Stawka większa niż futbol. Co koszulki piłkarskie mówią o polityce, pieniądzach i władzy - Joey D’Urso - ebook
NOWOŚĆ

Stawka większa niż futbol. Co koszulki piłkarskie mówią o polityce, pieniądzach i władzy ebook

Joey D’Urso

0,0

Opis

DWADZIEŚCIA DWIE PIŁKARSKIE KOSZULKI, KTÓRE WYJAŚNIAJĄ ŚWIAT, GEOPOLITYKĘ I OPOWIADAJĄ O NASZYCH CZASACH

Futbol to niezwykłe emocje. Ale w cieniu rozświetlonych stadionów kryją się niejasne machinacje, nieoczywiste intrygi i skomplikowane zamiary, które mają coraz większy wpływ na to, jak wygląda współczesna piłka nożna. Wszędzie – od Petersburga po maleńkie wyspy na Pacyfiku, od Barcelony po Zatokę Perską – politycy, biznesmeni, kombinatorzy i przestępcy starają się wykorzystać globalną popularność futbolu do własnych celów.
 
Dlaczego putinowska Rosja za pośrednictwem Gazpromu sponsorowała drużyny z Niemiec i Serbii oraz Ligę Mistrzów? Po co Arabii Saudyjskiej silna liga pełna gwiazd oraz głośnych nazwisk i jak to się ma do rywalizacji arabskich krajów na arenie międzynarodowej? Z jakiego powodu chińscy magnaci zaczęli inwestować w angielskie kluby? I skąd nagły zalew reklam kryptowalut i zakładów bukmacherskich w sporcie?
 
Joey D’Urso odwiedził pięć kontynentów, obejrzał mnóstwo meczów i rozmawiał z dziesiątkami osób, żeby zrozumieć i opisać, w jakim kierunku zmierza współczesny futbol. W tej łączącej reportaż z dziennikarskim śledztwem książce wykorzystuje pretekst w postaci 22 koszulek piłkarskich, odmalowując fascynujący, skomplikowany i zniuansowany obraz świata futbolu XXI wieku.
 
Wszystko po to, żebyś następnym razem, gdy znajdziesz się na stadionie albo zasiądziesz przed telewizorem, dostrzegł w meczu piłkarskim coś więcej niż rywalizację o zwycięstwo na boisku.
 
 
To znakomita książka o futbolu — choć również o czymś znacznie większym. „The Times”
Stawka większa niż futbol pokazuje, dlaczego geopolityka nieustannie wkracza na boisko. „The Economist”
Prosty koncept D’Urso daje zaskakująco świeży obraz współczesnego futbolu. „The Guardian”
 

NOMINACJA DO NAGRODY WILLIAM HILL SPORTS BOOK OF THE YEAR 2025

 

FINALISTA NAGRODY BEST SPORTS WRITING OF THE YEAR PODCZAS SPORTS BOOK AWARDS 2026

 

SPORTOWA KSIĄŻKA ROKU 2025 WEDŁUG „THE GUARDIAN”

 

SPORTOWA KSIĄŻKA ROKU 2025 WEDŁUG WATERSTONES

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 561

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



WPROWADZENIE

Mam nadzieję, że dzięki tej książce zaczniesz postrzegać świat inaczej. Jeśli brzmi to zbyt pretensjonalnie, pozwól mi wyjaśnić: liczę na to, że po tej lekturze będziesz inaczej patrzeć na świat w kontekście piłkarskich koszulek, które widzisz na co dzień. Są one bowiem czymś więcej, niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Za każdą z nich kryje się głębsza opowieść o świecie, w którym żyjemy.

Aby przedstawić historie związane z 22 koszulkami piłkarskimi – tyle starczy, by ubrać dwie jedenastki – odwiedziłem kilkanaście krajów na pięciu kontynentach. Podróżowałem od Kolumbii po Kapsztad, od Teksasu po Katar, od Niemiec po Indie. Każdy rozdział to opowieść o dwóch koszulkach, które prowokują dyskusję na jakiś ważny pozafutbolowy temat: od geopolityki po imigrację, od nacjonalizmu po ropę i gaz. Niezależnie od miejsca zamieszkania prawdopodobnie widzisz na ulicy ludzi w futbolowych strojach albo ubranych w nie piłkarzy, gdy oglądasz mecz lub przypadkowo spojrzysz na telewizor stojący w jakimś kącie. W niektórych częściach globu łatwiej niż gdzie indziej zobaczyć na co dzień koszulki piłkarskie, ale najpopularniejszy sport na świecie staje się coraz popularniejszy i będzie jeszcze popularniejszy w chwili, kiedy przeczytasz ten akapit, niż wtedy, gdy go pisałem. Niedługo po lekturze tych słów zauważysz koszulkę jakiejś drużyny w miejscu publicznym – być może będzie to pierwsza rzecz, jaka rzuci ci się w oczy po wyjściu z domu. A jeśli jesteś akurat w kawiarni lub korzystasz z transportu publicznego, może dostrzeżesz jakąś z miejsca, w którym się znajdujesz. Mam nadzieję, że przeczytawszy tę książkę, zauważysz coś więcej w każdej koszulce, na którą spojrzysz. Liczę też, że dowiesz się o strojach piłkarskich czegoś nowego. Być może stanie się to dla ciebie jasne dopiero po sięgnięciu do innych źródeł, ale na pewno coś zaobserwujesz – bo za każdą koszulką kryje się jakaś historia.

Najważniejsze wspomnienia miliardów ludzi są związane z piłką nożną. Może chodzić o podskoki na trybunach, piwo wylane na kogoś w pubie lub uściski z bliskimi przed telewizorem. Koszulki piłkarskie mogą jednak nie tylko przywoływać przeżycia związane z meczami lub powiedzieć nam coś o samym futbolu – za ich pośrednictwem da się też lepiej zrozumieć świat wokół nas, bo oferują nam wgląd w zjawiska, które na pierwszy rzut oka nie łączą się ze sportem. Koszulka niemieckiej drużyny z logo rosyjskiej firmy gazowej skłania do opowieści o jednym z najważniejszych problemów tego stulecia: jak Rosja pod rządami Władimira Putina osunęła się w dyktaturę i wskrzesiła konflikty, które wydawały się już dawno zakończone. Koszulka piłkarska z zarysem twarzy barona narkotykowego z Medellín pozwala zrozumieć burzliwą historię Kolumbii i wyjaśnia, dlaczego piłka nożna na całym świecie tak często kojarzy się z przestępczością zorganizowaną. Piłkarze Newcastle United z postindustrialnej północno-wschodniej Anglii noszą trykoty w kolorach flagi Arabii Saudyjskiej, oddając w ten sposób hołd autorytarnemu państwu, które finansuje działalność klubu. A to z kolei prowokuje do rozważań o zasilających nasz świat ropie i gazie oraz o tym, co może się stać, gdy te surowce się wyczerpią.

Nie twierdzę, że piłka nożna jest główną siłą napędową wszystkich tych globalnych trendów. Sport jest po prostu jednym z wielu możliwych wątków narracyjnych, ale angażuje nas i intryguje chyba bardziej niż suche dane ekonomiczne bądź wiadomości na temat polityków z dalekich krajów i o trudnych do zapamiętania nazwiskach. Oczywiście nie wszystkie ważne kwestie da się wyjaśnić za pośrednictwem piłkarskich koszulek. Szukanie odpowiedniego stroju, za którym kryłaby się historia dotycząca rozwoju sztucznej inteligencji lub niebezpieczeństw związanych z opornością bakterii na antybiotyki, byłoby w momencie pisania tej książki nieco naciągane, lecz to może się zmienić. Ale im bardziej piłka nożna się globalizuje, im prędzej rozwijają się telewizja satelitarna i szybki internet, tym większą rolę odgrywa ona w sprawach międzynarodowych, a jej powiązania z polityką stają się bliższe i częstsze. Futbol może nam pomóc zrozumieć problemy, które inaczej pozostałyby zbyt abstrakcyjne, poważne lub odległe, aby je pojąć. Koszulki piłkarskie skłaniają nas do zastanowienia się nad sprawami, które są znacznie ważniejsze od tego sportu, ale nie są wcale od niego większe – ponieważ nie ma nic większego. Wprawdzie na świecie podzielonym przez język, religię i geografię nic nie jest naprawdę uniwersalne, ale najbliżej tego statusu jest właśnie futbol i nic nie może się z nim pod tym względem równać. Dlatego koszulki piłkarskie, w całej swej różnorodności, to niemal uniwersalne przedmioty, za pomocą których możemy spróbować zrozumieć nasz świat.

Każdy z nas pamięta swoją pierwszą koszulkę piłkarską. Od czwartego roku życia chodzę na mecze Aston Villi w moim rodzinnym Birmingham. Pierwsze spotkanie, które widziałem na żywo, z Arsenalem w 1996 roku, zakończyło się remisem 2:2. Nadal mam program z tego dnia, na którego okładce widnieje występujący wtedy w The Villans Gareth Southgate, przyszły trener reprezentacji Anglii. Na moich zdjęciach z dzieciństwa pojawia się mnóstwo różnych gadżetów klubowych w bordowo-niebieskich barwach, których tradycja sięga 1888 roku, kiedy to William McGregor, prezes Aston Villi, został jednym z założycieli pierwszej na świecie ligi piłkarskiej. Do dziesiątego roku życia nie miałem jednak wiernej repliki koszulki. Zmieniło się to, gdy moja babcia przeprowadziła się po śmierci dziadka, dzięki czemu miała trochę wolnej gotówki. Dała więc każdemu wnukowi po 100 funtów, z zastrzeżeniem, że zamiast rozsądnie zachować je na przyszłość, powinniśmy wydać pieniądze, na co tylko chcemy. Byłem wystarczająco duży, by dobrze wiedzieć, co z nimi zrobić.

Aston Villa w sezonie 2002/03 grała w bordowych koszulkach z błękitnymi rękawami i bordowo-błękitnym paskiem w kształcie litery V przy dekolcie. Spodenki były białe, a getry – co nietypowe – bordowe, a nie niebieskie. Kupiłem cały komplet i prawie go nie zdejmowałem. Na przodzie znajdowało się logo Rovera, legendarnej firmy motoryzacyjnej z siedzibą w Longbridge, zaledwie kilka kilometrów od miejsca, gdzie dorastałem, czyli Bournville, skąd pochodzi czekolada Cadbury, kolejna ikona brytyjskiego przemysłu. Rover i Villa idealnie do siebie pasowały, podkreślając rolę Birmingham jako znanego w XX wieku na całym świecie centrum brytyjskiego przemysłu motoryzacyjnego. Na białej koszulce wyjazdowej z tamtego sezonu pojawiło się natomiast MG, inny ważny brytyjski producent samochodów, należący do MG Rover Group. W momencie podpisania umowy z Aston Villą Rover był ostatnim na Wyspach producentem aut dla mas, a niedługo później się zwinął. Przez dziesięciolecia zakłady i miejsca pracy przenosiły się na wschód, do krajów Europy Wschodniej i Azji, gdzie siła robocza była tańsza. Fabryka w Longbridge nie mogła tego przetrwać. W 2005 roku, po długich negocjacjach dotyczących przejęcia, Rover ogłosił upadłość, a rok później jego logo na koszulkach Villi zostało zastąpione przez znak firmowy niemieckiej grupy finansowej DWS Investments. Po raz pierwszy od dziesięcioleci w Longbridge zaprzestano produkcji samochodów, sześć tysięcy pracowników MG Rover zostało zwolnionych, a wielu innych ludzi, którzy byli zaangażowani w cały łańcuch dostaw, straciło zatrudnienie.

