Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Grzegorz Pawłowski urodził się 23 sierpnia 1931 r. w Zamościu jako Jakub Hersz Griner w pobożnej rodzinie żydowskiej. W trakcie wojny część Żydów, w tym całą rodzinę Grinerów, wysiedlono do Izbicy. Tam małemu Jakubowi udało się uciec na aryjską stronę. Ukrywał się przed nazistami dzięki pomocy polskich rodzin. Otrzymał również fałszywą metrykę chrztu, która - jak wspomina - wiele razy uratowała mu życie. Po wojnie trafił do sierocińca prowadzonego w Tomaszowie Lubelskim, tam również został ochrzczony. Sam powiedział księdzu, który przygotowywał go do Pierwszej Komunii Świętej, że nie ma chrztu - nikt nie domyślał się, że jest ocalonym dzieckiem żydowskim. Odkrył swoje powołanie i został kapłanem archidiecezji lubelskiej. Od 1970 roku pracuje w Izraelu jako duszpasterz wspólnot hebrajskojęzycznych i Polonii. Rada Miasta Lublina uchwałą z dnia 22 marca 2018 nadała Księdzu Infułatowi Grzegorzowi Pawłowskiemu tytuł Honorowego Obywatela Miasta Lublina.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 165
Rok wydania: 2005
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Sługa
Mesjasza
Ks. Grzegorz Pawłowski
Recenzenci
ks. prof. Henryk Witczyk
ks. dr hab. Mirosław Wróbel
Redakcja
Leon Formela
Projekt okładki
Studio Lili Yafo
Na okładce pastel Kościół św. Piotra w Starej Jafie
DTP
Hanna Fijołek, Krystyna Waseńczuk
© Lucyna Montusiewicz, 2005
© Wydawnictwo „Gaudium”, Lublin 2005
ISBN 978-83-7548-524-0
Skład wersji elektronicznej
Krystyna Dziadczyk
Wydano na prawach rękopisu
Wydawnictwo Archidiecezji Lubelskiej „Gaudium”
20-075 Lublin, ul. Ogrodowa 12
tel. (081) 442 19 00, faks (081) 442 19 16
www.gaudium.pl; e-mail: [email protected]
Wprowadzenie
Człowiek trzech ojczyzn
Wyrażam nadzieję, iż przygotowany przez wydawnictwo „Gaudium” wywiad-rzeka z ks. prałatem Grzegorzem Pawłowskim zjednoczy nas w odczuciu piękna ewangelicznych wartości, odkrywanych na ścieżkach bolesnych doświadczeń ludzkiego życia. Ufam, iż piękno człowieczeństwa i poczucie dramatu ludzkich losów pozwoli nam odkrywać bliskość Boga, który przychodzi do nas w cierpiącym człowieku. Wierzę, iż poczucie wielkiej duchowej solidarności stanowić będzie podstawową reakcję na wyznania „człowieka trzech ojczyzn”.
Po raz pierwszy miałem okazję bliżej poznać ks. prałata Grzegorza Pawłowskiego, gdy zaprosiłem go z posługą słowa na uroczystości w Izbicy przywołujące pamięć tamtejszych żydowskich mieszkańców, którzy nie przeżyli drugiej wojny światowej. Podobne uroczystości organizowaliśmy w wielu miasteczkach Lubelszczyzny, w których w okresie międzywojennym społeczność żydowska znajdowała swą drugą ojczyznę. Razem z wiernymi, wśród których dominowała młodzież, przywoływaliśmy pamięć „nieopłakanych” – wszystkich synów Izraela wyrwanych brutalnie spośród społeczności żyjących. Po Mszy świętej koncelebrowanej przez kapłanów z dekanatu i zaproszonych specjalnie gości z daleka, szliśmy wspólnie na żydowski cmentarz, by tam modlić się z zaproszonymi przedstawicielami społeczności żydowskiej. Wcześniej młodzież porządkowała te cmentarze. Katecheci i nauczyciele przypominali młodemu pokoleniu burzliwe karty wojennych dziejów. Władze samorządowe na różne sposoby włączały się w upamiętnienie świata, którego niepowtarzalny urok przywoływał w swym wierszu Antoni Słonimski, pisząc:
Nie ma już tych miasteczek, gdzie biblijne pieśni
Wiatr łączył z polską piosnką i słowiańskim żalem,
Gdzie starzy Żydzi w sadach pod cieniem czereśni
Opłakiwali święte mury Jeruzalem.
