Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Z tej maleńkiej wysepki wyruszali na kontynent wielcy odkrywcy: David Livingstone, Henry Morton Stanley, Richard Burton. Tu były największe na świecie targi niewolników, plantacje goździków, aukcje kości słoniowej.
W połowie lat 60. ubiegłego wieku Zanzibarem wstrząsnęła rewolucja antyarabska. Nastały rządy prokomunistycznej partii rewolucyjnej. Dziś wyspa powoli próbuje budować normalne życie.
Zanzibar przyciąga turystów zachodami słońca, rafami koralowymi, uznawanymi za najwspanialsze na świecie, śladami po odważnych podróżnikach i innych barwnych postaciach przeszłości. Tutaj urodził się Farrokh Bulsara, znany światu jako Freddie Mercury (pobożni Arabowie nie pozwolili obchodzić 60. rocznicy jego urodzin) i księżniczka Salme, córka wielkiego sułtana Saida, która uciekła do Europy i podczas swoich wędrówek mieszkała w Bydgoszczy. Tutaj w XIX wieku konsulem Francji był polski poeta romantyczny Henryk Jabłoński.
Historię opowiadają domy, pałace i kazamaty. A o budowlach i ich mieszkańcach opowiada Małgorzata Szejnert. Pod jej piórem i dzięki jej wyborowi fotografii Zanzibar kusi nie tylko widokami - to miejsce, gdzie splata się historia Afryki, Orientu i Europy. Autorka pisze o chlubnej i niechlubnej roli białego człowieka w przeszłości i zwraca uwagę na nową kolonizację wyspy - tym razem dokonują jej potentaci hotelarstwa i turystyki w porozumieniu z legalnym rządem Zanzibaru.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 484
Data ważności licencji: 9/26/2026
Opracowanie graficzne
Witold Siemaszkiewicz
Fotografia na pierwszej stronie okładki
© Humphrey Winterton Collection of East African Photographs, Melville J. Herskovits Library of African Studies, Northwestern University
Wybór fotografii
Małgorzata Szejnert przy współpracy Daniela Lisa
Opracowanie map
Anna Styrska-Mróz
Opieka redakcyjna
Katarzyna Mach
Damian Strączek
Konsultacja orientalistyczna
Marcin Rzepka
Adiustacja
Katarzyna Mach
Korekta
Barbara Gąsiorowska
Anastazja Oleśkiewicz
Indeksy
Anastazja Oleśkiewicz
Copyright © by Małgorzata Szejnert 2011
ISBN 978-83-8427-309-8
Książki z dobrej strony: www.znak.com.plWięcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.plSpołeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, email: [email protected]
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
Kochanemu bratu
Andrzejowi
Domy Zanzibaru są nietrwałe. Niszczą je sól, kopeć, wiatry, upały, pory deszczowe, fale przypływu, opuszczenie, przeludnienie, zaniechanie i „szczury nieba” – ptaki drapieżne, sprowadzone przed wielu laty, by czyściły wyspę z padliny. Temu rozpadowi ulegają nie tylko liche chaty z błota i patyków, ale także ozdobne pałace sułtana, stare rezydencje bogaczy arabskich (jeśli nie przejęły ich jeszcze rządzące obecnie familie), świątynie, łaźnie, latarnie morskie, bloki mieszkalne zbudowane przez inżynierów przybyłych z betonowej cywilizacji socjalistycznej i groby, nawet z kamienia. Najtrwalszymi domami na Zanzibarze wydawały się do niedawna skorupy żółwi morskich, jeśli nie przerobiono ich na grzebienie. Od jakiegoś czasu powstają tu jednak budowle mocne, czyste i wytrzymałe, które mają staranną służbę i dozorców, ochronne mury i bramy. W przeciwieństwie do zaniedbanych gmachów posułtańskich, poarabskich, pobrytyjskich i poenerdowskich są wyposażone w wygodne lśniące urządzenia, które działają nawet podczas blackoutu. Okna tych fortyfikacji – hoteli dla zagranicznych turystów – wychodzą na plaże i nawet sułtan Said nie miał lepszego widoku ze swoich tarasów. Zasiedziali mieszkańcy Zanzibaru, często potomkowie niewolników – ludzi, których skradziono, mówią, że obcy kradną im dzisiaj ocean.
Zanzibar był i ciągle jest zaludniony przez niezwykłych bohaterów z różnych bajek. Jedni noszą klejnoty z opowieści Szeherezady, drudzy kaski tropikalne i sznurowane buty, inni są nadzy i w dybach albo nadzy z dzidami, jeszcze inni: z Biblią, w koloratce; w białych kolonialnych uniformach; w galabijach; w zdobycznych mundurach, z pałkami i maczetami; w maoistowskich bluzach; w garniturach i czarnych wyglansowanych butach; z pyskiem i skrzydłami nietoperza; w draperiach z kretonu o szalonych barwach; w T-shirtach i portkach; w piankach do nurkowania. Dorzucają do historii Zanzibaru własne epizody. Wielu z nich ma wspólny punkt w życiorysie – brak stałego domu. To wędrowcy świata, z konieczności albo wyboru.
Przy pomocy tych świadków i uczestników próbuję opowiedzieć o Zanzibarze na przestrzeni mniej więcej stu siedemdziesięciu lat; to wiek sędziwego żółwia olbrzyma.
Natłok postaci, z którymi nie potrafię się rozstać, może sprawić kłopot Czytelnikom. Przygotowałam więc dla ułatwienia listę najważniejszych (na końcu książki obok indeksów jest także spis sułtanów, rezydentów i prezydentów Zanzibaru):
Salme Emily Ruete – Arabka urodzona w 1844 roku, córka pierwszego sułtana Zanzibaru Saida i czerkieskiej niewolnicy. Uciekła do Niemiec ze swym ukochanym. Podczas tułaczki życiowej mieszkała między innymi w Bydgoszczy.
David Livingstone – Szkot, lekarz, misjonarz, odkrywca, pisarz, uważający niewolnictwo za przekleństwo i hańbę świata, niesiony po śmierci tysiąc pięćset kilometrów do brzegu Afryki przez wiernych tragarzy.
John Kirk – Szkot, towarzysz wyprawy Livingstone’a wzdłuż rzeki Zambezi, lekarz, przyrodnik, konsul Wielkiej Brytanii, zasłużony przy wymuszaniu traktatu przeciw niewolnictwu.
Henryk Jabłoński – Polak, poeta z Podola, konsul Francji na Zanzibarze.
Henry Morton Stanley – Walijczyk, bula matari – „kruszący skały”, niezmordowany podróżnik i odkrywca Afryki, którego ogromny pomnik w Kinszasie, nad rzeką Kongo, zwalono ze wzgórza.
Tippu Tip – Afro-Arab, największy handlarz niewolnikami w Afryce Wschodniej, chętny opiekun białych podróżników.
Edward Steere – Anglik, biskup anglikański, budowniczy katedry na Zanzibarze w miejscu zlikwidowanego targu niewolników. Przywódca pielgrzymki dawnych niewolników do miejsca ich pochodzenia.
Charles Brownrigg – Anglik lub Irlandczyk, dowódca statku Londonpoległy w walce wręcz z arabskimi handlarzami niewolników przy brzegu Zanzibaru.
John Swedi – Afrykanin z kraju Niasa w obecnym Mozambiku, uwolniony z łodzi handlarzy niewolnikami, ochrzczony w 1865 roku, pierwszy czarny diakon anglikański w Afryce Wschodniej.
Caroline Thackeray – Angielka, kuzynka autora Księgi snobów i Targowiska próżności, panna, organizatorka nauki i zajęć praktycznych dla czarnych dziewcząt na Zanzibarze.
Rameh Oza – Hindus, spadkobierca starego atelier fotograficznego Capital Art Studio w Kamiennym Mieście.
Said al-Mugheiry – Arab, plantator, filozof i pisarz arabski, ciekawy życia w Europie, członek Rady Ustawodawczej Zanzibaru powstałej w 1926 roku.
Sultan Ahmed Mugheiry – krewny filozofa Saida, także członek Rady Ustawodawczej, zwolennik poszerzenia jej składu o czarnych przedstawicieli, co skończyło się dla niego tragicznie.
Ahmed Mugheiry – pierworodny syn Sultana Ahmeda, awanturnik, ochroniarz ostatniego sułtana Dżamszida, wygnanego przez rewolucję 1964 roku.
Naser Mugheiry – wnuk Sultana Ahmeda, biznesmen i polityk na Zanzibarze, który opowiada o losach rodziny.
Muhammad Hamud Barwani – Arab, wykonawca politycznego (lub prywatnego) wyroku na Sultanie Ahmedzie Mugheirym w 1955 roku.
Adżit SingHugan – Hindus, architekt, twórca najpiękniejszych gmachów na Zanzibarze, między innymi centrum obywatelskiego z rozgłośnią radiową.
John Okello – Afrykanin z Ugandy, przywódca rewolucji na Zanzibarze w styczniu 1964 roku, w której wielką rolę odegrały jego namiętne przemówienia radiowe.
Abejd Karume – Afrykanin, prezydent rewolucyjnego Zanzibaru w latach 1964–1972. Zwolennik radykalnych socjalistycznych przemian i brutalnych metod, postrach Arabów, Hindusów, Komoryjczyków i kobiet.
Hamud Muhammad Barwani – Arab, syn Muhammada Hamuda Barwaniego. Dokonał politycznej (lub osobistej) pomsty na Abejdzie Karumem w 1972 roku.
