Poker z rosyjskim księciem - Jennie Lucas - ebook
Opis

Breanna Dalton wiele lat temu skończyła z hazardem. Jednak gdy jej młodsza siostra przegrała w pokera sto tysięcy dolarów, musi jeszcze raz zagrać, by spłacić dług. Przy stole do gry spotyka właściciela kopalni diamentów, Wladimira Ksendowa, którego kiedyś znała i kochała. Teraz

musi zagrać z nim o naprawdę wysoką stawkę…

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 141

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Jennie Lucas

Poker z rosyjskim księciem

Tłumaczenie Barbara Górecka

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Bree Dalton została bezceremonialnie wyrwana ze snu. Przestraszona usiadła na łóżku, usiłując coś dojrzeć w ciemności. Nikły blask księżyca opromieniał zalaną łzami twarz jej młodszej siostry Josie.

– Co się stało? – Bree była gotowa zerwać się i stanąć do walki z każdym, kto doprowadził jej siostrzyczkę do płaczu. Josie westchnęła rozdzierająco.

– Tym razem naprawdę schrzaniłam sprawę – wydusiła przez łzy. – Ale nie martw się, wiem, jak to naprawić.

Te słowa wcale nie uspokoiły Bree, wprawiły ją raczej w jeszcze większy lęk. Jej młodsza o sześć lat, dwudziestodwuletnia siostra wiecznie popadała w kłopoty. W dodatku zamiast szarego fartucha sprzątaczki miała na sobie krótką, obcisłą sukienkę, jaką nosiły kelnerki roznoszące drinki w hotelowym kasynie. Bree stanowczo zażądała wyjaśnień.

– Od dawna zastanawiam się, jak by tu spłacić nasze długi – zaczęła Josie. – Potajemnie ćwiczyłam i wydawało mi się, że wiem, jak grać, żeby wygrywać. Okazja sama wpadła mi w ręce. – Josie zadrżała mimo ciepła hawajskiej nocy. – Skończyłam sprzątać salę po weselu i przypadkowo natknęłam się na Hudsona. Obiecał zapłacić mi za nadgodziny, jeśli zgodzę się podawać drinki podczas prywatnej partii pokera o północy.

– Ostrzegałam cię, że nie wolno mu ufać! – przerwała jej Bree, z irytacją mierzwiąc długie jasne włosy.

– Wiem – załkała Josie. – Po krótkim czasie zaprosił mnie do stołu, więc nie mogłam odmówić! Z początku wygrywałam, ale później zaczęłam przegrywać. Najpierw wygrane żetony, potem pieniądze na życie…

– A potem Hudson zaproponował ci pożyczkę – dokończyła Bree głuchym głosem.

– Skąd wiedziałaś? – zdziwiła się niepomiernie Josie.

A stąd, że Bree doskonale znała takich cwaniaków. Spotykała ich w dawnym życiu, z którego zrezygnowała na szczęście przed dziesięcioma laty. Mężczyzna, którego pokochała, zdradził ją i porzucił na pastwę losu, osieroconą, bez grosza przy duszy, z młodszą siostrą, którą musiała się zaopiekować.

O tak, menedżer wielkiego hotelu niczym się od nich nie różnił. Pod maską życzliwej jowialności skrywał bezwzględne oblicze człowieka, który chętnie wykorzystuje podległych sobie ludzi. Odkąd siostry Dalton przybyły z Seattle na Hawaje, zdążył się przespać chyba z połową żeńskiego personelu. Bree nieraz zachodziła w głowę, czemu właściwie obie z Josie zostały zatrudnione. Czyżby w Honolulu brakowało kandydatek do pracy?

Szybko się okazało, że szef wyraźnie interesuje się Josie, a także ma chrapkę na Bree. Jej ufna, niewinna siostrzyczka oczywiście niczego nie podejrzewała. Nie pojmowała, czemu po śmierci ojca Bree zrezygnowała z hazardu i upierała się przy nisko płatnych posadach, chcąc zejść z radarów mężczyzn pozbawionych skrupułów.

– Wiesz dobrze, że hazard nie popłaca. – Bree starała się trzymać nerwy na wodzy.

– Nieprawda! – zaperzyła się Josie. – Dziesięć lat temu miałyśmy mnóstwo pieniędzy! Pomyślałam, że gdybym mogła być taka jak tata i ty…

– Zwariowałaś? – wybuchła Bree. – Od tylu lat staram się pokazać ci inne życie, a ty wyskakujesz mi z czymś takim! Powiedz – dodała już spokojniej – ile dzisiaj przegrałaś?

