Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Listopad 1988 r., zaniedbana łączka na warszawskich Powązkach. Małgorzata Szejnert na każdym z pięciu symbolicznych grobów kładzie krótki list. Kartkę przyciska zniczem. Jest przekonana, że groby są puste, ale wie, że wieczorem ktoś tu przyjdzie...
Dramat polskich bohaterów wojennych - rotmistrza Pileckiego, generała Fieldorfa „Nila” i innych skazanych na śmierć w Polsce Ludowej - nie kończył się z chwilą wykonania wyroków. Dla rodzin straconych to początek walki o ujawnienie prawdy o losach bliskich: synów, mężów i ojców. Śród żywych duchów to ich poruszająca historia. Małgorzata Szejnert, mimo starannie zatartych śladów, poszukuje grobów więźniów politycznych straconych w warszawskim więzieniu na Rakowieckiej. Zbiera relacje świadków i członków rodzin, ujawnia sposoby na obejście cenzury i zdobycie informacji w epoce strachu i nieufności. Dziennikarka w mistrzowski sposób łączy opowieść o epoce terroru i o końcu lat osiemdziesiątych, tworząc niezwykłą kronikę przełomu i początku demokratycznych przemian w Polsce.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 447
Data ważności licencji: 4/14/2030
jak trudno ustalić imiona
wszystkich tych co zginęli
w walce z władzą nieludzką
……………………………
jesteśmy mimo wszystko
stróżami naszych braci
niewiedza o zaginionych
podważa realność świata
wtrąca w piekło pozorów
diabelską sieć dialektyki
głoszącej że nie ma różnicy
między substancją a widmem
musimy zatem wiedzieć
policzyć dokładnie
zawołać po imieniu
opatrzyć na drogę
Z wiersza Zbigniewa Herberta
Pan Cogito o potrzebie ścisłości1
1 Zbigniew Herbert, 18 wierszy, Oficyna Literacka, Warszawa 1983, s. 40–44.
Więźniowie Mokotowa pamiętają turkot wozu konnego wewnątrz dziedzińca. Odzywał się przed świtem w pierwszych latach po wojnie. Drewniane koła w żelaznych obręczach zmierzały ku bramie i oddalały się Rakowiecką.
Opowiadali mi o tym państwo Śmiechowscy. Jerzy Śmiechowski, młody makler w Gdyni, przemycił Stefana Korbońskiego i jego żonę na szwedzki statek „Drottning Victoria”. Korbońscy odpłynęli bezpiecznie 5 listopada 1947 r. Śmiechowski, aresztowany następnego dnia, odsiedział pięć lat. Na Mokotowie poznał przez ścianę studentkę Wiesławę Pajdak. Jej ojciec, Antoni, był jednym z szesnastu przywódców Polski Podziemnej sądzonych w Moskwie. Siedział pięć lat w więzieniu, tyleż na zesłaniu. Jej matka, Janina, wyskoczyła oknem z trzeciego piętra gmachu krakowskiego UB; zmarła w szpitalu pod strażą. Jerzy i Wiesława zaprzyjaźnili się podczas długich rozmów alfabetem Morse’a. Gdy ulokowano ich karnie w celach naprzeciwko, by nie mogli stukać, wymyślili Morse’a świetlnego; znaki pisane cieniem w szparze nad podłogą. Wzięli ślub w 1953 r. w więzieniu kobiecym w Grudziądzu, gdzie siedziała jeszcze Wiesława; zezwolono na dłuższe widzenie i bukiet.
Każde z nich, osobno, słyszało na Mokotowie klapanie kopyt i turkot kół. Zapamiętali je dobrze. Dzięki niezwykłej sprawności w stukaniu wiedzieli więcej niż inni więźniowie; przewidywali, kiedy wóz nadjedzie. W taki poranek trudno było spać. Nie pozwalał na to niepokój i smutek.
Ten wóz z Mokotowa ma różne postacie w różnych wspomnieniach. Stanisław Krupa, były więzień Rakowieckiej, dziennikarz „Kuriera Polskiego”, mówi o nim „furgon”, Władysław Minkiewicz – „zwykły chłopski wóz”. „Co jakiś czas tuż przed pobudką (było jeszcze zupełnie ciemno) zajeżdżał na więzienne podwórze zwykły chłopski wóz zaprzęgnięty w jednego konia, niknął gdzieś za murami i po chwili ukazywał się znowu, lecz teraz leżały na nim jedna, dwie, czasami nawet trzy drewniane skrzynie. Z początku nie mogliśmy zrozumieć, co ten kmiotek w swoich skrzyniach wywozi. Dopiero po pewnym czasie skojarzyliśmy dwa fakty. Otóż było tak, że z reguły poprzedniego dnia, już po wieczornym apelu, słyszeliśmy wyraźnie jeden, dwa lub trzy strzały, przy czym liczba strzałów zawsze zgadzała się dokładnie z liczbą skrzyń wywożonych nazajutrz o świcie” 1.
Danuta Suchorowska zebrała wspomnienia kilkunastu więźniów politycznych. Przedstawiła ich imionami. Władysław mówi: „Była jedna rzecz, która przyprawiała więźniów skazanych na śmierć o dreszcz przerażenia. Była to świadomość tego, że nikt nigdy nie dowie się o tym, gdzie ich pochowano. Można być człowiekiem niereligijnym, nie wierzyć w życie pozagrobowe, ale trudno pogodzić się z myślą, że raz na zawsze wymazany zostanie ślad, który przedłuża ludzkie istnienie, zostając w pamięci innych. Ten lęk przybierał z biegiem lat u niektórych więźniów rodzaj dręczącej obsesji. Powstawały ciche układy wielostronne, które w razie uratowania się jednego z uczestników nakładały nań obowiązek poinformowania rodzin na wolności o dacie śmierci i przybliżonym miejscu pochowania innych. Na ścianach Cytadeli pojawiały się wydrapane w tynku nazwiska więźniów, które potem pozostali przy życiu mieli we właściwym czasie uzupełnić krzyżykami i datami” 2.
Czy rodziny więźniów politycznych, straconych na mocy wyroku sądowego, nie mogły pogrzebać ich same?
Aniela Steinsbergowa: – Nie. Oni mieli zniknąć bez śladu. Łatwiej zatrzeć pamięć, kiedy nie ma grobu. Podczas procesów rehabilitacyjnych kładziono wiązanki na ławach podsądnych, których stracono przed paru laty, a teraz uwalniano z zarzutów. Nie było innego miejsca, gdzie by je można położyć. O to właśnie chodziło. Żeby nie było żadnego miejsca na kwiaty.
(A. Steinsbergowa, uczennica i przyjaciółka Stefanii Sempołowskiej. Adwokat, socjalistka. Przed wojną broniła robotników „Semperitu”, w czasie wojny pomagała Żydom, w połowie lat pięćdziesiątych domagała się wszczęcia procesów rehabilitacyjnych; doprowadziła między innymi do rehabilitacji Kazimierza Moczarskiego. Autorka książki Widziane z ławy obrończej wydanej pod własnym nazwiskiem w Instytucie Literackim w Paryżu w 1977 r. Zmuszona do odejścia na emeryturę. Współtwórczyni KOR. Wiceprzewodnicząca Stowarzyszenia Opieki nad Więźniami „Patronat” w latach 1980–1981).
Jan Olszewski: – Nigdy nie wydawano bliskim tych zwłok. To stanowiło dodatkową karę dla skazanych i rodzin.
(J. Olszewski, adwokat. W czasie okupacji w Szarych Szeregach, do 1947 r. w konspiracji, w czasie „odwilży” w redakcji „Po prostu”. Współpracownik KOR, doradca najwyższych władz Solidarności, obrońca w licznych procesach politycznych, mąż zaufania opozycji w sprawach budzących niepokój społeczny).
Stanisław Skalski: – Więźniom, którzy mieli KS, nie przychodziło nawet do głowy, że mogą być pochowani po ludzku, przez rodziny.
(S. Skalski, wybitny pilot. W czasie wojny, zwłaszcza w bitwie o Anglię, zestrzelił 22 samoloty niemieckie. Odznaczony dwukrotnie Virtuti Militari i czterokrotnie Krzyżem Walecznych. Po powrocie do Polski długo więziony, torturowany, skazany na karę śmierci pod zarzutem szpiegostwa. Odmówił wniesienia prośby o łaskę. Po 1956 r. rehabilitowany).
Wacław Gluth-Nowowiejski: – Żadna ze znanych mi rodzin, których bliscy zostali straceni, nie dowiedziała się nigdy, gdzie leżą. Wiem tylko, że wskazano miejsce matce „Anody”, ale okoliczności tej sprawy były inne.
(W. Gluth-Nowowiejski, dziennikarz, najmłodszy z czterech braci i jedyny, który przeżył wojnę. Ciężko ranny w Powstaniu Warszawskim doczołgał się do piwnicy domku na Marymoncie. Ocalony przez kobietę, która go wywiozła z miasta na ręcznym wózku, pod szmatami. Braci Zbigniewa i Janusza rozstrzelano na Pawiaku. Jerzy zginął w Powstaniu. Wacław aresztowany w 1948 r. skazany został na osiem lat więzienia za nielegalne posiadanie broni i przynależność do organizacji, o której istnieniu nigdy nie słyszał).
Andrzej Krzysztof Kunert: – Nie słyszałem o tym, by zwłoki straconych wydawano bliskim, a gromadząc informacje do Słownika, spotykałem się z wieloma rodzinami straconych i byłymi więźniami politycznymi. Wiem natomiast o dwóch więźniach zmarłych na Mokotowie, którzy leżą na Powązkach – to gen. Franciszek Herman i płk Aleksander Krzyżanowski.
(A.K. Kunert, historyk, uczeń Władysława Bartoszewskiego, autor Słownika biograficznego konspiracji warszawskiej. Zawarte w nim życiorysy można podzielić według trzech schematów: bohaterowie zamęczeni lub zamordowani przez Niemców w czasie okupacji, bohaterowie zamęczeni, zamordowani lub zrujnowani przez system narzucony po wojnie, bohaterowie, którzy dożyli późniejszych lat we względnym spokoju, płacąc różne koszta. Kunert odnotował starannie wyroki śmierci, lata odsiadki, rehabilitacje zmarłych i żywych, funkcje w fasadowych organizacjach).
Wiesława Śmiechowska-Pajdak: – Moja rodzina pochowała matkę na cmentarzu Podgórskim w Krakowie; siedziałam wtedy w więzieniu. Matka nie miała sprawy, nie było wyroku. Powiedziano nam, że to samobójstwo. Sądzę, że naprawdę nie chciała żyć. Po wielu staraniach wydano ciało w zamkniętej trumnie. Nie pozwolono na klepsydry i nekrologi.
(W. Śmiechowska-Pajdak, więziona za pracę w PPS-WRN, lekarka stomatolog w Warszawie).
