Wydawca: HarperCollins Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 359 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Rodzinne strony - Debbie Macomber

Zatoka Cedrów.

Cedar Cove to malownicze miasteczko nieopodal Seattle. Mieszkańcy  kochają się, zdradzają, nienawidzą się  i rozchodzą jak wszędzie na świecie. Mają swoje historie, swoje sekrety. Tylko że tutaj nikt nie jest anonimowy. Ktoś zawsze pomoże ci rozwiązać problem, nawet gdy tego nie chcesz… Nad Cedar Cove gromadzą się czarne chmury. W jaskini niedaleko miasteczka para nastolatków odkrywa ludzkie szczątki. Śledztwo prowadzi szeryf Troy Davis. Utrudnia je brak poszlak, a także przecieki do mediów. Na dodatek w prywatnym życiu szeryfa panuje nie mniejszy zamęt. Troy pragnie odzyskać dawną ukochaną Faith Beckwith. Jednak nie wszystko idzie po jego myśli, także z winy córki Megan, która lubi wtrącać się w sprawy ojca. Spokoju nie może zaznać też sama Faith – ktoś włamuje się do jej domu, niszcząc wszystkie osobiste pamiątki. Faith zaczyna poważnie myśleć o opuszczeniu coraz mniej gościnnego rodzinnego miasteczka, do którego niedawno wróciła…

Inni mieszkańcy Cedar Cove również borykają się z problemami. Szczęście rodzinne Rachel Pendergast jest zagrożone – jej nastoletnia pasierbica, Jolene, robi wszystko, aby skłócić ojca i macochę.

Innego rodzaju kłopoty mają Bobby i Teri Polgar, którzy spodziewają się trojaczków - ciąża daje się przyszłej matce mocno we znaki. Na dodatek przyjaciel pary, James Wilbur, zniknął bez słowa, porzucając siostrę Teri, Christie Levitt. A to nie jedyne sprawy, którymi żyje Cedar Cove…

Opinie o ebooku Rodzinne strony - Debbie Macomber

Fragment ebooka Rodzinne strony - Debbie Macomber

Debbie Macomber

Rodzinne strony

Tłumaczenie: Natalia

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Troy Davis pracował jako szeryf Cedar Cove niemal całe swoje dorosłe życie. Już czwarty raz z rzędu wygrał wybory na ten urząd. Dobrze znał miasto i jego mieszkańców, przecież sam był jednym z nich.

W ten ponury styczniowy dzień siedział zamyślony przy swoim biurku, sącząc wystygłą, paskudną kawę. Myśli Troya podążyły ku Sandy, z którą był żonaty ponad trzydzieści lat, a która zmarła rok temu z powodu komplikacji związanych ze stwardnieniem rozsianym. Jej śmierć pozostawiła pustkę w jego życiu. Nieraz omawiał z żoną służbowe sprawy i zawsze dobrze mu doradzała. Jej wyważone opinie o tym, co mogło skłonić ludzi do potępionych przez prawo czynów, pomagały mu w pracy. Troy żałował, że nie może poradzić się Sandy w obecnej sprawie.

Para nastolatków znalazła ludzkie szczątki w jednej z jaskiń nieopodal drogi prowadzącej do miasteczka. Niedawno biuro szeryfa otrzymało wstępny raport z oględzin, który tak naprawdę nic nie wyjaśnił, za to przyniósł jeszcze więcej pytań i wątpliwości. Troy niecierpliwie czekał na wynik dodatkowych testów, bo bardzo liczył na nowe informacje. Ciężko mu było uwierzyć, że ciało przez tyle lat leżało nieodkryte. Na domiar złego nikt nie miał pojęcia, kim mogła być ofiara.

Poza niedawną śmiercią żony i trudną sprawą, Troy powinien być zadowolony ze swojego losu. Wiódł spokojne życie, miał przyjaciół, a jego jedyna córka Megan wyszła za wspaniałego mężczyznę. Troy nie mógłby życzyć jej lepszego męża niż Craig, nawet gdyby sam go wybierał. Szeryf nie narzekał także na finanse. Miał stałe źródło dochodów, spłacony dom i samochód. Lubił swoją pracę, czuł się związany z miasteczkiem i jego mieszkańcami. A jednak... nie był szczęśliwy.

Przyczyną jego cierpień była Faith Beckwith.

Niedawno, całkiem zresztą niespodziewanie, odnowił kontakt ze szkolną miłością i zanim zrozumiał, co się dzieje, znów był w niej zakochany. Mieli już swoje lata, żadne z nich nie było impulsywne, doskonale wiedzieli, czego pragną i co robią. Związek zaczął rozwijać się bardzo obiecująco, ale tylko do czasu gwałtownej reakcji Megan i błędu Troya.

Gdy córka dowiedziała się, że niedługo po śmierci matki ojciec zaczął się z kimś spotykać, wpadła w furię. Troy rozumiał jej reakcję, bo rzeczywiście minęło ledwie kilka miesięcy od pogrzebu Sandy. Jednak żona chorowała od lat i w pewien sposób pożegnali się już na długo przed jej śmiercią. Dopóki żyła, był jej wierny. Niestety fakt, że zataił przed Megan związek z Faith, dodatkowo przyczynił się do całego zamieszania.

Kiedy pierwszy raz zjawił się w domu Faith w Seattle i pierwszy raz się całowali, Megan znalazła się w szpitalu. Poroniła. A kiedy ona i Craig najbardziej go potrzebowali, Troy miał wyłączony telefon, bo nie chciał, żeby ktokolwiek zakłócał mu chwile z Faith. Poczucie winy było druzgocące. Dziecko wiele znaczyło dla Megan, szczególnie że zaszła w ciążę niedługo po śmierci matki. Z perspektywy czasu Troy rozumiał, że źle postąpił, zrywając z Faith po poronieniu córki. Działał pod wpływem wyrzutów sumienia i nie wziął pod uwagę uczuć Faith. Jej szok i ból wciąż go prześladowały. Jednak w tamtej chwili był absolutnie przekonany, że musi poświęcić się córce, stawiając jej potrzeby na pierwszym miejscu. Nie oznaczało to, że przestał myśleć o Faith. Sytuacja okazała się jeszcze bardziej skomplikowana, ponieważ Faith, przed decyzją Troya o rozstaniu, sprzedała dom w Seattle i przeniosła się do Cedar Cove, żeby być bliżej syna Scotta oraz Troya. W rezultacie w małym miasteczku wciąż natykali się na siebie, co było dla szeryfa torturą, tym bardziej że Faith nie chciała mieć z nim nic wspólnego. Oczywiście nie mógł jej za to winić.

– Mam dla pana raport o zaginionych, szeryfie – oznajmił Cody Woodchase, przerywając zadumę Troya i kładąc teczkę na jego biurku.

– Dziękuję. Sprawdziłeś daty?

– Niestety, żadnych trafień. Jedyną większą sprawą było zaginięcie Daniela Shermana przed kilku laty.

Troy doskonale pamiętał, jak skończyła się ta historia. Jego kolega ze szkoły nagle porzucił rodzinę bez widocznej przyczyny. Po prostu znikł. Szeryf biedził się z dochodzeniem ponad rok. W końcu, kiedy odnaleziono ciało w lesie, okazało się, że Dan popełnił samobójstwo.

– Ta została rozwiązana – rzekł ponuro.

– Pamiętam. Mimo to wydrukowałem wszystkie raporty o zaginionych.

– Dziękuję. – Troy otworzył teczkę, gdy tylko Cody wyszedł.

Na szczęście w Cedar Cove rzadko zdarzały się poważne przestępstwa. Oczywiście bywały drobne kradzieże, pijani kierowcy, zakłócenia porządku publicznego czy przemoc w rodzinie. Czasem pojawiały się też tajemnice. Największą, która przychodziła na myśl, było pojawienie się i śmierć nieznanego mężczyzny w pensjonacie Thyme and Tide należącym do Beldonów. Ale ta sprawa, która w końcu okazała się morderstwem, również została rozwiązana. A teraz, tuż przed świętami, para nastolatków znalazła ludzkie szczątki.

Według patologa należały do młodego człowieka, nastolatka między czternastym a osiemnastym rokiem życia. Kości nie zdradzały jednak przyczyny śmierci. Brak było śladów morderczego ciosu, na przykład pogruchotanej czaszki. Co więcej, zgon nastąpił dwadzieścia pięć do trzydziestu lat temu. Taki szmat czasu!

Troy pracował już wtedy w biurze szeryfa i marzył, żeby się czymś wykazać. Sandy znów była w ciąży po dwóch poronieniach, wierząc, że tym razem im się uda. Gdyby zaginięcie nastolatka zostało zgłoszone w latach siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych, Troy był święcie przekonany, że zapamiętałby takie zdarzenie. Raporty przyniesione przez Cody’ego dowodziły, że miał rację. Nie było żadnych nierozwiązanych spraw dotyczących zaginięcia nastolatków. Żeby uzyskać absolutną pewność, Troy sprawdził jeszcze dodatkowo pięć lat wstecz i w przód. Zgłoszono zniknięcie dwunastu chłopców, przeważnie uciekinierów, ale wszyscy się odnaleźli. Wrócili sami dzięki pomocy przyjaciół lub przy współpracy władz.

Zapewne i ten młody człowiek miał rodziców, którzy czekali na jego powrót. Troy przymknął oczy, starając się przywołać w pamięci tamte czasy. W jego myślach przewijał się korowód twarzy i nazwisk. Gdzieś koło tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego piątego roku liceum z Cedar Cove zdobyło puchar w mistrzostwach baseballu. Robbie Jakiśtam był pierwszym bazowym, a Weaver, obecnie zastępca Troya, był miotaczem i gwiazdą drużyny. Troy uwielbiał chodzić na mecze, a Sandy, chociaż nie była fanką baseballu, towarzyszyła mu, dopingując z całego serca ulubioną drużynę.

Ależ za nią tęsknię, pomyślał z bólem Troy. Nawet pod koniec życia Sandy była radosną osobą. Brakowało mu jej optymizmu i skłonności do cieszenia się nawet z najmniejszych drobiazgów.

