Wydawca: HarperCollins Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 398 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Skrawki życia - Debbie Macomber

Na Blossom Street od roku świetnie prosperuje uroczy sklepik z włóczkami.

Rozkwita również jego właścicielka, Lydia Hoffman, przede wszystkim dzięki związkowi z Bradem Goetzem. Jednak powrót byłej żony Brada stawia świeżo odnalezione szczęście Lydii pod znakiem zapytania…

Emerytowana bibliotekarka, Elise Beaumont, uczęszcza na prowadzony przez Lydię kurs robienia na drutach, by zapomnieć o kłopotach – niedawno straciła wszystkie oszczędności. Niespodziewaną wizytę składa jej były mąż, niepoprawny hazardzista.

Bethanne Hamlin przeżyła po rozwodzie załamanie nerwowe. Kurs ma pomóc jej odzyskać równowagę psychiczną.

Courtney Pulanski, zakompleksiona nastolatka z nadwagą, mieszka z babcią, która próbuje jej pomóc. Zabiera wnuczkę na zajęcia pływania i zapisuje na kurs prowadzony przez Lydię.

Cztery różne kobiety, które zetknął los, niespodziewanie stają się bliskimi przyjaciółkami.

Opinie o ebooku Skrawki życia - Debbie Macomber

Fragment ebooka Skrawki życia - Debbie Macomber

Debbie Macomber

Skrawki życia

Tłumaczyła Monika

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Ręczny wyrób skarpet pozwala nam nawiązać kontakt z historią. Otrzymujemy wgląd w życie dziewiarek. Dziewiarstwo ręczne wymagało w zamierzchłych czasach tych samych umiejętności, które musimy dzisiaj opanować, oraz tych samych technik, jakie i dzisiaj odtwarzamy.

Nancy Bush, autorka poradników: „Folk Socks” (1994), „Folk Knitting in Estonia” (1999), „Knitting on the Road, Socks for the Traveling Knitter” (2001)

LYDIA HOFFMAN

Robienie na drutach uratowało mi życie. Przetrwałam dwa przewlekłe okresy nawrotu nowotworu, który umiejscowił w moim mózgu guzy, powodujące koszmarne bóle głowy. Wcześniej nawet sobie nie wyobrażałam, że człowiek może znieść takie tortury. Rak zrujnował moje życie przed dwudziestym rokiem życia i później, ale za wszelką cenę postanowiłam przeżyć. Po raz pierwszy usłyszałam przerażającą diagnozę w wieku szesnastu lat. Nauczyłam się robić na drutach podczas chemioterapii. Sąsiadka z rakiem piersi, która dziergała podczas zabiegów, wprowadziła mnie w arkana tej sztuki. Chemioterapia była okropnym przeżyciem, chociaż nie tak straszliwym jak bóle głowy. Tylko dzięki robótkom jakoś przetrzymałam niezliczone godziny osłabienia i mdłości. Kłębek przędzy i para drutów pozwoliły mi uwierzyć, że potrafię dokonać tego, co postanowię. Włosy wypadały mi garściami, żołądek nie trawił więcej niż kilka kęsów naraz, ale za to umiałam nabrać oczko, odtworzyć wzór i zrealizować własny projekt. Ceniłam swoje jedyne w tym okresie osiągnięcie jak bezcenny skarb.

Moje życie uratował także ojciec. Podnosząc mnie na duchu, sprawił, że starczyło mi sił, żeby przeżyć ostatni atak choroby. Pozostałam przy życiu, ale on niestety nie. W akcie zgonu podano atak serca jako przyczynę śmierci, ale ja uważam, że zniszczył go nawrót mojego nowotworu. Spadł na niego cały ciężar opieki nade mną. Mama nigdy nie umiała postępować z chorymi. Ojciec dodawał mi otuchy, walczył z lekarzami, wymuszał na nich stosowanie najlepszych metod leczenia. To on tchnął we mnie na nowo wolę życia. Skoncentrowana wyłącznie na własnej walce o przetrwanie, nie zdawałam sobie sprawy, jak wysoką cenę płaci za mój powrót do zdrowia.

Podczas gdy u mnie nastąpił okres remisji, jego serce nie wytrzymało. Po jego śmierci stanęłam przed dylematem, co począć z resztą życia. Pragnęłam złożyć mu hołd niezależnie od tego, jaką drogą pójdę. Innymi słowy, ja, Lydia Hoffman, zdecydowałam, że podejmę każde ryzyko, byle zostawić po sobie jakiś ślad. Z perspektywy czasu tamta deklaracja brzmi dość melodramatycznie, lecz wtedy, rok temu, właśnie tak to odczuwałam. Pewnie spytacie, jakiej to doniosłej przemiany dokonałam? Otóż otworzyłam sklep z włóczką przy Blossom Street w Seattle. Zapewne tego rodzaju przedsięwzięcie nie zrobi na nikim wstrząsającego wrażenia, lecz dla mnie stanowiło wówczas wielkie wyzwanie. Podejrzewam, że Noe przeżywał podobne dylematy, budując arkę w czasie suszy. Ja, która nie wytrwałam w żadnej pracy dłużej niż kilka tygodni, nie wiedząc nic o finansach, bilansach czy planach, zainwestowałam co do centa wszystkie odziedziczone po dziadkach pieniądze, żeby założyć własny interes. Wykorzystałam za to w pełni jedyną obszerną wiedzę, jaką posiadałam: znajomość włóczek i umiejętność dziergania.

Oczywiście napotkałam wiele trudności. W czasie gdy otwierałam „Świat Włóczki”, ulica była w remoncie. Nawiasem mówiąc, żona architekta, który projektował jej zabudowę, Jacqueline Donovan, należała do grona uczestniczek mojego pierwszego kursu robótek ręcznych. Wraz z pozostałymi uczennicami, Carol i Alix, pozostała do tej pory jedną z moich najlepszych przyjaciółek. Ubiegłego lata, kiedy rozpoczynałam działalność, ulicę zamknięto dla ruchu kołowego. Aby dotrzeć do sklepu, należało na piechotę pokonać liczne przeszkody wśród kurzu i hałasu. Nie pozwoliłam, by przeciwności osłabiły mój zapał. Ponieważ klientki również go podzielały, uwierzyłam, że zrealizuję swój cel.

Od rodziny nie otrzymałam tak wielkiej pomocy, jak można by przypuszczać. Mama, niech Bóg ją błogosławi, dodawała mi otuchy, jak potrafiła, lecz po odejściu taty zupełnie opadła z sił. Do tej pory nie podźwignęła się z załamania nerwowego. Przez większą część dnia krąży bez celu po domu, zatopiona w posępnej zadumie. Kiedy przedstawiłam swój zamysł, nie zniechęcała mnie, ale też nie zachęcała. Powiedziała tylko:

– Pewnie, kochanie, spróbuj, jeśli czujesz, że podołasz zadaniu.

Więcej entuzjazmu nie śmiałabym nawet oczekiwać.

Natomiast moja starsza siostra, Margaret, bez najmniejszych oporów wmaszerowała do sklepu w dniu otwarcia tylko po to, żeby przedstawić wszelkie możliwe zastrzeżenia. Tłumaczyła, że gospodarka przeżywa kryzys, ludzie sto razy oglądają każdego centa, zanim go wydadzą, a zatem jeżeli szczęście mi dopisze, wytrwam najdłużej pół roku. Po dziesięciu minutach wysłuchiwania najczarniejszych prognoz byłam gotowa zwinąć interes. W ostatniej chwili uświadomiłam sobie, że dopiero go założyłam. Powiedziałam sobie, że skoro zainwestowałam tyle pracy i pieniędzy, należałoby przynajmniej sprzedać choć jeden motek włóczki, dopóki nie zrezygnuję.

Nie zrozumcie mnie źle – kocham Margaret. Zanim zachorowałam, różnie między nami bywało, raz gorzej, raz lepiej, jak to między rodzeństwem. Kiedy po raz pierwszy rozpoznano u mnie nowotwór, zachowała się wspaniale: kupiła pluszowego misia, żeby mi towarzyszył w szpitalu. Mam go gdzieś do tej pory, jeżeli Wąsik nie porwał go na strzępy. Mój kot uwielbia bowiem drapać wszystkie kosmate przedmioty.

Podczas nawrotu choroby Margaret diametralnie zmieniła nastawienie. Dawała do zrozumienia, że sama ściągnęłam na siebie nieszczęście, żeby skupić uwagę otoczenia. Wychodząc z takiego założenia, powinna popierać moje dążenie do osiągnięcia niezależności. Nic takiego nie nastąpiło. Od początku krytykowała moje wysiłki, wynajdywała setki przeszkód, które jej zdaniem miały doprowadzić do nieuchronnej porażki. Dopiero po pewnym czasie przekonały ją pozytywne rezultaty.

Oględnie mówiąc, Margaret nie należy do osób wylewnych ani miłych w obejściu. Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo się o mnie troszczy, póki doktor Wilson nie wezwał mnie wkrótce po otwarciu sklepu po raz trzeci na te koszmarne testy. Zabrakło mi sił do walki z chorobą, świat przestał dla mnie istnieć. Postanowiłam, że jeśli wystąpią przerzuty, nie wyrażę zgody na dalsze leczenie. Nie chciałam wprawdzie umierać, ale żyć z wyrokiem śmierci również nie miałam zamiaru.

Mój pesymizm tylko irytował Margaret. Rozmowy o śmierci przygnębiały ją, podobnie jak większość zdrowych ludzi. Człowiek, który w każdej chwili może odejść z tego świata, traktuje je jak rzecz normalną. Nie wyczekuję końca, ale też się go nie obawiam. Na szczęście badania nie wykazały kolejnego nawrotu choroby. Obecnie rozkwitam, tak jak i moje małe przedsiębiorstwo. Wspominam tygodnie oczekiwania na diagnozę tylko dlatego, że właśnie wtedy odkryłam, jak bardzo siostra mnie kocha. W ciągu minionych siedemnastu lat płakała tylko dwa razy: kiedy zmarł ojciec i kiedy doktor Wilson wręczył mi świadectwo zdrowia.

Ledwie wróciłam do pracy w pełnym wymiarze, Margaret zaczęła mnie namawiać na odnowienie kontaktów z Bradem Goetzem, który przywozi towar do „Świata Włóczki” swoją ciężarówką. Zaczęliśmy się spotykać w ubiegłym roku. Brad samotnie wychowuje ośmioletniego synka, Cody’ego. Jest rozwiedziony i wprost oszałamiająco przystojny. Kiedy po raz pierwszy wkroczył do sklepu z kilkoma pudłami włóczki, zaparło mi dech. Mało mi szczęka nie opadła. Z wrażenia drżała mi ręka, gdy podpisywałam odbiór dostawy. Trzy razy ponawiał zaproszenie, zanim zgodziłam się pójść z nim do kawiarni. Gdyby Margaret mnie nie zmusiła, pewnie odmówiłabym i po raz czwarty, tak bardzo się bałam, że stracę dla niego głowę.

