Usypać góry. Historie z Polesia - Małgorzata Szejnert - ebook
NOWOŚĆ

Usypać góry. Historie z Polesia ebook

Małgorzata Szejnert

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

""Usypać góry. Historie z Polesia" to fenomen polskich Kresów w pigułce. Wciągająca opowieść o krainie, w której żyli obok siebie Polacy, Litwini, Białorusini i Żydzi. Ale też „tutejsi” – Poleszucy, dla których ojczyzna to nie historia czy polityka, ale miejsce człowieka w kosmosie. To zatrzymany w czasie świat królewiąt, panów i chłopów, przemysłowców, kupców i cadyków oraz jego dramatyczny koniec. Co o Polesiu wiedzieli w latach 30. XX wieku Amerykanka Louise Boyd, niestrudzona badaczka Arktyki, oraz generał Carton de Wiart, weteran brytyjskich wojen w Afryce? Dlaczego na miejsce kolejnych eskapad wybierają właśnie polskie mokradła? Czy przeczytali u Herodota, że żyje tam lud czarnoksiężników, którzy raz w roku zamieniają się w wilki? Może słyszeli o legendarnym grobie Owidiusza? Na początku wieku XXI Małgorzata Szejnert wyrusza ich tropem. Reporterka niestrudzenie szuka śladów zatopionej Flotylli Pińskiej. Przybliża małą ojczyznę Ryszarda Kapuścińskiego, której on sam nie zdążył opisać. I oddaje głos mieszkającym tam ludziom, żyjącym z dala od wielkiej polityki, chroniącym swoje wyznania i języki, wierzącym, że ciągle można uratować to, co zniszczyła władza sowiecka."

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 544

Data ważności licencji: 2/12/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Julkowi Rawiczowi (1936–2013)

Panna Boyd jedzie na Polesie

Louise Arner Boyd, nazywana przez amerykańskich reporterów Królową Lodu lub Dianą Arktyki, jedzie na Polesie packardem z własnym kierowcą. Wóz i szofera Percy’ego Camerona, który pracuje dla niej od dwudziestu lat, zabiera z rodzinnej rezydencji pod San Francisco. Jest rok 1934.

Czy Boyd wiedziała, jakie drogi będą ich niosły?

Pojechałam do Sklepu Podróżnika w Warszawie kupić dawne mapy Polesia. Nie dawały Cameronowi wielkich możliwości. Potwierdził to przewodnik dra Michała Marczaka wydany w 1935 roku: dróg bitych jest w województwie poleskim siedemset dziesięć kilometrów, a trzy powiaty wschodnie: piński, łuniniecki i stoliński, wcale ich nie mają. Autorzy raportu Towarzystwa Rozwoju Ziem Wschodnich ostrzegają, że jeśli tempo inwestycji drogowych utrzyma się na dotychczasowym poziomie, Polesie poczeka sto czterdzieści lat na taką gęstość utwardzonych szlaków, jaką ma Polska centralna.

Louise Boyd chce założyć w Pińsku bazę wypadową. Słusznie! Wymieniony przewodnik podaje, że jest tam hoteli trzynaście, a przedsiębiorstw z pokojami umeblowanymi pięć. Warto zwrócić uwagę na Hotel Angielski przy ulicy Kościuszki 2, Hotel Warszawski przy Kościuszki 35, hotel Wenecja przy ulicy Nabrzeżnej 62. Z innych źródeł wiadomo, że Hotel Angielski posiada wanny. Wodę niewątpliwie przynoszono ze studni.

A jeśli Percy, jadąc bezdrożami, uszkodzi packarda?

W Pińsku można go odholować do warsztatów marynarki wojennej. W Prużanach podejmie się reperacji ślusarz mechanik Stanisław Mączyński (ma aparat do spawania metalu), a w Berezie Kartuskiej należy zgłosić się do Kalmana, zaułek Rynkowy.

O Louise Boyd sporo napisano. Niektóre teksty zabarwiono feministycznie.

W San Rafael koło San Francisco, w Gate House, który stanowił część jej dóbr rodzinnych, otwarto muzeum; chętnie odpowiada ono na mejle. Przedmioty należące kiedyś do Boyd pięknie zestawiono: obok teatralnej lornetki, inkrustowanej złotem i masą perłową, czarna lorneta polowa, obok srebrnego kompletu piknikowego z rytym monogramem – ciężki kufer podróżny.

W Bibliotece Narodowej w Warszawie zachowała się jej książka Polish Countrysides. Photographs and Narrative (Polskie krajobrazy. Fotografie i opisy) wydana w 1937 roku w Nowym Jorku przez American Geographical Society (Amerykańskie Towarzystwo Geograficzne). Zawiera opis podróży, około pięciuset zdjęć, klucz tematyczny i geograficzny do nich, mapy i indeks. Nigdy nie wyszła w całości w Polsce, jest rzadkością biblioteczną i antykwaryczną.

Zbierałam wiadomości o Louise Boyd i coraz więcej czytałam o Polesiu w połowie lat trzydziestych ubiegłego wieku, kiedy tam była. Z czasem zaczęłam zamawiać w bibliotekach i archiwach kopie ciekawych druków, rękopisów i dokumentów, sięgających głębiej lub całkiem współczesnych. Fotografowałam zmikrofilmowane gazety, chociaż ukośny ekran wyświetlarki zniekształcał obraz. Te wiadomości nie miały już związku z wyprawą Boyd.

Krajoznawcy zachwyceni Polesiem zachęcali na przykład, by odwiedzić grób Owidiusza. Nieszczęsny poeta, wygnany z Rzymu, miał spoczywać w kurhanie przy ujściu Cny do Prypeci, koło Kożangródka, chociaż według licznych źródeł historycznych pochowano go w Tomis, dzisiejszej Konstancy, nad Morzem Czarnym. Tam też wystawiono mu pomnik. Legenda o grobie Owidiusza nad Cną pojawiała się tak uparcie, że skłaniała do zastanowienia – może Polesie chciało wygnańcowi, ofierze tyranii, ofiarować taki spoczynek, jaki nie był dany wielu jego mieszkańcom, zesłanym, poległym, zamordowanym lub zaginionym.

Według krajoznawców, Herodot miał pisać o morzu poleskim i wymieniał ludy nad jego wodami: Budynów, Getów i Neurów. Odnalazłam ten fragment w Dziejach. Budynowie mieli bardzo niebieskie oczy i ogniste włosy. Budowali z drewna. Getowie wierzyli w nieśmiertelność dusz, ale łatwo dali się ujarzmić potężnemu królowi Persów. Neurowie byli czarodziejami. Raz do roku każdy z nich na kilka dni stawał się wilkiem, a potem wracał do dawnej postaci. „Ja wprawdzie w te ich baśnie nie wierzę – zapewniał Herodot – niemniej tak oni utrzymują i na to przysięgają”1.

Zgromadzone lektury, rozmowy o Polesiu na Białorusi i w Polsce prowadziły do intrygujących bohaterów różnych narodowości, stanów i czasów. Byli wśród nich białoruski polityk i polski senator Roman Skirmunt, zamordowany w swych dobrach przez Białorusinów, i profesor Aleś Smalańczuk z Grodna, badający pamięć o tej tragedii; Napoleon Orda – dokumentalista ginącego świata zamków, pałaców i świątyń – i jego wielbiciel redaktor Anatol Krejdicz z gazety „Czerwonaja Zwjazda” w Janowie Poleskim; więzień łagrów Kazimierz Świątek, który potem, już jako kardynał, wybrał sobie nędzną kwaterę przy najbardziej błotnistej ulicy Pińska; brytyjski generał Adrian Carton de Wiart, maniak polowań, wieloletni gość ordynata dawidgródeckiego Karola Radziwiłła; Stanisław Wysłouch, wzorowy gospodarz Perkowicz; profesor Fiodor Klimczuk, tłumacz Nowego Testamentu na język swej wsi Symonowicze, i jego przyjaciel lingwista Wiaczesław Werenicz; Nina Łuszczyk, autorka zadziwiającego pamiętnika spisanego własnym językiem; rodzina wędliniarzy Miniuków z Motola, wsławiona kopią Mony Lizy w sukni z kiełbasy krakowskiej; Rachel Weizmann, także z Motola, która urodziła piętnaścioro dzieci, matka pierwszego prezydenta I­zraela i babka siódmego; Wasil Kuźmicz Dziamko, ojciec wielkiej rodziny zielonoświątkowców z okolic Stolina; Jekatierina Siewierina i Swietłana Łaziuk, strażniczki zbiorów Muzeum Białoruskiego Polesia; nowy rabin piński i deweloper Mosze Fima z Manchesteru; archiwista Edward Złobin, który spisał kolejne nazwy wszystkich pińskich ulic, od kiedy powstały do dzisiaj, i wielu, wielu innych, żywych lub umarłych.

Czy to możliwe, żeby Owidiusza na Polesiu ktoś po prostu wymyślił?

W Żalach układanych w Tomis tak opisywał klimat tego miejsca:

Śnieg leży długo, bowiem deszcz i słońce

jego twardości dać nie mogą rady.

To wiatr północny w skałę go zamienił,

a zeszłoroczny – nowy puch pokrywa,

by wespół dotrwać do następnej zimy2.

Polesie miało klimat dużo ostrzejszy niż Tomis, a Tomis – dużo ostrzejszy niż Rzym. Owidiusz opisuje rzeczywistość czy chłód wygnania? Jeśli ktoś chce dowodzić obecności poety na Polesiu, może przytaczać te wersy.

Ale czy można pomijać bezlitosny głos urzędnika Banku Polskiego ­Kazimierza Kontryma, który w 1829 roku odbył podróż po Polesiu dla zbadania stanu jego gospodarki: Dlaczegożby nowym argonautem zostawać miał Owidiusz, kiedy o tutejszych stronach nic nęcącego nie głoszono? Zapewne nie z przymusu, bo tu oręż Rzymian nie sięgał, zapewne też i nie dla ciekawości, bo z niego nie był Strabon ani Pliniusz; nie badał ani krajów, ani ludzi, ani natury. Poetą był i nic więcéj. (...) Czyż ten pieszczoch i leniwiec miałby niezmiernie trudną i niebezpieczną podróż przedsięwziąć na Polesie, zwłaszcza karmiąc się bezustanną nadzieją odwołania swego do Rzymu?3

Uwaga, którą skierowałam z początku na Louise Boyd, rozpraszała się coraz bardziej.

Skoro jednak zaczęłam od Amerykanki, pojedźmy za nią do Kudrycz.

Louise Boyd była ambitna, odważna, a nawet szalona, ale na pewno nie sentymentalna. Jej najczulsze zdjęcie z Polesia przedstawia chleb upieczony w Kudryczach na liściu kapusty. Na spodzie bochenka rysują się żyłki i chrząstki. Ręce, które go trzymają z zachowaniem należnego szacunku, są ciężkie i spracowane.

