Nowele - Anton Czechow - ebook
Opis

"Nowele" to zbiór wspaniałych utworów autorstwa mistrza krótkiej formy, jakim był Anton Czechow.

Nowele Czechowa cechuje bystry humor podszyty ironią i sarkazmem. We wszystkich utworach widać niezwykle trafne spostrzeżenia dotyczące otaczającej go rzeczywistości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 426

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


SZÓSTY PAWILON

I.

II.

III.

IV.

V.

VI.

VII.

VIII.

IX.

X.

XI.

XII.

XIII.

XIV.

XV.

XVI.

XVII.

XVIII.

XIX.

TRZY LATA

I.

II.

III.

IV.

V.

VI.

VII.

VIII.

IX.

X.

XI.

XII.

XIII.

XIV.

XV.

XVI.

SKRZYPCE ROTSZYLDA

CHŁOPI

I.

II.

III.

IV.

V.

VI.

VII.

VIII.

IX.

MOJE ŻYCIE

I.

II.

III.

IV.

V.

VI.

VII.

VIII.

IX.

X.

XI.

XII.

XIII.

XIV.

XV.

XVI.

XVII.

XVIII.

XIX.

XX.

Anton Czechow

NOWELE

Tłumaczenie: Anonim

Projekt okładki: Avia Artis

W projekcie okładki wykorzystano portret Antona Czechowa.

Autor: Anonim.

Wydawnictwo Avia Artis

2017

ISBN 978-83-65810-52-6

SZÓSTY PAWILON

I.

 Na szpitalnem podwórzu stoi niewielka oficyna, otoczona całym lasem łopianu, pokrzyw i dzikich konopi. Dach jej pokryty rdzą, komin nawpół rozwalony, schody ganku zgniły i porosły trawą, a z tynku zostały tylko ślady. Przednią fasadą zwrócona jest na szpital, tylną na pole, od którego dzieli ją szary, szpitalny płot, najeżony gwoździami. Gwoździe te, zwrócone ostrzami do góry, i płot i sama oficyna, wszystko to ma ów odrębny, nudny, zakazany wygląd, jaki u nas widuje się tylko w szpitalnych i więziennych zabudowaniach.

 Jeśli się nie boicie sparzyć pokrzywami, to pójdziemy wązką ścieżyną do oficyny i zobaczymy, co się dzieje wewnątrz. Otwierając pierwsze drzwi wchodzimy do sieni. Pod ścianami i dokoła pieca nawalone całe góry szpitalnych gratów. Materace, stare szlafroki, spodnie, koszule w niebieskie paski, nic nie warte, zniszczone obuwie; wszystkie te śmiecie zgarnięte do kupy, pogniecione, zmięszane razem gniją i wydają stęchły, duszący zapach.

 Na gratach, z fajką w ustach leży stróż Nikita, stary, dymisyonowany żołnierz ze zrudziałymi galonami. Twarz jego surowa, wynędzniała, gęste brwi nadają jej wygląd stepowego owczarka, nos czerwony; wzrostu średniego, na pozór suchy i żylasty, ale postawa jego wzbudza szacunek i pięści ma zdrowe. Należy do rzędu tych dobrodusznych, pewnych i tępych ludzi, którzy nadewszystko lubią porządek i dlatego są przekonani, że trzeba bić. On też bije po twarzy, po piersiach, po karku, gdzie popadnie, i jest pewien, że bez tego nie byłoby tu porządku.

 Dalej wchodzicie do dużego, przestronnego pokoju, zajmującego prócz sieni prawie całą oficynę. Ściany pomalowane brudno-niebieską farbą, sufit zakopcony, jak w chałupie bez komina, widać, że tutaj w zimie dymią piece i że bywa dużo swędu. Okna od zewnątrz zeszpecone żelaznemi kratami. Podłoga szara i nierówna. Czuć kwaszoną kapustę, spaleniznę, pluskwy i amoniak, a zapach ten w pierwszej chwili wywiera na was takie wrażenie, jakbyście wchodzili do menażeryi. W pokoju tym stoją łóżka, przyśrubowane do podłogi. Na nich siedzą, lub leżą ludzie w niebieskich, szpitalnych szlafrokach i myckach. To waryaci.

 Jest ich pięciu. Jeden z nich tylko szlacheckiego pochodzenia, wszyscy inni mieszczanie. Pierwszy przy drzwiach, wysoki, chudy mieszczanin z rudymi, wspaniałymi wąsami i z zapłakanymi oczyma, siedzi z podpartą głową, zapatrzony w jeden punkt. Martwi się dzień i noc, kiwa głową, wzdychając i gorzko uśmiechając się; w rozmowach rzadko bierze udział i na pytania zwykle nie odpowiada. Je i pije machinalnie, gdy mu co podadzą. Sądząc z męczącego kaszlu, z chudości i rumieńca na policzkach, ma on początki suchot.

 Za nim idzie mały, żywy, bardzo ruchliwy staruszek, ze spiczastą bródką i czarnymi, kędzierzawymi, jak u murzyna, włosami. W ciągu dnia chodzi po celi od okna do okna, albo siedzi na swem łóżku, złożywszy po turecku nogi i niezmordowanie, jak gil, gwiżdże, nuci i chychocze. Dziecinną wesołość i żywy charakter objawia on i w nocy, gdy wstaje, aby się modlić, t. j. bić się pięścią po piersi, lub dłubać palcem w drzwiach. To żyd, Mosiek, który dostał pomięszania zmysłów, gdy mu się spaliła fabryka czapek.

 Z pośród wszystkich mieszkańców szóstego pawilonu, tylko jemu jednemu wolno wychodzić z oficyny, a nawet z podwórza szpitalnego na ulicę. Z przywileju tego korzysta oddawna, zapewne jako stary mieszkaniec szpitala i jako cichy, nieszkodliwy idyota, miejski błazen, którego przywykli widywać na ulicy w otoczeniu chłopaków i psów. W szlafroczku, w śmiesznej mycce, w pantoflach, czasem też boso i nawet bez spodni, chodzi po ulicach, zatrzymując się pod bramami i przy sklepikach, prosząc o jałmużnę.

 Raz dadzą mu kwasu, drugi raz kawał chleba, to znów parę groszy, tak, że wraca zwykle syty i bogaty. Wszystko zaś, co przynosi, odbiera mu Nikita; czyni to w sposób nader grubiański, wywracając mu kieszenie i wzywając Boga na świadka, że już nigdy nie puści żyda na ulicę i że nieporządek jest dla niego najgorszą rzeczą na świecie.

 Mosiek lubi się przysłużyć. Podaje towarzyszom wodę, okrywa ich, gdy śpią, obiecuje przynieść każdemu po grosiku z miasta i uszyć nowe czapki, on też karmi łyżką swego sąsiada z lewej strony, paralityka. Postępuje tak nie ze współczucia, nie z pewnych humanitarnych pobudek, lecz naśladując i mimowolnie poddając się swemu sąsiadowi z prawej strony, Gromowowi.

 Jan, syn Dymitra, Gromow, szlachcic trzydziestoletni, były komisarz sądowy i sekretarz gubernialny, cierpi na manię prześladowczą. Albo leży w łóżku, albo łazi z kąta w kąt, siedzi zaś bardzo rzadko. Zawsze podniecony, wzburzony i przejęty jakiemś niewyraźnem, nieokreślonem oczekiwaniem. Wystarczy szmer najlżejszy w sieni, lub krzyk na podwórzu, aby podniósł głowę, nasłuchując, czy to nie po niego idą? Czy to nie jego szukają? Przytem na twarzy jego odbija się bezmierny niepokój i wstręt.

 Podoba mi się ta duża twarz, zawsze blada i smutna, na której odbija się, jak w zwierciadle, dusza zamęczona walką i bezustannym strachem. Dziwactwa jego są chorobliwe, ale delikatne rysy, wyrażające głębokie, prawdziwe cierpienie, są rozumne i inteligentne, a w oczach ma zdrowy, ciepły blask. I on sam mi się podoba, grzeczny, usłużny i niezwykle delikatny w stosunku do wszystkich, prócz do Nikity. Gdy kto upuści guzik, lub łyżkę, zaraz zrywa się z pościeli i podnosi ją. Co rano wita swych towarzyszów, kładąc się spać, życzy im spokojnej nocy.

 Poza stałem napięciem umysłu i dziwactwami, waryactwo jego objawia się jeszcze w następujący sposób. Niekiedy wieczorem, otula się swym szlafrokiem i drżąc całem ciałem, zgrzytając zębami, zaczyna prędko chodzić z kąta w kąt i między łóżkami. Wygląda, jakby miał silną gorączkę. Potem, gdy nagle zatrzymuje się i spogląda na towarzyszów, widać, że chciałby im coś ważnego powiedzieć, ale przypuszczając, że nikt go nie będzie słuchać, niecierpliwie wstrząsa głową i chodzi dalej. Wkrótce chęć do rozmowy bierze u niego górę nad wszelkiemi przywidzeniami, zaczyna mówić gorąco i namiętnie. Mowa jego bezładna, gorączkowa, jak majaczenie, porywcza i niezawsze zrozumiała, ale zato słyszy się i w słowach i w głosie coś niezwykle pięknego. Kiedy mówi, poznaje się w nim waryata i człowieka. Mówi o ludzkiej nikczemności, o gwałcie, przygniatającym prawdę, o życiu cudownem jakie z czasem będzie na ziemi, o kratach w oknie, przypominających mu co chwila głupotę i okrucieństwo gwałcicieli. Słyszymy jakieś bezładne, bez związku potpouri ze starych, ale jeszcze nie wyśpiewanych pieśni.

