Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Starcie dwóch królestw nadciąga! Lojalność zostaje poddana próbom, miłość jest zagrożona, a śmiertelny wróg powraca w zachwycającym zakończeniu serii bestsellerowej autorki Brigid Kemmerer.
Zmierz się ze strachem, stocz bitwę.
Emberfall się rozpada, rozdarte pomiędzy tymi dającymi wiarę, że Rhen jest pełnoprawnym księciem, a tymi, którzy skłonni są rozpocząć nową erę pod rządami Greya, prawowitego dziedzica. Grey zgodził się zaczekać dwa miesiące, zanim zaatakuje Emberfall. W tym czasie książę odwraca się od wszystkich, nawet od Harper, podczas gdy ona desperacko próbuje pomóc mu odnaleźć ścieżkę wiodącą do utrzymania pokoju.
Stocz bitwę, uratuj królestwo.
Jednocześnie Lia Mara zmaga się z trudami rządzenia Syhl Shallow łagodniejszymi metodami niż jej matka. Lecz po latach cieszenia się pokojem, po tym, jak magia została wypędzona z kraju, niektórzy z poddanych są wściekli na młodą królową, że u jej boku stoją książę władający magią oraz scraver. Kiedy zbliża się termin wyznaczony przez Greya, Lia Mara zadaje sobie pytanie, czy potrafi stać się królową, jakiej potrzebuje jej kraj.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej szesnastego roku życia. Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 497
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: A Vow So Bold and Deadly
Copyright © Brigid Kemmerer 2021
Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo Nowe Strony, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redaktorka prowadząca: Sandra Pętecka
Redakcja: Alicja Chybińska
Korekta: Agnieszka Nikczyńska-Wojciechowska, Monika Baran, Martyna Góralewska
Skład i łamanie: Paulina Romanek
Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka
ISBN ISBN 978-83-8418-935-1 • Wydawnictwo Nowe Strony • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
GREY
Pogoda zaczęła się zmieniać, wzmógł się zimny wiatr nadciągający z gór i wślizgnął się wprost pod moją skórzaną, obitą futrem kurtkę. W Syhl Shallow jest zimniej niż byłoby w Emberfall, lecz minęło już tyle czasu, odkąd odczuwałem stopniowe przejście jesieni w zimę, że rozkoszowałem się tą zmianą.
Inni zgromadzili się wokół centralnego kominka płonącego w głównej sali Kryształowego Pałacu, popijając pierwszą zimową partię wina, ale Iisak nienawidzi ciepła, więc ja stawiam czoła panującym na werandzie ciemności i zimnu, żeby pograć z nim w kości. Jedyny płomień, jaki się tu pali, to ten znajdujący się w szklanym słoju stojącym na stole pomiędzy nami.
Iisak potrząsa srebrnymi kośćmi w dłoniach, a potem wyrzuca je na stół.
– Na srebrzyste piekło – mamroczę, oceniając jego rzut.
Jestem dobry w kartach, ale zdaje się, że kości mnie nienawidzą. W grze w karty niesamowicie ważny element stanowi strategia, natomiast kośćmi rządzi nic więcej jak tylko przypadek. Rzucam monetę na stół, uznając wygraną przeciwnika.
Iisak się uśmiecha i podczas gdy ciemność maluje czarne oczy i szarą skórę mężczyzny jeszcze ciemniejszymi odcieniami, jego kły lśnią w świetle księżyca.
Chowa monetę do kieszeni, choć zapewne odda ją później Tycho. Rozpieszcza chłopaka jak stara babcia. Albo jak ojciec, który tęskni za kiedyś utraconym synem.
– Gdzie jest twoja młoda królowa? – pyta.
– Lia Mara je kolację z jedną z Izb Królewskich.
– Bez ciebie?
– Poprosili o prywatną audiencję, a ona ma obowiązek ich uszczęśliwić.
Izby Królewskie wywierały presję na poprzedniej królowej przed tym, jak ją zabito, ale Karis Luran rządziła twardą ręką i potrafiła utrzymać ich w ryzach. Teraz, kiedy Lia Mara jest u władzy, a Syhl Shallow rozpaczliwie potrzebuje zapasów, presja, aby znaleźć szlaki handlowe przez Emberfall, jeszcze się podwoiła. Zwłaszcza że Lia Mara nie chce kontynuować twardych rządów swojej matki.
Wzruszam ramionami i zbieram kości.
– Nie każdemu tutaj odpowiada magia, Iisak.
– Domyśliłem się tego po reakcji tłumu, Wasza Wysokość. – Rozgląda się po zacienionej i pustej werandzie, jedynie ze strażnikami stojącymi przy drzwiach.
– No wiesz – odpowiadam wymijająco. – Zimno dzisiaj.
Ale ma rację, to pewnie przez magię.
Dogaduję się z większością straży i żołnierzy w Syhl Shallow, lecz tutaj panuje między nami dystans, którego przyczyn nie mogę dokładnie określić. No i nieufność. Na początku myślałem, że to przez to, iż uważali mnie za wiernego Emberfall i dlatego, że stałem po stronie Lii Mary, gdy zabiła swoją matkę, aby objąć tron.
Ale z czasem ta nieufność zaczęła być coraz bardziej widoczna, gęstniała za każdym razem, kiedy leczyłem jakiś uraz albo odpędzałem przeciwnika na polu treningowym. Dawała się też zauważyć, gdy wchodziłem do zbrojowni, by odłożyć broń. Rozmowy nagle cichły, a małe grupki się rozpraszały.
Silny podmuch wiatru przetacza się przez werandę, gasząc świecę.
Czuję, jak przechodzi mnie dreszcz.
– Jak już mówiłem…
– Powinniśmy skorzystać z okazji, że jesteśmy sami – oznajmia Iisak, a jego głos jest niższy, cichszy i pozostający poza zasięgiem uszu moich strażników.
Unoszę palec nad świecą i zaczynam kręcić nim kółka, pozwalając gwiazdom w swojej krwi tańczyć pod opuszkami palców. To, co kiedyś było wyzwaniem, teraz nie wymaga wysiłku. Płomień znów ożywa.
– Myślałem, że właśnie korzystamy.
– Nie potrzebuję już więcej twoich monet.
Uśmiecham się.
– No cóż, to dobrze, bo nie mam ich za dużo.
Nie uśmiecha się w odpowiedzi, więc i ja przybieram poważniejszy wyraz twarzy. Iisak jest królem na własnych zasadach, chociaż przysiągł mi służyć przez rok. Został uwięziony w klatce w Emberfall, a Karis Luran trzymała go na łańcuchu. Proponowałem wiele razy, że go uwolnię, ale on zawsze odmawiał. Nie wiem, czy zasłużyłem na taką lojalność, zwłaszcza od kiedy mam świadomość, co utracił: najpierw syna, który zaginął, a później tron w Iishellasie. Kiedy zabiega o moją uwagę, staram się, jak mogę, żeby mu ją okazać.
– Czego potrzebujesz? – dociekam.
– Nie tylko mieszkańcy Syhl Shallow boją się magii. – W odpowiedzi marszczę brwi. Mówi o Rhenie, moim bracie.
Za każdym razem, jak o tym pomyślę, czuję ucisk w środku.
– Kiedyś powiedziałeś, że nie chcesz być z nim w stanie wojny – przypomina Iisak.
Spoglądam na kości do gry w swojej ręce i obracam je pomiędzy palcami.
– Ciągle nie chcę.
– Zacząłeś przygotowywać wojska w imieniu Lii Mary.
Zamykam w dłoni srebrne sześciany.
– Tak.
– Skarbce Syhl Shallow zaczęły się opróżniać. Najprawdopodobniej będziesz miał tylko jedną szansę, aby się mu przeciwstawić. Straty po ostatniej bitwie z Emberfall były wystarczająco duże za sprawą potwora księcia Rhena. Drugi najazd nie będzie możliwy. – Przerywa. – A ty dałeś mu sześćdziesiąt dni na przygotowanie się do następnej bitwy.
– Wiem.
– Nieważne jak bardzo chcesz chronić życie poddanych, te walki nie obędą się bez strat.
– To też wiem.
Następny podmuch wiatru przelatuje przez werandę, ponownie zdmuchując płomień świecy. Tym razem przywołał go Iisak. Nauczyłem się wyczuwać jego magię, i to, jak krąży w powietrzu, tak jak moja krąży w krwi.
Spojrzałem na niego i przywołałem płomień z powrotem.