Władysław Siła-Nowicki: – Zwłok ludzi straconych z przyczyn politycznych nie wydawano. Przed wojną – tak. Niewiadomskiego pochowano we wspaniałym grobie na Powązkach i endecy starali się o to, by miał więcej kwiatów niż Narutowicz. Po wojnie nie informowano nawet rodzin o wykonaniu wyroku. Przestawano natomiast przyjmować paczki. To był straszny znak. W Związku Radzieckim informowano w sposób równie ukryty, ale zrozumiały dla doświadczonych: „zesłany bez prawa korespondencji”.
(W. Siła-Nowicki, adwokat, w czasie wojny w Kedywie AK i Delegaturze Rządu RP, tuż po wojnie działacz Stronnictwa Pracy. Aresztowany z grupą Hieronima Dekutowskiego „Zapory” – WiN, skazany na śmierć, ocalał dzięki powiązaniom rodzinnym. Aldona Dzierżyńska-Kojałłowicz napisała do Bieruta: „Kocham go jak własnego syna, a więc przez pamięć niezapomnianego brata mego Feliksa Dzierżyńskiego, błagam Obywatela Prezydenta o łaskę darowania życia Władysławowi Nowickiemu”. Uwolniony w 1956 r. Zrehabilitowany, został obrońcą w procesach politycznych, doradcą Solidarności, członkiem Rady Konsultacyjnej przy przewodniczącym Rady Państwa).
Astolphe Louis Léonor markiz de Custine, poczęty na miesiąc przed zburzeniem Bastylii, czterolatek, gdy zgilotynowano ojca i dziada, wytworny i bogaty arystokrata, rozpoczął w czerwcu 1839 r. podróż po Rosji. Opisał ją w książce Listy z Rosji, której przenikliwość zdumiewa czytelnika polskiego, doświadczonego sąsiada Rosjan. George Kennan napisał o tym reportażu z podróży, że „nie jest to może bardzo dobra książka o Rosji 1839 roku, ale jest to z pewnością doskonała książka, niewątpliwie najlepsza ze wszystkich, o Rosji Stalina, i całkiem niezła książka o Rosji Breżniewa i Kosygina” 3.
Custine opowiada między innymi o zwiedzaniu twierdzy szlisselburskiej. Zapytał oprowadzającego go inżyniera o grób Iwana IV, nieszczęsnego dziedzica tronu rosyjskiego, który zmarł w fortecy jako więzień stanu.
„W odpowiedzi – pisze – pokazano mi wyrwę, jaką uczyniło w murze działo cara Piotra, gdy osobiście oblegał szwedzką twierdzę, będącą jego zdaniem kluczem do Bałtyku.
– Grób Iwana – podjąłem z niezmąconym spokojem – gdzie on się mieści?
Tym razem zostałem zaprowadzony na tyły cerkwi, w pobliże rosnącego tu krzewu różanego. »Tutaj« – usłyszałem.
Zrozumiałem, że w Rosji ofiary nie mają grobów” 4.
Gustaw Herling-Grudziński notuje w książce Inny świat. Zapiski sowieckie:
„Śmierć w obozie była straszna także i przez swoją anonimowość. Nie wiedzieliśmy, gdzie się grzebie umarłych (...). Można być człowiekiem niereligijnym, nie wierzyć w życie pozagrobowe, ale trudno pogodzić się z myślą, że raz na zawsze wymazany zostanie jedyny materialny ślad, który przedłuża istnienie ludzkie i nadaje mu wyrazistszą trwałość w pamięci ludzkiej. Ta forma lęku przed śmiercią, lub raczej przed zupełnym unicestwieniem, przybierała z biegiem lat u niektórych więźniów charakter dręczącej obsesji. Powstawały ciche układy wielostronne, które w razie uratowania się jednego z uczestników nakładały nań obowiązek powiadomienia rodzin na wolności o dacie śmierci i przybliżonym miejscu pochowania reszty, na ścianach baraków pojawiały się wydrapane w tynku nazwiska więźniów, które pozostali przy życiu towarzysze mieli uzupełnić we właściwym czasie krzyżykami i datami (...)” 5.
Danuta Suchorowska mogła wcielić, prawie dosłownie, myśli Herlinga-Grudzińskiego do relacji „Władysława”, ponieważ o losie więźniów w pierwszej dekadzie Polski Ludowej i o losie więźniów w ZSRR decydował ten sam porządek. Jej nadużycie stało się, niezamierzenie, dodatkowym świadectwem opisywanych czasów.
Dlaczego wskazano miejsce matce „Anody”?
Jan Rodowicz „Anoda” był jednym z najdzielniejszych żołnierzy „Zośki”. Wnuk powstańców styczniowych. Syn Kazimierza, profesora Politechniki Warszawskiej, i Zofii z Bortnowskich, siostry generała – dowódcy Armii „Pomorze”. Brat Zygmunta, zawodowego oficera WP, który zginął w Powstaniu Warszawskim. Miał zamiłowania elektroniczne, pracował w zakładach radiowych Philipsa; stąd pseudonim konspiracyjny. Śpiewał, pisał wiersze, rysował.
Z akcji pod Arsenałem w 1943 r. wyniósł na plecach rannego Alka Dawidowskiego. Odznaczony Krzyżem Walecznych. Wysadził przepust kolejowy pod Rogożnem. Odznaczony ponownie Krzyżem Walecznych. Ciężko ranny podczas uderzenia flankowego na Cmentarzu Ewangelickim podczas Powstania. Odznaczony Virtuti Militari. Ponownie ciężko ranny na Przyczółku Czerniakowskim. Żołnierze LWP lądujący na brzegu warszawskim znajdują go nieprzytomnego i zabierają pontonem na Pragę.
Po uwolnieniu Warszawy od Niemców zajmuje się ekshumacją i pogrzebami powstańców „Zośki”. Wstępuje na Politechnikę, na Wydział Elektryczny, ale szybko przenosi się na architekturę.
Te informacje znane są wielu. Dalsze podaję na podstawie relacji warszawskiego dziennikarza Andrzeja Wernica, który badał tę sprawę.
W wigilię Bożego Narodzenia po „Anodę” przychodzi UB. 1 marca rodzice otrzymują urzędowe zawiadomienie Naczelnej Prokuratury Wojskowej o jego zgonie. Mjr Mieczysław Dytry, szef Wydziału Nadzoru Prokuratorskiego nad Śledztwem w Sprawach Szczególnych, pisze, że zatrzymany „w dniu 7 stycznia popełnił samobójstwo, wyskakując z okna podczas przeprowadzania go z aresztu”, i że zwłoki pochowano na cmentarzu miejskim na Powązkach. Nie podano kwatery i numeru grobu.
Rodzina uzyskuje jednak te dane w biurze pogrzebowym przy ulicy Rakowieckiej, róg Sandomierskiej. Urzędnicy tego biura zapamiętali, że w styczniu funkcjonariusze UB przywieźli tu ciężarówką ciało zawinięte w koc. Kazali je zawieźć na cmentarz i pochować jako NN.
Kierownik biura wiedział jednak, kogo przywieziono. Znał Rodowicza. Pracowali razem przy ekshumacji żołnierzy „Zośki”. Zapisał numer grobu, do którego złożono „Anodę”, i podał rodzinie. Umożliwił jej także ekshumację zwłok i godziwe ich pochowanie. Przeprowadzono to bardzo dyskretnie. Ojciec i matka przenieśli ciało do kupionej przez siebie trumny. Zauważyli przy tym, że zwłoki pochowano przedtem z pewną pieczołowitością.
Następną osobą, która złamała milczenie, był dr Konrad Okolski, ojciec żołnierza „Zośki”. Wiedział od prof. Grzywo-Dąbrowskiego, który kierował Zakładem Medycyny Sądowej AM, że Rodowicz został zamęczony.
„Anoda” leży pod własnym nazwiskiem dlatego, że człowiek, który miał go ukryć w bezimiennym dole, nie zastosował się do polecenia. Znajomość, jaką zawarł z Rodowiczem, była szczególna. Razem przygotowywali zmarłych na drogę. Kierownik biura pogrzebowego, któremu w 1945 r. powierzono takie zadanie w stosunku do żołnierzy „Zośki”, uznał widocznie we własnym sumieniu, że należy je wypełnić do końca, bez względu na zmianę warunków.
Było to zresztą możliwe dlatego, że biuro pogrzebowe znajdowało się w strefie otwartej i że „Anoda” nie został stracony. Według Naczelnej Prokuratury Wojskowej był ofiarą wypadku. Wytoczono przeciw niemu zarzuty, lecz nie dokończono śledztwa. Nie doszło do sprawy ani wyroku.
Janinę Pajdakową też pozwolono pochować; obowiązywała wersja samobójstwa, być może prawdziwa.
Gen. Franciszek Herman, skazany na dożywocie w tak zwanej sprawie generalskiej (Tatar i inni), zmarł na Mokotowie w 1952 r.
Płk Aleksander Krzyżanowski zmarł w tym samym więzieniu w 1951 r., bez sprawy i bez wyroku.
Zmarli własną śmiercią, którą przyśpieszyły lub spowodowały warunki więzienne. Ale nie byli straceni.
Ofiary „wypadków” i osoby zmarłe w sposób „naturalny” ostatecznie mogły mieć groby, jeśli rodziny wykazały w tej sprawie odpowiedni upór i jeśli miały szczęście trafić na ludzi, którzy im pomogli.
Żaden upór i determinacja nie pomogły odzyskać zwłok osób rozstrzelanych lub powieszonych na mocy wyroku w mokotowskim więzieniu.
Pod koniec lat siedemdziesiątych Łukasz Socha (pseudonim) uzyskał dostęp do dokumentów nie znanych przedtem historykom. Opracował je i podał do wiadomości w książce Te pokolenia żałobami czarne... Skazani na śmierć i ich sędziowie 1944–1954, wydanej w podziemiu. Zataił nazwy archiwów i sygnatury akt, aby uchronić ludzi, którzy je udostępnili, przed szykanami, a dokumenty przed zniszczeniem lub zesłaniem w nieznane miejsce.
Wśród dokumentów znajdowały się akta spraw prowadzonych przez sądy wojskowe różnych instancji i sądy doraźne, prośby o łaskę kierowane przez skazanych i ich rodziny do prezydenta KRN, odręczne uwagi Bolesława Bieruta. Socha zanalizował jedynie te, które dotyczyły wyroków śmierci.
Zsumowanie danych za lata 1945 i 1946 zawartych w książce Sochy daje liczbę 1700 skazanych na śmierć przez sądy wojskowe i doraźne. Socha jest jednak przekonany, że wyroków tych było więcej. Nie we wszystkich sprawach występowano o ułaskawienie. Wiele akt wędrowało do różnych instancji i grzęzło po drodze.
Danych z roku 1947 i potem – brak.
Socha przypuszcza, na podstawie własnych szacunków i opinii innych historyków, że liczba wyroków śmierci, które zapadły w Polsce w sprawach politycznych w latach 1944–1948, wynosi co najmniej 2,5 tysiąca. Nie potrafi określić, jaki może być stosunek wyroków orzeczonych do wykonanych.