Zawsze nazywałam „Świat Włóczki” afirmacją życia. Moja siostra natomiast sądzi, że zbudowałam sobie wygodną kryjówkę, żeby uciec przed światem. W gruncie rzeczy przyznaję jej rację. Poza ojcem i lekarzami praktycznie nie znałam mężczyzn, toteż nie umiem z nimi postępować. Jednak Margaret nie słuchała żadnych wymówek. Dotąd naciskała, aż zaczęłam regularnie wychodzić z Bradem. Później nastąpiły wypady do restauracji na kolację, pikniki z jego synem, wreszcie wspólne wyjścia na mecze. Pokochałam Cody’ego równie mocno, jak moje dwie siostrzenice, Julię i Hailey.

Obecnie często widuję Brada, którego porzuciłam, gdy wezwano mnie do szpitala na powtórne badania. Margaret wyrzucała mi, że popełniłam wielki błąd, ale Brad mi wybaczył. Nadal zachowuję ostrożność, nie przyspieszam biegu wydarzeń, co mu bardzo odpowiada. Przeżył wielki zawód, gdy rzuciła go żona pod pretekstem „odnalezienia samej siebie”. Biorę także pod uwagę uczucia Cody’ego. Chłopca łączy z ojcem bardzo silna więź, a ponieważ mnie również pokochał, nie próbuję jej rozluźniać. Na razie wszystko idzie ku dobremu. Coraz częściej rozmawiamy o wspólnej przyszłości. Brad i Cody stanowią integralną część mojego życia. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym ich utracić.

Aczkolwiek Margaret z początku nie wróżyła mi powodzenia, obecnie wspiera moje działania. Pracuje u mnie w sklepie. Właściwie to żaden cud, siostry powinny trzymać ze sobą. Czasami dochodzi do konfliktów, ale znalazłyśmy wspólny język, co mnie bardzo cieszy.

Zanim odejdę zbyt daleko od tematu, chciałabym opisać swój sklep.

Kiedy tylko ujrzałam lokal, natychmiast uznałam, że odpowiada mi pod każdym względem. Mimo bałaganu w najbliższej okolicy i nieustannych przeprowadzek w sąsiedztwie doskonale nadawał się do moich celów. Byłam gotowa podpisać umowę najmu, jeszcze zanim weszłam do środka. Już sama nazwa ulicy – Kwitnąca – pobudziła moją wyobraźnię. Zachwyciły mnie olbrzymie okna wystawowe. Teraz przeważnie sypia tam Wąsik, zwinięty w kłębek między motkami wełny. Skrzynki z kwiatami na parapetach przypominały sklep z rowerami, który przed laty prowadził ojciec. Odnosiłam wrażenie, że on sam daje mi błogosławieństwo na nową drogę życia. Widok zakurzonych wprawdzie, lecz wielce urokliwych markiz w kolorowe pasy przypieczętował decyzję. Zyskałam pewność, że stworzę ciepłe, przytulne wnętrze. Rzeczywiście, tak jak sobie wymarzyłam, „Świat Włóczki” ma jakiś staroświecki, magiczny urok.

Remont ulicy niedługo zostanie zakończony. Dawny bank przekształcono na szalenie drogi apartamentowiec, a sąsiadujący z nim sklep z kasetami na kawiarnię w stylu francuskim, nazwaną „French Cafeu”. Alix Townsed, uczestniczka mojego pierwszego kursu, wcześniej sprzedawała tam kasety wideo. Po oddaniu nowego lokalu do użytku chętnie w nim pozostała. Obecnie pracuje w swoim nowym zawodzie – cukiernika. Dawna „Annie’s Cafeu” na razie pozostaje zamknięta, ale przy tak atrakcyjnym sąsiedztwie z pewnością wkrótce znajdzie najemcę.

W pierwszy wtorek czerwca zadzwonił dzwonek u drzwi. Margaret weszła do środka energicznym krokiem. Był piękny poranek. Zwykle o tej porze na północnozachodnim wybrzeżu Pacyfiku rozpoczyna się lato.

Uniosłam głowę znad ekspresu do kawy w pokoju biurowym na zapleczu.

– Dzień dobry! – zawołałam wesoło.

Nie od razu odpowiedziała. Nieco później wydała dźwięk przypominający raczej pomruk niż pozdrowienie. Znam siostrę na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że ma zły humor. Nie wypytywałam, zostawiłam jej czas, żeby nieco ochłonęła. Kiedy pokłóciła się z mężem albo z którąś z córek, zawsze wcześniej czy później zwierzała mi się ze swoich kłopotów.

– Właśnie parzę kawę – zagadnęłam, gdy już do mnie dołączyła.

Bez słowa wzięła z tacy świeżo umytą filiżankę. Następnie sięgnęła po dzbanek. Nawet nie zauważyła, że ze zbiorniczka nadal wycieka wrzątek. W końcu nie wytrzymałam napięcia.

– Co cię trapi? – spytałam prosto z mostu.

Ostatnio irytowało mnie coraz bardziej, że bez skrępowania manifestuje złe nastroje w miejscu pracy.

– Wybacz, nic takiego – mruknęła z nieśmiałym uśmiechem. – Zapomniałam, że dziś otwarte, pusto tu jak w poniedziałek.

W pierwszy dzień tygodnia nie otwieramy sklepu. Zaczynamy handlować dopiero we wtorek. Poobserwowałam chwilę Margaret, próbując odgadnąć, co ją gnębi, ale nic nie wyczytałam z wyrazu twarzy.

Siostra jest energiczną, wysoką kobietą, o szczupłej, wysportowanej sylwetce i szerokich ramionach. Wygląda na atletkę, choć od lat nie trenuje. Ma gęste, ciemne włosy, które układa tak samo od czasów liceum – z przedziałkiem pośrodku. W dodatku męczy je nawijaniem końców na lokówkę, a później jeszcze utrwala fryzurę lakierem. Zawsze chodziła do szkoły starannie uczesana, w odprasowanych ubraniach, ale wolałabym, żeby jako dorosła osoba zmieniła styl na bardziej nowoczesny.

– Ogłaszam nabór na nowy kurs – oświadczyłam, żeby odwrócić jej uwagę od problemów.

– Czego zamierzasz uczyć?

Całe szczęście, że nareszcie coś ją zainteresowało. Prowadziłam już lekcje dla początkujących, zaawansowanych, zrealizowałam też projekt pod nazwą „Jasna wyspa”. Od pewnego czasu chodził za mną zupełnie nowy pomysł.

– Czyżbym zadała zbyt trudne pytanie? – wyrwał mnie z zadumy drwiący głos Margaret.

– Tym razem zaprezentuję technikę robienia skarpet.

Niedawno otrzymałam dostawę najnowszych wzorów z Europy. Zarówno mnie, jak i klientki zachwycił ostatni krzyk mody – włóczka ufarbowana w taki sposób, żeby sama tworzyła ciekawy wzór podczas robienia. Nieodmiennie zaskakiwał mnie końcowy efekt, osiągnięty nie dzięki umiejętnościom dziewiarki, lecz talentom projektanta.

– Świetnie. Sądzę, że zastosujesz dwie pary okrągłych drutów zamiast pięciu zaostrzonych z dwóch stron.

– Oczywiście.

– Zauważyłam, że dzierganie skarpet robi ostatnio furorę – stwierdziła Margaret niemalże obojętnym tonem.

Popatrzyłam na nią badawczo. Wcale mnie nie cieszyło, że zaakceptowała pomysł bez zastrzeżeń. Zawsze znajdowała co najmniej kilka powodów, żeby wywróżyć mi klęskę, a ja zawzięcie broniłam swego stanowiska. Sprzeczki na temat każdego planu niemalże weszły nam w krew, należały do naszych stałych rytuałów. Nic dziwnego, że brakowało mi ostrej wymiany zdań. Spróbowałam sprowokować przekorną siostrzyczkę.

– Naprawdę uważasz, że program nowego kursu zainteresuje klientki?

– Jasne – mruknęła tylko.

Nie obudziłam w niej woli walki. Zdecydowanie coś jej dolegało. W zasadzie nie potrzebowałam argumentów za ani przeciw. Już podjęłam decyzję. Niezależnie od mody lubię robić skarpetki. Szybko powstają, świetnie nadają się na prezent, a każda para stanowi oddzielny projekt. Po długiej, mozolnej pracy nad swetrami „Afgańskim” i „Jasną wyspą” nabrałam ochoty na mniej czasochłonne zajęcie, zapewniające szybki, ciekawy efekt. Zaplanowałam lekcje na wtorki, kiedy najmniej klientów zagląda do sklepu.

Mimo że nie oczekiwałam porady, małomówność Margaret niepokoiła mnie coraz bardziej. Jeszcze raz zerknęłam na nią ukradkiem. Dostrzegłam, że w jej oczach błyszczą łzy. Wpadłam w popłoch. Ona prawie nigdy nie płakała. Spróbowałam delikatnie wybadać przyczynę zmartwienia bez wywierania nacisku.

– Dobrze się czujesz?

– Skończ wreszcie to śledztwo – odburknęła ze złością.

Odetchnęłam z ulgą. Zdecydowanie wolałam wściekłość od obojętności. Przynajmniej znów była sobą.

– Zechcesz namalować szyld do powieszenia w oknie?

Margaret ma o wiele większe zdolności plastyczne ode mnie. Zawsze na niej polegam, jeśli chodzi o aranżację wystawy czy wnętrza.

– W południe powinnam go już zawiesić – odrzekła bez cienia entuzjazmu.

– Wspaniale. – Podeszłam do drzwi i odwróciłam wywieszkę napisem „Otwarte” na zewnątrz.

Wąsik obserwował moje poczynania ze swego stanowiska na wystawie. Zauważyłam, że ziemia w doniczkach z purpurowym geranium odmiany Martha Washington wyschła i popękała. Wyszłam na zewnątrz, żeby je podlać. Kątem oka dostrzegłam brązową plamę wyjeżdżającej zza rogu ciężarówki. Serce podskoczyło mi z radości. Przyjechał Brad!

Zaparkował koło kwiaciarni Fanny tuż obok „Świata Włóczki”. Z szerokim uśmiechem wyskoczył na chodnik. Uwielbiam, kiedy się uśmiecha. Jego twarz jaśnieje, cała sylwetka promienieje radością. Błękitne oczy niemalże świecą własnym światłem, rozpoznałabym je wszędzie.

– Jaki piękny dzień – zagadnęłam wesoło. – Przywiozłeś mi towar?

– Nie, w tej dostawie otrzymasz tylko mnie. Za to wygospodarowałem kilka minut na kawę, jeśli akurat masz pod ręką.

– Oczywiście, już jest gotowa.

