Śmierć urzędnika - Anton Czechow - ebook
Opis

"Śmierć urzędnika" to zbiór 28 wspaniałych utworów autorstwa mistrza krótkiej formy, jakim był Anton Czechow.

W opowiadaniach zawartych w tym zbiorze, carska Rosja została przedstawiona w krzywym zwierciadle humoru podszytego ironią i sarkazmem. Choć jest to XIX-wieczna Rosja, to jednak tematy są uniwersalne.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 160

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


ŚMIERĆ URZĘDNIKA

BEZBRONNA ISTOTA

PRZESOLIŁ

POCIEMKU

CÓRA ALBJONU

SZCZĘŚLIWY

DYREKTOR POD KANAPĄ

DAMY

WAŃKA

MALCY

W RAZURZE

DRAMAT

WYKRZYKNIK

NIE UDAŁO SIĘ

DŁUGI JĘZYK

ZŁOCZYŃCA

ZEMSTA

ORDER

PODRZUTEK

DZIEŁO SZTUKI

SZYDŁO W WORKU

W BIURZE POCZTOWEM

W ZŁYM HUMORZE

ZAGADKOWA NATURA

KAMELEON

ŻARCIK

SYRENA

APTEKARZOWA

Anton Czechow

ŚMIERĆ URZĘDNIKA

Tłumaczenie: A. W.

Projekt okładki: Avia Artis

W projekcie okładki wykorzystano portret Antona Czechowa.

Autor: Anonim.

Wydawnictwo Avia Artis

2017

ISBN 978-83-65810-54-0

ŚMIERĆ URZĘDNIKA

 Pewnego pięknego wieczora, niemniej piękny intendent Iwan Dmitriewicz Czerwiakow siedział w drugim rzędzie krzeseł i patrzył przez lornetkę na scenę, gdzie grano „Dzwony Kornewilskie“. Patrzył i czuł się u szczytu błogości. Lecz nagle… — w opowiadaniach często spotyka się to „nagle“ — autorowie mają słuszność: życie tak pełne jest niespodzianek! Nagle więc… zmarszczył twarz, przewrócił oczyma, wstrzymał oddech… apczchi!! Kichnął, jak widzicie. Nikomu i nigdzie nie wzbrania się kichać. Kichają chłopi i policmajstry, a czasami nawet i tajni radcy. Wszyscy kichają. Czerwiakow wcale się nie zmieszał, wytarł nos chustką i jako człowiek grzeczny, obejrzał się naokoło, czy nie przeszkodził komu swojem kichnięciem. I teraz dopiero odczuł pewne zmieszanie. Zobaczył mianowicie, że staruszek, który siedział przed nim w pierwszym rzędzie krzeseł, wycierał sobie starannie rękawiczką łysinę i szyję, mrucząc coś pod nosem. W staruszku poznał Czerwiakow cywilnego generała z wydziału komunikacji, Bryzżałowa.

.  …Ucharkałem go… — pomyślał Czerwiakow. — Nie jest to wprawdzie mój szef, mimo to, jednak jakoś mi niemiło. Trzeba go przeprosić.

 — Przepraszam, ocharkałem pana... ale to nieumyślnie.

 — To nic.

 — Wybacz pan, na Boga! Ja przecież... ja nie chciałem...

 — Ależ siedź pan, z łaski swojej. Nie przeszkadzaj pan słuchać!

 Czerwiakow zmieszał się, uśmiechnął się głupio i zaczął patrzeć na scenę... Patrzył, ale stan błogości minął. Dręczył go niepokój. Podczas antraktu zbliżył się do Bryzżałowa, pokręcił się koło niego i przezwyciężywszy lęk, mruknął:

 — Ja pana ocharkałem... Wybacz pan... nie dlatego, żeby...

 — Ależ niechże pan da spokój... Ja już zapomniałem, a pan wciąż to samo! — powiedział generał i niecierpliwie poruszył wargami.

 ...Zapomniał... z oczu jakoś mu źle patrzy... — pomyślał Czerwiakow, podejrzliwie przyglądając się generałowi. — Nawet rozmawiać nie chce. Trzeba mu wytłumaczyć, że wcale nie chciałem... że to prawo natury, bo gotów pomyśleć, że chciałem na niego plunąć. Jeżeli teraz nie pomyśli, to potem!...

