Opowiadania. Tom I - II - Anton Czechow - ebook

Opowiadania. Tom I - II ebook

Anton Czechow

0,0

Opis

Opowiadania. Tom I - II, to zbiór 57 opowiadań Antoniego Czechowa, jednego z najsłynniejszych rosyjskich pisarzy i dramaturgów. Uznawany jest powszechnie za mistrza małych form literackich.


Wśród 57 opowiadań znajdują się takie utwory jak: Aptekarzowa, Bezbronna istota, Człowiek w futerale, Dwa romanse, Dyrektor pod kanapą, Fatalna wizyta, Kameleon, Naga narzeczona, Noc przed rozprawą sądową, Pani marszałkowa, Partia Winta, Potwarz, Rozmowa z psem, Skrzypce Rotszylda, Syrena, Śmierć urzędnika, W pociągu czy Żarcik.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 277

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0

Popularność




Anton Czechow

Wydawnictwo Avia Artis

2020

ISBN: 978-83-8226-118-9
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

TOM I

Album

Radca tytularny Kraterow, chudy i cienki jak tyczka, wystąpił naprzód i zwracając się do Żmychowa, rozpoczął w ten sposób:<  — Ekscelencjo! Do głębi wzruszeni długoletnim kierownictwem waszej ekscelencji i iście ojcowską opieką jego...  — ...w ciągu przeszło lat dziesiątka... — podpowiedział mu Zakuskow.  — ...w ciągu przeszło lat dziesiątka, my, podwładni waszej ekscelencji w dzisiejszym uroczystym... ee... dniu, ee... mamy zaszczyt ofiarować waszej ekscelencji w dowód głębokiego szacunku i głębokiej wdzięczności ten album z naszymi podobiznami i życzymy waszej ekscelencji nieopuszczania nas przez całe sławne, nieskończenie długie życie aż do samej śmierci...  — ... i ojcowską radą na drodze prawdy i postępu... — dodał Zakuskow, ocierając pot, który przy tych słowach wystąpił mu na czole.  Zakuskow widocznie pragnął przemawiać i najprawdopodobniej przygotował przemówienie.  — I oby jeszcze długo, bardzo długo — zakończył — powiewał zwycięski sztandar geniuszu waszej ekscelencji na polu pracy i świadomości społecznej!  Po bruzdach zmarszczonego lewego policzka naczelnika Żmychowa spływała wolno łza.  — Panowie! — odpowiedział Żmychow drżącym głosem. — Nie spodziewałem się w żadnym wypadku, nie przypuszczałem, że panowie uczczą tak mój skromny jubileusz... Jestem... wzruszony... do samej głębi... Nie zapomnę tej chwili do grobowej deski i... wierzajcie mi... wierzajcie mi, przyjaciele, że nikt wam tak dobrze nie życzy, jak ja... A jeśli nawet coś kiedyś miało miejsce, to tylko dla dobra panów...  Żmychow, rzeczywisty radca stanu, pocałował się z Kraterowem, radcą tytularnym, który nie spodziewał się tak wielkiego zaszczytu i zbladł z zachwytu. Następnie naczelnik zrobił ruch ręką, który miał oznaczać, że mówić więcej nie może ze wzruszenia i ...rozpłakał się, jak gdyby nie ofiarowano mu drogiego albumu, lecz przeciwnie odebrano coś.  Następnie, uspokoiwszy się nieco i wypowiedziawszy jeszcze kilka słów serdecznych, pozwolił wszystkim uścisnąć sobie dłoń i wśród owacyjnych okrzyków zeszedł na dół, wsiadł do karety i, żegnany przez wszystkich, odjechał.  Siedząc już w karecie, zmożony został nagle nawałem niedoznawanych dotąd uczuć radosnych i raz jeszcze rozpłakał się.  W domu czekała nań nowa radość. Tam bowiem rodzina, przyjaciele i znajomi urządzili mu taką owację, że zaczął wierzyć, iż istotnie wielce zasłużył się ojczyźnie i że gdyby nie on, to naprawdę kruchoby z nią było. Obiad jubileuszowy składał się z samych toastów, przemówień, pocałunków i łez. Słowem Żmychow nie mógł się spodziewać, że zasługi jego będą tak gorąco wzięte do serca.  — Panowie! — mówił jubilat przed deserem. — Dwie godzin temu otrzymałem pełne zadośćuczynienie za wszystkie udręki, przypadające w udziale urzędnikowi, który kieruje się poczuciem obowiązku, a nie formalistyką i martwą literą prawa. Przez cały czas służby mojej bezwzględnie trzymałem się zasady: nie publiczność dla nas, lecz my dla publiczności! I oto dzisiaj otrzymałem najwyższą nagrodę! Moi podwładni ofiarowali mi album... Ten oto tutaj... Jestem wzruszony...  Uroczyste fizjognomie pochyliły się nad albumem i zaczęły go oglądać.  — Piękny album! — oświadczyła córeczka Żmychowa, Ola. — Kosztuje prawdopodobnie z 50 rubli. Wspaniały! Tatusiu, daj mi ten album. Dobrze? Schowam go. Taki śliczny.  Po obiedzie Oleńka zaniosła album do swego pokoju i schowała do szuflady. Nazajutrz powyjmowała zeń fotografie urzędników, rozrzucając je po podłodze i powkładała podobizny swoich koleżanek z pensji. Galowe mundury urzędników ustąpiły miejsca białym pelerynkom pensjonarskim.  Kola, synek ekscelencji, pozbierał rozrzuconych po podłodze urzędników i pomalował im mundury czerwoną farbą. Bezwąsym porobił zielone wąsy a bezbrodym — bronzowe brody. Gdy już nie było co malować, wyciął z fotografii figurki, przekłuł im szpilkami oczy i zaczął się bawić w żołnierzy. Wyciąwszy radcę tytularnego Kraterowa, przymocował go do pudełka od zapałek i zaniósł w tym stanie ojcu do gabinetu.  — Tatku! Popatrz! Pomnik!  Żmychow roześmiał się serdecznie, pochylił się i ucałował mocno synka.  — No idź że, łobuzie i pokaż mamie. Niech mamusia też zobaczy!