Popobawa – człowiek nietoperz, złowieszczy duch, który po raz pierwszy pojawił się na Zanzibarze na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych dwudziestego wieku i doprowadza do masowej histerii we wsiach i miastach.
Adam Vuay – urodzony na niedostępnej wyspie Tumbatu. Wypożycza kajaki morskie i nie boi się Popobawy.
Bi Kidude – Afrykanka, śpiewaczka taarabu. Mówi o sobie, że jest najstarszą mieszkanką Zanzibaru. Ciągle występuje.
Tsuyoshi Shimaoke – Japończyk, który uczynił dżudo, zakazane na Zanzibarze do 1992 roku, jedną z chlub państwa.
Peter Sudi – kościelny w anglikańskim kościele na Zanzibarze, wnuk diakona Johna Swediego.
Matylda Pniewska – Polka, instruktorka nurkowa i szefowa firmy turystycznej. Zbudowała dom na Zanzibarze i żyje pomiędzy warszawskim Żoliborzem a Nungwi.
Lina Mtwana Nordlund – Szwedka, biolog morski. Uznała, że Sztokholm się bez niej obejdzie, i wybrała opiekę nad rafą koralową przy wyspie Chumbe.
Żółwie zielone – wśród których jeden ma na imię Suzie, a inny jest albinosem i dlatego żyje.
Livingstone
Żółw sam sobie jest domem, a według niektórych ludów Dalekiego Wschodu – także kosmosem, więc domem nas wszystkich: górna część pancerza, karapaks, wyobraża kopułę nieba, dolna, plastron, jest płaska jak ziemia i podobnie jak ona prawie kwadratowa.
Wenecki autor tajemniczej księgi1 z piętnastego wieku twierdził, że żółw to ciężkość, mrok, zastój, i pokazał to na rysunku. Kobieta w długiej sukni trzyma w jednej ręce rozpostarte skrzydła, a na drugiej – uniesionej dłonią do góry – niewielkiego żółwia. Dama zadziera frywolnie jedną nogę, zachowuje jednak równowagę i wyważa ciałem to, co chce ulecieć, z tym, co bezwładne i ciągnie do dołu.
Kiedy powstawała ta ilustracja, nikt jeszcze pewnie nie sprawdzał, jak się ma waga mózgu żółwia do wagi całej reszty jego ciała – miękkiej i twardej. U żółwia morskiego proporcja ta, czy raczej dysproporcja, wynosi jeden do dziesięciu tysięcy. Mózg czterdziestokilogramowego żółwia waży cztery gramy, co wydaje się zgodne z diagnozą: ciężkość, zastój i mrok.
Żółwiu zielony, trzeba cię zobaczyć pod powierzchnią wody, najlepiej przy ścianie rafy koralowej. Nawet kiedy jesteś wielki jak balia, zachowujesz lekkość bańki mydlanej. Jeśli w głąb wody przenika słońce, twój łeb i łapy są świetliste i pastelowe, karapaks złoty jak plaster miodu. Chciałoby się pogłaskać tę łapę-płetwę, ale regulamin nurków nie pozwala na taką poufałość, zresztą ustąpiłbyś delikatnie, bo istoty wodne nie pozwalają się dotykać człowiekowi i – jeśli nie są drapieżne – same tego nie robią (z wyjątkiem podnawki, ale o tym później). Kurtyna z tysięcy ruchliwych rybek uchyla się bezszelestnie, precyzyjnie i punktualnie na taką szerokość, jakiej właśnie trzeba, przepuszcza obcego i natychmiast się za nim zamyka.
Wieś Nungwi na północnym cyplu wyspy Ungui, zwanej powszechnie Zanzibarem, to znane już na świecie skupisko baz nurkowych. Divemaster Mtwana urodzony w tej wiosce nurkował co najmniej tysiąc trzysta razy, instruktor nurkowy z Republiki Południowej Afryki Peter Minchin zwany Bru (postawił sobie dom przy nungwijskiej plaży) trzy, a może cztery tysiące razy, Matylda Pniewska, instruktorka nurkowa z Polski (pobudowała się koło Bru, jeszcze bliżej wody), przekroczyła tysiąc pięćset razy i przestała liczyć. Wszyscy wspominają spotkania z żółwiami zielonymi, delfinami albo rekinami, które są tutaj łagodne. Ale żółwie są coraz rzadsze, chociaż potrafią żyć prawie dwieście lat.
Nawet ten, kto jest domem dla siebie, powinien mieć także drugi dom – zewnętrzny. Gdzie jest dom samca, nie wiemy. Wiadomo coś niecoś o domu żółwicy. To skrawek plaży, gdzie sama przyszła na świat. Zanim żółwica zacznie szukać tego miejsca, odbywa się akt miłosny, rozpowszechniany za pomocą amatorskich filmików jako szczególnie zabawny. Towarzyszą mu klekot skorup i dreptanina, bo samiec musi odpowiednio ustawić samicę. Jednak uważniejsi kamerzyści pokazują jej bolesny wysiłek, gdy wyciąga i wygina szyję, niemal ją wypruwa z pancerza, by przylgnąć choć na chwilę do szyi samca. Mniej więcej dwa miesiące po zapłodnieniu żółwica płynie do miejsca swoich narodzin, pokonując nieraz tysiące mil morskich. Parę gramów mózgu albo coś innego, może pole magnetyczne planety, sprawia, że trafia. Gdy zapada ciemność, wyłazi z wody. Jest niezdarna, obciążona co najmniej setką jaj, które musi znieść. Wykopuje dół, tak głęboki jak tylko potrafi. Pracuje zawzięcie. Jej przednie łapy są dość długie, ruchliwe, lecz do kopania lepiej nadają się tylne, które przypominają raczej kopytka niż płetwy. Składa do dołu część jaj, które wyglądają jak piłeczki pingpongowe powleczone gipsem, i starannie je zagrzebuje. Czasem wykopuje następną jamę w pewnej odległości. Jest bardzo zmęczona. Świadkowie, którym się udało podpatrzeć żółwicę przy tej ciężkiej pracy, mówią, że widzieli strugi łez z małych oczu przesłoniętych błonką. Zoolodzy morscy uspokajają, że nie świadczy to o męce ducha lub ciała. Organizm żółwia pozbywa się w ten sposób nadmiaru soli.
Co robi żółwica, kiedy nie znajduje domu swoich narodzin, bo na jego miejscu stoi nowy bungalow albo stoły, na których palą się świece? Kiedyś w Nungwi nocą świeciły tylko oczka krabów wyłażących ze swych dziurek w piasku, teraz cała plaża pełga od ogni świec i lampionów i słychać na niej muzykę. Czy wydziedziczony gad cofa się do morza?
Jeśli wynajdzie sobie jakiś cichy kąt i złoży jaja, nie będą bezpieczne. O świcie przyfruwają ptaki wszystkożerne, z roku na rok więcej. W dzień kopie się fundamenty pod hotele, całe ciągi hoteli, otaczane murami. Plaża jest pełna ludzi jak miejski deptak. Niektórzy bawią się z psami, czego tu przedtem nie było, bo Zanzibar jest muzułmański, a pies to zwierzę nieczyste.
Jeśli żółwica złoży jaja i przetrwają pod piaskiem, zarodek dojrzeje mniej więcej po dwóch miesiącach. Gdy temperatura jaj podczas inkubacji sięgnie trzydziestu stopni Celsjusza, wykluje się samiczka, gdy jest chłodniej, wykluwa się samiec. Ich ciała są prawie przezroczyste, skorupy miękkie. Wygrzebują się z jajek zwykle po zmroku, aby przed świtem trafić do wody. Jeśli nie zdążą, przepadną, ale w wodzie też nie brak drapieżców.
Człowiek i zwierzę żyli w przyjaźni na wielkim podwórcu, nie przeszkadzając sobie wzajemnie – pawie, gazele, perliczki, flamingi, gęsi, kaczki i strusie przechadzały się w doskonałej swobodzie, pieszczone i głaskane przez starych i młodych2.
Tak pisała Salme o swym domu w Mtoni, gdy znalazła się już na obczyźnie, dokąd przy pomocy angielskiego konsula uciekła angielskim statkiem Highflyer (Mierzący Wysoko). Ale pisała to po niemiecku. Dom ten leżał nad Oceanem Indyjskim, na zachodnim brzegu wyspy Ungui, czyli Zanzibaru, a więc od strony lądu Afryki, jakieś sześćdziesiąt kilometrów na południe od Nungwi. Dzisiaj Mtoni jest przedmieściem stolicy, która także nazywa się Zanzibar.
W 2010 roku ścieżkę do ruin dawnego domu księżniczki Salme, która urodziła się w 1844 roku, ale dopiero parę lat temu została jedną z ikon Zanzibaru, otwiera wysokiedrzewo o regularnej koronie opatrzone napisem Palma Bismarcka. Na trawie w jego cieniu pasą się ośliczka Salme i dwa osiołki – Heinrich i doktor Kirk. Pierwsze imię jest oczywiste, dwa następne wiążą się z ucieczką księżniczki za morze. Jak się później okaże, Bismarck też nie znalazł się tutaj przypadkiem.