Wioska Kudrycze leży dwadzieścia pięć kilometrów od Pińska, tam gdzie przed wojną rozciągał się wielki przestwór bagien i żadna komunikacja, poza wodną, nie była możliwa.

Doktor Marczak cytuje w przewodniku słowa profesora Stanisława Kulczyńskiego, wybitnego badacza flory polskiej: Na południowy wschód od Pińska, w samem sercu Polesia, u zbiegu rzek Prypeci, Piny, Styru i Jasiołdy, rozpościera się ­jedno z największych bagnisk na Polesiu, t. zw. „morze pińskie”. Bezkresną tę równinę, obejmującą około dwieście pięćdziesiąt tysięcy hektarów powierzchni, przecina zagmatwany splot rzek i strumieni, wśród których drogi szukać umie jedynie doświadczony rybak tamtejszy. Wiosną, wezbrane rzeki pokrywają tę równinę jednolitą taflą wód, latem zjawia się na „morzu pińskim” nieogarnięty łan trzcin i szuwarów. Jednostajność krajobrazu, jego rozległość w połączeniu z nieprzezwyciężonemi trudnościami fizycznemi, z jakiemi spotyka się wędrowiec usiłujący przedrzeć się przez tę ­pełną topielisk plątaninę wysokich traw i szuwarów, budzą uczucie nie tylko piękna, ale i surowej grozy4.

Osuszanie błot, które po wojnie objęło na Białorusi ponad półtora miliona hektarów (na prawie trzy miliony hektarów ich powierzchni), sprawiło, że – według współczesnej mapy – można do Kudrycz dojechać na kołach.

Chleb upieczony w Kudryczach na liściu kapusty

Na północy wioskę omywa Jasiołda, tworząca niezliczone łuki i pętelki; podobnie obłąkany bieg mają Styr i Prypeć. Współczesna mapa nie pokazuje mostu ani przeprawy, jakby za Jasiołdą kończył się świat.

Jedziemy starym samochodem Witala Jaŭtuchowicza, który doskonale zna teren. Czasem mnie wozi. Opiekuńczy i ciekawy, ma w naszych wyprawach własny interes – obserwuje pola i prace rolne. Wie, które tereny są obiecujące. Jeśli orze tam właśnie traktor kołchozowy, Wital powróci za parę dni i obejrzy bruzdy. Chętnie pokaże mi znaleziska.

Mijamy podmokłe łąki pełne żółtych kwiatów, okrągłych kęp, kolorowych traw. Myślałam, że zwalniamy, żeby popatrzeć, ale to wóz Witala odmawia współpracy. Za chwilę może stanąć na dobre, a droga jest pusta i nikt nas nie weźmie na hol.

Wital Jaŭtuchowicz

W 1934 roku Louise Boyd badała pobieżnie ruch na Polesiu. Na ruchliwej drodze Różana – Prużany naliczyła w ciągu godziny, między pierwszą a drugą po południu, pięćdziesięciu dwóch pieszych, osiemdziesiąt dwie furmanki i pięć rowerów. Przez następną ­godzinę badała ruch na dalszym odcinku traktu, na północny zachód od Prużan. Naliczyła pięćdziesięciu siedmiu pieszych, sześćdziesiąt sześć furmanek, ­szesnaście rowerów, jeden samochód i jeden motocykl.

Percy prowadził ostrożnie, ale już sam widok packarda płoszył ludzi i konie, tym silniej, im dalej od miast. Ludzie najpierw się bali, potem gromadzili zaciekawieni. Konie uciekały z drogi na pole, ciągnąc furmanki, albo stawały dęba nad maską. Już po powrocie do Ameryki Louise zanotowała następujące dane statystyczne: w 1935 roku Polska miała na tysiąc mieszkańców siedem dziesiątych ­samochodu, Szwecja ponad dwadzieścia dwa samochody, Niemcy prawie dwanaście, Czechosłowacja prawie siedem i pół, Rumunia prawie dwa.

Na drogach Polesia czuła się jak w Stanach na początku wieku. To było nawet przyjemne.

Żaden z rowerzystów jej nie zaciekawił, bo się spóźniła o rok. Gdyby zobaczyła na drodze Wasilija Iljuczuka ze wsi Bogdanówka, na pewno wymierzyłaby w niego aparat. Rower był w tamtych latach luksusem pańskim, a przynajmniej miejskim, i Wasilij nie chciał się z tym pogodzić. Uzbierał pieniądze na konieczne części żelazne, łańcuch i zębatki. Obręcze na koła wykuł pewnie sam. Z drewnem nie było kłopotu, nigdy go tutaj nie brakowało. Zbudował ramę, kierownicę, koła z drewnianymi szprychami i przez dwa lata korzystał z pojazdu. Widocznie jednak potrzebował pieniędzy, bo pewnego dnia 1933 roku zajechał z klekotem, lecz bezawaryjnie, pod Muzeum Poleskie w Pińsku. Kustosz Dmitrij Gieorgijewski bez chwili wahania kupił rower za dziesięć złotych. Drewniana maszyna do dzisiaj stoi w centrum wystawy oparta o płotek z patyków, na których zatknięto gliniane garnki.

Zapytałam Jekatierinę Siewieriną, najstarszą pracownicę muzeum, czy Gieorgijewski uczciwie zapłacił.

– Zobaczymy – powiedziała i z przepełnionego regału wyciągnęła album Wydawnictwa Znak ze zdjęciami Boyd5.

Odszukała kramy na pińskim jarmarku. Przy kramie szewca wisiały buty z cholewami, kosztowały pięć złotych. Przerzuciła jeszcze parę kartek i znalazła handlarza bydła. Żądał dziesięć złotych za owcę.

– Dmitrij Siergiejewicz Gieorgijewski był bardzo starowny – oceniła. Nie lubił wyrzucać pieniędzy.

Pokój w Hotelu Angielskim kosztował wtedy od trzech do sześciu złotych za noc. Trudno ocenić, czy dwa noclegi w Hotelu Angielskim, w którym można było spotkać Romana Skirmunta albo generała de Wiarta, warte były tyle co chłopski rower, dziś główny eksponat muzeum, podczas gdy Hotel Angielski wypadł ze służby i z pamięci.

Za to Ritz w Kowlu zachował się w notatkach Louise Boyd, bo nie można w nim było nakłonić obsługi do zmiany prześcieradeł na nieużywane.

Drewniany rower Wasilija Iljuczuka. Ze zbiorów Muzeum Białoruskiego Polesia w Pińsku

Piątego października Louise Boyd z pomocą Wandy Rewieńskiej wynajmuje łódź. Docierają do wiosek nad Jeziorem Sporowskim. Chaty gołe, bez mebli. Śpi się tam bez pościeli, na ławach, pod starym kożuchem. Większość kobiet bosa, mówią, że i w zimie tak chodzą. Boyd zapisuje, że to najbiedniejsze osady, jakie kiedykolwiek widziała. Podobną ocenę stanu wsi poleskiej zawarł Wacław Kostek-Biernacki w podaniu do ministra opieki społecznej w Warszawie. Ówczesny wojewoda poleski, człowiek podobno bezwzględny, zaskakuje samym już stylem swego dokumentu: Gdyby Pan Minister zobaczył kiedy te straszne warunki życia dziesiątków tysięcy ludzi, na pewno skromna prośba moja byłaby uwzględniona. Warunki te powodują częste katastrofy, położenia bez wyjścia, nieludzkie, nawet nie zwierzęce. (...) niespotykana nigdzie nędza (...) jedzących już od grudnia mieloną korę, korzonki i wjuny (...) nie dadzą się porównać z najbardziej upośledzoną nędzą wielkich i mniejszych ośrodków w państwie. Za dziesięć złotych więcej można zrobić na Polesiu, niż za sto złotych gdzie indziej. Więc proszę o tak niewielkie powiększenie odnośnej dotacji6.

W chacie nad Jeziorem Sporowskim, ok. 1934

Nic dziwnego, że Amerykanka jest poruszona, gdy mieszkańcy jednego z domów witają Rewieńską i ją chlebem i solą.

Wśród rowerzystów, których liczyła na drogach, nie było Iljuczuka ze wsi Bogdanówka, ale mógł być dwudziestopięcioletni Józef Szymańczyk z Kosowa Poleskiego, fotograf samouk. Kręci się wokół Jeziora Sporowskiego w tym samym roku co Boyd. Jeździ po okolicy i fotografuje. Nauczył się tej sztuki od Borysa Kacena, żydowskiego emigranta z bolszewickiej Rosji, od niego też dostał aparat. Nad Jeziorem Sporowskim chciał zrobić zdjęcie rodzinne: takie ciekawe postacie tam były. I niespodziankę miałem, że nie zgadzali się na zrobienie zdjęcia. Bo jeżeli we wsi nigdy nie było fotografa, a tu zgłasza się fotograf i chce za darmo zrobić zdjęcie – to było bardzo podejrzane. Nie chcieli w obawie, że potem komornik przyjdzie ściągać należności. A tam się bardzo bali komornika7. ­Szymańczyk poszedł więc do sołtysa, który zapewnił rodzinę, że fotografia komornikiem nie grozi. Wówczas dopiero mogłem wykonać to zdjęcie: siedzą na pryczy, z jednej strony młode małżeństwo, z drugiej małżeństwo starsze i w kołysce z wikliny buja się dziecko, oni kołyszą8.

Józef Szymańczyk był wielkim dokumentalistą Polesia. Po wojnie ­zamieszkał w Kutnie. Został jego honorowym obywatelem.

Kiedy mija się nad Jeziorem Sporowskim z Louise Boyd, ma już niezłą ­leicę, ale robi tylko małe odbitki. Nie ma powiększalnika. To kosztuje trzysta dolarów!

Zawracamy z Witalem z drogi do Kudrycz.

Już widać most na Pinie i skarpę, która stawała przed dawnymi podróżnikami jak fantastyczna wizja na pustyni: białe kamienne miasto nad płaskim przestworem. Dziś fatamorgana jest wyszczerbiona i zarośnięta. Najwspanialszy szczyt pińskiej skały, kościół Jezuitów, wysadzono w powietrze sześćdziesiąt lat temu, już po śmierci Stalina. Zieleń skrywa spiżowy pomnik Lenina, który postawiono na zwolnionym miejscu.

Jedziemy ostrożnie, oszczędzając samochód, na kraniec Pińska, do miasta blaszaków. Powinno być instalacją na wystawie sztuki albo dekoracją filmową, a pewnie niedługo pójdzie na złom, bo sprzeniewierza się ambitnej wizji miasta, które stawia na beton i szkło. Jest zbudowane z setek garaży (mijamy budkę pięćset siedemdziesiąt dwa) o dwuspadowych spiczastych dachach i masywnych wrotach, na których trzymają się mocno kłódki, antaby, łańcuchy, zasuwy. Wszystkie blaszaki przylegają do siebie jak kamienice w średniowiecznym ­rynku i noszą barwy starego malarstwa: ugier, zieleń, czerwień zmieszaną z brązem, który dominuje, jak wszechobecna tu rdza.