Josie siedziała na łóżku ze wzrokiem wbitym w podłogę. Z oddali dochodził stłumiony krzyk mew.

– Stówę…

Bree omal nie zemdlała z ulgi. Sądziła, że będzie znacznie gorzej. Będą musiały oszczędzać, ale ich budżet jakoś to wytrzyma. Pocieszająco poklepała Josie po ramieniu. Siostra podniosła na nią zrozpaczone oczy.

– Sto tysięcy, Bree… Przegrałam sto tysięcy.

Bree z początku nie pojęła tych słów. Gdy dotarła do niej ich treść, łzy ulgi zapiekły ją niczym kwas. Zerwała się i zaczęła nerwowo spacerować po pokoju.

– Nie martw się, mam plan – rzuciła spłoszona Josie. – Sprzedam ziemię, to jedyne wyjście. Spłacimy mój karciany dług, a potem tych ludzi, którzy nas ścigają. Wreszcie będziesz wolna…

– Na razie nie wolno ci nią dysponować – odparła sucho Bree. – Ziemia będzie twoja, gdy skończysz dwadzieścia pięć lat lub wcześniej wyjdziesz za mąż. Tata nie bez powodu ustalił takie warunki, więc przestań w ogóle o tym myśleć.

– Uważał, że nie potrafię o sobie zadbać!

– Znał cię i wiedział, że jesteś szalenie ufna.

– Czyli naiwna i głupia!

Bree wolała nie brnąć w niepotrzebną dyskusję. Josie zawsze przejmowała się losem innych. Kiedyś omal nie straciła życia, udała się bowiem zimą na poszukiwanie kota sąsiadów i zgubiła się w lesie. Spanikowani ojciec i siostra szukali jej wiele godzin i w końcu znaleźli, zmarzniętą i wystraszoną, natomiast kot spał sobie smacznie w piwnicy.

Josie miała wielkie serce, dlatego potrzebowała przy sobie kogoś, kto już dawno wyzbył się złudzeń w stosunku do świata.

– Czy gra toczy się dalej? – Josie potaknęła, Bree spytała więc, kto siedzi przy stole.

– Hudson i kilku właścicieli prywatnych willi. Teksańczyk, Belg Bob, Dolina Silikonu – wyjaśniła, używając przezwisk nadanych gościom przez personel. – Jednego faceta nie znam, przystojny, arogancki… To on wykopał mnie od stołu. Inni pozwoliliby mi dalej grać…

– I stracić więcej kasy – mruknęła Bree, podchodząc do szafy. Zdjęła nocną koszulkę i założyła stanik oraz czarny obcisły T-shirt. – Na przykład milion dolarów zamiast marnej stówy.

– Co za różnica – odparła Josie ponuro. – Szansa na spłatę jest jednakowa w obu wypadkach i wynosi zero.

– Jak sądzisz, co się stanie, jeżeli nie zwrócisz tych pieniędzy? – spytała Bree, naciągając parę ciemnych dżinsów.

– Nie wiem, pewnie Hudson każe mi zmywać podłogi za darmo.

Josie wyraźnie nie zdawała sobie sprawy z powagi sytuacji. Bree mogła sobie pogratulować, że tak znakomicie chroniła siostrę przed poznaniem, jak działa bezwzględny świat pieniądza. Miała nadzieję, że na Hawajach, tysiące kilometrów od wiecznych śniegów rodzinnej Alaski, odnajdzie wreszcie spokój i przestanie śnić o niebieskookim, ciemnowłosym mężczyźnie, którego kiedyś kochała. Okazało się to, niestety, ułudą. Co noc czuła uścisk ramion Władimira, słyszała jego czułe zaklęcia. „Kocham cię, Breanno”. Błysk w jego oczach, gdy stojąc przy choince, pokazał jej pierścionek z diamentem. „Wyjdziesz za mnie, kochana?”.

Z irytacją odsunęła od siebie te myśli. Nic dziwnego, że nie cierpiała świąt Bożego Narodzenia. Nie lubiła też wspominać tamtego magicznego wieczoru, kiedy pragnęła odmienić swoje życie, by stać się godna uczucia Władimira. Poprzysięgła sobie wtedy, że już nigdy, z żadnego powodu, nie okłamie, nie oszuka, nie odda się hazardowi. Mimo że ukochany ją opuścił, dotrzymała tamtej przysięgi.