Moja matka urodziła się jako Czerkieska i we wczesnym dzieciństwie porwano ją z domu. Wojny na Kaukazie stanowiły okazję do zdobywania tamtejszych kobiet, cenionych w haremach. Dziecko schowało się pod ziemię – to znaczy prawdopodobnie do piwnicy, tego nie znamy na Zanzibarze – pisze księżniczka po niemiecku, kiedy już mieszka w Hamburgu i wie, co znaczy piwnica. Wywleczono je jednak spod ziemi i stało się własnością sułtana Saida z omańskiej dynastii Bu Saidów, pięknego mężczyzny o wąskiej łagodnej twarzy, który mając szesnaście lat, zamordował na oczach całego dworu swego kuzyna regenta Saida Bedra, tnąc go mieczem o krzywej klindze intarsjowanej złotem, i bez przeszkód objął panowanie nad Omanem, Zanzibarem i przybrzeżną częścią Afryki Wschodniej. Brytyjski autor książki o Zanzibarze, który na początku dwudziestego wieku, jeszcze za życia księżniczki Salme, wydobywa na światło dzienne ten czyn sułtana, zaraz dodaje: Dzieje najsławniejszych rodów arabskich pełne są zabójstw i „usuwania” krewniaków w okolicznościach, które zachodni kodeks etyczny może oceniać jedynie jako zdradzieckie. Nie można oczywiście zmieniać naszych standardów dobra i zła, aby wybaczać lub usprawiedliwiać te zbrodnie, byłoby jednak w porządku wobec odpowiedzialnych za nie, gdybyśmy pamiętali, że nasza własna przeszłość historyczna, a w istocie historia każdego narodu europejskiego, jest przyćmiona podobnymi zdradami3.
W 1840 roku czterdziestodziewięcioletni Said ibn Sultan (czyli syn Sultana) przenosi stolicę Omanu z Maskatu do odległego o tysiące mil Zanzibaru, który jest prawdziwym klejnotem w jego koronie; kwitnie tu zwłaszcza handel kością słoniową i niewolnikami. Wyspa jest zresztą od wieków znana podróżnikom i handlarzom. Sprzyjają im dwa wiatry. Monsun południowo-zachodni wiejący od kwietnia do września pobudza szybki prąd, który niesie żaglowce w kierunku wschodnim. Monsun północno-wschodni popycha fale na zachód od listopada do lutego. Piękne, zręczne statki, zwane dhow, od niepamiętnych czasów odbywają regularne kursy po Oceanie Indyjskim między Zanzibarem a Omanem i Indiami, z cennym cargo w ładowniach. Z czasem Anglicy zaczynają nazywać monsun trade wind, wiatrem handlowym, a do spopularyzowania tej nazwy przyczynia się, już w dwudziestym wieku, Mary Margaret Kaye, popularna autorka romansów i kryminałów, która spędziła parę lat na Zanzibarze, głównie w Klubie Angielskim(dziś hotel pod nazwą Dom Afryki), i właśnie taki tytuł: Trade Wind,nadała jednej ze swych powieści. W dhow, popychanych wiatrami ku wyspom i brzegom Afryki Wschodniej, przypływają od siódmego – ósmego wieku naszej ery Persowie, Hindusi, Arabowie i część z nich już nie wraca do dawnych domów. Wiążą się z kobietami afrykańskimi. Legenda albo prawda o książętach perskich z Szirazu, którzy spłodzili tu dzieci o nieco tylko jaśniejszej skórze i czarnych kręconych włosach, jest tak powabna, że nadaje nazwę mieszanej ludności Zanzibaru i sąsiedniego brzegu Afryki. Mówi się o niej Shirazi. Shirazi wtapiają się z kolei w wielkie morze ludności Suahili (od arabskiego waswahil – mieszkańcy wybrzeża) i przyjmują język, którym mówią dzisiaj dziesiątki milionów ludzi.
Sułtan Said, który zbudował rezydencję w Mtoni, pomyślał o tym, by ulżyć ciału, gdy żar najmocniej leje się z nieba. Niemal więc całe ogromne parterowe domostwo z martwej rafy koralowej, której bryły przypominają żużel hutniczy, zwłaszcza gdy czernieją od słonej wilgoci, jest wielką łaźnią, systemem basenów czy raczej komór wodnych, gdzie spędza się długie godziny upału. W łaźniach kobiecych omawia się sekrety i sprawy domowe, w męskich – zagadnienia państwowe i polityczne. W wodzie się czyta, je, modli. Jest chłodna, bo żywa, a nie stojąca. Przez cały kombinat łaziebny, wewnątrz licowany marmurem, płynie rzeczka Mtoni, spiętrzona sztucznie kaskadami i zasilająca fontanny.
Według Salme w domostwie mieszka tysiąc osób.
Konkubiny – sarari, których sułtan Said ma w chwili swej śmierci siedemdziesiąt pięć, korzystają ze wspólnych basenów. Legalną żonę – horme – imieniem Azze, księżniczkę z Omanu spełniającą funkcje reprezentacyjne, wyróżniono osobistą szeroką wanną, wykutą w skale. Salme nie lubi tej żony i ocenia jej wygląd bardzo krytycznie: mała i brzuchata, niosąca przed sobą ten brzuch. Ale ma wielki wpływ na sułtana – przyznaje Salme. Na szczęście Azze jest bezdzietna, potomkowie władcy mają więc równe prawa, bo wszyscy urodzeni są przez nałożnice. Było tych dzieci sto dwadzieścioro – w tym dziewięćdziesiąt dziewięć dziewczynek. Ale w chwili śmierci sułtana żyje już tylko – według obliczeń Salme, które nie zawsze się zgadzają z informacjami historyków Afryki Wschodniej – osiemnastu synów i tyleż córek.
Kiedy czytamy wspomnienia księżniczki, nie rozumiemy, dlaczego te dzieci umierają jak muchy. Islam i obyczaj nakazują traktować potomstwo zrodzone z konkubin tak jak legalne. Nałożnice są łagodne i zaprzyjaźnione ze sobą, ojciec sprawiedliwy, służba staranna, nauczyciele wyrozumiali, jedzenie pożywne. O poranku niewolnice budzą dzieci za pomocą delikatnych łaskotek i zabierają do świeżej kąpieli, w której pływają kwiaty jaśminu i pomarańczy. Nim nastanie upał, chłopcy dosiadają koni z sułtańskiej stadniny, dziewczynki białych osiołków sprowadzanych z Maskatu. Służba, która podaje posiłki, przypomina o godzinach modłów i lekcjach. Zajęcia szkolne są proste. Używa się atramentu domowej roboty i kościanych tabliczek z wypolerowanej łopatki wielbłąda. Księżniczka Salme zwraca uwagę, że pióro posuwa się po nich gładko, nie skrzypiąc. (Kiedy to pisze, wie już, jak skrzypi kreda na niemieckich tabliczkach jej dzieci). Zabrudzone płytki i pióra myją niewolnicy i oni uważają także, by żadne z niezliczonych książątek nie usnęło przypadkiem na słońcu.
Sułtan traktuje łaskawie swoich potomków. Przychodzą do ojca, żeby pocałować go w rękę, i obserwują ciekawie jego sylwetkę na wielkim tarasie okrągłej wieży zwanej Bendjle, zwróconej w kierunku niewidocznego za wodą brzegu Afryki i dobrze widocznych pobliskich wysepek. Jedna z nich, Changuu, jest już od dawna nazywana Więzienną. Druga, Chapwani, z czasem zmieni nazwę na Wyspę Grobów.
Na razie jednak nikt nie przewiduje tej zmiany. Na Bendjle, gdzie siwobrody sułtan sączy sorbety ze swoją małą pękatą żoną, zamontowano teleskop. Można więc obserwować ruch statków na oceanie. Said ma pod swoją flagą ponad siedemdziesiąt żaglowców uzbrojonych w działa. Ocenia się, że ta flota poradziłaby sobie z połączonymi siłami wszystkich lokalnych książąt od Japonii po Przylądek Dobrej Nadziei4. Do takiej próby jednak nie dochodzi, sułtan woli negocjacje niż awantury i coraz częściej wysyła swoje żaglowce w misjach handlowych; zawijają do Londynu, Marsylii, a nawet Nowego Jorku. Miękka afrykańska kość słoniowa, ceniona bardziej niż twarda indyjska, nadaje się na ozdobne grzebienie, kule bilardowe i klawisze fortepianów. Amerykanie w latach trzydziestych dziewiętnastego wieku budują w stanie Connecticut manufakturę wytwarzającą z kłów załadowanych w porcie Zanzibar pożądane przedmioty; osada, która przy niej powstaje, nazywa się Ivoryton, miasto kości słoniowej. W 1859 roku Zanzibar przyjmuje trzydzieści pięć statków amerykańskich; zabierają kły, przyprawy i niewolników.
Wieża Bendjle stoi o jakieś dwie mile od portu w stołecznym mieście Zanzibar, najruchliwszego w Afryce Wschodniej. Za parę lat przybije do niego szkocki misjonarz, lekarz i podróżnik, który wybrał na dobre życie w Afryce, David Livingstone. Niedawno uwolniono go z paszczy lwa, ale nie od szaleństwa, które może sprawić kłopot nawet sułtanom.