Brad wpadał do mnie dwa razy w tygodniu, z dostawą lub bez niej, gdy tylko znalazł trochę czasu. Te wizyty stały się naszym rytuałem. Nie przesiadywał długo. Napełniał sobie kubek podróżny, wykorzystywał okazję, żeby skraść mi całusa, po czym wracał do samochodu. Jak zwykle podążyłam za nim na zaplecze i jak zwykle udawałam zaskoczenie, kiedy mnie przytulił. Uwielbiam jego pocałunki. Tym razem zaczął od czoła, następnie powoli przesuwał wargami wzdłuż twarzy, zanim dotarł do ust. Kiedy poczułam ich smak, przez całe ciało przebiegł jakby prąd elektryczny. Zawsze reaguję równie intensywnie, z czego on doskonale zdaje sobie sprawę. Przytrzymał mnie w ramionach tak długo, aż odzyskałam równowagę. Wreszcie puścił mnie, sięgnął po dzbanek z kawą i znów odwrócił się w moją stronę, marszcząc brwi.

– Czy Margaret ma jakieś kłopoty z Mattem? – zapytał znienacka.

Już otwierałam usta, żeby zapewnić, że wszystko w porządku, ale zmieniłam zdanie. Uświadomiłam sobie bowiem, że nie znam jej sytuacji.

– Czemu pytasz? – próbowałam ostrożnie wybadać, co wie.

– Odnoszę wrażenie, że nie jest dzisiaj sobą – oświadczył łagodnym tonem.

Skinęłam głową. Mnie też martwiło, że wbrew swoim zwyczajom nie wykorzystała okazji do sprzeczki.

– Faktycznie wygląda na to, że coś ją trapi – potwierdziłam.

– Chcesz, żebym ją zapytał? – Zapomniał ściszyć głos.

Postanowiłam go powstrzymać. Wolałam nie ryzykować, że ofuknie go tak jak mnie przed paroma minutami.

– Lepiej dajmy jej spokój – mruknęłam dość niepewnie. Po krótkim namyśle doszłam do wniosku, że Brad łatwiej przełamie jej opory niż ja. Margaret przepadała za nim. – Wrócimy do sprawy, ale nie teraz. Znajdziemy jakąś okazję do wspólnego spotkania – zaproponowałam pojednawczo.

– Najlepiej bez Matta. – Pokręcił głową.

– Racja. – Przygryzłam dolną wargę. – Masz jakiś pomysł?

Zanim padło choćby jedno słowo, Margaret szarpnięciem odsunęła kotarę oddzielającą sklep od zaplecza. Zmierzyła nas chmurnym spojrzeniem. Podejrzewam, że zrobiłam równie głupią minę jak Brad. Obydwoje wyglądaliśmy i czuliśmy się jak przyłapani na gorącym uczynku winowajcy.

– Słuchajcie no, gołąbeczki, jeśli następnym razem przyjdzie wam chęć mnie obmawiać, proponuję, żebyście robili to szeptem. – Opuściła zasłonę, po czym wróciła za ladę.

ROZDZIAŁ DRUGI

ELISE BEAUMONT

Elise Beaumont oczekiwała przejścia na emeryturę z nadzieją i obawą. Po zakończeniu pracy w szkolnej bibliotece korzystała z uroków wolności. Wyłączyła budzik w radiu, wstawała, kiedy się wyspała, jadła, kiedy zgłodniała, a nie wtedy, gdy przypadała wyznaczona pora na przerwę śniadaniową.

Wkrótce przyszły jednak rozczarowania. Przez całe lata pracy oszczędzała, skąpiła sobie wszystkiego, żeby na starość wybudować dom na własnym kawałku ziemi. Po kilku miesiącach zbierania informacji i niezliczonych wizytach w przedsiębiorstwach budowlanych znalazła zarówno firmę deweloperską, którą uznała za solidną, jak i działkę, o jakiej marzyła. Ta ostatnia leżała na obrzeżach miasta, wprawdzie bez widoku na ocean, ale za to na skraju lasu iglastego. Elise wyobrażała sobie, że popijając kawę na tarasie o poranku, będzie obserwować, jak sarny i jelenie wychodzą z lasu na łąkę. Zlikwidowała lokatę bankową, żeby wpłacić żądaną sumę na poczet przyszłej inwestycji. Niestety, przedsiębiorstwo, któremu zaufała, zawiodło jej oczekiwania – ogłosiło bankructwo miesiąc po zainkasowaniu pieniędzy. Elise została bez pieniędzy, podobnie jak inni klienci. Po oszczędnościach całego życia i marzeniach o własnym domu pozostała jej jedynie sterta dokumentów sądowych. Nic nie zapowiadało rychłego zakończenia tego koszmaru.

Leżąc w łóżku, Elise wspominała, że od dawna planowała odwiedzić rodzinne strony, okolice zatoki Puget, gdzie się urodziła i wychowała. Opłakany stan finansów zmusił ją do odłożenia sentymentalnej podróży na bliżej nieokreśloną przyszłość. Nie zamierzała jednak czekać z założonymi rękami na zakończenie procesu. Gdyby pozostała bezczynna, rozpamiętywałaby w nieskończoność własną lekkomyślność i brak szczęścia. Żeby uchronić się przed rozstrojem nerwowym, postanowiła po raz pierwszy w dorosłym życiu pójść za głosem powołania i zrealizować swą twórczą pasję. Zapragnęła wrócić do robótek ręcznych, a także zapisać się na kurs malarstwa olejnego. Ponieważ spędziła całe życie wśród książek, kusiło ją również, żeby napisać własną powieść, najchętniej dla dzieci. Nie brakowało jej i innych pomysłów, ale ze względu na brak środków wszystkie musiały poczekać na lepsze czasy. Na razie tkwiła w martwym punkcie. Prawnicy kompletowali niezliczone dokumenty, żeby złożyć zbiorowy pozew w imieniu poszkodowanych.

Później należało czekać nie wiadomo jak długo, aż sprawa trafi na wokandę. Przewidywała, że żadna z pokrzywdzonych osób nie ujrzy nawet części pieniędzy przed upływem roku, jeżeli w ogóle cokolwiek odzyskają. Nie pozostało jej nic innego, jak tylko uzbroić się w cierpliwość i nie tracić nadziei.

Problemy z firmą budowlaną dopiero zapoczątkowały całą lawinę nieszczęść. Oczekując na przeprowadzkę, Elise wypowiedziała umowę najmu dotychczasowego mieszkania. Popełniła wielki błąd. Ponieważ w Seattle niewiele lokali stało pustych, opłaty za wynajem rosły w zastraszającym tempie. Istniała obawa, że nie wynajmie nowego mieszkania po przyzwoitej cenie. Przerażała ją myśl, że wyda całą emeryturę na czynsz. Córka namówiła ją, żeby przeniosła się do niej. Nie widząc innego wyjścia, Elise wyraziła zgodę, chociaż nie chciała obarczać sobą rodziny. Postanowiła, że pobędzie u niej tylko tak długo, jak to konieczne. Tymczasem minęło pół roku i nic nie zapowiadało zmiany na lepsze.

Elise zabroniła sobie dalszego rozpamiętywania nieszczęść, jako że to prowadziło tylko do załamania nerwowego. Tłumaczyła sobie, że i tak wiele otrzymała od życia. Była zdrowa, miała córkę, wsparcie najbliższych, no i wspaniałe wnuki. Właśnie sześcioletni John załomotał gwałtownie do drzwi.

– Babciu, nie śpisz? Mogę wejść?! – zawołał.

Elise wstała z łóżka i otworzyła chłopcu drzwi. Na piegowatej buzi gościł szelmowski uśmiech, rude włosy stały prawie pionowo, jak u Mavericka w latach młodości. Najmłodszy wnuczek przypominał go pod każdym względem. Ilekroć popatrzyła na czuprynę w kolorze marchewki, wspominała byłego męża. W ciągu ostatnich trzydziestu lat bardzo rzadko go widywała. Do tej pory nie potrafiła sobie wytłumaczyć, co jej strzeliło do głowy, żeby poślubić pokerzystę. Jakże go kochała, wprost nad życie! Poznała go w sklepie spożywczym, jakby nie istniały bardziej romantyczne miejsca! Kilka tygodni później wzięli ślub.

Jeszcze zanim przyszła na świat Aurora, zaczęły się problemy. Marvin „Maverick” Beaumont pracował wtedy w firmie ubezpieczeniowej, lecz od początku ciągnęło go do kart. Jego namiętność do hazardu zniszczyła małżeństwo. Elise wielokrotnie groziła rozwodem, Maverick nieodmiennie błagał o przebaczenie i przyrzekał poprawę. Za każdym razem dawała mu szansę, którą konsekwentnie marnował, aż wreszcie straciła cierpliwość i złożyła pozew w sądzie. Już nigdy nie pokochała tak mocno żadnego mężczyzny. Próbowała, lecz nikt inny nie dał jej szczęścia. Ponieważ pragnęła powtórnie wyjść za mąż, wznowiła kontakty towarzyskie, w nadziei że spotka odpowiedniego partnera. Najbliższy jej sercu był Jules, muzyk z orkiestry symfonicznej. Gdy Aurora skończyła piętnaście lat, Elise odkryła, że ukochany ma w San Francisco żonę i dwoje dzieci. Kompletnie zdruzgotana, zerwała znajomość. Później już nie szukała nowych związków.

Aurora nerwowym krokiem przemierzyła hol, chwyciła synka za ramię i wyciągnęła na korytarz.

– Zostaw babcię w spokoju, John – upomniała go surowo, po czym zwróciła się do matki: – Przepraszam, ciągle im powtarzam, żeby cię nie budzili. – Posłała jej pełne skruchy spojrzenie.

– W niczym mi nie przeszkodził, już nie spałam.

Chociaż Elise nie planowała zamieszkać z rodziną córki po przejściu na emeryturę, jej przeprowadzka przyniosła korzyści obydwu stronom. Aurora nie pracowała, zajmowała się domem i dziećmi, tak więc Elise pomagała jej w opiece nad chłopcami. Nalegała również, że zapłaci za swój pobyt w ich domu. Zięć i córka wyrazili zgodę na przyjęcie zgoła symbolicznej sumy, która mimo wszystko podreperowała domowy budżet. David, informatyk, instalował oprogramowanie w różnych firmach w całej Ameryce Północnej. Często wyjeżdżał na tydzień lub dwa. Stale przebywającą w domu Aurorę ogromnie cieszyło towarzystwo matki. I wzajemnie. Meble Elise stały w przechowalni, ona sama trwała w zawieszeniu, czekając na wynik procesu, ale miała dach nad głową, wsparcie najbliższych i bratnią duszę stale przy sobie.

– Zabierzesz nas do parku po południu? – nalegał John.

– Jeżeli zdążę. Mam kilka spraw do załatwienia, trudno mi na razie powiedzieć, kiedy wrócę – odrzekła ostrożnie. Nie lubiła mu odmawiać.

– Chętnie ci pomogę – pospieszył z ofertą.

Zawsze usłużny, szybki i zręczny chłopczyk nawet na świat przyszedł miesiąc przed planowanym terminem.

– Nic z tego, kochanie, nie zapominaj, że chodzisz do przedszkola.

Mały spochmurniał, lecz natychmiast spróbował ukryć rozczarowanie. Wzruszył ramionami i bez słowa wrócił do pokoju, do brata.

– Zamierzam obejrzeć ten nowy sklep z włóczką przy Blossom Street – wyjaśniła Elise córce, gdy zostały same.