Aż do dzisiaj. Wyjęła z szafy czarne botki na wysokich szpilkach. Josie obserwowała z niepokojem jej poczynania. Bree nie miała na sobie tych butów od czasu, gdy była zbuntowaną nastolatką o chciwym sercu. Dziś musiała się znów taka stać, aby ocalić siostrę. Zerknęła na wyświetlacz cyfrowego zegara przy łóżku. Trzecia rano, pora wręcz idealna.

Ignorując nerwowe zapewnienia Josie, że jakoś sobie poradzi, kazała jej się nie ruszać i chwyciwszy czarną motocyklową kurtkę, wybiegła z pokoju. Przemierzając jasno oświetlony teren pięciogwiazdkowego hotelu, na którym znajdowały się także prywatne wille bogaczy, powtarzała sobie, że pokera nie zapomina się, tak samo jak jazdy na rowerze. Nawet po dziesięciu latach nietrzymania kart w ręku uda jej się wygrać, to oczywiste.

Księżyc rzucał jaskrawą smugę blasku na fale Pacyfiku. Cierpki zapach soli mieszał się z wonią egzotycznych owoców i kwiatów. Ciepły wiatr poruszał pióropuszami palm. Bree pokonała żwirową ścieżkę przy basenie znajdującym się opodal wejścia do hotelu. Zbliżając się do plaży, słyszała głuchy łoskot przyboju. W barze pod palmami siedziało jeszcze kilku podpitych turystów. Bree skinęła głową starszemu znużonemu barmanowi i podążyła do wejścia prowadzącego do prywatnych pomieszczeń, oddanych do dyspozycji właścicieli willi i ich gości. To tu przyprowadzali swoje tanie kochanki i uprawiali hazard.

Zanim weszła, nakazała sobie absolutny spokój. Jej serce jest bryłą lodu, uczucia nie istnieją. Poker to prosta gra. Kiedy miała czternaście lat, oskubywała turystów w portach Alaski. Nauczyła się wtedy, że najłatwiej nie okazywać emocji, jeśli się ich nie czuje. Ojciec uczył ją, że nie wolno grać sercem, bo nawet jeśli wygra, to w istocie poniesie stratę. Niepomna tych nauk, musiała przekonać się o ich prawdziwości na własnej skórze. Zagrała całym sercem. Straciła wszystko.

Zmusiła się, żeby o tym nie myśleć. Musiała się skupić na grze. „Twoje serce jest zimne. Nie czujesz niczego”.

Przed wypolerowanymi dębowymi drzwiami siedział potężny ochroniarz. Bree posłała mu porozumiewawczy uśmiech i wyjaśniła, że przyszła zagrać w pokera. Mężczyzna przez moment się wahał, po czym ruchem brody pokazał, żeby weszła do środka.

Pozbawiony okien, dźwiękoszczelny pokój przypominał jaskinię. Obite czerwoną tkaniną ściany sprawiały przytulne, a zarazem nieco klaustrofobiczne wrażenie. Bree czuła się tak, jakby wkraczała do haremu bogatego szejka, nie dała jednak tego poznać po sobie. Zbliżyła się do stojącego pośrodku stołu, który obsiedli współcześni szejkowie. Kobiety nie grały, lecz stały urodziwym wianuszkiem za mężczyznami, ubrane w bardzo podobne, różniące się tylko kolorem jedwabne wydekoltowane suknie. Rozpoznała wspomnianych przez Josie graczy, nie było jedynie tajemniczego nieznajomego. Przecisnęła się przez krąg elegantek i zajęła miejsce przy stole obok Hudsona. Gracze spojrzeli na nią z niemal komicznym zaskoczeniem.

– Jeszcze jedna kelnerka? – parsknął któryś.

– Nie. Należę do personelu sprzątającego, tak samo jak moja siostra – odparła Bree z szerokim uśmiechem. Zapadło niezręczne milczenie.

– Bree Dalton – przemówił przeciągle Hudson. – Przyniosłaś te sto tysięcy, które przegrała?

– Dobrze pan wie, że nie mamy tych pieniędzy. – Kolana drżały jej pod stołem, ale serce było spokojne. – Chcę się za nią odegrać.

– Ty? – Hudson roześmiał się prostacko. – Nie masz nawet piątaka na wejście do gry! Szorowaniem kibli na to nie zarobisz.

– Proponuję wymianę.

– Nie masz nic cennego.

– Owszem, mam: siebie. – Hudson wybałuszył na nią oczy. – Mogę pójść z panem do łóżka. – Serce miała zimne jak góra lodowa, która zatopiła Titanica. Potoczyła wzrokiem po obecnych i przyjrzała się każdemu z osobna. – Kto przyjmie mój zakład?