Aptekarzowa

Miasteczko B..., składające się z dwóch czy trzech krzywych ulic, pogrążone jest w głębokim śnie. W zastygłem powietrzu — cisza zupełna. Słychać tylko, jak gdzieś, pewnie za miastem, szczeka pies słabym, ochrypłym tenorem. Zbliża się świt.

 Wszystko już śpi oddawna. Nie śpi tylko młoda żona prowizora, właściciela apteki w B... Kładła się już trzy razy — ale niewiadomo czemu, zasnąć nie może. Siedzi przy otwartem oknie w jednej koszuli i patrzy na ulicę. Jest jej duszno i nudno. Jest zła, taka zła, że aż się płakać chce — i również niewiadomo dlaczego. Czuje w piersi jakiś kłębek, który od czasu do czasu podchodzi jej do gardła. O kilka kroków za nią, przytuliwszy się do ściany, chrapie smacznie jej mąż. Zgłodniała, poszła, wpiła mu się w czoło, ale on nawet tego nie czuje — uśmiecha się, bo roi we śnie, że wszyscy w mieście kaszlą i stale kupują u niego krople anyżowe. Nie możnaby go zbudzić teraz ani ukłuciem, ani strzelaniem z armat, ani pieszczotami.  Apteka znajduje się na krańcu miasta i aptekarzowa ma rozległy widok na pole... Widzi jak powoli blednie wschodni kraniec nieba, jak potem zaczyna się rumienić, jakby od wielkiego pożaru. Niespodzianie z poza odległych krzaków wyłazi duża, szeroka twarz księżyca. Jest czerwony (wogóle księżyc, kiedy wyłazi z poza krzaków, zawsze jest czemś zawstydzony).  Nagle, śród ciszy nocnej, rozlegają się czyjeś kroki i brzęk ostróg. Słychać głosy.  ...To oficerowie wracają do obozu — myśli aptekarzowa.  Wkrótce ukazują się dwie postacie w białych oficerskich kitlach: jedna — wysoka i tłusta, druga — niższa i chudsza... Leniwie, krok za krokiem, wloką się wzdłuż parkanu i głośno rozmawiają. Zrównawszy się z apteką, obie postacie jeszcze więcej zwalniają kroku i patrzą na okna.  — Pachnie apteką... — mówi cienki. — Rzeczywiście apteka! Ach, pamiętam... Byłem tu w zeszłym tygodniu, kupiłem oleju rycynowego. Jest tu aptekarz z kwaśną miną i oślą szczęką. To ci, bracie, szczęka! Taką właśnie Samson poraził Filistynów.  — Tak... — mówi tłusty basem. — Śpi farmacja! I aptekarzowa śpi. Wiesz, Obtiosow, tu jest przystojna aptekarzowa.  — Widziałem. Bardzo mi się podobała... Powiedzcie, doktorze, czy ona jest w stanie kochać tę oślą szczękę?  — Nie, chyba nie kocha — wzdycha doktór, takim tonem, jakby żal mu było aptekarza. — Śpi sobie teraz za okienkiem. Co, Obtiosow? Leży z rozrzuconemi od gorąca ramionami... usteczka półotwarte... i nóżka zwisa z łóżka. Aptekarz, cymbał, nie zna się prawdopodobnie na tych skarbach. Dla niego, być może, kobieta czy butla z karbolem — to wszystko jedno!  — Wiecie co, doktorze? — mówi oficer, zatrzymując się. — Zajdźmy do apteki i kupmy coś. Może aptekarzową zobaczymy.  — Też pomysł — w nocy!  — A co? Wszak oni i w nocy obowiązani są sprzedawać.  — Niech będzie...  Aptekarzowa, schowana za firanką, słyszy głośny dzwonek. Obejrzawszy się na męża, który wciąż chrapie i uśmiecha się, kobieta narzuca na siebie lekkie poranne ubranie, kładzie na bose nogi pantofle i biegnie do apteki.  Za szklanemi drzwiami widać dwie postacie... Aptekarzowa wykręca lampę, śpieszy ku drzwiom, i otwiera; już jej nie jest nudno i nie jest zła, nawet i nie chce się jej już płakać; tylko mocno bije serce. Wchodzi grubas doktór i cienki Obtiosow. Teraz można im się przyjrzeć. Brzuchaty, ociężały doktór ma śniadą cerę i brodę. Przy każdym ruchu trzeszczy na nim kitel i występuje pot. Oficer zaś jest rumiany, bez wąsów, ma w sobie coś kobiecego i jest giętki, jak szpicruta angielska.  — Czego sobie panowie życzą? — zapytuje aptekarzowa, przytrzymując ubranie na piersiach.  — Proszę... e-e-e — za piętnaście kopiejek pastylek miętowych.  Aptekarzowa, nie śpiesząc się, bierze z półki słoik i zaczyna ważyć. Goście stoją nieruchomo i patrzą na jej plecy: doktór mruży oczy, jak syty kot, a porucznik jest pełen powagi.  — Pierwszy raz widzę, żeby dama sprzedawała w aptece — mówi doktór.  — Tu niema nic dziwnego... — odzywa się aptekarzowa, zerkając na rumianego Obtiosowa. — Mąż mój nie ma pomocników i ja mu zawsze pomagam.  — Tak... Bardzo miła apteczka! Wiele tu tych różnych słojów! I pani nie boi się kręcić wśród trucizn? Brr!  Aptekarzowa zawija pastylki i podaje je doktorowi. Obtiosow daje jej piętnaście kopiejek. Pół minuty przechodzi w milczeniu... Mężczyźni zamieniają ze sobą spojrzenia, robią krok ku drzwiom, potem znowu spoglądają na siebie.  — Proszę za dziesięć kopiejek sody — mówi doktór.  Aptekarzowa, poruszając się znowu leniwie i ospale, podnosi rękę do półki.  — Czy tu niema w aptece czegoś takiego... — mruczy Obtiosow, ruszając palcami — czegoś takiego... wie pani... alegorycznego, jakiegoś płynu ożywczego... chociażby wody selcerskiej? Czy macie wodę selcerską?  — Jest — odpowiada aptekarzowa.  — Brawo! Pani jest nie kobieta, lecz nimfa! Niech nam pani spreparuje ze trzy butelki!  Aptekarzowa prędko zawija sodę i znika w ciemnościach za drzwiami.  — Specjał! — mówi doktór, przymrużając jedno oko. — Takiego ananasu i na wyspie Maderze nie znajdziesz. Co? Co pan myśli? Jednak... słychać chrapanie. To sam pan aptekarz raczy odpoczywać.  Po chwili aptekarzowa wraca i stawia na ladzie pięć butelek. Dopiero co była w piwnicy i dlatego jest zarumieniona i trochę podniecona.  — Tss — ciszej! — mówi Obtiosow, kiedy przy otwieraniu butelki spadł jej korkociąg. — Niech pani tak nie stuka, bo się mąż obudzi.  — A jeśli się obudzi, to co?  — Śpi tak słodko... śni mu się pani... Za zdrowie pani!  — A przytem — mówi doktór, któremu odbija się po wodzie selcerskiej — mężowie — to taka nudna rzecz, że dobrzeby zrobili, gdyby ciągle spali. Ech, gdyby tak do tej wody trochę winka czerwonego!  — Czego się panu jeszcze zechciało! — śmieje się aptekarzowa.  — Cudownieby było! Szkoda, że w aptekach nie sprzedają spirytualij! Zresztą... przecież musicie sprzedawać wino, jako lekarstwo. Czy macie vinum gallicum rubrum?  — Mamy.  — Doskonale! Niech go nam pani da!  — Jaką ilość?  — Quantum satis... Najpierw niech nam pani da do wody po uncji, a potem zobaczymy. Co Obtiosow? Z początku z wodą, a potem już per se...  Doktór i Obtiosow siadają przy ladzie, zdejmują czapki i zaczynają pić czerwone wino.  — A wino, trzeba wyznać, arcypaskudne. Vinum marnissimum! Zresztą, w obecności... e-e-e... wydaje się nektarem... Pani jest czarująca! Całuję w myśli rączki pani.  — Dużobym dał za to, by móc to zrobić nietylko w myśli — mówi Obtiosow. — Słowo honoru! oddałbym życie!  — Dajmy temu spokój... — mówi aptekarzowa, rumieniąc się i przybierając minę serjo.  — Jaka jednak z pani kokietka! — śmieje się cicho doktór, patrząc na nią zpodełba, z szelmowskim wyrazem twarzy. — Oczęta wciąż strzelają! Pif! Paf! Winszuję: zwyciężyła pani! Jesteśmy pokonani!  Aptekarzowa patrzy na ich rumiane twarze, słucha ich paplania i wkrótce sama się ożywia. Tak jej teraz wesoło! Rozmawia, śmieje się, kokietuje i nawet po długich naleganiach wypija ze dwie uncje czerwonego wina.  — Mogliby panowie oficerowie z obozu częściej przychodzić do miasta — mówi. — Tu tak strasznie nudno! Umieram poprostu...  — Rozumie się — oburza się doktór. — Taki specjał... cud natury — i na pustkowiu. Jednak już nam czas. Bardzo nam było przyjemnie poznać panią... bardzo! Wiele jesteśmy winni?  Aptekarzowa podnosi wzrok na sufit i długo porusza wargami.  — Dwanaście rubli i czterdzieści osiem kopiejek — mówi.  Obtiosow wyjmuje z kieszeni gruby pugilares, długo grzebie w paczce pieniędzy i płaci.  — Mąż pani słodko śpi... ma sny... — mruczy, ściskając na pożegnanie rękę aptekarzowej.  — Nie lubię słuchać głupstw...  — Czyż to są głupstwa? Przeciwnie... to wcale nie głupstwa. Nawet Szekspir powiedział: „Szczęśliwy, kto w młodości był młody!“  — Niech pan puści rękę!  Nareszcie panowie po długich rozmowach całują rączkę aptekarzowej i z wahaniem, jakby zastanawiając się, czy czego nie zapomnieli, wychodzą z apteki.  Ona zaś prędko biegnie do sypialni i siada przy tem samem oknie. Widzi, że doktór i porucznik, wyszedłszy z apteki, oddalają się powoli o jakie dwadzieścia kroków, potem zatrzymują się i zaczynają coś między sobą szeptać. O czem?... Serce jej bije, czuje pulsowanie krwi w skroniach — lecz sama nie wie dlaczego... Serce bije mocno, jakgdyby ci dwaj, szepcząc między sobą, rozstrzygali o jej losie.  Po pięciu minutach doktór żegna się z Obtiosowem i idzie dalej, a Obtiosow wraca. Przechodzi, koło apteki raz, drugi... To zatrzymuje się u drzwi, to znowu idzie... Nareszcie daje się słyszeć lekki dzwonek.  — Co? Kto tam? — słyszy nagle aptekarzowa głos męża. — Tam dzwonią, a ty nie słyszysz! — mówi surowo aptekarz. — Co za nieporządki!  Wstaje, kładzie szlafrok i chwiejąc się w półśnie, kłapiąc pantoflami, idzie do apteki.  — Czego... panu? — zapytuje Obtiosowa.  — Proszę... proszę za piętnaście kopiejek miętowych pastylek...  Sapiąc, ziewając, zasypiając na stojąco i uderzając kolanami o ladę, aptekarz lezie na półkę i bierze słoik... Po przejściu dwóch minut aptekarzowa widzi, jak Obtiosow wychodzi z apteki i zrobiwszy kilka kroków, rzuca na zakurzoną drogę pastylki miętowe. Z poza węgła idzie ku niemu doktór... Spotykają się i gestykulując rękami, znikają w porannej mgle.  — Jaka jestem nieszczęśliwa! — mówi aptekarzowa, patrząc ze złością na męża, który się rozbiera, by się znowu położyć spać. — O jakam ja nieszczęśliwa! — powtarza, zalewając się nagle gorzkiemi łzami. — I nikt... nikt o tem nie wie...  — Zapomniałem piętnaście kopiejek na ladzie — mruczy aptekarz, zakrywając się kołdrą. — Schowaj, proszę cię. — I zaraz zasypia.

