Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Książka niniejsza składa się z sześciu odczytów wygłoszonych przeze mnie w języku angielskim na Uniwersytecie Harvard w roku akademickim 1981/1982. Zostałem tam zaproszony na katedrę zwaną, od imienia jednego ze zmarłych profesorów uczelni, Charles Eliot Norton Chair of Poetry. Niemały to zaszczyt, zważywszy, że lista moich poprzedników na tej katedrze zawiera nazwiska o trwałym znaczeniu dla literatury i sztuki dwudziestego wieku, takie jak Igor Strawiźski, T.S. Eliot, E.E. Cummings.(...) Byłem pierwszym poetą słowiańskim na katedrze im. Nortona, nie tylko, również pierwszym poetą z całej mojej środkowej czy środkowo-wschodniej Europy. To znaczyło, że mam okazję przekazać amerykańskiej publiczności coś z naszej, bardzo szczególnej, perspektywy.
[Czesław Miłosz]
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Gminna Biblioteka Publiczna w Cegłowie
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Słupcy
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 130
Rok wydania: 1987
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
MIŁOSZ
ŚWIADECTWO POEZJI
WSTĘP
I. ZACZYNAJĄC OD MOJEJ EUROPY
II. POECI I RODZINA LUDZKA
III. LEKCJA BIOLOGII
IV. SPÓR Z KLASYCYZMEM
V. RUINY I POEZJA
VI. O NADZIEI
INDEKS NAZWISK
SPIS RZECZY
CZESŁAW
ŚWIADECTWO POEZJI
WSTĘP
I. ZACZYNAJĄC OD MOJEJ EUROPY
II. POECI I RODZINA LUDZKA
III. LEKCJA BIOLOGII
IV. SPÓR Z KLASYCYZMEM
V. RUINY I POEZJA
VI. O NADZIEI
INDEKS NAZWISK
SPIS RZECZY
SZEŚĆ WYKŁADÓW O DOTKLIWOŚCIACH NASZEGO WIEKU
CZYTELNIK WARSZAWA 1990
Opracowanie graficzne Andrzej Heidrich
Fotografia na okładce Andrzej Miłosz
Wydanie drugie krajowe (pełne)
© Copyright by Czesław Miłosz and Institut Litteraire, Paris 1983
Niniejszy egzemplarz może być sprzedawany wyłącznie w Polsce i kraiach RWPG. Sprzedaż do innych krajów wzbroniona.
This copy is to be sold only in Poland and m other COMECON--countries. Sale in other countries incl. Yugoslavia is prohibited and will be prosecuted by law.
ISBN 83-07-02056-5
Książka niniejsza składa się z sześciu odczytów wygłoszonych przeze mnie w języku angielskim na Uniwersytecie Harvard w roku akademickim 1981/1982. Zostałem tam zaproszony na katedrę zwaną, od imienia jednego ze zmarłych profesorów uczelni, Charles Eliot Norton Chair of Poetry. Niemały to zaszczyt, zważywszy, że lista moich poprzedników na tej katedrze zawiera nazwiska o trwałym znaczeniu dla literatury i sztuki dwudziestego wieku, takie jak Igor Strawiński, T.S. Eliot, E.E. Cummings. Każde mianowanie jest na rok i nakłada obowiązek przedstawienia w sześciu publicznych wykładach własnych opinii o tej gałęzi twórczości, którą mianowany reprezentuje. Przyznam się, że to właśnie, ta konieczność mówienia, jak w moim wypadku, o poezji, była przyczyną moich wahań i wątpliwości, czy w ogóle powinienem tego rodzaju propozycję przyjąć. Sama poezja jest zanadto wstydliwą czynnością czy przypadłością, żeby rozgrze-bywać jej sekrety przed ludźmi i z prywatnych przygód wyciągać jakieś ogólne wnioski. Poza tym przesądna obawa zawsze mnie powstrzymywała od wejścia w rolę osobnika celebrującego sam fakt, że jest poetą, jakbym podejrzewał, że za dzisiejszym zwyczajem wielomównych wypowiedzi na ten temat kryje się niedowład twórczy.
