Superbohaterowie - Jakub Demiańczuk - ebook + książka
NOWOŚĆ

Superbohaterowie ebook

Jakub Demiańczuk

0,0

10 osób interesuje się tą książką

Opis

Skąd wziął się pomysł na opowieści o Supermanie? Dlaczego niektórzy amerykańscy policjanci malowali na służbowych samochodach symbol Punishera? Za co hipisi uwielbiali Doktora Strange’a? To tylko część pytań, na które odpowiada książka Superbohaterowie.

 

 

Blisko dziewięćdziesiąt lat temu komiksowi herosi zaistnieli w masowej wyobraźni czytelników. Przez wiele dekad historyjki o Supermanie, Batmanie, Kapitanie Ameryce i Wonder Woman traktowano jak bezpretensjonalną rozrywkę, lecz zawsze były czymś więcej niż okazją do chwilowej ucieczki od rzeczywistości.

 

 

Superbohaterowie to zbiór esejów, które pomagają odnaleźć się w bogatym i złożonym świecie superbohaterskim. Kolejne rozdziały poświęcone są ikonom współczesnego komiksu, m.in. Supermanowi, Batmanowi, Jokerowi, Kapitanowi Ameryce, Catwoman, Spider-Manowi oraz X-Men. Przybliżają historię ich powstania, życiorysy najważniejszych twórców, od Stana Lee po Neila Gaimana, dzieje rywalizacji największych amerykańskich wydawnictw DC Comics oraz Marvela, lecz przede wszystkim pozwalają zdekodować ukryte w komiksach o herosach znaczenia i kulturowe tropy.

 

To obowiązkowa lektura zarówno dla fanów superbohaterów, jak i osób, które na co dzień unikają popularnych komiksów, lecz chciałyby zrozumieć, gdzie tkwią kulturowe i polityczne korzenie tego gatunku rozrywki.

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 290

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2026

 

Redaktorka prowadząca: Ewa Kubiak

Redakcja: Magdalena Jabłonowska

Korekta: Katarzyna Kośmicka, Magdalena Jabłonowska

 

Skład: Igor Nowaczyk

Projekt okładki: Magdalena Wójcik-Zienkiewicz

Zdjęcie autora: Daniel Hilbrecht

Producenci wydawniczy: Magdalena Wójcik-Zienkiewicz, Wojciech Jannasz

 
 

Lira Publishing Sp. z o.o.,

al. J.Ch. Szucha 11 lok. 30, 00-580 Warszawa

www.wydawnictwolira.pl

 

Wydanie pierwsze

Warszawa 2026

 

ISBN: 978-83-68987-12-6 (EPUB); 978-83-68987-13-3 (MOBI)

 

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

 
Wstęp
 
 
 

Młody żołnierz – insygnia wskazują na rangę kaprala, choć nie mamy pewności, czy to jego własny mundur – siedzi na odwróconym wiadrze i z uśmiechem zaczytuje się w przygodach Błyska Gordona. To jedno z ikonicznych zdjęć dokumentujących powstanie warszawskie zrobił Tadeusz Bukowski ps. Bończa – uwiecznił moment wytchnienia podczas najczarniejszych dni w dziejach stolicy. „Dwóch superbohaterów” – głosi wzruszający w swojej prostocie podpis do fotografii na facebookowym profilu Muzeum Powstania Warszawskiego.

Nie wiemy, kim jest młody powstaniec ani czy przeżył wojnę. Wiemy za to, co czyta: tomik Błysk Gordon i królowa błękitnej magii ukazał się w 1938 roku nakładem wydawnictwa J. Przeworskiego[1]. Choć książeczka nie była komiksem, lecz bogato ilustrowaną powieścią awanturniczą, Flash Gordon – bo to właśnie jego polscy czytelnicy znali jako Błyska – to przecież postać, która zrodziła się w popularnym komiksie prasowym Alexa Raymonda.

Jeśli za symboliczny początek gatunku przyjmiemy debiut Supermana w kwietniu 1938 roku, to komiks superbohaterski skończy niedługo dziewięćdziesiąt lat. Przynajmniej cztery pokolenia czytelników i czytelniczek zachwycały się niezwykłymi przygodami obdarzonych nadludzką mocą bohaterów i bohaterek. Superbohaterowie tak głęboko wrośli w tkankę kultury popularnej, że nawet osoby, które nigdy nie czytały historyjek o zamaskowanych pogromcach zła, orientują się, kim są Batman, Superman, Spider-Man czy Kapitan Ameryka, a przynajmniej są w stanie rozpoznać w nich postaci z komiksów. Symbole noszone przez komiksowych herosów stały się markami rozpoznawalnymi na całym świecie. Są warte fortunę – producenci zabawek, ubrań, gadżetów, produktów spożywczych i wszystkiego, co może przyjść na myśl, płacą ciężkie pieniądze za prawa do posługiwania się wizerunkami postaci z komiksów publikowanych zarówno przez największe amerykańskie oficyny, takie jak Marvel i DC Comics, jak i te mniejsze, choć równie prężne i skutecznie walczące o swoje miejsce na rynku.

Pierwsza dekada (z hakiem, bo chodzi o czas od schyłku lat trzydziestych do połowy lat pięćdziesiątych) istnienia opowieści o superbohaterach nazywana jest złotą erą komiksu. Lecz ta prawdziwie złota epoka nadeszła w XXI wieku: sprzedaż komiksów nie zbliża się co prawda do rekordowych wyników, ale superbohaterowie to maszynka do zarabiania pieniędzy. Ta książka jest jednak propozycją, by spojrzeć na nich nie tylko przez pryzmat eskapistycznej rozrywki i miliardowych zysków. Jest zachętą, by dekodować ukryte za barwnymi strojami herosów szyfry czy odkrywać prywatne – często zaskakujące lub dramatyczne – historie twórców. I zrozumieć, kim są – lub kim mogą być – superbohaterowie.

A są zdecydowanie więcej niż eskapistyczną rozrywką, nawet jeśli sięgamy po opowieści o nich przede wszystkim dla przyjemności. Korzeni historii o superbohaterach trzeba szukać w starożytności: w poematach homeryckich, Eposie o Gilgameszu, Eneidzie, Biblii. W legendach arturiańskich, Beowulfie, Eddzie poetyckiej i średniowiecznych chansons de geste. W historycznych opowieściach o buntownikach i rebeliantach prowadzących lud do walki z opresyjną władzą. Do wielu z nich komiksy odwołują się bezpośrednio, a w niemal każdej z heroicznych postaci możemy odnaleźć literackie DNA Mojżesza, Prometeusza, Ateny, Boudiki czy Lancelota – nie mówiąc o wzorcach z kultury nowożytnej, od Don Kichota po kapitana Nemo.

Superbohaterowie tworzą współczesną mitologię. Pełnią podobną funkcję, jaką miały przed wiekami zestawy legend i podań: z jednej strony zapewniają eskapistyczną rozrywkę i ucieczkę od problemów codzienności, lecz z drugiej pozwalają lepiej zrozumieć świat, zidentyfikować własne problemy i odnaleźć poczucie przynależności. Opowieści o superbohaterach z końca lat trzydziestych były prostymi historyjkami, ale już wtedy okazały się sposobem mówienia o współczesnym świecie. Jak w soczewce skupiały lęki i marzenia czytelników, spotęgowane przez wielki kryzys, problemy z rosnącą przestępczością czy docierające z Europy pomruki nadchodzącej wojny. Superman, Batman i Kapitan Ameryka byli przede wszystkim fantazją o chaotycznym świecie, w którym ktoś potężniejszy od zwykłych ludzi wprowadza porządek.