W tamtym czasie grałem w zespole występującym w juniorskiej lidze niedaleko Longbridge i nawet na treningach nosiłem strój Aston Villi. W całej okolicy panowało poczucie straty, które kilka lat później ogarnęło również Bournville. Firmę Cadbury założyli wiktoriańscy kapitaliści, którzy nie zapominali o dobroczynności; to oni wznieśli moją dzielnicę, mającą być „modelową wioską” z zielenią i innymi udogodnieniami dla pracowników, a wszystko to w czasach, gdy takie podejście było rzadkością. W 2009 roku przedsiębiorstwo cukiernicze sprzedano amerykańskiemu koncernowi Mondelēz International. W Bournville wciąż produkowano czekoladę marki Cadbury, sytuacja wyglądała znacznie lepiej niż w Longbridge, ale okoliczności się zmieniły. Miasto też się zmieniło – tylko Aston Villa w swej istocie pozostała taka sama. Kluby piłkarskie są dla wielu z nas stałym punktem odniesienia w świecie, w którym wszystko inne wydaje się nietrwałe: firmy powstają i upadają, krewni żyją i umierają, domy kupuje się i sprzedaje. Żaden z członków mojej rodziny nie mieszka już w tym samym miejscu, co w czasach moich narodzin, Villa Park natomiast wciąż jest tam, gdzie był – jako jedyna stała geograficzna w moim życiu. Jednakże nawet kiedy jakiś klub przenosi się na nowy stadion, drużyna pozostaje, niczym gwiazda polarna w nieustannie zmieniającym się świecie. To, jak wyglądały bordowo-błękitne koszulki mojej drużyny przez te wszystkie lata, mówi wiele zarówno o miejscu, w którym dorastałem, jak i o ważniejszych procesach o zasięgu globalnym. To przykład z mojej działki. Wy macie pewnie własne.

Kibice mogą kupować repliki koszulek piłkarskich dopiero od mniej więcej pół wieku. Pewnego dnia w październiku 1973 roku John Griffiths, dyrektor zarządzający brytyjskiego Admirala, który produkował sprzęt sportowy, przejechał 160 kilometrów z fabryki w Leicestershire na obrzeża Leeds, aby wziąć udział w porannym spotkaniu w siedzibie firmy zajmującej się sprzedażą wysyłkową. Spotkanie nie zakończyło się sukcesem, ale po śniadaniu Griffiths i jego kolega zauważyli po drugiej stronie ulicy trenujących piłkarzy Leeds United, drużyny, która przeżywała wówczas okres świetności pod wodzą legendarnego menedżera Dona Reviego. Griffiths zaczepił szkoleniowca, przy filiżance herbaty pokazał mu w biurze kilka próbek koszulek i wpadł na rewolucyjny pomysł1. Wcześniej kluby piłkarskie po prostu kupowały od detalistów gotowe stroje w odpowiadających im barwach. Griffiths jednak zaproponował, aby Admiral i Leeds wspólnie zaprojektowały koszulkę. Revie dał jasno do zrozumienia, że całkowicie biały komplet domowy Leeds, wzorowany na barwach Realu Madryt, jest świętością, ale powiedział też, że firma może puścić wodze fantazji, jeśli chodzi o żółty strój wyjazdowy i koszulki treningowe. Dyrektor Admirala zaproponował, że jego firma stworzy szyty na zamówienie trykot dla piłkarzy, który można by też sprzedawać kibicom. Przedstawił projekt koszulki z logo Admirala na piersi, umieszczonym obok herbu Leeds, a także dresu z napisem „Admiral”, który zawodnicy mieli zakładać przed rozpoczęciem spotkania. Współpraca okazała się ogromnym sukcesem, a repliki znikały z półek sklepowych nie tylko w West Yorkshire. Przez pewien czas oszalałe na punkcie futbolu angielskie dzieciaki mogły kupić tylko stroje Leeds United, ale wkrótce inne kluby i producenci odzieży sportowej skopiowali ten pomysł.

Wiele koszulek, o których będzie mowa w tej książce – choć nie wszystkie – opowiada jakąś historię związaną z widniejącym na nich logo sponsora. Za pierwszy klub, który umieścił znak sponsora (a nie producenta strojów) na koszulkach, uchodzi urugwajski Peñarol. Klub z Montevideo zdecydował się na taki ruch w 1950 roku, ale szybko zrezygnował z tego pomysłu2. Przez większość XX wieku w wielu krajach obowiązywał zakaz kalania koszulek czymś tak haniebnym jak reklama jakiejś firmy. Piłka nożna cieszyła się już wówczas niezwykłą popularnością, ale nie była tak gładka i korporacyjna jak dzisiaj. Pierwszą jednoznacznie sponsorską umowę zawarto w 1973 roku, tym samym, w którym Leeds nawiązał współpracę z Admiralem w zakresie produkcji strojów. To właśnie wtedy niemiecki Eintracht Brunszwik umieścił na koszulkach logo lokalnego producenta alkoholi Jägermeister. Trunek ów jest wraz z Red Bullem składnikiem koktajlu Jägerbomb3. A koncern spod znaku czerwonego byka to w tej chwili niezwykle ważny gracz w świecie piłki nożnej; jest nie tylko sponsorem, ale też właścicielem klubów z Lipska, Salzburga, Nowego Jorku i brazylijskiej Bragançy Paulisty, posiada również mniejszościowe udziały w Leeds United.

W dzisiejszych czasach wytwórcy napojów wyskokowych w roli dobrodziejów futbolu są czymś zwyczajnym w Ameryce Południowej, jednak żadna ze znaczących europejskich drużyn nie umieściła na koszulkach logo marki alkoholu. Taki ruch prowokuje bowiem niewygodne pytania o reklamy skierowane do dzieci, piłka nożna zaś ma obecnie znacznie bardziej globalny zasięg. Gwiazdą Liverpoolu od kilku lat jest Mohamed Salah, dumny ze swojego przywiązania do islamu. Gdyby Egipcjanin strzelał niezliczone bramki dla Liverpoolu w koszulce z logo Carlsberga, duńskiej marki piwa, która zajmowała centralne miejsce na trykotach The Reds w latach 1992–2010 i nadal ma umowę reklamową z klubem, mogłoby to spowodować spore problemy.

W latach 70. sponsoring sportowy zaczął podbijać rynek niemiecki, gdzie Bayern Monachium, najpopularniejsza drużyna w kraju, podpisał umowę z Adidasem, który został zarówno producentem strojów, jak i koszulkowym sponsorem Bawarczyków. W Anglii odezwały się głosy sprzeciwu, gdy Derek Dougan, napuszony prezes małego klubu Kettering Town, zawarł umowę na „czterocyfrową sumę” z lokalną firmą motoryzacyjną Kettering Tyres. W styczniu 1976 roku występujący w półprofesjonalnej Southern League zespół rozegrał mecz ligowy z Bath City, podczas którego jego piłkarze mieli na piersi owe dwa kłopotliwe słowa. Surowe napomnienie ze strony federacji piłkarskiej sprawiło, że klub zmienił napis, usuwając z niego kilka liter, tak że na koszulkach można było przeczytać „Kettering T” – Dougan twierdził, że litera T oznacza „Town” (miasto). Ostatecznie jednak, w obliczu groźby kary, wycofał się z tego pomysłu.

Działacz z Kettering i jemu podobni argumentowali, że kluby z kontynentu czerpią korzyści z pieniędzy od sponsorów, a angielskie drużyny w tym samym czasie tracą okazję do zarobku. Kilka lat później Football Association ustąpiła i zniosła zakaz reklam na koszulkach. W 1979 roku Liverpool został pierwszym zespołem z najwyższej klasy rozgrywkowej, który pozyskał sponsora na stroje – japoński producent elektroniki Hitachi zapłacił za dwuletni kontrakt 100 tysięcy funtów4. Rywale The Reds szybko poszli w ich ślady, pomimo zakazu pokazywania koszulek z logo sponsorów w BBC, który zresztą został wkrótce uchylony. Obecnie w Match of the Day, cotygodniowym programie z najciekawszymi fragmentami meczów, można zobaczyć nazwy sponsorów nie tylko na koszulkach, ale także na billboardach wokół boisk i na ściankach, na których tle menedżerowie i piłkarze udzielają wywiadów. A wszystko to mimo surowego embarga na pokazywanie w BBC tradycyjnych reklam.

Pojawianie się nazw sponsorów na koszulkach było procesem powolnym i nierównomiernym. Aston Villa zdobyła Puchar Europy w 1982 roku, dziesięć lat przed moimi narodzinami. Na zdjęciach z tego najwspanialszego wieczoru w historii klubu, kiedy to kapitan Dennis Mortimer uniósł w Rotterdamie trofeum po niespodziewanym zwycięstwie 1:0 z Bayernem Monachium, widać, że ani gracze z Wysp, ani Niemcy nie mieli sponsorów na koszulkach, mimo że Bawarczycy przecierali pod tym względem szlaki. W następnym sezonie nowo koronowanego klubowego mistrza Europy sponsorował browar Davenports z Birmingham. W tamtych czasach, gdy w telewizji nie było zbyt wielu transmisji piłkarskich, a w świecie piłki nożnej krążyło znacznie mniej pieniędzy, sponsorzy pochodzili często z okolic siedzib poszczególnych zespołów, a umowy przynosiły tym ostatnim jakieś nędzne grosze. Prezesi byli jednak wdzięczni za jakiekolwiek sumy, które mogły zasilić klubową kasę.

Po wygaśnięciu umowy z Davenports Aston Villa przez jakiś czas nie miała sponsora, co nie było wtedy niczym szczególnym. Umowy tak czy siak nie opiewały na duże kwoty, więc nie miało to większego znaczenia. Pierwszy długoterminowy kontrakt sponsorski, z japońską firmą elektroniczną Mita Copiers, klub zawarł w 1984 roku i obowiązywał on do 1993 roku. W tym okresie tego typu przedsiębiorstwa odgrywały ogromną rolę w angielskim futbolu: Sharp sponsorował Manchester United, JVC – Arsenal, a Brother – Manchester City. Japońska gospodarka przeżywała wówczas boom i eksportowała elektronikę na cały świat. W połowie lat 90. w Kraju Kwitnącej Wiśni nastąpił okres spowolnienia, znany jako „stracona dekada” tamtejszej ekonomii, a umowy z angielskimi klubami stopniowo wygasły. Aston Villa miała później cały szereg dobrodziejów, w tym niemieckiego producenta jogurtów Müller, amerykańską firmę komputerową AST oraz spółkę telekomunikacyjną NTL – nazwa tej ostatniej pojawiła się na klubowych koszulkach na początku XXI wieku, kiedy Brytyjczycy zyskali dostęp do łączy szerokopasmowych i telefonów komórkowych.