Baron naftowy z Teksasu utkwił w niej przymglone oczy.

– Gra robi się coraz ciekawsza… – wymruczał.

Kątem oka Bree dostrzegła zbliżającą się do stołu potężną sylwetkę. Mężczyzna zajął puste krzesło obok rozdającego.

– Chcę się przyłączyć do gry – zaczęła i urwała gwałtownie. Dobrze znała te zimne niebieskie oczy, wysokie kości policzkowe, kwadratową szczękę i zmysłowe usta. – Nie – wyszeptała. To niemożliwe. Nie po dziesięciu latach. Nie tutaj…

Książę Władimir Ksendow także ją rozpoznał i oczy zwęziły mu się niebezpiecznie.

– Panna Dalton – wyrzekł cicho. – Nie wiedziałem, że przebywa pani na Hawajach i zajmuje się grą hazardową. Co za miła niespodzianka.

To nie był sen. Miała przed sobą utraconą miłość, o której nie przestała śnić.

– Jaka jest stawka? Pani boskie ciało, nieprawdaż? – Ton Władimira był zimny, sarkastyczny. – Miła nagroda, choć zarazem mało ekskluzywna. Obstawiana setki razy, jak mniemam.

Lód skuwający serce Bree rozprysł się nagle na tysiąc kawałków. Kochała tego człowieka z namiętnością istoty niewinnej. Uczynił z niej lepszą osobę, a potem zniszczył, porzucił jak stary łachman.

– Władimir – szepnęła bez tchu.

– Wolałbym Wasza Wysokość – odparł lodowato.

Bree opanowała się z wysiłkiem. Władimir faktycznie był księciem. Jego pradziadek zginął na Syberii w potyczce z Armią Czerwoną, wysławszy uprzednio żonę z małym synkiem na Alaskę, gdzie znalazła bezpieczne schronienie. Żyło im się bardzo biednie i dzieci w szkole naśmiewały się z Władimira i jego książęcego tytułu. W szczerej rozmowie z nią młody chłopak wyznał, że nigdy go nie użyje, bo na niego nie zasłużył, a tyle przez to wycierpiał. Wiele się widać zmieniło.

Przed dziesięcioma laty była skłonna uważać go za najprzyzwoitszego człowieka na świecie. Dla niego chciała porzucić dotychczasowe życie i całkowicie się zmienić. Gdy poprosił, by za niego wyszła, czuła się wyróżniona. Szczęście nie trwało jednak długo. Władimir porzucił ją następnego dnia, zanim zdążyła mu wyznać prawdę o sobie. Zdradził ją, choć mu zaufała.

– Co tu porabiasz? – spytała śmiało.

– Nie potrzebujemy nowego gracza – zwrócił się do pozostałych mężczyzn, nie odpowiadając na jej pytanie.

– Mów za siebie – mruknął Teksańczyk.

Bree zdała sobie nagle sprawę, że przebywa wśród stada wilków, które patrzą na nią jak na bezbronne jagnię. Towarzyszące graczom kobiety posyłały jej mordercze spojrzenia. Być może posunęła się trochę za daleko. Nakazała sobie lodowaty spokój. Inni gracze przestali się dla niej liczyć, pozostał tylko Władimir. Przed dekadą skradł jej serce i duszę, nie dostał jednak najcenniejszego klejnotu – jej dziewictwa. Nieoczekiwanie mogło się to teraz zmienić, jeśli nie będzie ostrożna. Musiała jednak ratować Josie, a w tym celu mogła zagrać w pokera z samym diabłem. Potoczyła wzrokiem po obecnych.

– Zakład o moje ciało dotyczy tylko pierwszego rozdania – oznajmiła. – Jeśli przegram, zwycięzca otrzyma mnie oraz znajdujące się w puli pieniądze. Natomiast jeśli wygram – „kiedy wygram”, poprawiła się w duchu – będę dalej stawiała tylko pieniądze, aż do chwili, gdy spłacę dług siostry.

Znów czuła chłodne opanowanie. Karty, blefowanie to był niegdyś jej chleb powszedni. Gdy skończyła cztery lata, ojciec nauczył ją grać w pokera, zauważywszy w niej niezwykły talent. Potem mama zmarła wkrótce po urodzeniu Josie i Bree została prawą ręką ojca w karcianym interesie.

