Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Słoneczna przystań ebook

Agnieszka Krawczyk  

4.45454545454545 (55)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 580 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Słoneczna przystań - Agnieszka Krawczyk

Trzeci tom bestsellerowej serii "Czary Codzienności".

Czasami wszystko musi się zagmatwać, by los mógł wreszcie wskazać właściwe rozwiązanie.

Życie sióstr Niemirskich bardzo się skomplikowało – w miasteczku pojawił się ktoś, kto może zniszczyć mozolnie budowane szczęście. W dodatku rodzinnemu domowi zagraża niebezpieczeństwo – wielka turystyczna inwestycja, która ma powstać w pobliżu. Agatę, Danielę i Tosię czekają przełomowe decyzje. Czy postąpią właściwie? Czy czary codzienności zadziałają? Kto ostatecznie okaże się przyjacielem, a kto wrogiem? Agata i Daniela muszą uporać się też z własnymi uczuciami, zadać sobie kilka pytań i znaleźć na nie odpowiedzi. Kocha, lubi, szanuje, nie chce, nie dba, żartuje…

Pod wielką lipą w ogrodzie spełni się niejedno marzenie, wystarczy tylko zaczekać na odpowiedni moment i poprosić.

Opinie o ebooku Słoneczna przystań - Agnieszka Krawczyk

Fragment ebooka Słoneczna przystań - Agnieszka Krawczyk

1

W kuchni pięknego kamiennego domku z niebieskimi drzwiami było zupełnie pusto, tylko firanka zafalowała, gdy Tomasz Halicki, niosący na rękach Danielę, wszedł do środka.

– Halo, jest tu kto? – zawołał kolejny raz, nie licząc już na to, że otrzyma jakąkolwiek odpowiedź.

Rozejrzał się po niezwykłym wnętrzu urządzonym w stylu francuskiego zacisza, jakie pamiętał doskonale ze swoich zagranicznych wypraw. Na taki dom natrafił kiedyś, wędrując przez dżunglę w Afryce Równikowej, należał on do francuskich osadników, którzy mieszkali tam od pokoleń. Ich posiadłość, zagubiona wśród bagien i lasów, była jak z innego, eleganckiego świata, prawie baśni. Teraz kuchnia w Wilii Julia przypomniała mu wrażenie, którego doznał podczas tamtej wyprawy. Pod oknem zauważył niecodzienną kanapę, tapicerowaną w oryginalny wzór – na bladoniebieskim tle wyobrażono zjawiskowe wielobarwne motyle zrywające się do lotu. Nie wahał się ani chwili, tylko ułożył na otomanie Danielę i przez moment przypatrywał się jej w milczeniu. Powinien wezwać pomoc, zadzwonić po lekarza lub pogotowie. Nie robił tego jednak, tylko stał na środku kuchni i obserwował dziewczynę w milczeniu, jakby namyślając się, jaką decyzję powinien podjąć.

Nagle drzwi otworzyły się z trzaskiem i stanęła w nich Agata Niemirska. Zaskoczenie odbiło się na jej uroczej twarzy.

– Co pan tutaj robi? Co się stało mojej siostrze? – zapytała i, nie czekając na odpowiedzi, podbiegła do leżącej na sofie Danieli i chwyciła ją za rękę.

– Zemdlała w ogrodzie. Przyniosłem ją tutaj. Wołałem, ale nikogo nie było – wyjaśnił Tomasz spokojnym głosem, jednak Agata zdawała się go nie słuchać. Sięgnęła po telefon i szybko wybrała numer.

– Doktorze, mówi Agata. Dzieje się coś niedobrego. Daniela straciła przytomność w domu. Nie mogę jej docucić. Czy może pan przyjechać? Tak, zaraz zadzwonię po karetkę. Będę na pana czekać.

– Ja mogę wezwać karetkę – zaproponował Tomasz, ale ponownie nie zwrócono na niego uwagi, więc usunął się w kąt kuchni. Agata wybrała numer pogotowia i poprosiła o pomoc. Dopiero wówczas przypomniała sobie o nim.

– Jak to się stało? To znaczy, chciałam zapytać, czy znalazł pan ją już w takim stanie?

– Nie. Rozmawialiśmy i nagle ona osunęła się na ziemię. Kompletnie się tego nie spodziewałem.

– Może ją pan czymś zdenerwował? – wypytywała gorączkowo Agata.

– Nie sądzę – Halicki się oburzył. – Po prostu spytałem o drogę.

Agata nie zdążyła niczego więcej powiedzieć, bo w drzwiach stanął doktor Wilk.

– Byłem na szczęście w pobliżu – wyjaśnił i natychmiast rzucił się w kierunku sofy, na której leżała Daniela.

– To zwykłe omdlenie – uspokoił Agatę. – Mam tu odpowiednie środki – wyciągnął z torby szklaną fiolkę i podsunął Danieli pod nos. Dziewczyna ocknęła się i spojrzała na doktora niezbyt przytomnym wzrokiem.

– Doktor Wilk? Co się stało?

– Na razie nic groźnego, ale nastraszyła nas pani. Niczego pani nie pamięta?

– Tylko tyle, że przyjechał Tomasz Halicki i chciał zabrać Tosię. Strasznie się zdenerwowałam… – powiedziała Daniela cichym głosem. – Ale może mi się to wszystko zdawało…

– Zabrać Tosię? O czym ty mówisz? – Agata nie rozumiała.

– Tomasz Halicki? – zdumiał się z kolei doktor. – A on co ma do tego?

– Może ja to wszystko wyjaśnię… – odezwał się drwiąco Tomasz, z ironicznym uśmiechem obserwując całą scenę spod ściany.

Doktor i Agata jak na komendę odwrócili się w jego stronę.

– A to co za diabeł? – rzucił Wilk ze zdumieniem.

– Tomasz Halicki – wyjaśniła Daniela gorączkowo. – Zaczepił mnie przy furtce.

– O, wypraszam sobie! Nikogo nie zaczepiałem, spytałem tylko o numer domu.

– Powiedział, że przyjechał po Tosię, że chce ją zabrać – Daniela tak gwałtownie usiadła na sofie, że straciła równowagę. Siostra musiała ją podtrzymać.

– Poczekaj, spokojnie, nie denerwuj się. Może ci to zaszkodzić. Pan Halicki na pewno nam to wszystko zaraz wyjaśni – ostatnie słowa Agata wypowiedziała lodowatym głosem, odwracając się w kierunku Tomasza. On obruszył się i nie odezwał w ogóle, tylko zacisnął w złości szczęki.

– No, panie Halicki, czy jak panu tam – natarł na niego weterynarz. – Mamy chyba prawo wiedzieć, dlaczego zjawia się pan tutaj nieproszony i jeszcze z takimi kuriozalnymi roszczeniami…

Nie zdążył powiedzieć niczego więcej, bo w progach Willi Julia pojawili się ratownicy medyczni ze szpitala w Cieplicach, którzy zresztą szybko rozpoznali Danielę jako ofiarę niedawnego wypadku drogowego. Nie chcieli nawet słyszeć o tym, że dziewczyna dobrze się już czuje i może zostać w domu.

– Miała pani niedawno wstrząs mózgu i odniosła wiele obrażeń – przypomniał sobie jeden z medyków. – Takie omdlenia są niebezpieczne, podczas wypadku mogło dojść do jakiegoś urazu, który po pewnym czasie daje objawy neurologiczne. Moim zdaniem powinna pani wrócić do szpitala. Zabieramy panią.

– Nie ma mowy – Daniela zaprotestowała słabym głosem. – Nigdzie nie pojadę, nie zostawię siostry samej.

– Nie zachowuj się jak dziecko. Oczywiście, że pojedziesz z panami. Doktor Wilk będzie cię na razie eskortował, a ja za chwilę dojadę ze wsparciem – postanowiła Agata niepodziewanie mocnym i silnym głosem.

Wilk i Daniela spojrzeli na nią ze zdumieniem. Agata rzadko była taka zdecydowana. Siostra pokornie kiwnęła głową i pozwoliła zaprowadzić się do karetki, bo stanowczo odmówiła położenia się na noszach.

– Wszystkiego dopilnuję, może być pani spokojna – powiedział weterynarz, obrzucając Halickiego niezbyt życzliwym wzrokiem, a on w odpowiedzi tylko się skrzywił i wzruszył ramionami. Obopólna antypatia była w tym przypadku natychmiastowa i widoczna jak na dłoni.

Gdy za doktorem Wilkiem i Danielą zamknęły się drzwi, Agata przede wszystkim nabrała głęboko powietrza, żeby się uspokoić. Bała się o siostrę i jej największym pragnieniem było zostawić Halickiego w tej kuchni, po czym pędzić do Cieplic. Chciała upewnić się, że Danieli nic nie zagraża, a to omdlenie było nic nieznaczącym epizodem, wynikającym z upału i nadmiaru emocji, całkowicie niezwiązanym z wypadkiem, jakiemu uległa kilkanaście dni wcześniej. Coś jednak podpowiadało Agacie, że wcale tak nie jest, że zdrowie siostry jest zagrożone i nad ich do tej pory spokojnym życiem gromadziła się kolejna czarna chmura. Nie mogła jednak niczego przedsięwziąć, póki w jej domu był Tomasz Halicki – następny poważny problem, z którym przyjdzie się jej zmierzyć. Przez moment zastanowiła się, gdzie jest Tosia, ale potem uświadomiła sobie, że pewnie jak zwykle o tej porze dnia pomaga Julii w warsztacie lub w pracowni meblarskiej. Nie było niebezpieczeństwa, że zjawi się tutaj niespodziewanie i stanie się świadkiem nieprzyjemnej rozmowy. Bo że nie będzie ona miła, tego Agata była akurat pewna.