Autor Tych pokoleń... dokonuje interesującej obserwacji: 661 osobom skazanym na śmierć, których sprawy analizował, zarzucono dokonanie 122 morderstw politycznych. Tylko 82 ofiary tych morderstw miały nazwiska lub pseudonimy. Reszta ginęła w poszlakach. Sprawiedliwość zabijała gorliwiej niż ci, których oskarżano o zbrodnie.
Do ofiar oficjalnego wymiaru sprawiedliwości Socha dodaje „około 10 tys. zabitych bez sądu, zamordowanych w śledztwie, zabitych na ulicy czy na polu, pochowanych często tajnie na cmentarzykach czy w ogródkach wokół budynków powiatowych urzędów bezpieczeństwa albo topionych w rzekach i stawach” 6.
Socha jest doświadczony w archiwalnej robocie. Cierpliwy, lecz pełen energii. Można przypuszczać, że to mężczyzna koło czterdziestki, z kręgów opozycji, być może syn działacza lewicy. W dedykacji dziękuje „Adamowi Michnikowi i Włodzimierzowi Martowi, dzięki którym ta książka powstała”.
Bardzo starannie strzeże pseudonimu. Dotarcie do niego wymaga nawiązania łańcucha kontaktów. Po tygodniu otrzymuję wiadomość zwrotną. Zgadza się na spotkanie, podaje telefon i adres.
Wiadomość zdumiewająca. Łukasz Socha to profesor Maria Turlejska. Urodzona w 1918 r. W czasie okupacji zecer w tajnej drukarni PPR, po wojnie kierowniczka Wydziału Historii Partii KC PPR. Stara towarzyszka partyjna.
W 1955 r. wkracza na drogę odstępstwa. Próbuje podważyć fałszywe oskarżenia przeciwko Marianowi Spychalskiemu, ciągle jeszcze więzionemu. Usunięta z partii.
Mieszka przy ulicy Puławskiej. Najlepsze budownictwo warszawskie, koniec lat trzydziestych. W jasnych pokojach trzy obrazy Zdzisława Beksińskiego. Na dwóch – architektury z czaszek i piszczeli. Trzecie płótno, na oko pogodne, przedstawia dwoje ludzi, dorosłego i dziecko, na brzegu ciemnej zatoki. Jeśli przybliżymy twarz do obrazu, zobaczymy górę z potężnym nawisem, która ledwie wyodrębnia się z tła. Nawis, zlepiony z ludzkich odpadków, kości, ścięgien, włókien, runie za chwilę na parę podróżnych, która spokojnie podąża w głąb.
Maria Turlejska mówi: – Pani się dziwi, że żyję wśród tych obrazów. A mnie jest z nimi dobrze. Widocznie człowiek potrzebuje czasem takiego uzewnętrznienia.
Pytam, czy badając dokumenty dotyczące wyroków śmierci, zetknęła się kiedykolwiek z informacjami dotyczącymi grzebania straconych.
– Nie, nigdy.
– Czy istnieją jakieś dane, które pozwoliłyby złożyć listę osób straconych w więzieniu mokotowskim?
– Jeśli istnieją, nie są dostępne. Znamy tylko pojedyncze nazwiska. Zwłaszcza jeśli były głośne.
– Czy można określić, ile osób stracono na Rakowieckiej?
– Nie ujawniono nigdy takiej informacji. Wyroki wykonywano w różnych miastach, w różnych więzieniach. Trzeba by mieć wgląd w akta więzienne, w protokoły wykonania wyroku śmierci, bo tylko one stanowią miarodajne świadectwo. To jest ciągle strzeżone. Jeżeli jest.
– Czy dzisiaj, w kilka lat po uzyskaniu dokumentów omówionych w książce Te pokolenia..., Socha wie więcej o liczbie wyroków śmierci wydanych w PRL z przyczyn politycznych?
– Jestem coraz bardziej świadoma tego, że listy skazanych na karę śmierci w 1945 i 1946 r., które ułożyłam na podstawie tych dokumentów, mają duże luki. Natknęłam się ostatnio na różne sprawy, których brakowało w tamtych materiałach.
Zdaniem profesor Turlejskiej dostępne archiwa nie powiedzą mi nic o miejscach grzebania straconych. Nie pomogą mi także „oni”, byli członkowie władz bezpieczeństwa. Możliwe zresztą, że niewiele wiedzą. Między dyrektywą a nocną praktyką zalega przestrzeń trudna do zbadania.
Turlejska-Socha sądzi, że powinnam szukać na własną rękę, przynajmniej na razie. Do „nich” zaś zwrócić się z pytaniami dopiero wtedy, kiedy wyczerpię inne możliwości.
Przed laty słyszała o pewnym człowieku, którego powinnam odnaleźć. Był synem więźnia politycznego straconego na Mokotowie. Jeszcze jako chłopiec, prawie dziecko, wniósł sprawę do sądu. Domagał się wiadomości, gdzie leży ojciec. Turlejska nie pamięta, kto jej o tym mówił, jak się nazywali więzień i syn i kogo pozwano przed sąd. Był jednak na pewno taki młodzieniec i był taki proces.
Telefon od K.; nie podaje nazwiska. Ostrożny albo dyskretny. Więziono go na Mokotowie w latach pięćdziesiątych i w stanie wojennym. Staroświecki, uparty. Jego proroctwa geopolityczne do niedawna śmieszyły nawet przyjaciół. Delikatny, uśmiecha się tylko. Prosi, bym odwiedziła proboszcza parafii św. Katarzyny na warszawskim Służewie. Nie znam tego księdza, nie słyszałam o nim.
– Czy pan myśli, że on na mnie czeka?
– Tak, naturalnie. Może pani iść piechotą, przez łąki.
Idę przez łąki, za radą K. Ciągną się od Wilanowa po Lasy Kabackie i opierają o skarpę pra-Wisły. Na grzbiecie skarpy, między Ursynowem a Wilanowską stoi żółty kościół z prostokątną wieżą. Obok biała plebania pod łamanym dachem, z gankiem na masywnych kolumnach. Tylne okna budynku wychodzą na ogródek z rozległym widokiem na pola, aż po Stegny, Sadybę, Wilanów.
Parafia jest bardzo stara. Jej akt erekcyjny pochodzi z 1238 r. Kościół, zniszczony w czasie wojen szwedzkich, odbudowano w wieku osiemnastym, a sto lat później włoski architekt Franciszek Lanci nadał mu charakter neoromański.
Proboszcz ksiądz Józef Maj objął parafię przed paru laty po prałacie Antonim Czarneckim, który jest schorowany i traci pamięć, a czasem nawet przytomność umysłu; pracował tu blisko czterdzieści lat i czasem pomaga jeszcze w kościele.
Ksiądz Maj pyta, czy znam cmentarze służewskie.
Znam jeden, niewielki. Leży na skarpie, na południowy zachód od kościoła. W najstarszej części piękny i dostojny. Nazwiska na grobach często się powtarzają i mają brzmienie włościańskie: Karaszewscy, Łagowscy, Wardeccy.
Proboszcz wyjaśnia, że parafia ma dwa cmentarze. Ten, który znam, nazywa się Stary. Nikt nie wie, ile ma lat, ale znaleziono tutaj urny słowiańskie. Drugi leży niżej, po drugiej stronie arterii, która biegnie pod skarpą i łączy Ursynów z ulicami Sobieskiego i Czerniakowską. Założono go, według księdza, podczas insurekcji kościuszkowskiej i grzebano na nim żołnierzy polskich i rosyjskich. Jest większy niż Stary, ale zapełniony i bez żadnych szans rozbudowy. Obstawiono go szczelnie blokami osiedla Służew nad Dolinką. Leży między nimi raczej jak skwer niż miejsce ostatniego spoczynku. Główna brama tego cmentarza znajduje się w murze przy ulicy Wałbrzyskiej.
O ile Stary cmentarz był elitarny – chowano tam włościan służewskich, o tyle Nowy przyjmował pogrzeby z całego Mokotowa. Przywożono tu także zmarłych bezdomnych i bezimiennych z innych dzielnic miasta. Ta tradycja, zdaniem proboszcza, mogła mieć znaczenie dla wydarzeń, jakie zaszły w sąsiedztwie cmentarza w pierwszych latach po wojnie.
Przekraczamy ruchliwą arterię pod skarpą. W bramie przy Wałbrzyskiej ksiądz daje mi cicho do zrozumienia, że nie ufa kobietom sprzedającym kwiaty. Dlatego powie mi wszystko dalej; w głębi cmentarza jest pusto.
Wskazuje wzrokiem różowy kamień przy dróżce. – Będzie takich więcej. Powiem pani potem.
Główna aleja cmentarna wyprowadza nas na rozległy trawnik. Stoją na nim rzadko i chaotycznie betonowe stele z nazwiskami. Pochowano tutaj ofiary drugiej wojny światowej. Rolę pomnika pełni socrealistyczny obelisk z płaskorzeźbami, nudny i banalny.
Oto relacja księdza Maja:
„Stoimy w miejscu, gdzie biegła dawna granica cmentarza. Zaznacza ją teraz ten pomnik. Cmentarz zajmuje obecnie 3,72 ha. Potwierdza to wypis z rejestru gruntów sporządzony w 1987 r. przez Urząd Dzielnicowy Warszawa-Mokotów. Ten dokument jest bardzo ważny, bo zawiera pierwszą urzędową informację o rzeczywistej powierzchni cmentarza. Wszystkie poprzednie dane urzędowe, a także mapy geodezyjne, pomijały fakt, że cmentarz po wojnie został powiększony o mniej więcej hektar.
Na południe od obecnej kwatery wojennej leżało pole Józefa Bokusa. W 1945 r. został wywłaszczony. Musiało to być późnym latem, bo gospodarzowi nie pozwolono na zebranie owsa, który wskutek tego przepadł na pniu. Wkrótce potem przyłączono pole do cmentarza, grodząc je metalową siatką rozpiętą na słupach. Część tych betonowych słupów zachowała się jeszcze, mimo że cały cmentarz otoczono niedawno nowym murem według projektu architekta Janusza Kazubińskiego, jednego z twórców osiedla Służew nad Dolinką.
Parafia nie miała nic wspólnego z powiększeniem cmentarza. Istniejący wystarczał wtedy na jej potrzeby.
W tym samym czasie, kiedy zabrano „pole Bokusa”, do parafii przysłano nowego grabarza Franciszka Lesiaka. Miał prawdopodobnie szczególne zadania.
Wkrótce zaczęły się nocne pochówki. Nie wiadomo dokładnie, kiedy odbył się pierwszy, ale prawdopodobnie już w 1945 r. Przyjeżdżali nocą, do wykopanego wcześniej dołu wrzucali zwłoki, polewali wapnem i zasypywali. Okoliczni ludzie widzieli to czasem, ale usuwali się szybko. Z początku nikt nie wiedział, kto, kogo i skąd przywozi. Potem zorientowano się, że to funkcjonariusze przywożą więźniów z Mokotowa. Zwłoki były nagie. Ziemię równano.