– Jaka jest wasza decyzja, panowie? – spytała, ignorując wzgardliwe spojrzenie Władimira. – Wygrajcie to jedno rozdanie, a będziecie mnie mieli w swej mocy. – Wydała ciche westchnienie, zmysłowo rozchylając wargi. – Moje talenty karciane nie mogą się równać z tym, co potrafię w łóżku. Poznałam tajemną sztukę uwodzenia. Nie potraficie sobie nawet wyobrazić, jakich rozkoszy możecie ze mną zażyć. Jedna godzina w moim towarzystwie odmieni już na zawsze wasze życie.

Żałosne oszustwo, ale oni tego nie wiedzieli. Sztuka uwodzenia, akurat. Bree nie miała pojęcia, co się robi w łóżku z mężczyzną. Po Władimirze nikogo już do siebie nie dopuściła. Dobiegała trzydziestki i dalej była dziewicą. Na szczęście umiała doskonale blefować.

– Wchodzę – wychrypiał Hudson.

– Ja też.

– I ja.

Wszyscy po kolei wyrazili zgodę, mierząc ją pożądliwym wzrokiem. Tylko w niebieskich oczach wyczytała współczucie i zrozumienie.

– Proszę – powiedział miękko Władimir. – Możemy zagrać.

Hudson skinął głową i rozdający przydzielił graczom karty. Bree wolała nie myśleć, co będzie, jeśli przegra i któryś z tych obleśnych tłuściochów odbierze swoją nagrodę w postaci jej dziewictwa. Najgorsza byłaby jednak przegrana do Władimira. Miałaby się oddać mężczyźnie, który kiedyś złamał jej życie? Nie przeżyłaby tego, to pewne.

A zatem miała jedno wyjście – musiała wygrać w pierwszym rozdaniu. Potem jej ciało nie będzie się już liczyło do puli. Noc będzie długa, niełatwo bowiem wygrać sto tysięcy, ale pierwsze rozdanie było najważniejsze. Zmówiła w duchu krótką modlitwę, wzięła karty do ręki i ostrożnie je podejrzała.

Jedynie dzięki sporemu doświadczeniu udało jej się zachować kamienną twarz.

Miała trzy króle, a oprócz tego czwórkę i damę. Omal nie załkała z ulgi. Opatrzność uznała widać, że gra w słusznej sprawie zasługuje na wygraną. Chyba że…

Ukradkiem zerknęła na rozdającego. Czy to możliwe, że Chris postanowił jej pomóc? Chłopak w wieku Josie kilka razy był u nich na kolacji i zawsze wyżalał się na Hudsona. Mrugnął teraz do niej ledwo dostrzegalnie i uniósł w uśmiechu kącik ust.

Pośpiesznie odwróciła wzrok z obawy, że ktoś spostrzeże tę wymianę, i mignęły jej sposępniałe oczy Władimira. Natychmiast przybrała maskę obojętności. Chyba niczego nie zauważył? Władimir rozpoczynał licytację.

– Jeszcze pięć tysięcy – powiedział, patrząc jej prosto w oczy.

– Beze mnie. – Teksańczyk zaklął i rzucił karty na stół.

– Wchodzę – powiedzieli niemal jednocześnie Belg Bob i Dolina Silikonu. Po chwili dołączył do nich Hudson. Oczy wszystkich zwróciły się na Bree.

– Ona musi wejść, nie ma wyboru – mruknął Hudson wzgardliwie. – I nie może już podwyższyć stawki.

Jeśli Bree nie dołoży teraz do puli, to wygra tylko te dwadzieścia pięć tysięcy, które wcześniej leżały na stole. Trzy króle ewidentnie się zmarnują… Postanowiła temu zaradzić. Ściągnęła ramiona, pozwalając mężczyznom przyjrzeć się zarysowi bujnych piersi pod obcisłym T-shirtem.

– Nie mam wprawdzie pieniędzy, ale jest coś, co mogę dorzucić – powiedziała. – Zamiast godziny oferuję spędzenie ze mną nocy. Kilka stosunków, różne pozycje… Na górze, na dole, co komu podpowie fantazja – mówiąc to, czuła się jak idiotka. Miała nadzieję, że jej słowa przekonają graczy, że mają do czynienia z kobietą doświadczoną, a nie dziewicą, która posiada mgliste informacje o seksie, czerpane z książek i filmów.

Zgodnie z przewidywaniem, gapili się na nią pożądliwie; wszyscy poza Władimirem, który miał wręcz znudzoną minę.