Teraz, kiedy minęło już trochę czasu, on i Megan mieli za sobą najtrudniejsze pierwsze rocznice. Pierwsze Święto Dziękczynienia bez Sandy. Pierwsze święta. Pierwsze urodziny, rocznicę ślubu i Dzień Matki... W takich chwilach najbardziej za nią tęsknili, a strata wydawała się nie do zniesienia. Wtedy najdotkliwiej czuli, że nic nigdy nie będzie już takie samo.

W zadumę Troya wdarły się czyjeś słowa.

– Przeszkadzam? – zapytał Louie Benson, stając w drzwiach.

– Witam, burmistrzu. – Szeryf wstał, żeby powitać niecodziennego gościa. – Wchodź. Miło cię widzieć.

– Wszystkiego dobrego z okazji Nowego Roku – powiedział Louie, siadając swobodnie na wprost biurka.

– Wzajemnie – zrewanżował się Troy. – W czym mogę pomóc?

Burmistrz był zajętym człowiekiem i nigdy nie tracił czasu. Troy już nie pamiętał, kiedy widzieli się po raz ostatni. Ponieważ pracowali w tym samym budynku, oczywiście wpadali na siebie od czasu do czasu, a także spotykali się przy różnych oficjalnych okazjach, ale rzadko mogli ze sobą towarzysko porozmawiać.

Louie spoważniał, nachylił się w stronę Troya, po czym oznajmił:

– Wpadłem tu, by omówić z tobą kilka spraw. Po pierwsze chciałem ci przypomnieć, że w listopadzie będę ponownie ubiegał się o stanowisko burmistrza i liczę na twoje poparcie.

– Masz je – zapewnił szczerze, choć zdziwił się przy tym, że Louie wspomina o tym tak wcześnie. W poprzednich kampaniach Troy popierał burmistrza i od tamtej pory nic się nie zmieniło, szczególnie że nie było poważnego kontrkandydata na ten urząd.

– Cenię twoje wsparcie – powiedział Louie. – Ty też możesz na mnie liczyć. – Zerknął na biurko. – Drugim powodem mojej wizyty jest... Troy, co możesz mi powiedzieć o niedawno znalezionych szczątkach?

– Kilka dni temu otrzymałem raport lekarza medycyny sądowej, a w ten weekend na moją prośbę Jack Griffin zamieścił artykuł w „Cedar Cove Chronicle”. Miałem nadzieję, że ktoś zgłosi się z informacjami, ale jak dotąd cisza. Niestety profil dentystyczny jest bezużyteczny, bo bez nazwiska nie mamy go z czym porównać. Na razie więc nie mam nic.

– Dopytuję się, ponieważ dzwoniła do mnie dziennikarka z Seattle – wyjaśnił Louie, nie kryjąc niezadowolenia. – Najwidoczniej historia Jacka nadmiernie poruszyła czyjąś wyobraźnię. Chce napisać artykuł o niezidentyfikowanym nieboszczyku. – Zmarszczył brwi. – Próbowałem odwieść ją od tego zamiaru, ale bez skutku, bo wciąż drąży temat. Dałem jej namiary na ciebie, więc możesz spodziewać się telefonu.

– Widocznie nie mają nic ciekawszego do opisania – podsumował Troy. – Dzięki za ostrzeżenie.

Od lat miał do czynienia z prasą i potrafił sobie radzić ze wścibskimi dziennikarzami. Tak naprawdę nie miał nic przeciwko nim, o ile nie pchali się tam, gdzie ich nie chciano, i nie wypisywali kłamstw.

– Boję się, że niepochlebny artykuł może zaszkodzić reputacji Cedar Cove. Chcemy przyciągać turystów, a nie straszyć ich niemądrymi historiami.

– Przynajmniej na razie nie jest to materiał na pierwszą stronę – próbował pocieszyć burmistrza.

– Właściwie jak dużo wiemy?

– Tyle, co opisał Jack. – Troy wzruszył ramionami. – Szczątki znalezione w jaskini należą do chłopaka między czternastym a osiemnastym rokiem życia. Musiał umrzeć około 1980 roku, plus minus kilka lat. Na kościach nie było żadnych wskazówek, w jaki sposób zmarł.

– Rzecz w tym, że Cedar Cove nie potrzebuje złej prasy. – Louie nie wydawał się zainteresowany szczegółami. – Nasz plan na ten rok zakłada zwiększenie ruchu turystycznego. Nie życzę sobie, żeby nasze miasteczko stało się centralnym punktem makabrycznej opowieści o niezidentyfikowanej ofierze i nierozwiązanej zagadce kryminalnej.

– Rozumiem – przytaknął Troy.

– Zrób wszystko, żeby jak najszybciej uporać się z tym. W żadnym razie nie chodzi mi jednak o to, żebyś zamiótł sprawę pod dywan, rozumiesz?

– Oczywiście.

– To dobrze. – Burmistrz skinął głową i potrząsnął dłonią szeryfa na pożegnanie. – Dopilnuj też, żeby nic sensacyjnego ani kłamliwego nie znalazło się w prasie, dobrze? Cedar Cove ma być doskonałym miejscem do wypoczynku, a nie sceną dziwacznych zbrodni.

– Pamiętasz może nazwisko tej reporterki?

– Żałuję, że nie mogę go zapomnieć. Kathleen Sadler.

– Nie martw się, usadzę ją – obiecał Troy.

– Dzięki – z uśmiechem odparł Louie. – Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć.

Po wyjściu burmistrza Troy wrócił do pracy. Telefon dzwonił jeszcze kilka razy, ale nie była to wprowadzająca burmistrza w popłoch dziennikarka. Troy miał nadzieję, że Kathleen Sadler nie zamierza zjawić się osobiście w Cedar Cove. Jaskinia wciąż była zagrodzona policyjną taśmą, ale dla reporterów raczej nie stanowiło to przeszkody nie do zdobycia.

Troy nie podał do publicznej wiadomości nazwisk pary nastolatków, która znalazła szczątki. Nie oznaczało to jednak, że Sadler nie dotrze do dzieciaków. Troy rozmawiał z nimi kilkakrotnie. Był pewien, że Philip Wilson, zwany Shawem, i Tannith Bliss powiedzieli wszystko, co wiedzieli. Nie było tego wiele. Rozmowa z nimi była prosta. Chociaż Tanni udawała, że sprawa jej nie obeszła, było widać, że jest wstrząśnięta, dlatego Troy jak najszybciej odwiózł ją do matki. Wrażliwa szesnastoletnia dziewczyna absolutnie nie potrzebowała powtórki z rozrywki i przepytywania przez namolną dziennikarkę z Seattle. Shaw był nieco starszy i lepiej sobie radził z sytuacją. Troy podziwiał jego przytomne odpowiedzi. Mimo to nie zaszkodzi ich ostrzec, uznał.

Kiedy zadzwonił telefon, był gotów stawić czoło agresywnej dziennikarce.

– Szeryf Davis – warknął do słuchawki.

– Oj, mam nadzieję, że nie przeszkodziłem w czymś ważnym – spłoszył się Cody Woodchase.

– Nie. Co się dzieje?

– Właśnie otrzymałem wezwanie z centrali. Było włamanie z wtargnięciem przy Rosewood Lane 204.

– U Faith? – zapytał Troy, zrywając się na równe nogi. Wiedział, że Faith dwa miesiące temu wynajęła dom pod tym adresem.

– Obiło mi się o uszy, że to pańska przyjaciółka – plątał się zastępca.

– Tak.

– I pomyślałem, że chciałby pan wiedzieć.

– Tak, Cody. Dziękuję.

Troy rzucił słuchawkę, chwycił kurtkę i kapelusz. Po minucie pędził w stronę domu Faith, by na własne oczy przekonać się, czy nic jej nie jest.

ROZDZIAŁ DRUGI

Kiedy tylko Faith Beckwith znalazła się przed swoim domem, zorientowała się, że coś jest nie w porządku. Zadrżała, ale nie z zimna, chociaż tego styczniowego dnia hulał wiatr i padał deszcz. Nie wahała się jednak długo. Otrząsnęła się i weszła... w sam środek totalnego chaosu.

Kuchenna podłoga zasłana była rozwleczonymi śmieciami z przewróconego kosza. Po kafelkach walały się skorupki od jajek i fusy od kawy, a z rozdartego kartonu sączył się sok pomarańczowy. Lepkie i brudne ślady butów prowadziły do salonu.

Faith bez namysłu sięgnęła po telefon. Z trudem powstrzymała się przed wybraniem numeru Troya. Zamiast tego zadzwoniła do syna, modląc się, żeby po pracy już wrócił do siebie. Odetchnęła z ulgą, kiedy odebrał po trzecim dzwonku.

– Scottie... ktoś włamał się do domu – powiedziała, czując, że miękną jej kolana.

– Mama? Co ty mówisz?!

– Ktoś się do mnie włamał – powtórzyła zdumiona, że udaje się jej nie krzyczeć, choć strasznie była rozdygotana.

– Jesteś pewna?

– W całej kuchni walają się śmieci!

– Mamo – powiedział Scott, siląc się na spokój. – Rozłącz się i natychmiast zawiadom policję. Potem do mnie oddzwoń.

– Co? A tak – mruknęła Faith, zaskoczona, że sama o tym nie pomyślała. Ale cóż, była kompletnie rozbita. Bałagan wywarł na niej większe wrażenie, niż mogłaby przypuszczać.

– Ale oddzwoń jak najszybciej, dobrze?

– Oczywiście. – Skończyła rozmowę i wybrała numer alarmowy.

– Jak mogę pomóc? – odezwała się dyspozytorka Centrum Służb Ratowniczych.

– Ktoś włamał się do mojego domu – wypaliła Faith. – Weszłam tylko do kuchni. Ktokolwiek to był, zrobił potworny bałagan.

– Jest pani pewna, że włamywacz opuścił dom?

– Nie... – Zamarła, kiedy uświadomiła sobie, co może jej grozić.

– Czy ma pani bezprzewodową słuchawkę? – zapytała dyspozytorka, przerywając Faith wymyślanie coraz bardziej koszmarnych scenariuszy.

– Tak...

– Więc proszę się nie rozłączać i wyjść z domu.