Znaczenie komiksów nie zawsze musi być banalne. Wśród historii o superbohaterach dominowała rozrywka, mimo to często bywały one mniej lub bardziej zawoalowanym komentarzem do rzeczywistości. Manifestacją politycznych poglądów twórców czy metaforą zjawisk i ruchów społecznych.

Scenarzysta Kurt Busiek we wstępie do albumowego wydania serii Przewodnik po Astro City[2] pisał:

 

Jeśli superbohater może być tak potężną i efektywną metaforą dla dorosłych mężczyzn, to co jeszcze możemy z nimi zrobić? Czy można zbudować superbohaterską opowieść wokół metafor kobiecej dojrzałości? Kryzysu wieku średniego? Zmian, jakie zachodzą w dorosłych, gdy stają się rodzicami? Jasne, czemu nie. A skoro superbohater mógł symbolizować Amerykę u progu II wojny światowej, to czy mógłby być symbolem Ameryki mniej pewnej siebie w latach siedemdziesiątych? A co z rodzącą się tożsamością narodową afrykańskiego narodu, który właśnie zyskał niepodległość?

Od czasu debiutu Supermana świat się zmienił. Wraz z nim przebudowała się rola, jaką odgrywali komiksowi bohaterowie i bohaterki. Mity wokół nich narastały, pojawiali się kolejni twórcy, którzy chętnie badali możliwości i granice gatunku. Rozkładali komiks o superbohaterach na czynniki pierwsze, by później te elementy złożyć od nowa i przyjrzeć się, co mówią o popkulturze, ikonach wyobraźni, a także o samych czytelnikach. Komiksy o superbohaterach stały się punktem odniesienia nie tylko w ramach popkulturalnego uniwersum, lecz także w polityce i zjawiskach społecznych. Są przedmiotem niezliczonych parodii i nieustającego uwielbienia, naukowych analiz i badań. Niezależnie, jaki jest nasz stosunek do opowieści superbohaterskich, bez ich choćby szczątkowej znajomości coraz trudniej poruszać się we współczesnym świecie. Wydawnictwo Penguin od kilku lat publikuje komiksy Marvela z wczesnych lat sześćdziesiątych w ramach kolekcji Penguin Classics – uznaje je za jedne z kluczowych tekstów kultury drugiej połowy XX wieku.

Grant Morrison w książce Supergods[3], do której będę często tutaj wracał, pisze:

 

Żyjemy w historiach, które sobie opowiadamy. W świeckiej, racjonalnej naukowo kulturze pozbawionej przekonującego duchowego przywództwa opowieści superbohaterskie mówią głośno o naszych największych lękach, najskrytszych pragnieniach i najbardziej wzniosłych aspiracjach. Nie boją się nieść nadziei, nie wstydzą się optymizmu, są nieustraszone w ciemnościach. Są tak dalekie od społecznego realizmu, jak tylko możemy to sobie wyobrazić, ale najlepsze komiksy o superbohaterach odnoszą się bezpośrednio do mitycznych elementów ludzkiego doświadczenia w pełen wyobraźni, głęboki, zabawny i prowokacyjny sposób. Istnieją, by rozwiązywać problemy wszelkiego rodzaju, i zawsze można liczyć na pokrzepienie, które niosą. Te najlepsze pomagają zmierzyć się z nawet największymi emocjonalnymi kryzysami. Powinniśmy słuchać tego, co mają do powiedzenia.

 

Wyimaginowani bohaterowie – niezależnie od tego, czy będą to komiksowi herosi, postaci z bajek, czy figury ze świętych ksiąg religijnych – nie przyniosą rozwiązania codziennych problemów, nie pozwolą wyjść z ubóstwa, nie wyleczą depresji, raka czy choćby bólu zęba. Ale mogą dać siłę, by stawić czoła lękom. Scenarzysta Paul Dini w autobiograficznym komiksie Dark Night: A True Batman Story opowiada, jak wyobrażone spotkania z superbohaterem pomogły mu uporać się z traumą po brutalnym napadzie rabunkowym. W albumie Something Terrible artysta Dean Trippe wyznaje, jak ucieczka do świata opowieści superbohaterskich pomogła mu poradzić sobie z myślami samobójczymi po molestowaniu seksualnym, którego padł ofiarą:

 

Najważniejsze to uświadomić sobie, że nie jesteśmy w tym bólu sami, a naszym przeznaczeniem nie jest pozostanie skrzywdzonym, poszatkowanym psychicznie do końca życia. Historie superbohaterskie ukształtowały mnie jako osobę, którą jestem teraz. Każda dobra historia tego typu uczy, że jesteśmy tym, kim tak naprawdę chcemy być[4].

Niniejsza książka nie jest podręcznikiem historii komiksu superbohaterskiego, choć do pewnego stopnia zarysowuje jej kształt, a rozdziały ułożone zostały zgodnie z kolejnością dat, w jakich debiutowali poszczególni herosi. Nie jest to również tradycyjny leksykon postaci komiksowych, katalog ich supermocy i słabości, kostiumów i uzbrojenia, sprzymierzeńców i wrogów. Jej tematem są superbohaterowie (albo superzłoczyńcy) jako idee, postaci symboliczne i mitologiczne. Każdy i każda z nich są znakami czasów, w jakich powstawali, odbiciami przeżyć, myśli i fantazji ich twórców, wreszcie – punktami odniesienia we współczesnej rzeczywistości.

Pisałem tę książkę przede wszystkim z myślą o czytelnikach i czytelniczkach stykających się z opowieściami o superbohaterach mimochodem, podczas seansów hollywoodzkich blockbusterów lub seriali w serwisach streamingowych, choć mam nadzieję, że także fani mainstreamowego komiksu znajdą tu coś dla siebie. Każdy rozdział jest nie tyle próbą skrupulatnego opisania, co symbolizuje dana postać, ile zaproszeniem do dyskusji, podpowiedzią pewnych interpretacji, zachętą do odkrywania na własną rękę ukrytych znaczeń.

Znajdziecie tu sylwetki kilkunastu najważniejszych postaci w historii amerykańskiego komiksu superbohaterskiego. Wszystkie powstały w ramach dwóch największych wydawnictw: DC Comics i Marvela, bo to one zawsze wytyczały ścieżki, którymi przez dekady podążały te historie. Przy okazji staram się opowiedzieć w skrótowej formie o ludziach, którzy stali za sukcesami serii komiksowych, nakreślić polityczne i społeczne konteksty, przybliżyć – choćby w telegraficznym skrócie – zjawiska towarzyszące rosnącej popularności opowieści o herosach.

Nie wszyscy ważni bohaterowie komiksu znaleźli tu swoje miejsce: Flash, Hulk, Korpus Zielonych Latarni czy Fantastyczna Czwórka przemykają chyłkiem, choć mają stałe, nienaruszalne miejsca w heroicznym panteonie. Także kobiety – zarówno bohaterki, jak i artystki – są tu niedoreprezentowane: fundamenty pod świat superbohaterów kładli niemal wyłącznie mężczyźni. Na szczęście w ostatnich latach kobiety zaczęły tworzyć coraz więcej opowieści o bohaterkach i bohaterach, nadając im nowy, świeży, czasami zaskakujący kształt, świadomie odcinając się od patriarchalnych korzeni.