Po Roverze, DWS Investments i internetowym kasynie 32Red kolejny sponsor Villi był swego rodzaju dziwactwem – została nim firma, która szła pod prąd coraz większej komercjalizacji futbolu. Randy Lerner, ekscentryczny amerykański właściciel klubu, postanowił zrezygnować z tradycyjnego sponsora i w latach 2008–2010 na koszulkach Aston Villi widniało logo Acorns, miejscowego hospicjum dla dzieci. Kibice ciepło wspominają te stroje nie tylko ze względu na ten fakt, ale także dlatego, że był to bardzo udany okres dla drużyny, która trzykrotnie zajęła szóste miejsce w lidze, grała w Pucharze UEFA / Lidze Europy i dotarła do finału Pucharu Ligi. Nadal mam tę koszulkę, chociaż logo Acorns mocno się wytarło po 15 latach nasiąkania potem i prania. The Villans byli pierwszym angielskim zespołem, który zamiast logo komercyjnego przedsiębiorstwa umieścił na trykotach znak organizacji charytatywnej. Angielski klub wzorował się na Barcelonie, która rok wcześniej po raz pierwszy umieściła na swoich słynnych granatowo-bordowych koszulkach logo zajmującego się pomocą dzieciom UNICEF-u. Jego następcą został Qatar Airways, sponsor o nieco mniej szlachetnych intencjach – ale o tym później.

Ten napad altruizmu nie przysłużył się jednak zespołowi na boisku. Lerner wydał setki milionów funtów, ale drużyna nie zdołała przebić się do elity, więc bogacz wkrótce zakręcił kurek z pieniędzmi i rozpoczął się powolny, acz stały proces upadku. W klubie zrozumiano, że nie obędzie się bez pieniędzy od sponsorów, i Villa w latach 2016–2019, gdy występowała w Championship, reklamowała kolejne firmy z branży hazardowej, podobnie jak wiele innych angielskich drużyn. Nazwy firm bukmacherskich coraz częściej pojawiały się na koszulkach klubów brytyjskich i z innych części Europy; widniały też na strojach mojej drużyny od 2018 roku, przez cały okres jej niezwykłego odrodzenia, zwieńczonego w sezonie 2023/24 pierwszym od czterech dekad występem w najważniejszych rozgrywkach kontynentalnych. W październiku 2024 roku byłem na stadionie Villa Park na meczu Ligi Mistrzów z Bayernem i widziałem, jak historia się powtarza: Aston Villa znowu wygrała 1:0 i jest to moje najlepsze wspomnienie z całego kibicowskiego życia. Nieodłączną częścią mojej dojrzałej tożsamości, nawet gdy już pracowałem w Londynie, było dumne kibicowanie słabej drużynie z prowincji. To, że mój zespół po zatrudnieniu hiszpańskiego menedżera Unaia Emery’ego nagle zaczął olśniewać, było czymś magicznym, choć wprawiało mnie też w osłupienie. Noszenie koszulki Villi na londyńskiej siłowni, co często mi się zdarzało, smakowało zupełnie inaczej niż jeszcze kilka lat wcześniej.

Dwa lata po ukończeniu studiów przeniosłem się na kilka miesięcy do Lyonu, gdzie uczyłem się francuskiego i pracowałem na pół etatu. W mojej klasie byli Brytyjczyk, kilku Niemców, wielu Koreańczyków z Południa, dwóch Japończyków i ludzie z różnych krajów Ameryki Południowej. Pewnego dnia zagraliśmy w grę, którą prawdopodobnie znacie: jedna osoba zapisuje nazwisko znanej postaci na kartce i przykleja ją do czoła kogoś innego, a ten ktoś zadaje pytania, na które można odpowiedzieć „tak” lub „nie”. „Czy to mężczyzna?”; „Czy to piosenkarz?” – dopóki nie odgadnie, o kogo chodzi.

Ze względu na międzynarodowy skład zabawa była trudna, mieliśmy niewiele wspólnych punktów odniesienia. Nawet w przypadku postaci, które wydawały mi się powszechnie znane – Beyoncé, Madonna, Tom Cruise – barierą okazywał się fakt, że ich twórczość powstaje w języku, którym nie mówi się w większości świata. Wszyscy znali królową Elżbietę II, Baracka Obamę i Donalda Trumpa, wówczas kandydata na prezydenta USA. A poza tą znamienitą trójką jeszcze dwie osoby: Lionela Messiego i Cristiano Ronaldo. Obaj mogą uważać samych siebie za najlepszych piłkarzy wszech czasów – Argentyńczyk bez wątpienia udowodnił to, wygrywając mistrzostwa świata w 2022 roku – ale także uznawać się za najsłynniejszych ludzi w dziejach. Trudno docenić piosenki śpiewane w obcym języku, jeszcze trudniej o to w przypadku telewizji i filmów, ale piłka nożna, jedna z niewielu naprawdę uniwersalnych pasji ludzi na całym świecie, potrafi przekroczyć tę barierę. Messi stał się celebrytą w Stanach Zjednoczonych, mimo że nie wypowiada się publicznie po angielsku. Trudno sobie wyobrazić, że coś takiego mogłoby się udać komuś innemu. W USA piłka nożna znajduje się daleko w tyle za innymi sportami, w Indiach najważniejszy jest krykiet, ale sytuacja w obu tych krajach szybko się zmienia. Nie ma sportu, który cieszyłby się choćby zbliżoną do piłki nożnej popularnością. Niewiele jest rzeczy, które zobaczysz niemal w każdym zakątku świata. Jedną z nich jest logo Coca-Coli, inną białe plastikowe krzesełko Monobloc z zakrzywionymi podłokietnikami i otworami wentylacyjnymi z tyłu. No i koszulki piłkarskie, zazwyczaj wykonane z taniego poliestru i sprzedawane klientom w krajach Zachodu za ponad 100 dolarów. Produkuje się je (lub nielegalnie podrabia) za ułamek tej ceny, często rękoma zarabiających grosze pracowników z tych części świata, gdzie prawo pracy niespecjalnie się przyjęło.

Pomysł na tę książkę – wykorzystanie koszulek piłkarskich jako narzędzia do wyjaśniania otaczającego nas świata – dojrzewał w mojej głowie od dawna. W 2016 roku zacząłem pracę jako dziennikarz zajmujący się brytyjską polityką, cztery lata później zostałem reporterem śledczym serwisu sportowego The Athletic, obecnie należącego do „New York Timesa”. Nurzając się w brudach świata futbolu, ujawniałem nieprawidłowości, do których w nim dochodzi, pisałem o klubach z Premier League reklamujących nielegalnych azjatyckich bukmacherów i produkty kryptowalutowe, które stworzono, by nabijać kibiców w butelkę. Często pomysł na artykuł przychodził mi do głowy, gdy widziałem w telewizji umieszczoną na koszulce lub billboardzie nazwę jakiegoś osobliwego sponsora – pieniądze przepływające przez uniwersum sportu naprawdę wiele mówiły o naszym świecie. Później przeniosłem się do „Timesa”, gdzie pracuję jako dziennikarz analizujący dane; nadal piszę o polityce, sporcie i innych rzeczach, wykorzystując liczby do opowiadania historii.

To książka dla pasjonatów futbolu, ludzi głęboko przywiązanych do koszulek konkretnych drużyn i pragnących zrozumieć większe siły stojące za tym sportem. A także dla osób żywo zainteresowanych polityką i sprawami międzynarodowymi, które niekoniecznie śledzą rozgrywki piłkarskie, ale wiedzą, że obecnie to coś więcej niż tylko gra. Mam nadzieję, że uda mi się zainteresować moją opowieścią czytelników, którzy chcą pojąć, jakie znaczenie dla bliskowschodniej geopolityki ma organizacja mistrzostw świata w Katarze i Arabii Saudyjskiej, oraz zrozumieć wysiłki Chin, które starają się wykorzystać futbol jako narzędzie polityki zagranicznej, czy rolę tego sportu w historii imigracji i integracji europejskiej. Czasami to nie nazwa sponsora, ale jakiś inny element koszulki sprawia, że kryje się za nią szersza historia. Tak jest choćby w przypadku niebieskich strojów reprezentacji Francji, symbolizujących niełatwe relacje tego kraju ze społecznościami imigrantów, których potomkowie dominują dziś w drużynie Trójkolorowych. Lub w przypadku pozbawionej logo sponsora koszulki bramkarki reprezentacji Anglii, co mówi nam o zmieniających się rolach płciowych na całym świecie. Jako osoba zafascynowana zarówno piłką nożną, jak i polityką mam nadzieję, że ta książka trafi do odbiorców zainteresowanych przynajmniej jednym z tych zjawisk.

Ze wzrostem popularności piłki nożnej na całym świecie łączy się pewien paradoks: uwagę kibiców ogniskuje na sobie niewielka grupa klubów z Europy Zachodniej. Podobnie rzecz ma się z pieniędzmi, które płyną przede wszystkim do największych. W kwietniu 2021 roku kilka potęg podjęło niesławną próbę odłączenia się od dotychczasowych struktur piłkarskich i stworzenia Superligi. Cała idea jednak błyskawicznie upadła w wyniku gwałtownej reakcji fanów. Koszulki tych klubów można zobaczyć na całym świecie, choć ich autentyczność często budzi spore wątpliwości.

W naszych czasach popularność zyskują też stroje w stylu retro – to dynamicznie rozwijająca się gałąź tej branży. Wśród kibiców istnieje nostalgia zarówno za wzorami i jaskrawymi kolorami koszulek z dawnych lat, jak i za sponsorami, którzy wydawali się bardziej realni i zakorzenieni w społecznościach, z których pochodzą drużyny, zwłaszcza w porównaniu z obecną sytuacją; na przykład kilka włoskich klubów było sponsorowanych przez firmy kryptowalutowe, które ostatecznie zbankrutowały. Ale być może patrzymy na przeszłość przez różowe okulary. Włoska Parma to na Półwyspie Apenińskim waleczny outsider, który na przełomie tysiącleci miał swój czas chwały, ten jednak nierozerwalnie wiązał się z oszustwami producenta wyrobów mlecznych, będącego właścicielem klubu i reklamującego się na jego koszulkach. Logo noszone przez piłkarzy na piersiach przypominają również o skandalach finansowych i zawirowaniach geopolitycznych.

W październiku 2021 roku saudyjski Public Investment Fund kupił Newcastle United, słabo radzącą sobie wówczas angielską drużynę z ogromną rzeszą fanów. Borykający się z problemami klub został nagle krezusem, przynajmniej na papierze. Chociaż cały obraz komplikują przepisy dotyczące wydatków w Premier League, to Newcastle, Manchester City, którego właścicielem jest Abu Dhabi United Group ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, i należące do Katarczyków Paris Saint-Germain mogą w przyszłości stoczyć proxy war, czyli wojnę zastępczą. W świecie ograniczonych zasobów naturalnych, których spalanie szkodzi klimatowi, wspomniane pustynne państwa z Bliskiego Wschodu stały się energetycznymi supermocarstwami, a w ramach „dywersyfikacji” rywalizują i zawierają sojusze na błotnistych boiskach, w meczach rozgrywanych w trakcie północnoeuropejskiej zimy. Koszulki piłkarskie mogą zatem odgrywać rolę w toczących się tysiące kilometrów stąd globalnych grach o władzę.