II.

 Przed kilkunastu laty, na jednej z głównych ulic miasta, mieszkał we własnym domu urzędnik Gromow. Miał dwóch synów: Sergiusza i Jana. Gdy Sergiusz był już studentem czwartego kursu, dostał galopujących suchot i umarł, a śmierć jego była jakby początkiem całego szeregu nieszczęść, które się nagle posypały na rodzinę Gromowów. W parę dni po pogrzebie Sergiusza, ojciec został oddany pod sąd za fałszerstwo i wkrótce umarł na tyfus w więziennym szpitalu. Dom i wszystkie ruchomości sprzedano na licytacyi, a Jan został sam z matką, bez środków do życia.

 Przedtem, mieszkając w Petersburgu, gdzie uczęszczał do uniwersytetu, dostawał sześćdziesiąt do siedmdziesięciu rubli miesięcznie i nie miał najmniejszego pojęcia o biedzie, teraz musiał zmienić tryb życia. Od rana do nocy biegał po tanich lekcyach, przepisywał, a pomimo to był głodny, bo cały zarobek posyłał matce na utrzymanie. Nie zniósł Jan takiego życia, upadł na siłach i porzuciwszy uniwersytet, wrócił do domu. Tutaj, przez protekcyę, dostał posadę nauczyciela w powiatowej szkole, ale nie zgodził się z towarzyszami, ani podobał uczniom i niezadługo porzucił miejsce. Umarła matka. Przez pół roku chodził bez zajęcia, żywiąc się chlebem i wodą, nakoniec został komisarzem sądowym i pełnił swe obowiązki dopóki go nie uwolniono z powodu choroby.

 Nigdy, nawet za swych studenckich czasów, nie sprawiał wrażenia człowieka zdrowego. Zawsze blady, chudy, skłonny do przeziębienia, mało jadł, źle spał. Po jednej szklance wina dostawał zawrotu głowy i histeryi. Ciągnęło go zawsze do ludzi, ale wskutek swego drażliwego charakteru i nieufności, z nikim blizko nie żył i przyjaciół nie miał. O obywatelach miasta wyrażał się zawsze szyderczo, mówiąc, że ich ciemnota i ospałe zwierzęce życie są dla niego obrzydliwe i wstrętne. Mówił głosem tenorowym, głośno, z zapałem i nie inaczej, jak oburzając się, lub z zachwytem i ze zdumieniem, a zawsze szczerze. O czemkolwiek zaczęło się z nim mówić, on wszystko sprowadzał do jednego: w mieście żyć smutno i duszno, społeczeństwo nie zajmuje się wyższymi widokami, prowadzi bezmyślne życie, urozmaicając je gwałtem, zepsuciem i obłudą. Podli są syci i odziani, a sprawiedliwi karmią się okruchami; potrzeba szkół, miejscowego pisma o uczciwym kierunku, teatru, czytelni publicznej, skupienia inteligentnych sił; potrzeba, aby się społeczeństwo przekonało o tem i przestraszyło. W swoich sądach o ludziach używał tylko zgęszczonych barw, czarnej i białej, odcieni żadnych nie uznawał; według niego ludzkość dzieliła się na uczciwych i podłych; środka nie było. O kobietach i o miłości mówił zawsze z namiętnością, z zachwytem, ale się nigdy nie zakochał.

 W mieście pomimo jego przykrych sądów i zdenerwowania lubili go i zaocznie nazywali Jankiem. Jego wrodzona delikatność, usłużność, czystość moralna, również, jak jego zniszczony surducik, chorobliwy wygląd i rodzinne nieszczęścia, budziły dobre, ciepłe i smutne uczucia: przytem był wykształcony i oczytany, wiedział wszystko podług zdania współobywateli, uważano go wogóle za chodzący słownik informacyjny.

 Czytał bardzo dużo. Nieraz siedząc w klubie i nerwowo skubiąc bródkę, przerzucał dzienniki i książki, ale po twarzy jego widać było, że nie czyta, a połyka je, zaledwie zdążywszy przeżuć. Zdaje się, że czytanie stanowiło jedno z jego chorobliwych przyzwyczajeń, gdyż z równą chciwością rzucał się na wszystko, co mu w ręce wpadało, nawet na dzienniki i kalendarze poprzedniego roku. U siebie czytał zawsze leżąc.

III.

 Pewnego razu, rano, podniósłszy kołnierz u palta i brodząc po błocie, szedł Jan, po różnych zaułkach, z wyrokiem egzekucyjnym do pewnego mieszczanina. Był w ponurym nastroju, jak zawsze rano. Na jednej z bocznych ulic, spotkał dwóch aresztantów w kajdanach, a przy nich czterech uzbrojonych żołnierzy. Przedtem bardzo często spotykał Jan aresztantów i za każdym razem budziło się w nim współczucie, teraz spotkanie to wywarło na nim jakieś szczególne wrażenie. Wydało mu się nagle, że jego też mogą okuć w kajdany i w ten sam sposób prowadzić po błocie do więzienia. Odwiedził mieszczanina, a gdy wracał do domu, spotkał przy poczcie znajomego policyanta, który ukłonił mu się i przeszedł z nim razem kilkanaście kroków: to wydało mu się podejrzanem. W domu przez cały dzień nie schodzili mu z oczu aresztanci i uzbrojeni żołnierze i nieokreślony niepokój w sercu nie dał mu czytać, lub skupić się choć na chwilę. Wieczorem, nie zapalił światła, w nocy zaś nie spał, myśląc bezustannie o tem, że go mogą zaaresztować, okuć w kajdany i zamknąć w więzieniu. Czuł się niewinnym i mógł przysiądz, że i w przyszłości nie będzie zabijał, podpalał, ani kradł; ale czyż to trudno popełnić zbrodnię nieumyślnie, mimowolnie i czy niemożebną jest potwarz, lub też omyłka w sądzie? Nie darmo uczy wiekowe doświadczenie, że torby i katorgi zarzekać się nie trzeba. Omyłka w sądzie przy teraźniejszej procedurze sądowej bardzo możebna i nic tam dziwić nie może. Ludzie, którzy zapatrują się na cierpienia innych z punktu widzenia swej służby, lub swego urzędu, np. sędziowie, policyanci, lekarze, z czasem, siłą przyzwyczajenia zahartują się do tego stopnia, że choćby chcieli odnosić się do swoich klijentów inaczej jak formalnie, to nie mogą; pod tym względem nie różnią się w niczem od chłopa, który gdzieś, za dworem, zarzyna barany i cielęta i nie widzi ich krwi. Przy formalnym zaś i bezdusznym stosunku do jednostki, chcąc niewinnego człowieka pozbawić praw stanu i skazać go na katorgę, sędzia potrzebuje tylko czasu. Czasu dla przeprowadzenia jakichkolwiek formalności, za które pobiera wynagrodzenie, poza tem — wszystko skończone. Szukaj potem sprawiedliwości i obrony w tem małem, brudnem miasteczku, oddalonym o dwieście wiorst od kolei żelaznej! I czyż można myśleć o sprawiedliwości tam, gdzie każdy gwałt znajduje u społeczeństwa uznanie, jako rozumna i celowa konieczność, a każdy uczynek miłosierny, naprzykład wyrok usprawiedliwiający, wywołuje wybuch niezadowolenia lub uczucie zemsty?

 Rano wstał Jan wystraszony; zimny pot okrywał jego czoło i nie wątpił już, że lada chwila mogą przyjść go aresztować. Jeśli wczorajsze, ciężkie myśli tak długo nie dają mu spokoju — myślał — to znaczy, że w nich jest cząstka prawdy. Nie mogły przecież przyjść mu do głowy bez powodu.

 Policyant wolno przeszedł pod oknami: to nie przypadkiem. Oto dwoje ludzi zatrzymało się blizko domu i milczą. Dlaczego oni milczą?

 Od tej chwili nastąpiły dla Jana straszne, męczące dni i noce. Ktokolwiek przechodził koło okien, lub na podwórze wchodził, wydawał mu się szpiegiem. Zwykle w południe przejeżdżał tędy naczelnik policyi powiatowej; jechał ze swego podmiejskiego majątku do zarządu policyi, ale Janowi zdawało się teraz, że on za prędko jedzie i że niezwykły ma wygląd: widocznie spieszy się, aby oznajmić, że oto zjawił się w mieście wielki zbrodniarz. Jan drgał przy każdym odgłosie dzwonka w bramie, zamęczał się, gdy widział u swej gospodyni nieznajomego człowieka; przy spotkaniu z policyantami i żandarmami uśmiechał się i pogwizdywał, żeby się wydać obojętnym. Spędzał noce bezsenne, oczekując aresztu, ale głośno chrapał i wzdychał, żeby gospodyni myślała, że on śpi; bo przecież, jeśli nie śpi to znaczy, że mu dokuczają wyrzuty sumienia — co za przekonywający dowód! Fakty i zdrowy rozsądek mówiły mu, że wszystkie te obawy głupstwo i psychopatya, że w areszcie i w więzieniu, jeżeli spojrzymy na tę sprawę szerzej, w rzeczywistości nic niema strasznego, jeśli sumienie spokojne, ale czem rozumniej i logiczniej myślał, tem silniejsza i bardziej męcząca budziła się w jego sercu trwoga. Tak, jak pewien pustelnik, który chciał wyrąbać sobie kawałek przestrzeni w dziewiczym lesie: im gorliwiej pracowała siekiera, tem gęściej i silniej rozrastał się las. Jan w końcu, widząc, że to na nic się nie zda, zupełnie przestał rozważać i całkowicie oddał się rozpaczy i trwodze.