Nadciąga kolejny podmuch, a ja mrużę oczy. Iisak zawsze przegina. Kiedy zacząłem uczyć się kontrolować magię, było to dla mnie frustrujące, ale czerpałem radość z tego wyzwania. Trzymam palec prosto, a płomień zmaga się z powietrzem. Gwiazdy pojawiają się w moim polu widzenia, podczas gdy staram się utrzymać magię w miejscu. Wiatr przybrał na sile tak mocno, że aż szczypie mnie w oczy i porywa mój płaszcz. Skrzydła Iisaka rozpościerają się, ale płomień nie gaśnie.
– Pamiętasz, gdy mówiłem, że mi zimno? – przypominam.
Znów się uśmiecha i pozwala, aby wiatr zawirował, aż w końcu znikł.
Po nagłym rozpłynięciu się jego magii, płomień na chwilę się zwiększa, przez co wosk zaczyna spływać po bokach świecy. W tym momencie ja również odpuszczam.
– Może byłoby dobrze, gdybyśmy pokazali podwładnym Lii Mary, jak użyteczna może być magia – oświadcza.
Myślę o ludziach, którzy zostali uleczeni przez moją moc. Sposób, w jaki byłem w stanie utrzymać wrogów z dala od siebie, a także od każdego walczącego razem ze mną, choć o wiele mniej sprawnie.
– Już to zrobiłem.
– Nie mam na myśli tego, żebyś tylko wzmocnił swoje siły obronne.
Obserwuję go uważnie.
– Masz na myśli to, abym użył magii przeciwko Rhenowi. – Robię pauzę. – On dokładnie tego się boi.
– Powiedziałeś mu, że wysyłasz wojsko. Będzie przygotowany na odwet, a także gotowy na walkę z dystansu, tak jak to mają w zwyczaju królowie.
Ale pozostanie bezbronny wobec magii.
Jestem tego pewien, bo już kiedyś tak było.
– Rhen cię zna – zauważa Iisak. – Spodziewa się przemocy. Spodziewa się zbrojnej napaści. Spodziewa się skutecznego, brutalnego ataku, zupełnie innego od tego, jaki został wysłany przez Karis Luran. Zgromadziłeś armię i równie dobrze możesz złożyć przysięgę.
– Nie lekceważ go. – Myślę o bliznach po bacie na moich plecach. Na plecach Tycho. – Przyparty do muru, Rhen potrafi być bardzo okrutny.
– Tak, Wasza Wysokość. – Iisak sprawia, że płomień znów migocze, odbijając się w jego czarnych ślepiach. – Ty też potrafisz.
RHEN
Po raz kolejny jesień zawitała do zamku Ironrose. Pierwszy lodowaty podmuch tego sezonu wdarł się przez okno, wywołując u mnie mimowolny dreszcz. Od wielu miesięcy nie potrzebowałem porannego ognia, lecz dziś w powietrzu wyraźnie czuć było nadchodzący mróz. Coraz bardziej korciło mnie, by przywołać służącego i rozkazać mu rozpalić palenisko.
Ale tego nie robię.
Praktycznie od zawsze byłem przerażony samą myślą o początku cyklu, bo ten oznaczał, że klątwa znów się rozpoczęła. Ponownie będę miał osiemnaście lat i znów zostanę uwięziony w niekończącej się powtórce jesieni. Będę sam z Greyem, moim poprzednim dowódcą straży, próbując znaleźć dziewczynę, która pomogłaby zdjąć ze mnie klątwę dręczącą mnie i całe Emberfall.
Tej jesieni Greya nie ma.
Tej jesieni posiadam u swojego boku dziewczynę.
Tej jesieni myślę, że po raz pierwszy mam dziewiętnaście lat.
Klątwa została złamana.
Nie czuję tego.
Lilith, zaklinaczka, która wcześniej rzuciła na mnie przekleństwo, teraz więzi zaś w inny sposób.
Harper, nazwana później księżniczką Disi, zdjęła klątwę i przysięgła pomóc poddanym, właśnie wymachuje mieczem na dziedzińcu pod moim oknem razem z Zo, jej najbliższą przyjaciółką. Kiedyś była strażniczką Harper, ale potem pomogła Greyowi uciec. Nie odbiorę ukochanej najlepszej przyjaciółki, ale nie mogę akceptować strażników, którzy pokazują podzieloną lojalność.
Napięcie i tak jest już na wystarczająco wysokim poziomie.
Dziewczyny odskakują od siebie, dysząc ciężko, lecz Harper niemal natychmiast z powrotem wraca do pozycji.
Wywołuje to we mnie uśmiech. Dziecięce porażenie mózgowe sprawia, że szermierka to dla niej wymagające zadanie – niektórzy powiedzieliby niemożliwe – ale ona jest najbardziej zdeterminowaną osobą, jaką znam.
Niespodziewanie cichy głos przemawia do mnie zza moich pleców:
– Och, Wasza Wysokość, to takie urocze, że Harper myśli, iż zdoła osiągnąć dobre wyniki.
Mój uśmiech gaśnie, ale nie odwracam się od okna.
– Lady Lilith.
– Proszę o wybaczenie, że przerwałam pańskie rozważania – oznajmia.
Nie odzywam się. Nie muszę jej niczego wybaczać.
– Zastanawiam się, jak sobie poradzi na ulicach Disi, jeśli przegrasz walkę z najeźdźcami z Syhl Shallow.
Nie poruszam się nawet o milimetr. Często grozi, że zabierze ją z powrotem do Waszyngtonu DC, gdzie nigdy jej nie znajdę. Gdzie nie będzie miała na kim ani na czym polegać, czy też jak wrócić do Emberfall.
Lilith ignoruje moje milczenie.
– Nie powinieneś przygotowywać się do wojny?
Tak, to wysoce prawdopodobne, że powinienem. Grey dał mi sześćdziesiąt dni na oddanie władzy nad królestwem, a jeśli do tego nie dojdzie, pomoże Lii Marze odebrać mi je siłą. Przebywa teraz w Syhl Shallow, przygotowując armię przeciwko mnie. Nie jestem pewien, co nim tak naprawdę kieruje. Wiem, że kraj desperacko potrzebuje dostępu do szlaku handlowego, ale może dąży on do objęcia tronu, którego już kiedyś się wyrzekł.
Tak czy inaczej, zaatakuje Emberfall. Zaatakuje mnie.
– Jestem gotowy – oświadczam.
– Nie widzę żadnych gromadzących się wojsk. Żadnych dowódców planujących działania zbrojne w twoich salach wojennych. Żadnych…
– Teraz jesteś strategiem wojennym, Lilith?
– Wiem, jak wygląda wojna.
Mam ochotę błagać ją, żeby odeszła, ale to tylko sprawi, że będzie się ociągać. Kiedy Greya uwięziono tutaj ze mną, pocieszał mnie fakt, że nie cierpię w samotności.
Teraz zostałem sam i jest to takie… bolesne.
Harper i Zo cały czas ćwiczą na dziedzińcu walkę na miecze.
– Nie ścigaj jej ostrza, moja pani – nawołuję.
Rozdzielają się i Harper spogląda w górę zdziwiona. Brązowe kręcone włosy zaplotła w niesforny warkocz przewieszony przez ramię, ma na sobie skórzane ochraniacze oraz pozłacany napierśnik, jakby była stworzona do trzymania broni i przynależenia do rodziny królewskiej. Wygląda zupełnie inaczej od tej zmęczonej i brudnej dziewczyny, którą Grey przywlókł z Waszyngtonu DC wiele miesięcy temu. Teraz jest wojowniczą księżniczką, z głęboką blizną na policzku i drugą biegnącą przez talię, obie powstały dzięki uprzejmości tej okropnej wiedźmy stojącej za mną.
Kiedy Harper na mnie patrzy, jej wzrok zawsze bada rysy mojej twarzy, jakby podejrzewała, że coś ukrywam. Jakby była wkurzona, nawet jeśli tego nie wyraża.
Lilith czeka w cieniu. Raz zdarzyło się, że Harper zaprosiła mnie do swojej komnaty, aby zapewnić mi schronienie przed zaklinaczką. Chciałbym, żeby znów tak zrobiła.
Od miesięcy nie przebywałem w jej komnatach. Za dużo jest między nami niedopowiedzeń.
– Nie wiedziałam, że mnie obserwujesz – oświadcza Harper, chowając miecz do pochwy, jakby była niezadowolona z tego powodu.
– Tylko przez chwilę. – Waham się. – Wybacz mi.
Gdy tylko wypowiadam te słowa, marzę, aby je cofnąć. To brzmi, jakbym przepraszał za coś innego. Może i tak jest.