Faith zmusiła się do działania. Najciszej jak mogła wróciła do drzwi i wyszła na ulicę. Dopiero tu przyszło jej do głowy, że skoro wcześniej rozmawiała normalnym tonem, zachowywanie ciszy nie ma raczej znaczenia.

– Jestem na zewnątrz – zameldowała.

– To dobrze. Wysyłam do pani wóz patrolowy.

– Dziękuję.

– Weaver z biura szeryfa dotrze za trzy minuty – powiedziała uspokajającym tonem dyspozytorka.

– Jestem przyjaciółką szeryfa Troya Davisa. – Faith natychmiast pożałowała tych słów. Troy znikł z jej życia, lecz i tak był pierwszą osobą, o której pomyślała, gdy poczuła się zagrożona. – Byłam jego przyjaciółką – uściśliła, a w słuchawce rozległ się sygnał oznaczający, że ktoś próbuje się do niej dodzwonić. – To pewnie mój syn – powiedziała. – Prosił, żebym do niego oddzwoniła, jak tylko... zgłoszę przestępstwo.

– Za chwilę będzie mogła pani się z nim skontaktować. Patrol jest w drodze.

Faith odetchnęła z ulgą, kiedy dostrzegła migające światła wozu szeryfa.

– Przyjechał! – oznajmiła, a jej telefon znów zapiszczał, dając znać, że ktoś ponownie próbuje się do niej dodzwonić. – Powinnam odebrać, bo inaczej Scottie uzna, że coś mi się stało. – Podziękowała dyspozytorce, rozłączyła się i odebrała kolejne połączenie.

– Mamo, nic ci nie jest?

– Patrol już jest na miejscu.

– Dobrze, ja też już jadę. – Scott odłożył słuchawkę.

Niestety mieszkał jakieś piętnaście minut drogi od jej domu, ale to nie miało aż tak wielkiego znaczenia. Po prostu kiedy się dowiedziała, że syn niedługo do niej dotrze, nastąpiła w niej totalna demobilizacja. Siły ją opuściły, Faith wystraszyła się nawet, że zaraz zemdleje.

Weaver zaparkował przed domem, zamienił z nią parę słów i wszedł do środka z wyciągniętą bronią. Faith stała na podjeździe przed garażem, zaciskając dłonie na torebce. Nie minęła minuta, choć jej wydawało się, że upłynęły wieki, kiedy zastępca szeryfa wrócił.

– Nikogo nie ma w środku – oznajmił, chowając broń.

Faith skinęła głową i zamierzała wejść do domu, ale Weaver ją powstrzymał, kładąc dłoń na ramieniu, po czym spytał:

– Czy ma pani rodzinę w okolicy?

– Mój syn Scott już jedzie.

– W takim razie proponuję, żeby zaczekała pani na niego i dopiero razem z nim weszła do środka.

– Dlaczego? Przecież powiedział pan, że nikogo tam nie ma.

– To prawda, nie sądzę jednak, żeby chciała pani oglądać to sama – odparł po krótkim wahaniu. – Może ja będę pani towarzyszył?

– Szkody są aż tak duże? – Faith nie kryła niepokoju.

– Będzie musiała pani ocenić to sama. Czy przychodzi pani na myśl ktoś, kto może chować jakąś urazę?

– Nie, skądże. – To pytanie wyraźnie ją zaskoczyło, a nawet zszokowało. – Mieszkam tu krótko, a to wynajęty dom. Tymczasowe lokum, zanim znajdę coś docelowego. Nie chciałam w tym czasie zawadzać synowi... – paplała, a Weaver tylko kiwał głową. – Dlaczego ktoś miałby zrobić coś takiego?

– Przykro mi to mówić, ale wygląda na sprawę osobistą.

– Osobistą? Mój Boże, to niemożliwe! Przed laty mieszkałam w Cedar Cove, ale obecnie nie znam tu zbyt wielu ludzi. Pracuję w klinice i... – Faith urwała w pół słowa, widząc zbliżający się samochód Troya.

Kiedy szeryf stanął za wozem Weavera i wysiadł, z trudem zapanowała nad odruchem, żeby rzucić mu się w ramiona.

Troy przyjrzał się jej z niepokojem, a Faith poczuła, że się zaraz rozsypie. Ostatni raz widziała go przed Gwiazdką i przez cały czas walczyła ze wspomnieniami. Był pierwszą osobą, o której pomyślała, gdy znalazła się w kryzysowej sytuacji.

Weaver podszedł do szeryfa i zdał mu krótki raport, a potem udał się do sąsiadów, by zdobyć zeznania.

Troy spojrzał na Faith i spytał:

– Nic ci nie jest?

– Ja... jeszcze nie wiem – odparła łamiącym się głosem i spuściła oczy, by nie zdradzić, jak bardzo się cieszy na jego widok.

– Zawiadomiłaś Scotta?

– Najpierw zadzwoniłam do niego, a on kazał skontaktować się z policją. Już tu jedzie.

– To dobrze.

– Ale nie dotrze wcześniej niż za jakieś dziesięć minut.

– Wolisz zaczekać na niego czy wejść ze mną, żeby ocenić szkody?

– A poszedłbyś ze mną? – zapytała szeptem, bojąc się nawet myśleć, co zastanie w domu. – Sądząc po reakcji Weavera, musi być straszny bałagan...

Troy ujął ją pod ramię, ale odsunął się, jakby dotyk sprawiał mu ból.

Faith sięgnęła po szczotkę, starając się ukryć rozczarowanie.

– Może najpierw obejrzyjmy szkody, zanim zaczniesz sprzątać.

– Ach tak, oczywiście. – Weszła za nim do salonu i aż krzyknęła.

Bo też pokój wyglądał, jakby przeszło przez niego tornado. Meble zostały spiętrzone na środku pomieszczenia i spryskane żółtą farbą. Jednak najgorsze było to, co zrobiono rodzinnym fotografiom ustawionym na gzymsie nad kominkiem. Faith zakryła usta dłońmi.

– To musi być sprawa osobista – mruknął Troy, biorąc do ręki zdjęcie Scotta, jego żony i dzieci. Na każdej twarzy wymalowano wielki czerwony X. Wizerunki Jay Lynn i jej rodziny zostały potraktowane podobnie. Jednak to fotografia zmarłego męża Faith była najbardziej pomazana.

– Kto mógł zrobić coś takiego? – krzyknęła wstrząśnięta Faith.

– Pokłóciłaś się z kimś ostatnio?

– Nie... – Pamiętała, że o to samo pytał ją Weaver.

– Zastanów się, Faith – nalegał Troy. – Sprawca, choć może to być cała grupa, w każdym razie ten, kto to zrobił, próbuje cię zranić.

– Z dobrym skutkiem – skomentowała gorzko.

– Przykro mi, że spotkało cię coś takiego – powiedział Troy, a w jego głosie zabrzmiała czułość. Wyglądał, jakby miał ochotę wziąć Faith w ramiona.

Rozdygotana i wystraszona z radością przytuliłaby się do niego. Potrzebowała pocieszenia, a przy nim poczułaby się bezpieczniej.

Jednak Troy w porę przypomniał sobie, że nie są już parą. Opuścił ramiona i cofnął się o krok.

– A co z sypialnią? – zapytała, starając się nie okazywać słabości.

– Myślisz, że dasz radę?

– Prędzej czy później będę musiała się z tym zmierzyć.

– Racja.

Żeby przedrzeć się przez przedpokój, musieli stąpać między szufladami i ich zawartością wyrzuconą na podłogę. Wszystkie książki, lampy i ubrania Faith zostały zgromadzone w przejściu, ale dopiero chaos w sypialni przyprawił ją o łzy. Nie mogła na to patrzeć. Szlochając, uciekła z pokoju.

– Czy twoim zdaniem cokolwiek zostało zabrane? – zapytał Troy.

– Nie... nie umiem powiedzieć. – Odetchnęła głęboko.

– Czy znikło coś ważnego? – ponownie zapytał Troy, a Faith tylko pokręciła głową. – Po pierwsze, musisz założyć nowy zamek. Najlepiej taki z solidnym ryglem – dodał, przyglądając się drzwiom. – Zastanów się też nad systemem alarmowym.

– Dobrze. – Kiedy spojrzała na fotografie, wystraszyła się jeszcze bardziej. – A moi bliscy? Są bezpieczni?

– Wydaje się, że chodziło tylko o zastraszenie – odparł z wahaniem Troy.

– Ale po co?

– Żałuję, ale naprawdę nie wiem. Przysięgam, że znajdę drania, który to zrobił.

To wiele znaczyło, ale teraz Faith martwiła się przede wszystkim o rodzinę.

– Dlaczego ktoś poprzekreślał ich twarze? Nie będę mogła spać po nocach, jeśli istnieje cień podejrzenia, że coś może grozić moim wnukom... Jeśli to moja wina... Czym sobie na to zasłużyłam? – spytała łamiącym się głosem.

Troy położył jej dłonie na ramionach i spojrzał głęboko w oczy. Tylko dzięki jego niosącemu otuchę dotykowi nie zemdlała.

– Posłuchaj, Faith – powiedział nieco sztucznym, oficjalnym tonem. – Wszystko będzie dobrze. Zarządzę patrol w twojej okolicy i koło domu Scotta. Nie chcę, żebyś się zamartwiała.

– Dzięki, Troy.

– Mamo? – Głos Scotta dobiegał z frontowego ganku.

– Tu jesteśmy! – odkrzyknął Troy, ponieważ Faith się nie odezwała.

Scott wpadł do domu i zatrzymał się gwałtownie. W kompletnym milczeniu przyglądał się zniszczeniom. Kiedy oprzytomniał, poprosił szeryfa o wyjaśnienia.

Faith przytuliła się do syna. Kochała swoje dzieci, a one odwzajemniały jej uczucia, ale za nic nie chciała sprawiać im kłopotów, być dla nich ciężarem. Była niezależna i zamierzała taką pozostać. Po śmierci Carla przywykła do wdowiego, samotnego życia w Seattle. Niedawno sprzedała za duży dla niej dom i wróciła do Cedar Cove, ale wciąż ze wszystkim radziła sobie sama, nie zamierzając nadużywać uczynności i ofiarności dzieci. Dotąd radziła sobie dobrze, ale włamywacz zniszczył coś więcej niż meble i pamiątki. Zburzył jej spokój i pewność siebie.