– Może usiądziemy? – zwróciła się do Tomasza Halickiego, który wciąż z nieprzejednanym wyrazem twarzy tkwił pod ścianą, a potem odwróciła się, by przygotować lemoniadę. – Napije się pan czegoś zimnego?

– No nie! Zachowuje się pani nieracjonalnie. Najpierw mnie pani obraża, a teraz, jak gdyby nigdy nic, zaczynamy banalną rozmowę jak na imieninach u cioci – wybuchnął.

– Nikt nie chciał pana obrazić – wyjaśniła Agata spokojnie, choć w środku wszystko się w niej gotowało, uznała jednak, że lepiej będzie próbować załatwić tę sprawę pokojowo. – Byliśmy zdenerwowani sytuacją. Moja siostra niedawno uległa wypadkowi samochodowemu, wjechał w nią jakiś pirat drogowy, tylko cudem uniknęła śmierci. Po tym zdarzeniu zaczęła się skarżyć na bóle głowy, zaburzenia widzenia, ale wszyscy to zbagatelizowaliśmy, mając nadzieję, że samo przejdzie. Teraz obawiam się, że to może być coś poważnego, co właśnie daje nam znać o sobie…

– Przepraszam – mruknął Halicki, choć widać było, że przychodzi mu to z trudem. – Poproszę w takim razie o wodę.

Agata wyciągnęła z lodówki wodę z cytryną i nalała do dwóch szklanek, potem zaprosiła go do stołu, sama zaś usiadła naprzeciwko niego. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem.

– Jestem prawnym opiekunem Tosi – powiedziała po dłuższym milczeniu. – Przeprowadziłam tę sprawę w sądzie rodzinnym.

Halicki wypuścił wolno powietrze z płuc.

– Szybko się pani z tym uwinęła. Matka była pewna, że tak się właśnie stanie.

Agata spojrzała na niego wrogo.

– Mówi pan o Sylwii van Akern?

Tomasz upił trochę ze swojej szklanki i zrobił lekceważący ruch ręką.

– O Sylwii Wolańskiej. Moja matka uwielbia takie mistyfikacje. Raz używa nazwiska jednego męża, raz drugiego, czasem występuje pod panieńskim. Przez kilka lat była znana wyłącznie pod pseudonimem, nie zgadnie pani, jakim: Sonia Wosch. Myślę, że moja siostra odziedziczyła po niej tę zdolność tworzenia sobie fikcyjnych życiorysów, też miała już ich kilka, w końcu jest aktorką. No i ojciec – przerobił się z Czesława na Cezarego, ale to jestem akurat w stanie zrozumieć.

Agata przypatrywała mu się ze zdumieniem. Tomasza Halickiego nie sposób było polubić. Ba! Chyba nawet trudno go było tolerować. Wyrażał się o wszystkim z taką wyższością i pogardą, że budziło to ogromne zdumienie. Czy ten człowiek nikogo nie szanował i nie kochał? Najwyraźniej jakiekolwiek ciepłe uczucia żywił wyłącznie względem siebie samego.

– Rozmawiałam z panią Wolańską. Nie wywarła na mnie miłego wrażenia – powiedziała więc Agata zdecydowanym tonem, bo nie chciała, żeby pomyślał sobie, że się go boi. – Zamierzałam się dowiedzieć czegoś o mojej matce, której w ogóle nie znałam, ale usłyszałam tylko smutną historię o pańskim ojcu i ich niezbyt udanym małżeństwie.

– No, akurat pani matka wydatnie się przyczyniła do katastrofy tego związku – roześmiał się Halicki sarkastycznie. – Mnie jednak nie obchodzą te melodramatyczne bzdury. Interesuje mnie wyłącznie ta mała.

– Powiedziałam już panu, że jestem opiekunem prawnym Tosi i nic tego nie zmieni.

– To się jeszcze okaże. Nasza rodzina ma znakomitych prawników – Tomasz Halicki wypił resztę wody i odstawił szklankę na środek stołu, bardzo się starając, aby trafiła dokładnie na przecięcie obu przekątnych. Agata patrzyła na niego w milczeniu, zaskoczona tym zwrotem sytuacji.

– Ale dlaczego? Po co chce pan to zrobić?

– Nie rozumie pani? Nie mogę dopuścić, żeby dziewczynka wychowywała się w takim miejscu – zrobił kolejny lekceważący ruch dłonią, wskazując na Willę Julia i całe jej otoczenie, jakby były to najgorsze warunki pod słońcem. – Poza tym uważam, że my, Haliccy, zawsze powinnyśmy trzymać się razem, bez względu na wszystko.

– Haliccy? Bez względu na wszystko? – powtórzyła Agata, nie wierząc w to, co przed chwilą usłyszała, a potem pokręciła głową.

– Jestem jej siostrą w tym samym stopniu, w jakim pan jest jej bratem – oświadczyła dobitnie, wstając z krzesła i mierząc go wzrokiem. – I na pewno nie pozwolę, żeby stała się jej krzywda.

– Dlaczego miałaby się jej stać jakaś krzywda? – wzruszył ramionami Halicki. – To raczej tutaj, w domku na kurzej stopce, nie czeka jej nic dobrego. U nas będzie opływała w luksusy, możemy jej zapewnić takie życie, o jakim w tej chwili tylko marzy. Wreszcie wyrwie się z nędzy i zasmakuje prawdziwego świata!

– Z jakiej nędzy? – Agata się oburzyła. – To jest normalny dom i normalne życie, które ona zna i do którego jest przywiązana. Tutaj mieszkała z matką i tu była szczęśliwa.

– No tak – rzucił Halicki z wyzywającym uśmieszkiem. – Ale kto powiedział, że nie mogłaby być bardziej szczęśliwa?

Agata zamilkła, bo tym jednym zdaniem wytrącił jej wszystkie argumenty. Tak, to prawda. Właśnie o tym rozmawiała z Piotrem, a potem z Danielą, gdy wahała się, czy powinna występować w imieniu Tosi z roszczeniem o spadek po Halickim. W dokumentach, które odkryła w skrytce bankowej po śmierci matki, znalazła testament Cezarego Halickiego. Ojciec Tosi zapisywał w nim swój ogromny majątek w trzech równych częściach Tomaszowi, Eleonorze i Tosi właśnie – swoim trojgu dzieciom.

Od momentu, gdy ten akt wpadł w ręce Agaty, młoda kobieta biła się z myślami, co robić. Sylwia Wolańska wyraźnie dała jej do zrozumienia, że rodzina Halickich wyprze się wszelkich związków Cezarego z Adą Bielską, a Tosia nie zostanie uznana za prawowitego spadkobiercę. Wszystkie ewentualne roszczenia finansowe zostaną zakwestionowane, a do walki ruszy armia adwokatów, która uprzykrzy Agacie życie. Oczywiście, tego ostrzeżenia Sylwia zapobiegliwie udzieliła, jeszcze zanim Agata znalazła testament i zanim na jaw wyszły nowe fakty. I dlatego mimo oczywistej woli Cezarego, który chciał podzielić się swoim majątkiem z najmłodszym dzieckiem, Agata miała wątpliwości.

Sylwia wyraźnie mówiła, że w rodzinie Halickich nie ma miejsca dla obcych. Tu się strzeże jedności klanu i rodzinnego majątku. Biorąc to pod uwagę, Niemirska postanowiła nie ujawniać testamentu i całą sprawę przemilczeć. Pojawienie się Tomasza i jego dziwne oświadczenie było dla niej wielkim szokiem, bo pozostawało w jawnej sprzeczności z tym, co mówiła Sylwia. Młodemu Halickiemu w jakiś pokrętny sposób zależało jednak na młodszej siostrze. On ją nie tylko zaakceptował całkowicie bezwarunkowo, ale chciał włączyć do rodziny, by wychowywała się zgodnie z familijnymi tradycjami. Niestety, robił to w typowy dla siebie sposób – nie licząc się z nikim i z niczym.

– W każdym razie zobaczymy się jeszcze – rzucił ostrzegawczo. – Nie zamierzam na razie stąd wyjeżdżać. Zatrzymałem się w Cieplicach, w hotelu o nazwie jak z powieści Stevena Kinga, czyli Panorama. Proszę, tutaj jest mój numer, chciałbym umówić się w jakiś cywilizowany sposób na spotkanie z Antoniną. Rozumiem, że w obecnej sytuacji, gdy pani urocza siostra jest w szpitalu, potrzebujecie paru dni na oswojenie się z nową sytuacją, zaczekam więc na telefon od pani. Moja cierpliwość ma jednak swoje granice – dokończył ironicznym tonem, rzucając na stół swoją wizytówkę.

Agata nie odezwała się ani słowem, tylko po prostu zamknęła za nim drzwi i w milczeniu patrzyła za oddalającym się samochodem. Gdy była już pewna, że odjechał, poszła do herbaciarni.

Klientów na szczęście nie było zbyt wielu i Monika dawała sobie świetnie radę. Na wieść o tym, że Daniela znowu trafiła do szpitala, ich pomocnica wpadła w panikę.