– Czy moja oferta liczy się jako podwyższenie stawki? – spłoniona Bree zwróciła się bezpośrednio do niego.

– Owszem. – Władimir świdrował ją wzrokiem. – Jestem nawet skłonny uznać, że twoje usługi warte są pięć tysięcy więcej. Czy panowie się ze mną zgadzają? – spytał, nie odwracając od niej oczu. Gdy usłyszał potakujące pomruki, zakończył: – A zatem postanowione.

Bree nie umiała odczytać jego intencji. Usiłował jej pomóc czy też raczej podawał sznur, na którym miała wkrótce zawisnąć?

– Skoro moja oferta jest warta pięć tysięcy, to dlaczego nie dziesięć? – spytała, unosząc hardo brodę.

– W istocie – zgodził się z nią książę. – Panna Dalton podniosła stawkę o dziesięć tysięcy. Ku jej zdumieniu wszyscy poza Belgiem weszli do gry. Na stole znalazło się nagle siedemdziesiąt pięć tysięcy. Każdy po kolei odrzucił karty i przyjął nowe od rozdającego.

Ojciec zawsze jej powtarzał: „Nie rozgrywaj kart w ręku, tylko przeciwnika”.

Zmusiła się, by spojrzeć na Władimira, który z nieprzeniknioną miną wymienił jedną kartę. Pamiętała, że w przeciwieństwie do niej nie miał zwyczaju blefować i obstawiać wysoko, żeby przepłoszyć innych graczy. W niczym nie przypominał teraz ubogiego chłopaka z Alaski. Udało mu się stworzyć miliardowe imperium, a dorobił się głównie na metalach szlachetnych i diamentach. W interesach odznaczał się rzadko spotykaną bezwzględnością. Powiadano, że w jego żyłach płynie złoto, a w piersi ma serce z brylantów.

Przeniosła wzrok na Hudsona i Dolinę Silikonu, bez wątpienia łatwiejszych przeciwników. Jej szef wymienił trzy karty i nerwowo oblizał mięsiste wargi, obficie się pocąc. Zatem nic nie miał, najwyżej parę trójek.

Dolina zacisnął z irytacją usta i ponuro wpatrywał się w wachlarzyk kart. Przemyśliwał już pewnie o umoczeniu dwudziestu patyków w bezsensownej rozgrywce. Bree stłumiła uśmiech. Z kamienną twarzą wymieniła czwórkę trefl i w zamian dostała… damę. Nie śmiała odetchnąć. Trójka króli i dwie damy. Ful! Miała świetne karty i dużą szansę na wygraną. Szkoda, że wcześniej nie podniosła stawki, mogłaby za jednym zamachem spłacić cały dług Josie. Najważniejsze jednak, że w kolejnych rozdaniach jej dziewicze ciało przestanie się liczyć do puli.

– Jeszcze piętnaście tysięcy – odezwał się nagle Władimir i utkwił w niej wzrok.

– Beze mnie – warknął Dolina, rzucając z pasją karty. Hudson nerwowo otarł czoło. Ze wzrokiem wbitym w blat stołu, rzucił cicho: – Wchodzę.

Bree zastanawiała się gorączkowo, jak powinna postąpić. Stawka była kusząca, a ona trzymała w ręku fula. Nie miała jednak niczego więcej, co mogłaby postawić. Jakby czytając w jej myślach, Władimir nagle przemówił.

– Stawką na razie jest noc – powiedział. – Może więc chcesz zaoferować tydzień rozkoszy w twoim towarzystwie?

Wciąż nie wiedziała, jakie są jego intencje, ale okazja do spłacenia niemal całego długu przemawiała do wyobraźni. Chłodnym tonem wyraziła zgodę. Władimir leciutko się uśmiechnął. Z bijącym sercem czekała na sprzeciw Hudsona, ale się nie odezwał. Ze wzrokiem wbitym w karty żuł z irytacją dolną wargę.

Władimir jako pierwszy wyłożył karty na stół. Miał dwie pary, siódemki i dziewiątki. Bree poczuła przypływ bezmiernej ulgi. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak bardzo się bała, mimo silnej ręki. Okazało się też, że nie doceniła Hudsona, który miał trójkę czwórek.

Tłumiąc łzy, rozłożyła swojego fula. Rozległy się rzadkie brawa, okrzyki i przekleństwa. Zgarniając stos żetonów, Bree czuła radosny triumf. Wygrała, ocaliła Josie. Podsunęła żetony Hudsonowi, zostawiając sobie tylko kilka.