Naszą modlitwą wyrażaliśmy wierną pamięć i solidarność w cierpieniu z Żydami z Kazimierza i Piask, Łęcznej i Trawnik, Tarnogóry i Izbicy. Właśnie podczas modlitw w Izbicy zobaczyłem symboliczną mogiłę rodziców księdza Grzegorza. Byłem poruszony wzruszeniem, które uderzało wtedy zarówno w jego postawie, jak i w homilii przywołującej tamte wydarzenia. Nie było w nich oskarżeń ani spektakularnych protestów. Był ból i była żywa świadomość dramatu, który stanowi wspólną wartość solidarnej rodziny ludzkiej. Była wreszcie nadzieja płynąca z wiary, iż tylko Bóg może ochronić iskry sensu ocalałe w popiele dziejów pozostawionym przez ideologów pogardy i nienawiści. Widziałem jak głęboko przeżywał Ksiądz Prałat wspomnienie lat odległego dzieciństwa, jak – mimo skurczu wzruszenia chwytającego za gardło – starał się nam przybliżyć istotę tamtych doświadczeń.
Następny raz nasze drogi przecięły się na dni kilka, gdy w styczniu 2002 r. wziąłem udział w sesji naukowej w Jerozolimie. Miałem wtedy okazję, aby nawiedzić ośrodek duszpasterstwa prowadzony w Jafie przez ks. Grzegorza. Patrzyłem wówczas z najwyższym uznaniem na jego utrudzenie, w którym wyrażały się zatroskanie i pomoc dla przybyszów z Polski przyjeżdżających zazwyczaj w poszukiwaniu pracy. Udzieliłem wtedy bierzmowania grupie polskiej młodzieży przygotowanej przez Księdza Prałata. Miałem także okazję rozmawiać długo z rodakami, którzy przychodzili pożyczać polskie książki ze zorganizowanej przez niego biblioteki. Nie potrafię wskazać żadnego innego ośrodka kultury polskiej, w którym osoby pracujące nielegalnie z dala od kraju pytałyby z podobnym przejęciem o publikacje Tomasza à Kempis, Mertona i Prousta, odchodząc potem do domu z książką poszukiwanych autorów.
Najbardziej ujął mnie wtedy ks. Grzegorz swym poświęceniem, w którym nie zwracał uwagi na własne zmęczenie czy odrobinę prawa do prywatności. Bez względu na to, czy telefon dzwonił wczesnym rynkiem czy późną nocą, gospodarz spokojnie udzielał informacji, oceniał możliwości znalezienia pracy, deklarował gotowość przyjścia z pomocą. Mówiono mi, że niektórzy nadużywali tej pomocy i potrafili pracę znalezioną bezinteresownie przez księdza Prałata odsprzedawać innym, pobierając za to 200 lub 300 dolarów. Nie słyszałem jednak nigdy, by podobne nadużycia ze strony osób cynicznych a sprytnych rzutowały na obraz Polaków w komentarzach formułowanych przez Ks. Grzegorza. Nie zrażając się tym, co bolesne, choć statystycznie nieuchronne, potrafi on niezmiennie stawiać ewangeliczną miłość nad moralistykę w heroicznym otwarciu na potrzebujących.
Wyrażając tę postawę otwarcia, przywozi na nocleg tych bezdomnych rodaków, którzy zostawali na bruku bez pracy i bez miejsca nad głową. Podtrzymując po kapłańsku ich nadzieję, udostępnia równocześnie resztki zapasów ocalałe w domowej lodówce. Podziwiając jego bezinteresowność, myślałem, że być może powracają w niej, niczym echo przeszłości, tamte sytuacje sprzed ponad 60 lat, kiedy to on sam doświadczał smaku bezdomności i we wrażliwej pamięci dziecka chował głęboką reakcję na każdą podaną kromkę chleba czy przyjazny gest wyciągniętej dłoni.