Babskie szczęście

Za chwilę miał się odbyć pogrzeb generała dywizji Zapupyrkina. W kierunku domu żałoby, przed którym grzmiała już muzyka pogrzebowa i padały słowa komendy, cisnęły się tłumy ciekawych, żądnych niezwyczajnego widoku. W ciżbie znajdowali się urzędnicy państwowi: Probkin i Swistkow. Obaj w towarzystwie żon.

 — Państwo wybaczą, tu niema przejścia! — zagrodził im drogę zastępca komisarza o miłym i sympatycznym wyrazie twarzy, gdy stanęli przed policyjnym kordonem. — Nieee mooożna! Proszę się cofnąć! Proszę państwa przecież to nie zależy odemnie! Proszę się cofnąć! Zresztą, niech i tak będzie: panie mogą przejść, ale panowie...? Nieee! W żadnym wypadku!  Panie Probkinowa i Swistkowowa aż się zarumieniły z ukontentowania. Kordon zamknął się za niemi i tyle je widziano! Mężowie pozostali po drugiej stronie tego żywego muru i oddali się mało ciekawej obserwacji pleców pieszych i konnych stróżów bezpieczeństwa.  — Przelazły! — ze złością i prawie z nienawiścią powiedział Probkin, patrząc w ślad za żonami. — Zawsze baby mają szczęście. Mężczyzna zawsze jest upośledzony w porównaniu z damską połową rodu ludzkiego. Co u licha widzą ludzie w tych babach?! Kobiety, że się tak wyrażę, najzwyklejsze, z przesądami, — mimo to przepuszczono je, a nas, choćbyśmy nawet radcami stanu byli, nie puszczą za nic na świecie.  — Dziwne jest zaiste rozumowanie pana — oświadczył zastępca komisarza, patrząc z wyrzutem na Probkina. Gdyby was wpuszczono, zaraz zaczęłoby się rozpychanie. Wnieślibyście zamieszanie, damy zaś, przez wrodzoną delikatność, nigdy sobie na nic podobnego nie pozwolą!  — Co też pan plecie? — rozgniewał się Probkin. — W ścisku kobieta zawsze się pcha. Mężczyzna stoi i patrzy w jeden punkt, a baba wymachuje rękoma, wszystkich rozpycha, aby jej, nie daj Boże, nie pognietli toalety. Tu niema o czem gadać. Kobietom zawsze dobrze się powodzi. Nie służą w wojsku, nie płacą wejścia na tańcujące wieczorki i nie podlegają karze chłosty... A za jakie, pytam, zasługi? Niewieście spadła chusteczka — podnoś bracie, wchodzi do pokoju — wstawaj i ustępuj jej krzesło, wychodzi — wyprowadzaj... A w urzędach? Żeby się dosłużyć rangi, dajmy na to radcy stanu, musimy całe życie orać, a kobieta w pół godziny, szast prast, wyszła za mąż za radcę stanu i masz! już jest poważną osobistością. Żeby zostać hrabią lub księciem, musiałbym cały świat zawojować. Szybkę zdobyć, kilka razy być ministrem, a jakaś tam pierwsza lepsza Wareńka lub Katieńka jeszcze jej mleko pod nosem nie wyschło, powierci się przed hrabią, poświdruje oczkami — i proszę! już jaśnie oświecona. Ot ty, naprzykład: jesteś sekretarzem gubernjalnym... śmiało rzec można, żeś tę rangę własną krwawicą zdobył, a twoja żona? Za jakie zasługi, pytam została panią sekretarzową? Córka popa i odrazu znalazła się w sferze urzędniczej. A coby taka robiła w urzędzie? Spróbuj no ją tylko wpuścić do biura, a zaraz ci w dzienniku podawczym wciągnie korespondencję wchodzącą do wychodzącej.  — Ale za to rodzi w bólach — wtrącił Swistkow.  — Wielkie mi rzeczy! Niechnoby stanęła tylko przed zwierzchnością, wtedyby się jej te bóle przyjemnością wydały. Wszędzie, ale to wszędzie przywileje. Jakaś gąska albo dama z naszej sfery wyrżnie czasem nawet generałowi takie kazanie, jakiegobyś nie ośmielił się wypalić chociażby egzekutorowi. Tak... Twoja żona może się przejść pod rękę nawet z radcą stanu. A spróbuj no ty radcę stanu wziąć pod rękę! Ośmiel się! W naszym domu, tuż pod nami, mieszka profesor w randze generała. Ma Annę pierwszej klasy. Cóż to jednak znaczy dla jego żony? Przez cały dzień wymyśla mu. Tak... Chociaż prostaczka i pochodzi z łyków awansowała go na... idjotę. Zresztą ślubna — więc słuszne jej prawo... Jak świat światem ślubne żony wymyślają mężom, ale teraz nie ustępują im, proszę ja ciebie, i nieślubne. Na co te sobie pozwalają, to przechodzi ludzkie pojęcie! Do końca życia nie zapomnę pewnej historji, która mnie omal o zgubę nie przyprawiła. Chyba tylko modlitwy rodziców wyciągnęły mnie z