Miasto jest nie tylko garażem, ale i warsztatem. Zręczni kierowcy mogą wjechać na łuk ze starych szyn, by obejrzeć podwozie, ale zarośla chwastów zdradzają, że niewielu się na to odważa. Przy wielu blaszakach trwa gorliwa praca – łatanie opon, regulacje zapłonu, obsuszanie zalanych świec, przedmuchiwanie gaźników, płoną małe ogniska, wymienia się rady, pożycza narzędzia, częstuje ogórkiem. Wital też coś ma – grzybki w marynacie. Zaraz się zabierze do reperacji. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie korzystał z warsztatu, bo zedrą skórę, spartolą i jeszcze wymienią jakąś część na gorszą.

Zastanawiam się, czy packard Louise Boyd zmieściłby się w budzie Witala. Nawet w większych miastach, w których jej proponowano garaż i klucz, automobil wystawał za drzwi i trzeba go było trzymać na podwórku. Gorzej, że brakowało wulkanizatorów. Kiedy Louise z Percym wjeżdżali do Polski, mieli ­cztery świeże opony i dwie zapasowe. Kiedy wyjeżdżali, wszystkie były zdarte do spodu. Percy załatał trzynaście dziur od hufnali w końskich podkowach zatopionych w błocie na drogach.

Ale przynajmniej bez kłopotu kupowali benzynę, i to całkiem niezłą.

Wital mówi, że naprawa potrwa. Musimy odłożyć wyjazd do Kudrycz.

Znalazłam limeryk o Louise Boyd9. Nieznany autor amerykański. Przetłumaczyłam dość wiernie:

Pannie Boyd, damie nieubogiej,

Niedźwiedzie schodziły z drogi,

Bo gdy się składała do strzału,

Czuły nagłą falę upału,

A wolały raczej mróz srogi.

Wizerunki panny Boyd intrygują – na każdym jest inna. Dwa robią szczególne wrażenie.

Louise Arner Boyd

Rok 1925: Louise Arner Boyd na chwilę przed tym, nim złoży ukłon królowi Wielkiej Brytanii Jerzemu V. Na uroczystość przedstawienia u dworu włożyła kosztowną suknię z jasnego jedwabiu, długą, ale odsłaniającą stopy w lśniących pantoflach. Głowę o krótkich włosach, ostrzyżonych w stylu lat dwudziestych – przylegających do głowy jak pilotka, ozdobiła diademem, do którego przypięto delikatny welon. Spada on jak pył wodny na cięższy tren zwisający z ramion i układający się w fałdach na posadzce.

Rok 1926: Louise Boyd, w bryczesach i wełnianej kurcie, w rogatej czapie, w wysokich sznurowanych butach, których cholewy opinają się na mocnych łydkach, stoi w objęciach białego niedźwiedzia.

Panna Boyd w objęciach martwego niedźwiedzia, 1926

Zwierzę pochyla ogromny łeb nad głową damy i kładzie na jej ramionach puszyste łapy. Ma otwarty pysk i zwieszony ozór, jakby chciał pannę Boyd polizać po głowie. Ona czuje się w tym uścisku i pod tą paszczą zupełnie swobodnie. Dokładniejsze oględziny zdjęcia demaskują jednak niemiły zabieg – od szyi niedźwiedzia ciągnie się w górę pionowa kreska. Zwierzę nie towarzyszy damie dobrowolnie, lecz jest zawieszone na haku, którego nie widać. To prawie pewne, że padło od kuli z długiej wąskiej strzelby, którą panna Boyd trzyma dłonią w grubej rękawicy. To, że zabiła niedźwiedzia (podczas swej pierwszej wyprawy polarnej zastrzeliła ich jedenaście plus dwie białe foki), nie znaczy, że go nie darzy uczuciem. Miłość myśliwych do zwierzyny to nic nowego, ten etos jest żywy, zwłaszcza w krainie, do której panna Boyd wybierze się – jak wiemy – za osiem lat. Ona sama nie przewiduje jeszcze wyprawy do głuszy zwanej Polesiem, znajdującej się pod administracją Polski, lecz dość nieokreślonej pod względem narodowym. To obszar wielkich polowań – książę Karol Radziwiłł, którego tamtejsze włości liczą sto pięćdziesiąt tysięcy hektarów (przed traktatem ryskim były większe o sto tysięcy), twierdzi, że należą do najlepszych terenów łowieckich na świecie.

Panna Boyd nie przyjedzie jednak ze strzelbą. Ma zupełnie inne zamiary.

Kim była, zanim przyjechała do Kudrycz?

Wital też jest ciekaw. Rozmawiamy z sobą dwoma językami – ja po polsku, on po białorusku. Rozumie, jego dziadek był w polskim wojsku. Ja też rozumiem, zaczynam doceniać przymus rosyjskiego w moich latach szkolnych.

On mi pokaże swoje znaleziska, ja mu opowiem, kim była Boyd.

A kim jest Wital Jaŭtuchowicz? Poznaliśmy się starą metodą podróżnych – podawania znajomych łańcuszkiem. Wiem, że skończył szkołę sportową i zajmuje się trudnymi chłopcami. Prostuje, że raczej rodziny są trudne, zaniedbane, niepełne, pijące. Chłopcy przychodzą na treningi, jest sala i sprzęt, godzina ćwiczeń, a potem rozmowa.

– O czym?

– O wszystkim, co się nawinie. Oni chcą rozmawiać.

Siadają wokół, piją herbatę. Jest ich piętnastu, jeszcze prawie dzieci. Prowadzi to parę lat z różnymi grupami i nieźle mu idzie. Lepiej się uczą, zaczęli pomagać matkom. Paru już wyrosło z tych grup, ale chcą przychodzić, więc Wital zaproponował im wolontariat. Bardzo się przydają, bo znają życie.

– Kto płaci za te zajęcia?

– Szwedzi. To ich program socjalny.

– Co na to miasto?

– To wspólny program. Szwedzi dogadali się z Pińskiem.

Zbiory Witala leżą w dwóch przeszklonych szafach: krzemienne groty strzał, z ząbkami jak spod precyzyjnej frezarki, siekierki krzemienne i granitowe, noże przypominające kształtem płaskie rybki z łuską, skrobaczki jak maleńkie sierpy. Krzemień jest czasem jasny i przejrzysty jak alabaster.

Wital często myśli o ludziach kamiennych – tak ich nazywa. Nie o tym, jakie mieli charaktery, bo jego zdaniem ludzie nie zmieniają się wiele; jacy byli, tacy są. Raczej myśli o tym, że żyli bez granic, wiz i paszportów. Czy oni wiedzieli, że są tacy wolni? Musieli mieć bardzo dużo cierpliwości, ale mieli też czas. Czy naprawdę go mieli? Żyli bardzo krótko. Jak mieścili swoje życie w tym krótkim czasie? A może on nie był taki krótki, bo robili tylko to, co podstawowe? Każda myśl o nich wywołuje zaraz przeciwną myśl i dlatego tak trudno się od nich oderwać.

Niedawno znalazł coś bardzo dziwnego. Zbierał grzyby koło wioski Mołotkowicze, parę kilometrów na zachód od Pińska. Obok pracował traktor i to leżało prawie na wierzchu, mała kula krzemienna w kolorze ziemi. Przetarł ją i zobaczył, że wyryto na niej jakiś wizerunek, może to żółw, a może sowa. Był bardzo szczęśliwy. Pozwala mi wziąć tę kulę do ręki. Jest ciężka i gładka, przyjemnie ją trzymać. Zawiózł ją do Mińska, do specjalistów. Potwierdzili, że to dzieło ludzkie z epoki kamiennej, ale nie umieli powiedzieć nic więcej.

Panna Boyd rzeczywiście nie była uboga. Jej cioteczni dziadkowie, dwudziestoletni Seth Cook i jego rodzony brat, czternastoletni Dan, wyruszyli z Nowego Jorku na zachód na samym początku gorączki złota, w 1850 roku. Dotarli do San Francisco, a potem przez Przesmyk Panamski prosto na złotodajne kalifornijskie pola nad rzeką Yubą. Ojciec Louise John Franklin Boyd miał, jak Dan, czternaście lat, gdy w 1856 roku opuścił swój rodzinny dom w Pensylwanii i wyruszył tą samą drogą. Sukces przyszedł dopiero po dwudziestu latach poszukiwań, nadziei, zawodów. W 1876 roku Boyd dowiedział się o zaniedbanych kopalniach w Bodie, małej wiosce na odległych wzgórzach wschodniej Kalifornii, blisko granicy z Nevadą, i wraz z braćmi Cook założył kompanię, aby je kupić.

Okazały się tak bogate, że cena jednej akcji kompanii skoczyła w ciągu paru miesięcy z pięćdziesięciu centów do pięćdziesięciu czterech dolarów. Bodie z małej osady zamieniło się w ponadpięciotysięczne miasto z wszystkim, co znamy z westernów.

John Boyd ożenił się z córką rodzonej siostry Setha i Dana. Zamieszkali w San Rafael w hrabstwie Marin, nad zatoką San Francisco, w wiktoriańskiej rezydencji Maple Lawn. Z tego związku urodzili się Louise i jej dwaj bracia, Seth i John. Wszyscy troje buszowali po okolicy, polowali i jeździli konno, wieczorami muzykowali. Rodzice byli gościnni, więc koło Maple Lawn zbudowali drugą siedzibę zwaną Gate House – Dom Bramny, aby było dosyć miejsca dla wszystkich. To szczęście skończyło się nagle, Seth i Dan zachorowali i umarli rok po roku. Rodzice ofiarowali Gate House i otaczający go park miastu San Rafael, aby zachowało pamięć o chłopcach (dziś w domu jest Marin History Museum z pamiątkami po Louise Boyd). Sami zmarli kilkanaście lat później, także rok po roku. Louise została wyłączną właścicielką Maple Lawn i ogromnej, podwójnej fortuny. Nikt nie kontrolował jej życia. Mogła robić z pieniędzmi, co chciała.

Ironiczny limeryk amerykański sławi pannę Boyd jako myśliwą, ale kiedy postanowiła odwiedzić Polskę, była już znana na świecie jako badaczka obszarów polarnych, a przede wszystkim fundatorka jednej z wypraw poszukujących Amundsena w 1928 roku.