Podczas tamtego pobytu w Ziemi Świętej mogłem się równocześnie przekonać, jak bardzo mocno identyfikuje się ks. Grzegorz z żydowską tradycją i losem swych przodków. Lublin jest miastem partnerskim z Rishon Le Zion. Przedstawiciele tego czwartego co do wielkości miasta w Izraelu uczestniczyli w 2000 roku w Kongresie Kultury Chrześcijańskiej w Lublinie, podkreślając wspólnotę więzów kulturowych, które łączą ich z miastem Sztukmistrza z Lublina. Składając wizytę władzom miasta, zaprosiłem do polskiej delegacji Lucynę i Ryszarda Montusiewiczów oraz ks. Prałata Pawłowskiego. Podczas rozmowy w ratuszu podjąłem między innymi kwestię, w jaki sposób gospodarze spotkania widzą możliwość trwałego rozwiązania nabrzmiałych konfliktów z Palestyńczykami. Ktoś ze strony żydowskiej odpowiedział, że nie uda się stworzyć trwałego pokoju bez udziału międzynarodowych instytucji, które objęłyby opieką pewne rejony i niektóre zabytki Świętego Miasta. Jako natychmiastową ripostę na te propozycje usłyszeliśmy głośny komentarz wypowiedziany po hebrajsku: „Co? Mamy poddać międzynarodowej kontroli nasze święte zabytki. Nie ma mowy!” Przedstawiciele władz miejskich zdębieli, bowiem komentarz został sformułowany przez przedstawiciela polskiej strony – ks. Grzegorza. Ja zaś miałem okazję przekonać się wtedy, jak bardzo mocno Ksiądz Prałat utożsamia się z tradycją swych ojców.
Wywiad rzeka przeprowadzony z ks. Pawłowskim przez Lucynę Montusiewicz ukazuje ks. Grzegorza jako człowieka trzech kulturowych ojczyzn. Jedną z nich stanowi tradycja żydowska, z której został wyrwany jako mały chłopiec i z którą identyfikuje się tym mocniej, im głębiej przeżywał życiowe burze. Drugą ojczyzną była mu Polska, gdzie spotkał tyle życzliwych dusz, odnalazł powołanie do służby Bogu Abrahama i Jezusa, doświadczył wielkiej solidarności w cierpieniu. Trzecią ojczyznę wyznaczają słowa św. Pawła kierowane do pierwszych chrześcijan: Nasza Ojczyzna jest bowiem w niebie (Flp 3, 20). Patrząc spojrzeniem wiary na szlak życiowych zmagań, można harmonijnie łączyć miłość do dwóch ziemskich ojczyzn i ukazywać piękno życia, w którym Bóg ukazuje swój sens w zaułkach ludzkich absurdów.
Ks. arcybiskup Józef Życiński
Hersz
Księże prałacie, z kim będę rozmawiała – z Jakubem Herszem Grinerem, czy z Grzegorzem Pawłowskim. Kim bardziej Ksiądz się czuje?
Mam dwie narodowości: żydowską i polską. Więc rozmawia pani z Herszem Jakubem Grinerem i Grzegorzem Pawłowskim w jednej osobie.
Co Ksiądz wie o swoich rodzicach, jakie były ich imiona, skąd pochodzili, czy można coś wydobyć o nich z pamięci i dokumentów?
Moi rodzice... Matka nazywała się Miriam, to znaczy Maria. Zachowały się jej dokumenty archiwalne – akt urodzenia jest wypisany po rosyjsku, tak samo jak akt urodzenia jej siostry. Matka na pewno pochodziła z Izbicy.
Ojciec miał na imię Mendel, to po hebrajsku Menachem. Pochodził z Zamościa. Jego akt urodzenia znajduje się w zamojskim archiwum. Rodzina ze strony ojca od wielu lat i pokoleń była związana z Zamościem. W tradycji, zwyczajach rodzinnych, w życiu społecznym i religijnym tkwili w środowisku żydowskim.