Podobno po jakimś czasie do gospodarzy mieszkających w pobliżu cmentarza zaczęły przychodzić rodziny więźniów, które prosiły o pomoc w wykopaniu zwłok i proponowały za nią pieniądze, a nawet złoto. Rolnicy bali się tego i brzydzili. Krążą jednak pogłoski, że doszło do paru ekshumacji i że odprawiono nocne egzekwie w kościele. Podczas jednego z potajemnych nabożeństw UB otoczyło kościół. Doszło do strzelaniny. Rozbito witraż nad głównym ołtarzem. Witraż ten przedstawiał św. Katarzynę; Lanci sprowadził go z Włoch. Współczesny wizerunek patronki kościoła, który znajduje się w oknie, zamówiono w latach pięćdziesiątych. Nosi wyraźne piętno socrealizmu.
Nocne pochówki odbywały się latami. Nie wiadomo, ile ofiar pochowano na dawnym „polu Bokusa”. Ludzie jednak mówią o setkach, a nawet o tysiącach.
Przez lata legalny cmentarz parafialny sąsiadował z nielegalnym i niewidocznym grzebowiskiem więziennym. Stawał się jednak coraz ciaśniejszy. Wymagał rozbudowy. Po odwilży parafia postanowiła więc zrobić użytek z sąsiedniego terenu. Wytyczono alejki i Lesiak zaczął zagospodarowywać ten obszar nowymi grobami. Pomagał mu w tym drugi grabarz Józef Walczak. Kopali systematycznie na miejscach tajnych pochówków. Stopniowo zabudowano je całkowicie nowymi pomnikami. Legalny cmentarz nasunął się na potajemny.
Mimo to w nowej części cmentarza znajdowano różne znaki, na przykład kamienie ze słowami upamiętniającymi poległych. Leżały jednak krótko i znikały. Wtedy zaczęły się pojawiać zwykłe kamienie, bez napisów, ale duże i ciężkie. Te głazy też ktoś usuwał. W okresie Zaduszek przyczepiano do drzew kartki mówiące o ofiarach terroru. Wreszcie w rogu cmentarza, na jego najdalszym krańcu, postawiono wysoki drewniany krzyż, zupełnie samotny, nie oznaczający żadnego grobu. Ten krzyż pozostał. Nikt go nie ruszył. Byłoby to trudne, bo jest ciężki, osadzony w żelaznej tulei. Poza tym dobrze go schowano. Jest ukryty za drzewem, zupełnie niewidoczny od strony cmentarza. Od strony osiedla wystaje zza muru, ale stamtąd wygląda zwyczajnie, jak jeden z wielu krzyży na cmentarzu.
Metr nad ziemią krzyż jest lekko poszerzony. W tym miejscu można, jak na tabliczce, napisać jakąś wiadomość.
Nikt nie wie, kto ufundował ten krzyż, chociaż nie stoi on dłużej niż parę lat”.
Ksiądz oprowadził mnie po cmentarzu, pokazał krzyż i parę dużych kamieni polnych, które pozostawiono w spokoju. Na koniec zastanowił się, obejrzał i skierował pod mur grodzący cmentarz od wschodu. Wskazał mi ciemny głaz ukryty w zaroślach. Wyryto na nim wezwanie: „Módlcie się za poległych”. Proboszcz powiedział z żalem, że ten ostatni kamień z inskrypcją uchował się dzięki temu, że leży w ukryciu.
Wracamy na plebanię tą samą drogą. Dlaczego ksiądz tyle mi powiedział? Trudno przewidzieć, czy zechce wrócić do tego tematu. Nie można więc zwlekać z pytaniami.
Oto pytania, które zadaję, i odpowiedzi proboszcza:
– Czy grabarze Lesiak i Walczak żyją?
– Franciszek Lesiak niedawno zmarł. Jego syn, dygnitarz w SD, nic na pewno nie powie. Józef Walczak żyje. Nie jest już grabarzem, ale kościelnym. Mieszka przy plebanii. Nie chce nic mówić.
– Kiedy umarł proboszcz Wyrębowski?
– W 1952 r.
– Kto przyszedł na jego miejsce?
– W 1950 r. skierowano tutaj księdza Antoniego Czarneckiego. Przyszedł cum jure successionis, a więc z prawem objęcia parafii po księdzu Wyrębowskim.
– Dlaczego przyszedł z tym prawem? Czy ksiądz wie?
– Ksiądz Wyrębowski był ciężko chory, niezdolny do pracy. Odjęło mu władzę w nogach. Myślę, że dobrze wiedział, co się dzieje przy cmentarzu, a nie mógł nic począć, gryzł się, brał wszystko do środka. Nie mógł z tym żyć.
– Co ksiądz jeszcze wie o proboszczu Wyrębowskim?
– Wybitny kapłan. Po odzyskaniu niepodległości poseł do Sejmu. Endek. Po zamordowaniu prezydenta Narutowicza zarzucano trzem posłom, że swoimi wystąpieniami publicznymi stwarzali klimat moralny dla tej zbrodni. Ksiądz Wyrębowski był wśród tych trzech. Sejm uwolnił ich jednak od zarzutu. Odrzucił wniosek o pozbawienie ich immunitetu. Endek, ale w czasie okupacji chował Żydów w skrytce pod podłogą. Klapa była pod biurkiem w jego kancelarii; pokażę pani to miejsce. Człowiek bardzo odważny, a nawet hardy. Przez całą wojnę prowadził korespondencję na urzędowym papierze parafii, z orłem w koronie. Jakoś się uchował pod szczególną ochroną parafian. Tu, w okolicy, mieszkało wiele rodzin dawnych osadników niemieckich. Bardziej już Polaków niż Niemców. Niektórzy w czasie wojny podpisali folkslistę i ci byli najbardziej pomocni w razie kłopotu. Bo podpisali ze strachu, mieli wyrzuty sumienia. Chcieli, żeby Polacy pamiętali im tę pomoc. Mamy w parafii pamiątki tego przemieszania narodowościowego. Różne germanica. Stare obrazy mistrzów niemieckich.
– Czy ksiądz Wyrębowski miał jakichś przyjaciół?
– Nie pospolitował się. Przyjaźnił się z rodziną Łagowskich z Wyczółek. Ale pan Łagowski jest już pochowany na Starym cmentarzu.
– Czy ksiądz rozmawiał o „polu Bokusa” z prałatem Czarneckim?
– Próbowałem, ale bez skutku. Mówi, że nic nie wie. W ogóle nie chce mówić o przeszłości. Podczas okupacji pomagał Żydom w parafii Wszystkich Świętych na placu Grzybowskim, ale i o tym nie chce nic mówić. Studenci historii, którzy przygotowywali referat na kongres polsko-żydowski w Jerozolimie, prosili, by opowiedział o tym, co przeżył, pomagając Żydom w getcie. Nie chciał. Raz wspomniał przy mnie o córce profesora Hirszfelda, która umarła w czasie wojny, i zapłakał. Nie chce nic mówić. Zresztą wszystko już myli.
– Czy mógł nie wiedzieć o nocnym grzebaniu?
– Myślę, że wiedział.
– Czy księdzu coś wiadomo o stosunkach między proboszczem Wyrębowskim a księdzem Czarneckim?
– Wiem, że ksiądz Wyrębowski przed przyjściem następcy zakopał najcenniejsze paramenty. Może się bał, że mu przyślą księdza patriotę. Ale mógł je także ukryć dlatego, że bał się jakiegoś państwowego rabunku. Wtedy wszystko było możliwe. W zeszłym roku podczas remontu świątyni za bocznym ołtarzem Matki Bożej odnaleźliśmy relikwiarz św. ojca Benedykta, ofiarowany parafii na jej pięćsetlecie – w 1738 r., siedemnastowieczną monstrancję, kielich księdza Mohla, proboszcza w XVIII wieku.
– Może kto inny ukrył te paramenty?
– Nie sądzę. Mógłby je schować proboszcz Bolesław Kakowski, brat kardynała, w 1920 r., kiedy podchodziły pod Warszawę wojska sowieckie, ale wyjąłby to z ukrycia po cudzie nad Wisłą. Po proboszczu Kakowskim objął parafię ksiądz Wyrębowski. Zarządzał nią, jak wiemy, do 1952 r.
– Co się dzieje z Józefem Bokusem?
– Nie żyje. Nie wiem, gdzie mieszka jego rodzina. Niech się pani zwróci do siostry kancelistki. Oni czasem dają tutaj na mszę za jego duszę. Jak przyjdą, poprosi o adres.
– Ale to się może zdarzyć za rok.
– Prędzej czy później przyjdą.
– Czy ma ksiądz kontakt z jakimkolwiek ówczesnym pracownikiem cmentarza albo probostwa?
– Nie. Poza kościelnym Walczakiem i księdzem prałatem Czarneckim. Inni już nie żyją albo byli przelotnie.
– Czy zna ksiądz okolicznych mieszkańców, którzy mogą coś wiedzieć?
– Widziała pani po drodze, co się tutaj stało. Wybudowano wielkie osiedle. Wszystko wymieszano. Rozbito starą społeczność Służewa. Jeśli przy piaskownicy między blokami rośnie jabłonka, może się pani domyślać – tu było siedlisko.
– Czy ksiądz próbował szukać śladów tych pochówków przy Nowym cmentarzu w księgach parafialnych?
– Próbowałem. Żadnych śladów nie ma.
– Ksiądz Wyrębowski nie zostawił żadnych osobistych papierów?
– Nic mi nie wiadomo.
– Skąd ksiądz wie to wszystko, co mi dziś powiedział?
– Z rozmów przy kolędzie.
– Więc jednak trochę starych ludzi mieszka tu stale. Do kogo mam iść?
– Sam już nie pamiętam, co gdzie słyszałem.
Dodaje, że dwa lub trzy lata temu mówiono o tym w dwóch albo trzech programach Głosu Ameryki.
W książce Historia jednego życia, w rozdziale pt. W cieniu kościoła Wszystkich Świętych Ludwik Hirszfeld pisze, że w sierpniu 1941 r. jego rodzinę spotkało chwilowe szczęście. Otrzymała mieszkanie na plebanii przy tym kościele. „Z ulicy Twardej i placu Grzybowskiego, z otchłani piekła, obrzydliwych odorów, krzyczących ludzi – wchodziło się na dziedziniec kościelny, który przypominał dziedzińce klasztorów włoskich. (...) Mieliśmy uczucie, że jesteśmy w zakątku zadumy, ciszy i życzliwości, który zachował się w piekle. A kapłanem tego zakątka był ksiądz prałat Godlewski”.
Dalej Hirszfeld opowiada ze wzruszeniem o księdzu, który „ongiś bojowy antysemita”, teraz „gdy los zetknął go z tym dnem nędzy, odrzucił precz swoje nastawienie i cały żar swego kapłańskiego serca poświęcił Żydom”.
Teraz w relacji pojawia się ksiądz Czarnecki.
„Pomocnikiem i zastępcą prałata Godlewskiego był ksiądz Antoni Czarnecki. Był to ksiądz młody, nie miał tego namiętnego stosunku do życia co prałat, ale posiadał słodycz i dobroć kapłana. Był przez wszystkich lubiany i szanowany. A jego miły i serdeczny sposób bycia działał kojąco” 7.