Nawet Stefania Sempołowska w głośnej książce Na ratunek wspomina o tym geście. Wprawdzie według lewicowej Sempołowskiej wyczarterowanie przez Boyd żaglowca „Hobby” i zamiar opłynięcia nim Arktyki to wycieczka turystyczna zblazowanej wszystkimi rozrywkami milionerki10, lecz fakt, że Amerykanka zmieniła plany i oddała „Hobby” na potrzeby akcji ratunkowej, uznała za godny pochwały.

W ramach tej akcji milionerka przemierza na „Hobby” dziesięć tysięcy mil i chociaż, jak wiadomo, poszukiwania kończą się fiaskiem, otrzymuje z rąk ­króla Haakona Krzyż Kawalerski Orderu Świętego Olafa; jest pierwszą Amerykanką i trzecią na świecie kobietą, której nadano to najwyższe odznaczenie królestwa Norwegii.

Od tej pory traktuje podróże polarne bardzo poważnie. Teraz prawdopodobnie nie zrobiłaby już sobie fotografii w objęciach martwego niedźwiedzia. Od dawna kieruje temperament nie w stronę ekstrawagancji i przygody, ale badań przyrodniczych i etnograficznych. Czarteruje statek „Veslecari”, zaprasza na niego badaczy i wyposaża ich w odpowiedni ekwipunek. Organizuje cztery ekspedycje. Znoszą mróz, ciemności i wiatr i gorączkowo pracują, by zdążyć, nim lody uwiężą statek.

Gromadzą okazy, obserwacje meteorologiczne i przyrodnicze. Louise dużo fotografuje. Zdjęcia pomogą Amerykańskiemu Towarzystwu Geograficznemu opracować nowe mapy badanych terenów. Jeden z fiordów otrzymuje ­oficjalną nazwę Weisboydlund, Ląd Panny Boyd. A lodowiec łączący się z fiordem – ­Louise Glacier, Lodowiec Louise.

Louise Boyd używa kodaka o wytrzymałej metalowej konstrukcji przystosowanej do warunków arktycznych. Później sprzedaje ten aparat swemu rodakowi, wielkiemu artyście fotografii Anselowi Adamsowi; jego pejzaże są wystawiane w największych muzeach świata.

W 1934 roku, kiedy Louise Boyd przekracza granicę Polski, ma ­czterdzieści siedem lat. Jeśli dziennikarze chętnie ją nazywają Królową Lodu, to pewnie i dlatego, że jest ciągle (i do końca życia) panną i nigdy się z nikim nie wiąże. Ciągle sama decyduje o swoich planach. Mieści się w nich dobrze udział w Międzynarodowym Kongresie Geograficznym, w sierpniu w Warszawie. Deleguje ją rząd Stanów Zjednoczonych i Amerykańskie Towarzystwo Geograficzne. Przy tej okazji Boyd wytycza sobie ogromną trzymiesięczną trasę przez Polskę – od sierpnia do października – i starannie się do niej przygotowuje.

W części tej podróży (Prusy Wschodnie i Gdańsk) towarzyszy jej dr Isaiah Bowman, od prawie dwudziestu lat dyrektor Towarzystwa, doradca prezydenta Wilsona do spraw terytoriów, uczestnik konferencji wersalskiej w 1919 roku; popierał na niej stanowisko polskie.

Otwiera kongres, na który zjechali uczeni z trzydziestu sześciu państw i na którym wystawiono najbardziej reprezentatywny – jak ocenia – zbiór map przygotowany przez czterdzieści organizacji zajmujących się kartografią w dwudziestu pięciu państwach. My wszyscy – mówi – dzielimy uzależnienie od map, to ­symbol naszego zawodu. Każdy geograf pragnie mieć swój udział w mapie świata11.

Mapa, nad którą Bowman pracował w Wersalu, niedługo zostanie podarta. Nikt jeszcze tego nie wie, więc kolejne zdanie mówcy może się wydawać patetyczne: Człowiek ma poczucie swych mocy, ale nie rozwinął ich w pełni. Jest ­ciągle amatorem w kierowaniu swym losem12.

Uczestnicy kongresu udzielają pannie Boyd rad i informacji, pomagają w podróży. Doktor Walenty Winid z uniwersytetu w Poznaniu opowiada jej o znaczeniu Kanału Bydgoskiego zbudowanego w osiemnastym wieku, ważnego dla gospodarki Polski i Prus, tak jak ważne dla Polski i Polesia były kanały ­Królewski i Ogińskiego. A przewodnikami po trasach poleskich, które ją najbardziej frapują, są dr Wanda Rewieńska z uniwersytetu wileńskiego i dr Stanisław Gorzuchowski, wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego, po studiach w Warszawie i Wilnie, a także w Instytucie Kolonialnym w Paryżu i Algierze. Oboje specjalizują się w geografii politycznej. Środowisko naukowe przepowiada obojgu piękne kariery. Ona ma poza tym pasje społeczne, uzyskała przed paru laty stopień harcmistrzyni. On brał udział w wojnie z bolszewikami, był w Polskiej Partii ­Socjalistycznej, ale po 1924 roku już do niej nie należy13.

Louise Boyd nie tylko przygotowuje się pilnie z historii, gospodarki i etnografii Polesia, ale także szykuje starannie nowy sprzęt strzelniczy. Zwierza się, że podróżnik, który chce przywieźć z wyprawy jak najlepsze zdjęcia, nieustannie się trapi. Jeden aparat nie może podołać różnorodnym tematom i sytuacjom. Zawsze chciała mieć dwa, jeden na szybkie strzały i drugi, z dobrą ­głębią, do odległych scen. Zabiera więc do Polski aparat Folmer Graflex Model „D” z obiektywem Zeissa F/4.5, doskonały do podstawowej pracy, zwłaszcza zbliżeń, a także do ruchu na drogach i szlakach wodnych. Do obserwacji życia w gospodarstwach bierze trójnóg i aparat z wolniejszym obiektywem Folmer Graphlex Speed Graphic. Ten się jednak niezupełnie sprawdza, bo ludzie są tutaj bardzo ciekawi, nie tylko dzieci, ale i dorośli, i nie wytrzymują czasu ekspozycji.

Stwierdza, że światło we wszystkich częściach Polski w sierpniu, wrześniu i październiku jest wystarczające dla obiektywu Zeissa F/4.5 do zbliżeń i Georz Dagor F/6.8 do większych dystansów. W większości północnych krajów Europy w tych samych miesiącach potrzebowała często mocniejszych obiektywów. Ma jednak kłopot z odbitkami. Nawet w najlepszych laboratoriach Warszawy i Krakowa prace wykonywane są tak nieuważnie, że w końcu wysyła wszystkie swoje filmy do Stanów bez wywołania. Ale zaopatrzenie w błony jest dobre. Superczuły panchromatyczny film Eastmana, którego głównie używa, jest w większych miastach dostępny bez kłopotu, a w razie czego zawsze się znajdzie doskonały Gevaert.

Trzymiesięczna trasa panny Boyd przez Polskę obejmuje kilkadziesiąt miast od Wybrzeża po Karpaty, od Śląska po Kresy Wschodnie. Na Polesie przyjeżdża dwudziestego dziewiątego września i – jak planowała – zakłada w Pińsku bazę wypadową do przysiółków i wiosek, które bardziej ją interesują niż gęsto wtedy rozsiane dwory i pałace. Jej dziadkowie byli pionierami, sama jest pionierką, pociąga ją przestrzeń, której jeszcze nie zna, a bogactwo nie przeszkadza jej myśleć demokratycznie.

Możemy wrócić z Witalem na drogę do Kudrycz.

Zabrałam z sobą Poleskie archiwum, niezwykłą księgę Wiaczesława ­Werenicza. Informacje zawarte w tym dziele są spisane w różnych językach – po ­rosyjsku, po białorusku i w miejscowych dialektach, czasem łacinką, czasem ­cyrylicą. Kudrycze omówiono na czterech stronicach. Werenicz, znany białoruski językoznawca i członek Polskiej Akademii Umiejętności, odwiedzał wieś w maju 1981 roku, czterdzieści siedem lat po pannie Boyd, ale bez żadnego związku z jej wyprawą.

Zapisał wtedy między innymi, że w latach 1939–1940 Kudrycze miały sto dwadzieścia chat. Wieś się wyludnia. Trzydzieści rodzin wyjechało do Kazachstanu. Co to znaczy „wyjechało”? Werenicz nie rozwija tego tematu. To raczej nie była zsyłka, lecz „czyn”, akcja chruszczowowska: ludzie z całego Związku Radzieckiego mieli przekształcać ogromne stepy w pola pszenicy. Miasto Akmolińsk (wcześniej i dzisiaj Astana) przemianowano w 1961 roku na Celinograd, od słowa celina – calizna, nowizna, czyli ziemia uprawiana po raz pierwszy.

Dwadzieścia lat temu – notuje dalej Werenicz – cerkiew zamieniono na sklep.

Spisuje rodziny zamieszkałe w Kudryczach i ich miejscowe przezwiska: Muhy, Końky, Machnowcy... Przytacza nazwy dziesięciu części wioski, na przykład Łesok, Ostrovok, Hrušečky, i nazwy wód – jezior i jeziorek. Są wśród nich: jezioro Žyd, Čerpało i Błudne. Wymienia nazwiska i daty urodzenia (od 1893 do 1935) czterech kołchoźników (trzech na emeryturze, jeden niepiśmienny), którzy udzielali mu informacji.

Najwięcej miejsca w opisie Kudrycz zajmują nazwy stu czternastu uroczysk: Nahaty, Dylony, Hrušovno, Łahvycy, Pałyčok... Na bagnach nie można wytyczyć ścieżek, miejsca trzeba było wiązać z przyrodą, wydarzeniem, jakimś wierzeniem czy prawem własności. Te imiona wyglądają dzisiaj jak szyfr, ale dla językoznawców, historyków, etnografów, przyrodników, archeologów, genealogów, którzy umieją go łamać, składają się na wielką księgę wiadomości.

Poleskie archiwum jest zbiorem danych, komentarz pojawia się rzadko. Tu jest. Według Werenicza, który w nim opisał sto czterdzieści osad, wiosek, przysiółków, Kudrycze są esencją wsi poleskiej: poleska mozaika rozlanych wód i strumieni, poleskie budownictwo, poleskie płoty uplecione z łozy, poleskie łodzie – czajki i duby, poleska odzież, poleskie obyczaje. To wszystko czterdzieści siedem lat wcześniej, w 1934 roku, było prawdziwsze i wyrazistsze; nic dziwnego, że przewodnicy po Polsce skierowali tam pannę Boyd. Długa i wąska ­uliczka – pisze dalej Werenicz – jest klubem wioski, mężczyźni i kobiety przysiadają tu, by odpocząć, pogadać, napić się wódki. Są chłopscy, familiarni, różni jak wszędzie, ale na ogół życzliwi. Najważniejszy temat: kopiejka. Pojawił się nowy sposób zarabiania, wczesna uprawa ogórków i pomidorów, ciepło idzie z kotłów. Dawniej ludzie zajmowali się rolnictwem, hodowlą, rybactwem. Czajki i duby robili sami. Regularnego rybołówstwa nie ma, wszyscy kłusują. Wieś się wyludnia, młodzież wyjeżdża do Pińska.