Nie stoję też na stanowisku obrońcy superbohaterów. Jak w każdym silnie skodyfikowanym gatunku, tak i pośród opowieści o metaludziach – jak bywają nazywani obrazkowi herosi – znajdziemy garść arcydzieł, sporo solidnego rzemiosła i niezliczone komiksy pozbawione wartości i znaczenia. David Graeber uważa, że aby zrozumieć istotę popularnego gatunku, należy analizować przede wszystkim kicz, a nie tylko wyrafinowane utwory[5]. Ja zachęcam najbardziej do czytania tych najlepszych dzieł: w każdym z rozdziałów polecam komiksy, filmy, seriale, a w kilku przypadkach także gry wideo, które pozwolą wam lepiej zrozumieć, skąd bierze się fascynacja superbohaterami.

„Powszechne jest przekonanie, że z komiksów albo superbohaterów się wyrasta. Nie do końca. Wyrasta się z określonego rodzaju komiksów. Z pewnego rodzaju historii, takich jak niekończące się seriale z udziałem herosów”[6] – pisał Łukasz Kowalczuk, znakomity artysta, a także autor książki o pionierskim na rodzimym rynku wydawnictwie TM-Semic, które na masową skalę przybliżyło superbohaterów polskim czytelnikom. Jednak wcale nie trzeba z nich wyrastać, bo za każdym razem można w nich odnaleźć coś nowego. I choć Hollywood zasypuje kinowe ekrany kolejnymi komiksowymi widowiskami i zdołało już nieco znudzić widzów – termin superhero fatigue, zmęczenie superbohaterami, pojawia się w prasie coraz częściej – nie ulega wątpliwości, że jeszcze przez wiele lat będą one przynosić wymierne zyski. A gdy od superbohaterów odwróci się kinowa publiczność, wtedy herosi dostaną kolejną szansę: w nowej generacji gier wideo, w coraz doskonalszych doświadczeniach wirtualnej rzeczywistości lub w jakiejkolwiek innej formie. Superbohaterowie mieszkają wśród nas od blisko dziewięćdziesięciu lat. I nic nie wskazuje na to, by mieli kiedykolwiek odejść.

 
 

                     

Rozdział 1
1938: SUPERMAN. Ikona
 
 

Największy z wielkich. Kwintesencja nadludzkiej mocy zamknięta w monumentalnej, niczym wykutej z granitu sylwetce. Niebiesko-czerwony kostium podkreślający muskulaturę siłacza. Gdyby w Sèvres istniał wzorzec idei superbohatera, musiałby przybrać kształt Supermana. Nie dlatego, że był pierwszy – to zresztą kwestia dyskusyjna – lecz dlatego że wdarł się do świadomości z rzadko spotykanym impetem. Czy pojawiła się wcześniej w nowoczesnej literaturze masowej postać, która tak mocno wpłynęłaby na losy kultury? Potwór Frankensteina, Dracula, może Sherlock Holmes. Niewielu innych.

W drugiej połowie lat trzydziestych XX wieku Stany Zjednoczone wciąż leczyły rany po wielkim kryzysie, z Europy dobiegały coraz groźniejsze plotki o nadchodzącej wojnie, nazizm i komunizm stały się zagrożeniami, których nie można było bagatelizować. Polityczny i ekonomiczny niepokój budził w ludziach potrzebę eskapizmu: w amerykańskich kinach królowały musicale, filmy grozy i gangsterskie kryminały, czytelnicy coraz chętniej sięgali po magazyny publikujące literaturę pulpową i historyjki komiksowe. Emocje, przygoda, niewyrafinowana rozrywka – tego pragnęła masowa publiczność. W tym barwnym kalejdoskopie znalazło się miejsce dla kolejnego tytułu: 18 kwietnia 1938 roku (choć z czerwcową datą na okładce) w sprzedaży pojawił się pierwszy numer magazynu Action Comics. Na okładce czasopisma umięśniony mężczyzna trzyma nad głową samochód osobowy, rozbijając jego maskę o skały. Siłacz ma na sobie niebiesko-czerwony kostium z peleryną powiewającą na wietrze i wielką literą S wpisaną w emblemat na piersi. Kim jest? Czy jest dobry, czy zły? Co sprawiło, że inni ludzie uciekają przed nim w panice? Czytelnicy, którzy sięgali po nowe pismo, wkrótce mieli poznać odpowiedzi na te pytania.

Kal-El to przybysz z Kryptona wysłany przez rodziców w przestrzeń kosmiczną w kapsule ratunkowej tuż przed ostateczną zagładą wymierającej planety Krypton. Trafił na Ziemię, do miasteczka Smallville w stanie Kansas, gdzie następnie został wychowany przez Marthę i Jonathana Kentów – znalezionemu dziecku nadali imię Clark. Gdy dorósł, przeprowadził się do Metropolis; tam na co dzień pracował jako reporter dziennika „Daily Planet”, jednocześnie – jako Superman – walcząc z zagrażającym ludzkości złem. Nie wszystkie te informacje pojawiły się już w pierwszych odcinkach przygód Supermana (np. gazeta miała początkowo tytuł „Daily Star”, nazwa miejscowości Smallville zadebiutowała dopiero pod koniec lat czterdziestych w serii Superboy, opisującej dzieciństwo Clarka Kenta, geograficzne umiejscowienie miasteczka w Kansas to już zaś pomysł z lat osiemdziesiątych), ale to błyskawiczny skrót biografii najważniejszego komiksowego herosa w dziejach. Z czasem ujawniały się jego kolejne moce, odsłaniała się skomplikowana historia jego przybycia na Ziemię, zyskiwał on dozgonnych przyjaciół i śmiertelnych wrogów. Odchodził i wracał. Umierał i zmartwychwstawał.

Nie byłoby Supermana, gdyby nie wyobraźnia dwóch młodych chłopaków zafascynowanych kinem, fantastyką i literaturą przygodową. Rysownik Joe Shuster i scenarzysta Jerry Siegel poznali się jako nastolatkowie na początku lat trzydziestych XX wieku w Glenville High School w Cleveland w stanie Ohio. Obaj pochodzili z rodzin żydowskich imigrantów z Europy: rodzice Siegela na samym początku stulecia uciekli przed pogromami z Litwy, rodzice Shustera z Niderlandów i Ukrainy trafili najpierw do Kanady, potem do Stanów Zjednoczonych. Żydowskie korzenie miały znaleźć swoje odbicie w komiksowej twórczości obu artystów, lecz początkowo połączyła ich przede wszystkim miłość do popkultury: fantastyki, kina i literatury przygodowej.

Własnym sumptem zaczęli wydawać fanzin o nieco przydługim tytule Science Fiction: The Advance Guard of Future Civilization. W styczniu 1933 roku na łamach trzeciego numeru opublikowali opowiadanie The Reign of the Superman – tytułowy nadczłowiek był produktem naukowego eksperymentu, bezdomnym, który dzięki opracowanemu przez szalonego chemika eliksirowi zyskał (czasowo) niezwykłą moc. Upojony władzą marzył o podbiciu świata, ostatecznie jednak skończył ze świadomością, że gdy działanie eliksiru się wyczerpie, znów stanie się nikim. To nie był jeszcze Superman, jakiego znamy, jednak fundament, na którym opiera się do dziś cała kultura superbohaterskich komiksów, został położony właśnie wtedy.