Matka przyjechała do Zamościa z Izbicy. W 1922 roku rodzice, Miriam i Mendel, zawarli związek małżeński i zamieszkali w Zamościu. Tam przyszło na świat czworo dzieci. Pierwszy był Chaim, starszy ode mnie o siedem lat. Później urodziła się Szajndla Malka, po hebrajsku Szoszana, była o pięć lat starsza ode mnie. Trzecia była Sura, to jest Sara, dwa lata starsza ode mnie. Najmłodszy byłem ja – w metryce zapisano Jakub Hersz. Urodziłem się w 1931 roku. Więcej szczegółów o rodzicach i rodzinie nie udało mi się, niestety, odtworzyć, gdyż świadkowie nie żyją, a dokumenty zostały zniszczone lub przepadły.
Mieszkaliśmy w Zamościu, przy ulicy Mikołaja Reja 26, w drewnianym domu. Ojciec zajmował się handlem węglem i drzewem opałowym. W lecie tata wydzierżawiał od polskich gospodarzy sady i prawie każdego roku wyjeżdżaliśmy na wieś, aby doglądać owoców. Jesienią rodzice zbierali je i sprzedawali. Jeździliśmy z nimi, aby pomagać w zbieraniu.
W domu rozmawialiśmy po żydowsku, czyli w jidysz. Po polsku umiałem niewiele, najwięcej nauczyłem się polskiego właśnie podczas tych pobytów w wioskach.
Byliśmy kochającą się rodziną. Ojciec był trochę nerwowy, zaś matka nadzwyczaj cierpliwa. Przemawiała do nas zawsze z dobrocią, natomiast ojca baliśmy się. Wystarczyło, że spojrzał na nas, a już byliśmy posłuszni. Jako najmłodszy w domu byłem chyba najbardziej lubiany.
Rodzeństwo chodziło do szkoły powszechnej, brat uczył się bardzo dobrze, umiał też pięknie malować, był wesoły i pomysłowy. Kiedyś wydrążył kilka jajek, ale tak, że nie było wcale znać i napełnił je wodą. Sprzedał je sąsiadce. Ona zauważyła podstęp i zwróciła mu jajka ze śmiechem, poznała już wcześniej jego żarty.
Z dzieciństwa zachowałem niewiele wspomnień, byłem bardzo mały. Wspominam, jak pewnego razu siostry wzięły mnie ze sobą do szkoły. Podczas przerwy otoczyły nas dzieci, niektóre dziewczynki zazdrościły siostrom małego braciszka.
Kiedy miałem około pięciu lat, rodzice posłali mnie do chederu, to znaczy do szkoły dla najmłodszych chłopców, gdzie uczono języka hebrajskiego. Nauczyciele, zwani „melamed”, uczyli czytać i pisać po hebrajsku. Pozostało mi po nich jak najlepsze wspomnienie.
Jeden z nich, który także mnie uczył, był pogodny i dowcipny, uwielbiany przez uczniów. Często ze mną żartował. Udawał na przykład przed dziećmi, że mówi do mnie w nieznanym języku, ja zaś wymyślałem różne wyrazy i mu odpowiadałem. Zaśmiewał się z tego, a koledzy nabierali wobec mnie respektu – pytali, co to za mowa, gdzie się jej nauczyłem, prosili nawet, abym ich nauczył kilku zdań w tym języku, co chętnie czyniłem.
Inny nauczyciel miał majestatyczny wygląd, wielką brodę i nigdy nie okazywał zdenerwowania. Nauczyciele byli bardzo szanowani, a z ich zdaniem wszyscy się liczyli.
Jakie zwyczaje rodzinne i religijne były przestrzegane w waszym domu?
Nasza rodzina należała do bardzo gorliwych wyznawców religii mojżeszowej. Szabat był świętym dniem, w którym nie można było wykonywać żadnych fizycznych prac. Nawet mamusia nie gotowała w tym dniu, potrawy przygotowywała wcześniej w piątek, a w piecu przychodziła palić znajoma Polka.