 Powróciwszy do domu, Czerwiakow opowiedział żonie o tem, co się przytrafiło. Żona, jak mu się zdawało, przyjęła to dość lekkomyślnie; zlękła się wprawdzie początkowo, ale gdy się dowiedziała, że to obcy, uspokoiła się.

 — A jednak idź do niego i przeproś — powiedziała. — Pomyśli, że nie umiesz się zachowywać w towarzystwie.

 — O to właśnie chodzi! Przeprosiłem go, ale on jakoś tak dziwnie... Ani jednego słowa nie powiedział na uspokojenie. Zresztą i czasu nie było na rozmowę.

 Nazajutrz Czerwiakow włożył nowy mundur urzędowy, ostrzygł się i poszedł do Bryzżałowa.

 Kiedy wszedł do poczekalni, ujrzał wielu interesantów, a wśród nich i samego generała, który już rozpoczął przyjmowanie podań. Załatwiwszy kilku interesantów, generał skierował wzrok na Czerwiakowa.

 — Wczoraj, w „Arkadii”, jeżeli sobie Wasza Ekscelencja przypomina — zaczął meldować intendent — kichnąłem i… niechcący, ocharkałem… Przepr…

 — Co za głupstwa!… Bóg wie co! Czego sobie pan życzy? — zwrócił się generał do następnego interesanta.

 …Nie chce rozmawiać! — pomyślał Czerwiakow, blednąc. — Gniewa się, widocznie… Nie, tego nie można tak zostawić… Ja mu wytłumaczę.

 Gdy generał załatwił ostatniego interesanta i skierował się do wewnętrznych apartamentów, Czerwiakow poszedł za nim i zabełkotał:

 — Wasza Ekscelencjo! Jeżeli ośmielam się niepokoić Waszą Ekscelencję, to tylko, mogę powiedzieć, przez uczucie skruchy. Niechcący, sam pan wie!…

 Generał zrobił taką minę, jakby mu się na płacz zbierało, i machnął ręką.

 — Ale pan sobie poprostu ze mnie drwi — powiedział, znikając we drzwiach.

 …Cóż to za drwiny? — pomyślał Czerwiakow. — Wcale nie drwiny. Generał, a nie może zrozumieć! Jeśli tak, to nie będę się więcej tłumaczył przed tym fanfaronem. Pal go sześć! Napiszę do niego list, a chodzić nie będę. Jak Boga kocham, nie będę!

 Tak rozmyślał Czerwiakow, wracając do domu. Listu do generała nie napisał. Myślał, myślał — i w żaden sposób nie mógł wymyśleć listu. Trzeba było następnego dnia samemu iść i wytłumaczyć.

 — Przychodziłem wczoraj niepokoić Waszą Ekscelencję — zaczął mamrotać, kiedy generał skierował na niego pytający wzrok — nie poto, żeby drwić, jak pan był łaskaw się wyrazić. Przepraszałem za to, żem ocharkał… a drwić nie miałem zamiaru. Czyżbym nawet śmiał żarty stroić?… Bo jeżeli my sobie będziemy na żarty pozwalali, to żadnego szacunku dla osób nie będzie.

 — Precz stąd! — ryknął generał i cały się zatrząsł i posiniał.

 — Co-o? — spytał szeptem Czerwiakow, omdlewając z przerażenia.

 — Precz stąd! — ryknął generał, tupiąc nogami.

 W brzuchu Czerwiakowa coś się oberwało. Nic nie widząc i nie słysząc, cofnął się ku drzwiom i wyszedł… Powlókł się machinalne do domu i nie zdejmując munduru, położył się na kanapie i… umarł.

BEZBRONNA ISTOTA

 Nie bacząc na silny atak podagry w nocy i wynikające stąd zdenerwowanie, Kistunow rano udał się do biura i najgorliwiej zaczął przyjmować interesantów banku. Wyraz twarzy miał ponury i zmęczony, ledwo był zdolny mówić, ledwo oddychał — jakby niebawem miał spocząć w grobie.