 Zaczął się odosobniać i unikać ludzi. Służba i dawniej mu dokuczała, teraz zrobiła się dla niego nieznośną. Bał się, że go podejdą, włożą mu niepostrzeżenie do kieszeni łapówkę, a potem dowiodą mu tego, lub też on sam zrobi w papierach rządowych błąd równy fałszerstwu, albo zgubi cudze pieniądze. Dziwna rzecz, że dawniej myśl jego nie była tak gibką i obfitą w nowe pomysły, jak teraz, kiedy wynajdywał codziennie tysiące przeróżnych powodów do tego, żeby istotnie módz się obawiać o swobodę i cześć swoją. Z drugiej strony, zainteresowanie się jego życiem zewnętrznem, książkami, osłabło znacznie i pamięć często zawodzić go zaczęła.

 Na wiosnę, gdy stopniał śnieg, znaleziono w wąwozie przy cmentarzu dwa nawpół zgniłe trupy — staruszki i małego chłopca, z oznakami gwałtownej śmierci. W mieście nie umieli o czem innem mówić, jak o tych trupach i niewiadomych zabójcach. Jan, bojąc się, aby nie pomyśleli, że to on zabił, chodził po ulicach z uśmiechem na ustach, a przy spotkaniu ze znajomymi bladł, czerwienił się i gorąco przekonywał, że niema podlejszej zbrodni, jak zabójstwo słabych i bezbronnych. Kłamstwo to wkrótce zmęczyło go i zastanowiwszy się trochę, doszedł do wniosku, że w jego położeniu najlepiej jest schować się u gospodyni w piwnicy. Przesiedział tu cały dzień, potem noc i dzień następny, a gdy zmrok zapadł, potajemnie, jak złodziej poszedł do swego pokoju. Do świtu pozostał na środku pokoju, nie ruszając się i przysłuchując. Rano przyszli do gospodyni zduny. Jan wiedział dobrze, że mają oni przerabiać piec w kuchni, ale strach podszepnął mu, że to przebrani policyanci. Pocichutku wyszedł z pokoju i zdjęty strachem, bez czapki i bez surduta, pobiegł na ulicę. Za nim ujadając puściły się psy, jakiś chłop nawoływał go, w uszach świstał wiatr i Janowi wydało się, że gwałt i przemoc całego świata zgromadziły się za jego plecami i gonią go.

 Zatrzymali go, odprowadzili do domu i posłali gospodynię po lekarza. Doktor Andrzej, o którym niebawem mówić będziemy, przepisał zimne okłady na głowę i laurowe krople, smutnie pokiwał głową i odszedł, uprzedziwszy gospodynię, że więcej już nie wróci, gdyż nie trzeba ludziom przeszkadzać, gdy dostają pomięszania zmysłów. W domu nie było zaco żyć i leczyć się i wkótce odwieźli Jana do szpitala i położyli go na sali chorób wenerycznych. Nie sypiał po nocach, dziwaczył i niepokoił chorych, niezadługo też przenieśli go z rozkazu doktora Andrzeja do szóstego pawilonu.

 W ciągu roku zapomniano zupełnie o Janie, a jego książki, zwalone przez gospodynię do sani, zostały rozkradzione przez łobuzów ulicznych.

IV.

 Sąsiadem Jana z lewej strony jest, jak wyżej powiedziałem, żyd Mosiek, sąsiadem zaś z prawej — zalany tłuszczem, prawie okrągły wieśniak, o tępej, zupełnie bezmyślnej twarzy. To — nieruchome, żarłoczne i niechlujne zwierzę, które od dawna straciło zdolność do myślenia i czucia. Od niego rozchodzi się przykry, duszący zapach.

 Nikita, sprzątając po nim, bije go w nieludzki sposób, z całej siły, nie szczędząc swych pięści; strasznem jest nie to, że go biją, do tego można się przyzwyczaić, ale to, że to stępiałe zwierzę nie odpowiada na plagi ani dźwiękiem, ani ruchem, ani wyrazem oczu, a tylko lekko się kołysze, jak ciężka beczka.

 Piątym i ostatnim mieszkańcem szóstego pawilonu jest mieszczanin, segregujący dawniej na poczcie listy, mały, chuderlawy blondyn, o dobrej lecz trochę chytrej twarzy. Sądząc z jego mądrych, spokojnych oczów, spoglądających jasno i wesoło, szczwany jak lis, ukrywający jakąś ważną i miłą tajemnicę. Ma pod poduszką i pod siennikiem coś takiego, czego nikomu nie pokazuje, ale nie z obawy, aby mu nie odebrali, albo ukradli, lecz ze wstydliwości. Niekiedy, podchodzi do okna i odwróciwszy się tyłem do towarzyszów, kładzie coś na szyję i patrzy, schylając głowę; gdy kto wtedy podejdzie do niego, zawstydzi się i zerwie coś z piersi. Nie trudno odgadnąć jego tajemnicę.

 — Powinszujcie mi — mówi często do Jana — jestem przedstawiony do orderu św. Stanisława, drugiego stopnia z gwiazdą. Drugi stopień z gwiazdą dają tylko cudzoziemcom, ale dla mnie, nie wiem dlaczego, chcą zrobić wyjątek — uśmiecha się i z pewnem powątpiewaniem wzrusza ramionami. — Co prawda, nie spodziewałem się tego!

 — Nic a nic z tego nie rozumiem — ponuro odpowiada Jan.

 — Nie rozumie pan, do czego ja wcześniej, czy później dojdę? — mówi dalej były poczmistrz, obłudnie mrużąc oczy. — Niezawodnie dostanę szwedzką »Gwiazdę Północną«. Taki order wart starań. Biały krzyż i czarna wstążka. To bardzo piękne.

 Chyba nigdzie życie nie jest tak jednostajnem, jak w tej oficynie. Rano, chorzy, oprócz paralityka i tłustego chłopa myją się w sieni przy wielkim cebrze i wycierają się fałdami szlafroków; potem piją w blaszanych kubkach herbatę, którą z głównego domu przynosi Nikita. Każdy dostaje jeden kubek. W południe jedzą kapuśniak z kaszą, wieczorem na kolacyę dostają znów kaszę, pozostawioną z obiadu. W przerwach między posiłkami leżą, śpią, wyglądają przez okno, lub chodzą z kąta w kąt. I tak codziennie. Nawet były poczmistrz mówi ciągle o jednych i tych samych orderach.

 Nowych ludzi rzadko się widuje w szóstym pawilonie. Nowych waryatów doktór dawno już nie przyjmuje, a amatorów do odwiedzania domu obłąkanych niewielu jest na świecie. Raz na dwa tygodnie przychodzi do oficyny cyrulik, Szymon, syn Łazarza. O tem, jak on strzyże waryatów, jak Nikita mu w tem pomaga i do jakiego stanu doprowadza chorych każdorazowe zjawienie się pijanego i uśmiechniętego cyrulika, mówić nie będziemy.

 Prócz Szymona nikt nie zagląda do oficyny. Chorzy są skazani na codzienne oglądanie tylko Nikity.

 A jednak niedawno rozniosła się w gmachu szpitalnym dosyć dziwna wiadomość.

 Rozeszła się pogłoska, że od tej pory lekarz ma odwiedzać szósty pawilon.

V.

 Dziwna pogłoska!

 Doktor Andrzej Efimycz Ragin, to niepospolity człowiek w swoim rodzaju. Mówią, że we wczesnej młodości był bardzo pobożnym i marzył o stanie kapłańskim. Skończywszy w 1863 roku kursa gimnazyalne, miał zamiar wstąpić do akademii duchownej, ale ojciec jego, doktór medycyny i chirurg, uśmiechnąwszy się, oznajmił kategorycznie, że za syna uważać go nie będzie, jeśli zostanie księdzem. Ile w tem prawdy — nie wiem, ale sam Andrzej przyznawał się nieraz, że nigdy nie miał zamiłowania do medycyny i w ogóle do nauk ścisłych. Jakkolwiekbądź, ukończywszy kurs fakultetu medycznego, nie wstąpił do seminaryum. Pobożności wielkiej nie objawiał i na osobę duchowną nie wyglądał na początku swej karyery medycznej, jak i teraz.

 Powierzchowność ma ciężką, ordynarną, prostaczą; twarzą, brodą, gładkimi włosami i silną, niezgrabną budową przypomina niewstrzemięźliwego karczmarza. Oblicze ma surowe, pokryte niebieskimi żyłkami, oczy małe, nos czerwony. Przy wysokim wzroście i szerokich ramionach duże ma ręce i nogi; zdaje się, że gdyby kogo uderzył pięścią, nie byłoby się poco schylić. Przytem chód ma cichy, ostrożny i postawę przyjemną; spotykając kogo na wązkim korytarzu, zawsze pierwszy zatrzymuje się, żeby ustąpić z drogi i nie basem, jakby się tego spodziewać można, lecz dźwięcznym, miękkim głosem mówi: »przepraszam!« Na szyi ma niewielką opuchliznę, która mu nie pozwala nosić szorstkich, krochmalnych kołnierzyków, to też chodzi zawsze w miękkiej płóciennej, lub perkalowej koszuli. W ogóle nie ubiera się po doktorsku. Jedną i tą samą parę nosi dziesięć lat, a nowe ubranie, kupione zazwyczaj w sklepie żydowskim, wydaje się na nim równie znoszone i pogniecione, jak stare; w jednym i tym samym surducie przyjmuje chorych, je i chodzi z wizytami; ale to nie ze skąpstwa, ale wprost z niedbalstwa o własną powierzchowność.