Siegel i Shuster marzyli o tym, by swoimi pracami zainteresować jakiegoś profesjonalnego wydawcę. Gdy byli już blisko publikacji, potencjalny wydawca zupełnie zrezygnował z drukowania komiksów. Tymczasem stworzyli kilka innych propozycji – niektóre, jak komiks o przygodach prywatnego detektywa Slama Bradleya, pojawiły się na łamach magazynu Detective Comics (w którym parę lat później zadebiutuje Batman) – ale Supermana nikt nie chciał. Legenda głosi, że Shuster w przypływie rozpaczy zniszczył gotowe materiały, ale jak to z legendami bywa, przekaz jest nieprecyzyjny. Miał je wrzucić do kominka lub podrzeć na strzępy; w każdym razie z pierwszych szkiców pozostały jedynie dwa projekty okładek.

Pomocną dłoń wyciągnęło wydawnictwo National Allied Publications[7], które w swoim portfolio miało m.in. wspomniane Detective Comics. Nie tylko zamówiło odcinek przygód Supermana, lecz także – głosem redaktora Vina Sullivana – podjęło decyzję, by wizerunek herosa trafił na okładkę pierwszego numeru Action Comics.

Magazyn miał popularny w tamtych czasach format antologii. Na jego łamach pojawiały się krótkie, liczące kilka lub kilkanaście stron komiksy kryminalne, fantastyczne, przygodowe i historyczne. Jednak to Superman okazał się magnesem przyciągającym czytelników, a premierowy numer – gigantycznym krokiem na drodze do globalnego fenomenu, jakim miały się stać komiksy o superbohaterach. Warto dodać, że to najdroższy komiks świata: na początku 2026 roku egzemplarz pierwszego numeru Action Comics (zachowany w niemal idealnym stanie[8]) został sprzedany za niewiarygodną kwotę 15 milionów dolarów[9]. Za nieco gorzej zachowany zeszyt trzeba było zapłacić „jedynie” 1,5 miliona dolarów. Dość gorzko koresponduje to z historią Shustera i Siegela, którzy sprzedali wydawcy prawa do wizerunku postaci za 130 dolarów oraz podpisali dziesięcioletni kontrakt. Gdy w latach czterdziestych próbowali ta prawa odzyskać, nowojorski sąd przyznał rację wydawnictwu, a nie artystom.

Pierwszy rozdział historii Supermana nie wydaje się dziś specjalnie imponujący. Fabuła jest bardzo prosta, choć obfituje w wydarzenia: Superman włamuje się do domu gubernatora, by ten zatrzymał egzekucję kobiety niesłusznie skazanej na śmierć, później powstrzymuje męża bijącego żonę, wreszcie ratuje Lois Lane przed umizgami natarczywego gangstera. Ilustracje są jeszcze pozbawione charakteru. Niektóre elementy mitu Supermana, takie jak pozaziemskie pochodzenie i nadludzka siła, a także jego „cywilne” alter ego, już się tu uobecniły, inne jeszcze nie. Na przykład heros na razie nie lata, jest jedynie zdolny do gigantycznych skoków, co autorzy z wdziękiem porównują do fizycznych możliwości pasikonika. A jednak te trzynaście kolorowych stron okazało się wstępem do rewolucji i rozpoczęło okres później nazwany złotą erą komiksu.

Próbuję wyobrazić sobie, jak mógł czuć się czytelnik, który wiosną 1938 roku właśnie wydał 10 centów (wtedy była to równowartość galona benzyny) na liczący sześćdziesiąt cztery strony kolorowy magazyn pełen emocjonujących opowieści. Być może znał już inne komiksy: przygodowe historie o Phantomie, kryminalne o Dicku Tracym – nie mówiąc o popularnych humorystycznych paskach prasowych, takich jak Popeye czy Gasoline Alley. Być może czekał na radiowe słuchowiska o Zielonym Szerszeniu. Komiks o Supermanie wprowadził go jednak w inny świat. Niemal realistyczny. Z bohaterem niezwyciężonym, a przecież mającym w sobie coś swojskiego. Superman był półbogiem z kosmosu, który stanął w obronie ciemiężonych. Lecz jako Clark Kent wydaje się zwyczajnym facetem, może nieco nieporadnym i wstydliwym, beznadziejnie zakochanym w redakcyjnej koleżance Lois Lane. To swój chłopak z amerykańskiej prowincji: uczciwy, prostolinijny, przyzwyczajony do ciężkiej pracy. Sprawia wrażenie nieco zagubionego w wielkim Metropolis, jakby mógł za Dorotką, bohaterką Czarnoksiężnika z Oz, powtórzyć: „Chyba nie jesteśmy już w Kansas”.

Grant Morrison, jedna z najwybitniejszych osób autorskich[10] w historii komiksu, pisze w swojej książce Supergods:

 

Superman (...) był bohaterem ludowym. Odważną humanistyczną odpowiedzią na związane z wielkim kryzysem obawy przed niepowstrzymanym postępem naukowym i bezduszną industrializacją. We wczesnej inkarnacji zatrzymywał gigantyczne pociągi, wywracał czołgi, miażdżył żurawie budowlane. Superman przepisał ludową legendę Johna Henry’ego, daremnie rywalizującego z młotem parowym, na opowieść z happy endem. (...) Był niczym tramp Charliego Chaplina, z tą samą ognistą nienawiścią wobec niesprawiedliwości i oprawców, lecz zamiast sprytu i uroku miał siłę pięćdziesięciu ludzi i nic nie mogło go zranić[11].

 

Być może takie odczytanie przygód herosa sprawiło, że komiksy o nim błyskawicznie zdobyły popularność w Ameryce Łacińskiej. W Meksyku przygody Supermana były publikowane już od 1939 roku, trafiały do druku z zadziwiającą jak na tamte czasy szybkością. Być może Ameryka Południowa przykuła uwagę wydawców, bo w czasie II wojny światowej Europa straciła pozycję czołowego odbiorcy amerykańskiej kultury (choć np. w Danii komiksy o Supermanie ukazywały się na łamach czasopisma „Illustreret Familie-Journal” jeszcze przez pierwszy rok okupacji hitlerowskiej).

Cała kultura superbohaterska na dobre zaczęła się w kwietniu 1938 roku. Samo słowo „superbohater” było już znane, choć w miarę świeże – słownik Merriam – Webster podaje, że w znaczeniu „fikcyjnej postaci i nadludzkich umiejętności” zostało użyte po raz pierwszy w 1899 roku (niestety nie wskazuje źródła)[12]. Wyraz „superman” pojawiał się natomiast na początku wieku w przekładach Tako rzecze Zaratustra Friedricha Nietzschego[13] – co miało stać się zresztą przyczyną wielu interpretacyjnych nieporozumień: Übermensch oznacza wszak nadczłowieka, a hitlerowska propaganda zbyt chętnie sięgała po filozofię Nietzschego (który za życia odcinał się od niemieckiego nacjonalizmu, niestety, jak to bywa, nie miał wpływu na to, jak korzystano z jego filozofii po jego śmierci). Część europejskich publicystów dopatrywała się więc w komiksach o Supermanie nawet podtekstu antysemickiego, dość absurdalnego, gdy weźmie się pod uwagę żydowskie korzenie twórców komiksu i inspiracje, jakie czerpali oni przede wszystkim ze Starego Testamentu.