– Mój zastępca rozmawia z sąsiadami. Sprawdzę, czy ma jakieś informacje – oznajmił Troy.

– Intruz wszedł frontowymi drzwiami? – dopytywał się Scott.

– Na to wygląda.

– W środku dnia? – Nie mógł uwierzyć w aż taką bezczelność.

– Sąsiadów mogło nie być – przyznała cicho Faith. – Vesseyowie spędzają zimę w Arizonie, a reszta jest w pracy albo w szkole.

– Dasz sobie radę? – zapytał Troy, ociągając się z wyjściem.

Odkąd pojawił się Scott, a on wypełnił swoje obowiązki, nie miał powodu zostawać. Faith zebrała się w sobie i posłała mu słaby uśmiech.

– Nic mi nie będzie. Dziękuję, Troy. To, że przyjechałeś, wiele dla mnie znaczy.

Szeryf dotknął ronda kapelusza, skinął głową Scottowi, odwrócił się i wyszedł bez słowa.

ROZDZIAŁ TRZECI

Olivia Griffin dokończyła zupę i wstawiła pustą miseczkę do zlewu. Uwielbiała domowy krem z pomidorów, a matka pilnowała, żeby nie zabrakło jej tego przysmaku. Jack także będzie zadowolony, że zjadła porządny lunch. Wszyscy obawiali się efektów ubocznych pierwszej chemioterapii, którą przyjęła w ubiegłym tygodniu.

Patrzyła wtedy na świat bardzo pesymistycznie. Kiedy kilka miesięcy temu wykryto u niej raka piersi, sądziła, że pozostało jej niewiele życia. Diagnoza była dla niej szokiem, jako że zawsze o siebie dbała, dużo ćwiczyła, dobrze się odżywiała i przyjmowała wszelkie zalecane witaminy.

Przekonanie się na własnej skórze, że życie nie jest sprawiedliwe, było dla niej ważną lekcją. Powinnam to dawno wiedzieć, biorąc pod uwagę utratę dziecka i rozpad pierwszego małżeństwa, pomyślała Olivia. Mimo to naiwnie wierzyłam, że mogę mieć kontrolę nad własnym ciałem i zdrowiem, o ile będę trzymała się pewnych zasad. Właśnie utrata kontroli była dla niej najtrudniejsza do zaakceptowania. Od śmierci Jordana zmieniła się i nabrała zwyczaju skrupulatnego zarządzania swoim najbliższym otoczeniem.

Na razie Olivia, która była sędzią, miała przerwę w pracy i skupiała się na odzyskaniu formy zarówno w sensie fizycznym, jak i psychicznym. Czekały ją trzy miesiące intensywnego leczenia. Wiedziała, że niektórzy pracują zawodowo podczas chemioterapii, ale znajomi i bliscy namawiali ją na wypoczynek.

Z zamyślenia wyrwało ją trzaśnięcie samochodowych drzwi. Przypuszczała, że gościem jest jej matka. Wyjrzała przez kuchenne okno i upewniła się, że miała rację. Zdziwiła się tylko, że Charlotte przyjechała sama. Kilka lat temu wyszła za Bena i od tamtej pory byli praktycznie nierozłączni. Odkąd wrócili z rejsu po Karaibach w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia, matka odwiedzała ją codziennie.

– Liczyłam, że złapię cię przed drzemką – oznajmiła Charlotte z uśmiechem, a gdy już postawiła na kuchennym blacie ciężki koszyk, pozbyła się płaszcza.

– Mamo, wyrosłam z popołudniowych drzemek, kiedy skończyłam cztery latka – prychnęła Olivia.

– Wiem, kochanie, ale teraz musisz dużo odpoczywać.

– Dziś spałam długo.

Normalnie Olivia wstawała około szóstej, a od ósmej trzydzieści była już w sądzie. Teraz nie musiała rano zrywać się na dźwięk budzika.

– Jak długo? – dopytywała się Charlotte, wyjmując z kosza puszkę ciasteczek oraz blachę ulubionego pomarańczowego ciasta Jacka.

– Prawie do ósmej.

– Ojej, ależ z ciebie śpioch – zażartowała matka.

– Dla mnie to naprawdę późno – z uśmiechem odparła Olivia. – Było bosko.

– Jack cię nie budził i sam wyszykował się do pracy?

Tak naprawdę mąż obudził ją w bardzo romantyczny sposób, przynosząc filiżankę świeżo parzonej kawy. Potem długo całował, zanim wyszedł do redakcji. Wspomnienie pocałunków, które obudziły ją ze snu, napełniło Olivię poczuciem szczęścia.

– Masz ochotę na herbatę? – zapytała matkę, zmieniając temat.

– Zaraz zaparzę.

– Nie jestem inwalidką – zaprotestowała Olivia, chociaż wiedziała, że sprzeciw nie ma sensu.

Westchnęła, odsunęła krzesło i usiadła, obserwując krzątającą się po kuchni Charlotte. Teraz częściej pozwalała matce i jej mężowi dbać o siebie. Nie mogli zrobić wiele więcej, a to dawało im poczucie, że są potrzebni.

– A gdzie Ben?

– Odpoczywa w domu – odparła matka. – Trochę źle się czuje.

– Zrobiłaś mu rosół?

Było to ulubione remedium matki na wszelkie dolegliwości.

– Oczywiście, i wlałam do termosu. – Postawiła na stole filiżanki i cukiernicę. – Ben był zmęczony rejsem, a dodatkowo ta historia z dzieckiem Davida wytrąciła go z równowagi.

W samą Wigilię do Cedar Cove przyjechała młoda kobieta w ciąży, szukając Davida Rhodesa, najmłodszego syna Bena. Okazało się, że David, ojciec jej dziecka, nakarmił ją stekiem bzdur. Pomijając te większe, że ją kocha i pragnie potomka, powiedział też, że spędza święta z Charlotte i Benem. A przecież dobrze wiedział, że wybierają się na wycieczkę. Pewnie założył, że Mary Jo nie będzie go szukała. Nie spodziewał się, że przyjedzie do Cedar Cove i tu urodzi córeczkę.

– Ben skontaktował się z Davidem? – zapytała Olivia, bo mówiono jej, że nikt nie powiadomił go o narodzinach dziecka.

Charlotte skinęła głową i zdjęła czajnik z gazu. Wsypała herbatę, napełniła imbryczek wrzątkiem i założyła na niego specjalny ocieplający kapturek.

– To nie była miła rozmowa. Ben jest rozczarowany zachowaniem syna. Nie po raz pierwszy zresztą... – Charlotte westchnęła. – David próbował nawet zaprzeczać, że zna Mary Jo.

A to łobuz, pomyślała Olivia. Próba uniknięcia odpowiedzialności była dla niego typowa. Poznała Davida, kiedy próbował wyłudzić od jej matki kilka tysięcy dolarów. Na szczęście Justine, córka Olivii, pokrzyżowała mu szyki.

– Pokłócili się – dodała Charlotte po chwili wymownego milczenia. – Ben niewiele mi powiedział, ale przecież wiem, jak musi się czuć.

– Przynajmniej z tego całego zamieszania wynikła jedna dobra rzecz. Ben zyskał cudowną wnuczkę – pocieszyła ją Olivia.

– Och tak. Jest zachwycony Noelle. Zmienił już nawet swój testament.

– Jak sobie radzi Mary Jo?

– Wszystko u niej w porządku.

– To dobrze.

– A jej bracia mają kompletnego bzika na punkcie siostrzenicy.

Wspomnienie wigilijnej nocy i trzech braci Wyse’ów, którzy zjechali na farmę Cliffa i Grace w poszukiwaniu siostry, wywołało uśmiech na ustach Olivii. Przepłynęli Zatokę Pugeta i przejechali przez Cedar Cove akurat na czas, żeby powitać na świecie siostrzenicę.

– Wczoraj wspomniała, że Mack McAfee ją odwiedził – dodała.

– Zaniosło go aż do Seattle? – zapytała Olivia, pamiętając, że młody strażak odbierał tamtej nocy swój pierwszy poród.

Był bardzo podekscytowany tym niecodziennym wydarzeniem. Jego twarz lśniła takim szczęściem i radością, jakby to on był ojcem dziecka.

– Owszem. I przywiózł małej kolejnego pluszaka. – Charlotte nalała herbaty do filiżanek, z rozbawieniem kręcąc głową. – Dzięki Mackowi i wujkom Noelle ma tyle zabawek, że starczy jej na całe dzieciństwo! A słyszałaś już o włamaniu do Faith Beckwith? – zapytała, częstując córkę owsianym ciasteczkiem z rodzynkami.

– Poważnie? Grace już wie?

Dom, w którym zamieszkała Faith, należał do przyjaciółki Olivii, która wciąż nie zdecydowała, czy woli go sprzedać, czy nadal wynajmować. Pierwsi najemcy, Ian i Cecilia Randallowie, ledwie zdążyli się zadomowić, a już musieli się wyprowadzić z powodu nowego przydziału Iana, który służył w wojsku. Kolejni lokatorzy celowo zalegali z czynszem i sprowadzali szemrane towarzystwo, pozwalając, żeby dom stopniowo popadał w ruinę. Oszuści dobrze wiedzieli, jak działać na granicy prawa. Tamto doświadczenie było surową nauczką dla Grace. Na szczęście dzięki sprytnemu posunięciu Jacka i Cliffa, męża Grace, udało się pozbyć niechcianych mieszkańców. Wizyta gangu motocyklistów sprawiła, że błyskawicznie się wyprowadzili.

– Ojej... – zmartwiła się Charlotte. – Zapomniałam, że Grace prosiła, by ci o tym nie mówić.

– Dlaczego?

– Żeby cię nie martwić.

– Potem się z nią rozmówię, ale teraz opowiedz mi o Faith – zażądała Olivia, która coraz bardziej nerwowo reagowała, gdy najbliżsi zachowywali się tak, jakby miała zemdleć z powodu byle kłopotu.