opresji. Pamiętasz? W zeszłym roku nasz generał, wyjeżdżając na urlop, wziął mnie do siebie na wieś. Miałem prowadzić korespondencję... Roboty prawie żadnej. W godzinem wszystko „odwalił“. Po pracy na spacerek do lasu lub do kredensu na ploteczki... Jak ci wiadomo, nasz generał tkwi dotychczas w kawalerskim stanie. Prowadzi dom bogato. Służby, jak psów, a żony niema. To też gospodarstwo kulało. Służba rozpuszczona jak bicz dziadowski, nieposłuszna... a wszystkiem rządzi jędza gospodyni, Wiera Nikitiszna. Ona herbatę z samowaru nalewa, obiad dysponuje, pokrzykuje na lokajów... Baba, jednem słowem, obrzydliwa, sekutnica i wilkiem jej z oczu patrzy. Gruba, czerwona, jak rak, i wiecznie rozwrzeszczana... Jak krzyknie na kogo, to ci takiego wrzasku narobi, że najchętniej byś z domu uciekł. Ten jej wrzask był najbardziej drażniący. Boże Święty! Nikomu folgi nie dała. Wszystkim do oczu skakała, jak kot. Nie dość jej było służących. Dobiera się szelma do mnie!... No, myślę sobie, pokażę ja ci, gdzie raki zimują! Wybiorę stosowną chwilę i wszystko generałowi wyśpiewam; on po uszy pogrążony jest w sprawach służbowych i nie widzi, jak go okradasz i ludziom się naprzykrzasz. Poczekaj! Otworzę ja mu na wszystko oczy! I jakbyś wiedział! Takiem ci mu oczy otworzył, żem ledwie moich na zawsze nie zamknął. Brrr!... Jeszcze teraz na samo wspomnienie tej awantury zimno mi się robi. Przechodzę pewnego razu przez korytarz i słyszę wrzask. Myślałem, że świnię zarzynają. Ale gdzie tam! To był głos Wiery Nikitiszny, która wymyślała: „Zwierzę, bydle jesteś! Djabeł!“ Zaciekawiło mnie, komu się też taka porcja dostaje. I wtem, rzecz wprost nie do uwierzenia, oto com ujrzał: otwierają się drzwi, a przez nie, jak bomba wypada nasz generał, czerwony jak piwonja, oczy wybałuszone, a włosy w takim stanie, jakby się nimi sam Lucyper zaopiekował. A ona mu w ślad: „Ty bydlę! Ty z piekła rodem!“  — Et, łżesz.  — Klnę się na wszystkie świętości, że prawdę mówię! Spociłem się, jak ruda mysz. Generał pobiegł do swego mieszkania, a ja stoję w korytarzu, jak bałwan. Zupełniem zgłupiał. Taka ordynarna chamka, kuchta, takie nic i tyle sobie pozwala! Nareszcie! — pomyślałem, — Generał ją wygnał, a ona, szelma, korzystając, że rozmowa toczy się bez świadków, wygarnęła na całego... „Wsio ryba! I tak mnie odprawią“. Aż mną poderwało... Wszedłem do jej pokoju i tak prawię: „Jakeś śmiała, ścierko jedna, tak się odzywać do wysoko postawionej osoby? Cóż ty sobie myślisz, że jak on stary i słaby, to już nikt się za nim nie ujmie? Jak ci ją przytem nie zamaluję w nalany sadłem pysk! Ze dwa razy oberwała. A ona jak się zacznie wydzierać! Mówię ci, narobiła takiego wrzasku, że się aż mury trzęsły. Zatkałem uszy i w nogi. Dopiero po upływie dwu godzin znalazł mnie w lesie jakiś wyrostek: „Pan woła“ — powiada. Idę. Wchodzę. Siedzi napuszony, jak indyk i nie patrzy na mnie.  — Cóż pan tu — mówi — w moim domu wyprawia?  — Jakto wyprawiam — pytam. — Jeżeli wasza ekscelencja ma na myśli Nikitisznę, to przecież ja się tylko za waszą ekscelencją ująłem. „Nie wtrącaj się pan do cudzych spraw rodzinnych“. Rodzinnych! Rozumiesz? I wypalił ci mi takie pater noster, któregom ledwie nie przypłacił życiem. Prawił, gadał, zrzędził, aż tu nagle, zupełnie bez powodu, parsknie śmiechem. Że też pan sobie z nią poradził! Żeś się pan na coś podobnego ważył? Dziw nad dziwy! Mam jednak nadzieję, mój drogi, że cała ta historja pozostanie między nami... Rozumiem pańskie uniesienie, jednakże po tem, co zaszło, pańska obecność w moim domu jest niemożliwa“. Ot tak... Pojmujesz? Nie mógł wyjść z podziwu, żem się odważył gruchnąć tę nastroszoną samicę. Zupełnie go zawojowała. Radca tajny, ma order Orła Białego, nie uznaje żadnej zwierzchności nad sobą, a baba go trzyma w niewoli... Kolosalne przywileje mają kobiety!... Zdejmuj no czapkę!... Niosą szczątki generała! Boże! Jaka masa orderów! No, powiedz, po kiego licha puścili tam baby? Czy się chociaż troszkę rozumieją na orderach?  Rozległy się posępne tony marsza żałobnego.