Jeśli chodzi o ważniejsze święta żydowskie, to pamiętam Rosz Haszana, znane w Polsce jako Święto Trąbek, czyli żydowski Nowy Rok. Zwykle te święta obchodzone są na początku września i trwają dwa dni. Dużo się wtedy modliliśmy oczekując dnia sądu Bożego, który następuje dziesiątego dnia po Nowym Roku. To Jom Kipur, czyli Sądny Dzień, nazywany też Świętem Pojednania. Tak jak każde żydowskie święto, Jom Kipur zaczyna się wieczorem dnia poprzedzającego. Przez całą dobę mamusia i tatuś przestrzegali ścisłego postu i nic nie brali do ust, nawet łyka wody. Dzieci też były przyzwyczajane do postu, podawano nam tylko skromne posiłki. Przez cały Jom Kipur rodzice przebywali w synagodze i modlili się z innymi Żydami aż do zachodu słońca.
Po Sądnym Dniu, pięć dni później, rozpoczynają się radosne święta Sukkot, czyli Szałasów albo Namiotów, nazywane w Polsce – Kuczki. Obchodzone są na pamiątkę pobytu Żydów na pustyni, po opuszczeniu Egiptu, kiedy to mieszkali w szałasach. Dlatego w to święto stawia się szałasy, tzw. sukki. Na czas tych świąt tatuś z bratem budowali na podwórzu szałas z desek, na dach kładli trzcinę lub gałęzie z liśćmi, tak, aby prześwitywało niebo. W szałasie dorośli modlili się i przyjmowali gości. Mama podawała szczególnie smaczne potrawy, bo to święto jest bardzo radosne.
Na cztery tygodnie przed obchodami Pesach, przeważnie w marcu, przypada święto Purim, nazywane w Polsce – Kusaki. W przeddzień rodzice pościli dla upamiętnienia cierpień Żydów w niewoli babilońskiej, a następne dwa dni wszyscyśmy ucztowali.
Kulminacyjnym i największym świętem żydowskim jest Pesach, obchodzone na pamiątkę wyjścia Żydów z Egiptu. Przed tym świętem robiliśmy w domu, pod nadzorem mamy, gruntowne porządki, a więc pranie, bielenie ścian, szorowanie podłóg, czyszczenie mebli. W okresie święta Pesach, które trwa osiem dni, jedliśmy tylko przaśne pieczywo, czyli mace, przyrządzone z mąki i wody, bez innych dodatków. Mają one przypominać pośpieszne wyjście Żydów z Egiptu, gdy nie było czasu na zakwaszanie ciasta na chleb. Przez pierwsze dwa dni świąt Pesach chodziliśmy do synagogi na modlitwy, które rozpoczynały się wraz z ukazaniem się pierwszej gwiazdy, przy pełni księżyca. Czytany był opis wyjścia Żydów z Egiptu, a potem udawaliśmy się do domu na wspólną wieczerzę. Tatuś nalewał wino do świątecznych kieliszków, z których jeden był przeznaczony dla proroka Eliasza. Rodzice mówili nam, że on ma przyjść, w oczekiwaniu otwierano nawet drzwi. Nigdy nie mogliśmy się doczekać proroka, bo znużeni wrażeniami usypialiśmy. Rano kieliszek przeznaczony dla Eliasza był pusty! Rodzice utrzymywali, że widocznie prorok Eliasz był i wypił wino.
Pięćdziesiąt dni po Pesach świętowaliśmy Szawuot, czyli Święta Tygodni obchodzone na pamiątkę otrzymania dziesięciu przykazań Bożych na Górze Synaj. Także to święto rozpoczynało się w poprzedzający wieczór, wraz z pojawieniem pierwszej gwiazdy. Cała rodzina zbierała się wtedy w domu i po krótkiej modlitwie rozpoczynaliśmy uroczystą wieczerzę. Potem tatuś szedł do synagogi i modlił się przez całą noc.
Byłem wychowywany w tradycji świąt, między domem i bożnicą. Ta religijna tradycja, przeżywana w rodzinie, kształtowała moją dziecięcą osobowość i wrażliwość na sprawy Boże. Rodzice wpoili w nas wielką miłość do Boga – jako chłopczyk modliłem się nawet o śmierć, abym więcej już nie grzeszył i dostał się do raju.