Musiała słyszeć ciężar w moim tonie, bo marszczy brwi.
– Obudziłam cię?
Tak jakbym kiedykolwiek mógł spać.
– Nie.
Wpatruje się we mnie czujnie, a ja nie spuszczam oka z niej. Chciałbym zdradzić wszystkie tajemnice wiszące między nami, chciałbym powiedzieć o Lilith, chciałbym zdobyć jej wybaczenie i odzyskać zaufanie.
Wolałbym cofnąć tyle rzeczy.
– Nie wiem, co masz na myśli – oświadcza. – O ściganiu jej ostrza.
– Mogę przyjść i ci pokazać – proponuję.
Jej twarz tężeje na krótką chwilę, a moje serce przestaje bić. Jestem niemal pewien, że odmówi. W końcu już wcześniej spotkałem się z taką odpowiedzią, ale wtedy odpowiada:
– No dobrze, zejdź na dół.
Ulga i radość uderzają we mnie gwałtownie. Do czasu, aż rozbrzmiewa głos Lilith:
– Tak – mówi. – Idź, Wasza Wysokość. Pokaż jej, jaką mocposiada twoja broń.
Obracam się i patrzę na nią gniewnie.
– Zostaw ją w spokoju, Lady Lilith – szepczę wściekle. – Jeśli tak bardzo niepokoją cię moje przygotowania do wojny, to może znajdź sobie jakieś zajęcie i przydaj się na coś, zamiast dręczyć mnie swoimi dziecinnymi rozgrywkami.
Śmieje się.
– Jak pan sobie życzy, książę Rhenie.
Wyciąga rękę, jakby chciała dotknąć mojego policzka, a ja odskakuję do tyłu, wpadając na ścianę. Jej dotyk może poparzyć niczym ogień – albo gorzej.
Uśmiech Lilith rozszerza się jeszcze bardziej. Zaciskam palce w pięści, ale ona znika.
Z dziedzińca na dole słyszę, jak Harper woła:
– Rhen?!
Biorę urywany wdech i wracam do okna. Słońce znajduje się już wysoko na niebie, a jego światło osiada na jej ciemnych włosach, rozświetlając je refleksami złota i miedzi. Powinienem przygotowywać się do wojny, ale czuję, jakbym właśnie brał udział w jednej z nich.
– Pozwól, że się ubiorę! – wołam. – Zaraz zejdę na dół.
HARPER
Jestem zaskoczona, że Rhen schodzi na dół. Szczerze mówiąc, dziwi mnie, iż w ogóle patrzył. Odkąd Grey dał mu ultimatum, ukrywał się na spotkaniach z głównymi dowódcami z odległych miast, doradcami wojskowymi albo ze Strażą Królewską.
Pasuje mi to. Kiedy jestem blisko niego, mała kulka gniewu pali mnie w brzuchu i nic nie może jej ugasić.
Natomiast uczucie to sprawia, że czuję się winna. Wszystko, co robi – robi dla królestwa. Dla swoich poddanych. Bycie księciem – bycie królem – wymaga poświęceń i podejmowania trudnych decyzji.
Nieważne, ile razy sobie o tym przypominam, wciąż nie mogę zapomnieć, co zrobił Greyowi i Tycho.
Nie mogę zapomnieć, że wróciłam tutaj, zamiast ruszyć z moim bratem.
Zamiast jechać z Greyem.
Odwracam się do Zo, ale ona już schowała miecz i patrzy na mnie w napięciu.
– Powinnam wrócić do swojej kwatery.
Nie chce przebywać tutaj, koło Rhena.
Waham się, a później marszczę brwi. Zo przybyła do zamku kilka miesięcy temu, kiedy Rhen próbował zmobilizować swoich poddanych do obrony Emberfall przed najazdem Syhl Shallow.
Była uczennicą Mistrza Pieśni w Porcie Silvermoon, ale posiadała umiejętności w łucznictwie i walce mieczem, więc ubiegała się o dostanie się do Straży Królewskiej – i Grey ją przyjął, a następnie przydzielił do mnie jako osobistą strażniczkę.
Od razu zostałyśmy przyjaciółkami – w sumie była moją pierwszą przyjaciółką, odkąd porzuciłam chaotyczne życie w Waszyngtonie DC. Jest bystra i silna, ma sarkastyczne poczucie humoru. Czasem bywało tak, że nie kładłam się do późna, kiedy ona stacjonowała pod moimi drzwiami, i wspólnie zastanawiałyśmy się, co stało się z Greyem po tym, jak złamano klątwę. Szeptałyśmy, powtarzając plotki o zaginionym następcy tronu, lub też dumałyśmy, co stanie się z Emberfall, gdy Syhl Shallow ponownie nas zaatakuje.
Potem znaleziono Greya ukrywającego się w innym mieście. Najprawdopodobniej znał tożsamość zaginionego następcy tronu, ale nie chciał tego zdradzić Rhenowi. Dlatego ten dopuścił się tortur, by złamać byłego dowódcę i zdobyć pożądaną informację – i udało mu się to, choć nie skończyło się to wszystko tak, jakby sobie tego życzył. Grey znał tożsamość następcy, bo to on był starszym bratem Rhena. Magia płynęła w jego krwi. Był następcą tronu.
Nikt wcześniej o tym nie wiedział. Rhen też nie.
Pomogłam Greyowi uciec po tym, jak książę go torturował.
A Zo pomogła mnie.
Kosztowało ją to stanowisko w Straży Królewskiej. Grey kiedyś mi powiedział, że jego strażnicy wyrzekają się swojej rodziny i związków właśnie z tego powodu. Była zaprzysiężona Rhenowi – ale pracowała dla mnie. On nie traktuje jej ozięble, dyplomacja mu na to nie pozwala, ale dzieli ich teraz zadra. Tak, jak moja kulka gniewu, która nie chce zniknąć i nie jestem pewna, czy kiedykolwiek złagodnieje.
Chcę poprosić Zo, aby została, ponieważ każda chwila spędzona z Rhenem wydaje się niezręczna. Lecz byłoby to samolubne.
Gdy prosiłam ją wcześniej, by pomogła Greyowi, również kierowałam się własnymi potrzebami. Przyjaźnię się z Zo, ale to nie zmienia faktu, że była moją strażniczką. Czy zrobiła to, bo się przyjaźnimy, czy wypełniała swój obowiązek? Nie jestem pewna, czy ma to jakiekolwiek znaczenie. Pomogła mi, a teraz została bez pracy, którą tak kochała.
Na szczęście Rhen nie jest bez serca. Zapłacił jej za rok z góry i napisał list polecający, który Zo trzyma u siebie w kwaterze – ale nie odeszła, a on jej nie wyrzucił.
Chciała być strażniczką, dlatego zrezygnowała ze swojej praktyki. Twierdzi, że nie chce mnie teraz zostawiać, gdy wszystko jest takie niepewne, ale po części wciąż się zastanawiam, czy nie pragnie wrócić do domu, dźwigając na plecach ciężar dokonanych wyborów. Dokonanych przeze mnie wyborów.
Za długo zwlekałam. Rhen wychodzi przez drzwi na dziedziniec, a za nim podąża dwóch strażników. Książę jest wysoki i zachwycający z tymi blond włosami i brązowymi oczami. Jego ubrania zawsze cechuje precyzyjne wykończenie, od ozdobnej rękojeści miecza przy jego boku aż do ręcznie robionych srebrnych guzików kurtki. Ruchy mężczyzny są pewne, pełne sportowej gracji, nie ma w nim zawahania, gdy mocno stawia kroki. Porusza się jak książę. Jak król. Człowiek urodzony, aby rządzić.
Dostrzegam jednak delikatne zmiany. Cienie pod jego oczami stały się ciemniejsze, krawędzie żuchwy wydają się ostrzejsze, a kości policzkowe bardziej widoczne. W ciągu ostatnich tygodni niepokój się w nim zakorzenił.
Jego straż ustawia się pod ścianą, kiedy on kroczy przez dziedziniec w naszym kierunku. Zo wzdycha.
– Przepraszam – szepczę do niej.
– Głupstwo. – Kłania się Rhenowi, pomimo tego, że ma na sobie spodnie i zbroję. – Wasza Wysokość.
– Zo – odpowiada chłodno książę, po czym zwraca wzrok na mnie. – Moja pani.
Nabieram powietrza, aby złagodzić to napięcie między nimi, ale Zo się odzywa:
– Jeśli mi wybaczysz, miałam właśnie wrócić do swoich kwater.
– Oczywiście – odpowiada Rhen.