Nie ma pewności, czy Siegel i Shuster znali dzieła Nietzschego, żaden z nich nigdy nie potwierdził bezpośredniej inspiracji myślą niemieckiego filozofa. Określenie „superman” w popkulturowym znaczeniu było już wtedy w obiegu, a dwaj nastoletni miłośnicy fantastyki mieli raczej od kogo ściągać swoje pomysły i trudno sobie wyobrazić, by przebijali się przez filozoficzny tekst inspirowany operami Ryszarda Wagnera. Superman – podobnie jak przeważająca większość komiksowych superbohaterów – jest przecież zlepkiem idei, kulturowych odprysków, fragmentów przeczytanych książek, wysłuchanych audycji radiowych i obejrzanych filmów. Pisząc scenariusze swoich komiksów, Siegel sięgał po prozę Edgara Rice’a Burroughsa (najchętniej czytał opowieści o Tarzanie oraz fantastyczny cykl o Johnie Carterze z Marsa), drukowane w pulpowych magazynach opowiadania o Docu Savage’u, popularne kinowe przeboje[14] – Clark Kent zawdzięcza swoje nazwisko aktorom Clarkowi Gable’owi i Kentowi Taylorowi – a nawet popularne czasopisma o kulturystyce, które namiętnie czytywał Shuster.

„Cywilny” wygląd heros zawdzięcza po części Haroldowi Lloydowi, wielkiej gwieździe wczesnego Hollywood, a częściowo Walterowi Dennisowi, dziennikarzowi, którego autorzy komiksu poznali dzięki korespondencyjnemu klubowi wielbicieli fantastyki naukowej[15]. Te wszystkie zapożyczenia niejednokrotnie balansowały na granicy plagiatu, a przecież z tych strzępków Siegel i Shuster złożyli ekscytującą całość. Najwięcej jednak dała im lektura Starego Testamentu: od drobiazgów – kosmiczna szalupa, na której zostaje wysłany w przestrzeń Kal-El, jest odpowiednikiem tratwy z malutkim Mojżeszem na pokładzie – po rzeczy fundamentalne. Jak pisze Howard Jacobson, prawdziwe (czyli kryptońskie) imię Supermana, Kal-El, ma kabalistyczne znaczenie, a samo słowo El w języku hebrajskim jest jednym z określeń Boga[16]. Zresztą Superman jako figura mistyczna, boska, mesjanistyczna jest tematem wielu komiksowych opowieści i niezliczonej liczby opracowań.

Patrząc z dystansu dziesięcioleci, łatwiej nam docenić pasję, z jaką Siegel i Shuster tworzyli swoje opowieści. Rozumiemy ich kulturowe korzenie, a także wpływ, jaki wywarły później na popkulturę, więc oceniamy je inaczej. Łatwo zapomnieć, że w wielu przypadkach to była naprawdę prosta, czysto eskapistyczna rozrywka. Komiksy o superbohaterach jako gatunek narracji, który pozwala na opowiadanie bardziej złożonych, psychologicznie wiarygodnych historii, to wynalazek lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Wcześniej były uważane za rozrywkę gorszego sortu, niewymagającą specjalnych kompetencji czytelniczych ani kulturowych.

George Orwell gardził komiksami o nadludzkich wyczynach, choć czytywał je z kulturowej ciekawości. Uważał je jednak za „trujące bzdury” niewarte pieniędzy. W 1946 roku w eseju Powrót z Bangor[17], narzekając jednocześnie na pogarszającą się jakość amerykańskiej literatury dla dzieci i młodzieży, pisał:

 

Któż chciałby, żeby jego dziecko wychowywało się na kolorowych komiksach, w których złowrodzy profesorowie konstruują w podziemnych laboratoriach bomby atomowe, podczas gdy wśród obłoków szybuje z ogromną prędkością Superman, pociski z broni automatycznej odbijają się od torsów niczym ziarnka grochu, a platynowe blondynki gwałcone są – albo też niewiele do tego brakuje – przez stalowe roboty i pięćdziesięciostopowe dinozaury?

 

Moda na opowieści superbohaterskie nie uszła również uwagi komunistycznej propagandzie, która w amerykańskiej kulturze masowej widziała coś w rodzaju broni masowego rażenia, a przynajmniej masowego zaczadzania młodych umysłów wszelkimi chorobami Zachodu. W czasach stalinizmu komiksy – w szczególności amerykańskie – były najgorszym przejawem zdegenerowanej kultury, odpowiedzialnej między innymi za wzrost przestępczości wśród nieletnich, upadek moralności i wtórny analfabetyzm. Ich prawdziwa treść była zresztą kompletnie nieistotna. Jak zauważa kulturoznawca Piotr Zwierzchowski, chodziło o zrównanie ideologii amerykańskiej i hitlerowskiej, co wpisywało się w sowiecką narrację o wrogim Zachodzie: „Postać Supermana miała stać się argumentem zaświadczającym, że amerykańska kultura nie tylko chyli się ku upadkowi, ale – co więcej – nawiązuje w otwarty sposób do goebbelsowskiej koncepcji kultury, co ostatecznie ją dyskwalifikuje”. Superman zatem to „nadczłowiek spokrewniony po mieczu i kądzieli z hitlerowskimi »Uebermenschami«. (...) Jest to po prostu personifikacja amerykańskiej wersji faszyzmu. Ulubionym zajęciem Supermana jest dokonywanie samosądów, bezlitosne znęcanie się nad ludźmi, niszczenie wszystkiego i wszystkich, którzy śmią stanąć mu na drodze” – pisał w 1952 roku publicysta Stefan Arski[18].

Nie tylko komunistyczni propagandziści wzięli w tamtym czasie komiksy na cel. W podobnym tonie o imperialistycznej – ergo pozbawionej wartości – kulturze Ameryki pisali zapatrzeni w ideały komunistyczne intelektualiści francuscy, holenderscy chadecy z Katholieke Volkspartij (Katolickiej Partii Ludowej): apelowali o delegalizację komiksów jeszcze pod koniec lat czterdziestych, w samych Stanach Zjednoczonych zaś sporą popularnością cieszyła się wydana w 1954 roku książka Seduction of the Innocent (Uwiedzenie niewinnych), w której psychiatra Fredric Wertham dowodził związku między lekturą popularnych komiksów a przestępczymi zachowaniami młodych ludzi. Dyskusja, jaką wywołał, przyniosła oczekiwany przezeń skutek: wycofania wielu kontrowersyjnych tytułów oraz dobrowolnego wprowadzenia przez branżę wydawniczą tzw. comic Code Authority, narzędzia autocenzury zbliżonego zasadami do obowiązującego wówczas w Hollywood Kodeksu Haysa. Mainstreamowy komiks zaczął się z tych regulacji uwalniać dopiero w latach siedemdziesiątych.

Komiksy nawet w czasach, gdy były jeszcze lekturą przeznaczoną głównie dla czytelników szukających prostej i mało wymagającej rozrywki, nie przestawały fascynować i prowokować do całkiem poważnych dyskusji – a już na pewno takich, na które w tamtym czasie nie było miejsca na łamach historyjek obrazkowych.