 — Czem mogę służyć? — zwrócił się do kobiety w przedpotopowej salopie, której forma ztyłu przypominała niby chrabąszcza.

 — Proszę Waszej Ekscelencji — zaczęła prędko trajkotać nieznajoma — mój mąż, asesor kolegjalny Szczukin, chorował pięć miesięcy i gdy, z przeproszeniem pańskiem, leżał w domu i leczył się, bez żadnej przyczyny dano mu dymisję, a kiedy przyszłam po pensję, to proszę Waszej Ekscelencji, wytrącili mu z pensji dwadzieścia cztery ruble trzydzieści sześć kopiejek. — „Za co?“ — pytam. — „A bo on brał pieniądze z kasy wzajemnej pomocy i koledzy za niego poręczyli“. — Co takiego?… Czy on miał prawo brać bez mego pozwolenia?… To niemożliwe, proszę pana. Cóż to znaczy?… Jestem biedna kobieta i żyję z lokatorów… Jestem słaba, bezbronna istota… Wszyscy mnie krzywdzą i nikt mi dobrego słowa nie powie.

 Petentka zaczęła mrugać oczyma i szukać chustki w salopie. Kistunow wziął od niej podanie i uważnie je przeczytał.

 — Co to jest takiego, proszę pani? — wzruszył ramionami — nic nie rozumiem! Widocznie łaskawa pani mylnie trafiła. Prośba pani zupełnie nas nie dotyczy. Niech się pani zwróci do instytucji, w której mąż jej pracował.

 — Ach, drogi panie, byłam już w pięciu miejscach i nigdzie nawet nie chciano przyjąć podania — odpowiedziała Szczukina. — Już głowę straciłam, nie wiedząc, co czynić, ale zięć mój, niech mu Bóg da zdrowie, poradził mi udać się do pana: — „Niech się mamusia zwróci do pana Kistunowa — to jest człowiek wpływowy, może dla mamusi wszystko zrobić“. — Niechże mi Wasza Ekscelencja pomoże!

 — Nic nie możemy dla pani zrobić. Zechciej pani zrozumieć: mąż pani, o ile miarkuję, pracował w wydziale wojskowo-lekarskim, a nasza instytucja jest zupełnie prywatna, handlowa, to jest bank. Czy pani tego nie rozumie?

 Kistunow jeszcze raz wzruszył ramionami i zwrócił się do następnego interesanta ze spuchniętym policzkiem, w wojskowym uniformie.

 — Wasza Ekscelencjo — poczęła na nowo Szczukina żałosnym głosem swoje wywody. — Mąż mój był istotnie chory i mam na to świadectwo lekarskie. Oto jest, niech pan spojrzy.

 — Doskonale, wierzę pani — mocniej rozdrażniony, odparł Kistunow — ale powtarzam, to nas nie dotyczy. Dziwna i nawet śmieszna historja! Czy mąż pani nie wie, dokąd się trzeba zwracać?

 — On, Wasza Ekscelencjo, nic nie wie i tylko powtarza ciągle wkółko: — „Nie twoja sprawa, wynoś się!…“ — A czyjaż to sprawa?!… Przecież na moim karku siedzi! Na moim!

 Kistunow znowu zwrócił się do Szczukinej i począł jej tłumaczyć, jaka jest różnica między wydziałem wojskowo-lekarskim a prywatnym bankiem. Słuchała uważnie, potakiwała głową, wkońcu zaś rzekła:

 — Tak, tak, tak… rozumiem, proszę pana. W takim razie niech Ekscelencja każe mi wydać chociażby piętnaście rubli. Gotowa jestem wziąć nie wszystko odrazu…

 — Uf… — odetchnął ciężko Kistunow, odrzuciwszy głowę wtył. — Nie można pani wbić w głowę tego, co mówię! Niechże pani zrozumie nareszcie, że zwracać się do nas z taką prośbą, jest to to samo, co naprzykład, składać podanie o rozwód w aptece albo w mennicy. Pani nie dopłacili, tak, to prawda, ale nas to obchodzi?