Mamusia często opowiadała mi o Bogu-Adonaj i o mającym wkrótce przyjść Mesjaszu. Raz powiedziała, jakby w proroczych słowach, że będę jego żołnierzem – żołnierzem Mesjasza! Mogłem mieć wtedy pięć, sześć lat. Słowa te wryły mi się w pamięć i są tak żywe, jakby moja matka wypowiedziała je dziś!
W dzieciństwie czułem się kochany, szczęśliwy, bezpieczny...
Kim byli wasi sąsiedzi, w jakim otoczeniu mieszkaliście?
Żydzi i Polacy mieszkali obok siebie. Na naszej ulicy mieszkali też Polacy. Bawiłem się z polskimi chłopcami. Współżycie między Żydami i Polakami układało się dobrze. Polscy sąsiedzi kupowali u ojca węgiel i drewno. Ojciec, z kolei, zamawiał u szewca Polaka buty dla siebie i dla nas.
Bywały też wyjątki, zdarzenia przykre. Kiedyś bawiliśmy się w wojsko, mieliśmy swego „dowódcę” w osobie starszego chłopca żydowskiego. Wtedy napadło na nas kilku polskich chłopców i nas rozpędziło.
Pamiętam też dobrze inne, szczególne wydarzenie. Podczas zabawy z dziećmi polskimi, jedno z nich dało mi medalik. Zawiesiłem go sobie na szyi, bo mi się podobał. Matka, gdy zobaczyła, powiedziała: „Nie wolno! Oddaj ten medalik temu, od kogo dostałeś”. Matka uszanowała medalik, nie kazała go po prostu wyrzucić. Zrobiłem, jak kazała, oddałem go.
Pamiętam, że niedaleko nas budowano murowaną synagogę. Chodziliśmy tam, aby przypatrywać się budowie. A potem chodziliśmy do niej na nabożeństwa. Zapamiętałem, że pewnego razu występował przyjezdny kantor. Do dzisiaj, o dziwo, część tej synagogi stoi, choć jest zamieniona chyba na przedszkole.
Czy Ksiądz pamięta tę atmosferę ulicy, domu, kiedy co tydzień czas jakby zatrzymywał się na szabat, kiedy rodzina gromadziła się, kiedy modliliście się w domu, a potem w synagodze?
Każdy szabat zaczynaliśmy świętować w piątek wieczorem, wraz z zachodem słońca. Szliśmy wtedy do synagogi modlić się, trwało to około dwóch godzin. Po powrocie zasiadaliśmy do wieczerzy szabatowej. Na stole stały dwie świece umieszczone w specjalnych lichtarzach.
Rano znowu udawaliśmy się – ojciec z Chaimem i ze mną – na modlitwę, która trwała około trzech godzin. Po południu około szesnastej odbywało się następne nabożeństwo, tak zwane „minche”, a po zapadnięciu zmroku odbywało się nabożeństwo pożegnalne na wyjście szabatu pod nazwą „marew”.
Kobiety – również moja matka i siostry–rzadko chodziły do synagogi, gdzie miały osobne miejsce.
Czy brat Chaim zdążył przeżyć Bar Micwę jeszcze przed wojną?
Tak. Każdy chłopiec żydowski, kiedy kończy trzynaście lat, wprowadzony jest podczas specjalnej, bardzo uroczystej ceremonii do grona dorosłych mężczyzn. Od tego momentu ma obowiązek przestrzegania wszystkich przepisów zawartych w Torze, to znaczy w Pięcioksięgu Mojżesza, oraz żyć według Talmudu i halachy – prawa żydowskiego. Z okazji Bar Micwy chłopiec musiał odczytać wobec dorosłych i gości zgromadzonych w synagodze fragment z Tory. Od tego momentu był odpowiedzialny za swoje postępowanie. Stawał się „balmyowe”, to znaczy „człowiekiem nakazów”. Później w domu urządzano przyjęcie.