– To niemożliwe! Co się mogło stać? Czy lekarz ci w ogóle coś powiedział? Musisz tam natychmiast jechać i wypytać się o wszystko, bo to może być coś groźnego. Ja sobie doskonale dam radę sama, a gdyby pojawiło się więcej klientów, zatelefonuję po Julka. Wiem, że się ostatnio nudzi w klinice, bo nie mają z doktorem wielu pacjentów na miejscu. Nie martw się więc sklepem.

Herbaciarnia była naprawdę ostatnią rzeczą, o jaką się martwiła w tej chwili Agata. Miała dużo poważniejsze troski. Otoczyły ją jak czarne ptaki i sprawiły, że uśmiech zniknął z jej pogodnej twarzy. Przeszła przez patio herbaciarni, nie zauważając prawie, jak pięknie się tutaj zrobiło.

Była już pełnia lata i wszystkie zasadzone ręką Julii kwiaty wybuchły feerią barw i aromatów, po prostu wysypując się z grządek i donic. Dopiero teraz można było docenić to, jak wspaniale współgrał z nimi architektoniczny projekt ojca dziewcząt, inżyniera Niemirskiego. Przekształcił on niewielki drewniany kiosk w obszerny pawilon z przeszkloną ścianą i ogrodem wyłożonym drewnianymi płytkami, z wystrojem zaprojektowanym i wykonanym w dużej mierze przez Julię. Jej oryginalne meble dopełniały obrazu – kolorowe kanapy, fotele i ręcznie malowane krzesła sprawiały, że chciało się tu wejść, usiąść i odpocząć wśród blasków, kolorów i zapachów.

Było urzekająco, czarodziejsko i tajemniczo. Spragnieni chłodu znajdowali go wśród ocieniających patio pnączy, a ci, którzy woleli słońce, mogli grzać się w jego promieniach obok przepięknych, ozdobnych, wielokolorowych traw. Ogródek cieszył się tak wielkim powodzeniem gości, że siostry musiały wygospodarować na herbaciarnię również kawałek sadu za pawilonem, gdzie także rozstawiły stoliki.

Utarło się już, że tutaj szukali prywatności zaprzyjaźnieni klienci: kilkoro wiernych wczasowiczów z pobliskich pensjonatów, którzy uwielbiali schodzić się popołudniami na brydża w swoim towarzystwie, a także młode pary, spragnione prywatności i intymnej rozmowy. W cieniu wielkiej starej lipy za dawnym kioskiem było zacisznie, chłodno i urokliwie.

Licytacja brydżystów i ich charakterystyczne wesołe odzywki w stylu: „Gra w piki daje wyniki!”, „Figur na figur, jak to mawiał święty Igur” lub „Pierwsza zasada: patrz w karty sąsiada!” rozlegały się gromko po sadzie już od podwieczorku i trwały często do kolacji albo nawet i później, gdy była ładna pogoda. Nie raz i nie dwa do gry przyłączał się ksiądz, który okazał się zapalonym brydżystą i często pojawiał się w sadzie, gdy zakończył już swój wieczorny spacer. Wierszyk o świętym Igorze należał zresztą do jego ulubionych, obok iście ludowej mądrości: „Kto nie zgrywa atutów, ten chodzi bez butów”, którą częstował swoją partnerkę, panią Lucynkę, nazywającą go uporczywie „dobrodziejem”, bo bardzo jej się ta staropolska tytulatura osób duchownych podobała.

Teraz jednak pod lipą nie było ani graczy, ani zakochanych par, a to z powodu zbyt wczesnej godziny. Agata wyszła przez zaplecze i przebiegła przez sad w kierunku warsztatu Julii. Tak, jak podejrzewała, zastała tam Tosię pomagającą sąsiadce w przygotowaniu do sprzedaży kolejnego mebla. Tym razem było to bardzo eleganckie biurko, ozdobione motywami roślinnymi. Dziewczynka zajmowała się polerowaniem blatu.

– O, Agata, dobrze cię widzieć – ucieszyła się Julia, ale zaraz zmarszczyła brwi, widząc zmartwioną minę Niemirskiej. – Tosiu, przetrzyj jeszcze gałki od szuflad i możemy właściwie kończyć, jest przepięknie, bardzo mi pomogłaś – dodała.

Mała rozpromieniła się na te słowa.

– Naprawdę? To może jeszcze zamiotę tutaj? – zaproponowała pełna dobrych chęci.

Julia skinęła głową, po czym zaprowadziła Agatę w głąb warsztatu, gdzie miała mały kantorek. Parzyła w nim sobie mocną kawę, gdy chciała chwilę odpocząć.

– Co się stało? Jakieś złe wieści z urzędu gminy w sprawie tej budowy hotelu z termami? – zapytała z niepokojem Julia, bo od dłuższego czasu ta właśnie sprawa spędzała jej sen z powiek. Żona burmistrza, Małgorzata Trzmielowa, zamierzała wybudować w najbliższym sąsiedztwie ich domów ogromny kompleks turystyczny, który mógł poważnie zagrozić okolicy, a nawet – w najgorszym razie – pozbawić je dachu nad głową.

Agata zaprzeczyła. Nie, tym razem nie chodziło o inwestycję burmistrzowej.

– Daniela zasłabła w ogrodzie. Wezwaliśmy z doktorem karetkę z Cieplic, zaraz do niej jadę, chciałam zabrać ze sobą Tosię – wyjaśniła, a Julia patrzyła na nią w milczeniu, czekając na to, co jeszcze powie. Oczywiste było, że wydarzyło się coś więcej, skoro Agata od razu nie pojechała z siostrą. – W Zmysłowie pojawił się niespodziewanie przyrodni brat Tosi, Tomasz Halicki – dodała Niemirska. – Wszystko wskazuje na to, że przyjechał tutaj, żeby ją zabrać do siebie – Agata popatrzyła na zaufaną sąsiadkę z rozpaczą.

– Chyba żartujesz! – Julia pokręciła głową z niedowierzaniem. – To przecież niemożliwe. Jak to: przyrodni brat? Przecież Ada nikomu nie mówiła, kto jest ojcem Tosi. W jaki sposób to wyszło na jaw, na Boga? I jakim cudem nagle w Halickich obudziły się uczucia rodzinne?

Agata uniosła głowę zdumiona i spojrzała na Julię pytającym wzrokiem.

– Pani wiedziała, kto jest ojcem Tosi?

Węgierka wzruszyła ramionami.

– Oczywiście. Ada zobowiązała mnie do absolutnego milczenia, więc nie pisnęłabym ani słowa, choćbyś mnie przypiekała na wolnym ogniu. Widzę jednak, że cała sprawa dawno się wydała. Dotarło do mnie już wcześniej, że prowadzisz swoje śledztwo, nie myśl, że jestem ślepa. Miałaś do tego prawo, to jasne. Podejrzewałam zresztą, że Ada w końcu zostawi ci jakąś wskazówkę, prawdopodobnie w tej osławionej skrytce w banku, w której znalazłaś między innymi akt własności tego domku. Było tam coś jeszcze, prawda?

– Tak. Testament Cezarego Halickiego, w którym zapisywał jedną trzecią swego majątku Tosi. Wtedy już ostatecznie się potwierdziło to, co podejrzewałam od dłuższego czasu, mianowicie, że to on jest jej ojcem.

– Nie wiedziałam, że Halicki umarł – mruknęła Julia. – Dziwnie się skończyła ta cała nieszczęśliwa historia, przyznaję. Agatko, znasz mnie dobrze. Jestem zwolenniczką prostych rozwiązań. Wielokrotnie mówiłam Adzie, że związek z Cezarym nie ma sensu, nie przyniósłby jej nic dobrego. Myślę, że ostatecznie uznała mój punkt widzenia za słuszny. Po cóż wiązać się z człowiekiem, który tak naprawdę nie potrafił nikogo pokochać?

– Uważa pani, że nie potrafił nikogo kochać? – spytała Agata cichym głosem.

Julia popatrzyła na nią z westchnieniem.

– A jak inaczej wytłumaczyć to wszystko? To był człowiek, któremu na nikim nie zależało i nikogo nie potrafił zrozumieć. Kierował się wyłącznie własnym interesem. Tak przynajmniej ja to widziałam i powtarzałam Adzie, by próbowała choć Tosię ocalić przed tym egoistą. Ale dosyć już o tym. O zmarłych nie powinno się źle mówić, kto inny będzie już ważył ich uczynki, dobre i złe… Powiedz mi lepiej, co zamierzasz zrobić? Ten braciszek chyba nie ma żadnych podstaw prawnych, żeby upominać się o Tosię?

– Mam nadzieję, że nie. On co prawda twierdzi, że jego adwokaci wszystko mogą, ale przecież to ja jestem opiekunem prawnym Antoniny i tego się nie da tak po prostu zakwestionować – żarliwie zapewniła Agata.

– Oczywiście. Zresztą liczy się jeszcze zdanie Ady. A ja przed każdym sądem mogę zaświadczyć, że życzyła sobie, żeby tak się stało.

– Co ma pani na myśli? – Agata nie rozumiała.