Kiedy odchodzi, ja przygryzam wargę.
– Ucieka przede mną – rzuca mężczyzna, nie wyczuwam w tych słowach pytania.
Natychmiast się najeżam.
– Ona nie ucieka.
– To wyglądało dokładnie na odwrót.
Wow. Ktoś zachowuje się dokładnie jak palant.
– Zo ma prawo być zła, Rhenie.
– Ja też.
To powstrzymuje mnie przed wypowiedzeniem słów, które cisnęły mi się na usta. Nie wiedziałam, że nadal żywi urazę do Zo. Nagle zaczynam się zastanawiać, czy jego gniew nie obejmuje również mnie.
Może nie tylko w moim brzuchu płonie ciężka kula złości.
Zanim decyduję się, by zadać mu jakiekolwiek pytanie, on wyciąga swój miecz.
– Pokaż mi, czego się nauczyłaś.
Kładę rękę na rękojeści, ale nie wyciągam broni. Nie jestem do końca pewna dlaczego, zwłaszcza że sama poprosiłam go, aby pokazał mi ruchy. Może dlatego, iż powiedział to w formie rozkazu? A może przez odniesione wrażenie, że jest bojowo nastawiony. Tak czy owak, nie mam już ochoty mierzyć się z nim z bronią w ręku.
Spoglądam w bok.
– Nie chcę już tego robić. – Odwracam się w kierunku drzwi, przez które przeszedł kilka chwil temu. – Powinnam iść się przebrać przed śniadaniem.
Słyszę dźwięki chowanego miecza, a po chwili czuję, jak łapie mnie delikatnie za ramię.
– Proszę.
To jest takie łamiące opór słowo. Desperackie słowo, które wierci malutką dziurę w mojej kulce gniewu.
– Proszę – powtarza, a głos mężczyzny brzmi tak delikatnie. – Proszę, Harper.
Posiada umiejętność magicznego wypowiadania mojego imienia, jego akcent zmiękcza każde „r” wtym słowie i zmienia sylaby w ciche warczenie, a zarazem pieszczotę dla ucha, ale to nie to przykuwa uwagę. Tylko proszę. Jest koronowanym księciem. Przyszłym królem. On nie błaga.
– Proszę co? – pytam cicho.
– Proszę, zostań.
Chodzi mu o tę chwilę, ale ja czuję, że to znaczy coś więcej. Coś głębszego.
Nagle coś sobie przypominam, sytuację sprzed roku. Moja mama już była chora, rak zajął płuca, a tata wydał wszystkie nasze oszczędności, próbując uregulować to, czego nie pokryło ubezpieczenie. Podjął złe decyzje, aby zdobyć pieniądze, dokonał wyborów, które naraziły naszą rodzinę na niebezpieczeństwo. Kiedy mama się o wszystkim dowiedziała, kazała mnie i Jake’owi spakować swoje rzeczy. Tata siedział przy stole w kuchni i płakał, błagając ją, aby została. Pamiętam, jak mój straszy brat chował ubrania do worka marynarskiego, podczas gdy ja siedziałam na jego łóżku i wpatrywałam się w niego szeroko otwartymi oczami.
– Wszystko będzie dobrze, Harp. – Ciągle powtarzał Jake. – Tylko weź swoje rzeczy.
Nie było dobrze. Nic wtedy nie było dobrze. W tamtej chwili myśl o odejściu mnie przerażała. Pamiętam, że czułam ulgę, kiedy mama dała się ubłagać, abyśmy zostali. Aby ona została.
Później, kiedy sprawy przybrały jeszcze gorszy obrót, żałowałam jej decyzji.
Wpatruję się w oczy Rhena, zastanawiając, czy podejmuję te same decyzje. Jake odszedł z Greyem. Mój brat będzie po przeciwnej stronie na tej wojnie.
Nabieram powietrza i głośno wzdycham.
– Nie chcę walczyć.
Nie mówię o mieczu i myślę, że on to wie. Rhen potakuje ruchem głowy.
– Przejdziemy się zamiast tego?
Waham się.
– Okej.
Oferuje swoje ramię, a ja je przyjmuję.
RHEN
Strażnicy podążają za nami. Harper leciutko trzyma rękę na moim ramieniu, tak jakby w każdej chwili była zdolna ją zabrać. Grey zawsze mawiał, że planuję dwadzieścia kroków do przodu i miał rację. Jednak teraz wszystkimi moimi ruchami kieruje ktoś inny. Nie mogę zaplanować dwudziestu kroków, ponieważ zaklinaczka mogłaby zmienić plany po drugim, trzecim czy piętnastym.
Tak bardzo chciałbym opowiedzieć Harper o Lilith. Jednak milczę. Zbyt wiele rzeczy może pójść nie tak, a konsekwencji nie potrafię nawet przewidzieć.
Utrzymywałem to w sekrecie przez trzysta cykli, mogę zachować tę tajemnicę jeszcze dłużej.
– Jesteś na mnie zła – zauważam cicho.
Dziewczyna nie odpowiada, ale tak naprawdę to nie było pytanie. Jest na mnie zła od tygodni. Od miesięcy.
Brukowana ścieżka zaczyna się zwężać, kiedy dochodzimy do drewnianej dróżki prowadzącej do lasu. Sądziłem, że zawróci, gdy dotrzemy do linii drzew, ale ona tego nie robi. Wkraczamy w leśny poranny półmrok, pozwalając, aby pochłonęła nas cisza. Drzewa jeszcze nie do końca zmieniły kolory, ale pełno jest na nich czerwonych i złotych liści, które opadają również na ścieżkę przed nami.
– Mojej pierwszej nocy tutaj – zaczyna Harper – jechałam właśnie przez te lasy i przeszłam od pocenia się z powodu upału do dreszczy podczas burzy śnieżnej i to był ten pierwszy raz, kiedy naprawdę uwierzyłam w twoje opowieści o klątwie.
Spojrzałem na nią.
– A nie przez instrumenty, które same grały melodię?
– No cóż, to było… coś, ale przejście od wczesnej jesieni do późnej zimy było dosłownie jak uderzenie w twarz. – Zatrzymuje się wpół kroku. – A znalezienie Freyi i dzieci… – Kręci głową.
– Ach. Zobaczyłaś, jak nisko upadło moje królestwo. Głęboka prawda o klątwie.
– Nie! Nie to miałam na myśli.
– Wiem, ale taka jest prawda.
Też pamiętam, jak wyjechaliśmy razem z Greyem, po tym, jak Harper próbowała uciec. I kiedy martwiłem się, co może odkryć. Spędziłem tak wiele cykli, ograniczając swoją aktywność do terenów zamku Ironrose. Nawet nie byłem świadomy, jak trudne stało się życie dla moich poddanych. Domyślałem się, że cierpią z głodu i biedy, ale nie wiedziałem, do jakiego stopnia. Nie pomyślałem, iż mógłbym coś dla nich zrobić, dopóki nie złamię klątwy.
Harper pokazała mi, że się myliłem i że nic nie przeszkadzało w zaspokajaniu potrzeb moich ludzi – a potem i tak złamała klątwę.
Jednak Lilith wciąż tutaj jest. Wciąż zamienia życie w piekło, tylko w inny sposób.
Kładę dłoń na palcach Harper, które nadal trzyma na moim ramieniu, a ona spogląda na mnie zaskoczona. W pierwszej chwili jestem pewien, że zabierze rękę, ale nie robi tego. To malutkie przyzwolenie wiele znaczy.
Dlatego Lilith ma nade mną taką władzę? Za dużo uczuć kłębi się w moim sercu.
Wciągam głęboko powietrze.
– Co się stało? – pyta Harper.
Wszystko. Ale nie mogę tego powiedzieć.
– Zostało nam tylko sześć tygodni do ataku ze strony Syhl Shallow i nieważne, ile razy planuję drogę do zwycięstwa, mam wrażenie, że jestem skazany na klęskę.
Przez chwilę nic nie mówi, tylko spogląda na drogę.
– Myślisz, że Grey wygra?
Oby nie, ponieważ naprawdę nie mam pojęcia, co zrobi Lilith, jeśli on zwycięży.
Nawet nie chcę myśleć, co stanie się wtedy z Emberfall.
– Lia Mara przyszła raz do mnie z nadzieją na pokój – oznajmiam. – Grey się z nią sprzymierzył i zaczął już starania, by przypodobać się moim poddanym. Słyszałaś, co się stało w mieście Blind Hollow. – Strażnicy próbowali wtedy pojmać Greya i skończyło się na walce z mieszkańcami. Najwidoczniej użył magii, aby uzdrowić każdego, kto ucierpiał w boju. – Wiedzą, że Emberfall jest ciągle osłabione. Grey nie musiał dawać nam ostrzeżenia co do swoich planów.