Kiedy z różnych względów zdecydowałem się wreszcie zaproszenie przyjąć, wpadłem w stan niemal paniki, bo nie wiedziałem, o czym będę mówić. Jedno tylko nie ulegało dla mnie wątpliwości: że z tych moich wykładów mam zrobić użytek praktyczny. Byłem pierwszym poetą słowiańskim na katedrze im. Nortona, nie tylko, również pierwszym poetą z całej mojej środkowej czy środkowo-wschodniej Europy. To znaczyło, że oto mam okazję przekazać amerykańskiej publiczności coś z naszej, bardzo szczególnej, perspektywy. Od dawna wydaje mi się, że jeżeli jest jeszcze dla kontynentu europejskiego nadzieja, to kryje się ona w sztucznie hamowanych możliwościach krajów między Niemcami i Rosją, w owej Europie drugiej, która w ostatnich dziesięcioleciach przygląda się tej pierwszej już bez podziwu. Tak myśląc, zdawałem sobie sprawę z pułapek, jakich należało uniknąć. Po pierwsze, sztuczne i jak najmniej wskazane byłoby uniżone nadskakiwanie obyczajom intelektualnym Zachodu, po to, żeby słuchaczom przyjęcie paru niemiłych prawd ułatwić. Po drugie, nic by nie przyszło z wysilonej propagandy polskiej kultury, w myśl zasady: „skoro nikt nas nie chwali, chwalmy samych siebie”. Obie te skrajności są mi raczej obce i mam nadzieję, że zachowuję się wobec cudzoziemców jak człowiek wolny, nie wstydzący się swego dziedzictwa, ale i nie przyznający mu wyjątkowej rangi, toteż chyba ustrzegłem się obu tych błędów. Być może tu i ówdzie czytelnik zarzuci mi nadmierną powściągliwość, ale podyktowana została i przez moją znajomość amerykańskiego uniwersyteckiego środowiska, i przez niechęć do wyrażeń zbyt jaskrawych.
Odczyty zostały napisane po polsku i następnie przetłumaczone przeze mnie na angielski, co wydaje mi się wygodniejsze dla moich celów niż pisanie od razu po angielsku. Tekst angielski, zgodnie ze statutem katedry im. Nortona, został przedstawiony domowi wydawniczemu Harvard University Press i przyjęty do druku. Ukazuje się w formie książkowej równocześnie z polskim, w tym samym początku 1983 roku.
Berkeley, w grudniu 1982
Spotkał mnie wielki zaszczyt i wysoko cenię przywilej przemawiania z katedry im. Charlesa Eliota Nortona. Ponieważ jednak jest to katedra poezji, zabieram się do tych wykładów z niepokojem. O poezji napisano w naszym stuleciu ogromną liczbę uczonych książek, znajdujących, przynajmniej w krajach Zachodu, więcej czytelników niż sama poezja, co nie jest dobrym znakiem, ale tłumaczy się i inteligencją ich autorów, i żarliwością, z jaką przyjmują oni nowe, a otoczone dzisiaj powszechnym szacunkiem, dyscypliny naukowe. Poeta, który by chciał współzawodniczyć z tymi górami erudycji, musiałby udawać, że ma więcej samowiedzy, niż mu jej mieć wolno. Mówiąc szczerze, całe życie byłem we władzy dajmoniona i w jaki sposób powstały dyktowane przez niego wiersze, nie bardzo rozumiem. Z tego też powodu, długo wykładając literatury słowiańskie w Berkeley, ograniczałem się do historii literatury, starając się nie tykać poetyki. Jest jednak coś, co mnie pociesza i uzasadnia, jak myślę, moją obecność na katedrze poezji w Harvardzie. Mam na myśli zakątek Europy, który mnie ukształtował i któremu pozostałem wierny, pisząc wyłącznie w języku mego dzieciństwa.
Wiek XX, bardziej może proteuszowy i wielokształtny niż jakikolwiek inny, zmienia się w zależności od punktu, także punktu geograficznego, z którego patrzymy. Mój zakątek Europy, wskutek zachodzących tam niezwykłych a śmiercionośnych wydarzeń, dla których tylko gwałtowne trzęsienia ziemi zdają się być metaforą, pozwala na perspektywę szczególną, wskutek czego wszyscy pochodzący stamtąd inaczej nieco oceniają poezję naszego wieku niż większość moich słuchaczy, szukając w niej świadka i uczestnika wielkiej przemiany, jaką przechodzi ludzkość.