Ciągle jednak – twierdzi Werenicz w 1981 roku – można by tu zrobić film o dawnym Polesiu.

Droga do Kudrycz kończy się przed wioską, a potem ostro skręca na południe.

– Uciekła – ocenia Wital.

Dalej nie da się jechać. Grząsko. Wital wzuwa gumiaki. Zabrał i dla mnie.

Tam gdzie droga dochodzi i skąd ucieka, wydeptano i wyjeżdżono błotnisty placyk. Widać z niego tylko jedną chałupę, za płotem, w zachwaszczonym ogródku, żółtą jak niedawno mijane pole rzepaku, z dwiema tablicami przy drzwiach. Na większej napisano: „Dom usług socjalnych”, na mniejszej: „Was obsługuje sklep samochodowy, poniedziałek, czwartek, 12.20–13.20”.

Chatki strzeże potężna zasuwa zamknięta na wątłą zieloną kłódkę.

Dwie schludne kobiety w walonkach siedzące przed domem nie mają pojęcia, kiedy bywa otwarty. Przyszły, bo chciały zrobić zakupy w sklepie samochodowym, ale ktoś powiedział, że ławki dzisiaj nie będzie, bo złamała oś. I musi to być prawda, bo ciągle jej nie ma.

Ławka to mały sklepik albo stragan spożywczy. Kiedy samochód dostawczy opuszcza klapę, zamienia się w ławkę.

Pytamy, którędy do wioski. Gdzie jest ulica (ta, którą opisał Werenicz)? Patrzą po sobie zdezorientowane. Pytamy, ile domów jest we wsi. Teraz one pytają:

– Żywych czy martwych?

Żywych, w których ktoś mieszka.

– Osiem chyba będzie.

Policzyły na palcach i potwierdziły.

A ilu jest ludzi? Mężczyzn, kobiet.

Kudrycze. Przed domem usług socjalnych

– Ludzi będzie dwunastu. Same kobiety. Stare jak my. – Nie były zgodne, porozumiały się i uzupełniły: – Ale z nimi synów będzie ze trzech.

A młodzież?

Spojrzały na nas z wyrzutem, a potem zaczęły chichotać.

– Jaka młodzież? Jaka?

Wyjaśniły, że starych mężczyzn nie ma, bo mężczyzna szybciej umiera, a wszystko, co młodsze, wyjechało do miasta, tych trzech synów też, ale im się nie udało w mieście, mało robili, wódkę lubili, i przyjechali do matek, bo matka nie przegoni tak jak żona. Matki pracowały w kołchozie, są zaopatrzone. Ci, którzy się nie rozpili, nigdy tu nie wrócą i nawet nie chcą odwiedzić.

Jak tu się żyje?

– Żyć można – powiedziały pogodnie. – Ławki dzisiaj nie ma, ale przyjedzie, wszystko można kupić. Chleb, mąkę, sól, cukier, makaron, olej i śmietanę. A jak chcesz cukierków, to możesz zamówić, przywiozą. Jest drewno na opał, tych starych płotów tu nie brak.

Poszliśmy błotnistą, koślawą drogą, między kępami drzew i ­śmietniskami, poszukać żywego domu i po chwili rzeczywiście zobaczyliśmy coś żywego: niebieski krzyż prawosławny otoczony niebieskim płotkiem, stary, spękany i chwiejny, ale umocniony. Opiekunki krzyża uwiązały do jego ramion kolorowe wstążki i związały je z poprzeczną belką ogrodzenia, tworząc dekorację, lekką i wesołą. Krzyż dźwiga dwie ikony w drewnianych zszarzałych ramach, też pieczołowicie chronione: przyczepiono nad nimi blaszany daszek i otulono trzema ­ręcznikami, tak jednak, by nie zasłaniać świętych wizerunków. Ręczniki są pokryte wzorem fabrycznym imitującym tradycyjny haft i dodatkowo ozdobione kokardami, żółtymi, czerwonymi, pomarańczowymi i lila, a płotek tonie w wiązankach kwiatów – żywych i sztucznych.

Dalej jednak wszystko było już szare. Mijaliśmy chaty z osuwającymi się strzechami i gniazdami bocianimi, omszałe i opuszczone, ze zbutwiałymi firankami w oknach, labirynty chylących się płotów, puste dziurawe stodoły o ­szeroko, i na zawsze, otwartych wrotach, ule zatopione w chwastach, niewielkie rozlewiska. Wreszcie zobaczyliśmy poletko kartofli, na którym pracowała kobieta z motyką, i w tej samej chwili lunął nagły deszcz. Uciekła do domu, ale wyjrzała i zawołała, żebyśmy weszli. Była energiczna i niestara, miała pewnie około ­sześćdziesięciu lat, i zachowywała się z miejską swobodą. Kuchnia, do której nas zaprosiła, była pełna pustych słoików, pudeł, wiader i szmat. Pomiędzy kuchnią a drugą, zamkniętą izbą stał wysoki piec ulepiony z gliny.

Powiedziała nam, że domek należał do rodziców, którzy pomarli. Nikt w nim już nie mieszka. Ona, mąż, dzieci i wnuki mieszkają w Pińsku. Ona jest na emeryturze, ma czas, przyjeżdża tutaj uprawiać warzywa, żeby pomóc rodzinie. Czasem tylko tu przenocuje, a czasem parę dni pobędzie. Dzieci i wnuki nie chcą tu przyjeżdżać. W mieście mają wygodniej. Co tu będą robić?

Obok fotografii bochenka upieczonego na liściu kapusty Louise Boyd zamieściła w Polish Countrysides trzy inne zdjęcia z Kudrycz:

chaty z gniazdem bocianim, przed którą suszy się len,

rybaka w wysokim kapeluszu i jego żony przy stosie chrustu,

bosej kobiety kołyszącej niemowlę w koszyku zawieszonym na sznurach; dziecko ma na głowie czapkę zachodzącą na oczy (chustka na głowie kobiety też jej zachodzi na oczy).

Takich tematów nie ma tu już dzisiaj, bo nie ma lnu, małżeństw ani niemowląt.

Deszcz ustał, poszliśmy dalej szukać żywych domów. Ktoś obserwował nas przez okienko. Psy były łagodne i przymilne. Gospodarz, który wyszedł przed próg, natychmiast powiedział, że nie ma czasu, i skierował nas do następnej chałupy, dużej, z gankiem, gdzie rzeczywiście otworzył drzwi masywny mężczyzna i bez wahania wpuścił do środka. Przeszliśmy przez bardzo obszerną kuchnię z piecem, wokół którego poniewierały się szufle, polana, leżały kupy popiołu i różne odpadki, do jeszcze większej izby, z czterema posłaniami, stołem i ­szafą. Na łóżku przy piecu leżała pod kołdrą stara kobieta. Poruszyła się i zapytała o coś, ale mężczyzna nie zwrócił na to uwagi. Wyjaśnił nam, że to jego matka, ma osiemdziesiąt cztery lata, jest prawie głucha i ślepa. On się nią opiekuje w lecie, a w zimie zabiera do siebie, do Pińska.

Kobieta obróciła się do ściany i ucichła.

Powiedział, że w zeszłym roku matka nie chciała jechać do miasta i on całą zimę tu siedział. Były wielkie śniegi, ale Łukaszenka ciągle czyścił drogę. Ławka przyjeżdżała jak w lecie, dwa razy w tygodniu.

Drogę zbudowano w czasie pierestrojki. Gdyby sowiecka władza potrwała dłużej, droga byłaby asfaltowa, bo już zapadło postanowienie, ale pierestrojka wszystko pomieszała. Za komunizmu osiem godzin człowiek pracował, zrobił swoje i mógł odpocząć. Wszystko było taniej. Może i deficyt towarów był, ale – zamyślił się – rodzice nas nie utrzymywali, jak teraz bywa.

– Mój ojciec miał w kołchozie dwadzieścia pięć rubli miesięcznie, a ja na stypendium w Pińsku dostawałem siedemdziesiąt pięć.

Skończył szkołę budowlaną przy ulicy Rewolucyjnej, uczyli tam dźwigowych, malarzy, sztukatorów.

Według niego, w Kudryczach jest więcej żywych domów niż osiem. Naliczył dwanaście. Ale być może liczył ludzi, nie domy.

Matka gospodarza poruszyła się i poprawiła kołdrę. Zapytaliśmy o lekarza. Gospodarz powiedział z dumą, że izba, w której siedzimy, jest czymś w rodzaju punktu lekarskiego. Raz na miesiąc przyjeżdża do wsi terapeutka (nie umiał określić, czy to lekarka, pielęgniarka czy felczerka), wtedy w tej izbie schodzą się ludzie, ona ich kolejno słucha i ogląda, a potem doradza.

Przeczytaliśmy gospodarzowi nazwiska kudryczan z Poleskiego archiwum. Ucieszył się. Wymieniony przez Werenicza Ofientij Muha był jego prapradziadkiem. Wnuk Ofientija Konstantin wyjechał do Kazachstanu.

Zapytałam, czy dobrowolnie.

– Nie, wysłany.

Wysłany czy zesłany?

– Wysłany... Wysyłali tych, co w czasie wojny byli w Niemczech na robotach i wrócili do domów.

Wrócił z Kazachstanu?

– Nie wrócił.

Matka gospodarza a córka Konstantina, leżąca w łóżku przy piecu, przyczepiła pod powałą zdjęcie ojca z wielkimi czarnymi wąsami. Wisi obok ikon i ­zegara, który jest wielokrotnym powiększeniem zegarka ręcznego, razem z bransoletą.

Co do uroczysk, gospodarz zapewnił, że zna ich dziesiątki i że te nazwy ­nadal się przydają, kiedy trzeba wyciągnąć łódki przy wielkiej wodzie. ­Każdy żywy dom musi mieć łódkę, bo na jesieni bywają silne roztopy. Urodził się w Kudryczach i dobrze pamięta, jak przed melioracją płynęło się do Pińska stateczkiem parowym „Witebsk”. Najpierw Jasiołdą, potem Prypecią i wreszcie Piną, cztery godziny w jedną stronę. Kiedy woda była wysoka, stateczek wpływał do środka wioski.

Jego dom leży w części Kudrycz zwanej Somynie. Było tu kiedyś dwadzieścia gospodarstw.

Chciałam się dowiedzieć, czy przyjeżdżają tu czasem turyści. Zdjęcia z Kudrycz – niebieskie chaty, przestwór wody, bociany na gniazdach – ciągle się ukazują w białoruskich albumach jako wzorzec poleskiego piękna.