– Słyszę, że zbliża się „ale” – wtrąca.
– Ale… bycie władcą pragnącym pokoju to jedna rzecz, a bycie poddanym żądnym zemsty to już zupełnie inna kwestia. Mogą mieć tutaj sprzymierzeńców, tylko nie jestem pewien, jakie wsparcie mają w Syhl Shallow. Lia Mara to jedna kobieta. Grey to jeden mężczyzna. – Spoglądam na nią. – To zupełnie jak ty i ja, moja pani.
– Myślisz, że będzie im trudno utrzymać władzę?
– Sądzę, że będą musieli zmierzyć się z wieloma wyzwaniami, niezależnie od tego, czy wygrają, czy przegrają tę wojnę. Myślę, iż nie będzie łatwo zmienić sposób władzy Karis Luran, która rządziła strachem i przemocą, na styl kobiety, jaką jest Lia Mara. Nią zdają się kierować współczuciem i empatią.
Harper patrzy przed siebie.
– Ja też cenię sobie te wartości.
– Wiem.
Moje słowa zawisły w przestrzeni między nami. Zapewne ma nadzieję, iż wyznam, że również kieruję się tymi wartościami, i tak właśnie jest, lecz nie w taki sposób, w jaki ona myśli. Nie w taki, jaki byłby dla niej akceptowalny.
Przepaść między nami wydaje się taka ogromna.
Harper krzywi się, kiedy nic więcej nie dodaję.
– Zgaduję, że współczucie i empatia nie zyskująnam wielu zwolenników.
Waham się.
– Pomimo krzywd, jakie Syhl Shallow wyrządziło mieszkańcom Emberfall, nie będzie im łatwo mnie poprzeć, skoro moje prawo do tronu opiera się wyłącznie na dziedziczeniu. Wielu z nich bez wahania wybierze Greya, zwłaszcza że jego magia wydaje się darem, a nie zagrożeniem. Tymczasem moje obietnice wsparcia wojskowego rozwiały się jak dym, okazując się niewystarczające lub zbyt mało konkretne.
– Przez Disi – uściśla Harper.
– Tak.
– To moja wina.
Słychać w jej głosie równocześnie zgorzknienie i skruchę. Zatrzymuję ją i spoglądam w dół.
– Moja pani. Niemożliwym jest, byś czuła się odpowiedzialna za to, że nie stworzyłaś armii.
Wzdycha i zaczyna iść dalej.
– Ale tak jest.
Spogląda na straż za nami i ścisza głos.
– To było kłamstwo, Rhenie. A teraz wszyscy patrzą na mnie, jakbym ich zawiodła albo podejrzewają, że współpracuję z wrogiem.
– Twój brat, „następca tronu Disi”, uciekł z Greyem do Syhl Shallow – zauważam i nie mogę pozbyć się napięcia w głosie. – Jak mogą tak nie myśleć?
Milczy przez chwilę, choć zaciska dłoń na moim ramieniu.
– To jest do kitu – w końcu odpowiada.
– Masz rację.
– Co możemy zrobić?
My. Takie malutkie słowo, a czuję przez nie ucisk w gardle, co utrudnia przełykanie. To na pewno więcej, niż zasługuję. Pragnę ją do siebie przyciągnąć, przytulić twarz do jej szyi i przypomnieć sobie, że ciągle żyje i nic jej tu nie grozi.
Niestety dalej jest na mnie zła i na wybory, których dokonałem.
Zmuszam się, by czerpać satysfakcję z samego faktu, że jej dłoń spoczywa na moim ramieniu. Z tego, że powiedziała „my”.
Kiedy podobną prośbę kierowała do mnie Lilith, stawiałem opór przy każdej okazji.
Ale kiedy prosi Harper, wszystko jest inne. Serce przyspiesza, a ja mam ochotę uśmiechnąć się jak głupiec i podskoczyć z czystej radości.
– Wielu z marszałków zamknęło granice – odpowiadam. – Wydają się niechętni, by uznać moje prawo do władzy. Zatrzymaliśmy bunt w Porcie Silvermoon, ale nie bez strat. Byłbym głupi, gdybym sądził, że podwładni są zadowoleni. – Zatrzymuję się. – Może powinniśmy pójść w ślady Greya.
– Chcesz wypowiedzieć wojnę?
– Nie. Chcę poprosić o zjednoczenie.
Wzdryga się.
– Planujesz wrócić do Silvermoon, teraz? Było to wystarczająco straszne, kiedy byliśmy tam ostatnio.
Przez moment nic nie mówi, a ja wiem, że przypomina sobie naszą ostatnią wizytę w Porcie Silvermoon, kiedy zostaliśmy wpędzeni w zasadzkę – i zginęlibyśmy, gdyby nie Grey.
– Co jeśli podjedziemy do bram, a oni cię zastrzelą?
– Nie zrobią tego – odpowiadam.
– Skąd to wiesz?
– Bo nie mam zamiaru do nich jechać. – W mojej głowie zaczyna układać się pewien plan. – Zamierzam zaprosić ich tutaj.
HARPER
Freya, moja dama dworu, sznuruje mi gorset sukni. Jest on wykonany z białego jedwabiu z czerwonymi przeszyciami oraz złotymi oczkami wysadzanymi rubinami. Wierzch pokrywa warstwa błyszczącego woalu z karmazynową podszewką, a sznurki mienią się dzięki materiałowi w kolorze kruszcu. Niski dekolt jest dosyć odważny i jeśli spróbuję się pochylić, to mogę zaliczyć niemałą wpadkę. Ogólnie częściej ze swojej garderoby wybieram spodnie i swetry – wełniane bluzy,jak nazywa je Freya– mam dziesiątki oszałamiających sukien na specjalne okazje, ale ta jest najpiękniejsza ze wszystkich, jakie kiedykolwiek nosiłam. Nawet moje buty są z czerwonej skóry ze złotą lamówką wokół obcasa.
Tydzień temu Rhen wysłał wiadomość do swoich marszałków, a ja bałam się tej „imprezy” od chwili, kiedy o niej wspomniał, ale to miłe poczuć się piękną chociaż przez pięć minut. Mimo że staram się o tym nie myśleć, to blizna na mojej twarzy i kulawy chód stale przypominają mi o tym, że nigdy nie będę klasycznie piękna ani elegancka. Jestem pewna swoich mocnych stron, ale to nie znaczy, iż nie myślę o swoich słabościach.
Ostatnio analizuję, czy decyzja związana z wyborem tego życia i pozostaniem tutaj, nie okazała się moją słabością.
Ale dokąd miałabym pójść? Nie mogę przecież wrócić do Waszyngtonu DC – a nawet jeśli bym mogła, co bym zrobiła? Zniknęliśmy w środku nocy, stojąc twarzą w twarz z człowiekiem z bronią. Nasze rodzinne mieszkanie prawdopodobnie zostało opróżnione i wynajęte komuś innemu. Nie posiadam dowodu tożsamości, żadnych dokumentów, niczego.
Bez ostrzeżenia zalewają mnie myśli o matce, a wspomnienie jej śmierci prawie dusi. Straciliśmy ją z powodu raka. Wszystko inne przepadło przez ojca.
Mam wrażenie, jakby metalowa obręcz zaciskała się wokół mojej klatki piersiowej, przez co nie mogę oddychać.
– Proszę, pani. – Wyrywa mnie z zamyślenia Freya. – Proszę spojrzeć.
Odwraca mnie w kierunku lustra.
Wiele mówi o tej sukni fakt, że potrafi odciągnąć moje myśli od wszystkiego, co powinno mnie teraz przygnębiać.
Wygląda zdecydowanie lepiej, niż jak leżała rozłożona na łóżku.
– Freyo. – Wyduszam. – Gdzie ją znalazłaś?
– Zamówiona przez Jego Wysokość. – Jej niebieskie oczy spoglądają na mnie w lustrze, a jej głos się obniża. – W kolorach Emberfall.
– Och. – Uśmiech schodzi mi z twarzy, ponieważ doskonale zdaję sobie sprawę, że nie jest to tylko piękna sukienka. To deklaracja polityczna.
– Z tego, co zrozumiałam – dodaje, wygładzając sukienkę – zamówił też suknię dla Zo.
– Naprawdę?
Kobieta potakuje.