To szaleństwo jeszcze się nie objawia. Doktor Livingstone zakłada rodzinę i cieszy się domem, który postawił w osadzie Kolobeng nad rzeką o tej samej nazwie (w dzisiejszej Botswanie). Ta rzeka miała nigdy nie wysychać, jak żywe kaskady w Mtoni. Miała zawsze nawadniać misjonarskie poletka. Livingstone w zapale budowy zacina się siekierą, spada z dachu, zapomina, że lewego ramienia zgruchotanego przez lwa podczas lekkomyślnej wycieczki nie może jeszcze podnosić, i Mary, która zna wszelkie sposoby przetrwania w buszu, znów musi mu przykładać kojące opatrunki. David leczony przez żonę sam leczy innych. Mam pod opieką pacjentów, którzy szli sto trzydzieści mil po moją radę, a kiedy ci powrócili do domu, inni przyszli w tym samym celu. Podziwia cierpliwość i wytrzymałość tych ludzi podczas bolesnych zabiegów. Przy wszelkich operacjach nawet kobiety siedzą nieruchomo. Za każdym razem zaskakują mnie swoim spokojem. Podczas wycinania narośli o calowej średnicy siedzą i rozmawiają, jakby nic nie czuli. Mężczyzna jak ja nigdy nie płacze – mówią – to dzieci płaczą. I rzeczywiście, ci mężczyźni nigdy nie płaczą5.
David Livingstone przybywa do Afryki w 1840 roku i zaczyna swoją chrześcijańską posługę od misji w Kurumanie (dzisiaj w Republice Południowej Afryki). Od dwudziestu lat prowadzi ją szkocki misjonarz Robert Moffat z opiekuńczą żoną, a córka Mary towarzyszy rodzicom od dziecka. Bezpretensjonalna Mary, która zaczesuje włosy gładko do tyłu i nie ściska gorsetem masywnej kibici, wydaje się stworzona na żonę Davida. Oboje potrafią znosić marsze, upały, głód i zagrożenia (Mary wprawdzie do czasu).
Livingstone, rodak Moffata, pochodzi z wioski Blantyre niedaleko Glasgow. Rodzina jest biedna, chociaż ambitna. Neil, ojciec Davida, szczyci się pochodzeniem z klanu MacLea, co po celtycku znaczy syn siwowłosego albo syn lekarza. Jest bardzo religijny, czyta rozprawy teologiczne i opisy podróży. Wówczas podróżują głównie misjonarze, ich księgi nie są zbójeckie, a czytanie domowe kieruje uwagę Davida ku odkryciom przyrodniczym i naukowym, za tym idzie z kolei pytanie: jak ma się wiara do wiedzy ścisłej? Te dociekania niepokoją ojca.
Niepotrzebnie. Wiara Davida jest niewzruszona – chce nawracać w Chinach. Zawsze pozostanie pobożny. We wszystkich listach do dzieci będzie im przypominał o łasce Zbawiciela i polecał je opiece Boskiej.
Na razie od dziesiątego roku życia pracuje w miejscowej przędzalni, wiąże na krosnach zerwane nici. Po paru latach awansuje na przędzarza. Za część pierwszej wypłaty kupuje książkę do łaciny. Kładzie otwarty podręcznik na ramie przędzarki. Jej ruch jest rytmiczny. Chwila kiedy można się uczyć, trwa trochę mniej niż minutę, potem trzeba na moment wrócić do maszyny i znowu można zajrzeć do książki (tak w każdym razie opowiadają autorzy tekstów o pilności tego niezwykłego chłopca publikowanych w wiktoriańskiej Anglii, kiedy już chłopiec zostanie sławnym podróżnikiem i nazwie wodospady przewyższające ponaddwukrotnie wodospad Niagara imieniem swojej królowej). Praca trwa co najmniej dwanaście godzin dziennie. Livingstone spędza tak dziesięć lat, ale jak potem ocenia, nie były stracone, nauczyły go wytrwałości. A poza tym fabryka posyła młodych robotników do szkoły.
Zbiera pieniądze, najpierw na dalszą naukę w Glasgow, potem na studia medyczne w Londynie. Wstępuje do Londyńskiego Towarzystwa Misyjnego. Stawia ono przed kandydatami do tej służby duże wymagania i chociaż Livingstone żarliwie się doskonali, zostaje zdyskwalifikowany jako kaznodzieja – nie posiada daru przekonywania do swoich idei i racji. Wygląda na to, że ma zbyt wielką skłonność do słuchania innych; po latach usłyszy zarzut, że ochrzcił w Afryce jednego tylko człowieka.
Pewnie by w końcu popłynął do Chin, gdyby nie wybuch pierwszej wojny opiumowej. Żałuje, bo zrobił już postępy w języku chińskim.
Wreszcie londyńska centrala misyjna kieruje go do Afryki. Gdy wchodzi na pokład statku George, ma dwadzieścia siedem lat. Dopływa do zatoki Algoa w Afryce Południowej i wyrusza do misji Kuruman, gdzie na niego czekają. Jest zachwycony drogą. Żartuje z krnąbrnych osłów, które zachowują się tak, jakby nie wiedziały, gdzie mają głowę, gdzie ogon, albo tak kręcą łbami, jakby chciały popełnić samobójstwo. Naprawdę, bardzo lubię podróżować. Tyle wolności (…). Możemy rozbić namiot, rozpalić ognisko i tym podobne, gdzie tylko zechcemy, iść, jechać…6
Zaprzyjaźnia się z rodziną Moffatów, poślubia Mary, wychowuje z nią w Kolobengu pierwszych troje dzieci: Roberta, Agnes i Thomasa (kolejne dziecko, Elisabeth, umiera w niemowlęctwie, podobno Mary znosiła w ciąży zbyt wiele niewygód; potem urodzi się jeszcze dwoje). Z tej domowej osady wyrusza na wyprawy misyjne. Podróżowanie pociąga go coraz bardziej i – chociaż jego wiara jest głęboka i szczera – coraz więcej uwagi poświęca przyrodzie i geografii, a coraz mniej swemu pierwotnemu zadaniu.
Życie na razie przebiega spokojnie. Mary piecze chleb z miejscowej mąki, odciska sery, ubija masło, formuje świece i warzy mydło z popiołu drzewnego. A życie małżeńskie jest jeszcze słodsze, gdy tak wielu wygód dostarczają gorliwe, starowne ręce gospodyni domu7. Wstają wcześnie przy rześkim poranku. Po rodzinnej modlitwie i śniadaniu każdy, kogo to dotyczy, idzie do szkoły misyjnej, która wszystkich zaprasza: mężczyzn, kobiety i dzieci. Po obiedzie i godzinnej sjeście żona idzie doglądać mniejszych dzieci albo młodych kobiet, które uczą się szycia. A mąż wybiera się na wieś, żeby porozmawiać z każdym, kto tego chce. Trzy razy w tygodniu po udoju krów, już po zmroku, miejscowi i misjonarze schodzą się na wspólną modlitwę i rozważają sprawy praktyczne, bo wielu ludzi potrzebuje pomocy. Bardzo ważne są małe akty przyjaźni8.
Według najważniejszego biografa Livingstone’a Kolobeng był jedynym stałym domem, jaki miał kiedykolwiek9.
Ta domowa sielanka nie wytrzymuje jednak śmierci najmłodszego dziecka, klęski suszy i coraz bardziej widocznego faktu, że podróże i odkrycia geograficzne są dla ojca rodziny prawdziwym życiem i że wszystko dla nich poświęci.
W 1852 roku Livingstone wyprawia Mary z dziećmi do Londynu. Ciężko przeżywa to rozstanie i skarży się swemu zwierzchnictwu, dyrektorom Londyńskiego Towarzystwa Misyjnego, że dziecka nie może spotkać większe nieszczęście niż rzucenie go w świat bez domu. Jego dzieci są włóczęgami. Kiedy powrócimy do Kolobengu? Kiedy do Kurumanu? Nigdy!10
Słowa o Kolobengu brzmią proroczo. Wkrótce po powrocie do Anglii Mary dostaje od męża list z dokładnym opisem zagłady ich gospodarstwa i rozgromienia przyjaznej wsi plemienia Bakwenów, których wódz Sechele zaprzyjaźnił się z Livingstone’em do tego stopnia, że dał się ochrzcić. Napastnikami są Burowie (dzisiaj nazywamy ich Afrykanerami), potomkowie kalwińskich osadników holenderskich, którzy przybyli tu w siedemnastym wieku, brutalni, uparci i konserwatywni. Ziemie zdobyte w walkach z tutejszymi plemionami uważają za swoją własność i ustanawiają tam własne porządki. Przeszkadza im obecność Anglika, który obstaje przy pisanym (z praktyką bywa różnie) prawie swego imperium, że ludzie są równi; co więcej, twierdzi, że czarni mają dusze takie same jak biali.
Burowie wybebeszyli nasz dom w Kolobengu; zabrali na cztery wozy sofę, stół, łóżko, wszystkie naczynia, twoje biurko (mam nadzieję, że nic w nim nie miałaś – miałaś listy?), połamali drewniane krzesła, zabrali żelazne, wyrwali kartki ze wszystkich książek i rozrzucili przed domem, rozbili butelki z lekarstwami, okna, piecyk, zabrali miechy kowalskie, kowadło, wszystkie narzędzia – rzeczywiście wszystkie warte kradzieży…11
Dalej wymienia żywność, żałuje zwłaszcza kawy, za którą zapłacił sześć funtów. Naturalnie Burowie uprowadzili też bydło. Następnego dnia rano poszli do kościoła i podczas nabożeństwa powiedzieli wodzowi Sechele, że będą z nim walczyć, bo sprzyja Anglikom. Odpowiedział, że Anglicy nie zrobili mu nic złego. Burowie spalili więc wieś. Większość kobiet uciekła. W walce zginęło sześćdziesięciu Bakwenów (w tym kobiety i dzieci) i trzydziestu pięciu Burów, których przybyło siedmiuset. Spalono ziarno. Burowie zabrali miejscowym wszystko, co mieli. Jak to się skończy? Nie wiem. Livingstone dziękuje Opatrzności, że podczas tych wypadków nie było go w Kolobengu. Bóg stale mnie chroni12.
