

– Biedny czy bogaty, Brandon jest dwa razy lepszym mężczyzną od ciebie!

Wzrok Eduarda przepalał ją na wylot.

– Wstań – powiedział zimno.

Zamrugała z zaskoczenia.

– Co takiego?

– Twoja siostra powiedziała mi o dwóch rzeczach. Jedna z nich okazała się prawdą. Wstań.

Krople deszczu rozbijały się o liście drzew nad jej głową. Callie wciągnęła oddech.

– Nic z tego. Nie jestem już ani twoją sekretarką, ani twoją kochanką. Nikim dla ciebie nie jestem. Nie masz nade mną żadnej władzy i przestań mnie prześladować, bo zadzwonię po policję.

Eduardo stanął tuż nad nią, tak blisko, że nogawki jego spodni otarły się o jej kolana.

– Czy jesteś w ciąży z moim dzieckiem?

Podniosła na niego wzrok i wstrzymała oddech. Wiedział. Sami powiedziała mu o wszystkim. Callie wiedziała, że siostra jest na nią zła, ale nie sądziła, że posunie się aż tak daleko. Zadzwoniła poprzedniego dnia, by życzyć jej udanej podróży. Callie obawiała się, że popełnia największy błąd w życiu. Gdy usłyszała głos siostry, nerwy puściły i opowiedziała jej wszystko. Powiedziała, że wychodzi za Brandona, bo jest w ciąży ze swoim szefem. Sami wpadła we wściekłość.

– Nie pozwolę, żeby Brandon wciągnął cię w pułapkę z powodu dziecka, które nawet nie jest jego! – krzyczała.

– Sami, nic nie rozumiesz…

– Cicho bądź. Nawet jeśli twój szef jest idiotą, to jest to jego dziecko i powinien o nim wiedzieć. Nie pozwolę, żebyś przez swój egoizm złamała życie tylu osobom!

Callie była wstrząśnięta, ale nawet nie przyszło jej do głowy, że Sami spełni swoje groźby. Młodsza siostra zawsze ją uwielbiała. Przez całe lata chodziła krok w krok za Callie i Brandonem, patrząc na nich jak na bogów. Nawet jeśli wpadła w złość, to z pewnością nigdy by jej nie zdradziła. W każdym razie Callie sądziła tak aż do tej chwili. Okazało się jednak, że się pomyliła.

– Czy to prawda? – zapytał Eduardo ostro.

Callie poczuła kolejny skurcz. Próbowała oddychać głęboko, ale wiedza wyniesiona ze szkoły rodzenia, do której chodziła z Brandonem, okazała się bezużyteczna. Fałszywe skurcze, które miały przygotować jej ciało do porodu, stawały się coraz mocniejsze.

– Dobrze, nie odpowiadaj – rzekł Eduardo zimno. – I tak nie uwierzyłbym w żadne twoje słowo, ale twoje ciało nie może kłamać.

Wyjął bukiet spomiędzy jej palców i rzucił na ziemię, a potem wziął ją za obie dłonie i delikatnie podniósł. Callie przymknęła oczy i czekała na wybuch, ale gdy Eduardo się odezwał, w jego głosie brzmiał chłód.

– Zatem to prawda, jesteś w ciąży. Kto jest ojcem?

Callie otworzyła oczy.

– Co? – wyjąkała.

– Ja czy McLinn?

Oblała się rumieńcem.

– Jak możesz pytać? Wiesz przecież, że byłam dziewicą, kiedy…

– Tak myślałem, chociaż później zastanawiałem się, czy mnie nie zwiodłaś. Może jeszcze tego samego dnia wróciłaś do domu, do narzeczonego, i zaciągnęłaś go do łóżka. Może skłoniły cię do tego wyrzuty sumienia albo chciałaś ukryć to, co zrobiłaś, na wypadek gdybyś miała zajść w ciążę.

– Jak możesz tak mówić? – zdumiała się. – Dlaczego myślisz, że zrobiłabym coś tak podłego?

Spojrzenie Eduarda było zimne jak lód.

– Czy to dziecko jest moje, czy McLinna? A może sama nie wiesz?

Potrząsnęła głową i serce jej się ścisnęło.

– Dlaczego próbujesz mnie zranić? Brandon jest moim przyjacielem. Po prostu przyjacielem.

– Mieszkałaś z nim od roku. Mam uwierzyć, że przez cały ten czas spał na kanapie?

– Zamienialiśmy się miejscami.

– Kłamiesz. A teraz żeni się z tobą.

– Bo jest dobrym człowiekiem.

Eduardo zaśmiał się szorstko.

– Por supuesto – powiedział kpiąco, krzyżując ramiona na piersi. – Właśnie dlatego mężczyźni się żenią. Bo są dobrymi ludźmi.