Ta chata w Kudryczach ciągle jeszcze żyje

Wskazano mi metalową bramę przypominającą wrota do garaży w miasteczku blaszaków, a nad nią frymuśny szczycik drewnianego budynku. Ani w bramie, ani w ogrodzeniu nie było szczeliny, przez którą by można zajrzeć na podwórko.

Było to gospodarstwo agroturystyczne, reklamowane jako inicjatywa, która uszczęśliwi turystów i wioskę.

Wlazłam na stertę starych desek leżących przy bramie i zajrzałam za płot. Gospodarstwo było zupełnie puste. Rustykalny domek nie miał nic wspólnego z przepięknymi chatami Kudrycz. Trawę na podwórku gładko wykoszono, na środku ustawiono jako dekorację stary wóz z dyszlem.

Nikt z mieszkańców wioski nie pracował w tym gospodarstwie. Powiedzieli, że przyjeżdżają tu czasem goście, Białorusini, Polacy, Niemcy, i wtedy wiozą bufet z sobą. Po wsi nie chodzą, co tu zobaczą? Siedzą za płotem. Mają tam salę bankietową i jest gdzie spać po bankiecie.

Kupują coś we wsi?

– A czy my mamy co do sprzedania?

W dziele Polish Countrysides, dedykowanym pamięci swych braci Setha i Johna, Louise zamieściła podziękowanie dla Wandy Rewieńskiej, Walentego Winida i Stanisława Gorzuchowskiego (jego esej o polskiej wsi uzupełnia opisową część książki): Ci uczeni oddali mi nieocenioną przysługę. Ich wiedza o ­kraju umożliwiła mi ujrzenie i zrozumienie tego, co mogło być ukryte nawet przed polskimi podróżnikami niemającymi tak doskonałych przewodników. (...) Nigdzie nie czułam się tu jak cudzoziemka, w obcym kraju.

Wiadomości, fotografie, mapy przywiezione przez pannę Boyd z wypraw arktycznych i z podróży po Polsce przydały się podczas drugiej wojny światowej. Rząd Stanów Zjednoczonych zainteresował się zwłaszcza rezultatami jej ostatnich ekspedycji polarnych w 1937 i 1938 roku. Uznał je widocznie za strategiczne i wstrzymał druk poświęconej im książki The Coast of Northeast Greenland (Północno-wschodnie wybrzeże Grenlandii). Mogła ją ogłosić dopiero w 1948 roku.

Tuż przed wojną, gdy Louise Arner Boyd płynie na Grenlandię, Stanisław Gorzuchowski zdobywa osiem szczytów masywu Ruwenzori w Ugandzie. Wyprawa wygląda na sportową, ale ma także inne znaczenie – uczony interesuje się geografią kolonialną i antropologią.

Zapytałam kustosza Marin History Museum, czy zachowała się korespondencja panny Boyd z trojgiem polskich geografów.

– Wiemy tylko – odpowiedział – że Louise Boyd wysłała im egzemplarze Polish Countrysides i są listy od nich z podziękowaniami za tę przesyłkę.

W 1948 roku żadne z nich już nie żyło. Wanda Rewieńska, która organizowała fałszywe dokumenty dla Żydów, ginie w 1942 roku podczas masowej egzekucji w Ponarach14. Walenty Winid, aresztowany w 1943 roku za udział w tajnym nauczaniu, umiera w Auschwitz w styczniu 1945 roku, w przeddzień wyzwolenia obozu. Stanisław Gorzuchowski przeżywa wojnę i powstanie warszawskie. W 1946 roku pracuje w mieszanej komisji polsko-radzieckiej wytyczającej wschodnią granicę Polski. Ma dostęp do tajnych dokumentów i może się poruszać w strefie przygranicznej. Należy do organizacji niepodległościowej Wolność i Niezawisłość, nie wie, że od jakiegoś czasu jest obserwowany. ­Stalinowski sąd skazuje go na pięć lat więzienia. Senat, rektor, studenci Uniwersytetu Łódzkiego piszą do Bieruta w jego obronie, bez skutku. Umiera w więzieniu we Wronkach w 1948 roku.

W 1952 roku Louise Boyd dobudowała z jednej strony wiktoriańskiego domu rodzinnego w San Rafael wielką bibliotekę, w której zgromadziła mapy i przedmioty z wypraw, a z drugiej – salę jadalną na czterdzieści osób. Nowy przeszklony pokój karciany otwierał widok na tarasy ogrodu z rzadkimi roślinami sprowadzanymi z różnych krajów świata; dbał o nie od pięćdziesięciu lat Chińczyk Ah Sing. Królowały tam kamelie, ich kolekcja uważana była przez gości za najwspanialszą na zachodzie Stanów. Podziwiano miłość panny Boyd do roślin i do muzyki. Kiedy wielka jodła koło budynku straży pożarnej w San Rafael zaczęła tam przeszkadzać, Louise wymogła, by ją przesadzono. Wspierała balet i orkiestrę symfoniczną w San Francisco i pojawiała się na koncertach z kameliami we włosach. Co roku urządzała w domu i ogrodzie wielkie przyjęcie gwiazdkowe dla przyjaciół i sąsiadów.

Ostatnią wyprawę, w 1955 roku, poświęciła Arktyce. Tym razem była to podróż powietrzna. Podczas żadnej z dotychczasowych ekspedycji Louise Boyd nie zbliżyła się do bieguna południowego bardziej niż na trzysta kilometrów. Nie jest już tak bogata jak wtedy, gdy wynajęła żaglowiec „Hobby”, najpierw dla hobby, a potem by skierować go na ratunek Amundsenowi. Żyła zbyt wystawnie. Stać ją jednak jeszcze na wyczarterowanie samolotu DC4, w którego załodze znajdzie się znany pionier awiacji Thor Solberg. Sześćdziesięcioośmioletnia Louise Boyd patrzy więc z góry – jako pierwsza kobieta – na niewidoczny, lecz tak dla niej ważny punkt globu. Jest także pierwszą osobą na świecie, która przelatuje nad biegunem za własne pieniądze.

Parę lat później robi jakąś pomyłkę inwestycyjną i traci fortunę. Musi sprzedać rezydencję Maple Lawn; porcelana i meble idą na aukcję. Ostatnie dni spędza w domu opieki. Umiera, mając osiemdziesiąt pięć lat. Przed śmiercią prosi przyjaciół, by rozsypali jej prochy nad biegunem północnym. To drogi lot. Nie wiadomo, czy prośba została spełniona. Każdemu to, co mu się mniej należy: Owidiuszowi – śnieg, pannie Boyd – tęsknota do śniegu.

1 Herodot, Dzieje, przeł. Seweryn Hammer, Warszawa 2008.

2 Cytat w przekładzie Ewy Wesołowskiej podaję za esejem Barbary Milewskiej-Waźbińskiej, Exulowie wszystkich czasów, czyli Owidiusz i inni, „Symbolae Philologorum Posnaniensium” 2008, nr XVIII.

3Podróż Kontryma, urzędnika banku polskiego odbyta w roku 1829 po Polesiu, wydana przez Edwarda Raczyńskiego u Walentego Stefańskiego w Poznaniu, 1839.

4 Dr Michał Marczak, Przewodnik po Polesiu, nakładem Oddziału Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego w Brześciu nad Bugiem, 1935.

do strony 15

5 Część fotografii z polskiej podróży ukazała się w albumie: Louise Arner Boyd, Kresy. Fotografie z 1934 roku, Kraków 1991. Nie wykorzystano w nim tekstów Louise Boyd ani Stanisława Gorzuchowskiego, zamieszczonych w Polish Countrysides (New York 1937).

6 Tajne podanie wojewody poleskiego do ministra opieki społecznej o zwiększenie miesięcznej dotacji przeznaczonej na pomoc ubogim mieszkańcom Polesia, Archiwum Akt Nowych w Warszawie, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, sygn. 939, k. 1, cyt. za: Polesie w polityce rządów II Rzeczypospolitej, wstęp i oprac. nauk. Wojciech Śleszyński, Białystok – Kraków 2009.

7 Józef Szymańczyk, Jestem fotografem, oprac. Anna Engelking, „Konteksty” 1992, nr 3–4.

8 Tamże.

9 Jocelyn Moss, The Call of the Arctic. Travels of Louise Boyd, „Marin County Historical Society Magazine” 1987, t. XIV, nr 2.

10 Stefania Sempołowska, Na ratunek, Warszawa 1934.

11 International Geographical Congress Warsaw 1934, Opening Address by Isaiah Bowman, Drukarnia i litografja „Jan Cotty” w Warszawie. (Ten i wszystkie inne przekłady w książce – jesli nie podano inacvzej –są pióra autorki).

12 Tamże.

13 Informacje o Stanisławie Gorzuchowskim pochodzą z artykułu Joanny Żelazko Uczony, którego zabrakło, Stanisław Gorzuchowski (1899–1948), w: Bohaterowie trudnych czasów, red. Gustaw Romanowski, Marek Strąkowski, Łódź 2011.

14 Helena Pasierbska (zm. w 2010), założycielka Stowarzyszenia „Rodzina Ponarska”, napisała o jej dzielności w ostatnich chwilach życia w niepublikowanej książce „Wileńskie wspomnienia z lat wojny”.

Trzeci grzech

Jak namówić na rozmowę Fiodora Daniłowicza Klimczuka? Niechętny albo nieśmiały. Jest profesorem od mowy, lecz nie chce mówić. Powinniśmy rozmawiać w Symonowiczach, ale już dawno je opuścił.

Woli coś zaśpiewać. Posłuchajmy... Chociaż mam z sobą całą kartkę pytań:

o matkę,

o Nowy Testament,

o Symonowicze, poleską wieś, w której się urodził,

o kłótnię Hery z Zeusem.

I specjalnie pojechałam do Mińska, żeby tam się z nim spotkać.

Wybiera pieśń Nasza pani. Melodia monotonna, kilkanaście zwrotek.

U nidilju, u nidilju poranienko

Nasza pani, nasza pani rano wstała,

Wirny sługi, wirny sługi obudżjała.

Wysłała dziewki do kądzieli, parobeczków do ciesiołki, a sama siadła z panem, by opowiedzieć, co jej się śniło: burza powaliła lasy, pozostawiła samotną jabłoń. Pan mówi, że ten sen wróży mu śmierć.

Z pierwszą grupą mężczyzn wracających z boju idzie koń pana.

Ach, więc prawdy w tym nie było, ach, nie było,

Ach, ja nie wdowienka, ja nie wdowa,

Moje dzieci, moje dzieci nie sierotki,

Moja chata, moja chata nie pustynia,

A ja w chacie, a ja jeszcze gospodyni.