Kiedy mówię ludziom, że napisałem książkę o koszulkach piłkarskich, które wyjaśniają, jak działa świat, czasami zakładają oni, że skupiam się na najsłynniejszych strojach, w których grają europejskie potęgi. Ale przyjąłem inne założenie. Oczywiście wybrałem kilka znanych marek: Barcelonę z jej kultową granatowo-bordową koszulką, ubrany na biało Real Madryt, a także występującą w niebieskich strojach reprezentację Francji, najlepszą drużynę narodową ostatnich dekad. Ale piszę też o koszulkach z Serbii, Australii i Indii. Opowiadam o trykocie noszonym kilkadziesiąt lat temu przez południowoafrykańskich więźniów politycznych oraz o strojach kobiecej kadry Australii, której pseudonim został zarejestrowany jako marka. Starałem się wybrać koszulki, za którymi kryje się jakaś historia, choć rzecz jasna można znaleźć wiele innych takich strojów. Ale to książka napisana z mojego punktu widzenia. Najlepiej znam się na piłce angielskiej, więc to właśnie drużynom z Wysp poświęciłem najwięcej miejsca, a opowieści o nich starałem się przeplatać relacjami z podróży po całym świecie. Biorąc pod uwagę globalną dominację Premier League, nie można mi chyba robić z tego bardzo poważnego zarzutu, ale oczywiście ludzie żyjący gdzie indziej postrzegają część tych historii inaczej i wyciągają z nich odmienne wnioski. Każdy fan piłki nożnej mógłby stworzyć własną listę strojów opowiadających o czymś ważnym. Jeśli masz w szufladzie jakieś futbolowe koszulki, przejrzyj je i spróbuj to zrobić. Przeanalizuj emblematy, kolory i nazwy sponsorów, dowiedz się, dlaczego dany trykot wygląda tak, a nie inaczej. Każdy z nich opowiada jakąś historię.

W książce poruszam wiele ważnych tematów – piszę choćby o strukturach władzy w samym futbolu oraz o podejmowanych przez mężczyzn w garniturach decyzjach, sprawiających, że coraz mniej przypomina on grę, którą pokochaliśmy jako dzieci. Szczerze mówiąc, niektóre fragmenty są nieco przygnębiające. Zanim jednak na dobre zaczniemy, chciałbym zakończyć optymistycznym akcentem. Piłka nożna jest wspaniała. W przeszłości często pytano mnie, dlaczego tak ją uwielbiam. Mam na to prostą odpowiedź.

Znasz to uczucie, kiedy twoja drużyna strzela zwycięskiego gola w ostatniej minucie meczu? Nie ma nic lepszego pod słońcem. To czysta euforia, która sprawia, że krzyczysz do utraty tchu, unosisz zaciśnięte w pięści dłonie, choć siedzisz sam na kanapie, albo ściskasz nieznajomych ludzi w rzędzie przed tobą. Piszę o piłce nożnej od dłuższego czasu, ale zazwyczaj oglądam mecze ze zwykłych miejsc na trybunach, a nie z loży prasowej, i rzadko muszę okazywać profesjonalny dystans niezbędny dla dziennikarza, którego zadaniem jest relacjonowanie spotkań piłkarskich. Uwielbiam kibicować mojemu klubowi oraz reprezentacji i wydawać przy tym z siebie dziwaczne odgłosy. Nic nie dorównuje emocjom związanym z oglądaniem meczów. Wiele innych rzeczy może sprawiać radość: miłość, życie rodzinne, wspaniałe dzieło sztuki, smak wyśmienitego jedzenia i napitków. Wszystko to jest wspaniałe, ale to inna przyjemność niż euforia po strzelonym golu. Nikt nigdy nie wyrzucił rąk w górę i nie krzyknął „naprzód!” po wypiciu kieliszka pysznego wina, a nawet po narodzinach dziecka. Piłka nożna oferuje całą gamę specyficznych, wyjątkowych emocji. Jestem pewien, że odczuwa się je również w przypadku innych sportów, ale podziela je wtedy znacznie mniej osób.

Ludzie mogą cenić piłkę nożną za różne rzeczy. W przypadku niektórych chodzi o swego rodzaju bliskość, poczucie przynależności i emocje, inni uwielbiają analizować taktykę i przytaczać statystyki. Mnie najbardziej pociąga kultura futbolu. Uwielbiam rozmawiać z osobami z różnych odległych miejsc o tym, czym jest dla nich piłka nożna, o jej związkach z ważnymi problemami, a także życiem codziennym. Dorastałem otoczony piłkarską kulturą, z którą obecnie można obcować nie tylko w pubach czy w pracy, bo coraz częściej przenosi się ona do mediów społecznościowych. To język, który łączy ludzi – w 2016 roku, gdy Leicester City niespodziewanie wygrywało Premier League, miałem okazję spędzić kilka godzin w pewnym barze w Armenii. Nie mogłem się porozumieć z ludźmi, którzy tam siedzieli, ale powtarzaliśmy „Jamie Vardy” i „Riyad Mahrez”, oglądając wspólnie fragmenty meczów na telefonie.

Nadzwyczajne w kulturze futbolu jest to, że staje się ona coraz bardziej uniwersalna, choć w kulturze rozumianej ogólniej ten proces nie zachodzi. W większości krajów znaczenie kanałów telewizji naziemnej spadło wraz z pojawieniem się serwisów streamingowych. Zindywidualizowane playlisty sprawiają, że największe hity popowe są dziś mniej znane niż w przeszłości. Najchętniej oglądane seriale telewizyjne, filmy i albumy muzyczne ceni sobie mniejsza liczba osób. Ale piłka nożna jest coraz popularniejsza. Podbija nowe terytoria na całym świecie, rozwija skrzydła, dociera do tych nielicznych miejsc, gdzie jeszcze nie jest kochana. Zrozumiałem to podczas zbierania materiałów do książki: widziałem koszulki piłkarskie dosłownie wszędzie, rozmawiałem z taksówkarzami o wzlotach i upadkach największych gwiazd Premier League w Kapsztadzie, slumsach kolumbijskiego Medellín i zaułkach indyjskiego Goa. „Futbol ma publiczność na całym świecie – napisał w połowie lat 80. David Goldblatt – ale jej liczba i zasięg są ograniczone przez brak telewizorów i sygnału telewizyjnego w większości wiejskich obszarów globalnego południa, zwłaszcza w Chinach i Indiach”. Te ograniczenia jednak znikają. Kiedy w 2023 roku odwiedziłem Indie, mogłem na własne oczy przekonać się, w jak zawrotnym tempie tani internet mobilny dociera do wiejskich obszarów w tym kraju. Są ludzie, którzy nie mają dostępu do podstawowych udogodnień sanitarnych, ale mogą oglądać na telefonach najnowsze skróty meczów.

Jeśli chodzi o piłkę nożną, jestem optymistą. Pod wieloma względami to złota era dla tego sportu. W Anglii, gdzie mieszkam, co tydzień na mecze przychodzi więcej ludzi niż kiedykolwiek wcześniej i dzieje się tak nie tylko w Premier League, ale także w niższych ligach. Futbol staje się coraz bardziej otwarty i zróżnicowany, zarówno na boisku, jak i poza nim. Kobieca piłka nożna przestaje być traktowana jako dodatek; staje się kluczową częścią tego świata i rozwija się w zawrotnym tempie. Jedyny prawdziwie globalny sport jest obecnie bardziej powszechny niż kiedykolwiek wcześniej, ale i tak mniej powszechny, niż to będzie jutro. Jest potężniejszy niż cokolwiek innego, a jego znaczenie cały czas rośnie. Tak, pieniądze, które krążą w tym ekosystemie, i ich pochodzenie mają swoje ciemne strony. Ale sprawiają również, że jakość produktu jest niewiarygodna. To przywilej móc oglądać takich zawodników jak Lionel Messi, Erling Haaland i Kylian Mbappé, piłkarzy uprawiających sport, który jest pełnym niuansów starciem talentu i taktyki i w którym często zdarzają się szokujące niespodzianki. Współczesna piłka nożna ma z pewnością wady, ale jest wspaniała i nieustannie się zmienia, jednocześnie pozostając w swej istocie tą samą grą, którą wymyślono półtora wieku temu i którą pokochały miliardy ludzi. Nie ma na świecie nic popularniejszego niż futbol i jeśli wciąż zyskuje on nowych wyznawców, to dlatego, że jest tak genialny. To przywilej móc napisać książkę o piłce nożnej. A teraz porozmawiajmy o koszulkach.

WOJNY PUTINA

FC SCHALKE 04 & CRVENA ZVEZDA BELGRAD

„Słuchaj, musisz przestać. Nie jestem politykiem. Nigdy nie doświadczyłem wojny. Nawet rozmowa o tym sprawia mi przykrość, ponieważ jestem kimś uprzywilejowanym. Siedzę tu w spokoju i robię, co w mojej mocy, ale musisz przestać zadawać mi takie pytania, nie znam na nie odpowiedzi”.

Thomas Tuchel, menedżer Chelsea, luty 2022

„Wszędzie wokół były żółte balony” – wspomina Roman Kolbe, wskazując na niebo nad pagórkami otaczającymi niemieckie miasto Gelsenkirchen. Jest październik 2023 roku, stoimy na schodach stadionu Veltins Arena, gdzie swoje mecze rozgrywa FC Schalke 04, ukochany klub Romana. Za godzinę rozpocznie się mecz, więc Kolbe ma na szyi niebiesko-biały szalik z herbem klubu i wizerunkiem rozbitej swastyki. Jest redaktorem fanzinu „Schalke Unser”. Publikowane w nim teksty zdobywają rozgłos nie tylko wtedy, gdy omawiają taktykę i skład drużyny, ale także kiedy dotyczą polityki klubu – a zdarza się to naprawdę często.

Te żółte balony wypuszczono w niebo w 2010 roku, gdy Zagłębie Ruhry zostało Europejską Stolicą Kultury, a Schalke wiele znaczyło w Bundeslidze. Było to wielkie wyróżnienie dla tego przemysłowego, mało popularnego pod względem turystycznym regionu, w którym mieszka pięć milionów ludzi, porozrzucanych po okolicznych miastach takich jak Dortmund, Essen, Duisburg i właśnie Gelsenkirchen. Balony unosiły się nad szybami 350 kopalni znajdujących się na tym obszarze. Niegdyś w tych dziurach w ziemi górnicy czołgali się w ciemności i brudzie, by wydobyć węgiel, który od połowy XIX wieku napędzał rewolucję przemysłową w Niemczech. Balony miały być wyrazem uznania dla znaczenia tych zakładów dla regionu1.