I poszczególny człowiek, i ludzkie społeczności odkrywają ciągle nowe wymiary niedostępne inaczej niż przez bezpośrednie doświadczenie. Tak też jest z wymiarem historycznym, który poznajemy bez naszej woli i nawet wbrew naszej woli, nie zaczynając od książek, ale wskutek doświadczenia odczytując książki inaczej, na nowo. Przez doświadczenie rozumiem nie tylko bezpośrednie doznanie nacisku Historii w postaci ognia spadającego z nieba, inwazji obcych wojsk, zrujnowanych miast itd. Hi-storyczność może objawiać się też w szczególe architektury, w ukształtowaniu krajobrazu, w drzewach, jak te koło miejsca, gdzie się urodziłem, dębach pamiętających moich pogańskich przodków. Choć prawdą jest, że dopiero świadomość niebezpieczeństw, jakie czyhają na to, co kochamy, pozwala przeniknąć wymiar czasu i w każdej rzeczy przez nas widzianej, dotykanej czuć obecność minionych pokoleń.
Urodziłem się i wyrosłem na samej granicy Rzymu i Bizancjum. Czyż to jest możliwe — słyszę pytanie — wspominać dzisiaj o tak dawnych, symbolicznych już tylko potęgach? A jednak podział ten przetrwał wieki, zakreślając linię, choć nie zawsze na mapie, pomiędzy domeną rzymskiego katolicyzmu i domeną prawosławia. W ciągu wieków Europa utrzymywała ten dawny podział i była poddana prawu osi północ-południe. Z Rzymu po mojej stronie szło wszystko: łacina jako język Kościoła i literatury, teologiczne spory średniowieczne, poezja łacińska jako wzór dla poetów Renesansu, białe kościoły budowane w barokowym stylu. Na południe, do Italii, kierowały się też marzenia wielbicieli sztuk i nauk. Nie są to sprawy abstrakcyjne teraz, kiedy, jak tutaj, staram się powiedzieć coś sensownego o poezji. Jeżeli jednym z moich tematów będą dziwne losy wyobraźni religijnej w tym stuleciu, a także poezji od chwili, kiedy zaczęła nabierać cech surogatu religii, to dlatego że w szkole uczyłem się przez sporo lat historii Kościoła katolickiego i dogmatyki z grubych podręczników, dziś wszędzie zarzuconych, a wątpię nawet, czy równie dokładne są teraz używane w seminariach duchownych. Także temat, do którego będę tu powracać, klasycyzmu — a mam do niego stosunek niejednoznaczny, fascynacji i niechęci — nie jest bez związku z Horacym, Wergiliuszem i Owidiuszem czytanymi i tłumaczonymi w klasie. Za mojego życia łacina znikła z liturgii Kościoła i programów szkolnych, co musiało nastąpić wskutek stopniowego słabnięcia osi północ-południe. Jednakże za wcześnie byłoby odesłać Rzym i Bizancjum w niepowrotną przeszłość, skoro ich dziedzictwo przybiera stale nowe, nieraz trudne do nazwania formy.
Niewątpliwie poczucie zagrożenia od Wschodu pojawiło się u mnie wcześnie, a nie było to oczywiście poczucie zagrożenia przez wschodnie chrześcijaństwo, raczej przez to, co powstało w wyniku jego klęski. Prawo osi północ-południe działało nie tylko w wypadku nawrócenia barbarzyńskich ludów przez Rzym, także na ogromnych obszarach, które wzięły religię z Bizancjum. Religię, ale nie język Kościoła. Historyk rosyjski Jurij Fiedotow źródła wszystkich nieszczęść Rosji dopatruje się w fakcie, że tym językiem stało się narzecze słowiańskie, nie greka, która mogła stanowić na wschodzie odpowiednik uniwersalnej łaciny. Rosja została na długo izolowana, aż wreszcie zachodnie idee, odkryte zbyt nagle i późno, przybrały w niej formę spotworniałą. W Polsce, która wygrała wojnę z rewolucyjną Rosją w roku 1920 i dzięki temu do roku 1939 zdołała utrzymać niepodległość, poczucie zagrożenia było zbyt elementarne, żeby trzeba było szukać głębszych historycznych racji, niemniej moja znajomość języka rosyjskiego od dziecka i pewne „wschodnie” cechy we mnie samym prowadziły mnie stopniowo do refleksji nad rosyjskim mesjanizmem i jego świętym miastem
Moskwą, która otrzymała nazwę Trzeciego Rzymu, co nie pozostało bez trwałych konsekwencji. Tak więc moje zainteresowanie Dostojewskim, którego nazwisko nieraz będę tutaj wymieniał, jest w znacznym stopniu po prostu wynikiem geografii.