Gdy Chaim miał Bar Micwę, ja miałem około sześciu lat. Samej uroczystości nie pamiętam, ale potem obserwowałem nieraz, jak tatuś i brat modlili się. Umieszczali wtedy na czole małe skórzane pudełeczka, w których znajdują się przykazania Boże, a prawe ręce przewiązywali rzemieniami „tefilim”. Na ramiona ojciec narzucał „tałes”, biały szeroki szal modlitewny, podobny do długiej peleryny. Nieraz widziałem, jak brat modlił się w sadzie tak, aby nikt go nie podejrzał.
Wojna
Wszystko gwałtownie się zmieniło, gdy nadszedł wrzesień 1939 roku...
Sprawił to wybuch wojny. Byłem już zapisany do szkoły, do pierwszej klasy. Cieszyłem się, że pierwszego września pójdę do szkoły powszechnej, a nie tylko do chederu. Siostry wybierały się do kolejnej klasy szkoły powszechnej. Ale rozpoczęła się wojna, zostaliśmy w domu, do szkoły już nie poszliśmy.
W mojej pamięci wojna wybuchła gwałtownie, dosłownie na moich oczach. Jedna z pierwszych bomb spadła na nasz dom, zaś druga w pobliżu. Pozostał mi w pamięci przeraźliwy warkot samolotów, huk bomb, pożar, który objął nasz dom. Uciekliśmy w popłochu, ratując cokolwiek. Nasz dom spalił się doszczętnie. Dzisiaj na tym miejscu stoi olbrzymi blok mieszkalny.
Musieliśmy zamieszkać u krewnych, Zismyłechów,na ulicy Gminnej, w piętrowej kamienicy, która stoi do tej pory. Największym lękiem napawały mnie naloty i poczucie zbliżania się czegoś groźnego...
Czy można było znaleźć jakieś bezpieczne schronienie?
Z pierwszych dni wojny pozostały mi w pamięci obrazy, gdy razem z rodzicami uciekaliśmy przed niemieckimi bombami. Gdy spadały, to chowaliśmy się w kanale ściekowym pod szosą. Wchodziliśmy tam, bo wydawało się, że tam będzie bardziej bezpiecznie. Uciekaliśmy też z miasta i chowaliśmy się na polach ziemniaczanych lub buraczanych.
W drugiej połowie września do Zamościa wkroczyła armia radziecka, jak zmieniło to sytuację mieszkańców?
Brat Chaim prenumerował gazetę żydowską i mawiał, że źle będzie z nami, jeśli Niemcy zajmą Polskę.
Rosjanie wkroczyli do Zamościa, okazało się, że na krótko. Jedni myśleli, że zaraz zaprowadzą komunizm, inni, że ocalą nas przed Niemcami. Wnet sowieckie wojsko rozpoczęło wycofywanie się z Zamościa. Władze radzieckie powiadomiły ludność, przed opuszczeniem miasta, że kto chce, może się z nimi udać do Związku Radzieckiego.
Chaim był jednym z pierwszych, którzy się zgłosili.
Zaciągnął się do wojska?
Nie, do wojska nie, na to był chyba za młody. Po prostu, kto chciał jechać z Rosjanami, mógł to zrobić. Kto z nimi pojechał, liczył, że ma szansę ocaleć. Brat wykorzystał tę szansę, ocalał przecież.
Nie byłem przy jego pożegnaniu, chociaż Chaim koniecznie chciał się za mną zobaczyć przed wyjazdem. Szukano mnie na próżno. W domu od tego czasu mówiliśmy o Chaimie z tęsknotą i troską.
Pewnego razu mamusia, z którą szedłem, zobaczyła na ulicy jakiegoś młodzieńca, podobnego do brata, i westchnęła z bólem: „Mój Boże, to ktoś podobny do mojego syna Chaima, co on teraz robi?”. Brat początkowo pisał, dochodziły od niego listy. Pisali też rodzice, nawet zdjęcie mu posłali. Ale potem listy przestały przychodzić. Kontakt z Chaimem zerwał się, nie wiedzieliśmy, co się z nim działo.
Zostało nas z rodzicami troje. Siostry miały trzynaście i dziesięć lat, a ja osiem.
Jak to się stało, że Ksiądz, będąc wtedy małym chłopcem, pamięta nazwy ulic i inne szczegóły, dzieci zwykle na to nie zwracają uwagi?