 Kiedy Andrzej Efimycz przyjechał do miasta, dla objęcia swej posady, »zakład dobroczynny« był w strasznym stanie. W celach, korytarzach i w gmachu szpitalnym ciężko było oddychać. Dozorcy, dozorczynie i ich dzieci spali w celach razem z chorymi. Skarżyli się, że żyć nie można, taka jest ilość karaluchów, pluskiew i myszy. Na cały szpital były tylko dwa skalpele, a nie było wcale termometru; w wannach przechowywali ziemniaki. Nadzorca, bieliźniarka i felczer rabowali chorych, a o dawnym lekarzu, poprzedniku doktora Andrzeja, mówiono, że zajmował się potajemnie sprzedażą szpitalnego spirytusu i urządził sobie z dozorczyń i chorych kobiet cały harem. W mieście doskonale wiedzieli o tych nieporządkach i nawet przesadzali je, ale spokojnie się na to zapatrywali. Jedni tłumaczyli sobie, że w szpitalu leżą tylko mieszczanie i chłopi, którzy nie mogą być niezadowoleni, bo w domu mają dużo gorzej; może ich jeszcze jarząbkami karmić! Drudzy zaś mówili, że miasto samo bez pomocy ziemstwa nie jest w stanie utrzymać dobrego szpitala; dobrze, że choć zły jest. Ziemstwo nie otwierało nowej lecznicy ani w mieście, ani gdzieś w pobliżu, licząc na to, że już jest stara.

 Obejrzawszy cały gmach, doktór Andrzej doszedł do wniosku, że zakład jest niemoralny i w wysokim ropniu szkodliwy dla zdrowia mieszkańców. Podług niego, co można było najlepszego zrobić, to — wypuścić chorych i zamknąć szpital. Rozumując dłużej, przekonał się, że tutaj nie wystarcza jego wola, i że to nie byłoby pożytecznem; gdy się usunie brud moralny i fizyczny z jednego miejsca, wkrótce przejdzie na inne, trzeba więc czekać, żeby to wszystko samo zwietrzało.

 Poza tem, jeśli ludzie otwierają lecznicę i znoszą ją u siebie, to znaczy, że im jest potrzebną; przesądy i wszystkie te ludzkie bezeceństwa są potrzebne, gdyż z biegiem czasu przerabiają się w coś porządnego, tak jak nawóz w czarnoziem. Niema na ziemi nic takiego, coby w swojej podstawie nie zawierało plugastwa.

 Przyjmując nowe obowiązki, doktór Andrzej dosyć obojętnie napozór zapatrywał się na owe nieporządki. Poprosił tylko dozorców, dozorczynie i ich dzieci, aby nie nocowali nadal w celach szpitalnych i postawił dwie szafy z narzędziami; nadzorca zaś, bieliźniarka i felczer zatrzymali swe miejsca.

 Doktór Andrzej lubi niezwykle rozum i uczciwość, ale żeby urządzić dokoła siebie życie rozumne i uczciwe niema na to dosyć charakteru i wiary w swoje prawa. Rozkazywać, zabraniać i nalegać stanowczo nie umie. Wygląda, jakby przysiągł, że nigdy nie podniesie głosu i nie użyje formy rozkazującej. Trudno mu wymówić słowa »daj«, lub »przynieś«; gdy jest głodny, nieśmiało pokaszluje i mówi do kucharki: »Gdybym mógł dostać herbaty«, lub: »Gdybym mógł jeść obiad«. Żeby zaś powiedzieć nadzorcy, aby przestał kraść, albo go wypędzić, lub też wprost znieść tę niepotrzebną posadę — to przechodzi jego siły. Gdy go oszukują, pochlebiają mu i przynoszą do podpisania fałszywy rachunek, czerwieni się jak rak, czuje się sam winnym, ale rachunek podpisuje: gdy chorzy skarżą się na głód, lub na gburowatość dozorczyń, miesza się i nieśmiało mruczy:

 — Dobrze, dobrze, rozważę to później... Doprawdy tu musi być jakieś nieporozumienie...

 W pierwszych czasach doktór Andrzej pracował bardzo gorliwie. Przyjmował codziennie od rana do obiadu, robił operacye i nawet pełnił obowiązki akuszera. Kobiety mówiły, że jest troskliwy i doskonale odgaduje cierpienia, zwłaszcza u kobiet i u dzieci. Z czasem cała ta praca sprzykrzyła mu się przez swą jednostajność i widoczną bezużyteczność. Przyjmie się dzisiaj trzydziestu chorych, jutro zgromadzi ich się trzydziestu pięciu, pojutrze czterdziestu i tak codzień przez cały okrągły rok, a śmiertelność w mieście się nie zmniejsza i chorzy nie przestają przychodzić. Dać poważną pomoc czterdziestu chorym od rana do obiadu, niema sposobu, a rozumując poprostu, oszukuje się. Przyjęto w ciągu jednego roku dwanaście tysięcy chorych, to znaczy, że oszukano dwanaście tysięcy osób, zatrzymywać poważniej chorych w celach i zajmować się nimi podług przepisów nauki też nie można, bo przepisy są, ale nauki niema; odrzucić zaś wszelkie filozofowanie i przestrzegać pilnie przepisów, tak jak robią inni lekarze — do tego potrzeba przedewszystkiem czystości w gmachu szpitalnym i przewietrzania sal, a nie brudu; zdrowego pożywienia, a nie kapuśniaku ze zgniłej kapusty; dobrych pomocników, a nie złodziei.

 I właściwie dlaczego nie dajemy ludziom umierać, jeśli śmierć jest prawidłowym i normalnym końcem każdego? Cóż z tego, jeśli jakiś tam kramarz lub urzędnik pożyje pięć, lub dziesięć lat dłużej? Jeżeli zaś upatrujemy cel medycyny w tem, że lekarstwa łagodzą cierpienia, to mimowolnie nasuwa się pytanie: poco je łagodzić? Po pierwsze, mówią, że cierpienie udoskonala człowieka, a po drugie, jeśli istotnie ludzkość nauczy się łagodzić swe bole pigułkami i kroplami, to zupełnie zapomni o religii i o filozofii, w których dotychczas znajdowała nietylko obronę przed złem, ale nawet szczęście. Puszkin znosił przed śmiercią straszne męczarnie, biedak Heine kilka lat leżał sparaliżowany, dlaczegoby nie miał cierpieć jakiś tam Andrzej Efimycz, lub Matrona Sawiszna, których życie byłoby nic nie warte i podobne do życia rośliny, gdyby nie ich cierpienia.

 Pod ciężarem tych myśli doktór Andrzej opuścił ręce i odtąd przestał codziennie odwiedzać leczniczę.

VI.

 Życie jego upływa w następujący sposób. Wstaje zazwyczaj o ósmej, ubiera się i pije herbatę. Następnie zasiada w swoim gabinecie i czyta, lub też idzie do szpitala. Tutaj, w wązkim i ciemnym korytarzyku siedzą chorzy ambulansowi, czekający na przyjęcie. Dokoła nich biegają dozorcy i dozorczynie, stukając butami po glinianej podłodze, wychudzeni chorzy w szlafrokach przechodzą, umarłych przenoszą, dzieci płaczą, przeciągi wieją. Doktór Andrzej wie dobrze, że dla gorączkujących, dla suchotników i wogóle dla poważniej chorych taki widok jest męczący, ale cóż robić? W sali przyjęć zjawia się felczer Sergiusz, mały gruby człowieczek, o gładko ogolonej i czysto umytej twarzy, w nowym obszernym garniturze, wygląda raczej na senatora jak na felczera. W mieście cieszy się ogromną praktyką, nosi biały krawat i uważa się za bardziej doświadczonego od doktora, który niema zupełnie praktyki. W rogu sali stoi wielki obraz, przed nim wisi lampa, a na ścianach portrety archirejów, widok klasztoru światogórskiego i wianki zasuszonych bławatków. Sergiusz jest nabożny i lubi okazałość. Obraz postawiony jest jego własnym sumptem; w niedzielę ktoś z pomiędzy chorych czyta głośno śpiewy kościelne pod jego kierunkiem, a po odczytaniu ich, sam Sergiusz obchodzi wszystkie sale z kadzielnicą w ręku.

 Chorych dużo, a czasu mało, to też porada ogranicza się do ogólnikowego zbadania i przepisania jakiegokolwiek lekarstwa w rodzaju maści lotnej, lub rycyny.

 Doktór Andrzej siedzi, wspierając głowę na ręku, zamyślony i machinalnie zadaje pytania, Sergiusz też siedzi opodal, zaciera ręce i mówi od czasu do czasu:

 — Chorujemy i biedę znosimy dlatego, że się źle modlimy do Boga Miłosiernego. Tak!

 W godzinach przyjęć Andrzej Efimycz nie robi operacyi; dawno już odzwyczaił się od nich i widok krwi wzrusza go zawsze. Gdy mu wypadnie otworzyć dziecku usta, żeby obejrzeć jego gardło, a malec krzyczy i broni się rączkami, wtedy od szumu w uszach kręci mu się w głowie i napływają łzy do oczu. Pospiesznie przepisuje lekarstwo i daje znak ręką, aby baba czemprędzej dziecko zabrała.