Jednak od lat 50. XX wieku liczba osób zatrudnionych w przemyśle węglowym w Zagłębiu Ruhry spadła z prawie pół miliona niemal do zera. Obecnie znacznie taniej jest importować węgiel i inne surowce, a dwie ostatnie kopalnie zamknięto w 2018 roku. Region przestawił się na nowe gałęzie gospodarki, takie jak usługi finansowe i czysta energia, ale Gelsenkirchen pozostaje niepozornym miastem, któremu daleko do Frankfurtu z jego eleganckimi biurami, pełnego hipsterskich kawiarni Berlina czy Monachium i tamtejszych bogatych parków przemysłowych. To miejsce, które widziało lepsze czasy, i teraz nie dzieje się tu zbyt wiele. Czuć to, gdy w piątek wieczorem kupuję pizzę i piwo przed meczem 2. Bundesligi Schalke – Hannover 96. W 2021 roku gospodarze spadli z najwyższej ligi po raz pierwszy od 30 lat. Wprawdzie od razu wrócili do elity, ale równie szybko, w 2023 roku, ponownie zostali relegowani.

W czasie gdy mam okazję obejrzeć mecz Schalke, klub jest na drodze do pobicia swoistego rekordu świata, który sezon wcześniej ustanowił inny niemiecki zespół, Hamburger SV. Średnia frekwencja na meczach rozgrywanych na Veltins Arenie w sezonie 2023/24 okazała się najwyższa w historii wśród klubów spoza najwyższych lig. Obiekt Schalke nie pasuje do rangi starcia – zaprojektowano go z myślą o elitarnych rozgrywkach, a nie o drugiej lidze niemieckiej. Stadion ma rozsuwany dach i może pomieścić 62 tysiące widzów. W 2004 roku odbył się na nim finał Ligi Mistrzów, dwa lata później gościł ćwierćfinał mistrzostw świata, a niedawno koncerty dały tam takie gwiazdy jak Taylor Swift, U2 i Rolling Stones. Do Gelsenkirchen z całego kraju, a nawet z zagranicy napływają kibice, którzy pragną doświadczyć atmosfery panującej na stadionie jednego z najstarszych i najpopularniejszych niemieckich klubów, który może poszczycić się długoletnimi tradycjami kibicowskimi i silnymi więzami ze społecznością Zagłębia Ruhry. Jeszcze niedawno Schalke regularnie występowało w Lidze Mistrzów (w 2011 roku awansowało nawet do półfinału tych rozgrywek), na początku XXI wieku dwa razy zdobyło Puchar Niemiec, a w sezonie 2006/07 w bolesny sposób straciło w ostatniej kolejce tytuł mistrzowski. Ale obecnie wszystko to wydaje się tylko odległym wspomnieniem.

Kiedy Schalke gra dobrze, zdobycie biletu na jego mecz graniczy z cudem. Tym razem jest o to łatwiej, ponieważ sprawy mają się źle – a nawet bardzo źle. Drużyna nie tylko rywalizuje na drugim poziomie rozgrywkowym – wygrała również tylko jeden z pierwszych dziewięciu meczów sezonu i balansuje nad strefą spadkową, a kibice zaczynają poważnie się martwić widmem relegacji do trzeciej ligi. Rozgrywki dopiero się rozpoczęły, ale obawy są jak najprawdziwsze. A kolejny spadek groziłby upadkiem Schalke.

Mimo wszystko trybuny są prawie pełne, co oznacza, że w ten weekend frekwencja na Veltins Arenie należy do najwyższych w Europie. Pierwszy gwizdek zaplanowano na 13.00, ale nie przeszkodziło to kilku tysiącom kibiców z Hanoweru, miasta położonego trzy godziny jazdy na północny wschód od Gelsenkirchen. Kultura fanowska jest w Niemczech szeroko rozpowszechniona i tylko Anglicy mogą się równać z niemieckimi kibicami pod względem liczby wyjazdowiczów i frekwencji na meczach niższych lig. Wielu kibiców Schalke nosi kultowe dżinsowe bezrękawniki upstrzone naszywkami i przypinkami. Chociaż kopalnie węgla już nie działają, przemysł ciężki nadal stanowi ważną część tożsamości klubu, a niektórzy fani chodzą w białych kaskach, nawiązując w żartobliwy sposób do korzeni Zagłębia Ruhry. Ale nie jestem tu z powodu węgla. Ściągnął mnie inny surowiec naturalny, który również zasila niemieckie gospodarstwa domowe i przedsiębiorstwa – gaz. Rosyjski gaz.

Gdy idę na stadion, otaczają mnie kibice w niebiesko-białych koszulkach; na wielu z nich widnieje dobrze znane białe logo z wizerunkiem płomienia. Rosyjska firma Gazprom reklamowała się na strojach Schalke w latach 2007–2022. W tym czasie dzięki długoletniej umowie sponsorskiej z Ligą Mistrzów stała się też wszechobecna w europejskim futbolu. Logo przedsiębiorstwa pojawiało się w tle najbardziej pamiętnych meczów: widniało na stadionowych billboardach, gdy niesamowitych wyczynów w barwach Realu Madryt dokonywał Cristiano Ronaldo, a Lionel Messi czarował w Barcelonie; było je widać, gdy najważniejsze trofeum europejskiej piłki po latach oczekiwań zdobywały takie potęgi jak Bayern Monachium, Liverpool i Inter Mediolan. UEFA i Schalke gwałtownie zerwały swoje związki z Gazpromem w lutym 2022 roku, po pełnoskalowej napaści Rosji na Ukrainę. Putin i jego kraj z dnia na dzień stali się międzynarodowymi pariasami, a Gazprom nagle uznano za to, czym naprawdę był – narzędzie autorytarnego państwa. Zwykli Niemcy, podobnie jak inni Europejczycy, zdali sobie sprawę, że import rosyjskiego gazu pośrednio finansuje machinę wojenną Putina.

Historia Gazpromu sięga przełomu lat 80. i 90., czyli czasów rozpadu Związku Radzieckiego, z którego wyłoniło się 15 państw, w tym Rosja, zdecydowanie największa i najludniejsza z nich wszystkich. Na samej górze listy priorytetów nowego kraju, kierowanego przez charyzmatycznego, ale nieobliczalnego Borysa Jelcyna, znalazła się przyszłość ogromnego postsowieckiego przemysłu państwowego. Prezydent i jego doradcy uznali, że rozwiązaniem będzie system bonów. Jedna trzecia przemysłów naftowego i gazowego została z miejsca sprywatyzowana, a każdy obywatel Rosji otrzymał bon, który uprawniał do zakupu udziałów w przedsiębiorstwach. Była to wersja kapitalizmu akcjonariuszy, koncepcji, która w latach 80. XX wieku zyskała popularność w krajach zachodnich; w jej myśl masy miały skorzystać z przekazania publicznej własności do rąk prywatnych. W Rosji jednak ten proces spartaczono – zwykli ludzie, rozpaczliwie potrzebujący pieniędzy z powodu załamania gospodarczego, borykający się z alkoholizmem i ogarniającą cały kraj przemocą, desperacko sprzedawali swoje bony znacznie poniżej ich wartości. Chociaż ZSRR był potęgą, jeśli chodzi o ropę i gaz, niewielu zwykłych Rosjan doceniało ogrom zasobów naturalnych kraju i ich potencjalną cenę, jeżeli w ten przemysł zainwestuje się środki i wiedzę techniczną. Średnia wartość bonu wynosiła 20 dolarów, lecz często sprzedawano je za zaledwie siedem dolarów, czyli za tyle, ile kosztowały dwie butelki taniej wódki. Inne trafiły do „funduszy bonowych”, które okazały się oszustwem. Jeszcze inne kupowano na ustawionych aukcjach2.

Prywatyzacja Gazpromu, państwowej spółki gazowej, która posiadała wówczas jedną trzecią światowych zasobów gazu ziemnego, miała szczególnie skandaliczny przebieg. Dziennikarz Peter Conradi opisuje ją następująco:

Ci, którzy chcieli nabyć akcje, mogli to zrobić tylko w położonych daleko na północy małych syberyjskich wioskach, gdzie znajdowały się złoża energii. Kierownictwo [Gazpromu – przyp. red.] zastrzegło sobie również prawo do wykupienia akcji od osób z zewnątrz po cenie, którą samo ustaliło. W rezultacie udziały w spółce nabyli wyłącznie pracownicy Gazpromu, a z aukcji skorzystali menedżerowie, którzy jako jedyni dysponowali pieniędzmi3.

Kiedy spółka wyemitowała akcje, jej wartość wynosiła 250 milionów dolarów, a zaledwie trzy lata później giełda wyceniła ją na 40,5 miliarda dolarów. Biorąc pod uwagę ogromne rosyjskie zasoby, powszechnie uznawano, że ta kwota jest zaniżona, ale mimo to oznaczało to stopę zysku w wysokości 16 192 procent dla nielicznych szczęśliwców i osób mających odpowiednie kontakty, które w dobrym momencie wykupiły tanie akcje. System bonów okazał się „jednym z najbardziej niesprawiedliwych rozwiązań, jakie można było wybrać – twierdzi Conradi. – W efekcie państwo sprzedało znaczną część swoich aktywów za ułamek ich wartości rynkowej”. Oznaczało to ogromną redystrybucję rosyjskiego bogactwa do niewielkiej grupy ludzi, których zaczęto nazywać oligarchami. Jednym z nich był Roman Abramowicz, późniejszy właściciel Chelsea, który nabył pakiet kontrolny spółki naftowej Sibneft – zainwestował 100 milionów dolarów, a zarobił wiele miliardów.

Po pełnych chaosu latach 90. XX wieku pierwszego dnia 2000 roku Jelcyna na stanowisku prezydenta Rosji zastąpił niezbyt wówczas znany Władimir Putin. Nowy władca odszedł od systemu, w którym oligarchowie działali całkowicie na własną rękę, i szybko podjął działania mające na celu przywrócenie bezpośredniej kontroli państwa nad przemysłami naftowym i gazowym. Struktura tego pierwszego była skomplikowana, ale drugi funkcjonował na prostszych zasadach – był kontrolowanym przez państwo monopolem trzymającym rękę na największych złożach gazu na świecie. Dyrektorem generalnym Gazpromu był wtedy Rem Wiachiriew i to za jego kadencji z firmy zostały wyprowadzone ogromne sumy, które trafiły do kieszeni członków jej zarządu. Putinowi się to nie podobało i nieco ponad rok po objęciu urzędu wezwał szefów Gazpromu na spotkanie, które zrelacjonował jego biograf Philip Short:

[Putin] powiedział, że nie ma zamiaru ingerować w sprawy prywatnej firmy, ale Gazprom odgrywa wyjątkową rolę w rosyjskiej gospodarce i jeśli nikt nie ma nic przeciwko, przed rozpoczęciem spotkania chciałby zamienić kilka słów z Remem Wiachiriewem. Rozmawiali około godziny. Kiedy Wiachiriew wyszedł, powiedział swoim współpracownikom, że rezygnuje ze stanowiska4.

Putin mianował Aleksieja Millera dyrektorem generalnym Gazpromu, a prezesem państwowej firmy naftowej Rosnieft został Igor Sieczin. Obaj byli bliskimi współpracownikami prezydenta jeszcze z czasów, gdy był zastępcą mera Petersburga, podobnie jak wiele osób, które niewiarygodnie wzbogaciły się w nowej Rosji.