– Dokładnie to, co mówię. Myślisz, że twoja matka była głupia? Obawiała się, że Halickim może strzelić do głowy coś podobnego. Zobowiązała mnie i doktora Jerzego, to znaczy każde z nas z osobna, że sprowadzimy cię tutaj i skłonimy, żebyś zaopiekowała się Tosią. Oczywiście liczyłam na to, że zrobisz to po dobroci, bo to przecież takie kochane dziecko, ale miałam też przygotowane pewne narzędzia nacisku, na przykład rózgę. Oczywiście żartuję – dodała na wszelki wypadek, bo Agata wyglądała tak, jakby pewne słowa w ogóle do niej nie docierały.

Myślała o niedawnej rozmowie z doktorem Wilkiem. Tak, już wówczas miała wrażenie, że weterynarz coś przed nią ukrywa, nie mówi jej całej prawdy o swojej ostatniej rozmowie z Adą. Przyznał, że zobowiązał się do czegoś wobec jej matki. Czy właśnie o to chodziło? Że nigdy nie oddadzą Tosi Halickim? Zapewne tak.

– Już sprzątnęłam wszystko – uśmiechnięta Tosia zajrzała na zaplecze warsztatu.

– Cudownie. Bardzo mi pomogłaś. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła. A teraz już jedź z siostrą, bo chce cię zabrać ze sobą – powiedziała Julia, na co Agata przytaknęła. Teraz, gdy kręcił się tutaj Halicki, nie chciała spuszczać małej z oka.

– Dokąd jedziemy? – zainteresowała się Tosia.

– Do Cieplic. Daniela gorzej się poczuła i musiała pojechać do szpitala z doktorem Wilkiem – Agata starała się przedstawić całą sprawę w możliwie najdelikatniejszy sposób, ale dziewczynka i tak się przeraziła.

– Ale nic jej nie będzie? Powiedz mi! Nie musi zostać na operacji w szpitalu? – dopytywała się gorączkowo.

– Myślę, że nic jej nie będzie, choć pewnie czekają ją jakieś badania – uspokajała starsza siostra.

– No, ruszajcie już, bo pewnie Daniela się o was niepokoi – Julia zdecydowanym gestem skierowała je do wyjścia. – A ty niczym się nie martw – upomniała jeszcze Agatę. – Ja tu jestem, nad wszystkim czuwam i na pewno nie pozwolę wam zrobić krzywdy.

2

Kiedy dojechały do Cieplic, Tosia cicho chlipała w samochodzie. Agata zaparkowała jak najbliżej wejścia, po czym odwróciła się, żeby uspokoić siostrę.

– Wiesz, przeczytałam gdzieś, że dziewięćdziesiąt dziewięć procent rzeczy, których najbardziej się boimy, wcale się nie wydarza…

– Ale ten jeden procent zostaje! – Tosia rozpłakała się już na dobre. – I Danieli może się stać coś złego.

– Myślę, że ten jeden procent spełnia się w zupełnie inny sposób. Strach to tylko myśl, prawda? Więc od ciebie zależy, jaka ta myśl będzie. Strach może być uzasadniony albo całkowicie wydumany. W wielu przypadkach obawiasz się czegoś, bo szaleje twoja wyobraźnia, i to ona podpowiada ci okropne scenariusze.

– Nie rozumiem cię – Tosia pociągnęła nosem.

– Spróbuję ci to wytłumaczyć prościej. Boisz się o Danielę, bo dobrze pamiętasz chorobę mamy, prawda?

Dziewczynka kiwnęła głową.

– No właśnie. Teraz, gdy ktoś z rodziny jest chory, martwisz się, że będzie tak samo. Dolegliwość okaże się poważna, a skutki nieodwracalne. A przecież nie każda choroba jest taka. Daniela miała poważny wypadek, złamała rękę. Teraz po prostu odczuwa skutki tego urazu i potrzebuje dodatkowego leczenia oraz badań. Tylko tyle.

– I wszystko będzie dobrze? – upewniła się dziewczynka.

– Z pewnością. Jak to mówią: strach ma wielkie oczy i nie jest to tylko ludowa mądrość. Jest to prawdziwa mądrość!

Roześmiała się, a i Tosia się rozchmurzyła.

Wysiadły i skierowały się do recepcji szpitala. Daniela tym razem znajdowała się na oddziale ogólnym. Znalazły go łatwo, bo uwijał się tam doktor Wilk, wymachujący telefonem.

– Dzwoniłem do pani kilka razy – wykrzyknął. – Dlaczego pani nie odbierała? – Agata musiała przyznać, że nie usłyszała dźwięku komórki w torebce podczas jazdy samochodem. – Nic się nie stało, dobrze, że już dotarłyście. Daniela jest po badaniach. Nic szczególnego się nie dzieje, ale pewnie zatrzymają ją do jutra, bo chcą przejrzeć wszystkie poprzednie wyniki badań i coś tam jeszcze zlecić dodatkowo – relacjonował z zaangażowaniem.

Agata zajrzała do sali, gdzie na łóżku siedziała jej siostra i rozmawiała z młodą lekarką.

– O, Agata, dobrze, że jesteś – zawołała. – To jest pani doktor, która się mną opiekuje.

– Nazywam się Celina Nawrocka, miło mi – lekarka uścisnęła dłoń Agaty.

– Agata Niemirska, jestem siostrą pacjentki – wyjaśniła tę oczywistą prawdę, na co Daniela zareagowała, parskając śmiechem.

– Nie bądź taka oficjalna, nikt tutaj nie umiera.

– Zrobiliśmy EKG, zbadaliśmy ciśnienie, pobraliśmy próbki do badań krwi. Chcę jeszcze przejrzeć wyniki tomografu i badań, które były wykonywane tuż po wypadku – wyjaśniła lekarka. – Nic na razie nie wskazuje na to, żeby to omdlenie miało jakąś poważną przyczynę.

– Nie ma związku z niedawnym urazem głowy? – upewniła się Agata.

– Nie mam takich podejrzeń – powtórzyła doktor Nawrocka. – Co prawda, pani Daniela skarżyła się na bóle głowy i zawroty, ale ja bym szukała innej przyczyny.

– Jakiej? – zapytały dziewczęta równocześnie.

– Czy pani nie leczyła się nigdy kardiologicznie? – spytała lekarka.

Daniela pokręciła przecząco głową.

– No właśnie. Przeprowadzimy może jutro dodatkowe badania, ale trochę mi się pani wykres nie podoba. To zasłabnięcie może świadczyć o zaburzeniach rytmu serca, pani Danielo.

– Słabe serce? Zawsze myślałam, że to głowa jest u mnie słaba – zażartowała Daniela.

W tym momencie do sali wpadła Tosia, która wyrwała się doktorowi Wilkowi, zatrzymującemu ją na progu, by Agata mogła spokojnie pomówić z lekarką.

– Daniela, nic ci nie jest? – dopytywała.

– Ależ skądże znowu, rybeńko. Wyobraź sobie, pani doktor mówi, że zakręciło mi się głowie, bo mam słabe serce.

– Słabe serce? – Tosia się dziwiła.

– Pewnie jem za mało szpinaku. W szpinaku jest dużo żelaza, a żelazo jest zdrowe na serce, prawda, pani doktor?

– Oczywiście, wszyscy powinni jeść szpinak.

– Czy jest szansa, że jutro będę mogła zabrać siostrę do domu? – zapytała Agata.

– Mam nadzieję, że tak – odparła lekarka, zapisując coś na karcie wiszącej w nogach łóżka.

– Przywiozłaś mi choć szczoteczkę do zębów? – upomniała się Daniela.

– Oczywiście – Agata podała siostrze niewielką torbę. – Nie jestem co prawda tak zapobiegliwa jak Teresa, która już zwiozłaby ci tutaj pół domu, ale kilka najpotrzebniejszych rzeczy zdążyłam zapakować.

– Dziękuję. Przez mamę to się tak najadłam wstydu na ortopedii, że ten minimalizm będzie miłą odmianą. Czy ty pamiętasz, że ona mi przywiozła nawet stoliczek śniadaniowy?

– Owszem. I miałaś też własną miedniczkę, żeby ci było wygodnie zażywać w łóżku kąpieli – Agata się uśmiechnęła.

– Jak się pani czuje? – wtrącił się doktor Wilk. – Humor dopisuje, więc chyba lepiej.

– Zdecydowanie lepiej. Nie zamierzam tu gnić. Nawet jeśli serce mam słabe, to duch u mnie zawsze silny, pan wie, co mam na myśli. Nie pozwolę, żeby ktoś nam bruździł!

– Kto nam bruździ? – chciała wiedzieć Tosia, ale Daniela przygryzła wargi, wymieniając z Agatą porozumiewawcze spojrzenia.

– Przyjadę jutro rano – zapewniła Agata, zmieniając temat. – Dowiem się, co i jak, mam nadzieję, że będę mogła cię już zabrać.

– Jakub na pewno się zdziwi, kiedy się dowie, że znowu jestem w Cieplicach. Szkoda, że sam leczy się w szpitalu w Zakopanem, miałabym przynajmniej towarzystwo – stwierdziła Daniela. – W każdym razie zaraz zadzwonię do niego.

– Dobrze. Mimo wszystko staraj się trochę odpocząć, nie przemęczaj się. Ty ciągle się forsujesz, nie robisz tego, o co proszą lekarze, i teraz masz efekty.

– Tere-fere. Przecież ciągle jem szpinak. Nic mi nie będzie – Daniela się roześmiała.