W lipcu 1942 r. przychodzi rozkaz zamknięcia kościoła. Hirszfeld pisze: „… ksiądz Czarnecki blady ze wzruszenia przyszedł i zakomunikował nam tę hiobową wieść. Mieliśmy wrażenie, że otwiera się przed nami otchłań (...). Ksiądz Czarnecki obchodził potem wszystkich mieszkańców domu parafialnego, żegnał się i dodawał otuchy. W tym momencie nadszedłem z miasta. Pożegnał się ze mną ze łzami w oczach. Zrobił znak krzyża i poszedł” 8.
Znajomi lecą za parę dni do Waszyngtonu. Okazja, by przesłać list do Marka Krzyżańskiego z Głosu Ameryki. Przez prawie dwa lata pracowaliśmy razem w nowojorskiej redakcji „Nowego Dziennika”. Proszę, by zrobił wszystko, co w jego mocy, aby odszukać „dwa lub trzy programy o Służewie, emitowane dwa lub trzy lata temu”.
Znowu na Wałbrzyskiej, tym razem z dziennikarką Wiesławą Grocholą. Powtórzyłam jej to, co mówił mi ksiądz, i poprosiłam o wspólny spacer po cmentarzu.
Naprzeciwko głównej bramy cmentarnej ciągnie się w górę, w kierunku północno-zachodnim, wielki ogród albo sad, otoczony murem równie wysokim jak mur cmentarny. Spacer w górę, wzdłuż muru, doprowadza do klasztoru Dominikanów, brzydkiego fabrycznego budynku z czerwonej cegły, wznoszącego się nad górnym odcinkiem alei Wilanowskiej. Dwa mury – klasztorny i cmentarny – spotykają się niemal; dzieli je tylko jezdnia ulicy Wałbrzyskiej.
Najpierw obchodzimy cmentarz dookoła, po wewnętrznej stronie ogrodzenia. Wczoraj, przejęta relacją proboszcza, nie zauważyłam różnych szczegółów. Przy lewym ramieniu muru (patrząc od Wałbrzyskiej), w chwastach wokół zaniedbanych grobów stoi betonowy słup ze strzępami metalowej siatki. Taki sam leży kilkanaście metrów dalej. Ostatni znajdujemy niedaleko krzyża – konspiratora. A więc ogrodzenie, o którym mówił ksiądz Maj, nie otaczało jedynie „pola Bokusa”. Ciągnęło się wzdłuż całego obecnego cmentarza, aż po ulicę Wałbrzyską. Czy to możliwe, by „oni”, zabierając pole dla swych tajnych celów, ogrodzili przy okazji cały cmentarz parafialny? Najwygodniej byłoby uznać, że ksiądz się myli. Ogrodzenie musi być późniejsze. Może zrobiono je po odwilży, gdy powiększono cmentarz parafialny o „pusty” południowy hektar. Czy wobec tego „oni” w ogóle grodzili „pole Bokusa”?
Idąc pod lewym ramieniem muru, odnajdujemy czarny kamień z napisem. Zwracamy uwagę na staranność dłuta, staroświecką elegancję liter. Ten napis może dotyczyć równie dobrze powstańców styczniowych, jak legionistów Piłsudskiego lub powstańców warszawskich. Gdy myślimy o straconych w latach terroru i chowanych nocą, nasuwają nam się inne słowa. Nie „polegli”, lecz zamordowani, zabici, ofiary. Było jednak bezpieczniej napisać „polegli”. Można przyjąć, że tego słowa użyto zastępczo.
Nie wiemy, w której części cmentarza znajduje się miejsce, w którym leży kamień. Musimy je dopiero namierzyć, idąc boczną dróżką ku głównej alei stanowiącej oś. Na osi widać, że jeszcze daleko stąd do pomnika z obeliskiem, który zaznacza dawną granicę. A więc nie położono czarnego kamienia na obszarze tajnego grzebania, lecz na właściwym parafialnym cmentarzu. Chyba że przedtem leżał w tamtejszej części, a potem ktoś go zakonspirował. Chyba że od razu obawiano się go położyć tam, gdzie powinien być położony.
Znajdujemy jeszcze parę dużych kamieni polnych. Nie leżą w żaden szczególny sposób. Nie widać na nich śladów stearyny od zniczów lub świec. Robią wrażenie głazów wydobytych z ziemi przy kopaniu dołów pod grób i pozostawionych na boku. Nikt przecież nie rzuca kamieni na trumnę. Ich znikanie także można wytłumaczyć. Na pewno mają wartość budowlaną.
Sprawdzamy dokładnie datowanie zgonów na grobach, które zbudowano na „polu Bokusa”. Pierwsze osoby pogrzebano tu legalnie w 1957 r. A więc zgodnie z tym, co mówił ksiądz Maj, parafia nie korzystała przedtem z południowej części terenu.
Przy paru grobach pracują rodziny. Robią wiosenne porządki. Nie wiedzą, co się tu działo. Jesteśmy tego zupełnie pewne, chociaż nie umiemy sobie wzajemnie wyjaśnić dlaczego.
Być może, to przeświadczenie bierze się stąd, że nam samym trudno uwierzyć, by katolicki cmentarz parafialny mógł wyprzeć świeży, chociaż niewidoczny cmentarz straconych. Wydaje się to niewiarygodne, nie tylko ze względów moralnych, ale i technicznych. To ostatnie słowo budzi opór, ale jest ścisłe. Co zrobiono z setkami (tysiącami?) zwłok, gdy się na nie natknięto, kopiąc nowe groby?
Może tych szczątków ukryto tu dużo mniej, wielokrotnie mniej, niż przypuszcza ksiądz Maj na podstawie rozmów z parafianami. Na tyle mało, by nie robiły specjalnego wrażenia na ludziach znieczulonych przez wojnę i terror.
O ile dawne „pole Bokusa” jest ukwiecone i pogodne, o tyle rozległa kwatera wojenna budzi niepokój i zakłopotanie. Jest przede wszystkim bardzo zaniedbana. Próbujemy odczytać porządek, według którego rozstawiono stele, i dochodzimy do wniosku, że nie było żadnego porządku. Nie ma także ładu w informacjach, które na tych stelach podano. Przy nazwiskach pogrzebanych brak dat urodzenia i zgonu. Pamiątkowa tablica podaje, że w kwaterze spoczywają szczątki 493 rozpoznanych i 1224 bezimiennych żołnierzy i cywili poległych w 1939 r. oraz 39 rozpoznanych i 43 bezimiennych powstańców z „Baszty”. Nawet przy tak okrutnej przewadze liczebnej nieznanych żołnierzy stan kwatery wojennej budzi zdziwienie. Powinni przecież przychodzić tutaj od czasu do czasu członkowie ponad pięciuset rodzin.
Czy w kwaterze rzeczywiście spoczywają ludzie, których nazwiska podano na stelach? Czy nie posłużyła ona kamuflażowi? Może potajemne pochówki odbywały się nie na dawnym „polu Bokusa”, które zagarnięto jedynie po to, by zyskać strefę ochronną, lecz na końcu właściwego cmentarza, na obszarze dzisiejszej kwatery wojennej? Takie kwatery znajdowały się przecież pod opieką wojska, organizacji kombatanckich i komitetów pamięci starannie infiltrowanych przez bezpieczeństwo, a to dawało gwarancję, że będą otoczone należytą dyskrecją.
Lektura książek, broszur, druków ulotnych o więzieniach i represjach w PRL, które udało mi się zgromadzić w ostatnich tygodniach. Szukam w nich Służewa.
Na pierwszy ślad trafiam w cienkim kieszonkowym zeszycie pt. Syndykat zbrodni. Kartki z dziejów UB i SB w czterdziestoleciu PRL. Jego autor kryje się za literami Z.Z.Z. Pierwszy raz opublikowano tę pracę w 1985 r. w Warszawie. Na okładce zeszytu – sześć rysunków mających symbolizować ubezwłasnowolnienie i przemoc: otwarty nóż, kartoteka, orzeł bez korony, pętla, słuchawka telefoniczna zwisająca na kablu, zerwany naramiennik oficerski. Z.Z.Z. podaje kilka informacji o sposobie wykonywania egzekucji na Mokotowie i uzupełnia je słowami:
„… grzebano ofiary w ścisłej tajemnicy i bez oznaczania grobów na mało używanym cmentarzu na Służewcu”.
Dalej autor pisze:
„Z czasem zaczęto wywozić ciała pomordowanych nie na południe na Służewiec, a na północny zachód. Grzebano je – nadal w najgłębszej tajemnicy – w głębi Cmentarza Komunalnego na Powązkach” 9.
Następny trop znajduje się w zeszycie Czesława Leopolda i Krzysztofa Lechickiego (pseudonimy) wydanym w miniaturce w Paryżu w 1983 r., za krajową oficyną Młoda Polska w Gdańsku, która opublikowała pracę dwa lata wcześniej. Miniaturkę wydrukowano bardzo starannie, okładka jest czarna, z plamami czerwieni, lakierowana, druk czysty, ale tak drobny, że trzeba posługiwać się lupą. W rozdziale pod tytułem Metody stosowane w śledztwie. Więzienie mokotowskie autorzy piszą:
„Zwłoki więźniów, którym odebrano życie, nie były wydawane rodzinom. Wywożono je i grzebano na łące w okolicach klasztoru oo. Dominikanów na Służewie. Spoczęli tam razem w zbiorowych mogiłach zbrodniarze wojenni, kryminaliści i patrioci polscy – więźniowie polityczni. W pamięci mieszkańców Warszawy miejsce to nie funkcjonuje jako cmentarz. Miejscowej ludności mówiono, że grzebie się tam zbrodniarzy niemieckich, po 1956 roku nie przeprowadzano żadnych ekshumacji. Wiele rodzin nie ma więc grobów swoich bliskich, choć zostali oni zrehabilitowani pośmiertnie przez sądy.
Relacje o kopaniu dołów na Służewie składali Niemcy, którzy wykonywali te czynności” 10.
Trzeci sygnał przekazuje Władysław Łużyczański (pseudonim) we wspomnieniu Spisani na straty. W stalinowskich więzieniach PRL wydanym w 1987 r. Na okładce akowiec w hełmie pochylający się nad niewyraźną sylwetką rannego albo zmaltretowanego towarzysza walki.
„Jeśli był strzał, to znaczy, że sierżant A. działa. Po odczytaniu uprawomocnionego wyroku u naczelnika, prowadzi więźnia do bunkra i od razu za wejściem strzela z pistoletu w tył głowy. Prokurator wypełnia swoje formalności, a sierżant zdejmuje z ciała więzienny drelich oraz bieliznę, a do palca od nogi przywiązuje numer. Potem idzie po następnego. W nocy przyjedzie furgon po zwłoki, by odwieźć je na służewiecki cmentarz” 11.
Te informacje o Służewie-Służewcu wydają się wiarygodne. Oba zeszyty zawierają dużo rzetelnych danych, a książka Łużyczańskiego, chociaż bardzo osobista, wydaje się pisana z misją przekazania prawdy o faktach, a nie emocji. Łużyczański sam siedział przez parę lat, a autorzy zeszytów piszą, że uzyskali zawarte w nich wiadomości między innymi od byłych więźniów.