 — Wasza Ekscelencjo, przez całe życie będę się za pana modliła, zlituj się pan nad biedną sierotą! — zaczęła płakać Szczukina. — Jestem kobieta bezsilna i bezbronna… Ledwo żyję… Z lokatorami po sądach się włócz, za męża się staraj i wedle gospodarstwa biegaj, a tu jeszcze do spowiedzi się szykuję i zięć bez posady… Tylko się zdaje, że jem i piję, a ledwo na nogach się trzymam… Całą noc nie spałam…

 Kistunow poczuł, jak mu serce bije. Zrobił minę męczennika, przyłożył rękę do serca i począł znowu jeszcze raz to samo tłumaczyć Szczukinej, ale głos mu się zerwał…

 — Nie, przepraszam, nie mam sił z panią mówić — powiedział i machnął ręką. — Aż mi się w głowie kręci. Pani i nam przeszkadza, i sama czas traci. Uff.… Aleksy Mikołajewiczu — zwrócił się do jednego z urzędników — niech pan, z łaski swojej, postara się tę sprawę wytłumaczyć pani Szczukinej.

 Kistunow pozałatwiał wszystkich interesantów, wrócił do swego gabinetu, podpisał z dziesięć dokumentów, a Aleksy Mikołajewicz wciąż jeszcze zajęty był Szczukiną. Siedząc u siebie w gabinecie, Kistunow długo słyszał dwa głosy: monotonny, powściągliwy bas Aleksego Mikołajewicza i płaczliwy, skwierczący głos Szczukinej.

 — Jestem kobieta chora — mówiła Szczukina — może napozór jestem krzepka, ale jeżeli się przyjrzeć, to we mnie ani jednej żyłki zdrowej niema. Ledwo na nogach stoję i apetyt straciłam… wprawdzie, piłam dziś kawę, ale zupełnie nie czułam jej smaku.

 A Aleksy Mikołajewicz tłumaczył jej różnice między wydziałami i skomplikowany system składania podań. Wkrótce jednak się zmęczył i prosił o zastępstwo buchaltera.

 — Wyjątkowo nieznośne babsko — oburzał się Kistunow, łamiąc sobie palce i co chwila podchodząc do karafki z wodą. — Jakaś idjotka, podeszwa! Mnie prawie zamęczyła i ich zgnębi — wstrętna! Uf! jak mi serce bije.

 W pół godziny potem zadzwonił. Przyszedł Aleksy Mikołajewicz.

 — No, cóż tam z tą babą?

 — W żaden sposób nie możemy jej się pozbyć! Jesteśmy już wprost z sił wyczerpani. My swoje, ona swoje.

 — Ja… ja nie mogę znieść jej głosu… Chory jestem… nie wytrzymam…

 — Zawołam szwajcara — powiedział Aleksy Mikołajewicz — niech ją wyrzuci.

 — Ależ nie, nie! — zląkł się Kistunow. — Zacznie wrzeszczeć, a w tym domu mieszka wielu lokatorów i djabli wiedzą, co o nas pomyślą… Postarajcie się, moi drodzy, jakoś jej wytłumaczyć, że jej sprawa nas nie dotyczy.

 Po chwili znowu zadźwięczał głos Aleksego Mikołajewicza. Po kwadransie zaś jego bas ustąpił donośnemu tenorowemu głosowi buchaltera.

 — Wy-jąt-kowo nieznośna baba! — oburzał się Kistunow, nerwowo wzruszając ramionami. — Głupia, jak gęś, pal ją djabli! Zdaje się, że znowu wraca moja podagra… Znowu migrena…

 W sąsiednim pokoju Aleksy Mikołajewicz, wreszcie zupełnie wyczerpany, uderzył palcem w stół, a potem zaś dotknął się czoła:

 — Słowem, pani ma na plecach nie głowę, a ot co…

 — No, proszę, proszę — obraziła się stara — swojej żonie stukaj!… Ananas!… Ręce przy sobie trzymaj!

 Patrząc na nią z nienawiścią i wściekłością, jakby ją chciał połknąć, Aleksy Mikołajewicz wyrzekł cichym, przytłumionym głosem:

 — Wynoś się stąd!