 Wkrótce przykrzy mu się nieśmiałość i głupota chorych, równie jak obecność wspaniałego Sergiusza, portrety na ścianach i jego własne pytania, które niezmiennie zadaje przeszło od dwudziestu lat. Odchodzi zbadawszy pięciu do sześciu chorych. Pozostałych przyjmuje felczer.

 Z miłem uczuciem, że, chwała Bogu, niema prywatnej praktyki i że mu nikt przeszkadzać nie będzie, doktór Andrzej przyszedłszy do domu, natychmiast siada przy stole i zaczyna czytać. Czyta bardzo dużo i zawsze z wielką przyjemnością. Połowa jego pensyi zostaje na zakup książek zużytą i z sześciu pokoi, z których składa się jego mieszkanie, trzy są zarzucone księgami i starymi dziennikami. Najwięcej lubi dzieła z dziedziny historyi i filozofii; z medycyny prenumeruje jednego tylko Lekarza, którego zwykle czyta od końca. Czytanie ciągnie się bez przerwy parę godzin, lecz nie męczy go. Nie czyta tak szybko i tak gwałtownie, jak niegdyś Jan Dmitrycz, a wolno, z przejęciem, zatrzymując się często w miejscach bardziej go interesujących, lub dla niego niezrozumiałych. Obok książki stoi zawsze karaweczka z wódka, solony ogórek, lub kwaśne jabłko, na suknie, bez talerzyka. Co pół godziny nie podnosząc oczu, nalewa sobie kieliszek wódki i pije, później, nie patrząc, szuka omackiem ogórka i odgryza zeń kawałek.

 O trzeciej ostrożnie zbliża się do drzwi kuchennych, kaszle i mówi: »Darjuszka, gdyby tak obiad«.

 Po obiedzie dosyć zresztą złym i brudnym, Andrzej Efimycz spaceruje po swoich pokojach i rękami skrzyżowanemi na piersiach i myśli. Bije godzina czwarta, później piąta, a on dalej chodzi i myśli. Od czasu do czasu skrzypią drzwi kuchni i wygląda z nich czerwona twarz Darjuszki.

 — Andrzeju Efimyczu, czy jeszcze nie czas podać piwo? — pyta zafrasowana.

 — Nie, jeszcze nie czas... — odpowiada. — Poczekam... poczekam...

 Wieczorom zwykle przychodzi Michał Aweryanin, poczmistrz, jedyny człowiek w całem mieście, którego towarzystwo nie cięży Andrzejowi. Michał Aweryanin był niegdyś bardzo bogatym obywatelem i służył przy konnicy, ale straciwszy wszystko, musiał objąć posadę na poczcie. Wygląd ma śmiały i czerstwy, wspaniałe siwe faworyty, dobre maniery i miły, donośny głos. Jest dobry i tkliwy, ale prędki. Gdy na poczcie kto z interesantów protestuje przeciw czemu, nie zgadza się, lub zaczyna rezonować, Michał Aweryanin czerwieni się, zaczyna się trząść na całem ciele i krzyczy piorunującym głosem: »Milczeć«. Pan Michał lubi i szanuje Andrzeja Efimycza za jego wykształcenie i szlachetność. Na innych mieszkańców patrzy z góry, jak na podwładnych.

 — Otóż jestem! — mówi, wchodząc do Andrzeja. — Jak się pan miewa, kochany panie! Dokuczyłem panu już, co?

 — Przeciwnie, bardzo się cieszę — odpowiada doktór. — Zawsze jestem panu rad.

 Przyjacielu siadają sobie w gabinecie, na kanapce i przez pewien czas palą w milczeniu.

 — Darjuszka, gdyby tak piwa! — mówi doktór Andrzej.

 Pierwszą butelkę piją milcząc: doktór zamyślony, a Michał Aweryanin wesół i ożywiony, jak człowiek, który ma do opowiedzenia coś bardzo ciekawego. Rozmowę zawsze rozpoczyna doktór.

 — Co za szkoda — mówi zwolna i cicho, kiwając głową i nie patrząc towarzyszowi w oczy (on nigdy nie patrzy w oczy) — jaka wielka szkoda, że w naszem mieście niema wcale ludzi, którzyby umieli i lubili prowadzić mądre i ciekawe rozmowy. To jest olbrzymia dla nas strata. Nawet inteligentni nie wznoszą się nad płytkość; poziom ich rozwoju, zapewniam pana, nie jest wyższym od niższych warstw społeczeństwa.

 — Racya, racya. Zgadzam się.

 — Wie pan przecież — mówi dalej doktór, cicho i z przestankami — że na tym świecie wszystko jest małe i nudne, prócz wyższych, duchowych objawów rozumu.

 Następuje milczenie. Z kuchni wychodzi Darjuszka i z wyrazem tępego smutku, wsparłszy twarz na ręku, zatrzymuje się w drzwiach, żeby posłuchać rozmowy.

 — Ech! — wzdycha Michał Aweryanin. — Trudno żądać od teraźniejszych ludzi rozumu.

 I opowiada, jak się dawniej spędzało życie zdrowo, wesoło i przyjemnie, jaka była inteligencya, jak wysoko stały pojęcia o honorze i przyjaźni. Pożyczano pieniądze bez weksli, a niepodanie ręki z pomocą potrzebującym przyjaciołom było uważane za hańbę. A jakie były wyprawy, jakie wydarzenia, walki, jacy przyjaciele, jakie kobiety! A Kaukaz, co za zdumiewający kraj. A żona jednego dowódzcy batalionu, dziwna kobieta, ubierała się w mundur oficerski i jeździła wieczorami w góry, sama bez przewodnika. Mówią, że miała w aułach romans z jakimś małym księciem.

 — Matko Boska, Mateczko! — wzdycha Darjuszka.

 — A jak pili, jak jedli! A jacy byli krańcowi liberali.

 Andrzej Efimycz słucha i nie słyszy; myśli o czemś i popija piwo.

 — Często śnię o rozumnych ludziach i o rozmowach z nimi — odzywa się niespodzianie, przerywając Michałowi. — Ojciec dał mi świetne wykształcenie, ale pod wpływem ideałów szóstego dziesiątku lat kazał mi zostać doktorem. Zdaje mi się, że gdybym był go wtedy nie usłuchał, teraz stałbym w centrum ruchu umysłowego. Byłbym prawdopodobnie członkiem jakiego fakultetu. Prawda, rozum też nie jest wieczny i to przemija, ale już pan wie dlaczego mam słabość do niego. Zycie jest nieprzyjemną pułapką. Gdy myślący człowiek dojrzewa i przychodzi do określonych przekonań, wtedy mimowoli ma uczucie, jakby był w pułapce bez wyjścia. Rzeczywiście bez jego woli zotał przypadkiem przeniesiony z nicości do życia... Poco? Jeżeli chce zrozumieć znaczenie i cel swego istnienia, nic mu nie mówią, lub mówią niedorzeczności: kołacze — nie otwierają mu: zbliża się śmierć — też wbrew jego woli. Więc tak jak w więzieniu ludziom, których łączy ogólne nieszczęście jest lepiej, gdy się zbiorą razem, tak i w życiu nie zauważa się pułapki, gdy ludzie zdolni do analizy i uogólnień zbierają się razem i spędzają czas na zamianie dumnych i wolnych myśli. W tem znaczeniu rozum jest niezastąpioną rozkoszą.

 — Racya, racya.

 Nie patrząc towarzyszowi w oczy, cicho i z przestankami, Andrzej Efimycz mówi dalej o mądrych ludziach i o rozmowach z nimi, a Michał Aweryanin słucha uważnie i potakuje: »Prawda! Prawda!«

 — Czy pan nie wierzy w nieśmiertelność duszy? — zapytuje nagle poczmistrz.

 — Nie, szanowny Michale Aweryaninie, nie wierzę i nie mam przyczyny w to wierzyć.

 — Jeśli mam powiedzieć prawdę, to ja nie wątpię. Chociaż właściwie mam uczucie, jak gdybym nigdy nie miał umrzeć! Oj, myślę sobie, stary chrzanie, czas umierać! A w duszy słyszę jakiś głos: »nie wierz temu, nie umrzesz!«

 O godzinie dziesiątej Michał Aweryanin odchodzi. Kładąc w przedpokoju palto, mówi wzdychająco:

 — Jednak do jakiej głuszy zawiodły nas zawistne losy! Najprzykrzejszem zaś to, że tu i umrzeć nam będzie trzeba. Ech!...

VII.

 Odprowadziwszy przyjaciela, Andrzej Efimycz siada przy stole i znów zaczyna czytać. Ciszy wieczornej, a później nocnej nie zakłóca najmniejszy szelest, zdaje się, że czas zatrzymuje się w biegu i obumiera razem z doktorem, pochylonym nad książką i lampą z zielonym kloszem. Gruba, chłopska twarz doktora rozjaśnia się zwolna uśmiechem rozrzewnienia i zachwytu nad objawami rozumu ludzkiego. O, czemu to człowiek nie jest nieśmiertelnym? — myśli — Naco mózgowe ośrodki i zwoje, naco wzrok, mowa, samopoczucie, geniusz, jeśli przeznaczeniem tego wszystkiego jest pójść w głąb ziemi i ostatecznie ostygać razem ze skorupą ziemską, a potem obracać się przez miliony lat bezmyślnie i bezcelowo razem z tą ziemią naokoło słońca? Poto, ażeby ostygnąć i obracać się, nie trzeba wydobywać z nicości człowieka z jego wielkim, prawie Boskim rozumem, a potem naigrawając się obracać go w proch.