– Ja też jem szpinak – zapewniła ją Tosia. Siostra uściskała ją serdecznie.

– Nic się nie martw, słońce. Wszystko jest w porządku, już jutro znowu będę z wami.

– Obiecujesz?

– Na sto procent! A teraz jedźcie, bo Monika tam na pewno już ledwo zipie.

Pomachała im jeszcze na pożegnanie, a potem zaczęła szperać w torbie przywiezionej przez Agatę. Z ogromną radością wyciągnęła powieść kryminalną, którą siostra zgarnęła w ostatniej chwili z półki w herbaciarni.

– Mam nadzieję, że skończy się na strachu, dziewczyna powinna bardziej dbać o siebie – gderał doktor, wsiadając do samochodu Agaty. – Nie mam już siły do pani siostry, Agato. Co chwilę mamy z nią jakieś przygody. A to rękę złamie, a to padnie nam jak długa w piękny letni dzień, zupełnie bez uprzedzenia. Naprawdę nie można się nudzić z tą pannicą!

– A czy ze mną też się nie można nudzić, doktorze? – zagadywała wesoło Tosia, całkowicie już uspokojona w kwestii zdrowia Danieli.

– O, z tobą, mucho uprzykrzona, są rozrywki zupełnie innego typu. Ty to z kolei wszędzie wlecisz i wszystko wiesz. Jesteś wścibska jak stado srok polujących na sreberka po cukierkach.

Dziewczynka się roześmiała. Dużo czasu spędzała ostatnio ze swoim przyjacielem Szymonem na łąkach i obserwowała wszystko dokoła. Widziała, jak ksiądz wychodzi na swoje cowieczorne spacery i jak Julek umawia się na randki z Kingą.

– No właśnie. Nieładnie jest wtykać nos w nie swoje sprawy. Starego doktora też zamierzasz tak szpiegować? – przekomarzał się z nią weterynarz.

Dziewczynka zmarszczyła brwi.

– Wcale nie. Po prostu lubię wiedzieć, co się dzieje w okolicy. Pilnujemy z Szymonem tej budowy pani burmistrzowej, żeby nie zrobiła czegoś, co się nam nie będzie podobać.

Doktor pogładził ją po włosach.

– Bardzo pięknie, ale zostaw te sprawy raczej dorosłym, dobrze? A pani, pani Agato, niech się tym wszystkim nie zamartwia – dodał, widząc, że Niemirska na wzmiankę o Małgorzacie jeszcze bardziej się nachmurzyła. – Grunt, żeby Daniela szybko wróciła do domu, prawda?

– Tak. Nic mnie więcej nie obchodzi poza tym – wzruszyła ramionami Agata, patrząc na Tosię.

Kłamała. Tak naprawdę obchodziło ją jeszcze jedno – sprawa Tomasza Halickiego i opieki nad młodszą siostrą. Choć była przekonana, że z punktu widzenia prawa nic im nie grozi, to jednak gdzieś w głębi serca się bała. Haliccy byli potężni i bogaci. Tak naprawdę nie było wiadomo, jakie są ich prawdziwe zamiary. Agata zaczęła się obwiniać o to, że źle zrobiła, zaczynając śledztwo w sprawie poszukiwania ojca Tosi. Rozpętała w ten sposób burzę, która mogła im tylko zaszkodzić. Wzbudziła siły, które teraz obracały się przeciwko nim i niszczyły spokój tej małej rodziny. Trudno powiedzieć, czym kierował się Tomasz, przyjeżdżając do Zmysłowa. Agata pragnęłaby wierzyć, że po prostu chciał poznać przyrodnią siostrę i naprawić stosunki rodzinne, lecz to przecież byłoby zbyt proste. Pomiędzy Adą a Halickimi nic nie układało się łatwo i jednoznacznie. Niemirska była więc nieufna i podejrzewała Tomasza o niecne zamiary. No, zobaczymy – pomyślała.

Dojeżdżali pod herbaciarnię i doktor wygramolił się z samochodu, zapowiadając, że zajrzy jeszcze wieczorem, o ile nie wypadnie mu jakaś pilna wizyta.

Agata sztywno kiwnęła głową, po czym poszła pomóc Monice.

Przy stoliku na patio siedziała Martyna, nauczycielka Tosi, wraz ze swoją kuzynką Elizą, pracującą w urzędzie gminy. Najwyraźniej czekały na Agatę, bo na jej widok Eliza zerwała się z miejsca, a Martyna pociągnęła ją za spódnicę, by z powrotem usiadła na krześle.

– Cześć, Agata, wiemy od Moniki, że przyszłyśmy nie w porę, bo Daniela trafiła znowu do szpitala – powiedziała Martyna ze współczuciem.

Agata wyjaśniła szybko, że siostrze nie dolega nic poważnego, na co Eliza odetchnęła z wyraźną ulgą.

– To dobrze, bo ja już się bałam, że to może od tego wypadku. Wiesz, jakiś guz się zrobił albo krwiak w głowie, lekarze to przeoczyli i nieszczęście gotowe. Oglądałam ostatnio taki film…

– Eliza! – warknęła ostrzegawczo Martyna, piorunując kuzynkę wzrokiem.

– Oj, już dobrze. Ty to się potrafisz wściekać, gorzej niż moja matka, a ja nie miałam niczego złego na myśli. Po prostu zdarzają się różne błędy lekarskie i trzeba być przygotowanym na wszystko.

– Agacie na pewno nie pomożesz tym swoim czarnowidztwem – po raz kolejny upomniała ją kuzynka. – Poza tym nie przyszłyśmy tutaj w tej sprawie. Dzwoniłam do ciebie, ale nie bardzo mogłam wyjaśnić szczegóły…

Niemirska z trudem, ale przypomniała sobie ten telefon. Rzeczywiście, Martyna miała dla niej jakieś informacje od Elizy, ale mówiła tak konspiracyjnym tonem, że trudno się było zorientować, o co właściwie chodzi. Od czasu tej rozmowy wydarzyło się jednak tyle spraw, że całkowicie wyleciało jej to z głowy.

– Mów, Eliza, co zobaczyłaś w tych papierach w gminie – rzuciła Martyna rozkazującym tonem.

Eliza oparła się łokciami na stole i wpatrując się w Agatę, zaczęła relacjonować przyciszonym głosem:

– Udało mi się wreszcie dotrzeć do tych planów, choć wcale nie było to łatwe, bo Trzmielowie trzymają na wszystkim łapę. Musiałam działać prawie jak agent specjalny – powiodła po herbaciarni wzrokiem pełnym dumy.

– Streszczaj się – popędziła ją Martyna – bo Agata na pewno chce, żebyś doszła do sedna, a nie puszyła się swoim sprytem.

– Wygląda na to, iż Trzmielowie nie mają wystarczająco gorącego źródła na przeprowadzenie tej swojej inwestycji – szepnęła Eliza, pochylając się jeszcze niżej nad stolikiem.

– Skąd wiesz? To wynika z papierów, czy sama się domyśliłaś? – indagowała Agata. Ustalenia Elizy mogły być przełomowe dla sprawy, musiała więc to wiedzieć na pewno.

– Domyśliłam się. Szukali w rozmaitych miejscach na działce Trzmielów. Tam są różne źródła, ale chyba nie odpowiadają tej spółce.

– Jak to nie odpowiadają? – Niemirska naciskała.

– Była cała góra papierów. Różne badania i ekspertyzy. Moim zdaniem oni potrzebują czegoś innego, czegoś o wyższej temperaturze.

– Nie udawaj, że sama do wszystkiego doszłaś – upomniała ją Martyna, bo najwyraźniej jej kuzynka lubiła się popisywać. – Eliza znalazła krótką notatkę, takie résumé, jakie sporządza się przed zebraniem czy naradą zarządu. Wynikało z niej jednoznacznie, że choć wyniki badań na działkach kupionych przez burmistrzową są obiecujące, to należy wciąż poszukiwać cieplejszegoźródła. Na razie inwestowanie w tym miejscu jest zbyt ryzykowne.

Agata odetchnęła z ulgą i popatrzyła na Martynę i Elizę z prawdziwą wdzięcznością.

– To pierwsza dobra wiadomość tego dnia. Naprawdę! Nawet nie wiecie, jaki kamień spadł mi z serca.

Eliza pokręciła głową.

– Przyszłyśmy ci powiedzieć, że wcale nie. Wasze problemy dopiero się zaczynają.

– Jak to? – Agata się przestraszyła.

– Oni mają mapy okolicy, bardzo szczegółowe, chyba jakiś dron im wszystko fotografował, mierzył i robił wstępne badania. W każdym razie wyznaczyli kilka potencjalnie interesujących ich miejsc. One są na waszych działkach, Agata. Głównie na twojej – Eliza zawiesiła głos i popatrzyła na Niemirską znacząco.

Agata teraz już wszystko zrozumiała, bo wreszcie to się ułożyło w całość. A więc to dlatego Małgorzata Trzmielowa namawiała ją od pewnego czasu na sprzedaż domu. Zapewne początkowo traktowała to jako okazję do powiększenia terenu pod swoją inwestycję, teraz jednak sprawa przejęcia ziemi Agaty mogła okazać się dla niej kluczowa. Ciekawe, od jak dawna wiedziała, że jej źródło nie nadaje się do tego, by służyć jako podstawa do wybudowania term?