Drugi pochód niesie szubę pana, refren się powtarza.

Trzeci pochód wiezie ciało pana. Refren się zmienia:

Więc to prawda była, prawda była,

Bo ja teraz już wdowienka, ja już wdowa,

Moje dzieci, moje dzieci już sierotki,

Moja chata, moja chata już pustynia,

A ja w chacie, a ja już nie gospodyni.

To raczej recytatyw niż pieśń. Pieśń chłopska czy szlachecka? Zaczyna się po pańsku, kończy pokornie jak lament komornicy, dla której nie ma miejsca na świecie.

– To stara pieśń?

– Bardzo stara. Modlitwy są bardzo stare. To modlitwa żałobna.

– Stara jak pana wieś, Symonowicze?

– Może...

– Gdzie pan ją usłyszał?

– Matka śpiewała. Dwieście siedemdziesiąt pieśni...

– Tyle znała?

– Zapisałem...

Sioło profesora leży na Polesiu Zachodnim, w połowie drogi z Brześcia do Pińska, kilka kilometrów na północ od wygodnej szosy M10, w krainie geograficznej Zahorodzie.

W połowie piętnastego wieku miejsce wioski było jeszcze puste. Król Kazimierz Jagiellończyk nadał je wraz z innymi ziemiami księciu pińskiemu Jurijowi Semenowiczowi. Nadania wchodziły w skład Wielkiego Księstwa Litewskiego, ogromnej wielonarodowej krainy, której zastępy wojenne, na pół pogańskie, śpiewały Bogurodzicę, tajemnicze arcydzieło nieznanego autorstwa i ­pochodzenia. Słowami, które już w piętnastym wieku były archaiczne, prosiły o przebaczenie grzechów, wyzwolenie z diablej mocy, cnotliwe życie, uzyskanie raju15.

Profesor urodził się w Symonowiczach przed drugą wojną, czyli „za Polski”, kiedy hymnem tej ziemi był Mazurek Dąbrowskiego, a flaga była biało-czerwona. Jego matka Anastazja i ojciec Danił przyszli na świat przed pierwszą wojną, kiedy w wiejskiej szkółce proszono Boga, by zachował cara, a flaga była biało-granatowo-czerwona. Wszyscy starsi z jego rodziny, których pamiętał i kochał, urodzili się w Symonowiczach i tam pomarli. Wszyscy trzymali się wioski, tylko dziadek Andriej Zachariewicz Pigas, były żołnierz rosyjski, wyjechał w 1912 roku do Ameryki i po napisaniu kilku listów zamilkł na zawsze; widocznie wolał zaufać gwiaździsto-pasiastemu sztandarowi powiewającemu nad krajem wolnych i dzielnych. A może w tym kraju przytrafiło mu się coś złego? Rodzinie pozostałej w Symonowiczach los jakoś sprzyjał. Kiedy w 1939 roku Polesie Zachodnie stało się częścią Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, Anastazji i Daniła nie przegnano nawet z chutoru, oddalonego od wsi o kilometr. Musieli iść do kołchozu, ale na uboczu można było radzić sobie okrakiem, łącząc własne ze spółdzielczo-państwowym. Dopiero w 1946 roku Anastazja zniszczyła carskie odznaczenia żołnierskie ojca przechowywane przez trzydzieści cztery lata.

W kołchozie nauczono się kosić zboże kosą, bo przedtem żęto je sierpem, a kosy używano do gryki.

– Kto żął sierpem, kto kosą?

– Kosę batko brał do hreczki. Taka była moda. Sierpem żęła matka.

– I przy tym śpiewała?

– Pieśń daje rytm, a wtedy łatwiej pracować. Śpiewasz i od razu lżej. Kiedy praca wspólna, tym bardziej. Śpiew to siła.

– Wszyscy śpiewali?

– Bez tego życie było niemożliwe. Mama znała piosenki polskie, ruskie, białoruskie, ukraińskie... Zna pani Pognała wołki na bukowinę? Może zaśpiewamy...

– Porozmawiajmy... Ile dzieci było w waszym domu?

– Ze mną razem sześcioro. A u matki ojca było dziesięcioro. Dużo było prania, a przy praniu śpiew. I jeszcze rytm. Jak się waliło kijanką albo tarło na ­tarze. Jak mężczyźni poszli do armii albo partyzantki, przy żniwach i orce pomagali synowcy. Zawsze śpiewali. Niemcy spalili Symonowicze, ale nasz chutor, za wsią, ocalał. Żydów było we wsi tylko dziesięć rodzin, nie uchowali się. Matka mówiła: już więcej jej w szabat krowy nie wydoję... Bo czasem pomagała sąsiadce Żydówce. A sąsiadka chciała zapłacić i dała mamie czerwoną kraskę.

– Kraskę?

– Do farbowania. Można było płótno ubarwić na piękny kolor. Wtedy się dużo robiło samemu. I tkanie, i szycie.

Fiodor Daniłowicz skończył małą szkółkę w Symonowiczach, potem większą szkółkę w sąsiedniej Wólce, potem dziesięciolatkę w Drohiczynie, wreszcie Instytut Pedagogiczny w Pińsku i w 1955 roku został nauczycielem historii we wsiach powiatu drohiczyńskiego. Miał dwadzieścia lat.

W tym właśnie roku zatwierdzono hymn Republiki. Przedtem śpiewano na uroczystościach Międzynarodówkę albo hymn Związku Radzieckiego (Niezłomny jest związek republik swobodnych...). Nowa pieśń My, biełarusy Michaiła Klimkowicza z muzyką Nieściera Sakałoŭskiego opiewała braterstwo Białorusinów i Rosjan, zjednoczonych imieniem Lenina. Sławiła partię, która ich wiedzie do szczęścia. Obiecywała ludowi pracującemu słoneczną drogę: Nieś się dumnie na jasną wysokość flago komunizmu, flago radości! Flaga zatwierdzona parę lat wcześniej też zapowiadała słoneczny dzień. Na szerokim czerwonym pasie żółciły się sierp, młot i gwiazda. Dołem biegła zieleń, bokiem, przy drzewcu, pionowy ornament wedle wzoru ludowej hafciarki Matriony Markiewicz ze wsi Kościeliszcze. To w jego geometriach należało się dopatrzyć wschodzącego słońca, sochy, zaoranego pola, kłosów i ognia – wszystkiego, co stanowi o losie i sile duchowej człowieka. Jakiś uczony zaświadczył, że podobny motyw znaleźli na Białorusi archeolodzy: miał być wyrzeźbiony na kle mamuta.

Profesor uczył dzieci, spisywał pieśni matki i różne słowa. Zamiłowanie do słów zwróciło na niego uwagę etnolingwistów, Swietłany Tołstojowej i jej męża Nikity, noszącego jeszcze większą brodę niż jego pradziad, autor Wojny i pokoju. Nikita Iljicz Tołstoj już w 1962 roku zorganizował pierwszą ekspedycję naukową poświęconą dialektom Polesia, wzięli w niej udział uczeni rosyjscy, białoruscy i ukraińscy (można by ją nazwać międzynarodową, gdyby byli w niej także Polacy). Wydali dwa tomy poświęcone leksyce, archeologii i toponimii Polesia. Tołstojowie zachęcili Fiodora Klimczuka do współpracy w badaniach terenowych, a potem do studiów.

W ekspedycjach Tołstoja brał udział Wiaczesław Werenicz. Starszy o jedenaście lat od Fiodora Daniłowicza, zaprzysięgłego kawalera, ojciec rodziny, zawsze jednak był gotów ruszyć się z miejsca w grubych butach, z plecakiem, nocować gdzie popadło, słuchać, pytać i gadać.

Werenicz urodził się w poleskiej wiosce Ruchczy Drugiej, w rodzinie zbiedniałej szlachty zagrodowej, jakiej wiele żyło w okolicach Stolina. Stracił ojca, mając siedem lat, i musiał się opiekować młodszym rodzeństwem. Tę opiekuńczość zachował na zawsze, jako brat, syn, ojciec, nauczyciel. Kończył kolejne wiejskie szkoły i przed 1939 rokiem zdążył jeszcze zaliczyć dwa lata polskiego gimnazjum państwowego w Pińsku, wtedy przy ulicy Kościuszki, dzisiaj Lenina. Kiedy ta ulica nazywała się Bolszaja Kijewskaja, szkołę tę, wówczas rosyjską, ukończył Chaim Weizmann, który w 1949 roku został pierwszym prezydentem państwa Izrael. Upamiętniono to na bocznej ścianie budynku.

Uczniowie polskiego gimnazjum organizowali wyprawy po błotach poleskich, pisali artykuły krajoznawcze i wydawali je w zeszytach, często pięknie ilustrowanych, tłoczonych w diecezjalnej drukarni. Skrytykowali popularną książkę Polesie Ferdynanda Antoniego Ossendowskiego (1934). Wytknęli autorowi błędy nazewnicze, etnograficzne i przyrodnicze i poprosili, by je usunął w następnym wydaniu. Ludność tutejsza – prostowali – nie używa duszehubek, czubarek i podjazdek, lecz czajek, czowen, pławyc i łodek. Słowo czubarka nie jest rdzenne, to słowotwórstwo żołnierzy polskich, którzy chłopa nazywali czubarykiem, a wzięli to z rosyjskiej piosenki. Swyron służy do przechowywania zapasów płótna i żywności, a nie jest chlewem dla świń, które się trzyma w świnyńcu16. I tak dalej. Wyglądało na to, że dbają o język rybaków poleskich jak o własny, ale który język naprawdę był własny? Nie wszyscy w tej szkole byli Polakami.

Obaj, Klimczuk i Werenicz, byli prawosławni i chociaż mieli obywatelstwo białoruskie, najchętniej przyznaliby się do narodowości symonowickiej albo ruchczańskiej. Spisy powszechne nie uwzględniają jednak takich narodów.

Gdyby nie różnica wieku, spotkaliby się najpierw w pińskim seminarium nauczycielskim, potem w mińskim Instytucie Pedagogicznym imienia Gorkiego, gdzie się uczyli zaocznie, bo musieli zarabiać na życie – obaj byli wiejskimi nauczycielami w swych rodzinnych powiatach.

Obaj związali się z mińskim Instytutem Językoznawstwa imienia Jakuba Kołasa Białoruskiej Akademii Nauk, gdzie obronili prace doktorskie.

Obaj wyprowadzili się z wiejskiego Polesia w trzydziestym trzecim roku życia, ale nigdy go nie porzucili. Werenicz zawsze mówił: „Jestem Poleszukiem”, i od razu dodawał, że jego żona Gala jest Rosjanką, starszy syn poszedł za matką, został Rosjaninem i ożenił się z Białorusinką, młodszy poszedł za ojcem, jest zawziętym Białorusinem, ożenił się z Rosjanką i nikomu w rodzinie ta różnorodność nie przeszkadza.