Cofnęła się o krok.

– Moi rodzice nie wiedzą, że jestem w ciąży. Myślą, że po prostu zrezygnowałam z szukania pracy i postanowiłam wrócić do domu. – Oczy zaczęły ją piec. Potrząsnęła głową. – Nie mogę wrócić bez ślubu i z dzieckiem, rodzice by tego nie przeżyli. A Brandon jest najlepszym człowiekiem na świecie.

– Nic mnie nie obchodzi ani on, ani ty. Interesuje mnie tylko odpowiedź na jedno pytanie. Czy to dziecko jest moje?

Callie wzięła głęboki oddech.

– Proszę, nie rób tego – szepnęła. – Nie każ mi dawać odpowiedzi, której nie chcesz usłyszeć. Pozwól mi stworzyć jej dom i rodzinę.

– Jej?

Miała ochotę dać sobie kopniaka. Niechętnie podniosła na niego wzrok.

– To jest dziewczynka.

Eduardo zacisnął zęby.

– Dziewczynka.

– To nie ma znaczenia. Nie chcesz być ze mną związany. Okazałeś to jasno. Ona nic dla ciebie nie znaczy, tak samo jak ja. Zapomnij o tym, że kiedykolwiek się spotkaliśmy.

– Czy ty zwariowałaś? – warknął i pochwycił ją za ramiona. – Nie pozwolę, żeby inny mężczyzna wychowywał dziecko, które może być moje. Kiedy ma się urodzić? Jaki masz wyznaczony termin?

Rozległ się dźwięk grzmotu. Callie miała wrażenie, że stoi na krawędzi przepaści. To, co powie za chwilę, miało zmienić wszystko. Gdyby wyznała Eduardowi prawdę, dziecko nigdy nie zaznałoby sielankowego dzieciństwa, takiego, jakie miała ona sama. Wychowała się wśród rozległych prerii, bawiła się w stodole ojca i znała wszystkich w miasteczku. Jeśli powie prawdę, jej dziecko nie będzie miało rodziców, którzy są dobrymi przyjaciółmi, lecz takich, którzy nienawidzą się wzajemnie, a jego ojcem zostanie tyran i egoista. Gdyby tylko potrafiła kłamać, gdyby mogła mu podać fałszywą datę i powiedzieć, że to Brandon jest ojcem… Ale nie umiała kłamać, szczególnie w tak ważnej sprawie.

– Siedemnastego września – szepnęła żałośnie.

Eduardo popatrzył na nią i przymrużył oczy.

– Jeśli jest jakakolwiek szansa, że to McLinn jest ojcem, powiedz mi o tym teraz – warknął. – Przed testami DNA. A jeśli kłamiesz albo po prostu się mylisz i to dziecko nie jest moje, to zniszczę cię za to kłamstwo. Rozumiesz? Ciebie i wszystkich, którzy cię kochają, przede wszystkim McLinna.

Gardło ścisnęło jej się boleśnie. Wiedziała, jak bezlitosny potrafi być jej były szef.

– Wiem, czego mogę się spodziewać.

– Odbiorę farmę twoim rodzicom. Zniszczę McLinna. Rozumiesz? Dlatego uważaj, co mówisz. Powiedz mi prawdę. Czy jestem…?

– Oczywiście, że tak – wybuchnęła. – Oczywiście, że jesteś ojcem. Jesteś jedynym mężczyzną, z jakim kiedykolwiek spałam.

Eduardo cofnął się o krok.

– Wciąż kłamiesz. Naprawdę oczekujesz, że w to uwierzę?

– Dlaczego miałabym kłamać? Czy sądzisz, że chcę, żebyś był ojcem tego dziecka? – wykrzyknęła. – Z całego serca wolałabym, żeby to był Brandon, a nie ty! Mam do niego zaufanie, jest najlepszym człowiekiem na świecie, a ty jesteś pracoholikiem i playboyem, który wszystko niszczy, nikomu nie ufa i nie ma prawdziwych przyjaciół!

Urwała, gdy zacisnął palce na jej ramieniu.

– W ogóle nie miałaś zamiaru mówić mi o dziecku, tak? – zapytał niebezpiecznie cichym głosem. – Chciałaś mi je ukraść, zupełnie mnie wymazać z jej życia.

Przeszył ją dreszcz lęku, ale popatrzyła na niego ze złością.

– Tak. Lepiej by jej było bez ciebie.

– A to jest największe kłamstwo ze wszystkich – powiedział z dziwnym błyskiem w oczach.