Zwróciła na niego uwagę w czasie przechadzki po wizycie w kancelarii swojego prawnika. Po powrocie wspomniała o tym Aurorze. Przypuszczała, że ucieszy ją wiadomość, że pragnie powrócić do hobby z lat młodości. Widok odnowionych domów sprawił jej miłą niespodziankę. Wcześniej zapuszczona dzielnica przynosiła tylko wstyd miastu. Elise myślała, że zniszczone budynki zostaną wyburzone. Ku jej zaskoczeniu architekt przywrócił im dawne piękno. Kolorowe markizy, skrzynki z kwiatami i ciekawe witryny zapraszały do sklepów. Ich nostalgiczna uroda przenosiła przechodnia w dawną epokę, tworzyła niepowtarzalny, staroświecki klimat. Aż trudno było uwierzyć, że zaledwie kilka przecznic dalej strzelają w niebo drapacze chmur. Za najbliższym wzniesieniem leżało ruchliwe centrum Seattle, pełne biur, instytucji finansowych, towarzystw ubezpieczeniowych oraz wszelkich możliwych przedsiębiorstw.

Przystanąwszy przed wystawą „Świata Włóczki”, Elise przeczytała ogłoszenie o nowym kursie. Chociaż trudna sytuacja finansowa nie pozwalała jej korzystać z wolnego czasu w taki sposób, jak sobie wymarzyła, nie zamierzała odmawiać sobie drobnych przyjemności, zwłaszcza że robienie na drutach mogło jej pomóc przynajmniej na chwilę zapomnieć o kłopotach.

Po wypiciu herbaty w swoim pokoju ubrała się do wyjścia. Zachowała szczupłą, młodzieńczą sylwetkę. Włożyła kostium w kolorze brzoskwini. Pomimo słonecznej pogody na początku czerwca na dworze panował jeszcze chłód, potrzebowała ciepłego żakietu. Przy dekolcie białej bluzki przypięła ulubioną kameę, którą Maverick podarował jej jeszcze przed ślubem. Często ją nosiła.

Musiała przyznać, że były mąż nie zaniedbywał obowiązków ojcowskich. Utrzymywał z jedynaczką regularne, ale, zdaniem Elise, zbyt rzadkie kontakty. Chociaż sama nie chciała mieć z nim więcej do czynienia, nie robiła mu trudności. Uważała, że dziecko powinno znać ojca. Zmarszczyła brwi. W ciągu jednego poranka wbrew woli aż dwa razy wspomniała byłego męża. W gruncie rzeczy nic dziwnego. Codziennie oglądała wnuczka, podobnego do dziadka jak dwie krople wody. Najgorsze, że im usilniej próbowała wymazać Mavericka z pamięci, tym częściej wspominała wypełnione miłością noce i dnie.

Rozczesała brązowe, nietknięte siwizną włosy sięgające ramion. Były jej jedyną dumą. Spięła je klamrą na karku. Nagle zastygła w bezruchu, a serce mocniej zabiło. Doskonale pamiętała, że Maverick uwielbiał, kiedy rozpuszczała włosy. Do pracy w bibliotece spinała je w ciasny koczek. Kiedy wracała do domu, mąż zaraz wyciągał wszystkie spinki, szepcząc do ucha czułe słówka.

Przygryzła wargi. Spróbowała skupić myśli na czymkolwiek innym. Weszła do kuchni w chwili, gdy Aurora napełniała mlekiem miseczki z płatkami śniadaniowymi.

– Ślicznie wyglądasz, mamusiu – pochwaliła.

Elise pokręciła głową zamiast odpowiedzi. Komplementy zawsze wprawiały ją w zakłopotanie.

– Miłego dnia w szkole! – zawołała do wnuków na pożegnanie, po czym otworzyła drzwi wejściowe.

Obydwaj odprowadzili ją wzrokiem z tak posępnymi minami, jakby na zewnątrz czyhały straszliwe niebezpieczeństwa. Elise uwielbiała obu malców, lecz czasami zastanawiała się, jak Aurora daje sobie z nimi radę. Podziwiała ją jako żonę i matkę. Uważała, że sama zawiodła w obydwu tych rolach. Dwa lata nieudanego pożycia z Maverickiem utwierdziły ją w przekonaniu, że nigdy nie miała predyspozycji do małżeństwa. Całe szczęście, że po życiowej katastrofie pozostał jej jedyny skarb – córka. Wyrosła tak wysoka jak ojciec, mierzyła prawie metr osiemdziesiąt. Elise odnosiła wrażenie, że dorastała razem z jedynaczką. Zawsze doskonale się rozumiały.

Maverick przez wszystkie lata po rozwodzie uczciwie płacił alimenty, a w przypływie dobrego humoru dzwonił do córki, nie bardzo wiadomo skąd. Elise podejrzewała, że często zmieniał miejsce zamieszkania. Urodzony gracz nie znosił stabilizacji, hazard wciągnął go bez reszty. Wkrótce po ślubie porzucił stałą pracę, chociaż odnosił sukcesy w sprzedaży ubezpieczeń. Podczas gdy Elise leżała na sali porodowej, ukochany mąż znalazł sobie w poczekalni partnerów do pokera. W rezultacie przeoczył narodziny jedynaczki.

Elise podjechała autobusem numer czterdzieści siedem w dół wzgórza Pill w kierunku Blossom Street. Wysiadła trzy przystanki przed Biblioteką Publiczną, która niedawno przeszła kapitalny remont. Podczas pracy Elise poznała wielu wpływowych bibliotekarzy, między innymi Nancy Pearl, organizatorkę akcji „Całe Seattle czyta tę samą książkę”. Znalazła wielu naśladowców, którzy rozpowszechnili jej ideę w dużych i małych miastach w całym kraju. Elise również należała do grona entuzjastów. Cieszyło ją, że biblioteki pozostały ważnym ośrodkiem życia społecznego.

Wysiadając z autobusu, mocno przyciskała torebkę. Doskonale pamiętała, że dzielnica uchodziła dawniej za siedlisko kieszonkowców i rabusiów. Obecnie sprawiała zupełnie przyzwoite wrażenie, ale ostrożność nigdy nie zawadzi. Przystanęła przy kwiaciarni, żeby popatrzeć na purpurowe goździki o niespotykanym odcieniu. Kusiło ją, żeby kupić Aurorze bukiecik. Nie powinna wprawdzie szastać pieniędzmi na głupstwa, ale miała wielką ochotę sprawić jej niespodziankę. Postanowiła, że pomyśli o tym później.

Na wystawie sklepu z włóczką dostrzegła zwiniętego w kłębek kota. Zwierzątko nawet nie drgnęło na dźwięk dzwonka u drzwi, prawdopodobnie już przywykło.

– Dzień dobry – powitała ją serdecznie kobieta o miłej powierzchowności.

Druga, nieco starsza, tylko skinęła głową zza lady.

– O tak, bardzo dobry – potwierdziła Elise radośnie.

Ujęła ją zarówno uprzejmość młodej sprzedawczyni, jak i miły nastrój panujący w dobrze zaprojektowanym, nieprzeładowanym wnętrzu. Umiarkowana ilość towaru pozwalała bez trudu obejrzeć zawartość każdej półki.

– Chciałabym poprosić o bliższe informacje na temat kursu – zagadnęła nieśmiało.

Rozpraszała ją mnogość kolorowych motków oraz ciekawych projektów, umieszczonych w ramkach nad każdym pudełkiem. Jej uwagę przykuł sweter z wrobionym dinozaurem na przodzie. Nie wątpiła, że zachwyciłby zarówno Johna, jak i Luke’a. Postanowiła, że pewnego dnia wydzierga taki dla każdego z wnuków.

– Zaczynamy w tym tygodniu. Planuję zaprezentować technikę robienia skarpet.

– Skarpet? – powtórzyła Elise bez cienia entuzjazmu. – Kiedyś, bardzo dawno robiłam je na pięciu drutach.

– Ja używam dwóch par okrągłych. Pozwoli pani, że pokażę efekt końcowy. – Młoda ekspedientka poprowadziła ją wzdłuż środkowego rzędu regałów.

Elise ujrzała cały szereg naciągniętych na plastikowe stopy skarpetek o ciekawych, lecz szalenie skomplikowanych wzorach. Nie potrafiłaby zrealizować żadnego z tych projektów. Nie miała najmniejszej ochoty próbować czegoś, co przekraczało jej możliwości. Od lat nie trzymała w ręku drutów. Zanim zdążyła głośno wyrazić swoje obiekcje, właścicielka wyjaśniła, że przędza została ufarbowana w taki sposób, żeby sama tworzyła ornament. Następnie poinformowała potencjalną klientkę o terminach oraz kosztach kursu i materiałów.

– Nazywam się Lydia Hoffman, a to moja siostra, Margaret – powiedziała na zakończenie.

Elise również się przedstawiła. Dopiero teraz dostrzegła rodzinne podobieństwo. Starsza z kobiet była wyższa i solidniej zbudowana, młodsza drobna i filigranowa. Obydwie za to miały duże, ciemne oczy i wydatne kości policzkowe. Uznała, że już za długo im się przygląda.

– Niedawno przeszłam na emeryturę, dlatego chciałabym ponownie sięgnąć po druty – wyjaśniła pospiesznie, żeby ukryć zmieszanie.

– Doskonały pomysł – pochwaliła Lydia.

Elise odpowiedziała uprzejmym uśmiechem. Ujęła ją serdeczność młodej właścicielki. Starsza siostra w milczeniu porządkowała jakieś katalogi na ladzie.

– Myślę, że parę lekcji na początek dobrze mi zrobi – przyznała Elise.

– Miło mi, że pani do nas wstąpiła – odrzekła Lydia. Zaprowadziła ją za regały, gdzie stał stół i kilka krzeseł. – Jeżeli znajdzie pani czas w piątki, zapraszam także na nasze spotkania dobroczynne.

Elise wpadła w popłoch. Nie stać jej było na kolejne wydatki.

– Prowadzi pani równolegle drugi kurs? – spytała dla pewności.

– Nie. Dawne i obecne uczennice przychodzą do mnie wykonywać robótki dla różnych organizacji dobroczynnych. – Następnie opowiedziała o kocach dla fundacji „Ogrzejcie Amerykę!”, projekcie Linus oraz o tym, że robią nakrycia głowy dla pacjentów po chemioterapii.

– Czy pani dostarcza materiały? – dopytywała świadoma swych ograniczeń Elise.

– Poniekąd. Darczyńcy przysyłają mi nieodpłatnie końcówki serii na rzecz fundacji „Ogrzejcie Amerykę!”. Ja biorę na siebie część kosztów innych akcji. Sprzedaję stałym klientkom towar po znacznie obniżonej cenie.

– Brzmi zachęcająco, chyba do was dołączę – stwierdziła Elise.

Ostatnio intensywnie poszukiwała pożytecznego zajęcia, żeby nie wpaść w depresję. Należała już do klubu czytelników Biblioteki Publicznej, redagowała gazetkę kościelną, była honorowym krwiodawcą i dodatkowo w każdy poniedziałek społecznie prowadziła księgi lokalnego banku krwi.