Był to rażący przykład kumoterstwa, ale dzięki temu Putin miał zaufanych ludzi na czele przedsiębiorstw państwowych generujących największe przepływy finansowe – twierdzi Short. – Szybko podporządkował sobie Gazprom ze względu na jego znaczenie dla rosyjskiej gospodarki i uczynił go instrumentem polityki zagranicznej5.

Dzięki temu najbliższe otoczenie nowego władcy Rosji mogło czerpać ogromne zyski kosztem państwa. Z tego powodu Gazprom nie mógł być już postrzegany jako zwykła prywatna firma. Stał się narzędziem państwa, które de facto kontrolował Putin. Naftowy gigant od dawna zapewniał Kremlowi wpływ na sąsiednie postsowieckie kraje, zwłaszcza nieposiadające własnych zasobów gazu Gruzję i Ukrainę. W połowie pierwszej dekady XXI wieku państwa te politycznie i kulturowo zaczęły oddalać się od Rosji i ciążyć ku Unii Europejskiej oraz Stanom Zjednoczonym. Catherine Belton w książce Ludzie Putina. Jak KGB odzyskało Rosję i zwróciło się przeciwko Zachodowi, w której szczegółowo analizuje najbliższe otoczenie Putina, pisze:

Gigant ten [Gazprom – przyp. red.] najczęściej upłynniał swój towar po mocno zaniżonych cenach, podobnie jak wtedy, gdy wszystkie wspomniane państwa wchodziły w skład sowieckiego imperium. Na tym tle wyróżniała się rola Ukrainy jako korytarza tranzytowego o istotnym znaczeniu dla sprzedaży rosyjskiego gazu do Europy; Gazprom pokrywał 25% zapotrzebowania na to płynne paliwo całego kontynentu. Teraz jednak, kiedy kierownictwo państwa ukraińskiego obrało kurs zachodni, Kreml dał jasno do zrozumienia, że zamierza subsydiowanie zakończyć6.

Gazprom stał się narzędziem polityki zagranicznej Rosji, czego dowodzi sytuacja z 1 stycznia 2006 roku, kiedy to po niepowodzeniu ostrych negocjacji dotyczących ceny gazu odciął on Ukrainie dostawy tego surowca. Ostatecznie oba kraje osiągnęły porozumienie, ale towarzyszyły mu podejrzenia korupcji, co zasiało niezgodę wśród prozachodnich ukraińskich przywódców i wzmocniło pozycję Wiktora Janukowycza, byłego premiera, polityka bliższego Putinowi niż jego rywale. Został on zresztą później prezydentem; obalono go w wyniku Euromajdanu, fali protestów z lat 2013–2014, po których Rosjanie dokonali inwazji na Krym.

Związki niemieckiej piłki nożnej i rosyjskiego gazu ujawniły się również w 2006 roku, kiedy moskiewski władca cieszył się na Zachodzie wyjątkową estymą. W tym samym roku wypłynęła niespodziewana informacja, że Schalke 04 otrzymało lukratywną ofertę od potencjalnego sponsora, który chciał umieścić swoje logo na koszulkach klubu. Opublikowano dziwaczne zdjęcie, na którym Putin trzyma niebieski strój niemieckiego klubu z logo Gazpromu w sali konferencyjnej pełnej mężczyzn w ciemnych garniturach. Spotkanie to odbyło się w Dreźnie, gdzie Putin w latach 80. przez pięć lat pracował jako oficer KGB. W tym czasie dogłębnie poznał Niemcy i biegle opanował miejscowy język. Jednym z mężczyzn na fotografii był prezes Schalke Clemens Tönnies, który miał osobiste powody, aby nawiązać relacje z prezydentem Rosji – był bowiem zainteresowany ekspansją na wschód swojej firmy z branży przetwórstwa mięsnego, Tönnies Holding, zwłaszcza że dochody Rosjan szły w górę w związku z rosnącym zapotrzebowaniem na surowce z tego kraju. Próbowałem skontaktować się z kilkoma ludźmi, którzy pracowali dla Schalke w tamtym okresie, i w końcu udało mi się porozmawiać z kimś, kto zajmował odpowiednie stanowisko, by móc skomentować niezwykłe powiązania między niemieckim klubem piłkarskim a państwem rosyjskim. „Zdjęcie Putina i Tönniesa źle się zestarzało – powiedziała mi ta osoba, która zgodziła się na rozmowę pod warunkiem, że pozostanie anonimowa. – Dość dziwne było to, że prezydent Rosji znalazł się na tej fotografii. Teraz jest to jednak jeszcze dziwniejsze. Schalke jako bardzo znany klub stało się symbolem niemiecko-rosyjskich relacji biznesowych”. W doniesieniach prasowych z tamtego okresu podawano, że wartość umowy z Gazpromem wynosiła 20 milionów euro, co oznaczało, że przewyższała kontrakt Bayernu z Deutsche Telekom7.

W 2023 roku wielu kibiców Schalke podążających na stadion ma na sobie najnowsze koszulki klubowe z logo lokalnego browaru Veltins, od którego pochodzi nazwa obiektu – Veltins Arena. Ale sporo osób nosi starsze stroje z logo Gazpromu, który sponsorował klub przez 16 lat. Niewielka część fanów zasłoniła nazwę rosyjskiej spółki naklejkami w tym samym odcieniu niebieskiego. Rozdawały je grupy kibicowskie po inwazji na Ukrainę w 2022 roku, kiedy klubowe stroje stały się mimowolnym symbolem zbrodni wojennych Putina. Dużo kibiców już wcześniej odczuwało dyskomfort w związku z umową sponsorską zawartą przez Clemensa Tönniesa – niepopularnego z powodu słabej formy zespołu i kiepskiego zarządzania klubowymi finansami. Wszak już w 2008 roku rosyjskie czołgi wjechały do Gruzji, a sześć lat później, w czasie zimowych igrzysk olimpijskich w Soczi, Rosja zaanektowała Krym. Oba te wydarzenia wywołały oburzenie, ale nazwa Gazprom nadal widniała na koszulkach Schalke.

Przy pitym jeszcze przed południem piwie i kiełbasce zajadanej w barze na stadionie Veltins Arena Roman Kolbe opowiada mi, że jego koledzy, również kibice, byli zaskoczeni i zdezorientowani, gdy Gazprom zastąpił na koszulkach Schalke lokalną firmę ubezpieczeniową. Większość umów reklamowych bazuje na prostej logice – ktoś chce sprzedać swój produkt. Zazwyczaj firmy promują się w sposób, który ich zdaniem zwiększy sprzedaż: poprzez reklamy w telewizji i mediach społecznościowych albo umieszczenie logo na koszulkach piłkarskich. Spójrzmy na innych sponsorów Ligi Mistrzów w ostatnich latach – McDonald’s, Heinekena czy Sony (producenta konsoli PlayStation). Wszystkie te przedsiębiorstwa oferują konkretne produkty, które mogą kupić kibice oglądający mecz na trybunach lub z kanapy. To samo dotyczy firm oferujących mniej namacalne usługi, takie jak ubezpieczenia, bankowość czy obstawianie meczów online. Ale nikt, kto ogląda zmagania w Lidze Mistrzów czy spotkanie Schalke, nie kupi sobie przecież metra sześciennego gazu dostarczanego przez Gazprom. Nikt poza wąskim gronem bardzo wpływowych osób, które wiele zrobiły, żeby niemiecki rynek na ogromną skalę otworzył się na rosyjski gaz. „Na początku myśleliśmy, że [Gazprom] chce dotrzeć do użytkownika końcowego, ale nie sądzę, aby kiedykolwiek o to chodziło” – mówi Kolbe. „Myślę, że firma chciała mieć platformę do rozmów z politykami, która jednocześnie służyłaby jej do greenwashingu” – dodaje, używając terminu opisującego praktyki firm zanieczyszczających środowisko, które usiłują zwieść opinię publiczną i poprawić swój wizerunek.

Zależności między niemiecką polityką a rosyjskim gazem mają długą historię. W latach 70., kiedy Związek Radziecki był u szczytu potęgi, rosyjski gaz zaczął płynąć na Zachód szerokim strumieniem, choć metody jego wydobycia były prymitywne, a zimna wojna ograniczała możliwości dystrybucji. Wszystko odbywało się na zasadzie „coś za coś”. Kiedy więc centra wydobycia węgla w Zagłębiu Ruhry, takie jak Gelsenkirchen, chyliły się ku upadkowi, Rosja dostarczała gaz dla niemieckich gospodarstw domowych i przedsiębiorstw, Niemcy zaś oferowały w zamian inwestycje, a także specjalistyczną wiedzę, aby pomóc Sowietom wydajnie wydobywać surowiec i sprzedawać go na całym świecie.

W 1969 roku Willy Brandt, kanclerz Republiki Federalnej Niemiec, zapoczątkował Ostpolitik (politykę wschodnią), czyli próby normalizacji stosunków z ZSRR i podporządkowaną mu Niemiecką Republiką Demokratyczną. Później zaś kolejne niemieckie rządy przyjęły, że trzeba utrzymywać bliskie stosunki ze wschodnim kolosem, aby zapobiec następnej wojnie w Europie, a owo przekonanie umacniała wiara, że doprowadzi to do demokratyzacji komunistycznego państwa i zwiększy bezpieczeństwo na kontynencie. Takiemu podejściu towarzyszyło pogłębienie więzi gospodarczych i idea zmian poprzez handel – Wandel durch Handel – wedle której gospodarka radziecka miała być coraz ściślej powiązana z RFN i resztą Europy. Po upadku muru berlińskiego w 1989 roku, którego efektem było zjednoczenie komunistycznej NRD z jej pewnym siebie kapitalistycznym sąsiadem z zachodu, oparte na dostawach gazu więzi między Rosją a Niemcami stały się jeszcze silniejsze. Peter Conradi wyjaśnia: „Na stosunek Niemiec do Rosji od dawna wpływają poczucie winy za śmierć i zniszczenia spowodowane nazistowską inwazją na Związek Radziecki oraz wdzięczność dla Michaiła Gorbaczowa [ostatniego przywódcy ZSRR], który umożliwił zjednoczenie”8.

Relacje między oboma krajami pogłębiły się w latach 90. i w pierwszej dekadzie XXI wieku, bo Niemcy byli przekonani, że w osobie Putina znaleźli kogoś, z kim mogą współpracować.

Z perspektywy czasu widać, że idea coraz bliższych stosunków gospodarczych z Rosją była piętą achillesową Ostpolitik – twierdzi Bernhard Blumenau, wykładowca stosunków międzynarodowych na szkockim University of St Andrews. – Handel miał powstrzymać Putina od agresywnej polityki międzynarodowej, ale zamiast tego zwiększył zależność Niemiec od taniego rosyjskiego gazu i innych surowców. Najlepszy okres w stosunkach między Europą Zachodnią a Rosją dobiegł końca w 2006 roku. Od tego momentu perspektywa, że Rosja wykorzysta ogromną zależność Europy od jej gazu jako instrument szantażu, stawała się coraz bardziej realna9.