Bezbronna istota

Bez względu na silny atak podagry w nocy i wynikające stąd zdenerwowanie, Kistunow udał się rano do biura i najgorliwiej zaczął przyjmować interesantów banku. Wyraz twarzy miał ponury i zmęczony. Ledwie był zdolny mówić, ledwie oddychał, jakby niebawem miał spocząć w grobie.

 — Czym mogę służyć? — zwrócił się do kobiety w przedpotopowej szubie, której figura z tyłu przypominała nieco chrabąszcza.  — Proszę waszej ekscelencji, — zaczęła prędko trajkotać nieznajoma — mój mąż, asesor kolegialny, Szczukin chorował pięć miesięcy i gdy, z przeproszeniem pańskim leżał w domu i leczył się, bez żadnej przyczyny dano mu dymisję, a kiedy przyszłam po pensję, to proszę waszej ekscelencji, wytrącili mu z pensji dwadzieścia cztery ruble trzydzieści sześć kopiejek... Za co — pytam. A bo brał pieniądze z kasy wzajemnej pomocy i koledzy za niego ręczyli?... Co to takiego?... Czy miał on prawo brać pieniądze bez mego zezwolenia?... To niemożliwe, proszę pana. Co to znaczy? Jestem biedna kobieta i żyję z lokatorów... Jestem słaba, bezbronna istota... Wszyscy mnie krzywdzą i nikt mi dobrego słowa nie powie...  Petentka zaczęła mrugać oczyma i szukać chustki w szubie. Kistunow wziął od niej podanie i uważnie je przeczytał.  — Co to jest takiego, proszę pani? — wzruszył ramionami. — Nic nie rozumiem. Widocznie łaskawa pani mylnie trafiła. Prośba pani zupełnie nas nie dotycz. Niech się pani zwróci do instytucji, w której mąż jej pracował.  — Ach, drogi panie byłam już, w pięciu miejscach i nigdzie nawet nie chciano przyjąć podania! — odpowiedziała Szczukina. — Już głowę straciłam, nie wiedząc, co czynić. Ale zięć mój, niech mu Bóg da zdrowie, poradził mi udać się do pana: — „Niech się mamusia zwróci do pana Kistunowa, to jest człowiek wpływowy, on dla mamusi wszystko zrobi!“ Niechże mi wasza ekscelencja pomoże!  — Nic nie możemy dla pani zrobić. Zechciej pani zrozumieć: mąż pani, o ile miarkuję, pracował w wydziale wojskowo-lekarskim, a nasza instytucja jest zupełnie prywatna, handlowa... To jest bank. Czy pani tego nie rozumie?  Kistunow jeszcze raz wzruszył ramionami i zwrócił się do następnego interesanta ze spuchniętym policzkiem w wojskowym uniformie.  — Wasza ekscelencjo! — poczęła na nowo Szczukina żałosnym głosem swoje wywody. — Mąż mój był istotnie chory i mam na to świadectwo lekarskie. Oto jest, niech pan spojrzy.  — Doskonale, wierzę pani! — mocniej rozdrażniony odparł Kistunow. — Ale powtarzam pani, to nas nie dotyczy. Dziwna i nawet śmieszna historia. Czy mąż pani nie wie, dokąd się trzeba zwracać?  — On, wasza ekscelencjo, nic nie wie i tylko powtarza ciągle w kółko: — „Nie twoja sprawa, wynoś się!...“ — A czyjaż to sprawa? Przecież na moim kurku siedzi i na moim wikcie...  Kistunow znowu zwrócił się do Szczukinej i począł jej tłumaczyć, jaka jest różnica między wydziałem wojskowo-lekarskim a prywatnym bankiem. Słuchała uważnie, potakiwała głową, w końcu zaś rzekła:  — Tak, tak, tak... Rozumiem, proszę pana. W takim razie, niech ekscelencja każe mi wydać, chociażby piętnaście rubli. Gotowa jestem wziąć nie wszystko od razu...  — Uff... — westchnął ciężko Kistunow, odrzuciwszy głowę w tył. — Nie mogę pani wbić w głowę tego, co mówię! Niechże pani zrozumie nareszcie, że zwracanie się do nas z taką prośba, jest to to samo, co na przykład składać podanie o rozwód w aptece, albo w mennicy. Pani nie dopłacili, tak, to prawda, ale to nas nic nie obchodzi!  — Wasza ekscelencjo, przez całe życie będę się za pana modliła, zlituj się pan nad biedną sierotą! — zaczęła płakać Szczukina. — Jestem kobieta bezsilna i bezbronna... Ledwie żyję... Z lokatorami po sądach się włócz, za męża się staraj i przy gospodarstwie biegaj, a w dodatku jeszcze do spowiedzi się szykuję i zięć bez posady... Tylko się zdaje, że jem i piję, ale ledwie na nogach się trzymam... Całą noc nie spałam...  Kistunow poczuł, jak mu serce bije. Zrobił minę męczennika, położył rękę do serca i począł znowu jeszcze raz to samo tłumaczyć Szczukinej, ale głos mu się zerwał...  — Nie, przepraszam, nie mam sił z panią rozmawiać! — powiedział i machnął ręką. — Aż mi się w głowie kręci. Pani i nam przeszkadza i sama czas traci. Uff... Aleksy Mikołajowiczu — zwrócił się do jednego z urzędników, — niech pan z łaski swojej postara się tę sprawę wytłumaczyć pani Szczukinej.  Kistunow pozałatwiał wszystkich interesantów, wrócił do swego gabinetu, podpisał z dziesięć dokumentów, a Aleksy Mikołajewicz wciąż jeszcze zajęty był Szczukiną. Siedząc u siebie w gabinecie, Kistunow długo słyszał dwa głosy, monotonny, powściągliwy bas Aleksego Mikołajewicza i płaczliwy, skwierczący jakby głos Szczukinej.  — Jestem chora kobieta! — mówiła Szczukina. — Może na pozór jestem krzepka, ale jeżeli się przyjrzeć, to we mnie ani jednej żyłki zdrowej nie ma. Ledwie na nogach stoję i apetyt całkiem straciłam... Wprawdzie piłam dziś kawę, ale zupełnie nie czułam nawet jej smaku...  A Aleksy Mikołajewicz tłumaczył jej różnicę między wydziałami i skomplikowany system składania podań. Wkrótce jednak się zmęczył i prosił o zastępstwo buchaltera.  — Wyjątkowo nieznośnie babsko — oburzył się Kistunow, łamiąc sobie palce i co chwila podchodząc do karafki z wodą. — Jakaś idiotka, podeszwa! Mnie prawie zmęczyła i ich zgnębi... Wstrętna! Uff! Jak mi serce bije.  W pół godziny potem zadzwonił. Przyszedł Aleksy Mikołajewicz.  — No cóż tam z tą babą?  — W żaden sposób nie możemy się jej pozbyć. Jesteśmy już wprost z sił wyczerpani. My swoje, ona swoje.  — Ja... Ja nie mogę znieść jej głosu... Chory jestem, nie wytrzymam...  — Zawołam szwajcara, — powiedział Aleksy Mikołajewicz — niech ją wyrzuci.  — Ależ nie, nie! — zląkł się Kistunow. — Zacznie wrzeszczeć, a w tym domu mieszka wielu lokatorów i diabli wiedzą, co o nas pomyślą... Postarajcie się, moi drodzy, jakoś jej wytłumaczyć, że jej sprawa nas nie dotyczy.  Po chwili znowu zadźwięczał głos Aleksego Mikołajewicza. Po kwadransie zaś jego bas ustąpił donośnemu tenorowemu głosowi buchaltera.  — Wy-jąt-kowo nieznośna baba! — oburzał się Kistunow, nerwowo wzruszając ramionami. — Głupia jak gęś, pal ją diabli. Zdaje się, że znowu wraca moja podagra... Znowu migrena...  W sąsiednim pokoju, Aleksy Mikołajewicz wreszcie zupełnie wyczerpany, uderzył palcem w stół, potem zaś dotknął się czoła.  — Słowem, pani ma na plecach nie głowę, a ot, co...  — No proszę, proszę! — obraziła się stara. — Swojej żonie stukaj... Ananas! Ręce przy sobie trzymaj!  Patrząc na nią z nienawiścią i wściekłością, jakby ją chciał połknąć, Aleksy Mikołajewicz wyrzekł cichym, przytłumionym głosem:  — Wynoś się stąd!  — Co? Co? — zawyła nagle Szczukina. — Jak pan śmie, jestem słaba, bezbronna kobieta. Jak pójdę do adwokata, to po tobie śladu nie zostanie. Trzech lokatorów wpakowałam do kozy, a za twoje zuchwałe słowa będziesz się jeszcze u nóg moich tarzał. Ja do waszego generała pójdę. Wasza ekscelencjo, wasza ekscelencjo!  — Wynoś się stąd, cholero jedna! — zasyczał Aleksy Mikołajewicz.  Kistunow otworzył drzwi i wejrzał do kancelarii.  — Co się tu stało? — spytał płaczliwym głosem.  Szczukina, czerwona, jak rak, stała pośrodku pokoju i przewracając oczami, uderzała palcem w powietrze przed siebie. Opodal urzędnicy banku, również czerwoni ze zmęczenia, zmordowani, spoglądali na siebie wzajemnie.  — Wasza ekscelencjo! — rzuciła się ku Kistunowi Szczukina. — Otóż ten, ten tutaj! — wskazała na Aleksego Mikołajewicza. — Postukał sobie palcem po stole, a potem po czole... Pan mu kazał rozpatrzeć moją sprawę, a on się naigrawał ze mnie. Jestem słaba, bezbronna kobieta. Mój mąż jest asesorem kolegialnym, a ja sama jestem majorówna z domu...  — Dobrze, proszę pani! — zajęczał Kistunow. — Ja rozpatrzę... Postaram się... Niech pani przyjdzie później.  — A kiedy dostanę, wasza ekscelencjo? Mnie pieniądze dziś są potrzebne.  Kistunow drżącą ręką potarł czoło, westchnął i znów jął tłumaczyć rzecz całą od początku.  — Łaskawa pani, ja już powiedziałem. Tu jest bank, instytucja prywatna, handlowa. Czego pani od nas chce? I niech pani wreszcie zrozumie, że pani nam przeszkadza!  Szczukina wysłuchała i westchnęła.  — Tak, tak, — potakiwała. — Ale niech pan będzie łaskaw. Całe życie będę się za pana modliła, ekscelencjo, proszę być dla mnie wyrozumiałym, jak ojciec rodzony. Jeżeli świadectwa lekarskie nie wystarczą, to mogę przedstawić świadectwa z cyrkułu. Niech pan każe mi wydać pieniądze.  Kistunowi zamroczyło się w oczach. Wypuścił powietrze, jakie tylko miał w płucach i bez sił upadł na krzesło.  — Ile pani chce? — zapytał słabym głosem.  — Dwadzieścia cztery ruble, trzydzieści sześć kopiejek.  Kistunow wyjął z kieszeni pugilares, odliczył dwadzieścia pięć rubli i podał Szczukinej.  — Bierz i odchodź!...  Szczukina zawinęła w chustkę pieniądze, schowała je i ze słodkim, delikatnym, a nawet zalotnym uśmiechem spytała:  — Wasza ekscelencjo, a czy nie mógłby mój mąż znowu wrócić na posadę?  — Odjeżdżam... Jestem chory... — powiedział Kistunow mdlejącym głosem. — Mam straszne bicie serca...  A gdy rzeczywiście wyszedł do domu, Aleksy Mikołajewicz posłał woźnego po krople laurowe i wszyscy urzędnicy zażyli po dwadzieścia kropli, dopiero wtedy zasiedli do dalszej pracy.  Szczukina zaś siedziała jeszcze około dwóch godzin w przedpokoju i rozmawiała z odźwiernym, oczekując powrotu Kistunowa.  Przyszła i następnego dnia.