Freya jest ode mnie dziesięć lat starsza, ale została moją damą dworu w ramach podziękowań za uratowanie jej i dzieci przed atakiem żołnierzy z Syhl Shallow. Zachowywała się niczym przybrana matka. Wie wszystko o Zo i o tym, co zrobiłyśmy dla Greya. Jest świadoma, że to niejednokrotnie doprowadziło do kłótni między mną a Rhenem – i może do mniejszego sporu pomiędzy przyjaciółką a mną.
Nasze czyny mogły też doprowadzić do napięcia w relacjach z Freyą, ponieważ wiem, co myśli na temat Syhl Shallow. Ich wojsko zniszczyło jej dom, pozostawiając ją i dzieci trzęsących się na mrozie. Zostali z niczym, dopóki Rhen nie zaoferował kobiecie posady tutaj na zamku. Lecz tej nocy, kiedy książę kazał wychłostać Greya i Tycho, była tak samo przerażona jak ja. Nie powiedziała złego słowa na Rhena, ale pamiętam jej zaciśnięte szczęki i drżący oddech.
Muszę przestać o tym myśleć. To stało się przed paroma miesiącami, a ja podjęłam decyzję i zostałam.
Muszę pamiętać, że Grey teraz planuje się zemścić.
– Dlaczego zamówił suknię dla Zo? – pytam, ponieważ ona nie planuje przyjść na przyjęcie.
Zo nie lubi znajdować się w sytuacji, która przypomina jej o tym, że jest gwardzistką, a już na pewno nie lubi przebywać w tym samym pokoju co Rhen.
Jeśli posłał jej suknię, ciekawi mnie, jak na nią zareaguje. A jeszcze bardziej chciałabym wiedzieć, co to dla niego znaczy. Jeśli chodzi o planowanie strategiczne, Rhen bywa wręcz genialny, ale potrafi też być nieziemskim dupkiem.
Freya układa mi włosy z boku, tak aby opadały na ramię, tu i ówdzie przypinając spinki.
– Myślę, że chciałby, aby Zo ci towarzyszyła. – Przerywa. – Może Jego Wysokość pragnie u twojego boku strażnika, który nie jest „strażnikiem”. Jamison powiedział, że żołnierze są podenerwowani, bo chodzą plotki, że atak ze strony Syhl Shallow może nadejść w każdej chwili.
Spoglądam na Freyę w lustrze.
– Kiedy rozmawiałaś z Jamisonem?
Należał on do pierwszych żołnierzy, którzy udzielili wsparcia Rhenowi i Greyowi, gdy przekonałam ich, aby opuścili Ironrose i pomogli swoim poddanym. Jest też drugą osobą, która nienawidzi Syhl Shallow po tym, jak jeden z ludzi wroga zabrał mu broń i zniszczył większość jego oddziału, kiedy sam miał bazę w Willminton. Teraz został porucznikiem niedaleko stacjonującego pułku, ale bardzo rzadko przebywa w zamku.
– W zeszłym tygodniu zabrałam dzieci do Evalyn w odwiedziny – tłumaczy – i spotkaliśmy go w drodze powrotnej. – Milknie na chwilę. – Był bardzo uprzejmy. Odprowadził nas do zamku.
– Och. – Nie wiem, co o tym sądzić. Kiedyś spędzałam mnóstwo czasu ze strażnikami i żołnierzami. Trenowałam wraz z nimi. Żartowaliśmy i plotkowaliśmy razem. Po raz pierwszy w życiu nie byłam traktowana jak kula u nogi, jakbym była nieporadna. Czułam, że do nich należę.
Teraz każda relacja, którą nawiązuję, jest obciążona podejrzeniami. Zrozumiałam wagę tego poczucia przynależności dopiero w momencie, gdy je utraciłam.
Teraz jedyną osobą, z którą trenuję, jest Zo.
Muszę odchrząknąć. Szkoda, że nie wiedziałam o planach Freyi. Chętnie wybrałabym się z nią do Evalyn, choćby po to, by mieć pretekst do rozmowy z kimś innym. Ale może nie bez powodu nie zostałam zaproszona. Nie cierpię tego.
Wciągam powietrze, kiedy rozlega się głośne pukanie do drzwi. To prawdopodobnie Rhen, więc od razu rzucam:
– Proszę.
Lecz to nie książę, a Zo otwiera drzwi na oścież i wkracza do środka, ubrana w suknię w kolorze szkarłatu. Jej gorset jest tak ciemny, że aż prawie czarny, a szwy są w wiśniowoczerwonym kolorze. Umięśnione ramiona pozostają odkryte, natomiast włosy zaplecione w warkocze sięgają talii.
– Wow – wzdycham.
Zo uśmiecha się i kłania.
– Ty również świetnie wyglądasz.
– Nie mówiłaś, że idziesz.
Lekko wzrusza ramionami.
– Ja… nie byłam pewna. – Przeciąga dłońmi po sukience i wzdycha. – Ale nierozsądnym byłoby ponownie obrazić następcę tronu.
Marszczę brwi, na co ona dodaje:
– Nie patrz tak na mnie. Pomyślałam, że może chciałabyś mieć przy sobie przyjaciółkę.
Łzy pojawiają się w moich oczach, choć staram się je powstrzymać. Podchodzę i obejmuję ją bez wahania.
Jej ramiona zaciskają się na mnie mocno.
– Cała praca Frei pójdzie na marne.
– Jesteś taką dobrą przyjaciółką – oznajmiam. – Nie zasługuję na ciebie.
Odsuwa się, wpatrując się w moje oczy.
– Zasługujesz.
Freya podchodzi i zaczyna wtykać małe, białe kwiatki w moją fryzurę. Trzyma w rękach też czerwone i czekam, aż one również wylądują we włosach, ale ona odwraca się do Zo i oświadcza:
– Proszę. Wykończenie całości.
Zo stoi nieruchomo, trzymając mnie za ręce.
W innym życiu przygotowywałybyśmy się na studniówkę, a nie na przyjęcie, które w sumie jest pretekstem do zawarcia przymierza w oczekiwaniu na wojnę.
Wzdycham nerwowo.
Oczy Zo są wpatrzone we mnie nieruchomo.
– Poprzednio się z nimi dogadałaś – zauważa cicho.
– Tym razem nie mam wojsk – szepczę. – Nie mam nic do zaoferowania.
Przybliża się, aby pocałować mnie w policzek.
– Wtedy też nie miałaś, księżniczko.
To prawda, jakoś o tym zapomniałam. Mój oddech się uspokaja.
Kiedy pierwszy raz tu przybyłam, wiedziałam, co było słuszne. Ryzykowałam życiem za ten kraj. Tak samo jak Grey, tysiące razy. Nigdy nie pozwoliłabym, aby ktokolwiek sprawił, żebym poczuła się winna, że pomogłam ludziom z Emberfall. Albo tego, iż podjęłam złą decyzję, pomagając Greyowi.
Teraz też na to nie pozwolę.
Kiedy odwracamy się do drzwi, napotykam nasze odbicie w lustrze. Suknie są naprawdę przepiękne i jasno pokazują, że popieramy Emberfall.
Rhen kiedyś mnie poprosił, abym została jego sojuszniczką, żeby pokazać poddanym zjednoczone siły. Abym stanęła po tej stronie. Tym razem… to coś innego. Nie jestem chodzącą reklamą.
Złość, całkiem znajoma i nie do końca niechciana, wzbiera we mnie, spychając wszystko na bok.
– Zaczekaj – proszę, zatrzymując Zo. – Freya? – Odwiązuję wstążkę z mojego gorsetu. – Będziemy obie potrzebowały innych sukienek.
Rhen nie oszczędzał na wydatkach i biorąc pod uwagę, że rozpoczął przygotowania do tego spotkania tydzień temu, na pewno nie było tanio. Wezwanie do wierności Emberfall widać w każdym czerwonym obrusie, w każdej złotej świecy czy w ogromnym herbie zawieszonym nad kominkiem w Wielkiej Sali. W rogu ustawili się muzycy grający pełną życia muzykę, dodającą pewności siebie. Otwarte drzwi zamku wpuszczają do środka nocne powietrze. Strażnicy stoją w lśniących zbrojach i z błyszczącą bronią w równych odstępach, podczas gdy kelnerzy roznoszą jedzenie na tacach do stolików. Wyczuwam zapachy, stojąc u szczytu schodów.