– No i co, zapisze się pani na kurs robienia skarpet? – namawiała Lydia. – Jestem pewna, że polubi pani to zajęcie.

– Sądzę, że tak – powiedziała Elise. Życzliwość właścicielki sklepu znów wprawiła ją w dobry humor. Wyjęła z torebki książeczkę czekową i wypisała żądaną sumę. – Ile uczennic będzie na kursie?

– Maksymalnie sześć.

– Ma pani wiele chętnych?

– Jeszcze nie, dopiero we wtorek wywiesiłam ogłoszenie. Pani jest pierwsza.

– Pierwsza – powtórzyła Elise z wyraźną przyjemnością.

Z niewiadomych powodów banalna informacja podniosła ją na duchu. Poczuła się wyróżniona. Zdecydowała, że jednak kupi bukiecik goździków dla Aurory.

ROZDZIAŁ TRZECI

BETHANNE HAMLIN

Nie tak miało wyglądać moje życie – rozpaczała Bethanne Hamlin w drodze na Capitol Hill, gdzie mieszkała. Pokochała zbudowany w 1930 roku dom od pierwszego wejrzenia. Krótki, stromy podjazd prowadził wprost do garażu, betonowe schody wiodły na niewielki ganek. Główne wejście miało formę łuku jak w chatce z bajki. Szczytowa ściana wystawała ponad dach. Z umieszczonego we wnęce okna sypialni pana domu na poddaszu roztaczał się widok na całą okolicę. Bethanne często siadywała tam, żeby poczytać lub podumać. W tym właśnie wymarzonym domu spędziła najszczęśliwsze lata, póki nie nastąpił wstrząs, porównywalny jedynie z trzęsieniem ziemi.

Wyłączyła silnik swego pięcioletniego plymoutha. Posiedziała jeszcze trochę w samochodzie, zbierając siły, żeby wkroczyć do domu z uśmiechem na ustach. Wreszcie wzięła głęboki oddech, zabrała zakupy z tylnego siedzenia, wysiadła i poszła prosto do kuchni.

– Wróciłam! – zawołała od progu możliwie pogodnym głosem.

Odpowiedziała jej cisza. Bethanne poczuła ulgę.

– Andrew! Annie! – krzyknęła.

Postawiła torbę ze sprawunkami na blacie kuchennym, a następnie nastawiła czajnik. Przed rozwodem nie przepadała za herbatą. W ciągu ostatniego roku niemalże wpadła w nałóg. Wypijała po kilka dzbanków dziennie.

– Już jestem! – oznajmiła jeszcze raz.

Nadal nikt nie odpowiadał.

Po kilku minutach woda zawrzała. Bethanne umieściła w porcelanowym dzbanku po babci torebkę earl greya i zalała ją wrzątkiem. Następnie usiadła przy stole w małej wnęce, zatopiona w niewesołych rozmyślaniach. Usiłowała odnaleźć jakąś logikę w wydarzeniach ostatnich dwóch lat. Jak do tej pory nie doszła do żadnych sensownych wniosków. Ciągle odnosiła wrażenie, że świat stanął na głowie, jakby pory roku zmieniły kolejność albo księżyc zastąpił słońce. Nadal nie pojmowała, co ją spotkało i z jakiej przyczyny.

Katastrofa nastąpiła szesnaście miesięcy wcześniej, w dniu świętego Walentego, z samego rana. Dzieci już wstały, szykowały się do szkoły. Słyszała odgłosy krzątaniny w ich sypialniach. Wcześniej, kiedy jeszcze okupowały łazienkę, narzuciła szlafrok i naszykowała w kuchni śniadanie. Kiedy wróciła do sypialni, ujrzała męża siedzącego na łóżku z podkurczonymi nogami, z kolanami pod brodą i twarzą ukrytą w dłoniach. Z początku pomyślała, że złapał grypę. Grant zawsze wstawał wcześnie, o tej porze zwykle był już ubrany. Uwielbiał swoją pracę brokera w doskonale prosperującej agencji nieruchomości. Ponieważ dobrze zarabiał, Bethanne nie musiała pracować. Po urodzeniu Andrew, a trzynaście miesięcy później Annie stwierdziła, że dbanie o dom i opieka nad dziećmi w zupełności zaspokajają jej ambicje. Grantowi bardzo odpowiadało, że żona poświęca jemu i dzieciom całą energię. Był bardzo dumny z wytwornych przyjęć, które od czasu do czasu wydawała dla jego kolegów z firmy.

– Grant – zagadnęła przyjaźnie, nie przeczuwając, co ją czeka.

Podniósł na nią udręczoną, zbolałą twarz.

Bethanne usiadła obok niego. Położyła mu rękę na ramieniu.

– Co ci jest? – spytała łagodnie.

Grant otworzył usta, ale nie padło z nich ani jedno słowo, jakby mu mowę odjęło. Akurat wtedy Annie zawołała ją z dołu. Rozdarta między potrzebami męża i dzieci, uścisnęła ramię Granta i zapewniła, że za chwilę wróci. Wyprawienie dzieci do szkoły zajęło jej więcej czasu, niż przypuszczała. Dopiero po dziesięciu minutach znów weszła do sypialni. Zastała męża w tej samej pozycji co wcześniej, z równie posępną miną. Spróbowała sama odgadnąć, co go trapi. Tydzień wcześniej przeszedł rutynowe badania lekarskie. Twierdził, że jest zdrowy. Wtedy uwierzyła mu bez zastrzeżeń. Teraz zaczęła podejrzewać, że ukrywał jakąś poważną chorobę, i dopiero dojrzał do tego, żeby ujawnić prawdę. Usiadła obok niego.

– Dzisiaj walentynki – oznajmił nieswoim, schrypniętym głosem.

Bethanne pocałowała go w policzek. Grant zesztywniał. Coraz bardziej zaniepokojona, ponownie zapytała o powód zmartwienia. Zaczął płakać, łkanie wstrząsało całym jego ciałem. W ciągu dwudziestu lat pożycia zaledwie kilka razy okazał równie silne emocje. Nadal nie potrafiła odgadnąć ich charakteru.

– Nie chcę cię ranić... – zaszlochał.

– Cokolwiek ci dolega, wyrzuć to z siebie.

Złapał ją za ramiona, wbił w nie palce aż do bólu.

– Jesteś dobrą kobietą, Bethanne, ale... – przerwał, jakby brakowało mu odwagi, żeby dokończyć – ...już cię nie kocham.

Bethanne zachichotała, przekonana, że stroi sobie z niej żarty.

– Co to ma znaczyć? Jesteśmy małżeństwem od dwudziestu lat. Oczywiście, że mnie kochasz!

Zamknął oczy, jakby nie mógł dłużej na nią patrzeć.

– Niestety nie. Tak mi przykro, tak bardzo przykro... Próbowałem, Bóg jeden wie, jak bardzo się starałem, ale już dłużej nie wytrzymam. Muszę jakoś rozwiązać tę łamigłówkę.

Bethanne osłupiała. Żyła z tym człowiekiem dwadzieścia lat, dzieliła z nim łoże i nagle, w mgnieniu oka stał jej się obcy.

– Wytłumacz, o co chodzi – poprosiła drżącym głosem.

– Nie zmuszaj mnie do zwierzeń. Nie chcę tego mówić!

– Czego? – nie dawała za wygraną.

Nawet nie wpadła w złość. Zawsze uważała, że wszystko można naprawić jak cieknący kran lub zepsute urządzenie elektryczne. Wystarczy postawić diagnozę, a następnie poszukać właściwego rozwiązania ewentualnie wezwać odpowiedniego fachowca, żeby wszystko znów działało jak należy.

– Istnieją powody, dla których przestałem cię kochać – wycedził przez zaciśnięte zęby, wyraźnie zirytowany. Odrzucił z wściekłością kołdrę i wstał z łóżka.

Gwałtowna reakcja męża do reszty zbiła Bethanne z tropu.

– Co w ciebie wstąpiło? – wykrztusiła.

– Naprawdę jesteś aż tak tępa, że muszę wyłożyć kawę na ławę?! – warknął, wkładając spodnie.

– Co takiego?

Opryskliwy ton ostatniego zdania sprawił, że nie dotarł do niej sens słów. Nagła brutalność mężczyzny, którego przed chwilą widziała we łzach, zaskoczyła ją do tego stopnia, że wyciągnęła ku niemu ręce, gotowa przyjąć na siebie każdy ciężar, byleby znów zaczął ją traktować po ludzku.

Grant znieruchomiał z jedną ręką w rękawie koszuli, którą właśnie wkładał.

– Mam inną – wyznał wreszcie.

– Kochankę? – wyszeptała z trudem wyschniętymi wargami.

Zrozumiała wreszcie, ale nadal nie wierzyła, że Grant ją zdradza. Owszem, bohaterowie filmów i książek miewali romanse. W prawdziwych małżeństwach również dochodziło do skandali, ale Bethanne wbrew logice faktów tkwiła w przekonaniu, że jej coś takiego spotkać nie może. Trwała w odrętwieniu jeszcze przez parę minut, podczas gdy mąż szykował się do pracy.

– Kiedy? Jak? – wyjąkała, gdy wreszcie przyjęła do wiadomości okrutną prawdę.

– Poznałem ją w biurze. Od niedawna pracuje dla mojej firmy jako agentka. Walczyłem z tym uczuciem, próbowałem jakoś wszystko pogodzić, ale dłużej nie potrafię prowadzić podwójnego życia. – Westchnął ciężko. Nagle, w mgnieniu oka zmienił ton z błagalnego na oskarżycielski, jakby to on został skrzywdzony: – Do licha, Bethanne, nie komplikuj dodatkowo tak trudnej dla mnie sytuacji! – wykrzyknął.

Wyjął z szafy walizkę. Postawił ją na łóżku, jakby od dawna planował wyprowadzkę. Wrzucił bezładnie do środka całą bieliznę z komody. Bethanne otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. Do tej pory dbał o siebie aż do przesady: pielęgnował włosy, starannie wygładzał każdą sztukę ubrania, żeby nic nie pognieść.

Setki pytań krążyły jej po głowie. Zadała najważniejsze:

– Dokąd pójdziesz?

– Do Tiffany – oświadczył.

– Porzucasz mnie dla kogoś o takim imieniu?! – Nie wiadomo dlaczego w najstraszliwszym momencie swego życia parsknęła nerwowym śmiechem.

Grant patrzył na żonę, jakby straciła rozum, co prawdopodobnie faktycznie nastąpiło.

– Idź, chcę, żebyś sobie poszedł – oświadczyła niemalże mimochodem, przeganiając go dodatkowo machnięciem ręki.

Na potwierdzenie swoich słów zeszła do sutereny, wywlokła drugą, jeszcze większą walizkę i przydźwigała na górę. Po drodze usiłowała sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek poznała rywalkę. W końcu doszła do wniosku, że nigdy jej nie widziała. W biurze Granta pracowało mnóstwo kobiet, ale nie zwracała na nie uwagi. Nigdy nie posądzała męża o skłonności do zdrady. Z oburzenia zaparło jej dech. Mimo to niemalże wbiegła dwa piętra po schodach, gnana wściekłością, taszcząc ciężką walizę. Rzuciła ją niedbale na łóżko. Tumany kurzu zawirowały w powietrzu, po czym osiadły na bielutkiej pościeli. Gwałtownym ruchem otworzyła drzwi szafy, chwyciła całe naręcze garniturów, wywlokła je wraz z wieszakami i zaczęła byle jak upychać w walizce.