 — Co-o?! — zawyła nagle Szczukina. — Jak pan śmie?! Jestem słaba, bezbronna kobieta. Jak pójdę do adwokata, to po tobie śladu nie zostanie. Trzech lokatorów wpakowałam do kozy, a za twoje zuchwałe słowa będziesz się jeszcze u nóg moich tarzał. Ja do waszego generała pójdę. Wasza Ekscelencjo! Wasza Ekscelencjo!…

 — Wynoś się stąd, cholero jedna! — zaryczał Aleksiej Mikołajewicz.

 Kistunow otworzył drzwi i wyjrzał do kancelarji.

 — Co się stało? — spytał płaczliwym głosem.

 Szczukina, czerwona jak rak, stała pośrodku pokoju i przewracając oczami, uderzała palcem w powietrze przed siebie. Opodal urzędnicy banku, również czerwoni ze zmęczenia, zmordowani, spoglądali na siebie wzajemnie.

 — Wasza Ekscelencjo — rzuciła się ku Kistunowowi Szczukina. — Oto ten, ten tutaj! — wskazała na Aleksego Mikołajewicza — postukał palcem po stole, a potem po czole… Pan mu kazał sprawę rozpatrzeć, a on się naigrawa! Jestem słaba, bezbronna kobieta. Mój mąż jest asesorem kolegjalnym, a ja sama jestem majorówna!

 — Dobrze, proszę pani — zajęczał Kistunow — ja rozpatrzę… postaram się… Niech pani przyjdzie… później.

 — A kiedy dostanę, Wasza Ekscelencjo? Mnie pieniądze dziś są potrzebne.

 Kistunow drżącą ręką potarł czoło, westchnął i znów jął tłumaczyć rzecz całą od początku.

 — Łaskawa pani, ja już powiedziałem. Tu jest bank, instytucja prywatna, handlowa. Czego pani od nas chce? I niech pani nareszcie zrozumie, że pani nam przeszkadza.

 Szczukina wysłuchała i westchnęła.

 — Tak, tak — potakiwała. — Ale niech pan będzie łaskaw, całe życie będę się za pana modliła, Ekscelencjo, proszę być dla mnie wyrozumiałym, jak ojciec rodzony. Jeżeli świadectwa lekarskie nie wystarczą, to mogę przedstawić świadectwa z cyrkułu. Niech pan każe wydać mi pieniądze.

 Kistunowowi zamroczyło się w oczach. Wydął powietrze, jakie tylko miał w płucach, i bez sił upadł na krzesło.

 — Ile pani chce? — zapytał słabym głosem.

 — Dwadzieścia cztery ruble trzydzieści sześć kopiejek.

 Kistunow wyjął z kieszeni pugilares, odliczył dwadzieścia pięć rubli i podał Szczukinej.

 — Bierz… i odchodź!…

 Szczukina zawinęła w chustkę pieniądze, schowała je i ze słodkim, delikatnym, nawet zalotnym uśmiechem spytała:

 — Wasza Ekscelencjo, a czy nie mógłby mój mąż znowu wrócić na posadę?

 — Odjeżdżam… jestem chory… — powiedział Kistunow mdlejącym głosem. — Mam straszne bicie serca…

 A gdy rzeczywiście wyszedł do domu, Aleksy Mikołajewicz posłał woźnego po krople laurowe i wszyscy urzędnicy, zażywszy po dwadzieścia kropel, dopiero zasiedli do dalszej pracy; Szczukina zaś siedziała jeszcze około dwóch godzin w przedpokoju i rozmawiała z odźwiernym, oczekując powrotu Kistunowa.

 Przyszła i następnego dnia.

PRZESOLIŁ

 Geometra Smirnow przyjechał na stację Gniłówki. Do majątku, w którym miał wykonać roboty miernicze, trzeba było jechać końmi jeszcze około trzydziestu-czterdziestu wiorst; o ile woźnica trzeźwy, a konie nie chabety — to i trzydziestu wiorst niema, lecz jeżeli woźnica pijany, a konie mizeraki — to się i pięćdziesiąt uzbiera.

 — Przepraszam pana, gdzie tu można dostać koni pocztowych? — zwrócił się geometra do żandarma stacyjnego.