– Och, już czuje się lepiej – odparła matka, unosząc filiżankę do ust. – Gdy tylko usłyszałam o włamaniu, pobiegłam pomóc jej sprzątać. Grace i Cliff także, a potem jeszcze Corrie, Peggy i wiele innych osób. W domu panował straszny bałagan – z wyraźnym niesmakiem dodała Charlotte.

– Jak Faith to zniosła?

– Znasz ją, jest silna, jednak ta historia porządnie nią wstrząsnęła. Dzięki Bogu przestępcy już nie było, kiedy wróciła do domu.

– Coś zginęło? – zapytała Olivia współczująco, domyślając się, jak koszmarnym przeżyciem musiał być dla Faith taki akt wandalizmu.

– Kiedy z nią rozmawiałam, nie miała jeszcze pewności, a było tyle sprzątania, że wcale się nie dziwię. Musi wszystko przejrzeć, by określić straty.

– Kto jeszcze pomagał? – zapytała, wiedząc, że w Cedar Cove ludzie nie tylko byli sąsiadami, ale też przyjaźnili się i zawsze można było na nich liczyć.

– Przyjechali jej syn z żoną oraz Megan Bloomquist.

– Córka Troya?

– Tak. Megan i Faith ostatnio się zaprzyjaźniły.

– A co u szeryfa i Faith? – dopytywała się zaskoczona tą nowiną Olivia.

Charlotte w zamyśleniu odstawiła filiżankę na spodeczek, po czym powiedziała:

– To delikatny temat. Podobno postanowili już się nie spotykać.

– Naprawdę? Dlaczego?

Olivia pamiętała, że Troy i Faith w latach szkolnych byli parą, a gdy ponownie zeszli się po latach, bardzo się ucieszyła. Smutne, że ta historia jednak nie znalazła szczęśliwego zakończenia, pomyślała. Wiedziała jednak doskonale, że nie każda miłość może trwać wiecznie.

Przez chwilę milczały.

– Kiedy byłam u Faith, przyszedł też ślusarz – powiedziała wreszcie Charlotte. – Troy zasugerował założenie rygla, więc Grace od razu tym się zajęła.

– To dobrze.

– Zamontowała porządne zamki nie tylko na frontowe drzwi, ale również na kuchenne i do garażu – uzupełniła Charlotte z uśmiechem. – Lloyd twierdzi, że żaden złodziej ich nie sforsuje.

Lloyd Copeland od dwudziestu lat był miejscowym ślusarzem i jeśli uważał, że dom jest zabezpieczony, to tak było. Jedyna droga dla włamywaczy prowadziła teraz przez okna, ale Grace już dawno wstawiła antywłamaniowe szyby na parterze.

– Doskonale. Faith poczuje się bezpieczniej.

– O to chodziło. – Charlotte wstała, zabrała filiżanki i wstawiła je do zlewu. – Czy mogę coś jeszcze dla ciebie zrobić?

– Dziękuję, mamo, nie trzeba.

– Twój brat się odzywał?

– Dzwonił rano. – Widziała, jak Charlotte z dezaprobatą zmarszczyła brwi. Jej zdaniem Will powinien częściej odwiedzać siostrę. – Mamo, on jest zajęty. Stara się postawić na nogi galerię i przerabia mieszkanie.

– To żadne usprawiedliwienie. Ale widzieliście się w święta?

– Oczywiście.

Przygnębiony Will odwiedził ją w pierwszy dzień świąt, wracając od Shirley Bliss. Postanowił złożyć jej wizytę i srodze się zawiódł, bo tylko pocałował klamkę. Brat Olivii cierpiał na przerost ego i jakoś nie przyszło mu do głowy, że jedna z artystek, z którymi współpracował, wdowa i matka dwójki dzieci, może mieć coś innego do roboty, niż siedzieć w domu i marzyć o nim. Jednak Olivia miała cichą nadzieję, że może to doświadczenie wreszcie czegoś go nauczy.

– Nie zapomnij o cieście pomarańczowym – powiedziała Charlotte.

– To byłoby niemożliwe. – Uśmiechnęła się, wiedząc, że Jack nie przestanie mówić o swoim przysmaku. – Próbujesz mnie podtuczyć?

– Jutro przyniosę ci lasagne.

– Mamo, jak tak dalej pójdzie, przestanę się mieścić w swoje ubrania – zażartowała, choć raczej jej to nie groziło, bo tuż przed świętami złapała paskudną infekcję i straciła sporo na wadze.

– Pozwól mi cię psuć jeszcze trochę. Dobrze, kochanie? – Uśmiechnęła się ciepło.

– Jasne, mamo – przytaknęła pogodnie.

Charlotte włożyła płaszcz, sięgnęła po torebkę i pusty koszyk.

– Jadę do Bess – oznajmiła, wymieniając imię jednej ze swoich licznych przyjaciółek. – Zadzwoń, jeśli będziesz czegoś potrzebowała.

– Oczywiście.

– I nie pozwól Jackowi pożreć całego ciasta, słyszysz?

– Postaram się, mamo.

Charlotte pomachała jej na pożegnanie i wyszła. Olivia pomyślała z podziwem, że kiedy osiągnie jej wiek, chciałaby mieć tyle energii, uroku i optymizmu, co jej cudowna matka.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Christie Levitt stała nad umywalką, szczotkując zęby, kiedy ktoś zaczął dobijać się do drzwi. Metodycznie wypłukała usta, odłożyła szczotkę i pastę, a potem opłukała twarz chłodną wodą. Nie miała pojęcia, kto mógłby ją odwiedzić o tak wczesnej porze.

– Chwileczkę! – krzyknęła i skrzywiła się. Głowa bolała ją coraz bardziej. Nieproszony gość był jednak uparty. Marszcząc brwi, włożyła szlafrok i ruszyła do drzwi. – Kto tam? – zapytała, usiłując zignorować narastającą migrenę.

Ból pulsował nieznośnie, a pod powiekami miała piasek. Potrzebowała gorącej, mocnej kawy, i to natychmiast. Kiedy się obudziła, w ustach miała kłąb waty, dlatego najpierw umyła zęby, ale kawa powinna być następnym posunięciem.

Gdy tylko otworzyła drzwi, do środka wtargnęła jej siostra. Ostatnio Christie celowo unikała Teri, która była w piątym miesiącu ciąży i spodziewała się trojaczków. Nie odpowiadała na jej telefony, podarła wsuniętą pod drzwi karteczkę, nawet jej nie czytając. Wiedziała, o co chodzi. A także wiedziała doskonale, że Teri za żadne skarby świata nie da się spławić, przecież dowód miała przed oczami.

– Czego chcesz? – burknęła.

– Wyglądasz jak siedem nieszczęść – oznajmiła z przyganą Teri.

– Nie owijasz w bawełnę – skomentowała zrzędliwie Christie i poszła zaparzyć kawę.

– Nigdy tego nie robiłam i nie zamierzam teraz. – Teri poszła za nią i nie czekając na zaproszenie, usiadła przy kuchennym stole. – Nastaw mi wodę na herbatę, jeśli możesz. – Ułożyła ręce na zaokrąglonym brzuchu i oparła stopy o sąsiednie krzesło, jakby miała zamiar zostać dłużej.

Po prostu cudownie, pomyślała Christie. Nie dość, że dręczył ją koszmarny ból głowy, to teraz jeszcze i Teri. W ramach protestu zaparzyła najpierw kawę dla siebie, a dopiero potem wstawiła kubek wody do mikrofalówki.

– Co tu robisz? – spytała, wciskając z wściekłością guzik.

Domyślała się, że chodzi o Jamesa Wilbura, byłego szofera Bobby’ego i Teri. Już sama myśl o nim powodowała ból. Łajdak. Drań! Jeszcze niedawno Christie była pewna, że się zakochała, ale tak serio, na amen. Wcześniej też zdarzało jej się w kimś durzyć, ale nigdy mądrze. Była mężatką, potem się rozwiodła i spotykała z wieloma facetami, którzy przysięgali, że ją kochają, a ona im głupio wierzyła. Z Jamesem było inaczej. Już myślała, że to jest to, a jednak zrobił to samo, co każdy, czyli rzucił ją. Zostawił tajemniczą wiadomość i znikł, łamiąc Christie serce.

Już nigdy więcej, pomyślała zajadle. Skończyłam z facetami. Mam dość. Tym razem nie żartowała. Miłość za bardzo bolała.

– Twój samochód stoi przed Pink Poodle – oznajmiła Teri, przyglądając się jej uważnie.

– Co z tego?

– Znów piłaś.

– Wielkie rzeczy! Spotkałam się z przyjaciółmi.

Nie było nic złego w umówieniu się na piwo z kolegami po pracy. Kilka godzin w klubie pozwalało Christie zapomnieć o monotonii i samotności, tym bardziej że planem B był powrót do pustego domu i gapienie się w telewizor.

– To mają być przyjaciele?

– Daruj sobie morały. Nie mam na to ochoty.

Teri spuściła głowę i westchnęła. Ta rozmowa przypominała jej dawne, nie najlepsze lata. A przecież ich stosunki poprawiły się w dużej mierze dzięki Jamesowi i Bobby’emu Polgarowi, mężowi Teri i zarazem słynnemu szachiście.

Christie uświadomiła sobie, że siostrze jest przykro, i od razu straciła zapał do kłótni. Teri zachowywała się tak dziwnie, że aż się zaniepokoiła.

– Co się stało? – zapytała, rozważając w myślach różne scenariusze: komplikacje ciąży, kłopoty z Bobbym albo z ich młodszym bratem Johnnym...

– Chodzi o ciążę – wyznała Teri, przymykając oczy. – Czasem robi mi się słabo i kręci w głowie. Nic mi nie jest, ale noszenie trójki dzieci ma swoją cenę.

– A dokładniej?

– Lekarz mówi, że mam nieustabilizowane ciśnienie i powinnam więcej wypoczywać, a dzisiaj maluchy dają mi się we znaki. Ale nie ma czym się martwić.

Mimo zapewnień siostry, Christie poczuła niepokój. Dopadły ją wyrzuty sumienia. Nie powinna ignorować prób kontaktu. Nie chciało jej się odebrać telefonu, więc Teri, wbrew zaleceniom lekarza, pofatygowała się do niej osobiście.