Czy informacja o Służewcu jest sprzeczna z informacją o Służewie? Nie. Od czasu, gdy na Służewcu zbudowano popularny tor wyścigów konnych, nazwa „Służewiec” zagłuszyła „Służew”. Nikt nie powie Służew o Służewcu, ale wielu mówi Służewiec, myśląc o Służewie, zwłaszcza że graniczą one z sobą. Na Służewcu nie ma żadnego cmentarza. Słowa „mało używany cmentarz na Służewcu” należy odczytać jako „mało używany cmentarz na Służewie”.
Z jakiego okresu pochodzą informacje o Służewie-Służewcu przekazane w tych pracach? To bardzo ważne. Wiadomo, że sugestywny obraz może być, nieświadomie, wysłany wstecz. Niestety żadne z trzech źródeł nie umożliwia datowania wiadomości o Służewie. Wiemy tylko jedno – w roku 1981, gdy ukazało się najwcześniejsze źródło, zeszyt Leopolda i Lechickiego, ktoś już wiedział o Służewie i nie był to na pewno ksiądz Maj, który trafił do parafii później. (Można by się obawiać, że autorzy późniejszych zeszytów zasugerowali się informacjami Leopolda i Lechickiego albo zasłyszeli wiadomości o Służewie od księdza Maja. Gdyby tak było, ich informacje nie potwierdzałyby pierwszej).
W każdym razie o grzebaniu więźniów na Służewie wiedziano już przed objęciem parafii przez księdza Maja.
Jeśli jednak traktujemy tak poważnie najstarsze źródło, musimy liczyć się z tym, że hasło „Służew” nie oznacza miejsca, o którym mówił ksiądz Maj. „Łąka w okolicach klasztoru” mogła, ale nie musiała, być „polem Bokusa”. O terenie najpierw przylegającym do nekropolii, a potem przez nią wchłoniętym, nie napisano by chyba, że „nie funkcjonuje jako cmentarz” w pamięci mieszkańców Warszawy.
Reasumując: Trzeba szukać na Służewie, ale nie można ograniczać poszukiwań do miejsca wskazanego przez księdza Maja.
Z.Z.Z. wspomina w swoim zeszycie o Powązkach Komunalnych. Na pewno dowiem się jeszcze o innych miejscach. Trzeba jednak na razie szukać na Służewie, bo nie można szukać wszędzie.
Okazuje się, że grób Aleksandra Krzyżanowskiego na Powązkach, o którym wspominał Andrzej Kunert, jest drugim miejscem spoczynku gen. „Wilka”. Pogrzebano go w nim dopiero w 1957 r.
W książce Tadeusza Żenczykowskiego Polska lubelska 1944 zamieszczono fotografię „Wilka” zrobioną po jego powrocie z Rosji w 1948 r. Wychudzony. Prosty, zaostrzony nos, wąskie wargi. Twarz bardzo regularna, bardzo surowa, przy tym wszystkim miła. Miałby dzisiaj 93 lata. Był żołnierzem zawodowym. Rozpoczął służbę w 1917 r. w 1. Polskim Korpusie gen. Dowbora-Muśnickiego. Zdobył Krzyż Walecznych w wojnie z bolszewikami. W kampanii wrześniowej major, dowódca dywizjonu artylerii. Jako komendant Okręgu AK Wilno-Nowogródek dowodził dziesięcioma tysiącami żołnierzy. 26 czerwca 1944 r. wydał rozkaz uderzenia na Wilno, aby tą walką, samodzielnie podjętą przez AK, zaznaczyć prawa Polaków do tego miasta i ziemi. Podstępnie aresztowany przez NKWD, osadzony został najpierw na Łubiance, potem w obozach w Diagilewie i w Griazowcu. Stamtąd uciekł. Dotarł do Wilna, ale na krótko. Rozpoznanego odesłano do Moskwy.
Zwolniono go w 1947 r. Wrócił do Polski. Pracował w roszarni lnu, aby zejść z oczu UB. W lipcu 1948 r. zamykają go na Mokotowie. Choruje. W grypsie do rodziny skarży się: „Jestem osadzony jak odyniec w klatce, skazany na samotną śmierć”. Umiera 29 września 1951 r. w celi na Rakowieckiej, bez sprawy, bez wyroku. Nie dostarczył do nich materiału w śledztwie. Milczał.
Żenczykowski pisze: „W niespełna 6 lat później rodzina i przyjaciele z AK zdołali uzyskać zgodę władz na ekshumację »Wilka« z bezimiennej mogiły i pogrzebanie go na cmentarzu wojskowym w Warszawie” 12.
Córka płka Krzyżanowskiego, Olga (Krzyżanowska z domu i po mężu), jest lekarką w Gdańsku. Działaczka społeczna w prawdziwym znaczeniu tych słów. Znamy się od lat; jeździmy na nartach w tym samym klubie. Identyczność obu jej nazwisk sprawiła, że nie wiedziałam długo, kto był jej ojcem.
Pytam ją teraz w liście, czy potrafi wskazać miejsce bezimiennej mogiły, z której ekshumowano gen. „Wilka”.
Spotkanie z Andrzejem Kunertem w Instytucie Wydawniczym PAX. Pytam, czy słyszał o Służewie.
– Tak, od księdza Maja i chyba także od prawnika Wiesława Chrzanowskiego, doradcy Solidarności, który siedział długo na Mokotowie. Ale słyszałem także o Skierniewicach. Mówił mi o nich historyk Ludwik Głowacki, skazany w tak zwanych procesach odpryskowych (od sprawy Tatara i innych) na karę śmierci i ułaskawiony w 1954 r. Niedawno zmarł. Był w Skierniewicach, rozmawiał z sołtysem i wysnuł wniosek, że na tamtejszym cmentarzu chowano straconych więźniów politycznych. Grzebano ich jako ofiary zbrodni niemieckich. To było bardzo wygodne. Przedział czasu niewielki. Uwaga ludzi osłabiona. W całym kraju przez parę lat po wojnie trwały ekshumacje, przenoszono ludzi z podwórek i torowisk na cmentarze, z cmentarzy ogólnych do kwater żołnierskich lub grobów rodzinnych. Te wędrówki zmarłych nikogo nie dziwiły.
Pomysł podrzucania ofiar jednemu systemowi przez drugi wypróbowano dobrze; mówi o tym Katyń.
Kunert radzi mi poszukać wiadomości, która ukazała się w „Expressie Wieczornym” na początku lat siedemdziesiątych. „Express” informował, że na Służewie odnaleziono masowe groby ofiar hitleryzmu. Po takim sygnale następują na ogół dalsze informacje, wizje lokalne, wywiady. Tym razem jednak zapadła cisza. Czyżby to odkrycie było kłopotliwe? Być może, autor tej notatki wie coś ciekawego.
Trudności z przygotowaniem anonsu do „Tygodnika Powszechnego”. Musi być zrozumiały dla osób, do których jest kierowany, ale i dyskretny, by ich nie spłoszyć i nie zniechęcić do rozmowy ze mną. Powinien się odwoływać do poczucia obowiązku i wspólnoty. Byłoby lepiej, aby postronni nie zauważyli go wcale.
Ostateczna wersja brzmi:
„W związku z przygotowywaną pracą poszukuję informacji o Nowym cmentarzu służewskim przy ulicy Wałbrzyskiej w Warszawie, na terenie parafii św. Katarzyny, w pobliżu klasztoru oo. Dominikanów. Interesuje mnie najnowsza część tego cmentarza założona w 1945 r. Osoby, które mają jakiekolwiek informacje o okolicznościach jej powstania i jej przeznaczeniu, proszę o skontaktowanie się ze mną w imię pamięci należnej bezimiennym. Nawet fragmentaryczna wiadomość lub obserwacja może okazać się cenna”. (Następuje nazwisko, adres, telefon).
Ksiądz Czarnecki był według Ludwika Hirszfelda dobry, łagodny, współczuł krzywdzonym. Dlaczego nie chce rozmawiać z księdzem Majem o tym, co się działo na „polu Bokusa”? Może milczy nie z braku wrażliwości moralnej, lecz pod jej ciężarem? Ksiądz Wyrębowski nie mógł się uporać z tą sprawą i odjęło mu władzę w nogach. Ksiądz Czarnecki nie może się z nią uporać i odjęło mu zdolność mówienia.
Jaką rolę odgrywa w tym strach? Należy przypuszczać, że kiedy rozpoczęto tajne pochówki na „polu Bokusa”, znaleziono sposób, by nakazać ciszę księdzu i grabarzom. Minęło prawie czterdzieści lat. Ówczesne groźby za złamanie milczenia zestarzały się i straciły moc, ale zestarzał się także i utracił siły prałat Czarnecki. Do zadawnionego strachu przed „nimi” może się dołączać lęk przed opinią. To, co się działo na „polu Bokusa”, obciąża przecież parafię niezależnie od wszystkich okoliczności. Ludzie będą pytać – dlaczego ksiądz na to pozwalał? Strach przed więzieniem, męczeństwem mógł usprawiedliwiać zwykłego zjadacza chleba, ale nie kapłana.
Te rozważania mają sens pod warunkiem, że przy Nowym cmentarzu naprawdę grzebano więźniów politycznych. Tracą także znaczenie, jeśli ksiądz Czarnecki nie panuje już nad swoim umysłem.
Tak czy inaczej, trzeba zadać mu pytania. Wątpliwe, by zechciał na nie odpowiedzieć. Wątpliwe także, by można było przygotować grunt dla tej rozmowy. Jeśli nie chce powiedzieć o tym, co wie, księdzu Majowi, który jest jego proboszczem, nie powierzy tych tajemnic obcej osobie z tego tylko powodu, że ją ktoś polecił. Warunków, w jakich zechce mówić, nic można przewidzieć i zaplanować.
Wokół kościoła św. Katarzyny spaceruje stary, maleńki ksiądz w czarnym kapeluszu o śmiesznie wysokiej główce. Jest nieogolony. Zapinając sutannę na piersiach, pomylił guziki. Miłe spojrzenie. Zaciekawiony. Prowadzi mnie gościnnie do refektarza. Siadamy na krańcu ogromnego stołu, przy czarnym kredensie, pod ciemnym belkowaniem.
Wyjaśniam księdzu, że szukam miejsc, na których grzebano po wojnie więźniów politycznych. Odpowiada, że nie wie, o co mi chodzi.
Pytam o Nowy cmentarz służewski. Czy słyszał o nocnych pochówkach? – O czym? Nic nie wie.
– Był ksiądz wtedy proboszczem.
– Nie byłem proboszczem.
– Był ksiądz przecież proboszczem od 1952 r., od śmierci księdza Wyrębowskiego.
– Nie byłem proboszczem.
Milczę. Dodaje:
– Byłem wtedy wikarym.
– Czy do wikarych nie docierały żadne pogłoski?
– Wikary nic nie wie. A co ma wiedzieć? Ma swoje różne sprawy, obowiązki, katechezę, pogrzeby. Co miało docierać?