Czy wypadek Danieli i Jakuba mógł mieć jakiś związek z budową i być kolejnym „argumentem”, żeby zmusić Agatę do sprzedania domu? Dziewczyna odsunęła od siebie tę przerażającą myśl. Wiedziała, że żona burmistrza dla swojej inwestycji jest gotowa na wiele. Na pewno może utrudniać jej życie i podjąć próby zniszczenia biznesu, by ją zniechęcić do pozostania w Zmysłowie. Tego mogła się po burmistrzowej spodziewać na pewno. Czy jednak byłaby zdolna do próby zabicia kogoś? Na pewno nie.

Są granice, których się nie przekracza. Wypadek Danieli był jedynie nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności, choć, trzeba przyznać, zdarzył się w wyjątkowo korzystnym dla burmistrzowej czasie. Kolejne trudności podkopywały silną wolę Agaty.

– Wiedziałam, że się zmartwi – powiedziała Eliza, zwracając się bezpośrednio do Martyny. – Trzeba to było jakoś delikatniej podać.

– Niby w jaki sposób? Udawać, że nie ma sprawy? – obruszyła się nauczycielka.

– Martyna ma rację – westchnęła Agata. – Bardzo dobrze, że mi powiedziałyście. Przynajmniej zrozumiałam, co się wokół mnie dzieje. Do tej pory miałam wrażenie, że poruszam się po omacku. Podejrzewałam, że Trzmielowa chce się nas stąd pozbyć, ale myślałam, że idzie raczej o powiększenie terenu pod hotel. Teraz obawiam się, że ona po prostu może nie mieć innego wyjścia.

– Właśnie. Dlatego od razu do ciebie zadzwoniłam. Powinnaś chyba poradzić się prawnika. Chodzi głównie o to, żeby nie mogła was stąd wyrzucić – wtrąciła Martyna.

– Ona już mi proponowała odkupienie domu – wyjaśniła Agata. – Przyznam szczerze, że zaoferowała nawet działkę na wymianę, nie tylko pieniądze.

Obie kuzynki zawiesiły na niej wzrok, a Martyna pokręciła głową.

– To może warto? – zaczęła Eliza. – Teraz, skoro Trzmielowa nie ma innego wyjścia, na pewno mogłabyś podbić stawkę. To dobra sposobność, żeby podyktować własne warunki.

– Nie można być takim sępem, Eliza – zgromiła ją Martyna. – Choć trochę sensu w tym jest, bo to okazja, która może się nie powtórzyć. Agata, powinnaś to przemyśleć. Oni na pewno wyjdą z kolejną propozycją, masz to jak w banku. Wtedy rzeczywiście będzie pora, żeby negocjować stawkę, skoro wcześniej dawali za mało.

– Nie chodzi o pieniądze – Agata powiedziała to zmęczonym głosem. – Tutaj jest dom, w którym urodziła się Tosia i zmarła mama. Nie chcę tego niszczyć. Tu jest tak pięknie i marzę o tym, żeby wszystko zostało po staremu.

– Gdy Trzmielowa wybuduje swój hotel, nic nie zostanie po staremu – trzeźwo zauważyła Eliza.

– Jeżeli nie będzie miała dostępu do źródła, niczego nie wybuduje, więc Agata ma rację – zmarszczyła brwi Martyna. – To rzeczywiście jest jedyny sposób na zablokowanie tej inwestycji. Dosyć prosty, tylko może cię wiele kosztować, jeżeli zaczną z tobą walczyć, wiesz o tym, prawda?

Agata kiwnęła głową.

– Może bardziej opłaca się zamienić działkami, wziąć pieniądze i umówić się, że przeniosą ci dom w tamto miejsce? Myślałaś o takiej ewentualności? – podsunęła Martyna, a Agata musiała przyznać, że nad taką możliwością w ogóle się nie zastanawiała.

Nauczycielka wstała i przynagliła do tego również swoją kuzynkę.

– Pójdziemy już. I tak przyniosłyśmy ci wiele smutnych wieści. Powinnaś sama się nad tym spokojnie zastanowić, tutaj żadne dobre rady nie pomogą.

– Co racja, to racja – zgodziła się Eliza. – Śliczna ta herbaciarnia, muszę tu częściej wpadać – dodała, a Agacie zrobiło się przykro, że niczym ich nie poczęstowała. Co z niej za gospodyni! Przecież one przyszły jej pomóc.

– Zaczekajcie! – krzyknęła i pobiegła na zaplecze po kilka migdałowych ciastek Danieli w celofanowym opakowaniu przewiązanym koronkową wstążką.

– Z tego wszystkiego nie zaproponowałam wam nawet niczego do picia. Zjecie sobie na podwieczorek.

– Nic się nie stało. Do zobaczenia, przy następnej okazji – Martyna się uśmiechnęła.

3

Spod lipy dochodziły zwyczajne o tej porze odzywki brydżystów, czyli „Tasuj karty, bo pleśnieją” oraz „Trefelki, kolorek niewielki”, a w herbaciarni pojawiła się Julia z zasmuconą miną.

– Martwi mnie to serce Danieli – zaczęła bez żadnych wstępów, przysiadając obok Agaty na ławce. – Czy ona kiedykolwiek leczyła się kardiologicznie?

– Nigdy. Zawsze była okazem zdrowia.

– No właśnie. Niepokoi mnie to, ale zobaczymy po badaniach. Jutro, mam nadzieję, ją wypuszczą?

– Tak. Przywiozę ją do domu. Tosia jest u pani?

– Przybiegła od razu, jak przyjechałyście. Opowiedziała mi o wszystkim. Dałam jej coś do roboty, a sama przyszłam z tobą pogadać. Trochę mi już zbrzydli brydżyści w sadzie, od rana do wieczora tylko grają w te karty i przeszkadzają mi w pracy – poskarżyła się niespodziewanie.

Agata popatrzyła na nią ze zdumieniem. Brydżyści byli właściwie zupełnie nieszkodliwi i zachowywali się raczej cicho, a trzeba było przyznać, że dodawali lokalowi kolorytu. Niemirska bardzo ich lubiła, zwłaszcza za te rozbrajające słowne przekomarzanki.

– Zmęczona jestem – Julia się usprawiedliwiła. – Ostatnio wszystko mnie martwi i drażni.

– Hm… – Agata nie bardzo wiedziała, jak zacząć mówić o tym, czego dowiedziała się od Martyny i Elizy, ale Julia ją wyręczyła:

– Mówił mi Jurek Wilk, że trapi go coraz bardziej nerwowe zachowanie Trzmielowej. A skoro Jurek się czegoś obawia, to ja także czuję się mocno zaniepokojona. Trzeba by się jakoś dyskretnie dowiedzieć, o co właściwie chodzi naszej burmistrzowej, nie uważasz?

– Dzisiaj właśnie odwiedziły mnie Martyna z Elizą – powiedziała Agata. – Eliza dokopała się do jakichś dokumentów w urzędzie. Wydaje mi się, że to może być klucz do całej tej sprawy. Na naszej działce, prawdopodobnie właśnie na tej części, która obecnie należy do mnie, jest zlokalizowane źródło, o które im chodzi. Z odpowiednią temperaturą wody potrzebną do uruchomienia term. To, którym dysponuje Trzmielowa, chyba się nie nadaje, jest zbyt zimne, żeby inwestycja okazała się opłacalna.

– No to klops – stwierdziła Julia. – Oni są zdeterminowani, będą nas chcieli stąd wykurzyć. A przynajmniej ciebie – dodała po chwili namysłu.

– Chyba że pójdą po rozum do głowy i zrezygnują z tego pomysłu z termami. Mają przecież ten pensjonat, może na tym poprzestaną? Po prostu nie wybudują hotelu, zadowolą się mniejszą skalą swojego przedsiębiorstwa – wtrąciła Niemirska bez przekonania.

– W cuda wierzysz? – roześmiała się Julia. – Obawiam się, że Małgorzata już zbyt mocno pokochała swój pomysł aquaparku z termami i nigdy się nie wycofa.

– Proszę nie myśleć w ten sposób. Sama pani kiedyś mówiła, że z każdego zamiaru można się wycofać, zwłaszcza gdy jest idiotyczny – Agata uśmiechnęła się blado.

– To prawda i nie zamierzam wypierać się swoich słów, ale martwi mnie tutaj coś innego. Nie odnosisz wrażenia, że teraz burmistrzowa poczuje się postawiona pod ścianą? A ludzie stojący pod ścianą robią rzeczy nieracjonalne. Tak się właśnie zaczynały niektóre konflikty w Afryce – Julia pokręciła głową.

– Może napijemy się herbaty? – zaproponowała Agata z westchnieniem, zmieniając temat. – Ostatnio problemy zaczynają mnie dopadać stadami jak kruki.

– Masz rację, ale lepsza będzie lemoniada – zadecydowała Julia, klepiąc ją po dłoni. – Jest w tym coś, że jeden problem przyciąga drugi, jakby chodziły za sobą na smyczy. One się chyba po prostu lubią, wesoło im we własnym towarzystwie.

– Najwyraźniej. Pomyślałam sobie, że przecież nikt nie przyjdzie tutaj w nocy i nie ukradnie nam źródła, prawda?

– A niechby je sobie i wyniósł, na zdrowie – Julia westchnęła. – Miałybyśmy jeden kłopot z głowy. Szkoda, że to tak nie działa, niestety.