Walka z niewolnictwem staje się drugą obsesją Livingstone’a. Pierwsza to wspólny dla dziewiętnastowiecznych badaczy Afryki fantom źródeł Nilu.
Nawet podczas obserwacji przyrodniczych myśli o niewolących i niewolonych. Z zainteresowaniem przypatruje się mrówkom. Właśnie spotkał się z wieśniakami, opowiedział tym biednym ludziom o Synu Bożym, który tak ich ukochał, że zszedł z niebios, aby ich zbawić13. Po tej homilii idzie do lasu. Widzi zastępy czarnych mrówek – żołnierzy na wojennej wycieczce. Zna te mrówki, są długie na pół cala i podążają w pewnej odległości za przywódcami, znacznie większymi, którzy zostawiają dla nich na dróżce smugę zapachu. Ci przywódcy, jeśli tylko zobaczą w pobliżu białe mrówki, które nie zdążyły się ukryć, osaczają je i żądlą. Nie zabijają, lecz odurzają jak chloroformem i pozostawiają prostym żołnierzom, którzy je zbierają.
Livingstone jest przekonany, że to wyprawa po niewolników. Terminologii przeniesionej z ludzkich stosunków nie odpowiadają wprawdzie kolory; należałoby je odwrócić. Sprawa jednak nie jest taka prosta. Livingstone zaczyna obserwować kwatery czarnych mrówek ciekaw, jak wykorzystają siłę niewolniczą. Nie wykorzystują. Same pracują zawzięcie, przenoszą jajka z mokrych miejsc na suche; pojmanych mrówek nie widać.
Livingstone zabrał wcześniej parę białych ofiar. Widzi, że się nie budzą. Odurzenie jest trwałe, więc to nie mogą być niewolnicy. Bada znowu kwatery czarnych i znajduje kupki główek i odnóży, które należały do białych. A więc te czarne zbiry nie wypuściły się po niewolników, to są kanibale. Czyżby białe było rzeczywiście białe, a czarne – czarne? Ta myśl niepokoi Livingstone’a, który odrzuca opowieści o ludożerstwie, stanowiące wygodne usprawiedliwienie dla handlarzy niewolnikami.
Kiedy po szesnastu latach w Afryce wraca w 1856 roku do Anglii, Londyn wita go jak bohatera – jest pierwszym człowiekiem, którzy przebył Czarny Kontynent od oceanu do oceanu. Wydaje książkę Missionary Travels and Researches in South Africa (Misyjne podróże i badania w Afryce Południowej), która natychmiast staje się bestsellerem. Wyjaśnia we wstępie, że woli opowiedzieć piórem o swych doświadczeniach, niż mówić o nich publicznie. Wiemy, że nie lubi przemawiać.
W książce wśród masy informacji geograficznych i przyrodniczych jest i notatka o mrówkach, i historia napadu Burów na Kolobeng. Liczbę napastników zweryfikował: w liście do Mary było ich siedmiuset, tu jest czterystu, dodał też wiadomość o uprowadzeniu przez Burów ze szkoły misyjnej dwustu dzieci, które prawdopodobnie poszły w niewolę. Pisze też wiele o handlu niewolnikami. Widzi, że trawi on Afrykę od wewnątrz. Ludzie Makololo są pięknie ubrani w szaty z drukowanej bawełny, mają też stare portugalskie strzelby. Skąd? Wyznają, że kupili je od ludzi Mambari. Za każdą strzelbę dali jednego czternastolatka, bo ludzie Mambari nie chcieli przyjąć innej waluty. Makololo żałowali tych chłopców, ale bardzo chcieli mieć strzelby. Nie sprzedali wprawdzie własnych dzieci, tych chłopców zdobyli wcześniej na innym plemieniu.
Mówią, że wyspa Unguja, zwana powszechnie Zanzibarem, pachnie z daleka, zwłaszcza w porze suszenia goździków, kiedy to różowe potrójne pączki kwiatowe zerwane, zanim rozkwitły, i wysypane na maty albo klepiska ciemnieją i twardnieją na słońcu.
Plantatorzy arabscy wiedzą już, że goździki, bardzo wybredne, chętnie rosną w wilgotnym monsunowym klimacie wyspy. Saleh ibn Haramil al-Abraj, urodzony w 1770 roku w Maskacie, handluje niewolnikami, ale ma większe ambicje – eksperymentuje jako plantator. Odwiedza Seszele, Mauritius, Reunion, przygląda się plantacjom goździków i trzciny cukrowej, które założyli Francuzi. Goździki są bardziej interesujące, przede wszystkim dlatego, że bardzo drogie. Plantacje Saleha na Zanzibarze cieszą właściciela, są jednak solą w oku sułtana Saida, od kiedy przeprowadził się na Zanzibar. Sułtan widzi już, że to świetny interes, i zamierza zostać monopolistą. Każe sprowadzić dziesiątki tysięcy sadzonek z indonezyjskich Wysp Korzennych – Moluków. Ta decyzja wymaga pewnej odwagi, bo nowa plantacja potrzebuje dziesięciu lat, zanim wyda plon o wartości handlowej, i przez pierwszy rok lub dwa drzewka trzeba podlewać. Ale cierpliwość może się opłacać, bo uprawy, którym sprzyja klimat Zanzibaru, wydają się bezpieczniejsze niż inne źródła pieniędzy. Nad handlem niewolnikami, przynoszącym wyspie ogromne dochody, zbierają się chmury.
W pierwszej dekadzie dziewiętnastego wieku niewolnik między siódmym a dziesiątym rokiem życia kosztuje od siedmiu do piętnastu dolarów, między dziesiątym a dwudziestym – piętnaście dolarów, dojrzały mężczyzna – siedemnaście do dwudziestu dolarów, dobrze zbudowana kobieta – trzydzieści pięć do czterdziestu dolarów. Urzędnicy brytyjscy pracowicie mnożą średnią cenę człowieka (dwadzieścia dolarów) przez średni roczny eksport z Zanzibaru do Egiptu, Persji i krajów arabskich (piętnaście tysięcy osób; drugie tyle niewolników zostaje do pracy na wyspie, co też zasila jej gospodarkę, ale tego już nie liczono). Wychodzi trzysta tysięcy dolarów, wedle ówczesnego kursu – siedemdziesiąt tysięcy funtów brytyjskich. Ta ogromna wówczas suma stanowi czwartą część dochodów handlowych Zanzibaru i radykalnie rośnie w drugiej dekadzie stulecia. A głównym beneficjentem tych interesów jest naturalnie sułtan ze swym wielkim dworem.
W 1822 roku Wielka Brytania, która już w 1807 zakazała wszystkim swoim poddanym handlu niewolnikami, zmusza Saida do podpisania traktatu Moresby’ego (od nazwiska oficera, który go negocjował). Imperium nie po to wycofało się samo z tego procederu, by zwalniać pole dla innych. Zamierza stopniowo ukrócać ten handel i budować związki gospodarcze, które przyniosą korzyści bez hańby i napięć. Może myśli się także o ludzkich cierpieniach.
Traktat zakazuje w dominiach sułtana sprzedaży i transportu niewolników do krajów chrześcijańskich. Pozwala także okrętom brytyjskim aresztować statki z niewolnikami na wyznaczonych wodach Oceanu Indyjskiego. Ta pozycja kontrolera wód oceanu i ziem sułtana mocno osadza imperium brytyjskie w Afryce Wschodniej.
Układ naraża Saida, największego handlarza niewolników w ówczesnym świecie, na ogromne straty. Ale potrzebuje on wsparcia Wielkiej Brytanii, inaczej nie poradzi sobie z potężną rodziną Mazrui rządzącą w Mombasie, zagrażającą jego interesom w Afryce Wschodniej.
Traktat daje mu także okazję, by skonfiskować i przejąć plantacje ambitnego Saleha, któremu łatwo udowodnić naruszanie prawa. Said zostaje największym plantatorem na Zanzibarze (Saleh podobno umiera w nędzy). To może stanowić dla niego pewne pocieszenie po zawarciu traktatu Moresby’ego. Ale to dopiero początek. Brytyjczycy chcą, by sułtan zlikwidował całkowicie handel niewolnikami i ich transport w swoich dominiach.
Gdy konsul Wielkiej Brytanii pułkownik Atkins Hamerton przedstawia to sułtanowi, Said odpowiada:
Ten list i rozkazy od Azraela, Anioła Śmierci, są dla Arabów tym samym: pozostaje tylko uległość14.