W 1969 roku Larry Niven, amerykański pisarz science fiction wówczas stojący u progu wielkiej kariery, napisał esej Man of Steel, Woman of Kleenex[19], całkiem serio, choć w lekkiej formie analizujący problemy związane z potencjalnym seksualnym związkiem Supermana z ziemską kobietą. Związkiem, warto dodać, niemożliwym do skonsumowania, bo stosunek musiałby się zakończyć śmiercią partnerki. Jak zauważył Niven, ejakulacja Kal-Ela miałaby „prędkość wylotową pocisku z karabinu maszynowego”, jego nasienie zabiłoby więc kobietę, o ile wcześniej Superman nie zmiażdżyłby jej w miłosnym uścisku. Po latach ten temat wrócił w humorystycznym dialogu bohaterów komedii Szczury z supermarketu (1995) w reżyserii Kevina Smitha, który sam jest wielkim miłośnikiem, znawcą i okazjonalnie scenarzystą komiksów superbohaterskich.

W wydanej w 1987 roku książce Superman at Fifty badacze kultury, artyści i naukowcy przyglądali się fenomenowi Człowieka ze Stali z różnych perspektyw, zastanawiając się, czy relacje Clarka z Lois Lane nie są przypadkiem dowodem patologicznego lęku przed związkiem z drugą osobą (do tej teorii odwołali się nawet dowcipnie twórcy animowanego filmu Superman: Doomsday z 2007 roku). Rozważali także, czy odwieczny konflikt Supermana z jego arcywrogiem Lexem Luthorem nosi cechy edypowe, a także w jakim stopniu postawa bohatera jest odbiciem filozofii ojców założycieli Stanów Zjednoczonych, szukających równowagi między wolnością i potrzebą istnienia władzy zwierzchniej, która w jakimś stopniu tę wolność kontroluje.

Nie tylko badacze popkultury zaczęli dostrzegać olbrzymi potencjał opowieści o Supermanie. Gdy w drugiej połowie lat osiemdziesiątych mainstreamowy komiks zwrócił się jeszcze mocniej w stronę dojrzałego czytelnika, wielu scenarzystów postanowiło dokonać radykalnej dekonstrukcji superbohaterskich mitów. W wybitnym, choć kontrowersyjnym Powrocie Mrocznego Rycerza (1986) Franka Millera, opowieści, w której po latach milczenia podstarzały Batman wraca do walki ze złem, Superman został przedstawiony jako fanatyczna marionetka na usługach faszystowskiego rządu federalnego. Czerwony syn (2003) był próbą odpowiedzi na pytanie, co by się stało, gdyby kosmiczna szalupa z Kal-Elem na pokładzie wylądowała nie w Stanach Zjednoczonych, lecz w Związku Sowieckim. W Superman’s Metropolis (1996) bohater zostaje wpisany w futurystyczne realia znane z filmowego arcydzieła Fritza Langa. W grze wideo Injustice: Gods Among Us (2013), a także towarzyszącej jej serii komiksów Superman staje się tyranem, który po śmierci Lois Lane zaprowadza na Ziemi własne, bezlitosne rządy. Podobny „boski” trop – istoty, świadomej, że nikt ze śmiertelników nie jest w stanie jej dorównać – podejmował także reżyser Zack Snyder w Człowieku ze stali (2013): grany przez Henry’ego Cavilla heros miał w sobie powagę i budzącą lęk wyniosłość, jakże odległe od wcześniejszych ekranizacji.

Kino regularnie mierzy się z legendą Supermana. Pierwszy serial kinowy[20] powstał w 1948 roku. Kilka lat później miała miejsce premiera filmu Superman and the Mole-Men (1951) oraz serialu telewizyjnego Adventures of Superman (1952–1958) – rola herosa przyniosła George’owi Reevesowi olbrzymią popularność (gościnnie powtórzył ją nawet w niezmiernie popularnym sitcomie Kocham Lucy), lecz stała się również pośrednią przyczyną jego depresji, a wreszcie śmierci samobójczej. Przełom lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych należał do Christophera Reeve’a i jego roli w czterech częściach kinowego Supermana (1978–1987), kręconego z wielkim realizacyjnym rozmachem i gwiazdami w obsadzie. Rola na stałe zrosła się z wizerunkiem aktora – gdy w 1995 roku Reeve uległ wypadkowi, po którym został trwale sparaliżowany, część mediów zestawiała jego ekranową personę z rzeczywistością; najczęściej podkreślano heroiczną postawę gwiazdora w walce o powrót do sprawności.

Współczesny Superman ma uczciwą, łagodną twarz Davida Corensweta, który zagrał najnowsze wcielenie Clarka Kenta w Supermanie (2025) Jamesa Gunna i wkrótce powtórzy rolę w zaplanowanym na 2027 rok Man of Tomorrow. Warto dodać, że Gunn świadomie nawiązał w swojej produkcji do filmów z Christopherem Reeve’em (wykorzystał m.in. ten sam motyw przewodni skomponowany przez Johna Williamsa), bo zależało mu na powrocie do klasycznego wizerunku herosa jako osoby z gruntu uczciwej, szlachetnej, nigdy niekierującej się w swoich działaniach niskimi pobudkami. Reżyser podkreślał, że chciał w ten sposób przypomnieć o imigranckich korzeniach bohatera, co – zwłaszcza w politycznie spolaryzowanych Stanach Zjednoczonych – ściągnęło na niego falę szyderstw ze strony prawicowych komentatorów.

Gdy na początku lat dziewięćdziesiątych pojawiła się w sprzedaży rozpisana na kilkanaście zeszytów komiksowych saga Śmierć Supermana, donosiły o niej nie tylko rozrywkowe tytuły prasowe. O tym, że Człowiek ze Stali zginie z rąk potwora o imieniu Doomsday, mówiono na antenie popularnej stacji radiowej NPR, pisano na łamach tygodnika „Newsweek” i dzienników, takich jak „The New York Times” czy „The Washington Post” – i to w czasach, kiedy mainstreamowe media rzadko pochylały się nad komiksami o superbohaterach. Nawet jeśli część komentatorów w sensacyjnej fabule dostrzegała, całkiem słusznie zresztą, próbę ożywienia spadającej sprzedaży komiksów. „Bez wątpienia DC Comics zadba o to, by Superman się odrodził: jest zbyt wielką częścią biznesu, żeby pozostać martwym. Ale gdy Człowiek ze Stali wróci, z pewnością będzie bardziej ludzki, a co za tym idzie – bardziej interesujący” – notował anonimowy komentator na łamach „The New York Times”[21], dostrzegający mimochodem, jak scenarzyści komiksowi coraz częściej starają się nadać opowieściom o niezniszczalnych herosach psychologiczną i emocjonalną wiarygodność. A śmierć Supermana faktycznie okazała się chwilowa. Człowiek ze Stali zmieniał się dziesiątki razy, lecz trudno uwierzyć, że mógłby zniknąć na zawsze.

Od ponad osiemdziesięciu pięciu lat nie było miesiąca, w którym nie pojawiłaby się przynajmniej jedna – a z reguły było ich więcej – nowa opowieść. Superman wraca w komiksach, opowiadaniach, serialach telewizyjnych, filmach kinowych, animacjach, grach komputerowych. Stał się symbolem gatunku, popkulturowej rewolucji i amerykańskiej dominacji w świecie wyobraźni – w tym przypadku mógłby zapewne konkurować jedynie z Myszką Miki.