– Wiadomości o tym, że chowano potajemnie przy cmentarzu.
– O co pani w ogóle chodzi? Do czego pani zmierza?
– W czasie wojny pomagał ksiądz Żydom. Hirszfeld tak pięknie wspomina księdza dobroć, odwagę. Dlaczego nie chce ksiądz mówić? Tam nocą grzebano ludzi, którzy mieli matki, żony, dzieci.
– Ja nie rozumiem, o czym pani mówi. Pani mówi o getcie?
– Nie, ja mówię o cmentarzu przy ulicy Wałbrzyskiej.
– Ja nie wiem, o czym pani mówi.
– Parafia ma dwa cmentarze. Przy tym Nowym...
– Niech pani idzie rozmawiać z księdzem Godlewskim.
– Ksiądz Godlewski dawno nie żyje. To była parafia Wszystkich Świętych na Woli. To była wojna.
– Po co pani przyszła?
– Tu są dwa cmentarze. Przy Nowym...
– Tu jest jeden cmentarz.
– Kiedy został ksiądz proboszczem...
Wstaje oburzony.
– Zawsze byłem i jestem wikarym. Wikary ma katechezę, różne drobne sprawy, pogrzeby. Nie wiem, po co pani przyszła, i tę rozmowę trzeba zakończyć.
U profesora Wiesława Chrzanowskiego, prawnika. Przebywał na Mokotowie od marca 1949 r. do listopada 1950 r. Skazano go na osiem lat (sprawa „Tygodnika Warszawskiego”, półoficjalnego organu Stronnictwa Pracy); odsiedział sześć.
Ma dobrą pamięć. Wymienia nazwiska licznych współwięźniów, numery cel. Pamięta, ile stłoczono w nich osób. Kiedy siedział w celi 33 w lutym 1950 r., miał w niej 90 współtowarzyszy. 15 czekało na wykonanie wyroku śmierci. Dwóch młodych ludzi wyprowadzono na rozstrzelanie w wieczór wigilijny 1949 r.
– Czy w celi 33 mówiono o Służewie?
– Tak. Dobrze pamiętam. Utrzymywało się przekonanie, że straceni wyjadą na Służew.
– Co rozumiano przez Służew?
– Łąki. Jakieś nieokreślone miejsce w pobliżu klasztoru Dominikanów. Nic więcej nie było wiadomo.
– Nigdy nie było mowy o cmentarzu?
– Nie. Wiadomości o Służewie pochodziły od Niemców, którzy spełniali posługi więzienne. To samo mówiła mi moja znajoma, żona Mieczysława Kawalca, straconego z IV komendą WiN. Kiedy wyszedłem z więzienia, powiedziała, że Mieczysław leży gdzieś na Służewie, że pogrzebano ich na jakiejś łące.
– Mówi pan to samo, co napisali Lechicki i Leopold. Czy zna pan ten zeszyt?
– Naturalnie. Rozmawiali ze mną. Wykorzystali między innymi moją relację.
Najstarsza informacja o Służewie, jaką dysponuję, zmienia datowanie. Można ją przesunąć z roku 1981 w lata 1949–1950. Nadal jednak jest tylko zasłyszana. Nie pochodzi od świadka.
Według księdza Maja potajemne grzebanie na „polu Bokusa” rozpoczęto w 1945 r. Prof. Chrzanowski słyszał o wywożeniu straconych na Służew, siedząc na Mokotowie w latach 1949–1950. Dlaczego nie słyszeli o tym państwo Śmiechowscy, którzy byli na Mokotowie w podobnym czasie, zapamiętali ranny turkot wozu i utrzymywali łączność między celami? Dzięki stukaniu wiedzieli więcej niż inni, ale nie wiedzieli, dokąd jedzie wóz. Może wiadomość o Służewie była epizodyczna, zrodziła się i rozrosła w jakiejś celi, wśród jakiejś grupy więźniów na podstawie pojedynczej, przypadkowej informacji?
List do Marii Fieldorf, Kraków (adres od Kunerta), bratanicy gen. Emila Fieldorfa, straconego na Mokotowie 24 lutego 1953 r.
Emil Fieldorf, urodzony w 1885 r. w Krakowie, syn maszynisty kolejowego, był od 1914 r. w Legionach, od 1918 r. w Wojsku Polskim. W czasie wojny polsko-radzieckiej dowódca kompanii ciężkich karabinów maszynowych. Łączył zamiłowania pedagogiczne z wojskowymi; skończył seminarium nauczycielskie i podchorążówkę.
Emil Fieldorf, fotografia-pocztówka wysłana do matki, 21 VIII 1915 r.
W latach 1921–1937 odznaczono go Krzyżem Walecznych (czterokrotnie), Virtuti Militari, Złotym Krzyżem Zasługi, Krzyżem Niepodległości, Krzyżem Kawalerskim Polonia Restituta.
W kampanii wrześniowej dowódca 51. pułku piechoty Strzelców Kresowych. Przedostał się przez Węgry do Francji, gdzie był w dyspozycji Kazimierza Sosnkowskiego.
Janina i Emil Fieldorfowie, zdjęcie ślubne, Wilno 18 X 1919 r.
W lipcu 1940 r. wyruszył z Londynu jako pierwszy emisariusz do kraju. Dotarł do Warszawy przez... Kapsztad, Kair, Belgrad, Budapeszt i Kraków jako Emil Wielowiejski, pseudonim „Maj”.
Od 1942 r. komendant Kedywu KG AK, pseudonim „Nil”. Kierował całością walki bieżącej prowadzonej przez AK (sabotaż, dywersja techniczna, osobowa, szkolenie itp.). Od października 1944 r. zastępca gen. Leopolda Okulickiego, ostatniego dowódcy AK. Komendant tajnej organizacji NIE, mającej budzić ducha oporu przeciw grożącej krajowi nowej okupacji – radzieckiej.
Aresztowany w Milanówku w marcu 1945 r. przez NKWD, pod nazwiskiem Walenty Gdanicki. Wywieziony do Związku Radzieckiego. Nie rozpoznano, kim jest. Dlatego nie znalazł się wśród oskarżonych w moskiewskim procesie szesnastu. W 1947 r. odesłano go do Polski z łagru pod Uralem. Aresztowano go znowu w niespełna trzy lata później, ciężko chorego, i skazano na śmierć przez powieszenie, jak pospolitego przestępcę. Stracony 24 lutego 1953 r.
Emil Fieldorf z żoną Janiną i córką Krystyną, Wilno 1922 r.
W cztery lata później Emil Fieldorf został postanowieniem Prokuratury Generalnej całkowicie uwolniony od win. Nie pozwolono tego ogłosić publicznie 13.
W liście do Marii Fieldorf pytam:
„Czy Rodzina gen. Fieldorfa zdobyła jakiekolwiek informacje o tym, co się stało z Jego szczątkami? Wszelkie tropy dotyczyłyby nie tylko Osoby generała, ale także innych ofiar terroru straconych na Mokotowie. Istnieją różne wersje dotyczące miejsc, w których w tajemnicy grzebano zwłoki. Żadna nie została zbadana. Czy Rodzina »Nila« ma jakąś swoją wersję? Proszę wybaczyć mi te pytania. Od dawna mówi się o metodach śledztwa, ale ciągle trwa milczenie o grobach”.
Telefon do archiwum „Expressu Wieczornego”. Nie mają teczek tematycznych, jedynie autorskie. O znalezieniu zbiorowych mogił na Służewie mogliby wiedzieć starsi dziennikarze, Bogdan Jamrozik lub Ignacy Golik, którzy zajmowali się między innymi „tą smutną archeologią najnowszą”.
Żaden z nich nie pamięta podobnej sprawy.
Telefon do biura dokumentacji prasowej Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce. Odbiera dr Stanisław Biernacki. Nie może pojąć, po co mi informacja, o której mówię. Na Służewie nie odkryto żadnych zbiorowych mogił ofiar hitleryzmu. Nie rozumie, po co tracę czas (i zabieram go innym), by szukać wiadomości z popołudniówki.
Telefon do Witolda Kulisiewicza, wieloletniego redaktora naczelnego „Tygodnika Demokratycznego” i działacza SD. Pytam, czy słyszał o „dygnitarzu SD” nazwiskiem Lesiak.
– Nie. Zna jedynie Lesiniaka, który pochodzi z Zamościa, był tam nauczycielem i kiedy przenosił się do Warszawy, nie miał tu żadnej rodziny.
Parafia św. Katarzyny. Ksiądz Maj zajęty na budowie: o kilkadziesiąt metrów od głównego budynku plebanii powstaje pawilon z klubem dla młodzieży, nawiązujący stylem do kościoła. Mogę wziąć od siostry klucz do biblioteki-archiwum i przejrzeć księgi, które mnie interesują. Ksiądz przyjdzie tam, gdy skończy naradę z inżynierami.
Wybieram Kronikę i Księgę Kanonicznych Wizytacji Arcypasterskich Parafii św. Katarzyny.
Kronika Parafii naśladuje średniowieczny inkunabuł, chociaż jej spisywanie rozpoczęto po ostatniej wojnie. Kronikarz zaznaczył wydarzenia i większe przedziały czasu delikatnymi iluminacjami, a litery wystylizował na gotyk.
Przedstawił starannie historię parafii. Wydaje się, że interesuje go to bardziej niż sprawy bieżące, których jest świadkiem.
Oto niektóre kadry z tej historii:
1655, Szwedzi. Plebania spalona, kościół spustoszony, proboszcz Kasprowski ucieka. Parafia opuszczona przez cztery lata. 1661, ksiądz Lipnicki „uchodzi z parafii po rozgrabieniu złota i srebra”. 1664, ksiądz Szumowski zastaje drzwi otwarte, skarbiec pusty, jeden zniszczony mszał, dwa obrusy... 1675, dach kościoła dziurawy, podłoga z ziemi ubitej, ambona z desek pokrytych persem, sklepienie skarbca podparte kijem. 1712, nowy dach, drewniana podłoga, figura pozłocista, szkółkę z dwiema izbami wystawiono. 1728, dach zniszczony, bo był pożar. 1732, dach gontami źle pokryty, kilka krzeseł i to złych, od wielu lat różańca nie śpiewają. 1736, zabobonne znaki na kamieniach przy kościele. 1742, książę Czartoryski odbudowuje własnym sumptem. 1773, „grub na wielki Piątek na płutnie malowany przybył”. 1780, gorliwość w parafii. 1794, wojska nieprzyjacielskie zrabowały cały inwentarz. 1820, kościół na „staynią obrócony”. 1830–1833, cmentarz w polu przez wojska zaorany i zniszczony. 1846, przebudowa przez architekta włoskiego F.M. Lanciego. 1853, świątynia pokryta blachą, ale źle, zacieki wielkie nad ołtarzem. 1862, zniszczono wał przy cmentarzu, bydło wkracza między groby... 14.
Pod datą „sierpień 1950” – informacja: „Zamówienie witraża św. Katarzyny, Patronki kościoła, według projektu art. mal. p. Przeorskiej, w miejsce zniszczonego podczas Powstania Warszawskiego w 1944 r.” 15.