Klimczuk i Werenicz często śpiewali, zdarzało się to w przerwach ­konferencji naukowych – w Polsce, dokąd byli zapraszani po pierestrojce, albo na Białorusi, gdzieś w korytarzu albo w ogrodzie; można się było przyłączyć. Odwiedzali się także w swoich domach rodzinnych, w Ruchczy i w Symonowiczach, Werenicz lubił śpiewać z Anastazją i prosił przyjaciela, by zebrał dla niego ­polskie pieśni i piosenki, które znała na pamięć. Systematyczny Fiodor Daniłowicz spełnił tę prośbę. 10 listopada 1977 zapisałem od mojej matki Klimczuk Anastazji Andriejewny (1912–1989) teksty pieśni, jakie śpiewano we wsi Symonowicze (...)17. Były wśród nich: O mój rozmarynie, rozwijaj się, Na Podolu sinyj kamień, Czerwona róża, żółty kwiat, Przyszliśmy tutaj zakolędować, Na wójtowej roli...

I on, i Klimczuk rozmawiali z sobą howorką swych wiosek. Po latach Werenicz wyznał w wywiadzie, że kiedy pojechał pierwszy raz do Białegostoku i usłyszał, jak polscy Białorusini mówią po białorusku, zawstydził się, bo sam mówił gorzej: u nas nie mówi się na Polesiu po białorusku – właściwie jest to język obcy (...) właściwie mój system językowy był zachwiany, bo takim naprawdę ojczystym był ten poleski dialekt mój – to był ten pierwszy i podstawowy język18. Od razu postarał się o podręczniki i na następnym posiedzeniu w Białymstoku rozmawiał już dość swobodnie po białorusku. Autorka wywiadu zanotowała zmienność nastrojów Werenicza, jego entuzjazm, gdy mówił o odrodzeniu narodowym na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, żal, że było krótkie, gniew, że tak duża zbiorowość wybiera na prezydenta człowieka, który nie ­uznaje ani tego języka, ani tego państwa jako państwa samodzielnego, nawet gdyby obiecał raj na ziemi19.

Należał do tych intelektualistów białoruskich, którzy odważyli się w 1986 roku podpisać „List 28” do I sekretarza Komitetu Centralnego KPZR Michaiła Gorbaczowa. Domagali się między innymi nadania językowi białoruskiemu rangi państwowej. Odpowiedź wyglądała na pozytywną – KC KPZR wysłał do Mińska komisję do zbadania sprawy. Komisja wróciła jednak z przekonaniem, że język i kultura białoruska cieszą się w Republice całkowitą swobodą, skoro na przykład wydano po białorusku trzydziestopięciotomową encyklopedię twórczości ludowej i dziesięć tomów Lenina.

Ruchliwy i pogodny Werenicz wydawał się młodszy od przyjaciela. Nikt nie mógł przewidzieć, że Klimczuk będzie kończył dzieło jego życia, Poleskie archiwum.

Z czasem Fiodor Daniłowicz przeniósł się do Mińska. Obronił doktorat z fonetyki czterech dialektów zachodniego Polesia. Żaden uczony zainteresowany kulturą językową tej krainy i jej etnografią nie może dziś pominąć jego prac naukowych; opublikował ich ponad dwieście. To samo dotyczy prac lingwistycznych i etnograficznych Werenicza, bardzo cenionych w Polsce. Został zagranicznym członkiem Polskiej Akademii Umiejętności w Krakowie, jej wydziału I, Filologicznego, i członkiem honorowym Polskiego Towarzystwa Językoznawczego.

Kiedy Fiodor Klimczuk opuszczał Symonowicze, jego rodzice ciągle żyli w chutorze. Wieś odbudowała się po wojnie, miała trzysta czterdzieści chat. ­Kiedy tam pojechał po śmierci rodziców – umarli rok po roku pod koniec lat osiemdziesiątych – chałup było siedem razy mniej. Pozostali w nich starzy ludzie, którzy zawsze mieli kłopoty z czytaniem, a teraz na dodatek bardzo słabo widzą.

Profesor Fiodor Daniłowicz Klimczuk

Nie mają ani kościoła, ani cerkwi, ani zboru baptystów (był, ale spłonął w czasie drugiej wojny), księdza, batiuszki, pastora. Trzy uliczki sioła ciągle noszą nazwy: Pobiedy, Suworowa, Sowiecka.

– Panie profesorze, dla kogo pan zrobił ten przekład?

– Który?

– Przetłumaczył pan Nowy Testament na język swej wsi. Dla kogo?

Fiodor Daniłowicz patrzy na mnie bardzo niebieskimi oczami i nie odpowiada. W tym wzroku nie ma przygany, raczej zdziwienie. Zastanawia się chwilę, waha, rezygnuje.

– Nie wiem – mówi wstydliwie.

Nie lubi pokazywać swego kawalerskiego gospodarstwa, więc rozmawiamy w mieszkaniu jego ­sąsiada i przyjaciela Walera Kalinoŭskiego, dziennikarza Radia Swoboda. Profesor wdrapał się powoli na czwarte piętro, w przedpokoju zdjął buty, stoi przy oknie w skarpetkach. Wysoki, siwy, wyprostowany, w staroświeckim garniturze z dobrej wełny, w krawacie, z rąbkiem chusteczki w kieszonce.

Dom stoi poza centrum stolicy i jej imperialnym układem urbanistycznym, szerokimi prospektami, pałacami, kolumnadami, wieżami zegarowymi i posągami, biało-złotymi stacjami metra z kaskadami schodów i podestów; to ­wszystko nadało Mińskowi patetyczne lub ironiczne przezwisko Miasta Słońca. Przedmiejski pejzaż za oknem wart jest jednak uwagi. Widzimy dolinę, którą zamyka szeroka szklana góra, raczej pasmo górskie o paru szczytach – zrośnięte z sobą wielkie bloki miejskie o niezliczonych oknach i balkonach, w mroźnych kolorach białym i jasnoniebieskim. Drugi brzeg doliny, najbliższy plan, to gospodarstwo indywidualne, bogata willa otoczona murem z betonowych segmentów; w każdym nęcący prześwit w kształcie wieloryba, zabezpieczony jednak solidną kratą. Mur strzeże nie tylko willi, ale całego jej otoczenia, garaży, baraków i pawilonów. Pomiędzy nim a zimną granią, na dnie doliny, jak w niecce zalewowej, przetrwała samotna chałupa z rzeźbionym okienkiem.

Mógłby odpowiedzieć, że jego decyzja wcale nie jest dziwna. Do roku 2012 przetłumaczono Biblię na tysiąc dwieście siedemdziesiąt pięć języków, a dwa tysiące języków jeszcze na to czeka. Ponadsiedmiomiliardowa ludzkość mówi blisko siedmioma tysiącami języków, których liczba boleśnie się kurczy, i jak ­twierdzą uczeni, do końca dwudziestego pierwszego wieku zmniejszy się co najmniej o połowę. Niektóre stare mowy, które wydawały się wieczne, tracą grunt w piorunującym tempie – są takie, którymi porozumiewa się nie więcej niż dziesięć osób. Na tym tle wieś Symonowicze nie wygląda źle, ciągle liczy kilkudziesięciu mieszkańców, a poza tym jej mową, albo zbliżoną, posługują się także inne sioła zachodniego Polesia. Jeśli Fiodor Klimczuk chciał ratować howor zachodniopoleski, wybrał najlepszy z możliwych sposobów. Według powszechnej opinii językoznawców, mowa dopiero wtedy staje się językiem, gdy ma swoją Biblię.

Profesor zaczął przekładać Nowy Testament w latach osiemdziesiątych od Ewangelii Świętego Mateusza, jak nakazuje kolejność. Zapisał tytuł:

Od Matwija swjataja Jiwanhylija

i pierwsze zdania:

Predky Isusa Chrysta – Syna Dawydowoho, Syna Abraamowoho – po pokolinnjach takyji:

Awraam – batko Isaaka; Isaak – batko Jakowa; Jakow – batko Iudy i bratyw joho.

Z chłodnej pracowni z żeliwnym kaloryferem przenosił się co wieczór pod ciepłe niebo Judei. Starannie odnotowywał postępy pracy w kolejnych tabelach. Czynił to w procentach.

Czasami jechał do Symonowicz. Matka odkładała robotę i słuchała uważnie pierwszych rozdziałów Ewangelii Mateusza. Słuchała w milczeniu, nie wtrącała się.

Kiedy miał dwadzieścia cztery procent tekstu Mateusza, przerwał tłumaczenie.

– Dlaczego?

– Nie mogłem się skupić.

Postanowił poczekać do emerytury, która pozwoli pracować w domu. Tłumaczenie Pisma wymagało ciszy, oderwania od bieżących zadań naukowych.

Odłożony na bok Nowy Testament nie dawał mu jednak spokoju. Miał wrażenie, że język jego wsi czeka niecierpliwie na swoją Księgę. Skoro nie był w stanie poświęcić się jej całkowicie, tłumaczył przynajmniej to, co wymagało mniejszego skupienia. Przekładał na mowę Symonowicz Słowo o pułku Igora i fragmenty Iliady, z rosyjskiego i greckiego. Spodobał mu się bunt Hery przeciwko Zeusowi w pierwszej księdze epopei.

Kto iz byssmertnych, paskudysko, rajwjiłsja s toboj?

Któż to z bogów znów z tobą spiskował, zwodniku podstępny?20

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

15 Tak podsumował to Józef Birkenmajer w swej pracy Bogarodzica Dziewica. Analiza tekstu, treści i formy, Lwów 1937.

16Z krainy wjunów (z Polesia), wydanie Koła Krajoznawczego Uczniów Gimnazjum Państwowego w Pińsku, Pińsk 1935.

17 W: Wiaczesław L. Werenicz, Paleski archiw. Hramadskaje Nawukowa-Krajaznuczaje Towarzystwa „Zahoroddzie”, Minsk 2009.

18 Katarzyna Waszczyńska, Wywiad z prof. Wiaczesławem Wereniczem, „Acta Baltico-Slavica” 2008, t. 32, s. 137–162.

19 Tamże.

20 Homer, Iliada, przeł. Ignacy Wieniewski, Kraków – Wrocław 1986.

O hołdownikach i przeciwnikach kołtuna

Dostępne w wersji pełnej

Wsi spokojna

Dostępne w wersji pełnej

O, samotna szczęśliwości

Dostępne w wersji pełnej

Dobry i zły pan

Dostępne w wersji pełnej

Mona Liza z Motola

Dostępne w wersji pełnej

Najpiękniejsza jest noc bez księżyca

Dostępne w wersji pełnej

Z Olman do Olman

Dostępne w wersji pełnej

Zapomniane flotylle

Dostępne w wersji pełnej

Wszyscy święci