Władca nie poddaje się jednak. Śle do Londynu stateczek o nazwie Sultanah z listami do królowej Wiktorii i najważniejszych polityków państwa. Roztacza w nich obraz swej przyszłej ruiny, prosi o złagodzenie warunków i dołącza dary dla dwudziestotrzyletniej królowej, która od sześciu lat jest szczęśliwą mężatką, a od pięciu rządzi Zjednoczonym Królestwem Wielkiej Brytanii i Irlandii: dwa naszyjniki z pereł i dwa ze szmaragdów, diadem, dziesięć szali z kaszmiru, skrzynkę z czterema butelkami olejku różanego i cztery rumaki. Wielka Brytania, nie tyle przekupiona, ile oceniająca realnie, że na ostre porządki w sprawie niewolnictwa na Zanzibarze jest jeszcze za wcześnie, odpowiada, że żaden niewolnik nie może być wysłany z włości sułtana do Arabii, Persji i w rejon Morza Czerwonego15. Statek Saida wraca na Zanzibar z darami od królowej: powozem na okazje wagi państwowej i posrebrzanym serwisem do herbaty. Pojazd przysłano w częściach do zmontowania i jeszcze po roku od wyładunku nie wyruszył z pałacu, Zanzibar bowiem nie miał dróg o wystarczająco równej nawierzchni. Serwis uznano za zbyt ozdobny (a może za mało cenny?), by go używać. Obdarowani pozostawili go pod opieką placówki brytyjskiej.
Odpowiedź Korony może chwilowo uspokoić Saida. Handel niewolnikami na jego wyspie jest nadal legalny. Nie wiadomo wprawdzie jak długo.
Goździki będą legalne zawsze. Rosną szybko i wysoko, są stożkowate, o lśniących liściach i obficie kwitną. Część wyspy Zanzibar i sąsiednia Pemba porastają wiecznie zielonymi lasami goździkowymi. W sezonie dojrzewania pączków szmaragd drzew jest przyprószony różem przechodzącym w karmin, a pączki, których w porę nie zerwano, rozkwitają płową czuprynką ze złotymi punktami.
Na obu wyspach powstaje i rośnie w siłę arabska arystokracja ziemska związana z dworem. W latach 1839–1840 eksport goździków wynosi dziewięć tysięcy frasilah,czyli trzysta piętnaście tysięcy funtów rocznie (około stu czterdziestu trzech ton), a szesnaście lat później, w roku nagłej śmierci sułtana Saida, ponad sto czterdzieści tysięcy frasilah, czyli około pięciu milionów funtów (blisko dwa tysiące dwieście siedemdziesiąt ton)16. Pączki trzeba zbierać dwa razy do roku, w sierpniu i w grudniu, i nie wolno się z tym spóźnić. Już Portugalczyk Duarte Barbosa, który w 1512 roku opisywał Moluki, zwrócił uwagę: I jest tam taka obfitość goździków, że nigdy nie można ich zebrać do końca, więc oni zostawiają wiele tego na stracenie. A drzewa, z których nie zbiorą tego przez trzy lata, dziczeją i ich goździki nic nie są warte…17
Oba sezony, sierpniowy i grudniowy, mają po trzy okresy zbiorów, bo nie wszystkie pączki osiągają odpowiednią dojrzałość w tym samym czasie. Goździki stanowią bardzo cenny towar, który mógłby zastąpić żywy towar ludzki w gospodarczym bilansie wyspy, ale zbiory wymagają wielkiej koncentracji siły roboczej. W 1835 roku na sto pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców Zanzibaru i Pemby niewolnicy stanowią aż sto tysięcy, w 1858 roku na czterysta pięćdziesiąt tysięcy ludności obu tych wysp liczba niewolników sięga trzystu tysięcy18. Dominium goździków nie jest więc domem dla wolnych ludzi.
Ta wspaniała rudera, pod którą parkują poobijane taksówki, a paru chłopców, siedząc w kucki, kiwa się z nudów, była przez trzydzieści trzy lata (od 1841 do 1874 roku) jednym z najważniejszych domów na wyspie, siedzibą konsula Wielkiej Brytanii określaną w przewodnikach po Zanzibarze jako stara rezydencja. Pierwszym konsulem był pułkownik Atkins Hamerton; objął to stanowisko w 1841 roku i chyba je lubił, bo wytrwał na nim szesnaście lat, aż do dnia swej śmierci. Lecz w historii Zanzibaru, Afryki Wschodniej i Wielkiej Brytanii wyraźniej zapisało się nazwisko Johna Kirka, chudego lekarza i botanika, który pełnił tu służbę dyplomatyczną w latach 1866–1887, czyli jeszcze dłużej niż Hamerton – i opuścił ją dobrowolnie.
Dzisiaj (w 2010 roku) niektóre okna starej rezydencji są jeszcze oszklone, dach chyba cały, ale brama zaryglowana i trudno się zorientować, czy dom ma jakichś stałych lokatorów, czy tylko nocą ktoś znajduje sobie tajemne wejście przez niedomkniętą okiennicę. Może korzystają z tego przytułku petenci urzędu stanu cywilnego w pobliskiej budowli zwanej Mambo Msiige(której poświęcę później osobny opis), nie wygląda bowiem na to, by w tym urzędzie można było uzyskać jakikolwiek dokument w dobę czy dwie. Zwłaszcza jeśli się przybyło z prowincji, bez protekcji i bez pieniędzy, kursowym pojazdem dala-dala, który kojarzy się z werandą na kółkach, karawanem i zardzewiałą puszką na sardynki – obiektami nie mającymi pozornie nic wspólnego ze sobą.
W każdym razie drewniane wrota dawnego konsulatu, jedne z najpiękniejszych w Stone Town, a słynie ono ze swoich drzwi na cały świat, nie puszczają i nie mogę obejrzeć wewnętrznych podcieni, przez które idzie wysoka dama z ciemnymi lokami, o wąskiej talii, w długiej spódnicy w czarno-białe paski. Odwrócona tyłem do obiektywu, zmierza w stronę krzesełka typu thonet, na którym leży jasna plama światła. To lady Kirk, żona Johna Kirka, który mógłby być duchowym bratem Livingstone’a, bo też jest Szkotem wychowanym na Biblii, nieustraszonym podróżnikiem, miłośnikiem historii naturalnej i – jak już wiemy – lekarzem, a na dodatek zaciekłym wrogiem niewolnictwa, ale Livingstone’a nie cierpi, chociaż go szanuje. Zdjęcie damy wykonał sam Kirk, zapalony fotoamator, i mówi ono, że rezydencja brytyjska już w okresie intensywnej służby imperium była poczerniała i odrapana (mówi także, że Kirk ocalił z nurtu Zambezi swój aparat fotograficzny, zatopiony z winy Livingstone’a, albo kupił nowy). I chociaż nie można porównywać warunków, jakie towarzyszą życiu angielskich misjonarzy w wioskach na lądzie Afryki, z warunkami życia przedstawicieli Jej Królewskiej Mości w stolicy Zanzibaru, ci drudzy skarżą się czasem na niewygody. Tuż po wynajęciu gmachu od sułtana (w 1841 roku) brytyjski urzędnik sporządza notatkę: Dach jest niebezpieczny, całą fasadę trzeba otynkować, aby zatrzymać wilgoć, potrzeba szesnastu dużych okien, konieczne jest wstawienie mniejszych okien wniższą część budynku, aby wpuścić światło ipowietrze…19
Dom angielskiego konsula należy do tych wspaniałych omańskich budowli, które wyglądają z oceanu jak wyszczerzone zęby zielonego potwora leżącego płasko na wodzie. Tych zębów przybywa, bo Zanzibar (dzięki niewolnikom, goździkom i kości słoniowej) staje się coraz bogatszy, a murowany gmach przy nabrzeżu zapewnia nie tylko prestiż, ale i wygodę. Zręczne dhow mogą przybijać pod same progi domów kupców, handlarzy i osób piastujących funkcje u dworu. Wszystkie te gmachy o ogromnych sieniach i masywnych arkadach prowadzących do długich wąskich sal z kamiennymi ławami i ciemnym belkowaniem, o wewnętrznych dziedzińcach z krużgankami, o płaskich dachach – tarasach, często ogrodzonych niskim, lecz masywnym krenelażem jak wieże tutejszego fortu arabskiego zbudowano z martwej rafy koralowej i oblepiono tynkiem, jarzącym się w słońcu; miasto leży sześć stopni na południe od równika.
Podróżnicy, którzy wyruszają z Zanzibaru na podbój Afryki i składają wizyty w domu konsula, pozostawili na ogół pisane wspomnienia. Zwracają w nich szczególną uwagę na zapach ulic i zaułków w nadbrzeżnej części Stone Town. Nie ma on nic wspólnego z wonią goździków. To gęsty smród, w którym czuć padlinę. Konsul Hamerton uważa Stone Town za najbrudniejsze miejsce na świecie. Richard Burton, który w 1856 roku odwiedza go na Zanzibarze, skąd wyrusza szukać źródeł Nilu (stu trzydziestu tragarzy, trzydzieści zwierząt jucznych), wyraża podobną opinię, chociaż niejedno już widział i wąchał. Przez siedem lat był żołnierzem w dzisiejszym Pakistanie, walczył w wojnie krymskiej (zaciągnął się na nią także John Kirk, by pełnić służbę lekarską), w przebraniu arabskiego pielgrzyma i obrzezany dla większego jeszcze kamuflażu dotarł do Mekki i Medyny – być może, jako pierwszy Brytyjczyk – i do centrum handlu niewolnikami, Hararu w Abisynii, skąd powrócił pieszo przez pustynię. Doświadczył poniewierki, a więc brudu i smrodu, co mu nie przeszkodziło w opanowaniu dwudziestu dziewięciu języków, a zanim królowa Wiktoria mianowała go lordem za pełne fantazji przysługi, przetłumaczył na angielski Baśnie z tysiąca i jednej nocy (szesnaście tomów). Pięknie posługuje się piórem. Konsulat brytyjski w Stone Town przypomina mu skrzynię na wino leżącą na boku, ochlapywaną przez fale. Nawet tam gdzie brzeg wydaje się czysty, ocean odkrywa swe ukryte brudy: na falach kołyszą się trupy. W nocy plaża płonie, czarni robotnicy wypalają pagórki rafy koralowej na spoiwo kamieni i tynki. W dzień myją i oskrobują kość słoniową, co niedoświadczonemu podróżnikowi nasuwa myśl, że cenne kły, których obfitość zgromadzono na piasku, wyrzuciło morze. Od czasu do czasu fale znajdują drogę do niższych części miasta, pożarły już meczet blisko konsulatu, a i sam konsulat musi być chroniony palami i gruzem. Przy niskiej wodzie zaś i po zmroku, kiedy ciepło słoneczne nie wyzwala z piasku siarkowodoru, nad brzegiem zawisa ohydny welon trującego gazu z przepełnionych latryn. Po każdej wizycie na Zanzibarze załogi statków tracą część ludzi. Pięć brygów pochowało stu dwudziestu pięciu marynarzy – ofiary gorączki i dyzenterii. Inny statek utracił szesnastu. Ostatnio (jest rok 1857) stało w porcie siedem łodzi wielorybniczych. Odpłynęły, by szukać wody tam, gdzie jest zdrowsza, na przykład na Seszelach...