A więc witraża nie rozbito po wojnie, podczas nocnego ataku na kościół, w którym ksiądz odprawiał egzekwie nad wykopanymi po kryjomu zwłokami.
Gdyby wiadomość zasłyszana przez księdza Maja była prawdziwa, kronikarz, rzecz jasna, nie mógłby podać jej w księdze, tak jawnej. Ozdobna, uroczysta forma tego dzieła świadczy o tym, że było przeznaczone do pokazywania gościom parafii. Kronikarz mógł jednak przemilczeć okoliczności zniszczenia witraża. Gorliwość w kłamstwie wydaje się tutaj mało prawdopodobna. Jest natomiast prawdopodobne, że „powszednia” wersja wojenna mogła z latami ustąpić bardziej dramatycznej i podniecającej wieści gminnej. Ale skąd wysnutej? Czy z wydarzeń, które działy się tutaj, w parafii, czy może z lęku albo oporu wobec tego, co działo się w Polsce?
Księga Kanonicznych Wizytacji Arcypasterskich przynosi parę informacji o Nowym cmentarzu.
W „Sprawozdaniu wg kwestionariusza o stanie parafii” w roku 1959, podpisanym przez proboszcza księdza Czarneckiego, czytamy, że „cmentarz drugi, tak zwany Nowy przy ul. Wałbrzyskiej został otwarty i poświęcony w roku 1900. W latach 1955/58 został powiększony o 1 ha z ziemi przeznaczonej przez właścicieli Wilanowa na cmentarz przed 1939 r. W roku 1958 front cmentarza o długości 210 m.b. został ogrodzony murem z kamienia łupanego. Reszta ogrodzenia o długości 600 m.b. została wykonana w 1959 r. z siatki żelaznej” 16.
Data założenia Nowego cmentarza powtarza się jeszcze w innych dokumentach parafialnych i zawsze jest taka sama – 1900 r., podczas gdy ksiądz Maj wiązał jego powstanie z insurekcją kościuszkowską. Hektar ziemi, na którym miały się odbywać tajne pochówki, nie mógł być własnością gospodarza Bokusa, skoro należał do właścicieli Wilanowa, którzy przeznaczyli go pod cmentarz. Ogrodzenie, którego resztki znalazłyśmy z W. Grocholą, było – jak przypuszczałyśmy – dziełem parafii, nie „ich”, i zbudowano je nie w 1945 r., ale czternaście lat później.
Następna niespodzianka znajduje się w opisie stanu parafii z września 1967 r. Nie zapomniano w nim o grabarzach. „Franciszek Lesiak, żonaty, zatrudniony w parafii od 1929 r. (...) Współpraca z księdzem Proboszczem dobra” 17.
A więc Lesiaka nie „przysłali” po wojnie, jak mówił ksiądz Maj. Grabarz zaczął pracować w parafii w rok po objęciu jej przez księdza Wyrębowskiego i musiał się cieszyć jego zaufaniem, skoro pozostał tutaj aż do śmierci proboszcza. Potem zaś pracował dla jego następcy aż do własnej śmierci.
Tylko jedna informacja księdza Maja nie budzi wątpliwości. Ksiądz Antoni Czarnecki w 1952 r. objął sukcesję po proboszczu Wyrębowskim.
Tej jednak informacji, na pewno prawdziwej, zaprzecza sam prałat.
Ksiądz Maj odbył już pomyślnie naradę z robotnikami. Jest zadowolony. Wszystkie moje uwagi oddala słowami: – Ludzie tak mówili.
Pytam jeszcze, kto spisywał kronikę. – Ksiądz Wysocki, zamiłowany archiwista. Był tu wikarym. Potem wzięto go na archiwistę diecezjalnego. Niestety nie żyje.
Do Starego cmentarza przylega niewielkie gospodarstwo ogrodnicze Haliny Pachlickiej, której rodzina – według księdza Maja – jest od pokoleń związana z parafią.
Bratki, które widzę przez siatkę, są wielkie jak spodki. Warto je kupić na balkon. Jestem jedyną klientką i szybko nawiązuję rozmowę o starym Służewie, która sprawia pani Pachlickiej wyraźną przyjemność.
Jej ojciec był wójtem gminy Wilanów. Teść miał zakład betoniarski koło cmentarza i stawiał pomniki. Mąż prowadził dalej tę firmę. Jakoś się tu żyło, dopóki nie zaczęto wywłaszczać pod nowe bloki. Mąż przetrzymał wojnę i „powojnę”, ale nie przeżył przejścia do bloku. Pochowała go na Starym cmentarzu.
Opowiada mi chętnie o dawnych pogrzebach. Dawniej stawiano trumnę w prezbiterium i ksiądz z organistą odprawiali nad nią wilie po łacinie. Kiedy umarł zasłużony obywatel służewski, w dzień pogrzebu bito trzykrotnie w żałobne dzwony, rano, w południe i wieczorem. Ksiądz przychodził do domu zmarłego, a dzwony kościoła witały kondukt, gdy wkraczał w ulicę Nowoursynowską. Ludzie śpiewali „Święty Boże, święty, mocny”. Ksiądz modlił się głośno i nie rozglądał. Grabarze przed spuszczeniem trumny do dołu odczepiali delikatnie z pokrywy figurkę Chrystusa na krzyżu. Dzisiaj robią to brutalnie łopatą.
Pytam, czy to prawda, że przy Nowym cmentarzu grzebano nocą bez księdza.
Halina Pachlicka sama tego nie widziała. Słyszała jednak, że w pierwszych latach po wojnie chowali potajemnie na Korei.
– Jak to na Korei?
– Tak jak Korea na końcu świata, tak na samym końcu cmentarza grzebali ludzi przywiezionych w skrzynkach.
– Skąd ich przywozili?
– Podobno z więzienia.
– Korea należała jeszcze do cmentarza?
– Wyglądała dziko jak łąka.
– Czy to było pole Bokusa?
– Bokus nigdy tam nic nie miał, najwyżej dzierżawił. Za tą łąką leżała tak zwana głęboka droga, z której wybierano piasek na budowy. Za głęboką drogą były pola, od strony zachodniej były pola, a od strony wschodniej były gospodarstwa. Tam mieszkali moi rodzice i ja, dopóki nie wyszłam za mąż. Byłam z domu Goździk.
– Czy chodziła pani czasem na Koreę? Widziała pani ślady kopania?
– Nigdy nie chodziłam. Nie wiem, czy kto chodził. Ludzie chcieli żyć, mieli dosyć wojny.
Wyjaśnia, że pomiędzy siedliskami a cmentarzem leżały zagony, długie na mniej więcej dwieście metrów. Wychodziło się na nie przez furtki między budynkami gospodarczymi, a czasem nawet przez wrota stodoły. Domy mieszkalne stały w następnym rzędzie zabudowań, po drugiej stronie wewnętrznego podwórza. Cmentarz był więc od nich oddzielony najpierw polami, a potem szopami i stodołami. Można było żyć jak w fortecy.
Na dodatek w pierwszych latach po wojnie było tutaj ciemno. Drogi niewygodne. Wałbrzyską nazywano wtedy Czarną Drogą. Była wprawdzie żwirowana, ale dziurawa. Nikomu się nie chciało chodzić po nocy.
Turkot furmanki brzmiał tu zwyczajnie.
– Mój starszy brat jeszcze do niedawna miał konia. Już mieszkał w blokach przy Czarnomorskiej, a jeszcze trzymał konia u gospodarzy.
Telefon od Olgi Krzyżanowskiej. Jej ojca ekshumowano z nieoznaczonego grobu na Powązkach. Olgi przy tym nie było; rodziła dziecko. Ekshumację zorganizował przyjaciel i podkomendny gen. „Wilka” Kazimierz Augustowski. Olga nie słyszała nic o Służewie.
U mecenas Anieli Steinsbergowej. Drzwi otwiera jedna z dyskretnych, uśmiechniętych kobiet, które opiekują się nią na zmianę.
Jest bardzo stara, bardzo słaba. Nikt nie wie, ile ma lat; zawsze starannie zatajała wiek. Siedzi na brzegu łóżka, z nogą opartą na małym stołeczku. Stopa jest naga, maleńka i obrzmiała. Pani Aniela podnosi z wysiłkiem głowę i podaje mi dziecinną, opuchniętą rączkę. Drugą usiłuje namacać na kołdrze lornetkowy okular, bez którego prawie nie widzi. Jej starannie uczesane włosy mają zalotny odcień złotawo-różowy. Podniesiona z wysiłkiem głowa opada z powrotem na piersi.
Mówię jej o rewelacjach księdza Maja. Krótko, by nie męczyć chorej. Mam wrażenie, że niczego nie słyszy.
Zaczyna kiwać pochyloną głową. Po chwili wypowiada z wysiłkiem jedno zdanie:
– Może pani pomogę.
Po tych słowach zapada długa cisza. Przerywam ją w końcu pytaniem:
– Czy pani coś wie?
– Nic nie wiem. Nic nie wiem – mówi z żalem.
Po chwili dodaje:
– Chajęcki.
Bronisław Chajęcki, bliski współpracownik Stefana Starzyńskiego. Po wojnie aresztowany, stracony na Mokotowie.
– Chajęcki – powtarza.
Po chwili dodaje:
– Syn. Niech go pani szuka. To samo nazwisko.
Odpoczywa.
– Ten syn chciał odnaleźć grób ojca. Skarżył instytucje. Była taka sprawa.
Nic więcej nie może powiedzieć. Zasypia.
Otwieram nieoceniony słownik Kunerta.
Bronisław Chajęcki, urodzony w 1902 r., syn Kacpra, pracownika kolei, i Tekli Piątek. W 1920 r. wstąpił do wojska na ochotnika. Skończył seminarium nauczycielskie i podchorążówkę – jak Fieldorf. Od 1936 r. delegat Starzyńskiego na Pragę. Od 1917 r. działacz harcerstwa. Zakładał je w Pruszkowie wraz z Aleksandrem Kamińskim, późniejszym autorem książki Kamienie na szaniec.
We wrześniu 1939 r. nadal na Pradze; zastępca Stefana Starzyńskiego, Komisarza Cywilnego przy Dowództwie Obrony Warszawy. Dowódca obrony przeciwlotniczej dzielnicy.
Odznaczony Krzyżem Walecznych (trzykrotnie) i Virtuti Militari V klasy.
W czasie okupacji kierownik Miejskiego Biura Dzielnicowego W-wa Praga do 1944 r. Od października 1939 r. w konspiracji. W Powstaniu Warszawskim dowódca oddziału Państwowego Korpusu Bezpieczeństwa. Po Powstaniu zbiegł z transportu do Niemiec i uczestniczył w walkach Grupy „Kampinos” AK.
Od marca 1945 r. służył ochotniczo w Ludowym Wojsku Polskim. Po demobilizacji pracował w Społem. Potem był nauczycielem w Pruszkowie. W 1948 r. aresztowany, skazany na karę śmierci. Stracony 5 lub 20 stycznia 1953 r. 18.