 — Jakich? pocztowych? Tu w promieniu stu wiorst przyzwoitego psa pan nie znajdzie… a co dopiero koni przyzwoitych… A dokąd pan jedzie?

 — Do Dziewkina, majątku generała Chochotowa.

 — Co robić? — ziewnął żandarm — niech pan idzie za stację, tam czasem bywają chłopi, co woża pasażerów.

 Geometra westchnął i powlókł się za stację. Po długich poszukiwaniach, rozmowach i wahaniach znalazł kolosalnego chłopa, ponurego, dziobatego, w podartej siermiędze i łapciach.

 — Djabli wiedzą, co za fura — żachnął się geometra, włażąc na wóz. — Nie zmiarkujesz, gdzie przód, a gdzie tył…

 — Co tu miarkować? gdzie koński ogon — tam przód, a gdzie wielmożny pan siedzi — tam tył.

 Koń był młody, ale wychudły, nogi miał rozkraczone i uszy pogryzione. Kiedy woźnica wstał i zdzielił go sznurowym batem, koń wstrząsnął tylko głową i dopiero gdy woźnica zaklął i uderzył po raz drugi, fura zgrzytnęła i zatrzęsła się, jak w febrze. Po trzeciem uderzeniu fura zakołysała się, a po czwartem — nareszcie ruszyła z miejsca.

 — Czy to całą drogę tak będziemy jechać? — spytał geometra, wstrząsany mocno, podziwiając równocześnie zdolność rosyjskich woźniców, która potrafi łączyć żółwią jazdę z trzęsieniem, wywracającem wnętrzności.

 — Dojedziemy — uspokoił go woźnica — kobyłka młoda i rącza… Niech się tylko rozpędzi, to jej się potem nie zatrzyma. Wio-o, przeklęta!

 Gdy fura wyjeżdżała ze stacji, panował już mrok. Na prawo od geometry ciągnęła się ciemna, zamarznięta, zda się, bezgraniczna równina. Gdyby się na nią skierować, to licho wie dokąd doprowadzi.

 Na widnokręgu, tam, gdzie kończyła się owa równina i zlewała z niebem, dogorywała leniwie chłodna zorza jesienna. Na lewo od drogi, w mrocznem powietrzu widać było jakieś ciemne wyniosłości — może to zeszłoroczne stogi, a może i wioska. I geometra nie widział tylko tego, co było nawprost, gdyż całe jego pole widzenia zprzodu zasłaniały szerokie, niezgrabne bary woźnicy.

 …Jakie tu jednak pustkowie — myślał Smirnow, starając się zasłonić sobie uszy kołnierzem od płaszcza. — Ani żywej duszy. Gdyby, nie daj Boże, bandyci napadli i obrabowali — nikt nie usłyszy, chociażbyś z armat walił… I woźnica też niepewny… Patrzcie, co za bary! Takie dziecko natury tylko palcem cię ruszy — kaput! I pysk ma zwierzęcy… podejrzany…

 — Słuchaj, przyjacielu, jak się nazywasz?

 — Ja? Klim.

 — Jak tu u was jest, Klimie? Bezpiecznie? Nie napadają?

 — Nie, dziękować Bogu… Kto ma napadać?

 — To dobrze, że nie napadają. Ale na wszelki wypadek wziąłem ze sobą trzy rewolwery — zełgał geometra. — A z rewolwerami, wiesz, żartów niema! Można sobie poradzić i z dziesięcioma bandytami…

 Ściemniło się. Fura nagle zaskrzypiała, zapiszczała, zatrzęsła się i jakby odniechcenia, zawróciła na lewo.

 …Dokąd on mnie wiezie? — pomyślał geometra — Jechał wciąż prosto i nagle skręcił w lewo. Jeszcze zawiezie mnie do jakiego zapadłego kąta i… Zdarzają się takie wypadki…

 — Posłuchaj — zwrócił się do woźnicy. — Więc mówisz, że tu bezpiecznie? Szkoda, ja lubię bić się z bandytami. Wyglądam wprawdzie chudo, na słabowitego, a siły mam, jak byk… Raz napadło na mnie trzech zbójców… I wiesz co? Jednego z nich tak zdzieliłem, że ducha wyzionął, a dwaj pozostali poszli przeze mnie na Sybir, do katorgi. I nawet sam nie wiem, skąd się we mnie bierze taka siła! Takiego dryblasa, jak ty — jedną ręką powalę i skręcę!