Ekspres zagulgotał, dając znak, że kawa się zaparzyła. Christie wzięła kubek i nalała sobie do pełna, potem wyjęła wodę dla Teri z mikrofalówki, wrzuciła torebkę ziołowej herbatki i zaniosła oba kubki na stół. Usiadła na wprost siostry.

– No dobrze, teraz mów – zarządziła, upijając pierwszy łyk.

– To twoja wina – szepnęła Teri drżącym głosem.

– A co ja takiego znów zrobiłam? – jęknęła Christie i na widok miny siostry aż zamrugała ze zdumienia.

Zazwyczaj to ona łatwiej ulegała emocjom, natomiast Teri była silną kobietą, lecz teraz wyglądała tak, jakby miała zamiar się rozpłakać. To dodatkowo wytrąciło Christie z równowagi.

– Myślisz tylko o sobie. Zupełnie nie wzięłaś pod uwagę uczuć moich i Bobby’ego – chlipnęła Teri, wyjęła chusteczkę i otarła oczy.

– Nie rozumiem.

– My też tęsknimy za Jamesem. Bobby zupełnie nie może sobie znaleźć miejsca. Nie tylko ty cierpisz!

Siostra miała rację. Christie nie zastanowiła się, jak siostra i szwagier czuli się po zniknięciu Jamesa. Był najbliższym, a tak naprawdę jedynym przyjacielem Bobby’ego, jego kierowcą i powiernikiem.

Niestety pewien dziennikarz odkrył, że James jako dziecko był uważany za geniusza szachowego. Upublicznił informację, że przeszedł załamanie nerwowe i wylądował w psychiatryku, a później nie wrócił już do świata szachów. Kiedy artykuł pojawił się w prasie, James spanikował i uciekł.

Opuścił nie tylko ją, ale również Bobby’ego i Teri, jednak załamana Christie nawet nie próbowała ich w żaden sposób pocieszyć.

Tak bardzo starała się w nim nie zakochać. Odtrącała go raz po raz, lecz James nie zrezygnował. Nie przypominał żadnego ze znanych jej mężczyzn. Nie próbował zaciągnąć jej do łóżka, chociaż pewnie nie odmówiłaby, gdyby poprosił. Zamiast tego krok po kroku przełamywał jej opór. Był cierpliwy, niewymagający i dobry. Żadna kobieta nie oparłaby się jego czułym namowom. Christie także się to nie udało.

Tuż przed jego zniknięciem zwierzyła mu się ze swojej przeszłości. Wyznała, z iloma mężczyznami była, opowiedziała o nieudanym małżeństwie pełnym alkoholu i przemocy. Nic nie zataiła. Uznała, że jeśli James ją kocha i chce z nią być, powinien znać o niej całą prawdę. Wiedziała, że wstydliwe sekrety lubią powracać w najmniej sprzyjającym momencie.

James wysłuchał jej w milczeniu, przytulił i pocałował, sam jednak nie zdradził swojej przeszłości. Christie mu zaufała, choć przysięgała, że nigdy już nie obdarzy zaufaniem żadnego mężczyzny. Zaczęła sobie nawet wyobrażać ich ślub i dzieci... Dlatego tak bardzo zabolało, kiedy zrozumiała, że on nie kochał jej na tyle, by jej zaufać. Christie nie pozostało nic innego, jak skreślić Jamesa ze swojego życia. Dla niej był to koniec tej znajomości.

– Nie przyszłaś w święta – poskarżyła się Teri.

– Przecież wiesz, że byłam wolontariuszką – przypomniała cicho Christie, chociaż już wcześniej podjęła decyzję, że nie spędzi świąt z Bobbym i Teri.

– Wolontariuszką? – powtórzyła zdumiona Teri.

– Mówiłam ci, że będę wydawać posiłki w schronisku dla bezdomnych w Tacomie.

– Rzeczywiście...

– Rozwoziłam też paczki biednym rodzinom, ale jeszcze przed świętami.

– Wybacz, ale całkiem zapomniałam, że postanowiłaś zająć się dobroczynnością. Uznałam, że bawisz się w tej swojej knajpie, zamiast być ze mną i Bobbym.

– No coś ty! – Wprawdzie Christie o tym nie mówiła, ale była zbyt roztrzęsiona, żeby spędzić święta w miejscu, z którym łączyło się tyle wspomnień o Jamesie. Nie zniosłaby przesyconej miłością atmosfery domu Polgarów. Zbyt cierpiała, żeby na to spokojnie patrzeć. Teraz czuła się już lepiej i była silniejsza.

– Ale dlaczego nie odbierałaś moich telefonów? Piłaś?

– Kilka piw. Bez obaw, siostrzyczko, nie zachlewałam się na umór. – Jednak wczoraj wypiła wystarczająco, żeby dziś mieć zabójczego kaca. Pewnie dlatego alkohol

tak ją rozebrał, bo ostatnio ograniczyła picie i wyszła z wprawy.

– Ale samochodem jednak nie wróciłaś – zauważyła Teri.

– Nie chciał zapalić – mruknęła ze złością.

Kilka miesięcy wcześniej James naprawił jej auto, ale była to tylko prowizorka, co jasno oznajmił. Grat nadawał się tylko do kasacji, nic już nie mogło go uratować.

– To jak wróciłaś?

– Ktoś mnie podwiózł. – Gdy spojrzenie Teri mimowolnie zbłądziło ku sypialni, dodała: – Nikt tu nie nocował, jeśli się nad tym zastanawiasz.

– Nie byłby to pierwszy raz – mruknęła Teri.

Christie nie zaprotestowała. Jeśli chodziło o mężczyzn, dokonywała fatalnych wyborów. Życiowi nieudacznicy lgnęli do niej jak pszczoły do miodu. Zresztą Teri także nie miała szczęścia w miłości aż do czasu, gdy poznała Bobby’ego. Christie bardzo jej tego zazdrościła.

– Cieszę się, że nie byłaś sama w święta – powiedziała z uśmiechem Teri i upiła łyk ziołowej herbaty.

– Ja też. To mi pomogło, wiesz? Zamiast siedzieć w domu i użalać się nad sobą, zaczęłam pomagać potrzebującym.

– Mimo to mogłaś nas odwiedzić. Była mama i Johnny. Szkoda, że ciebie zabrakło.

Po zastanowieniu Christie uznała, że rzeczywiście nie zaszkodziłoby, gdyby wpadła chociaż złożyć życzenia.

– A co u mamy? – zapytała, starając się zmienić temat.

– Wystąpiła o rozwód.

– Znowu? – Straciła już rachubę „wujków”, którzy przewinęli się przez ich życie. Był to piąty albo szósty mąż matki i Christie nie starała się już nawet zapamiętywać ich imion. – Nie rozumiem, po co w ogóle za nich wychodzi.

– Ja też nie rozumiem, po co jej te śluby – poparła ją Teri. – Przynajmniej tym razem się nie upiła, ale pewnie tylko dlatego, że przyszła sama.

– A jak się miewa Johnny? – Christie spytała o młodszego brata, którego tak naprawdę to one wychowały.

Była dumna, kiedy został przyjęty na uniwersytet. Oczywiście przydało się to, że za szwagra miał Bobby’ego Polgara. Teri nigdy o tym nie mówiła, ale Christie nie była naiwna. Wiedziała, że brata nie stać na opłacenie studiów, a nie otrzymał przecież stypendium.

– Miał tak wysoką średnią, że otrzymał gratulacje od rektora.

– Brawo! – zawołała uradowana Christie.

– Martwiłam się o ciebie. – Tym razem to Teri zmieniła temat.

– Wiem – smętnie odparła siostra.

Zapewnienia Christie, że czuje się dobrze, były zwykłą brawurą, o czym świadczyła jej ostatnia bytność w Pink Poodle. Poranek z kacem nie był sposobem na spędzenie reszty życia.

– Wiesz, o czym myślę? – powiedziała cicho, jakby była trochę zażenowana. – Paczki żywnościowe rozdawałam z grupą z Kościoła Metodystów. To mili ludzie.

– Byłaś tym zaskoczona? – spytała Teri z uśmiechem.

Prawdę mówiąc, właśnie tak było. Christie spodziewała się niepochlebnych komentarzy pod adresem swojego stylu życia, a wszyscy okazali się przyjaźni. Jednak nie wróciła do nich, choć nie bardzo wiedziała dlaczego.

– Pójdę do kościoła – oznajmiła z determinacją i wstrzymała oddech, czekając na reakcję siostry.

– Mówisz to tak, jakby był to powód do wstydu, a przecież wiele osób chodzi do kościoła.

– A ty?

– Ja też, od czasu do czasu. I po mszy zawsze czuję się lepiej. Nie mam nic przeciwko chodzeniu do kościoła i ty też nie powinnaś.

– Chciałabym zmienić swoje życie – wyznała Christie, wspominając, jak wspaniale się czuła, biorąc udział w akcji dobroczynnej. Zamiast skupiać się na sobie, wyciągnęła pomocną dłoń do tych, którzy mieli mniej szczęścia w życiu. – Dostałam list z podziękowaniami od pastora Flemminga – powiedziała po chwili, biorąc kartę z kuchennego blatu.

Kiedy ją otrzymała, była zbyt przygnębiona, żeby się jej dobrze przyjrzeć. Jedyne, co zapamiętała, to jakiś nowy program pomocy kościelnej. Postanowiła dowiedzieć się o nim więcej.

– Pójdziesz ze mną do kościoła?

– Oczywiście – zgodziła się bez wahania Teri.

– Dziękuję.

– Wstałabym, żeby cię uściskać, ale za wygodnie mi się siedzi – oznajmiła Teri, rujnując podniosły nastrój i doprowadzając siebie i siostrę do śmiechu.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Szeryf Davis zamknął akta dotyczące włamania do domu Faith. Niestety w śledztwie nie było postępów, a on uznał, że sam musi jej o tym powiedzieć. Jadąc w kierunku Rosewood Lane, podsumował w myślach fakty. Po rozmowie z detektywem Hildebrandem, który prowadził sprawę, wiedział, że zrobiono wszystko, co było możliwe. Przepytano sąsiadów, a włamanie porównano z innymi podobnymi incydentami w Cedar Cove i jego okolicy. Zamiast pozwolić Hildebrandowi lub któremuś z jego ludzi poinformować Faith o wynikach śledztwa, zaproponował, że sam to zrobi. Była jego przyjaciółką, no, przynajmniej kiedyś. Troy chciał też sprawdzić, jak Faith czuje się po włamaniu.