Stali na chodniku, patrząc na siebie gniewnie jak dwoje śmiertelnych wrogów. Callie słyszała cichy stuk kropel deszczu zsuwających się z liści i wiedziała, że Eduardo ma rację. Przez osiem miesięcy powtarzała sobie, że Eduardo nie chciałby dziecka i że byłby okropnym ojcem, ale w głębi duszy zawsze zdawała sobie sprawę, że to nieprawda. Eduardo Cruz sam był sierotą i z pewnością nie wyrzekłby się własnego syna ani córki. Zapewne pozbyłby się tylko jej i właśnie ta myśl najbardziej ją przerażała. Gdyby Eduardo, ze swoimi pieniędzmi i władzą, zdecydował się na rozprawę w sądzie i zechciał odebrać jej prawo do opieki nad dzieckiem, nie było żadnych wątpliwości, kto by wygrał.

– A teraz, gdy już wiesz o jej istnieniu, czy będziesz próbował mi ją odebrać?

Eduardo wyciągnął rękę i z dziwnym uśmiechem pogładził ją po policzku.

– Zostaniesz ukarana, querida – powiedział cicho. – Och, tak.

Patrzyła na niego bez tchu, przygwożdżona do miejsca jego ciężkim spojrzeniem. Naraz na ulicy pojawił się tani, dwudrzwiowy samochód. Nadchodziła odsiecz. Callie omal się nie rozpłakała z ulgi.

– Brandon!

Eduardo obrócił się na pięcie i z jego ust wyrwało się hiszpańskie słowo, które wcześniej słyszała od niego tylko raz, gdy koło nosa przeszedł mu znakomity interes. Pochwycił Callie za ramię.

– Chodź ze mną.

Zanim zdążyła się zorientować, co się dzieje, pociągnął ją do drzwi swojego samochodu.

– Zapal silnik – nakazał kierowcy.

Dopiero teraz uświadomiła sobie, co on zamierza zrobić i desperacko próbowała wyrwać ramię.

– Puść mnie!

Eduardo jednak miał stalowy uścisk. Wepchnął ją na tylne siedzenie, a sam usiadł obok, przytłaczając ją swoim wielkim ciałem i przytrzymując jej przeguby.

– Nie pozwolę ci ukryć mojego dziecka.

Czuła zapach jego wody kolońskiej. Ich twarze znajdowały się zaledwie o cal od siebie. Serce dudniło jej mocno. Miała wrażenie, że śni.

Eduardo zatrzasnął drzwiczki.

– Jedź – warknął w stronę kierowcy.

– Nie! – Callie obróciła się do okna. Ostatnią rzeczą, jaką zdążyła zauważyć, był Brandon stojący przy uchylonych drzwiach samochodu. Patrzył za nią ze zdziwieniem. Okulary w czarnych oprawkach przekrzywiły mu się na nosie. Obok niego na chodniku stały jej dwie zapomniane, stare walizki.

Samochód skręcił za róg i Brandon zniknął. Callie spojrzała na Eduarda.

– Proszę, odwieź mnie z powrotem – wyszlochała.

– Nie – odrzekł bezlitośnie.

– Porwałeś mnie!

– Możesz to nazywać, jak chcesz.

– Nie możesz mnie zatrzymać przy sobie wbrew mojej woli!

– Naprawdę?

Wzdrygnęła się na widok wyrazu jego twarzy. Odwrócił się od niej ze znudzeniem, ale zauważyła, że mocno zaciskał zęby.

– Zostaniesz przy mnie, dopóki dziecko się nie urodzi – powiedział z napięciem.

– To znaczy, że jestem twoim więźniem?

– Tak, dopóki oficjalnie nie uzyskam praw do dziecka.

– Czyli jednak nie wierzysz, że kłamię – powiedziała z goryczą.

– Są różne rodzaje kłamstw. Można kłamać milczeniem. Zastanawiam się, czy jest coś jeszcze, co przede mną ukrywasz. Moja doskonała, lojalna sekretarka.

Callie splotła ręce na brzuchu.

– Co ty wiesz o lojalności? Nigdy nie byłeś lojalny wobec nikogo oprócz siebie samego!

– Byłem lojalny wobec ciebie, Callie – powiedział cicho. – Raz.

Popatrzyła w jego nieprzeniknione, ciemne oczy i wróciły do niej wspomnienia. Przypomniała sobie, jak jedli sushi o północy i latali po całym świecie prywatnym odrzutowcem.

– Uwierzyłem wtedy, że jesteś tego warta, ale myliłem się – dodał twardo. – Od tego czasu odrobiłem swoje lekcje.