Burton nie wyjaśnia, czyje zwłoki pląsają na falach. Mogą to być ciała zmarłych żeglarzy pochowanych w morzu. Ale raczej należą one do niewolników, bo nikt nie umiera tak masowo i szybko jak oni, nawet wtedy gdy nie są już zabijani bronią palną czy kijem. Nasuwa się określenie, że umierają gorliwie. Ciała marynarzy spuszcza się zresztą za burtę w głębiny morza, a niewolników wrzuca do wody wprost z brzegu, tam gdzie jest wyższy, albo pozostawia fali przypływu, tam gdzie jest płaski20.
W przeciwieństwie do Richarda Burtona, Davida Livingstone’a i Johna Kirka, którzy rwą się w świat, Henryk Jabłoński z powiatu bracławskiego na Podolu umiłował swoją krainę i chętnie mieszkałby w niej do śmierci. Ten ubogi gimnazjalista (chodził do szkół w Kamieńcu Podolskim) jest poetą i kiedy mówi o domu, widzimy wyraźnie inny znany obraz, tak mocno wdrukowany w jego głowę i serce, że się od niego nie może lub raczej nie chce uwolnić.
Nad sinym Bohem leży wieś w dolinie,
Na wzgórzu domek – szlachecki dom stary,
Z gankiem, ogródkiem i bramą gościnnie
Otwartą zawsze. Nad nim dąb konary
Zwiesił szeroko (…)21
Echo podpowiada natychmiast: brama na wciąż otwarta, przechodniom ogłasza, że gościnna…
Bohater poematu Henryka Jabłońskiego, duchowy krewny autora, modli się o to, by pozostać u siebie.
Nieraz proszę Boga,
By mię na świata nie wywołał gody,
By przez świat nie szła mego życia droga22.
Historia i wychowanie wzywają jednak poetę, by poszedł w świat. Wybucha Wiosna Ludów i gimnazjalista przedostaje się nielegalnie do Lwowa, by walczyć o sprawę polską. Austriacy pacyfikują zrewoltowane miasto, zakazują wydawania buntowniczych pism, likwidują kluby i komitety polskie i wydalają wszystkich emigrantów. Jabłoński zostaje odesłany do Rosji. Władze carskie osadzają uciekiniera w twierdzy w Kijowie, a potem wcielają w sołdaty. Nie odbierają mu jednak szlachectwa, nie będzie więc podlegał karze chłosty i może nawet zostać oficerem (jak ojciec, który padł w armii rosyjskiej na Bałkanach, zanim syn pogrobowiec przyszedł na świat). On jednak nie chce robić kariery w armii imperium i wysłany na wojnę krymską czeka okazji, by zbiec. Wykorzystuje zamęt po wielkiej bitwie nad rzeką Almą w 1854 roku, chowa się w winnicy i poddaje francuskim żuawom w niebieskich kaftanach. Ci widzą, jak wyciąga papiery schowane w bucie przy łydce. To budzi podejrzenia (mapy, raporty?). Sztab bada kartki, są zapisane wierszami. Dezerter nosił w cholewie Mickiewicza i Zaleskiego. Marszałek Saint-Arnaud jest rozbawiony. Polak zresztą budzi sympatię, ma okrągłą rumianą twarz, ufne niebieskie oczy, to zdecydowany cywil, nie żołnierz, i nikt go już do żołnierki nie zmusza, będzie teraz tłumaczem przy flocie. To dla niego dar losu, zaszywa się w admiralskiej bibliotece.
Pisze nadal swoje podolskie dumki. Ale i rozprawkę gospodarczą: Historia handlu polskiego nad Morzem Czarnym.
Uciekinier z armii imperium nie może wrócić po wojnie nad swoje rzeki domowe. Jedzie do Paryża, bieduje i tęskni. Tylko na Podolu czuł się u siebie. W 1849 roku jeszcze nawet nie ma pojęcia, na jakim krańcu świata przyjdzie mu żyć za parę lat, a już narzeka, jakby to przeczuwał:
Każdy dźwięk moich słów leci nad Smotrycz, Rów
(…)
Piewca, na próżno gram! Wszędzie już cudzo nam…
W świecie my sami! Sami!23
Modlitwa Jabłońskiego – by przez świat nie szła mego życia droga – zostaje ostatecznie odrzucona przez siły wyższe. Rząd francuski wysyła go na Zanzibar jako oficjalnego tłumacza w swoim konsulacie.
Konsulem na wyspie jest wówczas Ladislas Cochet. Wiadomo, że przed przybyciem na Zanzibar mieszkał jakiś czas w Warszawie i trochę mówi po polsku. Może lubi Polaków i chce mieć polskiego poetę romantycznego w swojej placówce? Ale jest jeszcze coś ważniejszego. Cochet ma córkę, która zostaje wkrótce żoną poety. Henryk Jabłoński zadomawia się więc na Zanzibarze, ale ciągle tęskni za srebrnymi wodami Bohu.
Gdzie się zadomawia? Nigdy nie odnalazłabym tego gmachu, gdyby nie przypadek. Umówiłam się z Kawsar Buwadżhid, współautorką książki o Bi Kidude, śpiewaczce taarabu. Kawsar jest młodą piękną kobietą, spodziewa się dziecka, chciała się ze mną spotkać blisko swego domu. Wybrała restaurację Mercury, na lewym krańcu paradnego nabrzeża Stone Town, nazwaną tak na cześć Freddiego Mercury’ego, który urodził się na Zanzibarze. Porozmawiałyśmy o Bi Kidude i o taarabie, opowiedziałam jej o Jabłońskim. – Czy pani wie, gdzie był konsulat? – zapytała. – Zaprowadzę panią. To pięć minut stąd. Tędy biegła najkrótsza droga do mojej szkoły. Dawno nie było tu już konsulatu, ale mama zawsze nakazywała – idź koło Francuza. Teraz będziemy mówić – koło Polaka.
Potężny kamienny gmach konsulatu jest wciśnięty pomiędzy wąskie uliczki. Drzwi po jednej stronie budynku zabito zardzewiałą blachą, ale nie zakrywa ona całkowicie ich wspaniałej snycerki. Drugie, większe wrota zachowały rzeźbiarską świetność, a nawet blask na mosiężnych bolcach, i stanowią przepiękną ramę dla ubranej w jaskrawożółtą szatę Komoryjki, która w nich stoi, w pełnej wdzięku chwili wahania – wyjść czy się cofnąć na wewnętrzny dziedziniec. Komoryjka stoi w dwóch ramach, bo za drzwiami, w głębi patio otwiera się arkada prowadząca na plac, gdzie siedzą kobiety. W części budynku mieszkają lokatorzy kwaterunkowi, część zajmuje komoryjska szkoła. Kobiety za arkadą to matki czekające na koniec lekcji, by zabrać dzieci do domu.
Dzisiaj droga z tego gmachu prowadzi obok Wielkiego Drzewa. Wydawałoby się, że żyje ono tysiąc lat lub więcej. Henryk Jabłoński nie mógł go widzieć, bo jest za młode. To Ficus religiosa, figowiec czczony, święte drzewo buddystów i hinduistów. Te giganty zaczynają swój żywot skromnie i psotnie, wysiewają się na dachach i wkręcają w rynny, ale nikt ich nie niszczy; są raczej delikatnie przesadzane. Średnica ich korony jest podobno równa wysokości pnia, a sięga on nieraz trzydziestu metrów. Liście w kształcie serca, niebieskozielone, z bladym nerwem głównym, bardzo duże, na długich eleganckich ogonkach, są bardzo wrażliwe, drżą przy najmniejszym podmuchu wiatru. Wielkie Drzewo rosnące przy samym nabrzeżu, tam gdzie dociera bryza oceaniczna, drży bardzo często, jest właściwie niebieskozieloną pogodną burzą. Cieszy ona spragnionych cienia i ruchu powietrza tragarzy, śmieciarzy, rybaków, sprzedawców mango i ananasów, taksówkarzy i rowerzystów, tych wszystkich, których nie stać na chłód pobliskiej wesołej, na wpół hippisowskiej knajpki Mercury.