– Przestań, Bethanne! – wrzasnął Grant.

– Nie! – warknęła. Później już ciszej zasypała go pytaniami: – Jak długo to trwa? Ile ta Tiffany ma lat? Jest mężatką czy tylko ja zostałam porzucona?

Grant odwrócił wzrok. Bethanne, nadal w szoku, zapragnęła nagle poznać całą prawdę. Z początku nerwowo pakowała rzeczy bez ładu i składu, po chwili bezwiednie wróciła do starych nawyków. Zaczęła składać je starannie w kostkę, wygładzając każdą sztukę.

– Jak długo to trwa? – drążyła dalej bolesny temat. – Miesiąc, dwa?

– Oszczędź mi tych pytań, Bethanne – poprosił, nadal unikając jej wzroku.

– Jak długo mnie zdradzasz? – naciskała, zdecydowana wymusić zeznania choćby przemocą.

Grant znowu westchnął, jakby to ona wyrządziła mu krzywdę.

– Dwa lata.

– Dwa lata! – wykrzyknęła ze zgrozą. – Natychmiast wynoś się z tego domu! Idź stąd i nigdy nie wracaj! – zażądała z pełnym przekonaniem. W tym momencie naprawdę wierzyła, że nigdy więcej nie zechce go widzieć.

Wkrótce za nim zatęskniła. Oddałaby dziesięć lat życia, popełniłaby każde szaleństwo, byle go odzyskać. Była gotowa go błagać, przekonywać, a nawet przekupić adwokata, żeby tylko nie doszło do sprawy rozwodowej. W końcu przyjęła do wiadomości, że nie po to odchodził do innej, żeby wracać na łono rodziny. Przeżyła załamanie nerwowe. Nie pozostało jej jednak nic innego, jak przyjąć okrutny wyrok losu. Nie miała żadnego wpływu na decyzje Granta. Nie kochał jej już. Rozpad małżeństwa zrujnował jej psychikę. Żyła już chyba tylko z obowiązku. Gdyby dzieci jej nie potrzebowały, pewnie zrobiłaby sobie coś złego.

W końcu odwiedziła adwokata. Trafiła na uczciwego, życzliwego człowieka. Dzięki jego pomocy uzyskała korzystne warunki finansowe. Grant spłacił wszelkie pożyczki na dom, samochód oraz z kart kredytowych, tak że obydwoje zostali bez długów. Sąd obciążył go alimentami na żonę na okres dwóch lat i na dzieci do czasu ukończenia szkoły średniej. Koszty przyszłych studiów syna i córki zostały podzielone pomiędzy obydwoje małżonków. Grant jak do tej pory regularnie płacił wszelkie należności, bynajmniej nie z troski o rodzinę, tylko na mocy wyroku. Bethanne zdawała sobie sprawę, że powinna poszukać pracy, zanim obowiązek alimentacyjny ustanie, lecz stale wynajdywała jakieś powody, żeby odłożyć decyzję na później.

Dopiero pół roku po rozwodzie nieco ochłonęła. Powiedziała sobie twardo, że należy pogodzić się z rzeczywistością, ułożyć sobie na nowo stosunki z dziećmi, poszukać przyjaciół i rozpocząć nowe życie. Cóż z tego, nadal wolałaby stare.

Upiła łyk już prawie zimnej herbaty. Szesnastoletnia Annie wyrwała ją z zamyślenia, wpadając jak burza do kuchni z zaczerwienioną twarzą, zlepionymi potem włosami, w spodenkach i koszulce gimnastycznej. Wyglądało na to, że intensywnie biegała. Przemierzała od siedmiu do piętnastu kilometrów dziennie, od kiedy Grant opuścił rodzinę. Była z nim mocno związana. Ciężko przeżywała rozwód rodziców. Niestety, wyładowywała frustrację nie tylko za pomocą wysiłku fizycznego. Znalazła sobie też nowych znajomych, których Bethanne nie akceptowała. Martwiła się o córkę.

Annie obarczała winą za rozpad rodziny jedynie Tiffany. Dokuczała jej wszelkimi możliwymi sposobami. Nowi koledzy jeszcze ją podburzali do skandalicznych wybryków. Andrew wyjawił, że prosiła w imieniu Tiffany różne firmy o przysłanie katalogów towarów, których tamta wcale nie potrzebowała, wysyłała głupie ogłoszenia do gazet o sprzedaży różnych rzeczy, podając obcym jej numer telefonu, podpisywała w jej imieniu subskrypcję czasopism. Bethanne bynajmniej nie kochała piętnaście lat młodszej rywalki, ale obawiała się, że owładnięta żądzą zemsty córka w końcu popadnie w konflikt z prawem. Ilekroć próbowała przemówić jej do rozsądku, Annie milczała jak głaz.

– Nie zostawiłaś mi wiadomości, gdzie idziesz – wytknęła.

Chodziło jej nie tyle o informację, ile o przestrzeganie zasady lojalności.

– Wybacz, uznałam to za zbędne. Wiesz przecież, że codziennie biegam – odburknęła nastolatka bez cienia skruchy. Wyjęła z lodówki butelkę wody mineralnej, po czym wielkimi łykami wypiła połowę zawartości. – Jak było w biurze pośrednictwa pracy? – zmieniła pospiesznie temat.

– Nieszczególnie – westchnęła ciężko jej matka. Tym razem ona wolałaby uniknąć tłumaczenia. – Informacja, że umiem dobrze piec, nie zrobiła na urzędniku najmniejszego wrażenia.

– Powinnaś pracować w piekarni.

Bethanne rozważała taką możliwość, ale nie pociągało jej przygotowywanie wypieków codziennie przez osiem godzin.

– Nikt nie miał takich pysznych tortów ani tak wystawnych urodzin jak ja i Andrew. Wszyscy koledzy nam zazdrościli.

– Organizowałam też inne uroczystości, ale to było całe wieki temu. Pod koniec lata zacznę szukać na serio.

– Oj, mamo, ciągle zwlekasz! – jęknęła Annie, przewracając oczami.

Miała rację. Po tylu spędzonych w domu latach Bethanne nie widziała dla siebie miejsca na rynku pracy. Bała się, że utknie na resztę życia jako sprzedawczyni w sklepie spożywczym. Spróbowała przynajmniej stworzyć pozory, że nie czeka bezczynnie, aż manna spadnie z nieba.

– Myślałam o sprzedaży kosmetyków – zaczęła ostrożnie. Kątem oka obserwowała reakcję córki. – Wiele kobiet osiąga w tej branży niezłe dochody. Sama ustalałabym sobie godziny pracy i...

– Rozczulasz mnie, mamusiu – zakpiła dziewczyna. – Obydwie wiemy, że nie masz żyłki do handlu. Znajdź coś, co ci naprawdę odpowiada. Umiesz robić wiele rzeczy. Gdzie twoje poczucie własnej wartości?!

Czternaście miesięcy temu zostało wdeptane w błoto – pomyślała Bethanne. Na wszelki wypadek przemilczała gorzką uwagę.

– Nienawidzę pracy biurowej – mruknęła. Nie sądziła, że wytrzyma w jednym pomieszczeniu od dziewiątej do piątej.

– Zrób więc cokolwiek, choćby dla własnej satysfakcji, niekoniecznie dla zysku.

– Mądrala – odburknęła Bethanne, nie ukrywając irytacji. Wszyscy, dosłownie wszyscy, łącznie z adwokatem, radzili jej to samo. Westchnęła ciężko. – Pewnie znowu mnie wyśmiejesz. Przechodząc obok sklepu z włóczką, przypomniałam sobie, że dawniej bardzo lubiłam robić na drutach. Naszła mnie ochota, żeby znów spróbować. Zrobiłam ci żółty niemowlęcy kocyk, pamiętasz?

– Ależ oczywiście! – wykrzyknęła Annie, nieco zażenowana. – Spałam z nim do dziesiątego roku życia.

Trzasnęły drzwi. Wrócił Andrew. Pracował w osiedlowym domu towarowym „Safeway” w niepełnym wymiarze godzin. Wszedł do kuchni, zrzucił plecak i zajrzał do lodówki. Nie zainteresowało go nic prócz wody mineralnej. Wyjął sobie butelkę, oparł się plecami o drzwi, następnie popatrzył spod zmarszczonych brwi na matkę i siostrę i spytał, o czym mowa.

– Mama chciałaby znów zacząć robić na drutach.

– Dopiero rozważam ten pomysł – sprostowała Bethanne.

– Na pewno dasz radę – zapewniła Annie.

– No jasne – poparł ją Andrew.

Bethanne szczerze w to wątpiła. Brakowało jej energii nie tylko na szukanie pracy czy zorganizowanie sobie życia na nowo, ale nawet na siedzenie w fotelu z drutami w ręku.

– Może spróbuję – mruknęła niepewnie.

– Tylko nie odkładaj decyzji w nieskończoność, jak zwykle. Gdzie ten sklep? – Annie wyciągnęła z kredensu książkę telefoniczną.

– Przy Blossom Street.

– Pamiętasz nazwę?

– Nie, ale posłuchaj...

Annie nie słuchała. Już przerzucała żółte strony. Odszukała właściwą. Wybrała numer, po czym wręczyła Bethanne słuchawkę.

Powitał ją miły kobiecy głos:

– Tu „Świat Włóczki”, w czym mogę pomóc?

– Dzień dobry. Nazywam się Bethanne Hamlin. Nazwisko nic pani nie powie, ale chciałabym się dowiedzieć, czy zostały jeszcze wolne miejsca na kursie dziewiarskim. – Zrobiła przerwę dla nabrania oddechu. – Robiłam na drutach bardzo dawno temu. Wiele zapomniałam. Najlepiej sama przyjdę. – Znowu przerwała. Podniosła wzrok na córkę.

Annie poprosiła o słuchawkę, po czym przechwyciła ją, nie czekając na pozwolenie.

– Doskonale, proszę ją zapisać – zarządziła. Zapisała dane na kartce. – Przyjdzie na pewno.

– Zapisałaś mamę na lekcje? – dopytywał się Andrew.

– Jasne.

– Wiesz co, może to nie najlepszy pomysł – zaczęła Bethanne. Wpadła w popłoch, że wyda zbyt dużo pieniędzy. – Bo widzisz...

– Nauczysz się robić skarpetki – przerwała Annie.

– Ależ to okropnie skomplikowane! – wykrzyknęła Bethanne, kręcąc głową.

– Dawniej doskonale ci szło – przypomniał Andrew.

– Właścicielka, pani Lydia Hoffman, zapewnia, że to nic trudnego – poparła go siostra. – Nie chcę słuchać żadnych wymówek. Pójdziesz tam i koniec.