Język poetów polskich XVI wieku, tak jak język ówczesnych Biblii, zarówno katolickich, jak i protestanckich, jest bliższy dzisiejszej polszczyźnie niż język Faerie Queene dzisiejszemu angielskiemu, czy też może bliższy jest jako pewien ton i pewna wrażliwość. Znaczy to, że poeta polski nawiązuje bardziej bezpośredni stosunek ze swoimi nauczycielami poetyckiego rzemiosła i czuje się w XVI wieku swojsko. Ale najwybitniejszy z tych poetów, Jan Kochanowski, o parę dziesiątków lat starszy od Edmunda Spensera, był dwujęzyczny. Napisał dużo wierszy po łacinie, a wśród jego wierszy polskich znaczną część stanowią adaptacje Horacego. Tak więc ciągle musi powracać, przynajmniej u mnie, to bardzo fachowe pytanie: co dzisiejszy poeta ma robić z klasycyzmem?
Jeżeli posługując się pojęciem osi północ-południe mogę, jak spodziewam się, natrafić na zrozumienie u słuchaczy, podejrzewam, że inne pojęcie, osi wschód-zachód, sięga trochę zanadto w sferę egzotyki, choć nie jest obce czytelnikom Wojny i pokoju, której bohaterowie, wykształceni Rosjanie, chętnie mówią między sobą po francusku. W XVIII wieku francuski staje się, po łacinie, drugim językiem uniwersalnym Europy, tym razem obejmując swoim zasięgiem i Rosję. W prowincjonalnych stolicach wschodnio- i środkowoeuropejskich tworzy się mit Paryża, stolicy świata. Być może oczy pobożnych katolików nadal zwracają się ku Rzymowi, stolicy papiestwa. Ale oświeceni, światowi, goniący za modą chcą dowiedzieć się, co nowego zaszło w paryskich intelektualnych salonach. Francja eksportuje kolejno swoich filozofów, swoją rewolucję, wojnę za Napoleona, swoją powieść, wreszcie przewrót w poezji i w malarstwie: symbolizm, kubizm, fowizm, surrealizm. Teraz wydaje się już to być okres zamknięty albo dobiegający końca, skoro, tak jak znikła z liturgii i szkół łacina, coraz mniej młodych mieszkańców Europy uważa za stosowne, choćby ze względów snobistycznych, uczyć się francuskiego. Jednakże poezję nowoczesną wielu krajów europejskich można zrozumieć tylko pamiętając o stapianiu się dwu kruszców — jeden był lokalny, drugi importowany z Paryża.
Literacka mapa Europy, tak jak przedstawiała się do niedawna Zachodowi, zawierała liczne białe plamy. Istnieją na niej Anglia, Francja, Niemcy, Italia, ale Półwysep Iberyjski był ledwie słabym zarysem, Holandia, Belgia, Skandynawia pozostawały czymś nieokreślonym, natomiast na wschód od Niemiec na białym tle mógłby figurować napis Ubi leones i ta dziedzina zwierząt leśnych oznaczała zarówno Pragę (wspominaną niekiedy tylko z okazji Kafki), jak Warszawę, Budapeszt czy Belgrad. Dopiero dalej na wschód pojawiała się na mapie Moskwa. Wyobrażenia kulturalnej elity mają niewątpliwie znaczenie też polityczne, wpływając na decyzje elity rządzącej, która gładko odpisała sto milionów Europejczyków na straty przy zawieraniu umów w Jałcie. Być może wtedy to pękła ostatecznie oś wschód-zachód, a paryscy intelektualiści, przyzwyczajeni do tego, że ich idee i książki podziwiano jako uniwersalne nad Wisłą, Dnieprem i Dunajem, zostali skazani na partykularyzm, szukając kompensaty za Oceanem, gdzie jednak zawiłość ich myślenia i stylu nawet na uniwersytetach znalazła niezbyt wielu zwolenników.