 Przemiana materyi! Ale co tu za tchórzostwo pocieszać się tym surogatem nieśmiertelności! Nieświadome procesy, zachodzące w przyrodzie, niższe nawet od ludzkiej głupoty, gdyż w głupocie jest poczucie i wola, a w procesach zaś tych nic niema. Tylko tchórz, w którym jest więcej strachu przed śmiercią, niż godności, może się pocieszać myślą, że ciało jego ożyje z czasem w trawie, w kamieniu, w żabie... Widzieć swą nieśmiertelność w przemianie materyi, jest równie śmiesznem, jak przepowiadać świetną przyszłość szkatułce rozbitej, lub drogim skrzypcom, które straciły swą wartość.

 Kiedy zegar bije godzinę, Andrzej Efimycz opiera się o grzbiet krzesła i zamyka oczy, chcąc chwilę pomyśleć i nagle, pod wpływem dobrych myśli, przeczytanych w książce, rzuca okiem na swą przeszłość i na swą teraźniejszość. Przeszłość jest mu nieznośną, a teraz — to, co i przedtem. On wie, że podczas gdy jego myśli obracają się razem z wystygniętą ziemią naokoło słońca, w wielkim oddziale męczą się ludzie w chorobach i w fizycznej nieczystości; być może, że niejeden nie śpi, a walczy z robactwem, inny jęczy, bo jest zbyt silnio obandażowany; może też chorzy grają w karty z dozorczyniami i piją wódkę. W ostatnim roku oszukano 12.000 osób; cały szpital tak dziś jak i przed dwudziestu laty stoi na kradzieży, na brudzie, na plotkach, na strasznem szalbierstwie; lecznica w dalszym ciągu jest zakładem niemoralnym i w wysokim stopniu szkodliwym dla zdrowia swych mieszkańców. On wie, że w szóstym pawilonie, za kratami, Nikita bije chorych i że Mosiek chodzi codzień po mieście i prosi o jałmużnę.

 Z drugiej znów struny wie on doskonale, że przez ostatnich dwadzieścia pięć lat w medycynie zaszła bajeczna zmiana. Za czasów uniwersyteckich zdawało mu się, że i medycynę wkrótce spotka los alchemii i metafizyki, teraz zaś gdy czyta po nocach, medycyna wzrusza go i budzi w nim zdziwienie a nawet zachwyt. Rzeczywiście co za niespodziewana rewolucya! Dzięki antyseptyce robią operacye, które wielki Pirogow uznawał za niemożliwe nawet in spe. Zwyczajni prowincyonalni lekarze nie wahają się zrobić resekcyę stawu w kolanie, na sto operacyi jeden tylko bywa wypadek śmierci, a kamienie żółciowe uważają za takie głupstwo, że nawet o nich nie wspominają. Radykalnie leczą syfilis. A teorya dziedziczności, hypnotyzm, odkrycia Pasteur’a i Kocha, hygiena ze statystyką, a nasza rosyjska ziemska medycyna? Psychyatrya z obecnem uklasyfikowaniem chorób, z metodami rozpoznawania i leczenia — to w porównaniu z tem, co było, cały przewrót. Teraz waryatom nie leją zimnej wody na głowę i nie ubierają ich w kaftany; obchodzą się z nimi po ludzku i nawet, jak piszą w gazetach, urządzają dla nich widowiska i bale, Andrzej Efimycz wie, że przy obecnych zapatrywaniach coś tak obrzydliwego, jak szósty pawilon może istnieć tylko w odległości dwustu wiorst od kolei żelaznej, w miasteczku, gdzie prezydent miasta i wszyscy radni, to nawpół piśmienni mieszczanie, uznający w lekarzu kapłana, któremu trzeba wierzyć bezkrytycznie, chociażby wlewał do gardła roztopiony ołów; gdzieindziej, publiczność i dzienniki oddawna rozerwałyby na kawałki tę maleńką Bastyllę.

 — No i co? — zapytuje sam siebie Andrzej Efimycz, otwierając oczy. — Co z tego? I antyseptyka i Koch i Pasteur, a istota rzeczy się nie zmienia. Chorowitość i śmiertelność ciągle te same. Urządzają dla obłąkanych widowiska i zabawy, a na swobodę ich nie puszczają. Zatem wszystko jest głupstwo i znikomość, a w rzeczywistości niema najmniejszej różnicy między najlepszą kliniką w Wiedniu i naszą lecznicą.

 Ból i jakieś uczucie podobne do zawiści długo nie dają mu wrócić do równowagi. To widocznie ze zmęczenia. Ociężała głowa opada na książkę, podsuwa pod czoło rękę, żeby mu było wygodniej, i myśli.

 »Służę złej sprawie i dostaję wynagrodzenie od ludzi, których oszukuję; nie jestem uczciwy. Ale przecież ja sam w sobie jestem niczem, jestem tylko cząstką koniecznego, społecznego zła: wszyscy powiatowi urzędnicy są szkodliwi i niepotrzebnie płatni... Z tego wynika, że ja w mej nieuczciwości nie jestem winien, to epoka winna... Gdybym przyszedł na świat dwa stulecia później, byłbym innym«.

 Gdy bije trzecia, gasi lampę i przechodzi do pokoju sypialnego. Spać mu się nie chce.

VIII.

 Przed dwoma laty ziemstwo w hojności swej postanowiło wydawać trzysta rubli rocznie w celu powiększenia personalu lekarskiego miejskiej lecznicy, zanim otworzą powiatową i wezwano Eugeniusza Teodorowicza Hobotowa do pomocy Andrzejowi Efimyczowi. To jeszcze bardzo młody człowiek, niema lat trzydziestu, wysoki brunet z silnie wystającemi kośćmi policzkowemi i maleńkiemi oczami; przodkami jego byli chyba Mongołowie. Przybył on do miasta bez grosza przy duszy, z niewielkim kuferkiem i z młodą, nieładna kobietą, którą nazywa kucharką. Kobieta ta ma dziecko chore na piersi. Eugeniusz Teodorowicz chodzi w czapce z daszkiem i w wysokich butach, w zimie zaś w krótkim kożuszku. Zaprzyjaźnił się z Sergiuszem i z kasyerem, innych urzędników uważa za arystokratów i stroni od nich. W swoim pokoju ma jedną tylko książkę; »Najnowsze recepty wiedeńskiej kliniki w 1881 roku«. Bierze zawsze tę książkę ze sobą, idąc do chorego.

 Przychodzi do szpitala dwa razy na tydzień, obchodzi cele i przyjmuje chorych. Zupełny brak antyseptyki i bańki drażnią go, ale nowych porządków nie zaprowadza, nie chcąc gniewać Andrzeja Efimycza, którego ma za starego oszusta, posądza go o duży majątek i zazdrości mu. Chętnie zająłby jego miejsce.

IX.

 Pewnego razu wieczorem na wiosnę, gdy już śnieg stopniał na ziemi i w szpitalnym ogrodzie ptaszki śpiewały, odprowadzał doktór swego przyjaciela poczmistrza do bramy. W tej samej chwili wchodził na podwórze żyd Mosiek, powracający ze swoim łupem. Był bez czapki, w płytkich kaloszach na bosych nogach; w ręku trzymał niewielki woreczek z zebraną jałmużną.

 — Dajcie, choć grosik! — zwrócił się do doktora, drżąc z zimna i uśmiechając się.

 Andrzej Efimycz, który nigdy nie odmawiał, podał mu sztukę srebra.

 — Jakże to źle — myślał, patrząc na jego bose, czerwone i wychudzone nogi. — Przecież jest mokro.

 Wzburzony do żywego uczuciem litości i wstrętu, poszedł za żydem do oficyny, spoglądając to na jego łysinę, to na zaczerwienione nogi.

 Przy wejściu doktora, Nikita zeskoczył z kupy śmieci i wyprostował się.

 — Jak się masz, Nikita — rzekł miękko Andrzej Efimycz. — Możeby temu żydowi można dać buty i czapkę, przeziębi się.

 — Słucham, wielmożny panie. Powiem nadzorcy.

 — Bądź łaskaw. Poproś go w mojem imieniu. Powiedz, że ja go o to proszę.

 Drzwi z sieni do pawilonu były otwarte. Jan Dymitrycz, leżąc na łóżku, wsparty na łokciu, z trwogą słuchał nieznajomego głosu i nagle poznał doktora. Zatrząsł się cały z gniewu, zeskoczył z pościeli i ze złą, zaczerwienioną twarzą, z oczami błyszczącemi, wybiegł na środek sali.

 — Doktór przyszedł! — zawołał i roześmiał się. — Nakoniec! Panowie, winszuję, doktór zaszczyca nas odwiedzinami swemi! Przeklęta gadzina! — jęknął w złości, jakiej u niego nie widywano, tupnął nogą. — Zabić tego potwora! Nie, mało zabić! Utopić go!...

 Andrzej Efimycz, słysząc to, wyjrzał z sieni do sali i zapytał miękko:

 — Zaco?

 — Zaco? — krzyknął Jan Dymitrycz, podchodząc do niego z groźną twarzą i konwulsyjnie otulając się swym szlafrokiem. — Zaco? Złodziej! — wyrzekł ze wstrętem, krzywiąc usta, jakby do splunięcia. — Szarlatan! Kat!

 — Niech się pan uspokoi — powiedział Andrzej Efimycz, uśmiechając się. — Zapewniam pana, że nigdy nic nie ukradłem, bardzo pan przesadza. Widzę, że się pan na mnie gniewa. Niech się pan uspokoi, proszę pana, jeśli pan może i powie mi z zimną krwią: o co się pan gniewa?

 — Dlaczego mnie tu trzymacie?