Constantin Zerger jest ekspertem do spraw energii i dawnym kibicem Schalke. Teraz mieszka w stolicy Niemiec i kiedy rozmawiałem z nim przez telefon, szykował się właśnie do wyjścia na mecz Unionu Berlin, drużyny, którą zaczął wspierać po przeprowadzce. Od 2005 roku zespół ten przeszedł niezwykłą drogę – od występów na piątym niemieckim poziomie rozgrywkowym do starć z Realem Madryt w Lidze Mistrzów w sezonie 2023/24. Na co dzień Constantin pracuje jako ekspert i aktywista w obszarze niemieckiej energetyki i zajmuje się jej powiązaniami z polityką. Powiedział mi, że sednem strategii Niemiec było „kupowanie taniego gazu z Rosji i wykorzystywanie go do uzyskania przewagi konkurencyjnej nad innymi krajami i branżami”. Dodał, że uzależnienie od rosyjskiego surowca znacznie się pogłębiło od 2011 roku, kiedy to, po katastrofie elektrowni atomowej w japońskiej Fukushimie, kanclerz Angela Merkel podjęła radykalną decyzję o rezygnacji z energii jądrowej. Niemcy obrały w ten sposób całkowicie odwrotną ścieżkę niż wielu sąsiadów. We Francji ogromna część energii – w 2024 roku około 70 procent – pochodzi z energetyki jądrowej, która nie zwiększa emisji dwutlenku węgla i daje niezależność od innych krajów.

Niemcy poszły w innym kierunku i w latach poprzedzających pełnoskalową inwazję Rosji na Ukrainę w 2022 roku udział gazu ziemnego w tamtejszym miksie energetycznym stale wzrastał, osiągając wartość około 55 procent. Oznaczało to, że niemieckie gospodarstwa domowe i przedsiębiorstwa płaciły Rosji około 200 milionów euro rocznie, czyli 220 milionów dolarów, za energię dostarczaną przez Gazprom i inne firmy bezpośrednio lub pośrednio kontrolowane przez Kreml. Zerger twierdzi, że odpowiedzialność za tę sytuację spada na polityków z różnych obozów, zarówno lewicowych socjaldemokratów, jak i prawicowych chadeków10. Mówi też, że po inwazji na Ukrainę zaczęli się tego wstydzić. „Nikt nie chce o tym rozmawiać. Mówią: trzeba patrzeć w przyszłość, a nie zajmować się błędami z przeszłości”.

Niemcy nie są oczywiście jedynym krajem, który poszedł na kompromisy moralne, aby zapewnić sobie prąd w gniazdkach, a Schalke nie jest jedyną drużyną piłkarską, która ma na koszulkach podejrzanego sponsora – inaczej ta książka byłaby bardzo krótka. Wielka Brytania i USA zrobiły naprawdę niewiele, by zareagować na łamanie praw człowieka w krajach posiadających ogromne złoża ropy i gazu, takich jak Zjednoczone Emiraty Arabskie, Katar i Arabia Saudyjska. Wszystkie mają związek z piłką nożną, do czego jeszcze wrócimy. Na obronę niemieckiego społeczeństwa i tamtejszej klasy politycznej można powiedzieć, że gdy w lutym 2022 roku Putin dokonał otwartej inwazji na Ukrainę, podjęły one szybkie i zdecydowane kroki. Kilka dni później kanclerz Olaf Scholz, który dwa i pół miesiąca wcześniej zastąpił Merkel, wygłosił jedno z najdonioślejszych przemówień w najnowszej historii Niemiec – w jednej chwili zerwał z dziesięcioleciami Ostpolitik i Wandel durch Handel. Wystąpienie to stało się znane jako Zeitenwende, czyli „historyczny punkt zwrotny”, bo tak Scholz nazwał atak putinowskiej Rosji na jej sąsiada. Od czasów haniebnej drugiej wojny światowej Niemcy prowadziły ultraostrożną politykę obronną, a ich niewielkie siły zbrojne rzadko brały udział w operacjach za granicą. Sytuacja zmieniła się o 180 stopni właśnie w 2022 roku, kiedy nowy kanclerz zobowiązał się przeznaczyć 100 miliardów euro na modernizację armii. Obiecał też, że Niemcy zwiększą wydatki na obronność powyżej celu NATO, który wynosi dwa procent PKB11. Stany Zjednoczone, w szczególności za pierwszej kadencji Donalda Trumpa, od dawna dawały wyraz frustracji, że Niemcy nie chcą się zbroić, i zarzucały im „pasożytnictwo”. Ale rok 2022 zmienił wszystko. „Żyjemy w czasach przełomu, a to oznacza, że świat po nim nie będzie taki sam jak przedtem” – powiedział Scholz w Bundestagu, niemieckim parlamencie.

Na fali tej szybkiej zmiany nastrojów społecznych Schalke zerwało umowę z Gazpromem. Podobnie zrobiła UEFA. Co jeszcze istotniejsze, zakręcono kurki rurociągów, którymi gaz płynął z Rosji do Niemiec. „Niemcy uświadomili sobie, że w zasadzie finansują wojnę na Ukrainie, ponieważ bezpośrednio zasilają budżet Putina – powiedział mi Constantin Zerger. – Panowała powszechna zgoda, że należy zaprzestać importu gazu z Rosji. Po raz pierwszy ubóstwo energetyczne stało się realnym problemem dla wielu gospodarstw domowych, a nie tylko teoretyczną kwestią poruszaną podczas debat”. Mój rozmówca twierdzi, że umowa Schalke z Gazpromem zawsze wydawała się dziwna, ponieważ nie istniały żadne powiązania między rosyjską firmą a niemieckimi konsumentami. „To były biznesy między przedsiębiorstwami. Chodziło wyłącznie o wizerunek. Zwrot z inwestycji polegał na tym, że postrzegano Gazprom jako przyjaciela. A największym szaleństwem było to, że współpracowano z rosyjską firmą nawet po tym, jak Putin zaanektował Krym. Widzieć to w niemieckiej telewizji i w żaden sposób nie podważać takiego dealu… Coś takiego normalizuje sytuację”.

Związki między Gazpromem a Schalke wykraczały poza przelewy od rosyjskiej spółki dla klubu za umieszczenie jej logo na koszulkach piłkarskich. Agencja Reuters przeprowadziła śledztwo dziennikarskie na temat Clemensa Tönniesa i zasugerowała, że znajdował się on „w samym centrum kampanii wpływów (influence campaign), którą Gazprom przeprowadził w Niemczech”, a relacje działacza z Putinem i innymi oficjelami sprawiały, że w Rosji przed jego firmą mięsną rozkładano „czerwony dywan”. „Kierownictwo berlińskiego biura Gazpromu zapraszało polityków i biznesmenów do loży VIP, gdy Schalke grało na własnym stadionie”12. Był przecież lukratywny biznes do zrobienia.

Na początku lat 90., tuż po zjednoczeniu Niemiec, transport gazu z Rosji do Niemiec był długą i kosztowną drogą przez mękę; zbiorniki z paliwem ładowano na ciężarówki, które przejeżdżały przez wiele krajów, co powodowało szereg komplikacji logistycznych i politycznych. Jednym z rozwiązań tego problemu był lądowy gazociąg Jamał-Europa, którym gaz płynął z rosyjskich złóż na Syberii przez Białoruś do Unii Europejskiej. Inny system rurociągów przebiegał przez Ukrainę.

W 1997 roku Niemcy i Rosja rozpoczęły prace nad prostszym rozwiązaniem – podwodnym rurociągiem o długości 1200 kilometrów. Nord Stream, jak go nazwano, miał przebiegać dnem Morza Bałtyckiego od leżącego w pobliżu granicy z Finlandią Wyborga w obwodzie leningradzkim aż do Lubmina, nadmorskiego kurortu na niemieckim wybrzeżu Bałtyku. Zaletą tego rozwiązania był transport gazu bezpośrednio z Rosji do Niemiec, dzięki czemu w czasie gdy w wielu byłych republikach radzieckich panował chaos, można było uniknąć związanych z tym kłopotów. Przeciw powstaniu Nord Stream oponowało wiele osób w Stanach Zjednoczonych, Ukrainie i Polsce – w 2006 roku Radosław Sikorski, ówczesny polski minister obrony narodowej, rozgniewał niemieckich polityków, porównując rurociąg do paktu Ribbentrop–Mołotow z 1939 roku. Przeciwnicy tej inwestycji obawiali się, że uzależnienie Niemiec od rosyjskiego gazu będzie zagrażało bezpieczeństwu Europy, a ominięcie Ukrainy spowoduje dyplomatyczną izolację tego kraju, co oznaczałoby, że Kreml straci powód, by utrzymywać dobre stosunki z Zachodem. Niemcy miały jednak znacznie bardziej otwarte nastawienie wobec Rosji, które wynikało bezpośrednio z decyzji najwyższych władz.

Podczas meczu Schalke – Duisburg w 2011 roku niemiecki prezydent Christian Wulff i były minister spraw zagranicznych (obecnie prezydent) Frank-Walter Steinmeier przebywali w często odwiedzanej przez przedstawicieli Gazpromu strefie VIP. W lipcu 2014 roku, kilka miesięcy po aneksji Krymu przez Rosję, gdy kraj ten był już na najlepszej drodze do zostania pariasem na arenie międzynarodowej, Schalke rozegrało spotkanie towarzyskie w Lubminie, gdzie z morza wychodzi gazociąg Nord Stream. Na trybunach pojawili się przedstawiciele Gazpromu, a także minister spraw wewnętrznych kraju związkowego Meklemburgia-Pomorze Przednie, który twierdził później, że celem meczu było zebranie funduszy na lokalną kampanię przeciwko chuligaństwu i nie był świadomy, iż dla rosyjskiej firmy będzie to okazja do lobbingu. Meklemburgia-Pomorze Przednie, rolniczy kraj związkowy w północno-wschodniej części Niemiec, który graniczy z Polską i Morzem Bałtyckim, odgrywa kluczową rolę w historii relacji Niemców z Gazpromem. Rosjanie regularnie bywali tam na początku XXI wieku, a Angela Merkel przez trzy dekady reprezentowała nadmorski okręg wyborczy Rügen w niemieckim parlamencie.

Gerhard Schröder był kanclerzem Niemiec w latach 1998–2005, następnie zaś funkcję tę przez 16 lat sprawowała Angela Merkel. Zaledwie dziesięć dni przed utratą stanowiska w 2005 roku Schröder sygnował umowę dotyczącą budowy pierwszego gazociągu Nord Stream, znanego jako Nord Stream 1, podpisując gwarancje kredytowe w wysokości miliarda euro z funduszy państwowych. Co warte podkreślenia, kilka tygodni po tym, jak zastąpiła go Merkel, przyjął rolę doradcy przy projekcie Nord Stream jako przewodniczący komitetu akcjonariuszy. Został za to potępiony przez niemiecką opozycję i za granicą, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych. Kwestia gazu nie budziła jednak wówczas wielkich dyskusji, ponieważ Rosja zbliżała się dyplomatycznie do Zachodu, a zimnowojenna rywalizacja wydawała się słabnąć. W 2009 roku Schröder dołączył do rady dyrektorów TNK-BP, rosyjskiej spółki naftowej, którą cztery lata później przejął należący do państwa koncern Rosnieft. Następnie został szefem zarządu tej drugiej firmy, a na początku 2022 roku, zaledwie kilka tygodni przed inwazją na Ukrainę, wszedł w skład zarządu Gazpromu, którego logo w postaci małego płomienia przez 16 lat widniało na koszulkach Schalke, a także na bandach reklamowych podczas tysięcy meczów Ligi Mistrzów.