Za mojej młodości adept poezji, pochodzący z obszarów oznaczonych na mapie jako białe plamy, musiał odbyć krótszy albo dłuższy staż w Paryżu. Tak też stało się ze mną, co zresztą nie było pozbawione konotacji rodzinnych, skoro mój krewny, co prawda daleki, Oskar Miłosz, wychowany od dziecka we Francji, był poetą francuskim. Znalazłszy się po raz pierwszy w Paryżu jako bardzo młody człowiek, mogłem następnie wielokrotnie podziwiać kontrast pomiędzy radykalnymi zmianami, jakie zachodziły we mnie i w krajach na wschód od Niemiec, a znakomitą stałością i ciągłością w życiu La Ville Lumiere. W pół wieku później napisałem o tym wiersz, który jaśniej tłumaczy, co przed chwilą powiedziałem, niż ta moja proza.
RUE DESCARTES
Mijając ulicę Descartes
Schodziłem ku Sekwanie, młody barbarzyńca w podróży, Onieśmielony przybyciem do stolicy świata.
Było nas wielu, z Jass i Koloszwaru, Wilna
i Bukaresztu, Sajgonu i Marrakesz Wstydliwie pamiętających domowe zwyczaje, O których nie należało mówić tu nikomu: Klaśnięcie na służbę, nadbiegają dziewki bose, Dzielenie pokarmów z inkantacjami, Chóralne modły odprawiane przez panów i czeladź.
Zostawiłem za sobą pochmurne powiaty. Wkraczałem w uniwersalne, podziwiając, pragnąc.
Następnie wielu z Jass i Koloszwaru, albo Sajgonu,
albo Marrakesz Było zabijanych, ponieważ chcieli obalić domowe zwyczaje.
Następnie ich koledzy zdobywali władzę,
Żeby zabijać w imię pięknych idei uniwersalnych.
Tymczasem zgodnie ze swoją naturą zachowywało
się miasto, Gardłowym śmiechem odzywając się w ciemności, Wypiekając długie chleby i w gliniane dzbanki
nalewając wino.
Ryby, cytryny i czosnek kupując na targach, Obojętne na honor i hańbę, i wielkość, i chwałę, Ponieważ to wszystko już było i zmieniło się W pomniki przedstawiające nie wiadomo kogo, W ledwo słyszalne arie albo zwroty mowy.
Znowu opieram łokcie o szorstki granit nabrzeża, Jakbym wrócił z wędrówki po krajach podziemnych I nagle zobaczył w świetle kręcące się koło sezonów Tam gdzie upadły imperia, a ci, co żyli, umarli.
I nie ma już tu i nigdzie stolicy świata,
I wszystkim obalonym zwyczajom wrócono ich dobre imię.
I już wiem, że czas ludzkich pokoleń niepodobny do czasu Ziemi.
A z ciężkich moich grzechów jeden najlepiej pamiętam: Jak przechodząc raz leśną ścieżką nad potokiem Zrzuciłem duży kamień na wodnego węża zwiniętego w trawie.
I co mnie w życiu spotkało, było słuszną karą, Która prędzej czy później łamiącego zakaz dosięgnie.
1980
Idee uniwersalne straciły dawno smak dla nas z Wilna, Warszawy czy Budapesztu, co nie znaczy, że straciły smak wszędzie. Młodzi kanibale mordujący w imię niezłomnych zasad ludność Kambodży byli wychowankami Sorbony i po prostu starali się wcielić w życie, co wyczytali u filozofów. Ponieważ my widzieliśmy na własne oczy, do czego prowadzi gwałcenie, w imię doktryny, obyczaju, czyli wszystkiego, co narasta stopniowo, organicznie w ciągu wieków, mogliśmy tylko myśleć ze zgrozą o absurdach, w jakie wikła się umysł ludzki obojętny na powtarzalność swoich błędów.
Wiersz, który przeczytałem, ma kilka tematów. W głównej swojej warstwie jest spowiedzią, przyznaniem się do ciężkiego grzechu. Nie dlatego, że złem jest zabicie lub zranienie każdej żywej istoty. Pochodzę z Litwy, a tam wąż wodny uchodził za stworzenie święte. Wystawiano mu mleko w miseczce przy progu chłopskiej chaty. Był kojarzony z płodnością, płodnością ziemi, płodnością rodziny, i kochało go słońce. „Nie zostawiaj martwego wodnego węża na polu, pogrzeb go. Widząc martwego węża słońce będzie płakać”1.