– No właśnie. Sądzę, że ten ktoś musi tu jednak przyjść i z nami porozmawiać – Agata wstała, weszła do herbaciarni, a po chwili wróciła z dwiema oszronionymi szklankami.

Domowa lemoniada z brązowym cukrem smakowała idealnie. Monika dokładała do niej jakiś tajemniczy składnik, którego nikomu nie chciała zdradzić. Daniela podejrzewała, że jest to odrobina wrzosowego miodu, który jakiś czas temu pojawił się u nich na półce. Borkowska lubiła eksperymentować z podobnymi dodatkami. W pobliskich Cieplicach była pasieka, gdzie można było kupić różne nietypowe miody, także z lawendy i wrzosu. Lemoniada z lekką nutą tego miodu miała w sobie coś urzekającego. Grupa brydżowa po prostu nie mogła jej się nachwalić i chyba to właśnie było główną przyczyną, że rozgrywki przeciągały się do późnych godzin popołudniowych, a czasami i wieczornych, gdy dopisywały im humory i „karta szła”.

– Możliwe, że burmistrzowa pójdzie po rozum do głowy i jednak nie dojdzie do najgorszego – zadumała się Julia. – Wciąż jednak obawiam się, że ta kobieta nie zrezygnuje ze swoich zamiarów. Na pewno będzie coraz bardziej naciskać i tyle.

– Niech się pani tak nie martwi. Moim zdaniem jesteśmy teraz w odrobinę lepszej sytuacji, nie tak bezbronne jak przedtem. Wtedy mogłyśmy się jedynie przyglądać, jak lada moment zbuduje nam molocha za płotem, teraz wiele zależy od naszej operatywności.

– Co masz na myśli? – Julia zmarszczyła brwi.

Agata pochyliła się ku niej przez stolik:

– Mówiąc szczerze, to podobnie jak pani nie wierzę, że ona odpuści. Myślę, że zaproponuje mi po prostu więcej pieniędzy i być może jakąś atrakcyjniejszą rekompensatę, prawdopodobnie większą działkę na zamianę albo wręcz dom. Zależy, jak mocno jest zdeterminowana. Gdy się nie zgodzimy, zacznie nam uprzykrzać życie. To znaczy pewnie głównie mnie, bo mam herbaciarnię, którą można zamknąć, stosując różne kruczki prawne. Kontrole, nękanie z urzędu i inne takie. Można też mi tu postawić na przykład wielki dźwig lub hałasować od rana do nocy, tak że nikt do mnie nie przyjdzie, prawda?

– No tak, ludzie są zdolni do rozmaitych podłości, tylko nie wiem, do czego w takim razie zmierzasz? – Julia się zdziwiła. – Jeżeli chcesz mi powiedzieć, że nie wytrzymasz tych szykan i będziesz się próbowała z nią dogadać, to wiedz, że ja cię rozumiem. Czasami warto rzucić ręcznik niż się kompletnie wykrwawić. Taka postawa też świadczy o mądrości i ja cię na pewno nie potępię.

– Zupełnie nie o to mi chodzi. Nie poddam się na pewno. Muszę tylko mieć opracowaną strategię na wypadek takich działań z jej strony. Chcę uprzedzić pewne jej kroki.

– Tylko jak? Masz jakiś pomysł? – Julia złożyła ręce i wpatrywała się w nią intensywnie.

Agata zaprzeczyła, ale w jej głowie już kiełkował pewien plan.

Tymczasem nadeszło popołudnie i zrobiło się jak zwykle o tej porze pięknie. Sierpień tego roku był po prostu wspaniały, zachwycał bogactwem kolorów i intensywnością aromatów. Agata uwielbiała podziwiać grę światła i cienia, gdy siadała na fotelu w głębi patio i patrzyła na herbaciarnię. Teraz też zamyśliła się nad swoimi sprawami, powoli uspokajając się cudownym widokiem.

Po pierwsze – nie dać się wytrącić z równowagi. Musiała przede wszystkim myśleć o Tosi. Nagłe pojawienie się jej brata było niepokojące, a Tomasz Halicki przecież zapowiedział, że wróci. Należało się jakoś przygotować do rozmowy z nim. Agata nie zamierzała zabraniać ani jemu, ani Eleonorze kontaktów z Tosią. W końcu byli przyrodnim rodzeństwem. Stanowczo zamierzała się jednak sprzeciwić jakimkolwiek próbom ingerencji w życie siostry, a już na pewno zabraniu jej ze Zmysłowa.

Mam przecież testament. W razie czego wyciągnę go jako kartę przetargową – układała myśli. Oni się odczepią od Tosi, a ja się zrzeknę roszczeń. To powinno im zamknąć usta.

Agata po raz kolejny pomyślała, że przydałby się jej dobry prawnik, ktoś, do kogo mogłaby mieć zaufanie w tej i innych sprawach, bo była też kwestia tego nieszczęsnego hotelu. Musiała koniecznie zadzwonić do Marty Złotowicz, swej pełnomocniczki w sprawie spadkowej po matce, żeby poleciła jej kogoś odpowiedniego. Bez względu na to, ile by to miało kosztować.

– A to mi dobrodziej wyszedł pięknie, nie ma co – posłyszała wesoły głos spod lipy. Gra toczyła się już od pewnego czasu, ale teraz chyba weszła w decydującą fazę.

– Tyle razy dobrodziejowi mówiłam: „Nie graj bawole, czego nie ma na stole”, za przeproszeniem księdza, oczywiście – ganiła dalej ta sama osoba dobrotliwie.

– Ja panią przepraszam, pani Lucyno, ale zagapiłem się po prostu – mówił ksiądz zatroskanym tonem.

– Dobrodziej się zagapił, a my tu położymy partię. A tak nam dobrze żarło! – pouczała nieustępliwie jego partnerka.

– Dobrze żarło, ale zdechło! – roześmiała się pani Zocha, która wraz ze swoim mężem, Dionizym, stanowiła drugą parę. Dionizy rzadko się odzywał, a tylko pogwizdywał sobie pod sumiastym wąsem, gdy karta dobrze mu szła, i tegoż wąsa przygryzał, gdy coś nie układało się po jego myśli. Cała trójka, razem z Lucyną, należała do starej gwardii letników odwiedzających Zmysłowo. Przyjeżdżali tu od trzydziestu lat z okładem, kiedyś jeszcze ze swoimi dziećmi, teraz już sami, lub – tak jak Lucyna – czekając, aż córka przywiezie jej z Warszawy wnuki na dwa sierpniowe tygodnie. W ten sposób babcia mogła się nimi nacieszyć, a młodzi odpocząć nieco od ruchliwych berbeci.

– Mam nadzieję, że przyjadą niedługo – rzuciła Lucyna znad wachlarza kart, patrząc groźnie na księdza. – Zbrzydło już mi granie z przewielebnym i mam ochotę zająć się czymś innym.

– O, jeszcze zatęsknisz za naszymi karcianymi popołudniami, jak ci młodzież da w kość – dogadała jej Zocha, wykładając się na stole. – Pójdę do herbaciarni i zamówię coś do picia, bo już mi w gardle zaschło.

– Zaschło jej w gardle, bo gada ciągle – niespodziewanie odezwał się jej milczący mąż. – Kto nie gada, temu nie zasycha.

Zocha wróciła po chwili, wachlując się gazetą, którą kupiła w kiosku, a niedługo po niej pojawiła się Agata z tacą pełną szklanek z lemoniadą i talerzyków z ciastem.

– Ratuje nam pani życie – mruknęła Lucyna, przebijając Dionizego i rzucając groźnie w stronę księdza:

– Niech osoba duchowna patrzy, z czego żyje, bo ja nie zamierzam oddać tej partii.

– Osoba duchowna robi, co może, żeby nie narazić się na pani gniew.

– Bardzo słusznie. Mój gniew jest straszliwy, więc trzeba się bać.

Agata przypatrywała się im z uśmiechem, rozkładając szklanki i talerzyki. Nie umiała grać w brydża i nie bardzo pociągały ją karty. Rozumiała jednak, że ta inteligentna gra znajdowała swoich zwolenników. Ze szczególną pasją oddawał się jej ksiądz, który jeszcze do niedawna był wikarym w tej parafii, a teraz z powodu długiej choroby i emerytury swego poprzednika przejął obowiązki proboszcza.

Duchowny zauważył, że dziewczyna jest markotna i zagadnął ją o to, więc opowiedziała mu o chorobie siostry.

– Powinien ksiądz otworzyć kaplicę świętej Rity, tę, gdzie jest cudowne źródło – odezwała się Zocha.

– Co też ty opowiadasz – obruszył się jej mąż.

– Proszę cię, nie wtrącaj się. Nasza gospodyni jeszcze przed laty mi opowiadała, że kapliczkę postawiła rodzina wdzięczna za uratowanie życie dziecka, ponoć wypływa zeń cudowna woda. Potem zapisali to miejsce Kościołowi.

Ksiądz pokiwał głową.

– To prawda. Nie mogę zaświadczyć o uleczających właściwościach wody z kaplicy świętej Rity, ale poprzedni proboszcz mi opowiadał, że sam słyszał o kilku przypadkach. Jeżeli więc uzna pani, że to pomoże, chętnie udostępnię klucze. Wiara, pani Agato, czyni cuda, być może większe niż uzdrawiająca woda.