– Zwracam panu dług za siostrę – powiedziała.

Tłuścioch łypnął na nią spode łba i oznajmił, że obie z Josie mają się jak najszybciej wynieść z hotelu, ponieważ zostały zwolnione bez podania przyczyn. Kompletnie zaskoczona Bree była na siebie zła. Powinna była przewidzieć, że facet nie zniesie upokorzenia ze strony zwykłej sprzątaczki, która w dodatku wciąż podsuwała mu sposoby lepszego zarządzania hotelem.

Trudno, na szczęście te kilka żetonów, które sobie zostawiła, pozwoli jej i Josie rozpocząć nowe życie. Wynajmą mieszkanie w takim miejscu, w którym z pewnością już nigdy nie napotkają na swej drodze Władimira Ksendowa. Skinęła krótko głową i odwróciła się do wyjścia. Zatrzymał ją stanowczy głos rosyjskiego księcia.

– Mam ochotę na jeszcze jedno rozdanie. Tylko my dwoje. Zwycięzca bierze wszystko.

– Dlaczego miałabym się na to zgodzić? – spytała Bree, odwracając się powoli. Władimir nonszalanckim gestem pokazał pokaźny stos leżących przed nim żetonów.

– To wszystko może być twoje – powiedział. Hudson spocił się jeszcze mocniej i wydał stłumiony pisk.

– Ależ, Wasza Wysokość… Książę… – jąkał. – To przecież milion dolarów!

– Owszem. – Takie sumy nie robiły na Ksendowie wrażenia. – Jeżeli wygram – ciągnął ze spokojem – będziesz moja tak długo, jak tego zechcę.

Bree poczuła, że rowkiem między piersiami spływa cienka strużka potu. Władimir proponował, żeby została jego niewolnicą, oferując za to milion dolarów. Krew szumiała jej w uszach, nie wiedziała, co na to odpowiedzieć. Zaczęła nieskładnie bąkać, ale brutalnie jej przerwał.

– Zdecyduj się. Grasz ze mną albo wychodzisz.

– Książę, nie może pan jej kupić! – żachnął się Hudson.

– Decyzja należy do panny Dalton – odparł zimno Ksendow. – A zatem…?

W pokoju zrobiło się cicho, jak makiem zasiał. Oczy wszystkich zwróciły się na nią. Milion dolarów. To, co postanowi w tej chwili, będzie miało niezatarty wpływ na przyszłe życie jej i Josie. Mogłyby w końcu spłacić długi ojca, przez które musiały się latami ukrywać. Siostra mogłaby zacząć naukę w wymarzonym college’u, a ona otworzyć mały nadmorski pensjonat.

– W co mielibyśmy zagrać? – szepnęła. – W pokera?

– Nie, zdajmy się na łut szczęścia. Będziemy ciągnąć po jednej karcie – odparł z miną, z której nie była w stanie niczego wyczytać. – Zobaczymy, komu sprzyja los.

Odebranie Władimirowi miliona dolarów byłoby nader słodką zemstą za to, że porzucił ją wtedy, gdy go najbardziej potrzebowała. Zniszczył dziesięć lat jej życia. Czy jednak mogła zaryzykować to, że już do końca będzie jego niewolnicą? Na samą myśl zrobiło jej się słabo. Jedna przypadkowa karta z talii. No, chyba żeby pomóc przypadkowi…

Znów posłała rozdającemu ukradkowe spojrzenie zza firany rzęs. Spuścił głowę z powagą malującą się na obliczu. Czy zamierzał jej pomóc, czy był sojusznikiem? Jak wielkie ryzyko opłacało się podjąć?

Zadała sobie pytanie, czy szczęście jej sprzyja. Chyba tak, skoro w jednym rozdaniu wygrała ponad sto tysięcy dolarów. Usiadła z powrotem przy stole i oznajmiła z emfazą, że przyjmuje warunki Władimira.

– Podsumujmy dla absolutnej jasności – powiedział. – Jeśli wyciągnę wyższą kartę, będziesz należała do mnie i spełnisz wszystkie moje zachcianki, tak długo, jak tego zażądam.

– Tak. – Zerknęła na chłopaka z talią kart w dłoni. – A jeśli moja będzie wyższa, otrzymam wszystkie żetony ze stołu. – Ksendow skinął głową i upewnił się, że as wygrywa. Ktoś nerwowo zakasłał.

– Proszę potasować karty – polecił Władimir. – Będziemy ciągnąć osobiście.