Z pewnością student gorliwie piszący w Paryżu wypracowania z francuskiego, czytelnik Pawła Valery nie powinien był mieć wiele wspólnego z kultem węży. A jednak ta przesądna strona mojej natury była i pozostała silniejsza niż uniwersalne idee, w każdym razie na tym poziomie, na którym rodzi się poezja. I choć rzymski katolicyzm wpoił mi na stałe poczucie grzechu, silniejsze może okazało się inne, bardziej prymitywne, pogańskie poczucie winy.
Nie zamierzam bynajmniej przesadzać z podkreślaniem tej prowincjonalnej egzotyki. Jedną z najdziwniejszych prawidłowości, jakie musi uznać historyk literatury i sztuki, jest głębokie pokrewieństwo pomiędzy ludźmi żyjący-mi w tym samym czasie, i to w krajach od siebie odległych. Posunąłbym się tak daleko, że tajemniczej substancji czasu przypisałbym podobieństwo danego momentu w cywilizacjach nie komunikujących się ze sobą. Wolno uznać to twierdzenie za przesadne, ograniczę się więc tylko do Europy. Tam piętno wspólnego stylu łączy poetów pi-szących w tym samym czasie w różnych językach, co wyjaśnia trudno uchwytna osmoza, nie tylko bezpośrednie zapożyczenie. Choć na przykład na przełomie XVI i XVII wieku Francuz mógł czytać wiersz o ruinach Rzymu podpisany nazwiskiem Joachim du Bellay, Polak znał ten sam wiersz jako utwór Mikołaja Sępa-Szarzyńskiego, Hiszpan jako utwór Franciszka de Quevedo, podczas gdy prawdziwym autorem adaptowanym bez skrupułów był mało znany humanista łaciński Ianus Vitalis z Palermo. Ze zwiększeniem się szybkości wymiany osmoza i wzajemne zapożyczenia u poetów XX wieku są czymś oczywistym, tak że Warszawa czy Budapeszt, czy moje Wilno nie były bynajmniej poza ogólnym obiegiem. Co więcej, New York literacki lat tysiąc dziewięćset trzydziestych, z jego lewicowością, marksizmem i „literaturą dla mas”, wiernie powtarzał główne niepokoje ludzi piszących w mojej prowincji. Zresztą ten New York literacki składał się przeważnie z przybyszów ze wschodniej i środkowej Europy.
Nieraz można było w naszych czasach słyszeć twierdzenie, że poezja jest palimpsestem, który, jeżeli właściwie odczytany, daje świadectwo swojej epoce. Twierdzenie to jest poprawne, pod warunkiem jednak, że nie będzie rozumiane tak, jak chciałyby je rozumieć różne szkoły socjologii i socjologii literatury. Przeszedłszy przez czyściec społecznych doktryn zanadto dobrze znam ich jałowość, żeby tutaj do nich powracać, choć zdarzało mi się zetknąć z ich zastosowaniem niezwykle subtelnym — i zabawnym — jak ów spór w kołach polskiej awangardy lat dwudziestych o to, jaki rym jest socjalistyczny. Nie wątpię jednak, że potomni będą nas czytać próbując zrozumieć, czym był wiek dwudziesty, tak jak my dowiadujemy się wiele o wieku dziewiętnastym z wierszy Rimbauda i prozy Flauberta.
Oczywiście, zastanawiam się, jakie świadectwo wiekowi XX wystawia poezja, choć wiem, że nasze sądy, nas, w tym wieku zanurzonych, z góry należy uznać za niepewne. Pozwolę sobie zbliżyć się do tego tematu w sposób bardzo ogólny, zaczynając od opery Mozarta Czarodziejski flet i od filmu Bergmana pod tym tytułem, filmu, który jak żaden może inny pokazuje, co może osiągnąć dobra sztuka filmowa. Sztuka ta dzisiaj, mimo doskonałości technicznej, tak często ze względów komercjalnych służy upadlaniu człowieka. Czarodziejski flet wprowadza nas w atmosferę radykalnie różną od tej, w jakiej żyć mnie i moim współczesnym wypadło, i sam ten kontrast pomiędzy aurą końca osiemnastego wieku a aurą naszych czasów jest pouczający.