– Oczywiście, że idziesz – zawtórował brat.

– No dobrze – mruknęła Bethanne z rezygnacją.

Dopiero teraz zauważyła, że kto inny przejął ster rządów w jej domu. Nawet nie spostrzegła, kiedy nastąpiła zamiana ról.

ROZDZIAŁ CZWARTY

COURTNEY PULANSKI

Courtney uważała, że ojciec potraktował ją niesprawiedliwie. Po prawdzie zasłużyła sobie na taki los niskimi ocenami w szkole i sprzeczkami z ciałem pedagogicznym. Całe szczęście, że policja nie wykryła, kto pięć lat temu podłożył ogień na śmietniku. Nawet nie bardzo dręczyły ją wyrzuty sumienia. Po śmierci matki była załamana, zagubiona, wściekła na cały świat. Do tej pory nie pogodziła się ze stratą, jak w najlepszej wierze doradzali życzliwi. Niemniej jednak zmobilizowała całą siłę woli, dołożyła wszelkich starań, żeby podciągnąć oceny i przejść do następnej klasy. Aż tu nagle taki cios! Miała wyjechać do babci do Seattle, żeby skończyć szkołę na drugim końcu kraju, z dala od przyjaciół. Courtney kochała babcię, ale nie wiedziała, jak przetrwa ten rok. Nie miała jednak drugiej bliskiej osoby, do której mogłaby jechać. Ojciec, inżynier, wyjechał do Brazylii, by nadzorować budowę mostu. Twierdził, że nie zabiera jej ze sobą, ponieważ jedzie w miejsce wyjątkowo niebezpieczne dla młodej dziewczyny.

Najstarszy brat, Jason, studiował, a latem pracował jako nauczyciel na kursach wakacyjnych. Siostra, Julianna, została przyjęta na studia. Na razie dorabiała w domku myśliwskim na Alasce, ale po rozpoczęciu roku akademickiego ojca czekały poważne wydatki na kształcenie potomstwa. Gdyby nie potrzebował na gwałt pieniędzy, nie podpisałby kontraktu w dalekim kraju, póki Courtney nie ukończy liceum. Niskie oceny nie pozostawiały nawet cienia nadziei, że dostanie stypendium, a o bezpłatnym miejscu na studiach nie mogła nawet marzyć [1]. W tym układzie wyjazd do Seattle stanowił jedyne możliwe rozwiązanie.

Jej życie wyglądałoby zupełnie inaczej, gdyby cztery lata wcześniej mama nie zginęła w wypadku samochodowym. Courtney nadal przeżywała jej śmierć, tak jakby straciła ją zaledwie wczoraj.

– Wstałaś już, Courtney?! – zawołała babcia z dołu.

– Tak! – odkrzyknęła.

Nastawiony na cały regulator od piątej rano telewizor budził ją o świcie. Vera Pulanski nie przepuściła ani jednego dziennika, chociaż nie dawała wiary żadnym informacjom. Uważała, że wszyscy, dosłownie wszyscy dziennikarze kłamią.

– Już robię śniadanie!

– Nie jestem głodna. – Courtney wzniosła oczy do sufitu, błagając niebiosa o zmiłowanie.

– Śniadanie to najważniejszy posiłek w ciągu dnia.

– Zjem później – obiecała.

Mieszkała u babci zaledwie od tygodnia, a już po raz siódmy prowadziły identyczną rozmowę. Babcia czerpała całą wiedzę o zdrowym odżywianiu z programów poradnikowych. Trzymała każdą potrawę w nieskończoność na ogniu, żeby ugotować na śmierć wszystkie możliwe drobnoustroje. Courtney na samą myśl o twardej jak podeszwa jajecznicy dostawała szczękościsku. Nigdy wprawdzie nie próbowała podeszew, ale podejrzewała, że gorzej smakować nie mogą.

– Nie lubię wyrzucać jedzenia.

– Wybacz, babciu.

Od dnia przyjazdu Courtney pominęła wiele posiłków, w nadziei że schudnie. Rano po wyjściu spod prysznica stanęła na wadze nagusieńka, z zamkniętymi oczami. Kiedy je otworzyła, wytężyła wzrok, żeby dostrzec, na której spośród cieniutkich linii dziwacznej, staroświeckiej skali zatrzyma się wskazówka. Złośliwe urządzenie pokazało pół kilograma więcej niż poprzednio. Chciało jej się wyć. Najwyraźniej dieta babci nie służyła smukłej sylwetce. Już samo rozpoczęcie nauki w nowej szkole napawało ją przerażeniem. Przeczuwała, że znaczna nadwaga przysporzy jej dodatkowych przykrości.

– Wychodzę załatwić parę spraw, chciałabym cię zabrać ze sobą – oświadczyła starsza pani.

Courtney westchnęła ciężko. Po wyjściu z łazienki ponownie włożyła piżamę. Nie widziała żadnego sensownego powodu do zmiany ubrania.

– Nie mogłabym zostać w domu?

– Wolałabym cię wyciągnąć na dwór. Za dużo przesiadujesz w pokoju.

Courtney niechętnie podeszła do drzwi.

– Zaraz schodzę! – wrzasnęła na cały głos.

Uważała babcię za wspaniałą osobę, ale nie wiedziała, jak wytrzyma ten rok. Gdy Vera Pulanski przyjeżdżała do Chicago, witała ją z otwartymi ramionami, jednak nigdy nie mieszkała tak długo z kimś o tyle lat starszym. Nawet jej dom przypominał antykwariat. Z ociąganiem włożyła dżinsy i obszerny podkoszulek z nadrukiem firmy ojca. Kiedy stanęła na najniższym stopniu schodów, starsza pani wyciągnęła ku niej obie ręce. Ujęła jej twarz w dłonie.

– Jesteś taka śliczna, najmilsza, najmłodsza wnusiu, moje oczko w głowie. Żałuję, że Ralph nie zdążył cię poznać.

– Ja też.

Dziadek zmarł, gdy miała zaledwie kilka miesięcy.

– Ponieważ cię kocham, chciałabym, żebyś mnie uważnie wysłuchała.

– Wiem, muszę schudnąć, nie trzeba mi o tym przypominać – jęknęła Courtney.

Każde spojrzenie w lustro doprowadzało ją do rozpaczy. Po śmierci mamy przybyło jej siedemnaście kilo. Cierpiała męki, słuchając dobrych rad od osób, które nigdy nie walczyły z nadwagą i uważały, że zrzucenie zbędnych kilogramów to fraszka.

– Nie myślałam o odchudzaniu. – Starsza pani wypuściła ją z objęć. – Potrzebujesz przyjaciół. W swoim pokoju nikogo nie spotkasz. Powinnaś częściej wychodzić.

– To prawda – przyznała Courtney.

Ze łzami w oczach wspominała koleżanki i kolegów, których zostawiła w Chicago. A także dom, wynajęty na okres dwóch lat, zamieszkany obecnie przez obcych ludzi.

– Zapoznam cię z paroma osobami.

Dziewczyna nawet nie próbowała protestować, wiedziała, że nic nie wskóra. Babcia wzięła ją za rękę i zaciągnęła do kuchni. Wysmażona na blachę jajecznica już czekała na talerzu. Courtney przysięgłaby, że widziała ją na stole poprzedniego dnia.

– Pojedziemy dziś do biblioteki, do sklepu spożywczego i dziewiarskiego.

Courtney zaniechała wszelkiego oporu. Doszła do wniosku, że im szybciej wypełni obowiązki rodzinne, tym wcześniej wróci do swojego pokoju. Zanim wyszły, pani Pulanski poprawiła jeszcze makijaż, wróciła do kuchni, zawinęła talerz w folię i włożyła go do lodówki. Courtney nabrała pewności, że wczoraj widziała te same jajka.

– Jesteś gotowa? – zapytała babcia po kilku minutach krzątaniny, jakby to nie ona opóźniała wyjście.

– Od dawna.

– O mało nie zapomniałam torebki z kluczami. Gdybym je zatrzasnęła w środku, nie dostałybyśmy się do domu.

W końcu wsiadły do forda rancho z 1968 roku. Ojciec Courtney twierdził, że prawie czterdziestoletni samochód, prawdziwy okaz muzealny, jest w doskonałym stanie. Nic dziwnego, miał na liczniku dopiero sto piętnaście tysięcy kilometrów. Drzwi ważyły chyba tonę i okropnie skrzypiały. Podróż z Verą w charakterze kierowcy również nie należała do przyjemności. Gdy tylko zapaliła silnik, kazała wnuczce sprawdzić, czy nikt nie nadjeżdża. Courtney wykonała polecenie. Nie powstrzymała jednak ciekawości.

– Czemu sama nie odwrócisz głowy?

– Nie mogę. Od dwudziestu lat cierpię na skurcz mięśni szyi. Nigdy nie narzekałam, ale skoro już zapytałaś, powiem ci, że ostatnio boli coraz bardziej. Lekarze nie potrafią nic na to poradzić, rozkładają bezradnie ręce, a ja znoszę tortury.

Courtney zawsze ogarniał strach, gdy wsiadała z babcią do samochodu. Do tej pory jakoś uniknęła wspólnych wyjazdów, ale szczęście nigdy nie trwa długo. Podejrzewała, że bez jej pomocy babcia rozbiłaby auto i oddała na złom.

– Co byś beze mnie zrobiła?

Vera zagryzła wargi. Odwróciła lusterko najpierw w jedną stronę, a później w drugą.

– Po coś przecież wymyślono lusterka – odparła urażonym tonem. – Możemy ruszać?

– Oczywiście – zapewniła Courtney z udawanym entuzjazmem, zawstydzona, że sprawiła babci przykrość.

Na pierwszych światłach starsza pani wykonała półobrót całym tułowiem, żeby spojrzeć jej w oczy. Courtney w napięciu czekała na kolejną niespodziankę.

– Jeżeli martwi cię nadwaga, chętnie ci pomogę. Codziennie rano chodzę z przyjaciółmi na basen. Możesz do nas dołączyć.

Propozycja nie brzmiała zbyt kusząco, ale ćwiczenia fizyczne rzadko bywają przyjemne.

– No, myślę! – wykrzyknęła Courtney z udawanym entuzjazmem.

– O czym?

– To tylko taki zwrot, skrót myślowy. Uważam, że to świetny pomysł – zapewniła wbrew sobie.

Babcia dokładała wszelkich starań, żeby poprawić jej samopoczucie, zasłużyła na słowa uznania.

Po opuszczeniu rejonu Quinn Anne Hill przystanęły przed supernowoczesną biblioteką, która, jak wyjaśniła Vera, została niedawno oddana do użytku po remoncie. Podczas gdy babcia odbierała zamówioną powieść – romans miejscowej pisarki – Courtney przeglądała kolorowe czasopisma. Na widok smukłych, wytwornych modelek wpadła w jeszcze większe kompleksy. Następnie odwiedziły sklep spożywczy. Jeśli społeczność dzielnicy Metro liczyła kilka milionów mieszkańców, pani Pulanski znała przynajmniej połowę z nich. Przedstawiła wnuczkę kilku przyjaciołom, dawnym sąsiadom, znajomym z parafii oraz członkom klubu brydżowego – w sumie co najmniej trzydziestu osobom. Żadna z nich nie wyglądała na mniej niż siedemdziesiąt lat. Wreszcie wpakowały torby ze sprawunkami do samochodu.