Zaparkował pod jej domem, ale nie wysiadł od razu. Chciał przygotować się do spotkania. Wiedział, że nie będzie łatwe. Faith dała mu do zrozumienia, że nie życzy sobie z nim kontaktu, a on szanował jej wolę. Tym razem jednak były to sprawy zawodowe, nawet jeśli tylko nadzorował śledztwo jako szeryf, a nie zajmował się nim osobiście. W końcu zebrał się w sobie i wysiadł z wozu. Wszedł po kilku stopniach i zadzwonił do drzwi, trzymając kapelusz w dłoniach.

Faith wyjrzała ostrożnie, ale na jego widok się rozpromieniła. Jednak iskra w jej oczach szybko zgasła, zastąpiło ją beznamiętne spojrzenie. Troy potrzebował całej siły woli, żeby nie porwać Faith w ramiona. Kochał ją, ale niestety zaprzepaścił swoją szansę.

– Otrzymałem raport śledczych – powiedział szybko, sygnalizując, że nie jest to wizyta towarzyska.

– To dobrze – ucieszyła się Faith i wpuściła go do środka.

Troy rozejrzał się i z ulgą dostrzegł, że posłuchała jego rady, instalując solidny zamek z ryglem. A raczej Grace i Cliff, jako właściciele domu, tego dopilnowali. Nie dziwił się Grace. Zaprzyjaźniła się z Faith, poza tym kiedyś sama tu mieszkała i włamanie oraz zniszczenia mocno nią wstrząsnęły. Megan wspomniała mu, że Grace i Cliff nawet pomagali w sprzątaniu.

Teraz dom wyglądał normalnie. Zapewne niełatwo było doprowadzić go do porządku, pomyślał Troy. Jednocześnie poczuł zapach domowych wypieków i przypomniał sobie, że zajęty pracą, przegapił lunch.

– Właśnie wyjęłam babeczki z piekarnika. Masz ochotę?

– Byłoby miło.

– Zaparzyłam też kawę. Napijesz się?

– Poproszę.

Troy poszedł za Faith do kuchni i przyglądał się, jak nalewa kawy i zdejmuje babeczki z blachy. Poczekał, aż usiądzie, i dopiero wtedy zajął miejsce na wprost niej. Minęło kilka chwil, zanim zdecydowała się na niego popatrzeć. Ledwie zerknęła, a już spuściła oczy.

– Czego się dowiedziałeś? – zapytała, splatając dłonie.

– Niestety, wyniki są... niejednoznaczne – oznajmił z żalem.

– Jak to? Ekipa śledczych pracowała kilka godzin, zbierając odciski. Nie pozwolili mi niczego dotknąć, dopóki nie skończyli. Podobno zebrali kilka porządnych odcisków. – Wpatrywała się w niego jak w wyrocznię.

– Masz rację. Udało się zdobyć całkiem sporo materiału – oznajmił Troy, żałując, że nie może zostać jej bohaterem.

– Wszystkie odciski były moje?

– Nie, nie wszystkie. Ale te czytelne udało się zidentyfikować. Dlatego pobraliśmy odciski do porównania. Włamywacz musiał nosić gumowe rękawiczki.

– A więc to był profesjonalista?

– Na razie nie możemy tego potwierdzić, choć uważam, że nie był to pierwszy dom, do którego się włamał.

– Miałam nadzieję... Byłam pewna, że przy tej ilości odcisków przynajmniej jeden pozwoli wykryć sprawcę.

– Niestety... Sporządziłaś listę zaginionych rzeczy dla detektywa Hildebranda?

– Tak, ale jest bez sensu.

– To znaczy?

– Bo ta lista w ogóle nie trzyma się kupy, gdyby chodziło o zwykłego złodzieja. W większości są to pamiątki mające jedynie sentymentalną wartość. Powoli zaczynam przyjmować do wiadomości – zniżyła głos, w jej oczach pojawił się lęk – że włamanie miało jednak podtekst osobisty. Zabrano zdjęcie, które zrobiłam po narodzinach wnucząt. Sam widziałeś też, co stało się ze zdjęciem Carla. – Machnęła bezradnie dłonią.

– A biżuteria i pieniądze?

– Nie trzymam niczego wartościowego w domu.

– Bardzo słusznie – pochwalił Troy, odwijając babeczkę z papierka. Była tak gorąca, że parzyła mu palce, więc odłożył ją na talerzyk, żeby przestygła.

– Nie mogę uwierzyć, że spotkało to właśnie mnie! – wykrzyknęła Faith, a potem dla uspokojenia odetchnęła głęboko. – Po prostu nie rozumiem.

– Zapewniam cię solennie, że robimy wszystko, co można, żeby wykryć sprawcę – oznajmił Troy, widząc, jak bardzo jest zła, rozgoryczona i wystraszona.

– Ale dlaczego ja?

– Nie wiem, naprawdę nie wiem. – Sięgnął ponad stołem, żeby ująć jej dłoń. – Tak na zdrowy rozum to rzeczywiście nie ma sensu, a jednak jakiś musi mieć, uwierz mi. Zdecydowanie bym wolał, żeby to był zwykły akt wandalizmu, ale czuję, że jest inaczej. – Przerwał na moment. – Pomyślałem o czymś innym, Faith. Nieważne, kto to był, najbardziej mnie niepokoi, że stanowiłaś łatwy cel. Od tej pory to się zmieni.

– Oczywiście – przytaknęła, prostując plecy.

Miała tak zdecydowaną minę, że Troyowi niemal zrobiło się żal tego, kto narazi się na jej gniew.

– Możesz mi powiedzieć cokolwiek więcej? Czasami nawet małe, pozornie nieistotne szczegóły mogą okazać się ważne dla śledztwa.

– Nie wiem, czy to się przyda... – zaczęła z wahaniem.

– Pozwól, że ja to osądzę.

– Wydaje mi się, że włamywacz wrócił.

– Dlaczego tak sądzisz? – zapytał Troy, starając się nie okazać niepokoju.

– Na ścianie garażu było graffiti – oznajmiła, stając przy oknie.

– Pokaż. – Zerwał się z krzesła.

– Zamalowałam je następnego dnia. To były nieprzyzwoite napisy i nie chciałam, żeby widziały je moje wnuki... Ani sąsiedzi.

– I tak chciałbym zobaczyć. – A gdy znaleźli się na tyłach garażu, gdzie widoczna była nowa warstwa farby, dodał: – Nawet jeśli to nieprzyjemne, powiedz, co tu było napisane.

Faith zapatrzyła się w ziemię i wyszeptała kilka ordynarnych słów. Troy żałował, że nie wiedział o tym wcześniej. Graffiti stanowiło dowód, który uległ zniszczeniu.

– Uważasz, że zrobiła to ta sama osoba, która się do ciebie włamała?

– Obudziłam się w środku nocy, słysząc hałasy. Z początku bałam się nawet poruszyć. Myślałam, że ktoś jest w domu. Dopiero po kilku minutach zorientowałam się, że dźwięki dochodzą z garażu. – Starała się mówić spokojnie, ale głos jej drżał.

– Należało od razu zadzwonić na policję – napomniał ją łagodnie.

– Wiem. Powinnam tak zrobić, ale Troy... tak bardzo się bałam.

Nie mógł dłużej tego znieść. Kim jest ten drań, który odebrał jej spokój? Objął Faith, a ona ufnie wtuliła się w jego ramiona. Poczuł, że zadrżała, więc zacieśnił uścisk. Marzył, by móc zapewnić, że ją ochroni i nic złego więcej się nie zdarzy.

– Trzeba było wezwać pomoc – powtórzył cicho.

– A gdyby to był fałszywy alarm? Myślałam, że wyobraźnia mnie ponosi.

– A potem zobaczyłaś graffiti.

– Dopiero rano. Wtedy uświadomiłam sobie, że źle zrobiłam, nie dzwoniąc na policję.

– W takich sytuacjach nie należy się wstydzić – powiedział poważnym tonem, bojąc się myśleć, co mogło ją spotkać. – Faith, posłuchaj... – Ujął jej twarz i zmusił, by spojrzała mu w oczy. – Chcę, żebyś była spokojna. Nie możesz leżeć bezsennie w nocy, martwiąc się, że ktoś buszuje koło domu.

– Ostatnio prawie nie sypiam – przyznała ze łzami w oczach.

– Faith...

– Wiem, że głupio zrobiłam. Więcej nie zlekceważę żadnych hałasów.

– Czy to był jedyny raz?

– Nie wiem... chyba tak. Teraz śpię czujnie, bojąc się, że znów ktoś się włamie. Jestem zupełnie roztrzęsiona. Tylko popatrz! Przecież nie jestem słabą kobietką. Nie cierpię tak się czuć. Nie mogę spać, bo się boję nocnego najścia, a przez to, że jestem niewyspana, znalazłam się na skraju histerii. To na pewno źle wpłynie na moją pracę. A najgorszy jest ten strach. Kiedy zapada zmierzch, zaczynam się bać.

Pogładził ją po włosach, przesypując między palcami grube, ciemne pasma. Korciło go, żeby zatopić w nich twarz i wdychać ich zapach. Tęsknił za Faith bardziej, niż chciał przyznać. Żałował, że nie może jej pocieszyć, ale nie widział sensu w składaniu pustych obietnic.

Z kolei ona uświadomiła sobie, że powiedziała więcej, niż zamierzała. Wysunęła się z objęć Troya i rozejrzała. Potem objęła się ramionami, jakby poczuła nagły chłód.

– Porozmawiajmy w środku. – Ujął ją pod ramię.

Faith bez sprzeciwu ruszyła do domu, potem umyła ręce i zaparzyła świeżą kawę. Troy domyślił się, że potrzebowała chwili, by odzyskać panowanie nad sobą. On mógłby spędzić następnych dziesięć lat, stojąc pośrodku ulicy i trzymając ją w ramionach. Nie przeszkadzało mu, że ktoś ich zobaczy, ani to, że jest zimno. Chłód poczuł, dopiero kiedy się od niego odsunęła.