Od Supermana jako symbolu amerykańskości oczywiście nie da się uciec. „Jestem tu, by walczyć w obronie prawdy, sprawiedliwości i demokracji” – deklarował bohater w Supermanie (1978) w reżyserii Richarda Donnera. W oryginale brzmiało to jeszcze dosadniej: „truth, justice and american way”. Filmowego cytatu nie trzeba brać tak dosłownie, scenariusz Supermana świadomie grał z historią komiksów i ich patriotycznymi konotacjami. Jego współtwórcą był zresztą Mario Puzo, autor Ojca chrzestnego. Kto więc, jeśli nie on, miał legitymację do tego, by opowiadać, jak imigranci zmieniają Amerykę? Superman, kinowy hit nagrodzony specjalnym Oscarem za efekty wizualne, zwiastował nową epokę w opowiadaniu historii superbohaterskich, które wkraczały w wiek metaforycznej dojrzałości. Stawały się coraz poważniejsze, coraz głębsze, coraz bardziej skupione na emocjach i psychice bohaterów, co rzecz jasna w żaden sposób nie eliminowało napompowanej testosteronem akcji.

Oczywiście Superman ze swoją nierzadko karykaturalną amerykańskością i mocno zarysowaną szczęką stał się także obiektem kpin i niezliczonych parodii. Gdy widzimy granego przez Józefa Nowaka Asa z Hydrozagadki Andrzeja Kondratiuka, czytamy stworzone przez Tadeusza Baranowskiego komiksowe przygody Orient Mena, oglądamy skecz o Mechaniku Rowerowym z Latającego cyrku Monty Pythona – to zawsze u źródła tego żartu jest niezwyciężony bohater stworzony przez Jerry’ego Siegela i Joego Shustera: jeden z najtrwalszych mitów, jakie stworzyła kultura masowa.

Czy można w ogóle bezpieczne nawigować po świecie rozrywki bez choćby szczątkowej wiedzy na temat superbohaterów? Z pewnością jest to trudne. Dawid Głownia, badacz popkultury, autor popularnego facebookowego fanpage’a Pan Optykon, przypomniał kiedyś list, jaki w 1971 roku – a więc w czasach, gdy amerykańskie komiksy czy nawet wiedza na ich temat nie były w Polsce powszechnie dostępne – do redakcji pisma „Dookoła Świata” napisał czytelnik oburzony seansem Hydrozagadki:

 

Miała to być filmowa komedia. Dziwna to była jednak komedia, skoro – a oglądałem to dziwadło w gronie kilku osób – uśmiechnęliśmy się tylko raz, gdy Dobrowolski tłumaczył przemówienie Asa.

Nie pisałbym o tym do Was, lecz raczej do pisma filmowego, gdyby w związku z tym filmem nie nasunęły mi się pewne myśli – o uczciwości, o gospodarzeniu publicznym groszem, o szacunku (do siebie!) występujących w tym filmie świetnych przecież aktorów, wreszcie o kształtowaniu gustów.

Rozczarowany widz ma prawo zapytać, kto zatwierdził ten, pożal się Boże, scenariusz, kto zlecił go do produkcji, kto wreszcie puścił go na ekran? Dlaczego krytykuje się robotnika, gdy produkuje „chałę”, dlaczego usiłujemy robić wszystko, by w dziedzinie materialnej produkcji zerwać wreszcie z brakoróbstwem, dlaczego tyle wysiłku wkładamy w rozpropagowanie hasła dobrej roboty – a równocześnie w produkcji „duchowej” jesteśmy aż tak tolerancyjni?[22]

 

Czy zdegustowany widz oceniłby film inaczej, gdyby miał szansę przeczytać komiksy o Supermanie? Tego nie wiemy, lecz z pewnością miałby szansę lepiej zrozumieć konwencję, którą parodiował Janusz Kondratiuk.

 
 
Przeczytaj i zobacz:

Superman na wszystkie pory roku, scenariusz: Jeph Loeb, rysunki: Tim Sale, przełożył Maciej Drewnowski, Egmont Polska, 2006

Clark Kent z punktu widzenia czterech bliskich mu osób: przybranego ojca Jonathana Kenta, ukochanej Lois Lane, byłej dziewczyny Lany Lang i arcywroga Lexa Luthora. Więcej refleksji, mniej superbohaterskiej akcji.

 

Superman: Amerykański obcy, scenariusz: Max Landis, rysunki: Nick Dragotta, Tommy Lee Edwards, Joëlle Jones, Jae Lee, Francis Manapul, Jonathan Case, Jock, przełożył Tomasz Sidorkiewicz, Egmont Polska, 2020

Historia dorastania Clarka Kenta w siedmiu odsłonach: od dzieciństwa spędzonego w Smallville po pierwsze doświadczenia w Metropolis. Superman jako człowiek targany rozterkami i wątpliwościami, badający swoje możliwości, poznający ograniczenia i zastanawiający się, co z tą mocą w ogóle zrobić. Portret herosa w procesie tworzenia.

 

Śmierć Supermana, scenariusz: Dan Jurgens, Jerry Ordway, Louise Simonson, Roger Stern, rysunki: Jon Bogdanove, Tom Grummett, Jackson Guice, Dan Jurgens, przełożył Marek Starosta, Eaglemoss Polska, 2017

Niekoniecznie jedna z najlepszych, lecz bez wątpienia jedna z najważniejszych opowieści o Człowieku ze Stali. Tragiczny w skutkach pojedynek Supermana i potężnej istoty znanej jako Doomsday.

 

Superman: Czerwony syn, scenariusz: Mark Millar, rysunki: Dave Johnson, przełożył Jakub Syty, Egmont Polska, 2020

A gdyby kapsuła z niemowlęciem z planety Krypton wylądowała nie w Stanach Zjednoczonych, lecz w Związku Radzieckim? Inteligentna gra superbohaterskim mitem.

 

Joe Shuster. Opowieść o narodzinach Supermana, scenariusz: Julian Voloj, rysunki: Thomas Campi, przełożył Tomasz Sidorkiewicz, Egmont Polska, 2018

Komiksowa biografia twórców komiksu o Supermanie. Skupia się na postaci rysownika Joego Shustera, lecz oddaje należny hołd także scenarzyście Jerry’emu Siegelowi.

 

Superman, reżyseria: Richard Donner, 1978

Najsłynniejsza ekranizacja komiksów o Człowieku ze Stali z ikoniczną i niezapomnianą główną rolą Christophera Reeve’a. Film, który dał legendzie Supermana nowe życie.

 

Hollywoodland, reżyseria: Allen Coulter, 2006

Utrzymana w stylu czarnego kryminału biografia George’a Reevesa (w jego rolę wcielił się nagrodzony na festiwalu filmowym w Wenecji Ben Affleck), pierwszego aktora, który zagrał w kinie Supermana.

 

Człowiek ze Stali, reżyseria: Zack Snyder, 2013

Henry Cavill po raz pierwszy w roli Supermana. Epicka i utrzymana w raczej mrocznej tonacji wizja superbohaterskiego świata była zarazem – na dobre i na złe – otwarciem DC Extended Universe, filmowego uniwersum opartego na komiksach DC, które miało przetrwać kolejnych dziesięć lat (jego ostatnią odsłoną był film Aquaman i zaginione królestwo z 2023 roku).

 

Superman, reżyseria: James Gunn, 2025

Człowiek ze Stali na nowe czasy, reprezentujący wszystko, co w ludziach (i Kryptończykach) najlepsze: kręgosłup moralny, uczciwość, bezinteresowność i chęć niesienia pomocy wszystkim potrzebującym.