Wiele szczegółów sprawdzałem później. Ale chyba jest tak, że wojna, okupacja i inne dramatyczne wydarzenia wyostrzają pamięć, pozostają w niej głęboko zapisane.
Tak więc, już we wrześniu, po spaleniu naszego domu na skutek bombardowania, przenieśliśmy się do kuzynów na ulicę Gminną, do murowanego domu. Tam mieszkaliśmy w czasie, gdy do Zamościa wkroczyli Niemcy.
Zaczął się ciężki okres życia pod niemiecką okupacją. Rodzice zajmowali się handlem, żeby jakoś zarobić na chleb. Siostry pomagały rodzicom, jak mogły. Na przykład w dni targowe, gdy na rynku był jarmark, pożyczały wiadra i nosiły wodę, żeby poić chłopskie konie i coś przy tym zarobić. Głód był bardzo odczuwalny, coraz dotkliwiej. Mama z cukrowych buraków robiła placki, które bardzo nam smakowały. Chleb był rzadko.
Ja zaś, gdy chłopi przyjeżdżali do Zamościa, aby Niemcom dostarczyć kontyngent z płodów, czepiałem się wozów, aby podbierać ziemniaki, buraki czy główkę kapusty. Niekiedy obrywałem batem. Ale kto by na to zważał, gdy dokuczał głód.
Próbowałem też sprzedawać to, co było pod ręką. Zaczepiałem niemieckich żołnierzy, aby dali mi kilka fenigów lub papierosy, które potem mógłbym sprzedać. Ci, którzy szli na front nie byli tacy okrutni, a niektórzy okazywali życzliwość. Pewnego jednak razu dostałem po twarzy od jednego Niemca, tak silnie, że się przewróciłem i rozpłakałem. Od tej pory mijałem ich z daleka, bo się bałem.
Kiedy to było, w roku czterdziestym, czy później?
Pewnie w czterdziestym, ale lata zlewają się z tak odległej perspektywy w jeden czas okupacji. Było coraz gorzej, nasilało się prześladowanie Żydów. Pamiętam, że ktoś z naszych krewnych był w szpitalu, w którym Niemcy rozstrzelali wszystkich chorych. Przyszedł do nas kuzyn i płakał, że jego brata też zabili.
Sytuacja w domu była coraz trudniejsza. Mamusia poważnie zachorowała, jakiś czas musiała leżeć. Gdy tylko choroba się przesiliła, wstała, chociaż słaniała się i kaszlała. Mimo to, zawsze się uśmiechała i starała się zarobić na kawałek chleba dla nas.
W naszej kamienicy mieszkała lekarka, pani Bronisława Spiegelglas z synem Adasiem. Była bardzo uczynna i dobroduszna, z pełnym poświęceniem pracowała wśród chorych. Opiekowała się też moją mamusią, a potem tatusiem, który potłukł się po upadku z konia.
Winnymi tego byli oczywiście Niemcy. Pewnego razu złapali kilku Żydów, wśród nich mojego ojca. Byłem przy tym, bałem się, że z tatusiem może się stać coś złego, podszedłem więc blisko. Jeden z Niemców zaczął krzyczeć, chciał mnie nawet zbić. Rozpłakałem się. Tatuś szybko podszedł do mnie, przytulił do siebie, a do Niemca powiedział: „To jest mój syn, niech go pan nie bije!”. Niemiec nic mi nie zrobił, a tatuś kazał mi szybko wracać do domu. Posłuchałem go. Okazało się, że Niemcy zrobili sobie pośmiewisko z zatrzymanych Żydów. Kazali im wsiadać na konie i jeździć wierzchem. Batami podcinali konie. Tatuś, który nigdy wcześniej nawet nie siedział na koniu, spadł i bardzo się poturbował.
Czy Żydzi próbowali sobie, w tak ciężkiej sytuacji, pomagać?
Gmina żydowska prowadziła kuchnię przy dawnej synagodze. Wydawali tam coś do jedzenia. Zawsze ustawiała się długa kolejka. Początkowo można było cokolwiek dostać, ale potem już nawet kawy zbożowej nie było.