 — Dlatego, że pan chory.

 — Tak, chory. Ale przecież dziesiątki, setki obłąkanych zażywają swobody, dlatego, że wasze nieuctwo nie jest w stanie odróżnić ich od ludzi zdrowych. Czemuż więc ja i ci oto nieszczęśliwi musimy tu siedzieć za wszystkich, jak kozły ofiarne? Pan, felczer, nadzorca i cała wasza szpitalna zgraja w znaczeniu moralnem bez porównania niżej stoi od każdego z nas, czemuż więc my siedzimy, a wy nie? Gdzie logika?

 — Moralne względy i logika nic z tem wspólnego nie mają. Wszystko zależy od zwyczaju. Kogo zamknęli, ten siedzi, a kogo nie zamknęli, ten używa swobody, ot i wszystko. W tem, że ja jestem lekarzem, a pan człowiekiem chorym, niema nic do czynienia ani moralność ani logika, a tylko przypadek.

 — Nie rozumiem tych bredni... — rzekł głucho Jan Dymitrycz i usiadł na łóżku.

 Mosiek, którego Nikita nie śmiał w obecności doktora rewidować, rozłożył na swem łóżku kawałeczki chleba, skrawki papieru, kości i wciąż jeszcze trzęsąc się z zimna, wyrzekł coś prędko i śpiewnie po żydowsku. Zapewne, wydało mu się że otworzył sklep.

 — Niech mnie pan wypuści — rzekł Jan Dymitrycz i głos mu zadrżał.

 — Nie mogę.

 — Ale dlaczego, dlaczego?

 — To nie w mojej mocy. Niech pan sam osądzi co z tego za korzyść dla pana, jeśli pana wypuszczę. Pójdzie pan. A tu zatrzymają pana mieszczanie, albo policya i odprowadzą z powrotem.

 — Tak, tak, to prawda... — odparł Jan Dymitrycz, pocierając czoło. — To straszne! Ale co robić, co?

 Głos Jana Dymitrycza i jego młoda mądra twarz podobały się Andrzejowi Efimyczowi. Zapragnął przyhołubić młodego człowieka i uspokoić go. Usiadł obok niego na łóżku, pomyślał chwilę i rzekł:

 — Pyta się pan, co robić? W pańskiem położeniu najlepiej uciec. Ale niestety, to na nic się nie zda. Zatrzymają pana. Kiedy społeczeństwo odgradza się od przestępców, od umysłowo chorych i w ogóle od niedogodnych mu ludzi, wtedy jest niezwyciężone. Zostaje więc panu tylko jedno do zrobienia: uspokoić się w przekonaniu, że pobyt pański tutaj jest konieczny.

 — Nikomu to niepotrzebne.

 — Z chwilą odkąd istnieją więzienia i domy dla obłąkanych, to ktoś musi w nich siedzieć. Nie pan, to ja, nie ja, to kto inny. Niech pan poczeka, kiedy w dalekiej przyszłości więzienia i domy dla obłąkanych przestaną istnieć, nie będzie ani krat w oknach, ani szlafroków szpitalnych. Zapewne czas ten wcześniej, czy później nadejdzie.

 Jan Dymitrycz uśmiechnął się urągliwie.

 — Pan żartuje — rzekł, mrużąc oczy. — Takich panów, jak pan i pański pomocnik Nikita nie obchodzi teraźniejszość, ale może pan być pewnym, że nastaną lepsze czasy! Być może, że ja się wyrażam gminnie, pospolicie, ale zorza nowego życia zabłyśnie, prawda zwycięży i, na naszej ulicy będzie wielkie święto! Ja tego nie doczekam, zdechnę, ale zato czyjeś wnuki doczekają tego. Winszuję im z całej duszy i cieszę się dla nich! Naprzód! Niech wam Bóg błogosławi, przyjaciele!

 Jan Dymitrycz z błyszczącemi oczami wstał, wyciągnął ręce ku oknu i mówił dalej głosem wzruszonym:

 — Dla tych krat błogosławię wam! Niech żyje prawda! Cieszę się.

 — Nie widzę w tem powodu do radości — rzekł Andrzej Efimycz, któremu ruchy Jana wydały się teatralnemi, ale jednocześnie bardzo mu się podobały. — Więzień i domów dla obłąkanych nie będzie; prawda, jakeś się pan wyraził, zwycięży, ale istota rzeczy się nie zmieni, prawa przyrody zostaną te same. Ludzie będą chorowali, starzeli się i umierali, tak jak i teraz. Żeby najwspanialsza zorza oświeciła pańskie życie, ostatecznie zamkną pana w trumnie i rzucą do grobu.

 — A nieśmiertelność?

 — Daj pan spokój!

 — Pan nie wierzy, no, a ja wierzę. W Dostojewskim, czy też w Wolterze czytamy, że gdyby nie było Boga, wymyśliliby Go ludzie. A ja głęboko wierzę, że jeśli niema nieśmiertelności, to wcześniej, czy później odkryje ją wielki rozum człowieka.

 — Dobrze powiedziane — odrzekł Andrzej Efimycz, uśmiechając się z zadowoleniem. — To dobrze, że pan wierzy. Z taką wiarą może żyć spokojnie nawet i zamurowany w ścianie. Pan pobierał gdzie wyższe wykształcenie?

 — Tak, byłem w uniwersytecie, ale nie skończyłem.

 — Pan jest myślącym człowiekiem. W jakichkolwiek warunkach pan żyje, zawsze w sobie samym znajdzie pan uspokojenie. Swobodna i głęboka myśl, która prowadzi do rozumienia życia i zupełna pogarda dla głupiej znikomości tego świata — oto dwa dobra, najwyższe dla człowieka. I pan może niemi władać, choćby i za temi kratami. Dyogenes żył w beczce, a jednak był najszczęśliwszym z ludzi.

 — Pański Dyogenes był błaznem — ponuro odpowiedział Jan Dymitrycz. — Co mi pan opowiada o Dyogenesie i o jakimś tam rozumieniu? — rozgniewał się nagle i zeskoczył z łóżka. — Ja kocham życie, kocham namiętnie! Jestem chory na manię prześladowczą, dręczy mnie ciągły niepokój, ale są chwile, kiedy mnie napada żądza życia, i wtedy boję się zwaryować. Strasznie chcę żyć, strasznie!

 W wielkiem podnieceniu przeszedł kilka razy po sali i powiedział, zniżając głos:

 — Kiedy śnię, nawiedzają mnie cienie. Podchodzą do mnie jacyś ludzie, słyszę jakieś głosy, muzykę i wydaje mi się, że się przechadzam po lasach, na brzegu morza i tak namiętnie pragnę jakiejś troski, frasunków... Niech pan powie, co to tam nowego? — zapytał Jan Dymitrycz. — Co tam nowego?

 — Chce pan wiedzieć o mieście, czy tak wogóle?

 — No, naprzód niech mi pan opowie o mieście, a potem w ogóle.

 — Cóż? w mieście nudno... Niema do kogo przemówić, ani kogo posłuchać. Nowych ludzi niema wcale. Co prawda, przyjechał niedawno młody lekarz Hobotow.

 — Jeszcze przy mnie przyjechał. Cóż, cham?

 — Tak, niekulturalny człowiek. Dziwna rzecz, wie pan... Sądząc ze wszystkiego, w naszych stolicach niema umysłowego zastoju, jest ruch — a zatem muszą tam być i dzisiejsi ludzie, dlaczego więc zawsze przysyłają nam stamtąd takich, na których niewarto spojrzeć. Nieszczęśliwe miasto!

 — Tak, nieszczęśliwe miasto! — westchnął Jan Dymitrycz i roześmiał się. — A w ogóle cóż? Co piszą w dziennikach?

 W sali było już ciemno. Doktór wstał i stojąc zaczął opowiadać, co piszą zagranicą i w Rosyi i jaki się teraz daje zauważyć kierunek myśli. Jan Dymitrycz słuchał uważnie i zadawał pytania, ale nagle, przypominając sobie coś strasznego, schwycił się za głowę i położył się na łóżku tyłem do doktora.

 — Co panu jest? — zapytał Andrzej Efimycz.

 — Pan już odemnie nie usłyszy ani jednego słowa! — twardo odpowiedział Jan Dymitrycz. — Niech mnie pan opuści.

 — Dlaczego?

 — Mówię panu: niech mnie pan opuści. Do dyabła!

 Andrzej Efimycz wzruszył ramionami, westchnął, wyszedł. Przechodząc przez sień, powiedział:

 — Gdyby tak sprzątnąć można, Nikita... Strasznie ciężkie powietrze!

 — Słucham wielmożnego pana.

 »Jaki to przyjemny młody człowiek! — myślał Andrzej Efimycz, wracając do swego mieszkania. — Odkąd tu mieszkam, to pierwszy człowiek, z którym rozmawiać można. On umie rozumować i interesuje się tem, co zainteresowania godne«.

 Czytając i później, kładąc się spać, bezustannie myślał o Janie Dymitryczu, a nazajutrz rano przebudziwszy się, przypomniał sobie, ze zapoznał się z mądrym i interesującym człowiekiem i postanowił, skorzystać z pierwszej sposobności, aby znów pójść do niego.

X.

 Jan Dymitrycz leżał w tej samej pozycyi, co dnia poprzedniego, z założonemi nogami i obejmując rękami swą głowę.

 — Jak się masz przyjacielu — rzekł Andzej Efimicz. — Nie śpi pan?