 
 

                     

Rozdział 2
1939: BATMAN. Detektyw
 
 

Nie bez przyczyny Batman pozostaje jednym z najpopularniejszych superbohaterów. Nie ma chyba lepszego przykładu, by pokazać, jak przez lata zmieniał się komiks superbohaterski i jak wiele niesie ze sobą możliwości narracyjnych. Od pulpowych opowieści sensacyjnych, poprzez campowe komiksy z lat sześćdziesiątych, po mroczne historie, które u schyłku XX wieku nadały nowy kształt całemu gatunkowi. Od banalnych kopii schematów wyciągniętych z kina sensacyjnego do przenikliwych analiz nastrojów społecznych. Wśród komiksów o Człowieku Nietoperzu znajdziemy zarówno tandetne kryminałki, jak i psychodeliczne wyprawy w podświadomość. I chyba wszystko, co mieści się między tymi skrajnościami.

Batman to także jeden z najbardziej skomplikowanych superbohaterów. Nawet próba odpowiedzenia na pozornie proste pytanie, kim jest, wcale nie wydaje się łatwa. Bruce Wayne[23], spadkobierca rodzinnej fortuny, jako dziecko był świadkiem śmierci swoich rodziców, zastrzelonych przez ulicznego złodziejaszka na jednej z mrocznych alejek Gotham City. Odziedziczone miliony przeznaczył na walkę z przestępczością i całą młodość poświęcił na szkolenie, by wreszcie ruszyć do akcji w stroju nietoperza. Każdy, kto czytał komiksy o Mrocznym Rycerzu – lub oglądał ich ekranizacje – instynktownie czuje, że ta odpowiedź na pytanie, kim jest Batman, okazuje się niepełna.

Batman zadebiutował wiosną 1939 roku na łamach 27 numeru magazynu Detective Comics w krótkiej historii Sprawa syndykatu chemicznego, stworzonej przez scenarzystę Billa Fingera i rysownika Boba Kane’a. Na marginesie: przez całe dekady Bob Kane przypisywał sobie niemal wyłączne autorstwo komiksów o Batmanie, degradując Fingera do roli pomocnika. Mówiąc delikatnie – mijał się w ten sposób z prawdą. Część współpracowników obu artystów wspominała po latach, że wkład twórczy Fingera był nawet większy niż Kane’a. Siła autokreacji rysownika okazała się jednak potężna i scenarzysta został na dobre wygumkowany z historii komiksu – jego nazwisko jako współtwórcy Batmana nie pojawiało się w komiksach ani w ich ekranizacjach. Zmarł w 1974 roku, a jego spadkobiercy długo walczyli o przywrócenie nazwisku Finger należnego miejsca: zdołali to zrobić dopiero w drugiej dekadzie XXI wieku.

Sprawa syndykatu chemicznego była zaledwie wstępem do narodzin jednego z najpotężniejszych mitów popkultury. Już w finale tej historyjki czytelnicy dowiedzieli się, że Bruce Wayne jest w rzeczywistości mścicielem w kostiumie nietoperza, choć swoją podwójną tożsamość skrzętnie ukrywa przed światem. W przeciwieństwie do większości komiksowych superbohaterów Batman jest zwykłym człowiekiem, za to świetnie wytrenowanym i obdarzonym nieprzeciętną inteligencją oraz niezwykle silnym kręgosłupem moralnym. Co prawda we wczesnych komiksach zdarzało się mu zabijać przestępców, co później stało się największym tabu, którego nigdy świadomie nie łamał (choć zdarzały mu się momenty zawahania).

Jednak bez majątku jego geniusz zdałby się zapewne na nic. W filmie Liga Sprawiedliwości (2017, reżyseria Zack Snyder) Batman zapytany o swoje supermoce odpowiada: „Jestem bogaty”. Fortuna Wayne’ów pozwala mu korzystać z najnowszych osiągnięć technologii, budować sieć kryjówek i tuneli pod ulicami Gotham City, a wsparcie wiernego kamerdynera/opiekuna/zastępczego ojca Alfreda oraz kilku innych zaufanych osób zapewnia mu względną swobodę działania poza ramami wyznaczonymi przez prawo. Batman jest bowiem wzorcowym przykładem samozwańczego stróża prawa – w języku angielskim stosuje się chwytliwy zwrot vigilante – który wzorem postaci, takich jak Robin Hood, Zorro, Phantom czy niezliczeni herosi filmowych (i komiksowych) westernów, bierze sprawy w swoje ręce tam, gdzie zawodzą organa ścigania. Rysownik Bill Finger widział zresztą w postaci Bruce’a Wayne’a połączenie sprawności d’Artagnana z dedukcyjnym talentem Sherlocka Holmesa („największy detektyw świata” – to określenie, które w komiksach o Batmanie pada niejeden raz, a sam heros często porównuje się do postaci z książek Arthura Conan Doyle’a). Warto zauważyć, że wśród inspiracji do stworzenia postaci Człowieka Nietoperza Bob Kane wymieniał nie tylko dzieła kultury, lecz także projekty maszyn sporządzonych przez Leonarda da Vinci, a w szczególności szkic ornitoptera[24]; zestawiał w pewnym sensie niezwykły umysł renesansowego mistrza z umysłem Bruce’a Wayne’a.

Batman został świadomie wykreowany jako swoiste przeciwieństwo Supermana na zasadzie prostych kontrastów: światło – mrok, Helios – Hades, siła – intelekt, obcy – człowiek, proletariackie wychowanie – odziedziczona rodzinna fortuna. O ile jednak Superman wkraczał do akcji w glorii nadprzyrodzonego bóstwa, o tyle Batman krył się w cieniu, atakował znienacka, był istotą mroku. Superman budził respekt nadludzką mocą, Batman wywoływał atawistyczny lęk, w oczach przestępców jawił się jako stworzenie z opowieści grozy, wielka niewiadoma, odprysk podań o wampirach, do czego zresztą zgrabnie nawiązał Tim Burton w swoim filmie z 1989 roku, gdzie już w pierwszej scenie bohater jest przez drobnych przestępców opisywany niemal jak istota z innego świata.

Grant Morrison w Supergods pisze:

 

Gdzie Superman dążył do nowoczesności pod każdym względem, od wizerunku bohatera po filmowy montaż fabuły niczym wziętej z gazetowych nagłówków, tam komiksy o Batmanie pławiły się w śmieciowej estetyce tanich kryminałów i groszowych opowieści grozy. Zbrodnia, szaleństwo i to, co nadnaturalne, były tłem dla działania Batmana i pozwalały na eksplorację bogatego dziedzictwa (...) sięgającego kilku stuleci wstecz do gotyckich horrorów Horace’a Walpole’a oraz Mnicha Lewisa[25].

 

Sam Mroczny Rycerz okazał się modelową ilustracją dualizmu: całkiem dosłownie prowadzi podwójne życie – nocą jest pogromcą zła, za dnia zaś bywalcem socjety Gotham City, który hojnie wspiera potrzebujących, lecz jednocześnie często postrzega się go jako utracjusza i bawidamka.

Pytanie, czy Bruce Wayne mógł w jakiś lepszy sposób wykorzystać swój majątek, jest bez wątpienia zasadne, i z biegiem czasu zaczęło się pojawiać zarówno w komiksach, jak i w filmach. We Flashu (2023, reżyseria Andy Muschietti) Batman w niecodziennym przypływie bezwzględnej szczerości wyznaje, że decyzja o walce była błędna i powinien przeznaczyć swoje pieniądze na inne, bardziej szlachetne cele.