Jest jeszcze wczesna godzina, dlatego tylko kilkanaście osób znajduje się w pomieszczeniu. To prawdziwie lojalni Wielcy Marszałkowie i ich seneszale, którzy już dawno przysięgli wierność Rhenowi. To typ ludzi chcących zostać zauważonymi jako pierwsi, jak gdyby należeli do wewnętrznego kręgu popleczników księcia. Sprowadzili też swoją straż, co nie jest niczym niezwykłym, ale rząd uzbrojonych kobiet i mężczyzn ustawionych pod ścianą nie sprawia, że na przyjęciu panuje przyjazna atmosfera.
Paź stojący u szczytu schodów już chce podejść i ogłosić nasze przybycie, ale odsyłam go kiwnięciem ręki. Serce dudni mi w klatce piersiowej, kiedy wygładzam dłonią suknię w granatowym kolorze. Ostatnia rzecz, jakiej potrzebuję, to zapowiedź naszego przybycia bez Rhena u mego boku. Wściekłby się, a ja prawdopodobnie zepchnęłabym go ze schodów.
Nie znoszę czuć się w ten sposób.
Zo wpatruje się we mnie i jak zwykle praktycznie wie, o czym rozmyślam.
– Nie zostałyśmy jeszcze zapowiedziane – mamrocze. – Wciąż możemy wrócić do twojej komnaty i przebrać się w suknie, które on wybrał.
– Nie. – Spoglądam na nią i żałuję, że nie czytam w jej myślach. – To znaczy, mogłybyśmy, gdybyś chciała.
Wciąż wpatruje się we mnie uważnie.
– Wcześniej też nie chciałam.
Uśmiecham się i ściskam jej rękę, gdy schodzimy razem na dół.
Bez oficjalnej zapowiedzi nie przyciągamy zbyt wiele uwagi. Jestem pewna, że Rhen zna tutaj każdą osobę z nazwiska, ale ja nie poznaję wszystkich, a zwłaszcza ludzi z bardziej odległych miast. Zauważam Micah Rennellsa, doradcę handlowego, który spotyka się z Rhenem raz w tygodniu. Jest najmniej szczerym człowiekiem, jakiego znam, i przez te jego sztuczne kierowane do Rhena, chce mi się wymiotować.
Idziemy z Zo w stronę stołu, na którym stoją specjalnie ustawione kieliszki wypełnione czerwonym winem oraz lśniącym złociście szampanem.
Wow.
– Myślisz, że ktoś w ogóle zauważy, iż nie mamy na sobie nic czerwonego i złotego? – szepczę do Zo, a ona uśmiecha się w odpowiedzi. Biorę dwa kieliszki i jeden przekazuję przyjaciółce. Powstrzymuję się, aby nie wypić swojego jednym haustem.
Odwracam się i staję twarzą w twarz z mężczyzną o niskim wzroście, z poszarzałą skórą, siwymi włosami i zatroskanymi niebieskimi oczami. Gdybym spotkała go w Waszyngtonie DC, pomyślałabym, że jest emerytowanym wojskowym przez jego typ postury: szczupła, sprawna i bardzo wyprostowana. Ubrał się elegancko, a zarazem prosto: zapięta ciemna marynarka, pod nią czerwona koszula, bryczesy ze skóry cielęcej i wysokie wypolerowane buty ze zużytymi sznurówkami.
– Moja pani. – Wita się zaskoczony, a jego głos jest surowy i szorstki, ale nie niemiły. Kłania się i przez chwilę patrzy gdzieś poza mnie, by za moment znów spojrzeć mi w oczy. – Proszę o wybaczenie. Nie zauważyłem, że dołączyłaś do przyjęcia.
Gdy wyciąga ku mnie dłoń, chwytam ją i dygam.
– Nie jestem tutaj długo.
Przeszukuję pamięć, aby przypomnieć sobie, jak nazywa się ten mężczyzna, ale nic z tego nie wychodzi. Przygryzam wargę i natychmiast upominam się, żeby z tym skończyć.
– Bardzo przepraszam, ale nie przypominam sobie, żebyśmy się spotkali.
Nieznajomy lekko się uśmiecha.
– Spotkaliśmy się, ale to były inne czasy. Nie przybyłem do Ironrose, odkąd Karis Luran została wygnana z Emberfall. Nazywam się Conrad Macon, jestem marszałkiem z Rillisk.
Rillisk. Zastygam w bezruchu. To tam ukrył się Grey po ucieczce przed swoim dziedzictwem, podczas gdy my przez wiele miesięcy myśleliśmy, że nie żyje.
Twarz Conrada nieruchomieje, a oczy znów nabierają zatroskanego wyrazu.
– Trochę mi ulżyło, kiedy otrzymałem od Jego Wysokości zaproszenie na dzisiejszy wieczór. Słyszeliśmy plotki, że Rillisk wypadło z łask po tym… po tym, jak odkryto, że fałszywy następca tronu ukrywał się w naszym mieście. – Przerywa, a w jego głosie zaczyna wybrzmiewać cień desperacji. – Zawsze byliśmy lojalni wobec korony, moja pani. Mogę cię zapewnić…
– Oczywiście – przerywam mu szybko. – Rhen nie ma co do tego żadnych wątpliwości.
Tak myślę. Mam taką nadzieję.
W jego oczach widać ulgę.
– Och, no cóż. Być może plotki ucichną. Od czasu, gdy następca został… – Zgorszył się swoimi słowami. – Proszę o wybaczenie, od czasu, gdy fałszywy następca został pojmany w Rillisk, mieliśmy problemy w handlu, a nie jesteśmy miastem portowym…
– Silvermoon to miasto portowe – przerwał inny mężczyzna. – I my również zmagamy się z problemami.
Odwracam się i rozpoznaję autora tej wypowiedzi. To Wielki Marszałek Anscom Perry z Portu Silvermoon. Ma grube włosy, bladą skórę i ogromny brzuch, który nie mieści mu się pod kurtką. Podobała mi się przyjazna postawa marszałka Perry’ego, kiedy spotkaliśmy go w Silvermoon, lecz potem chciał zamknąć swoje bramy przed Rhenem.
Szczerze, dziwię się, że tu przybył.
– Marszałku Perry – zwracam się do niego spokojnie. – Jak miło znów cię spotkać.
– Mnie nie jest miło tutaj gościć – grzmi. – Zaproszenie sugerowało, że zostanę przyprowadzony siłą, jeśli nie pojawię się dobrowolnie. A nie zostało mi wielu żołnierzy.
Waham się i spoglądam na Zo, ale ona tylko milcząco rzuca mi spojrzenie i kręci głową. Nie jest już częścią Straży Królewskiej i nie wie, jaką wiadomość wysłał Rhen.
– Jestem pewna, że to nieporozumienie – zaczynam.
– Jesteś pewna? – Słyszę damski głos ucinający moje słowa. Marszałkini Earla Vail z… ekhm, nie pamiętam. Jest z jakiegoś miasta położonego na północ stąd, niedaleko gór, które prowadzą do Syhl Shallow. Ma około siedemdziesięciu lat, grube siwiejące już włosy i ciemnobrązową skórę. Pomimo swojego wieku posiada miecz zawieszony przy jednym biodrze, a sztylet przy drugim. – Tak samo, jak byłaś pewna, że twój ojciec wyśle wojsko na pomoc Emberfall?
– Armia mojego ojca nie była potrzebna – odpowiadam dobitnie. Serce bije szybko, jakby chciało się wyrwać z mojej klatki piersiowej. Nie wiedziałam, że tak się będą zachowywać.
– Emberfall zwyciężyło tylko dzięki księżniczce Harper – oświadcza Zo, a w jej głosie słychać żar.
– Nie obyło się bez strat. Być może armia twojego ojca jest gotowa do pomocy Syhl Shallow – wtrąca się inny mężczyzna, a wokół mnie roi się już od tylu ludzi, że nie mogę nawet dostrzec, kto to powiedział.
– Tak – potwierdza Conrad. – Czy sojusz Disi zmienił stronę? Następca tronu Disi dołączył do tych potworów po drugiej stronie gór.
– Może tamtejsza księżniczka otrzymała wsparcie – mówi marszałkini Vail, wpatrując się we mnie przenikliwie. – Może i Karis Luran nie żyje, ale ci żołnierze z Syhl Shallow zabili tysiące…
Wciągam powietrze.
– Ja nie jestem…
– W co pogrywa Disi? – pyta inna kobieta. – Czy jesteś tutaj, aby odwrócić uwagę księcia, podczas gdy wojsko twojego ojca udziela wsparcia Syhl Shallow?
– Tak się nie dzieje – odpowiada Zo przez zaciśnięte gardło niskim głosem.
– Albo może księżniczka Harper została odsunięta od negocjacji? – docieka marszałek Perry.