 — Po pierwsze, nie jestem pańskim przyjacielem — odpowiedział Jan Dymitrycz z twarzą na poduszce — a podrugie, pan się napróżno trudzi; nie dowie się pan ani jednego słowa odemnie.

 — Dziwna rzecz... — mruknął Andrzej Efimycz wzburzony. — Wczoraj rozmawiał pan tak spokojnie, nagle obraził się pan, nie wiem doprawdy o co i odrazu przerywa pan... Może ja się w czem niezręcznie wyraziłem, albo może powiedziałem coś niezgodnego z pańskiemi przekonaniami...

 — Tak, tak, zapewne, uwierzę panu! — odparł Jan Dymitrycz, podnosząc się, urągliwie i trwożnie patrząc na doktora; oczy jego były czerwone. — Może pan iść szpiegować gdzieindziej i badać, tu pan nic nie zrobi. Jeszcze wczoraj zrozumiałem poco pan tu przyszedł.

 — Zadziwiająca wyobraźnia! — uśmiechnął się doktór. — Zatem pan przypuszcza, że ja jestem szpiegiem?

 — Tak, przypuszczam... Szpieg albo doktór, któremu polecili mnie wybadać — to na jedno wyjdzie.

 — Ach, jakiż z pana, przepraszam... dziwak!

 Doktór usiadł na stołku przy łóżku i jakby z wyrzutem pokiwał głową.

 — Ale przypuśćmy, że pan ma racyę — rzekł. — Przypuśćmy, że ja zdradziecko chwytam pana za słówko i wydaję policyi. Aresztują pana i sądzą. Ależ czyż w sądzie i w więzieniu będzie panu gorzej, niż tutaj? A jeżeli ześlą pana na osiedlenie, a nawet do ciężkich robót, czy to będzie gorsze, niż przebywanie w tym pawilonie? Przypuszczam, że nie... Czego się więc pan boisz?

 Słowa te widocznie podziałały na Jana Dymitrycza. Usiadł uspokojony.

 Była piąta wieczór — pora, kiedy Andrzej Efimycz zazwyczaj chodził u siebie po pokojach i Darjuszka zapytywała czy jeszcze nie czas podać piwo. Na dworze było cicho i jasno. Zaszedł do pawilonu.

 — Po obiedzie wyszedłem, aby się przejść i zaszedłem tutaj, powiedział doktór: — Zupełna wiosna.

 — Jaki to teraz miesiąc? marzec? — zapytał Jan Dymitrycz.

 — Tak, koniec marca.

 — Czy brudno na dworze?

 — Nie, niebardzo. W ogrodzie są już ścieżki.

 — Przyjemnie by teraz było przejechać się w karecie gdziekolwiek za miasto — powiedział Jan Dymitrycz, pocierając zaczerwienione, zapewne z bezsenności, oczy — potem wrócić do domu, do ciepłego, wygodnego gabinetu i... poradzić się porządnego lekarza na ten ból głowy... Dawno już nie żyłem po ludzku, a tu jest obrzydliwie! Brudno nie do wytrzymania!

 Był zmęczony i osłabiony po wczorajszem podnieceniu, mówił też niechętnie. Palce mu się trzęsły, a po twarzy poznać można było jak silnie boli go głowa.

 — Niema najmniejszej różnicy między ciepłym, wygodnym gabinetem, a tą lecznicą — odpowiedział Andrzej Efimycz. — Spokój i zadowolenie człowieka nie jest poza człowiekiem, ale w nim samym.

 — Jakto?

 — Zwykły człowiek oczekuje dobrych jak i złych rzeczy z zewnątrz, t. j. od karety i od gabinetu, a myślący — od siebie samego.

 — Idź pan głosić tę filozofię w Grecyi, gdzie jest ciepło i gdzie pachną pomarańcze, tutaj nieodpowiedni do tego klimat. Z kim to ja mówiłem o Dyogenesie? Czy nie z panem?

 — Tak, wczoraj ze mną.

 — Dyogenes nie potrzebował gabinetu i ciepłego mieszkania; tam i bez tego gorąco. Tam można leżeć w beczce, jedząc pomarańcze i oliwki. A zmuś go pan do mieszkania w Rosyi, wtedy nietylko w grudniu, ale w maju prosiłby się do pokoju. Zgnębiłoby go zimno.

 — Nie. Można nie odczuwać chłodu i bolu. Marek Aureliusz powiedział: »Ból jest żywem wyobrażeniem sobie bolu; wysil wolę, żeby zmienić te wyobrażenia, odrzuć je, przestań się skarżyć i ból zniknie«. Słusznie. Mędrzec, albo wprost myślący człowiek wyróżnia się właśnie tem, że pogardza cierpieniem; zawsze jest zadowolonym i niczemu się nie dziwi.

 — A zatem jestem idyotą, bo cierpię niezadowolony i dziwię się ludzkiej podłości.

 — To nadaremnie. Gdy pan częściej zastanawiać się będzie, zrozumie pan, jak znikomym jest cały ten świat zewnętrzny, który wzrusza nas. Trzeba dążyć do zrozumienia życia, w niem prawdziwe dobro.

 — Zrozumienie... — zmarszczył się Jan Dymitrycz. — Zewnętrzne, wewnętrzne. Przepraszam, ja tego nie rozumiem. Wiem tylko — rzekł, wstając i gniewnie patrząc na doktora — wiem, że Bóg stworzył mnie z gorącej krwi i z nerwów, tak! A tkanka organiczna, jeśli jest zdatna do życia, powinna reagować na każde podrażnienie. Ja też reaguję. Na ból odpowiadam krzykiem, łzami, na podłości — oburzeniem, na obmierzłość — wstrętem. Podług mnie, to właśnie nazywa się życiem. Im niższy organizm, tem mniej wrażliwy i tem słabiej odpowiada na podrażnienie, a im wyższy, tem czulszy i energiczniej reagujący na rzeczywistość. Jak można tego nie wiedzieć? Doktór takich głupstw nie wie! Żeby pogardzać cierpieniem, być zawsze zadowolonym i niczemu się nie dziwić, trzeba dojść do takiego oto stanu — i Jan Dymitrycz wskazał na tłustego chłopa — lub też zahartować się w cierpieniach do tego stopnia, żeby stracić wszelką na nie wrażliwość, t. j. inaczej mówiąc, przestać żyć. Przepraszam, nie jestem ani mędrcem, ani filozofem — mówił dalej Jan Dymitrycz, silnie rozdrażniony — ja nic z tego nie rozumiem. Nie jestem w stanie dowieść tego.

 — Przeciwnie, pan doskonale rozumuje.

 — Stoicy, których wy parodyujecie, byli znakomitymi ludźmi, ale nauka ich zamarła jeszcze przed dwoma tysiącami lat i ani jedna litera nie posunęła się naprzód i nie posunie się, bo to nauka niepraktyczna i nieżywotna. Miała powodzenie u małej garstki, spędzającej życie na studyowaniu różnych nauk, większość nie rozumiała jej. Nauka, głosząca obojętność dla bogactwa i dla wygód w życiu, pogardę dla cierpienia i dla śmierci, zupełnie niezrozumiała dla większości ludzi, bo ta większość nie zaznała nigdy ani bogactw, ani wygód; pogardzać zaś cierpieniem byłoby dla nich pogardą życia, ponieważ cała istota człowieka składa się z wrażeń, głodu, chłodu, krzywd, strat i hamletowskiego strachu przed śmiercią. W tych wrażeniach jest całe jego życie; można ich mieć za dużo, można je nienawidzieć, ale nie pogardzać niemi. Tak, powtarzam, nauka stoików nigdy nie może mieć przyszłości, a postępuje zaś jak pan widzi od początku do dnia dzisiejszego walka, czujność na ból, gotowość od odpowiadania na rozdrażnienie...

 Jan Dymitrycz stracił nagle wątek myśli, zatrzymał się i potarł czoło.

 — Chciałem coś ważnego powiedzieć i poplątało mi się wszystko — rzekł. — O czem to ja... Aha! Ktoś z pomiędzy stoików zaprzedał się w niewolę dla wykupienia swego bliźniego. Oto widzi pan, i stoik reagował na rozdrażnienie, bo dla tak wspaniałomyślnego uczynku, jak zniszczenie siebie dla dobra bliźniego, potrzeba wrażliwej i współczującej duszy. Tutaj, w tem więzieniu zapomniałem wszystko, czego się uczyłem. A weźmy Chrystusa? Chrystus odpowiadał na rzeczywistość tem, że płakał, uśmiechał się, smucił się, gniewał się, nawet tęsknił; On nie z uśmiechem szedł na cierpienie i nie pogardzał śmiercią, ale modlił się w ogrodzie Getsemańskim, żeby Go ominęła czara goryczy.

 Roześmiał się Jan Dymitrycz i usiadł.

 — Przypuśćmy, że spokój i zadowolenie człowieka nie są na zewnątrz jego istoty, a w nim samym — rzekł. — Przypuśćmy, że trzeba pogardzać cierpieniami i niczemu się nie dziwić. Ale na zasadzie czego pan to głosi? Czy pan jesteś mędrcem? Filozofem?

 — Nie, nie jestem filozofem, ale głosić to winien każdy, bo to jest rozumne.

 — Nie. Ja chcę wiedzieć dlaczego pan w sprawie zrozumienia pogardy dla cierpień i t. d. uważa się za kompetentnego? Czy pan kiedykolwiek cierpiał? Czy pan ma wyobrażenie o cierpieniu? Przepraszam, czy pana bili w dzieciństwie?

 — Nie, moi rodzice czuli wstręt do kar cielesnych.

 — A