– Jakie lekcje? – wykrzyknęła ze zdumieniem. – Kiedy poszłam z tobą do łóżka, w jednej chwili przestałam być zaufaną sekretarką, a stałam się przygodą na jedną noc. Po wszystkim, przez co wcześniej przeszliśmy razem, jak mogłeś mnie tak potraktować? Tak samo jak wszystkie pozostałe kobiety. – Podniosła na niego załzawione oczy i zapytała szczerze: – Dlaczego się ze mną przespałeś? Czy w ogóle coś do mnie czułeś?

Patrzył na nią w milczeniu.

– Bo byłaś pod ręką – odrzekł szorstko i odwrócił się. – Nic więcej.

Te słowa przeszyły jej serce jak ostry nóż. Opuściła wzrok i wstrzymała oddech. Dopiero teraz zauważyła, że dekolt za dużej sukienki zsunął jej się z ramienia, odkrywając większą część piersi i ramiączko białego, bawełnianego biustonosza. Szybko podciągnęła sukienkę.

– Nie mogę uwierzyć, że pozwoliłam ci się uwieść.

Jego usta zadrgały z rozbawieniem.

– Uwieść? Cóż za urocze słowo. Nie uwodziłem cię. Wpadłaś mi w ramiona, gdy tylko cię dotknąłem. Ale możesz to tak nazywać, jeśli uspokaja to twoje sumienie.

Zakrztusiła się ze wzburzenia.

– Jesteś skończonym draniem.

– Och, jestem pewien, że żałowałaś tego później. Dla McLinna musiał to być potężny cios. – Potrząsnął głową. – Zadziwiające, że chciał się z tobą ożenić, choć byłaś w ciąży z innym mężczyzną. Musi być w tobie nieprzytomnie zakochany.

– Nie jest we mnie zakochany. Jest moim przyjacielem.

– Musiałaś się czuć okropnie winna. – Wziął w palce kosmyk jej brązowych włosów. – Wyrzuty sumienia przytłoczyły cię do tego stopnia, że zniszczyłaś swój wieloletni, czysty i nudny związek, dla jednej nocy namiętności ze mną.

Odsunęła się od niego.

– Masz tak wielkie mniemanie o sobie, że…

– Dlaczego potraktowałem cię tak samo, jak wszystkie pozostałe kobiety? Powiem ci dlaczego. – Popatrzył jej prosto w oczy. – Bo jesteś taka sama jak one.

– Nienawidzę cię.

Parsknął krótkim śmiechem, ale jego oczy wciąż pozostawały lodowate. Na rzęsach Callie zawisły łzy. Naraz cała para z niej uszła.

– Chciałam tylko dać dziecku dobry dom – szepnęła. – Ale teraz zamiast dwojga kochających rodziców będzie miała nieustającą wojnę między matką i ojcem, którzy nienawidzą się wzajemnie. Będzie miała rodziców, którzy nawet nie mają ślubu. Świat potrafi być okrutny. Będzie nazywana nieślubnym dzieckiem, bękartem.

Eduardo szeroko otworzył oczy.

– Co takiego?

– Zawsze będzie się czuła gorsza, jakby urodziła się z przypadku, przez pomyłkę. Tymczasem to ty i ja jesteśmy temu winni. – Podniosła na niego wzrok. – Nie chcę, żeby cierpiała. Proszę, Eduardo, ze względu na dobro dziecka pozwól mi wyjść za Brandona!

Przez dłuższą chwilę patrzył na nią z niezrozumieniem na twarzy, a potem zacisnął zęby, pochylił się do przodu i szybko powiedział coś po hiszpańsku do szofera. Szofer sięgnął po telefon i powiedział coś również po hiszpańsku, tak szybko, że nie była w stanie tego zrozumieć. Eduardo odwrócił się w jej stronę i popatrzył na nią rozjaśnionym wzrokiem.

– Mam dla ciebie dobre wiadomości, querida. Wyjdziesz dzisiaj za mąż.

Odetchnęła z ulgą.

– Zawieziesz mnie z powrotem do Brandona?

Zaśmiał się twardo.

– Sądzisz, że mógłbym to zrobić?

– Ale przecież powiedziałeś…

– Wyjdziesz dzisiaj za mąż – powtórzył Eduardo z lodowatym uśmiechem. – Za mnie.

Tytuł oryginału: To Love, Honour and Betray

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2011

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

Korekta: Hanna Lachowska

© 2012 by Jennie Lucas

© for the Polish edition by Arlekin – Harlequin Polska sp. z o.o., Warszawa 2014

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Books S.A.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Znak firmowy wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Światowe Życie są zastrzeżone.

Wyłącznym właścicielem nazwy i znaku firmowego wydawnictwa Harlequin jest Harlequin Enterprises Limited. Nazwa i znak firmowy nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Harlequin Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-276-0571-9

ŚŻ EKS – 522

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o. | www.legimi.com