– Nie zostałam odsunięta od negocjacji – warczę, ale słyszę, jak ktoś prycha drwiąco, a dwóch mężczyzn wymienia spojrzenia. Wszyscy zaczynają na mnie napierać i chciałabym wezwać na pomoc straże, ale przez moją pomoc Greyowi straż Rhena dała mi jasno do zrozumienia, że są zaprzysiężeni jemu, a nie mnie.
– Dlaczego książę ci nie towarzyszy? – ciągnie dalej marszałek Perry.
– Ja… więc on… ach!
– Moja pani. – Spokojny głos księcia Rhena wybrzmiewa za moimi plecami, a ja podskakuję ze zdziwienia.
Ludzie otaczający mnie oddalają się tak szybko, jakby zostali odciągnięci.
– Wasza Wysokość. – Mężczyźni kłaniają się, a kobiety dygają.
Rhen ignoruje ich i patrzy tylko na mnie. Podchodzi bliżej, by chwycić moją rękę i pocałować w kostki, lecz nie umiem wyczytać nic z jego twarzy.
– Wybacz mi – prosi, przyciągając mnie bliżej siebie. Mówi niskim i ciepłym głosem w sposób, jakiego nie słyszałam od… dawna. – Nie zdawałem sobie sprawy, że tak się spóźnię.
Przełykam ślinę.
– Wybaczone.
Odwraca się do zgromadzonych, ciągle trzymając mnie za rękę.
– Noc jeszcze młoda. Może moglibyśmy spędzić chociaż godzinę, ciesząc się swoim towarzystwem przed tym, jak zaczniemy kłócić się o politykę?
Kiwa głową w kierunku służących rozstawiających potrawy na stołach.
– Albo chociaż zaczekajmy do czasu, gdy jedzenie zostanie podane. Byłoby szkoda zmarnować taką wspaniałą ucztę. Anscom, służący tam w rogu nalewa słodkie trunki. Pamiętam, jak lubiłeś wypić kieliszek z moim ojcem.
Marszałek Perry z Silvermoon odchrząkuje.
– Ach… tak. Oczywiście, Wasza Wysokość.
Rhen składa lekki ukłon w stronę gości, a następnie zwraca się do mnie:
– Możemy, moja pani?
Możemy co? Niemniej zostałam uratowana, a on nie zachowuje się jak palant, więc się zgadzam.
– Tak, oczywiście.
Odwraca się i trzymając mnie blisko siebie, zaczyna iść wolnym i dostojnym krokiem.
Spoglądam na niego wyczekująco.
– Dokąd idziemy?
Przyciąga mnie bliżej i lekko pochyla. Jego usta muskają moją skroń i jest to tak niespodziewane, że się czerwienię, czując przeszywające dreszcze. Zapomniałam, że może taki być. Nie powiedział też nic na temat sukni.
– Zatańczyć – odpowiada.
Prawie potykam się o własne nogi.
– Zaczekaj. Rhenie…
– Ciiii. – Prowadzi nas na środek marmurowego parkietu, kładąc dłoń na mojej talii.
Jesteśmy otoczeni przez wiele osób, niektórzy z nich właśnie oskarżyli mnie o zdradę. Nie spodziewałam się tego po nich… i zdecydowanie nie chcę przed nimi tańczyć, jakby to wszystko nie miało znaczenia. Nie zamierzam jednak powodować większego zamieszania niż dotychczas.
– Nienawidzę tańczyć – szepczę.
– Wiem. – Rhen odwraca się do mnie i bierze moje ręce w swoje. – Ja natomiast nienawidzę być wciągany w polityczne rozgrywki bez uprzedzenia. Jednak, proszę, oto jesteśmy.
Już chcę coś odpowiedzieć, ale muzyka właśnie zwolniła. Nie jestem taka beznadziejna w tańcu, jak na początku sądziłam, ale i tak daję mu prowadzić.
– Jesteś wściekły.
– Wyglądam na takiego? – pyta grzecznie.
– Yhym.
– Myślałem, że znakomicie to ukrywam. – Przerywa, a jego oczy wpatrują się w moje. – Czy twoim zamiarem jest pozostawanie ze mną w konflikcie, moja pani?
Przez chwilę uważnie obserwuję Rhena, starając się go rozgryźć. Z jednej strony cieszę się, że jest zły i że nie tylko ja walczę z niechęcią. Z drugiej – czuję bezgraniczny smutek. Chcę przyłożyć mu w twarz, ale wiem, że później uciekłabym z płaczem. Targają mną całkowicie sprzeczne emocje.
– Jeśli tak jest – kontynuuje Rhen – wolałbym, abyś najpierw przyszła z tym do mnie, zamiast pokazywać to wszystkim z Emberfall.
Marszczę brwi i spoglądam w bok. Może on potrafi udawać wesołego, kiedy to wszystko się dzieje, ale ja tak nie umiem. Muzyka wypełnia całą salę. Przypominam sobie tamtą pierwszą noc, kiedy uczył mnie tańczyć na klifie w Silvermoon. Kiedy powiedziałam mu: „Chcę, żeby to było prawdziwe”.
On też chciał, żeby to było prawdziwe – i przez długi czas czułam, że takie jest.
Ale potem zaczęłam wątpić w siebie. Wątpić w niego.
Kiedy nic nie odpowiadam, głos Rhena zmienia się na ostrożniejszy.
– Czy byłaś niezadowolona z sukni, jaką dla ciebie wybrałem? – Przerywa, po czym dodaje, a jego ton staje się teraz odrobinę ostrzejszy: – Czy może to Zo była niezadowolona?
– To byłam ja – odpowiadam. – To na mnie jesteś wkurzony, nie wyżywaj się na niej.
Patrzy na mnie z lekkim niedowierzaniem.
– Myślisz, że mógłbym tak zrobić?
– Myślę, że zrobisz wszystko, na co masz ochotę.
Zaciska palce nieco mocniej na moich i obraca mnie trochę ostrzej, niż to koniecznie.
– Byłem więcej niż sprawiedliwy w stosunku do Zo.
Zapewne ma rację, ale mimo wszystko odwracam wzrok.
– W porządku – odpowiadam.
Nic nie mówi, ale wyczuwam w jego ciele napięcie. Nikt nie odważył się dołączyć do nas na parkiecie, więc może inni również to wyczuwają.
– Nie chcę być zwykłym pionkiem – oświadczam ostro. – W tamtej sukni właśnie tak wyglądałam.
– Wątpię w to.
Prawdopodobnie mówi to jako komplement, ale słyszę lekceważenie.
– Sprawiała, że tak się czułam. – Przełykam ślinę przez zaciśnięte gardło. – Dlatego poprosiłam Freyę, aby znalazła mi inną. – Wciąga powietrze, jakby chciał mi przerwać, więc szybko dodaję: – Nie wyżywaj się też na niej.
Nawet nie drgnie pod wpływem mojego spojrzenia.
– Nic nie zrobiłem twoim przyjaciołom, pani, i nigdy nie obwiniałbym ich za cudze czyny.
– Czy to groźba? – pytam z naciskiem.
Mruga, zaskoczony.
– Co? Nie. Ja nie…
– Ponieważ Grey spędził całe swoje życie, robiąc wszystko, co mu kazałeś, a przy pierwszym razie, gdy się sprzeciwił, powiesiłeś go na tamtej ścianie.
Odskakuje ode mnie, jakbym go uderzyła. Już nie tańczymy. Natychmiast między nami tworzy się lodowaty dystans. Muzyka gra dalej, ale my stoimy bez ruchu na środku parkietu. Tłum cichnie, czuć napięcie w powietrzu.
Zamiera mi dech w piersi. Nie wierzę, że powiedziałam to na głos.
Dopóki nie wypowiedziałam tych słów, nigdy nie przyznałam się przed sobą, że tak właśnie czuję.
Spojrzenie Rhena mogłoby przeciąć stal. Moje też, jestem tego pewna.
Nagle Zo pojawia się obok i zwraca się do mnie spokojnie:
– Pani, jesteś potrzebna w pewnej sprawie.
Czuję, jakby moje ciało było z kamienia. Rhen się nie poruszył, a ja nie mogę oddychać. Prawdopodobnie gdybym go uderzyła, to wywołałoby mniejsze zainteresowanie.
Może ma rację – mogłam porozmawiać z nim na osobności. Ale nie cofnę tego, co się stało, ani tego, co zostało powiedziane.
Chwytam suknię i składam przed nim ukłon.
– Wasza Wysokość.
Nie czekając na odpowiedź ani nawet nie oglądając się za siebie, wychodzę z sali.