 Klim obejrzał się na geometrę, twarz mu jakoś zadrgała i uderzył konia.

 — Tak, bracie — ciągnął dalej geometra. — Broń Boże zaczynać ze mną. Niedość, że bandyta zostanie bez rąk i nóg, ale jeszcze odpowie przed sądem… Znam wszystkich sędziów i komisarzy… Jestem osoba urzędowa, potrzebna… Jadę, a władza już wie i tylko patrzy, by mi kto krzywdy nie wyrządził… Wszędzie po drodze są porozstawiani za krzakami strażnicy i sołtysi… Po… po… czekaj! — wrzasnął nagle geometra. — Gdzieżeś ty wjechał?… Dokąd mnie wieziesz?…

 — Czy pan nie widzi? Las!

 …Rzeczywiście las… — pomyślał geometra. — Ach! jakiem się przestraszył! Nie trzeba jednak zdradzać swego niepokoju… On już spostrzegł, że się boję. Dlaczego zaczął się tak często oglądać na mnie? Widocznie coś knuje… Przedtem jechał ledwo, ledwo, krok za krokiem, a teraz, patrzcie, jak pędzi.

 — Posłuchaj, Klimie, czemu tak popędzasz konia?

 — Ja go nie popędzam, sam się rozpędził. A jak się rozpędzi, to go już żadną siłą nie można zatrzymać. I sam niezadowolony, że ma takie nogi.

 — Łżesz, bracie! Widzę, że łżesz. Tylko ja ci nie radzę tak prędko jechać. Powstrzymaj konia… Słyszysz? Powstrzymaj!

 — A dlaczego?

 — A bo za mną ze stacji ma wyjechać czterech towarzyszy. Trzeba, żeby nas dopędzili. Obiecali dopędzić mnie w tym lesie… Z nimi raźniej będzie jechać. Chłopcy zdrowe, krępe… każdy ma pistolet za pasem… Co ty się wciąż oglądasz, kręcisz, jak na szpilkach? Co? Ja, bracie, tego… niema czego oglądać się na mnie — nic we mnie niema ciekawego… Chyba, że rewolwery. Jeżeli chcesz, to je wyjmę i pokażę… Proszę…

 Geometra udał, że szuka po kieszeniach, ale wtedy stało się coś takiego, czego się przy całem swem tchórzowstwie nie spodziewał. Klim wypadł nagle z bryczki i na czworakach uciekł w gęstwinę.

 — Ratunku! — wrzeszczał — ratunku! Bierz, przeklęty, konia i furę, tylko nie gub mojej duszy! Ratunku!

 Dały się słyszeć prędkie, oddalające się kroki, trzask chróstu, poczem wszystko umilkło. Geometra, który nie spodziewał się takiego obrotu rzeczy, przedewszystkiem zatrzymał konia, potem rozsiadł się wygodnie w furze i zaczął rozpamiętywać.

 …Uciekł… przestraszył się, osioł… Ale co teraz robić? Tam jechać nie mogę, bo nie znam drogi i mogą pomyśleć, żem mu ukradł konia… Co robić? Klimie, Klimie!

 — Klimie!… — odpowiedziało echo.

 Po plecach geometry przebiegło mrowie na myśl, że będzie zmuszony spędzić całą noc w lesie, na chłodzie i przysłuchiwać się wyciu wilków i parskaniu nędznej kobyłki.

 — Klimciu! — zawołał. — Gdzie jesteś, kochanie? Klimciu!

 Dwie godziny krzyczał tak geometra i dopiero gdy ochrypł doszczętnie i pogodził się już zupełnie z myślą noclegu w lesie, doszły go czyjeś jęki wraz z lekkim powiewem wiatru.

 — Klimie, to ty kochanku? pojedziemy.

 — Za… zabijecie…

 — Ależ ja zażartowałem. Niech mnie Bóg skarze! Zażartowałem. Jakie ja mam rewolwery? To ja ze strachu kłamałem. Proszę cię jedź, marznę.