Rozdający wprawnie potasował talię, choć Bree widziała, że jest nieco zdenerwowany. Podsunął ją najpierw jej, a potem Ksendowowi. Wstrzymując oddech, powoli odwróciła kartę. Król kier. Wygrała!

Niezdolna się opanować, rzuciła ją na stół i zakryła twarz dłońmi, szlochając z radości i ulgi. Los pozwolił jej wywrzeć zemstę na podłym człowieku, który ją wrednie oszukał. Powoli odjęła ręce od twarzy, czekając na cudowną chwilę, gdy Władimir przekona się o swojej porażce.

Sprawdził wylosowaną kartę i nagle cały się rozpromienił. Serce Bree ścisnęło się pod wpływem okropnego przeczucia.

– Przykro mi – powiedział i rzucił kartę na stół. As pik.

Patrzyła z niedowierzaniem na asa. Rozległy się zawadiackie okrzyki mężczyzn i złośliwe chichoty kobiet, jedynie towarzyszka Władimira miała zrozpaczoną minę. Książę wstał i spojrzał na nią nieprzeniknionym wzrokiem.

– Wygrałem. Masz dziesięć minut, żeby się spakować. Nagrodę odbiorę w lobby. – Zaszedł ją od tyłu i stanął tak blisko, że czuła bijący od niego żar. – Długo na to czekałem – powiedział cicho, nachylając się nad nią. – Ale teraz, Breanno, nareszcie jesteś moja.

ROZDZIAŁ DRUGI

Bree próbowała się ocknąć z koszmarnego snu. Wpatrując się w kartę, która powinna dać jej wygraną, powtarzała sobie w duchu, że zaraz się obudzi. Na próżno. Sprzedała się właśnie w niewolę jedynemu mężczyźnie, którego szczerze nie cierpiała.

Chris, jej rzekomy sojusznik, miał przestraszoną minę. Bree uchwyciła się stołu drżącymi rękami i powoli wstała.

– Oszukiwałeś! – wykrzyknęła z rozpaczą.

Władimir cofnął się od drzwi szybkim krokiem. Jego przystojna twarz była wykrzywiona furią. Przypominał marmurowy posąg potężnego, despotycznego cara, który nie zwykł się z nikim liczyć. Przestraszona Bree postąpiła krok w tył.

– To raczej ty oszukujesz, moja droga – rzekł z gryzącą ironią. – Proponuję, żebyś się pośpieszyła. – Spojrzał na kosztowny platynowy zegarek na przegubie. – Zostało ci jeszcze dziewięć minut. – Skinął głową i wyszedł z pokoju, poruszając się z gracją pantery.

Z początku cisza aż dzwoniła w uszach, po czym rozległ się gwar pomieszanych głosów. Bree zmiękły kolana i musiała na chwilę usiąść. Były szef podsunął się do niej z taką miną, jakby miał zamiar ją spoliczkować, i kazał jej się wynosić. Wiedziała, że to manifestacja bezsilności. Nie ośmieliłby się tknąć własności księcia Ksendowa.

Duszne powietrze w pozbawionej okien jaskini hazardu w połączeniu ze świadomością własnej bezbrzeżnej głupoty i naiwności omal jej nie zadławiły. Raptownie zerwała się z krzesła, ominęła zapłakaną blondwłosą dziewczynę Władimira i zdumionego ochroniarza i wybiegła na świeże nocne powietrze. Nie zwalniając kroku, podążała do swojej kwatery, starając się skupić na oddechu i rytmie stóp uderzających o ścieżkę. Miała jeszcze osiem minut wolności. Siedem i pół. Siedem.

Zadyszała się i nieco zwolniła. Była już blisko starego, porośniętego mchem baraku, w którym mieszkała obsługa hotelu. Szpony strachu podpełzały powoli do serca. Władimir zabierze jej wszystko, nie zostawi niczego.

Wykazała piramidalną głupotę. Zastawił na nią sprytną pułapkę, a ona bez namysłu w nią wpadła. Ufna, naiwna Josie zostanie teraz sama, bez nikogo, kto by się nią opiekował. Nagle uświadomiła sobie, że zostawiła na stole wygrane żetony, i tłumiąc szloch ukryła twarz w dłoniach. Jak wytłumaczy siostrze tę katastrofę?

– Zobaczyłam, że idziesz – powiedziała Josie, stając w progu. – Jak ci poszło? – Dopiero teraz spostrzegła zdruzgotaną minę Bree i na jej twarzy odmalowały się strach i rozczarowanie. – Przegrałaś…?