Jakiś czas temu przy pniu Wielkiego Drzewa ustawiono tablicę, która zaświadcza, że zasadził je sułtan Chalifa ibn Harub w dwóchsetlecie dynastii Bu Saidów w listopadzie 1944 roku. Chalifa poszedł w ślady innego monarchy, króla Tissy, który w 288 roku przed naszą erą zasadził figowiec czczony w ogrodach świątynnych w Anuradhapurze na Sri Lance. Zapowiedział, że jego drzewo żyć będzie wiecznie, i podobno ciągle jeszcze żyje.
Henryk Jabłoński nie może doznać pociechy, jaką przynosi swoją zielenią i szumem Wielkie Drzewo sułtana Chalify. Co znaczy dla przybysza, piastującego w sercu podolską sielankę, droga przez rozpalone, cuchnące ulice? Ale gmach konsulatu też wydaje się cuchnąć. Okolica pamięta jeszcze człowieka przykutego do tego budynku na łańcuchu. Był zamieszany w zabójstwo francuskiego podróżnika Eugène’a Maizana. Maizan bał się podróży do wnętrza Afryki, zwlekał, długo korzystał z gościny francuskiego konsula Broquanta, poprzednika Cocheta. Wreszcie wyruszył. Po dwudziestu dniach jeden z afrykańskich wodzów zabił go pięć kilometrów od brzegu. Morderca zapadł się pod ziemię, znaleziono jednak człowieka, który bił w bęben podczas obławy na podróżnika, i przywleczono go na Zanzibar. Pokutował przez dwa lata pod konsulatem, potem jeszcze osiem lat gnił w więzieniu w arabskim forcie. Jabłoński przypłynął na Zanzibar już po jego śmierci.
W niecałe dwa lata po tym jak objął posadę na Zanzibarze, wysyła do Lwowa Ustęp pierwszy poetyckiego cyklu Z obrazów wschodu24. Ma we Lwowie przyjaciół, zadzierzgnął z nimi serdeczne więzy podczas ucieczki z Kamieńca w roku Wiosny Ludów. To literaci i artyści: Kornel Ujejski, Zygmunt Kaczkowski, Adam Pajgert, Marceli Madeyski. Zadbali o druk poematu. Ukazuje się w 1858 roku w „Dzienniku Literackim” we Lwowie.
Obrazy Wschodu rodzą się na bazarze. Henryk Jabłoński zamyka wrota konsulatu nabijane spiżowymi bolcami i idzie do miasta.
Sam nie wiem, jak zaszedłem na ów plac bazaru,
w ową łotrów jaskinię…
W pierwszej części poematu pokazuje handlarzy i kupców. Wszyscy oni – Beduin z Sahary, półnagi, brudny, zbrojny i kudłaty, Arab zniewieściały, natarty pachnidłami, w szatach szytych złotem, wyznawcy Zoroastra, wierni słudzy Jehowy, uczniowie Buddy – myślą jedynie o zysku i użyciu, nie ma dla nich bogów wyższych niż złoto. Ludzie, którymi handlują, są głodni, skrwawieni, pohańbieni, ich nędza i rozpacz budzą w poecie taki bunt, że chciałby potrząsnąć tym światem jak Samson kościołem Dagona. Zwraca uwagę na niewolnicę, która ma przy sobie młodziutką córkę, boi się, że zostanie z nią rozłączona, i błaga o pomoc.
Ufaj matko! odrzekłem, Bóg czuwa nad nami!
Druga część poematu to powrót na bazar. Zbyt późno, matka została sama, dziewczynkę zabrano. Lament czarnej niewolnicy zapisany przez poetę brzmi jak pieśń żałobna z Podola:
Czemużeś nie umarła – tam nad jasną rzeką
(…)
Obmyłabym cię łzami, w kwiaty ustroiła.
Jabłoński wie, że płacz niewolnicy – wycie szakalowe – do nikogo nie dotrze. Ponure myśli wiodą go na cmentarz przy brzegu morza.
Tam smętarz niewolników – tu ich biedne ciała
Rzucają na żer ptaków, na pastwę szakali;
Bez pogrzebu, bez grobu, brzegów przestrzeń cała
Bieleje od ich czaszek. I nikt, oprócz fali,
Nie rzuci garstką piasku na nieszczęsne kości…
Brzeg ten to księga sądu; kości te, jak głoski,
Mówią do tych, co czują straszny wyrok Boski:
„Potępienie dla wieków i wstyd dla ludzkości!”.
Pióro Jabłońskiego jest egzaltowane, jak każe duch epoki, ale poeta niczego nie zmyślił. Opis bazaru i cmentarza na Zanzibarze nie rozmija się z prawdą zapisaną przez świadków, którzy poetami nie byli.
Zdaniem Livingstone’a, gdy mowa o niewolnictwie, żadna egzaltacja ani przesada nie wchodzą w grę. Pisze o tym do córki Agnes już po doświadczeniach wyprawy nad Zambezi. Cytuje w liście żeglarza, który patrząc na handlarzy niewolników, powiedział: Jeśli diabeł nie złapie tych facetów, to na dobrą sprawę po co nam w ogóle diabeł?25.
Dalsza część w wersji pełnej
1 Francesco Colonna, Hypnerotomachia Poliphili, Venice: Aldus Manutius, 1449, http://www.rarebookroom.org [dostęp 9.03.2011].
2 Emily Ruete born Salme, Princess of Oman and Zanzibar, Memoirs of an Arabian Princess from Zanzibar. An Autobiography, Zanzibar: Gallery Publications, 1998. Stamtąd też pochodzą cytaty.
3 Francis Barrow Pearce, Zanzibar. Island Metropolis of Eastern Africa, Zanzibar: Gallery Publications, 2006. Pierwsze wydanie 1919.
4 Opinia wyrażona w 1834 roku przez kupca z New Hampshire Edmunda Robertsa przytoczona za książką Normana Roberta Bennetta A History of the Arab State of Zanzibar, London: Methuen & Co Ltd, 1978.
5 William Garden Blaikie, The Personal Life of David Livingstone LL.D., D.C.L.Chiefly from his Unpublished Journals and Correspondence in the Possession of his Family, Project Gutenberg (www.gutenberg.net). Wolontariusze tego projektu przepisują na komputerach wielotomowe dzieła ważne dla cywilizacji i kultury, które są następnie udostępniane bezpłatnie w sieci [dostęp 9.03.2011].
6 Tamże.
7 David Livingstone, Missionary Travels and Researches in South Africa, Project Gutenberg. W 1997 roku książkę tę przepisał dla sieci internetowej Amerykanin Alan R. Light z miejscowości Monroe w Karolinie Północnej. Uznał, że długa praca nad dziełem uprawnia go do poprzedzenia go komentarzem: Livingstone nie tylko nie był skażony rasizmem swego czasu, ale także nie był skażony własnym antyrasizmem. Widzi to, co widzi, i pisze, że Afrykanie są jak wszyscy inni ludzie ciekawym połączeniem dobra i zła. (…) Widzicie, David Livingstone nie pisze o Afryce jako misjonarz ani jako odkrywca, ani jako uczony, lecz jako człowiek, który spotyka swych braci ludzi.
Chciałam się dowiedzieć, co obecnie robi Alan R. Light, i znalazłam w internecie dwuzdaniową wiadomość: W 2009 roku, po paroletnim wolontariacie w Project Gutenberg, zatrudnił się jako elektryk w antarktycznej stacji McMurdo. Robi także różne inne rzeczy.
8 Tamże.
9 Cytat za: William Garden Blaikie, dz. cyt.
10 Tamże.
11 Tamże.
12 Tamże.
13 David Livingstone,dz. cyt.
14 Robert Nunez Lyne, Zanzibar in Contemporary Times. AShort History of the Southern East Africa in the Nineteenth Century, Zanzibar: Gallery Publications, 2006.
15 Tamże.
16 Tak informuje Norman R. Bennett,dz. cyt. Henryk Zins w Historii Afryki Wschodniej, Wrocław: Ossolineum, 1986, podaje zupełnie inne dane. Według niego na początku XIX wieku Zanzibar i Pemba wywoziły ponad 10 milionów kilogramów (czyli 10 tysięcy ton) goździków rocznie. W źródłach dotyczących Zanzibaru można się doszukać drastycznych różnic informacyjnych, dotyczą one zwłaszcza gospodarki i niewolnictwa.
17 Cytat za: Francis Barrow Pearce, dz. cyt.
18 Zob. Henryk Zins, dz. cyt.
19 Cytat za: Francesco Siravo, Zanzibar. APlan for the Historic Stone Town, wstęp Stefano Bianca, The Aga Khan Trust for Culture. Historic Cities Support Programme, Zanzibar: Gallery Publications, 1996.
20 Zob. Richard Francis Burton, Zanzibar. City, Island, and Coast, London: Tinsley Brothers, 1872.
21 Henryk Jabłoński, Gwido, w: tenże, Gwido i dumki, Wilno: J. Zawadzki, 1857.
22 Tamże.
23 Tenże, Sam z pieśnią, w: tamże.
24 Tenże, Z obrazów Wschodu. Ustęp pierwszy, „Dziennik Literacki” 1858, nr 122, s. 987–988; nr 152, s. 1233–1234.
25 Cytat za: William Garden Blaikie, dz. cyt.
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Spis treści
Od autorki
Część I. Livingstone
Przypisy
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
Dedykacja
Meritum publikacji
Przypisy