Po ataku Rosji na Ukrainę w 2022 roku „New York Times” opisał, jak Schröder, „człowiek Putina w Niemczech”, po odejściu ze stanowiska kanclerza w 2005 roku odebrał telefon od swojego „przyjaciela”, prezydenta Rosji, który zaproponował mu pracę przy projekcie Nord Stream. Za lobbing na rzecz rosyjskich interesów gazowych w kraju, którym niedawno rządził, polityk miał zarobić ponad milion dolarów rocznie13. Catherine Belton przedstawia Schrödera jako „wiernego sojusznika” Putina, nie tylko zresztą w kwestiach energetycznych; według niej były kanclerz został „hojnie wynagrodzony za swoje wysiłki mające na celu obronę działań Putina w Ukrainie i w Syrii oraz ograniczania demokracji w Rosji”14. Gazociąg Nord Stream 1 został ostatecznie ukończony w 2011 roku, a wspomniany niemiecki polityk uczestniczył w zorganizowanych z tej okazji uroczystościach w rosyjskim Wyborgu u boku Putina oraz w Lubminie, gdzie pojawiła się również Angela Merkel. Jedenaście lat później, kiedy wybuchła pełnoskalowa wojna, szybko podniosły się głosy krytyki wycelowane w Schrödera. Cały 20-osobowy personel jego biura złożył rezygnację, a Hanower, rodzinne miasto byłego kanclerza, pozbawił go honorowego obywatelstwa. Wytykano mu, że tak szybko po odejściu ze stanowiska podjął pracę w zagranicznej firmie, ale sam projekt Nord Stream nie budził w Niemczech kontrowersji. Schröder zresztą trafnie zauważył: „Kolejny rząd kontynuował projekt bez zakłóceń. Żaden członek pierwszego rządu Merkel nie sprzeciwił się Nord Streamowi choćby słowem. Żaden”. Nie okazał też skruchy i utrzymywał, że umowy gazowe były korzystne dla obu krajów. „Wszyscy [w Niemczech] zgadzali się z tym przez ostatnie 30 lat – stwierdził. – I nagle okazuje się, że każdy wie lepiej”.

Revierderby, czyli derby Westfalii, jak nazywa się rywalizację Schalke z Borussią Dortmund, to jedno z najbardziej emocjonujących starć w światowej piłce nożnej. W ostatnich latach mecze te miały zwykle jednostronny przebieg, ponieważ zespół z Dortmundu bił się o tytuły i zachodził daleko w europejskich pucharach, Schalke natomiast walczyło o uniknięcie spadku. Niemniej gdy kibice Schalke zmierzają na mecz z Hannoverem, w tłumie łatwo dostrzec naszywki i koszulki z napisem Dortmund Scheisse (Dortmund to gówno) lub wizerunkiem mężczyzny w niebiesko-białych barwach oddającego mocz na czarno-żółty trykot rywali. Podobnie jak w przypadku wielu innych wielkich rywalizacji w świecie futbolu fani Schalke i Borussii jednak mają ze sobą więcej wspólnego, niż są skłonni przyznać. W 2024 roku Dortmundczycy wykorzystali najważniejszy klubowy mecz na świecie, finał Ligi Mistrzów (w którym ich drużyna przegrała 0:2 z Realem Madryt), aby zaprotestować przeciwko umowie sponsorskiej ich klubu z firmą Rheinmetall AG. „Z uwagi na realną perspektywę wojny z Rosją kontrakt Rheinmetallu z owianą romantyczną aurą Borussią był jawną próbą znormalizowania interesów z producentem broni – pisze Miguel Delaney. – Hans-Joachim Watzke, dyrektor generalny klubu z Dortmundu, […] bronił tego dealu, mówiąc z troską o tym, że należy chronić »wolność« w Europie”15.

Zarówno Borussia, jak i Schalke pochodzą z Zagłębia Ruhry i dumnie podkreślają swoje przemysłowe dziedzictwo. W porównaniu z sąsiadami Niemcy zawsze miały stosunkowo niewiele surowców naturalnych, a problem ten stał się jeszcze bardziej palący w drugiej połowie XX wieku, gdy wydobycie węgla stało się nieopłacalne, a przemysł, który nadał regionowi tożsamość, stopniowo podupadał. Żeby Niemcy mogły cieszyć się statusem dużego producenta i eksportera, potrzebowały ogromnych nakładów energii. A to oznaczało uzależnienie od rosyjskiego gazu. Putin był tego doskonale świadomy, gdy na początku 2022 roku wojna zbliżała się wielkimi krokami. „Niech obywatele Niemiec zajrzą do portfeli i zadadzą sobie pytanie, czy są gotowi płacić trzy albo i pięć razy więcej za prąd, gaz i ogrzewanie – powiedział podczas wspólnej konferencji prasowej z Olafem Scholzem tuż przed napaścią na Ukrainę, w dniach gorączkowych zabiegów dyplomatycznych. – Jeśli nie, to powinni podziękować panu Schröderowi, ponieważ to jego osiągnięcie, efekt jego pracy”16.

Gerhard Schröder przez całe życie był fanem Borussii, ale kilka dni po 24 lutego klub z Dortmundu odebrał mu honorowe członkostwo, uznając, że jego działalność w rosyjskich firmach jest „nie do przyjęcia w kontekście rosyjskiej agresji na Ukrainę”. Pomimo swego przywiązania do największego rywala Schalke ekskanclerz miał udział w zawarciu umowy między klubem z Gelsenkirchen a Gazpromem; jak wynika z dochodzenia Reutersa, ściśle współpracował z Clemensem Tönniesem. Agencja przytoczyła słowa byłego dyrektora Gazpromu, który stwierdził, że umowę z Schalke zainspirował zakup Chelsea przez rosyjskiego oligarchę Romana Abramowicza17.

Nord Stream 2 to rurociąg biegnący równolegle do pierwszej nitki; został zaprojektowany w celu zwiększenia ogromnych ilości gazu płynących codziennie z Rosji do Niemiec w zamian za pieniądze zmierzające w przeciwnym kierunku – z bogatych Niemiec do mniej zamożnej Rosji. Schröder był zaś hojnie wynagradzanym menedżerem projektu. Budowa Nord Streamu 2 rozpoczęła się w 2018 roku i po trzech latach została ukończona, ale z powodu wojny gazociągu nigdy nie uruchomiono. Z tego powodu w Meklemburgii-Pomorzu Przednim wielokrotnie organizowano akcje lobbingowe na rzecz uruchomienia inwestycji, za którymi stały Gazprom i inne rosyjskie firmy. Na przykład na pomarańczowych koszulkach czołowej niemieckiej drużyny siatkarzy, która pochodziła z tego regionu, pojawił się napis „Nord Stream 2”. Po ataku putinowskiej Rosji na Ukrainę pojawiły się doniesienia, że Rosjanie od lat pompowali pieniądze w tę część Niemiec, tworząc między innymi coś, co niewinnie zwano „fundacją”; przez instytucję tę przepłynęło co najmniej 165 milionów euro przeznaczonych na lobbing, w tym organizację Dnia Rosji w tym byłym komunistycznym kraju związkowym18.

W Gelsenkirchen, ponad 500 kilometrów na południowy zachód od miejsca, gdzie rurociąg Nord Stream wychodzi na ląd, znacznie bliżej granicy Niemiec z Holandią i Belgią niż z Polską, za chwilę rozpocznie się mecz. Rozmawiam z Suzanne Hein-Reipen i jej mężem Günterem, zagorzałymi fanami Schalke, o ich ukochanej drużynie, którą wielu fanów nazywa po prostu null-vier (zero-cztery), nawiązując do roku jej założenia. Suzanne, która ma długie blond włosy i nosi okulary oraz puchową kurtkę z herbem Schalke, mimo złej sytuacji klubu robi dobrą minę do złej gry. Wyjaśnia mi, że razem z mężem pamiętają 1980 rok, kiedy Schalke grało w drugiej lidze, i mówi, że wówczas jego położenie było jeszcze gorsze. Podobnie jak wszyscy inni kibice zespołu z Gelsenkirchen, z którymi rozmawiam, Suzanne doskonale orientuje się w finansach klubu, wie o kontrowersyjnych pożyczkach zaciągniętych przez Clemensa Tönniesa i o sprawie z Gazpromem. Twierdzi, że popierała nagłe zerwanie umowy z rosyjskim sponsorem, ale uważa, że gwałtowne pozbawienie klubu ogromnej części dochodów w sytuacji, gdy i tak borykał się z problemami, wywołało „efekt domina” – bezpośrednio przyczyniło do spadku Schalke z Bundesligi i utrudniło mu powrót do elity. Ale Suzanne i Günter to typowi niemieccy fani, głęboko przywiązani do idei klubu jako instytucji społecznej, której zobowiązania wykraczają daleko poza zwycięstwa na boisku.

Na stadionie zajmuję miejsce wysoko na zachodniej trybunie, skąd mam doskonały widok na Nordkurve, słynną trybunę za jedną z bramek, na której przez całe 90 minut najzagorzalsi fani prowadzą głośny doping. Kiedyś Suzanne i Günter mieli tam swoje miejsca, ale z wiekiem przenieśli się gdzieś, gdzie mogą usiąść. Przed Nordkurve, w prawdziwie europejskim stylu, stoi odwrócony plecami do boiska bębniarz, który koncentruje się wyłącznie na wybijaniu rytmu dla swoich kumpli i nie ogląda się za siebie nawet wtedy, gdy pada gol. Proste transparenty domowej roboty uderzająco kontrastują z lśniącym, nowoczesnym stadionem.

Po jednej czwartej sezonu, spędzonej na granicy strefy spadkowej, kibice gospodarzy liczą na zwycięstwo, które zmniejszyłoby niepokojące prawdopodobieństwo relegacji do trzeciej ligi. Schalke obejmuje prowadzenie tuż przed przerwą i mimo wczesnej pory rozpoczęcia meczu atmosfera staje się gorąca. Pierwsza połowa kończy się wynikiem 1:0 dla gospodarzy. W przerwie kupuję niedrogie piwo i delektuję się nim na swoim miejscu, co jest miłą odmianą od tego, jak wygląda sytuacja na trybunach w Anglii, gdzie od dziesięcioleci obowiązuje zakaz spożywania alkoholu, co ma zapobiegać zamieszkom. Hannover wyrównuje niedługo po rozpoczęciu drugiej odsłony spotkania, a wtedy wrzawa dobiega z rogu boiska, w którym zasiadają fani gości. Ale Schalke szybko strzela dwa kolejne gole. Nordkurve ryczy, a zgromadzeni tam kibice, pobudzani rytmem bębnów, nie przestają skakać aż do końcowego gwizdka. Bramka dla gości pod koniec spotkania nie studzi nastrojów miejscowych, którzy w ostatnich miesiącach nie mieli zbyt wielu powodów do radości.