– A teraz na Blossom Street. Obiecuję, że nie zabawię długo.

Courtney o mało nie wypomniała, że na dwu wcześniejszych postojach słyszała tę samą obietnicę. Odjechały dopiero po siedmiu kolejnych pogawędkach ze znajomymi. Przy wjeździe na parking Vera nacisnęła na hamulec. Ruszała, skręcała, hamowała, posuwała się niemalże centymetr po centymetrze w kierunku upatrzonego miejsca postoju. Półprzytomna z przerażenia Courtney mimo wszystko nie przewidziała dalszego biegu wydarzeń. Poczuła szarpnięcie i usłyszała zgrzyt zderzaka w zetknięciu ze słupkiem parkometru.

– Jasny gwint! – zaklęła starsza pani.

Courtney najchętniej wzbogaciłaby jej zasób słownictwa o bardziej adekwatne do sytuacji wyrażenia. Wysiadła, zamknęła ciężkie drzwi i podążyła za nią do sklepu. Natychmiast podeszła do kota na wystawie. Zaczęła go głaskać. Vera przywitała sympatyczną, młodą właścicielkę, po czym przedstawiła jej wnuczkę.

– Pewnego lata uczyłam ją robić na drutach. Pojmuje wszystko w lot – zapewniła. – Będzie u mnie mieszkać przez cały rok. Jej ojciec wyjechał do Brazylii.

Courtney nie przypominała sobie szczególnych postępów w robótkach ręcznych, ale przez grzeczność nie zaprzeczyła. Poszła zwiedzić wnętrze, żeby nie słuchać przechwałek o doniosłej misji ojca w Ameryce Południowej. Zaskoczyła ją różnorodność wzorów i barw. Zwróciła uwagę na kamizelkę, sweter i kapelusik. Na widok barwnego szalika wpadła w zachwyt. Lydia natychmiast go zaprezentowała.

– Zrobisz taki w jeden wieczór, to łatwe. Nabierasz piętnaście oczek na druty numer trzynaście i tylko przerabiasz jeden rząd za drugim. Jeden motek włóczki wystarczy.

– Wspaniale – powiedziała Courtney z wahaniem.

Podejrzewała, że nie starczy jej pieniędzy na druty i włóczkę, a od babci pożyczać nie chciała. Zaczęła oglądać ekspozycję skarpetek, podczas gdy Vera układała zakupy na ladzie obok kasy. Zawsze coś dziergała. Courtney nie wiedziała, nad czym obecnie pracuje. Dołączyła do niej.

– Widziałaś skarpetki? – zagadnęła babcia. – Te nowe włóczki dają niesamowite efekty. Mogłabyś takie wydziergać.

– Nie ma mowy.

– A chciałabyś spróbować? – wtrąciła Lydia.

Courtney przez chwilę rozważała propozycję.

– No, myślę...

– To znaczy, że się zgadza – przetłumaczyła Vera. – Proszę ją zapisać.

– Na co?

– Na kurs robienia skarpetek. Najwyższa pora, żebyś gdzieś wyszła, poznała ludzi. Potrzebujesz urozmaicenia. Ja płacę – dodała.

– Będzie nam bardzo miło, gdy do nas dołączysz – wsparła ją Lydia.

Courtney posłała każdej z kobiet uprzejmy uśmiech, próbując okazać wdzięczność. Tym razem nie musiała nawet specjalnie udawać. Pomysł przemówił do jej wyobraźni. Miała nadzieję, że przynajmniej tutaj spotka kogoś poniżej dziewięćdziesiątego roku życia.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Pamiętajcie, że potrzebujecie dwóch skarpetek. Jak sprostać zadaniu? Róbcie obydwie równolegle i nie wymagajcie, żeby wyszły identycznie.

Deborah Robson, dziewiarka, pisarka, autorka poradników robótek ręcznych.

www.nomad-press.com

LYDIA HOFFMAN

Staram się spędzać każdy weekend z mamą. Po śmierci taty przeżywa ciężki okres jak my wszystkie. Żałuję, że Brad nie zdążył go poznać. Z pewnością by się polubili. Tata był serdeczny, przyjacielski, w każdym człowieku potrafił dostrzec jakieś zalety, dla każdego miał dobre słowo, a także jeden czy dwa żarty na podorędziu. Nikt nie opowiadał ciekawszych historyjek niż on. W najcięższych dniach choroby potrafił mnie rozbawić. Nie mogę przestać o nim myśleć. Im więcej czasu mija od dnia jego śmierci, tym częściej go wspominam. Gdy odszedł, mama cierpiała najbardziej. Postarzała się o dziesięć lat w ciągu czternastu miesięcy. Posmutniała, zobojętniała, popadła w depresję. Jej wygląd w pełni odzwierciedla stan duszy. Dosłownie się skurczyła, podczas ostatniego badania lekarskiego stwierdzono, że mierzy o trzy centymetry mniej niż parę lat temu. Zapadła też na zdrowiu. Na wyniki testów na osteoporozę dopiero czekamy. Moim zdaniem przyczyną pogorszenia stanu zdrowia był zarówno żal po stracie najbliższej osoby, jak i poczucie osamotnienia. Mąż stanowił dla niej nie tylko oparcie, ale i najlepsze towarzystwo. Łączyła ich miłość, przyjaźń i wzajemne zrozumienie. Może zabrzmi to banalnie, ale wraz z nim utraciła cząstkę samej siebie. Rozumiem ją, czuję to samo. Bez niego i ja nie jestem w pełni sobą.

Kiedy odwiedziłam ją w niedzielę wczesnym popołudniem, z wielkim zapałem przycinała róże. Wyjaśniła mi kiedyś, że ten zabieg stymuluje wzrost. Ogród zawsze był jej dumą. Pozostał jedną z niewielu rzeczy, które ją jeszcze interesują. W życiu jak w ogrodzie, czasami nawet poważna strata przynosi nieoczekiwane korzyści. Po śmierci taty bez trudu oddzieliłam sprawy ważne od nieistotnych. Utrata oparcia w bliskiej osobie zmusiła mnie do samodzielnego działania. Zaczęłam poszukiwać własnej drogi. Niemalże z dnia na dzień wydoroślałam, nabrałam odwagi, założyłam własną firmę i nawiązałam znajomość z Bradem.

Postałam chwilę w otwartych drzwiach, obserwując mamę. Zaabsorbowana pracą, nawet nie słyszała, że przyszłam. Włożyła gumowe rękawice, twarz osłoniła przed słońcem słomkowym kapeluszem. Obok stało wiadro, do którego wrzucała odcięte pędy. Zawołałam ją cichutko, żeby nie wystraszyć. Podniosła głowę.

– Myślałam, że przyjdziesz wcześniej, Lydio.

– Tak planowałam, ale ktoś mnie zatrzymał po wyjściu z kościoła.

– Brad i Cody? – odgadła natychmiast.

Skinęłam głową.

– Umówiłam się z nimi na przechadzkę wokół Green Lake.

Stwierdziłam, że brakuje mi ruchu, toteż pięciokilometrowy spacer dobrze mi zrobi. Brad ma doskonałą kondycję, mógłby zataczać kręgi wokół mnie. Cody prawdopodobnie zabierze swego golden retrievera. Nazwał go Ścigacz, ze względu na paskudny zwyczaj gonienia każdego ruchomego obiektu. Cody otrzymał zakaz spuszczania go ze smyczy. Chciałabym kupić podręcznik tresury i nauczyć psa reagowania na proste komendy. Przyszło mi do głowy, że gdybym zabrała rolki, dotrzymałabym kroku trzem dzielnym biegaczom.

Spostrzegłam, że mamie drży ręka. Zauważyłam ten objaw już wcześniej. Martwiło mnie, że straciła apetyt. Groził jej niedobór składników pokarmowych. Jeszcze bardziej niepokoiło nas z Margaret jej roztargnienie. Najwyraźniej traciła pamięć. Czasami zapominała przyjąć przepisane lekarstwa, kiedy indziej łykała ich za dużo.

– Co jadłaś na obiad? – spytałam.

Popatrzyła na mnie niezbyt przytomnym wzrokiem. Musiałam powtórzyć pytanie, żeby sobie przypomniała.

– Krakersy z tuńczykiem – oznajmiła po chwili zastanowienia.

– I to wszystko?

– Nie byłam głodna. – Wzruszyła ramionami, najwyraźniej zniecierpliwiona. – Nie naśladuj ojca. Zmuszał mnie do jedzenia nawet wtedy, gdy nie miałam ochoty. Nie życzę sobie żadnych wymówek.

– Dobrze, już dobrze – ustąpiłam, oczywiście tylko chwilowo.

Postanowiłam przedyskutować z Margaret, czy lepiej zamawiać dla niej posiłki z dostawą do domu, czy na spółkę opłacić gosposię, jeżeli będzie nas stać na taki wydatek.

– W przyszłym tygodniu jest Dzień Ojca – poinformowała mama. – Zabierzesz mnie na cmentarz? Chciałabym postawić wazon róż na grobie.

– Oczywiście, pojedziemy razem z Margaret – zapewniłam również w jej imieniu.

Miałam nadzieję, że ją wyciągnę. Ostatnio czułam, że tracę z nią kontakt. Zrobiła się rozkojarzona i uszczypliwa. Bolała mnie jej rezerwa. Niby przełamałyśmy lody, ale nie ufała mi do końca. Uświadomiłam sobie, że przed nami jeszcze długa droga do prawdziwego porozumienia.

Mama opadła bez sił na krzesło ogrodowe, jakby nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Zdjęła kapelusz, otarła pot z czoła.

– Ależ gorąco – westchnęła.

Zerknęłam na termometr, który ojciec wywiesił na zewnętrznej ścianie domu. Wskazywał dwadzieścia cztery stopnie. Nie sądziłam, że jest tak ciepło. Pracowała w tej temperaturze co najmniej godzinę albo i dwie.

– Wyjdziesz ze mną na kolację? – zaproponowałam, w nadziei że ją skuszę.

– Nie, dziękuję, poszłyśmy z Dorothy Wallace po porannej mszy na naleśniki do „Knights of Columbus”.

Jak ją znam, przekąsiła jednego z masłem lub syropem, później owe krakersy. Podejrzewałam, że nic więcej nie weźmie do ust.

– Zresztą wieczorem przychodzi do mnie Margaret z córkami – dodała na widok mojej niezadowolonej miny. – Lubi pracę w twoim sklepie. Nie mówi tego głośno, ale swoje wiem.

Odetchnęłam z ulgą. Margaret na pewno nie pozwoli, żeby poszła spać o głodzie. Aczkolwiek niepokoiłam się o siostrę, przemilczałam swoje obawy. Mama na pewno by jej wszystko przekazała, a potem przez całe tygodnie słuchałabym wymówek.

– Przynieść ci coś?