Bezprawie

Odbywając zwykły spacer wieczorny, asesor kolegjalny Migujew zatrzymał się przy słupie telegraficznym i ciężko westchnął. Tydzień temu, kiedy wracał do domu z przechadzki, dogoniła go na tem samem miejscu jego była służąca Jagna i syknęła z wściekłością:

 — Poczekaj-mi! Już ja ci takiego stołka podstawię, że będziesz wiedział, jak uczciwe dziewczyny hańbić! I dziecko ci podrzucę, i do sądu pójdę, i żonie wszystko powiem...  I zażądała od niego, żeby złożył w banku na jej imię pięć tysięcy rubli. Migujew przypomniał to sobie, westchnął i raz jeszcze ze szczerą skruchą wyrzucał sobie chwilę zapomnienia, która mu przysporzyła tyle kłopotów i cierpień.  Doszedłszy do swojej willi, Migujew usiadł na ganeczku, żeby wypocząć. Była punktualnie godzina dziesiąta. Żywej duszy nie było ani na ulicy, ani przy willach: starzy letnicy kładli się już spać, a młodzi spacerowali po lesie. Szukając po kieszeniach zapałek dla zapalenia papierosa, Migujew natknął się łokciem na coś miękkiego; rzucił więc odniechcenia okiem pod swój prawy łokieć i... nagle twarz wykrzywiło mu takie przerażenie, jakgdyby ujrzał obok siebie żmiję. Na ganeczku, przy samych drzwiach, leżało jakieś zawiniątko. Coś podłużnego zawinięte było w coś takiego, co poomacku wydawało się haftowaną kołderką. Zawiniątko było z jednego końca otwarte. Asesor kolegjalny wsunął do wnętrza rękę i natrafił na coś ciepłego i wilgotnego. W przerażeniu zerwał się na równe nogi i obejrzał dookoła, jak przestępca, który zamierza uciec z pod straży...  — A jednak podrzuciła! — z wściekłością wycedził przez zęby, zaciskając pięści. — Oto leży tu... leży bezprawie! O, Jezu!  Ze strachu, złości i wstydu osłupiał... Co teraz począć? Co powie żona, gdy się dowie? Co powiedzą koledzy z urzędu? Ekscelencja z pewnością poklepie go po brzuchu, parsknie śmiechem i powie: „Winszuję... chi-chi-chi!... Stary, ale jary... filut z pana, Siemion Erastowicz!“. Całe letnisko dowie się o jego tajemnicy, a szanowne matrony gotowe wymówić mu domy. O podrzutkach piszą we wszystkich gazetach i w ten sposób skromne nazwisko Migujewa rozgłoszone będzie po całej Rosji...  Środkowe okno jego willi było otwarte i słychać było najwyraźniej, jak Anna Filipowna, żona Migujewa, nakrywała do kolacji; na podwórzu, tuż za bramą, stróż Jermołaj pobrzękiwał monotonnie na bałałajce... Niech-no się tylko niemowlę przebudzi i zakwili, a tajemnica zostanie natychmiast odkryta. Migujew uczuł niezwyciężoną konieczność pośpiechu.  — Prędzej, prędzej — mruczał. — Natychmiast, dopóki nikt nie zauważył. Zaniosę dokądciś, położę na cudzym ganku...  Migujew chwycił jedną ręką zawiniątko i cichutko, równym krokiem, żeby nie wzbudzać podejrzeń ruszył ulicą...  — Dziwnie ohydna sytuacja — myślał, starając się robić obojętną minę. — Asesor kolegjalny idzie ulicą z niemowlęciem! O Boże, jeżeli ktokolwiek zobaczy i domyśli się o co chodzi — jestem zgubiony... Położę je może na tym ganku... Nie, hola, tu są otwarte okna i może ktoś wygląda. Gdzieby go tu?... Aha, spróbuję je zanieść do willi kupca Miełkina... Kupcy — to ludzie bogaci i litościwi; może jeszcze będą wdzięczni i wezmą je na wychowanie...  I Migujew zdecydował zanieść niemowlę bezwarunkowo do Miełkina, jakkolwiek willa kupiecka położona była na przeciwległym krańcu letniska, nad samą rzeką.  — Byle mi się nie rozwrzeszczało i nie wypadło z zawiniątka — myślał asesor kolegjalny. — Masz ci los: dziękuję! tegom się nie spodziewał! Pod pachą niosę żywego człowieka, niczem tekę. Żywy człowiek z duszą, zmysłami, jak wszyscy inni... Jeżeli, pomimo wszystko, Miełkinowie wezmą je na wychowanie, to bodaj-że może jeszcze z niego wyrosnąć jakiś taki... Może jeszcze zostać profesorem, wodzem, pisarzem... Przecież wszystko bywa na świecie! Teraz niosę go pod pachą, jak jakąś ścierkę, a za jakie 30—40 lat może mi przyjdzie stać przed nim na baczność...  Gdy Migujew przechodził przez wąski, opustoszały zaułek, obok długich płotów, w gęstym cieniu lip, zaczęło mu się nagle zdawać, że popełnia coś okrutnego i zbrodniczego. „A jednak jakie to, w gruncie rzeczy, nikczemne! — pomyślał. — Coś tak nikczemnego, że chyba nic nikczemniejszego wymyśleć niesposób... No i z jakiej racji przerzucamy to nieszczęsne maleństwo z ganku na ganek? Czy ono temu winne, że się urodziło? Szubrawcy z nas... Lubimy siać, a zbierać każemy niewinnym niemowlętom... Wystarczy wniknąć w tę sprawę. Ja siałem rozpustę, a to dzieciątko czeka przecież okrutny los... Podrzucę je Miełkinom, Miełkinowie oddadzą je do domu wychowawczego, a tam sami obcy, wszystko tak biurokratycznie... ani pieszczot, ani miłości, ani zabaw... Oddadzą je później do szewca... rozpije się, nauczy kląć, będzie zdychać z głodu. Do szewca, a to przecież syn asesora kolegjalnego, krew szlachetna... To moje — kość z kości, krew z krwi“...  Migujew wyszedł z cienia lip na drogę, zalaną światłem księżycowem i, rozwinąwszy zawiniątko, spojrzał na niemowlę.  — Śpi — szepnął. — Widzisz go, nos ma, szelma, garbaty, ojcowski... Śpi i nie czuje, że rodzony ojciec patrzy... Trajedja, braciszku... Cóż robić, wybacz... Daruj, bracie... To już widać, takie twoje przeznaczenie...  Asesora kolegjalnego coś połechtało pod powiekami; poczuł, że po twarzy łazi coś w rodzaju mrówek... Zawinął niemowlę, wziął je pod pachę i poszedł dalej. Przez całą drogę do samej willi Miełkinów, tłoczyły mu się do łba zagadnienia społeczne, a wewnątrz gryzło go sumienie.  — Gdybym był coś wart, gdybym był uczciwym człowiekiem — pomyślał — plunąłbym na wszystko, poszedłbym z tem maleństwem do Anny Filipowny, padłbym przed nią na kolana i powiedział: „Daruj mi! Grzeszny jestem! Dręcz mnie, ale nie gubmy niewinnego dziecięcia. Dziatek nie mamy; weźmy je na wychowanie!“ To dobre babsko, zgodziłaby się... I miałbym dziecko przy sobie... Et!...  Migujew doszedł do willi Miełkina i zatrzymał się niezdecydowany... Wyobraził sobie, że siedzi w swoim salonie i czyta gazetę, a o niego ociera się chłopczyk z garbatym noskiem i bawi się frendzelkami jego szlafroka... Jednocześnie tłoczyli się w jego wyobraźni mrugający dwuznacznie koledzy biurowi i ekscelencja, parskający śmiechem, klepiący go po brzuszku... A wewnątrz, obok gryzącego sumienia, czuł coś pieszczotliwego, ciepłego, smętnego...  Asesor kolegjalny położył ostrożnie niemowlę na stopniu tarasu i machnął ręką. I znowu po jego twarzy z góry na dół jakby zaczęły łazić mrówki...  — Przebacz mi, bracie, łotrowi! — szepnął. — Nie złorzecz mi!  Zrobił już krok w tył, ale nagle chrząknął zdecydowanie i postanowił:  — E, było nie było! Gwizdać mi na wszystko! Zabiorę je i niech ludzie szczekają, co im się żywnie podoba!  Migujew zabrał niemowlę i szybkim krokiem ruszył z powrotem.  — Niech mówią, co im się podoba — pomyślał. — Pójdę natychmiast, stanę na klęczkach i powiem: Anno Filipowno! To poczciwe babsko, zrozumie... I będziemy je wychowywać... Jeśli to chłopiec, nazwiemy go Włodzimierzem, jeśli dziewczynka, to — Anną... W najgorszym razie na stare lata będzie pociecha...