– O to mi właśnie chodzi – Zofia odwróciła się do męża, który zgrabnie zgarnął lewę i rzucił Lucynie triumfalne spojrzenie. – O wiarę w możliwość wyzdrowienia, ten psychologiczny impuls, którego doznajemy za sprawą takiego miejsca, jak to cudowne źródło, a nie samej wody.

– Bo ty, Zosiu, wierzysz w te źródła i inne takie – mruknęła Lucyna. – Nie dalej jak wczoraj opowiadałaś mi o magicznym amulecie…

– O żadnym amulecie ci nie opowiadałam – zaprzeczyła gorąco Zofia, patrząc przepraszająco na księdza. – Mówiłam po prostu o znaczeniu różnych kamieni szlachetnych, że jedne są dobre na samopoczucie, a inne pasują do konkretnej osoby.

– Proszę księdza, teraz księdza kolej – powiedział Dionizy, pogwizdując z zadowoleniem, a Lucyna śledziła przebieg partii ze zmarszczonymi brwiami.

– No to ugrali robra – uznała po chwili i skrzywiła się. – Grasz, wielebny, jakby ci w piersiach grało.

– Mam zmartwienia po prostu – westchnął ksiądz, odkładając karty, a Lucyna nadstawiła uszu.

– No to gadajże, święty młodzianku, bo my tu przecież sami swoi, a i pani właścicielka tego lokalu jest zaprzyjaźniona i rozsądnie wygląda, to nie puści pary z ust.

– Pani Agata ma podobny problem do mnie – westchnął duszpasterz, a Niemirska zaczęła się zastanawiać, który z jej rozlicznych kłopotów ksiądz miał na myśli. Chyba nie konflikt z rodziną Halickich? A może jednak?

– Pani Zofia wspomniała kapliczkę świętej Rity… To mi przypomniało całą sprawę i zepsuło humor – poskarżył się duchowny, a Dionizy spiorunował żonę wzrokiem. Chciał dalej grać w karty, a nie słuchać o miejscowych problemach.

– Co z tą kapliczką? Nałożyli podatek od cudowności? – chciała wiedzieć Lucyna, której akurat zupełnie nie w smak było przegrywanie i z ulgą porzuciła rozgrywkę.

– Boże uchowaj – zgorszył się ksiądz. – Zupełnie nie o to chodzi. Mam problem z panią Trzmielową.

– Trafione nazwisko. Czegóż chce od dobrodzieja ta dama? Za bardzo brzęczy? Obgaduje, znaczy się?

– To jest małżonka naszego burmistrza i ona chce tutaj w okolicy budować hotel spa z termami, takimi gorącymi źródłami i basenami. Na pewno państwo wiedzą, jest kilka podobnych na Podhalu.

– Poroniony pomysł, moim zdaniem – oceniła Lucyna, upijając nieco lemoniady. – Tu nie ma rynku na coś takiego. Przejadą się na tym jak przysłowiowy Zabłocki, innymi słowy: pójdą z torbami. Już im współczuję.

– Oni chyba tak nie uważają – ostrożnie powiedziała Agata. – Ten projekt jest już zaawansowany, założyli jakąś spółkę,zdobyli środki, gromadzą nawet grunty potrzebne pod budowę…

– No właśnie. I mnie zaczęli nagabywać – załamał ręce duchowny. – Chcą, żeby parafia zamieniła się z nimi na działki, oferują w zamian ogromny teren przylegający do cmentarza. Bóg widzi, że ja bardzo potrzebuję rozbudować nasz cmentarz, więc jest pokusa, żeby ustąpić im ten mały kawałek ziemi od ich strony…

– No to niech wielebny ustępuje, w czym rzecz? – nie rozumiała Lucyna.

– W tym, że na tym terenie stoi kaplica świętej Rity. Nie mam pojęcia, dlaczego im zależy na takim niewielkim spłachetku gruntu, ale ja przecież nie mogę się go pozbyć.

– Dlaczego? – dopytywała Lucyna, kręcąc głową. – Skoro to taki świetny interes dla Kościoła i mieszkańców? Sam dobrodziej mówił, że potrzebuje desperacko ziemi pod nowy cmentarz.

– No oczywiście, że tak, ale nie za wszelką cenę. Tę działkę, wraz z kaplicą, parafia otrzymała w darze od rodziny Sobierajów. Wiązała się z nią historia uzdrowienia dziecka w tej familii, przekazywana sobie z pokolenia na pokolenie. W końcu ojciec pana Sobieraja wydzielił notarialnie ten grunt i podarował go Kościołowi. No więc jak można by zrobić coś takiego? Zdrada dobroczyńczy to Judaszowe piętno, droga pani!

– No tak, skoro tutaj w grę wchodzi wyższa moralność, to prawo nie ma nic do tego – mruknęła Lucyna. – Jeśli jednak podjął ksiądz decyzję, to nie rozumiem, czym się ksiądz gryzie.

– Szantażem – wyznał proboszcz bez ogródek, a przy brydżowym stoliku zaległa pełna napięcia cisza.

– Trzmielowa księdza szantażuje? – spytała najdelikatniej jak umiała Agata, a duchowny kiwnął głową.

– A można wiedzieć, w jaki sposób? To sprawy karalne i prokurator chętnie się tym zajmie, a wielebny wie, że ja znam, kogo trzeba – Lucyna uderzyła ręką w stół, aż podskoczyły wszystkie szklanki.

– Wiem, droga pani, dlatego o tym mówię. Nie myślcie państwo, że ja mam jakieś tajemnice, których ujawnienie może mnie drogo kosztować, bynajmniej. Trzmielowa wie, że zależy mi na budowie cmentarza. Wie też, jak grać na nastrojach mieszkańców. Zaproponowała, że przeniesie kapliczkę w pobliże kościoła albo na nowy cmentarz. W końcu przecież wszystko jedno, gdzie stoi taka kapliczka, do której i tak już nikt nie zagląda, prawda?

– Niby tak – westchnęła pani Zofia. – Skoro nikt tam nie przychodzi…

– No, ale w dalszym ciągu jest to donacja Sobierajów i ja nie jestem pewny, czy oni byliby zadowoleni z takiego obrotu sprawy.

– Mógłby ksiądz porozmawiać ze starym Sobierajem – podsunęła Agata. – On sam sprzedał Trzmielom swoją ziemię. Może nie miałby nic przeciwko.

Ksiądz pokręcił głową.

– To, co zrobił pan Sobieraj, jest jego osobistą sprawą i mnie nic do tego, ja się muszę moim sumieniem kierować, a ono mi nie pozwala na tę zamianę. No i Trzmielowa o tym wie. Zatem, jak mówię – uciekła się do szantażu. Uważa moje skrupuły za śmieszne i niedzisiejsze. „Ludziom potrzebny jest cmentarz” – powiedziała mi. I dodała, że nie będą mnie kochali za taką decyzję, ale ona może to zrozumieć, jeśli pomogę jej przekonać panią Agatę do sprzedaży domu.

Wszyscy zebrani przenieśli wzrok na Niemirską, a ona zastygła w milczeniu ze szklanką wody w dłoni.

– I tego dotyczy ten szantaż? Dobrodziej ma kusić tę miłą dziewczynę? A czym? Obietnicą zbawienia? Czy ta pani daje coś w brzęczącej monecie? – Lucyna się zainteresowała.

– Daje i to nawet hojnie – uściślił duchowny. – Kazała mi złożyć pewną propozycję, ale o tym już chyba z panią Agatą na osobności będę rozmawiał.

– Oczywiście. Jedno mnie tylko ciekawi: dlaczego jej tak zależy na tych działkach? Ma za mało własnego gruntu? Mogą mi państwo zdradzić tę tajemnicę, przysięgam, że nie wypaplam, a trochę się znam na budowlance, więc mnie to interesuje zawodowo – Dionizy bardzo się ożywił.

– Chodzi, zdaje się, o źródła. Te, które ona ma, nie nadają się na termy. Najwidoczniej na naszych działkach, tej należącej do mnie oraz kościelnej, są źródła cieplejsze, które mogłaby lepiej wykorzystać – wyjaśniła Agata. – Ja nie zamierzam niczego sprzedawać, choćby mi złote góry oferowali, bo nie chcę się stąd wynosić. Cały ten pomysł z hotelem uważam za chybiony, więc myślę, że burmistrzowa będzie mnie chciała jakoś stąd wykurzyć, nie przebierając w środkach. Szczerze mówiąc, jestem tym załamana i nie wiem, do kogo się zwrócić po pomoc – wypaliła jednym tchem, a potem opadła z sił i usiadła na ławie pod lipą, ukrywając twarz w dłoniach.

Przy stole zaległa cisza, a potem ktoś poklepał ją mocno po plecach.

– Dobrze trafiłaś, kochana. Adwokat od spraw beznadziejnych to ja. Lucyna Zimmer. Walczyłam o odszkodowania dla ofiar błędów medycznych i lokatorów wywłaszczanych z kamienic. Obecnie jestem na emeryturze, ale gdy poczuję wyzwanie, od razu robię się zdrowsza, jak ten koń, co zobaczy tor wyścigowy. Pokaż mi, kochaneczko, papiery, opowiedz, co masz konkretnego, jeżeli w ogóle coś masz. Daj mi nazwiska świadków, bo trzeba będzie z nimi pogadać, no i przede wszystkim – napijmy się kawy!