– Masz ochotę na jeszcze jedną babeczkę? – zapytała, po czym mówiła dalej, nie dając mu szansy odpowiedzieć: – Ten przepis dostałam od mamy. Jeśli chcesz, dam go twojej córce. Niedawno widziałam się z Megan. Wspominała ci? To urocza dziewczyna, Troy.

– Faith – powiedział głośno, a ona zacisnęła dłonie na krawędzi blatu. – Wiem, że się denerwujesz.

– Nic mi nie jest, przesadzasz – próbowała go zbyć, nawet się roześmiała. – Może jestem trochę zmęczona. Zresztą każdy byłby po czymś takim, prawda?

– Oczywiście. A teraz obiecaj, że zadzwonisz, jeśli będziesz podejrzewała, że ktoś jest na twojej posesji.

– Ja...

– Faith.

– Dobrze. Jeśli naprawdę uznam, że ktoś się tu kręci.

Troy nie to chciał usłyszeć, ale taka obietnica musiała wystarczyć.

– Chciałabyś, żebym tu jutro zajrzał? – zapytał, mając nadzieję, że na to również się zgodzi. To byłby pierwszy krok, a potem krok po kroku i może będzie mógł odwiedzać ją częściej, aż stopniowo odzyska zaufanie.

– Doceniam, że troszczysz się o moje bezpieczeństwo, ale to chyba nie najlepszy pomysł, Troy.

Był innego zdania. Mówiąc wprost, uważał ten pomysł za genialny.

– To może zadzwonię rano, żeby sprawdzić, jak się czujesz? – kusił.

– No może... ten jeden raz.

– Tylko raz. Potem nie będę już cię niepokoił – obiecał, dostrzegając jednak, że zachwiała się w swoim postanowieniu.

Włożył kurtkę i wziął kapelusz. Zanim wyszedł, zauważył, że zostawił na talerzyku ostatni kęs babeczki. Wsunął ciastko do ust i posłał Faith krzywy uśmiech, żałując, że nie załapał się na drugie ciastko.

– Przekaż Megan ten przepis.

– Z przyjemnością się nim podzielę.

Zawahał się w drzwiach, ale nie zostało nic więcej do powiedzenia. Rozstanie z Faith zawsze będzie równie trudne, westchnął w duchu, wychodząc.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Will Jefferson wiedział, że musi postępować wyjątkowo ostrożnie, jeśli chce zachować nadzieję na związek z Shirley Bliss. Jego rozwód z Georgią został sfinalizowany i od niedawna znów był wolnym człowiekiem. Oczywiście gdy jeszcze był żonaty, obrączka na palcu nie powstrzymywała go przed skokami w bok. Nie był dumny ze swoich romansów, stwierdzał po prostu fakt. Georgia zawsze mu wybaczała, a on pragnął pozostać jej wierny, ale nigdy nie potrafił się oprzeć pięknym kobietom. Tylko tyle miał na swoje usprawiedliwienie. Zresztą do tanga trzeba dwojga, mawiał sobie.

Myśl o zdradzie małżeńskiej zawsze sprawiała mu ból i przyprawiała o wyrzuty sumienia. Georgia i on w ogóle nie powinni byli się pobierać. Małżeństwo im nie służyło, a ich drogi bardzo szybko się rozeszły. Po prostu z upływem lat coraz mniej ich łączyło, aż przekroczyli punkt krytyczny i stali się sobie całkowicie obcy. Will miał tylko nadzieję, że Georgia nie nosi do niego w sercu nienawiści. Wrócił do Cedar Cove, miasta swojej młodości, w którym spędził najlepsze lata. Znów chciał się stać tamtym człowiekiem, odkupić swoje winy w oczach własnych, rodziny i przyjaciół. Może Shirley Bliss mu w tym pomoże.

Poznał ją, kiedy kupił galerię. Natychmiast wpadła mu w oko. Była wdową, do tego samotną, co Will uznał za dobry znak. Dotąd tak naprawdę pociągały go tylko kobiety z kimś związane. Niezależnie od impulsu, który pchał go do romansów – może była to nuda, może dreszczyk emocji związanej z podbojem albo przymus ciągłego udowadniania własnej męskości – chciał go przezwyciężyć. Tym bardziej że był poważnie zainteresowany Shirley i szczerze podziwiał jej talent.

Will podszedł do biurka. Harbor Street Gallery radziła sobie lepiej, niż przypuszczał, i to w dużej mierze dzięki Shirley. Dała mu wiele cennych wskazówek, z których skorzystał, na przykład zaproponowała przeszklone gabloty na wystawę. Kosztowały więcej, niż Will planował wydać, ale były warte tej ceny.

W geście uznania ustanowił ją główną artystką stycznia. Teraz mógł z przyjemnością poinformować Shirley, że podczas weekendu sprzedał jej największą pracę. Miał dla niej czek i liczył, że będzie równie jak on podekscytowana sukcesem.

Mocno ożywiony i zdenerwowany, sięgnął po telefon. Był zadowolony ze swojego i jej sukcesu, ale oczekiwało go również wyzwanie. Shirley mogła zostać jego kochanką. Will chciał także ją bliżej poznać. Niestety, nie wykazywała nim żadnego zainteresowania. To było zastanawiające. Nie był pyszałkiem, nie był nałogowym chwalipiętą, po prostu wiedział, że wygląda nieźle. Wiek tylko dodawał mu uroku. Do tego Will był inteligentnym i czarującym mężczyzną, co wciąż powtarzały mu kolejne kobiety. Zaczął się więc zastanawiać, czy Shirley wciąż kocha zmarłego męża. Z tego, co wiedział, minął rok od jego tragicznego wypadku.

Will znał swoje mocne i słabe strony. Nie zaszedłby tak daleko, gdyby nie umiał ocenić własnych możliwości. Zazwyczaj dostawał to, co chciał, choć musiał przyznać, że ta cecha nie zawsze działała na jego korzyść. Georgia nazywała go niepoprawnym kobieciarzem, twierdziła, że pożądał tylko tych kobiet, których nie mógł mieć, a kiedy je zdobył, szybko tracił nimi zainteresowanie. Will nie zaprzeczał, bo byłaby to hipokryzja, miał jednak nadzieję, że Shirley to odmieni.

Niecierpliwie wybrał jej numer, ale po czterech sygnałach włączyła się sekretarka. Poczuł zawód, lecz zanim zostawił wiadomość, usłyszał zdyszany głos Shirley:

– Halo?

– Witaj – powiedział, uśmiechając się do siebie z zadowoleniem.

– Kto mówi? – zapytała poirytowana.

– Will. Will Jefferson z Harbor Street Gallery.

Ego Willa ucierpiało, gdy Shirley nie rozpoznała jego głosu. Wbrew wcześniejszym doświadczeniom miał nadzieję, że myślała o nim. Chyba jednak się przeliczył.

– Przepraszam, że na ciebie warknęłam – powiedziała po chwili wahania.

– Pewnie zadzwoniłem nie w porę?

– Zwykle pracuję, kiedy Tanni jest w szkole.

Will pamiętał, że Tanni jest jej nastoletnią córką. Widział ją raz czy dwa. Dziewczyna spotykała się z chłopcem o niespotykanym imieniu. Shank? Shiver? Will nie mógł sobie przypomnieć. Shaw! Chłopak miał talent, Tanni zresztą też. To właśnie ona zwróciła uwagę Willa na prace Shawa. Jego portrety wydawały się interesujące. Will pokazał je nawet w Seattle swojemu przyjacielowi. Larry Knight, który był wpływowym artystą, potwierdził jego ocenę. Will sądził, że Shirley będzie mu wdzięczna za pomoc. Zależało mu na tym, bo plusik do plusika, a potem...

– Rozumiem. Postaram się zapamiętać, żeby następnym razem dzwonić zaraz po śniadaniu albo w czasie obiadu.

– Tak byłoby lepiej.

– Wystawa twoich prac odniosła duży sukces. – Przez chwilę na linii panowała cisza. – Dzwonię, żeby zapytać, czy nie miałabyś nic przeciwko temu, żebym wieczorem złożył ci wizytę.

– Jest jakiś konkretny powód?

Will spodziewał się bardziej entuzjastycznej reakcji. Przykre, że potrzebował pretekstu, by spotkać się z Shirley. Uświadomił sobie jednak, że już wcześniej w jej przypadku przyjął błędne założenie.

– Owszem, i to bardzo dobry powód. Mam dla ciebie czek. Sprzedałem twój kolaż z dzikimi kwiatami – powiedział, wspominając pracę Shirley złożoną z różnych skrawków materiału, która zachwycała wszystkich gości galerii.

– Został sprzedany? Naprawdę? – Tym razem Shirley okazała emocje, bo aż pisnęła z zachwytu.

– Tak – przytaknął Will z uśmiechem. Jeszcze nigdy nie słyszał jej tak ożywionej. – A klientka, która go kupiła, jest zainteresowana także innymi twoimi pracami.

– To wspaniale!

– Wiedziałem, że się ucieszysz. Mógłbym podrzucić ci czek – zaproponował niezobowiązująco.

– Niestety, mam już plany na dzisiejszy wieczór.

– W takim razie mógłbym przyjechać jutro. – Miał nadzieję, że nie zabrzmiało to natrętnie, zastanawiając się przy tym, co takiego mogła mieć w planach Shirley.

– Hm... może lepiej wyślij pocztą.

Will zrozumiał, że Shirley nie ma ochoty go widzieć. Przynajmniej nie u siebie w domu. To było spore rozczarowanie. Musiał działać szybko.

– Mam lepszy pomysł. Może sama zajrzysz do galerii i odbierzesz czek?

– Jasne. To dobry pomysł. – Wyraźnie się ucieszyła.

– Kiedy będziesz? – zapytał, jakby też miał jakieś plany, na przykład spotkanie towarzyskie.

– Mogłabym przyjechać późnym popołudniem.

W rezultacie uzgodnili godzinę szesnastą trzydzieści. Will odłożył telefon z uśmiechem. Na prośbę Shirley zadał sobie trud w sprawie chłopaka jej córki. Shaw miał talent, ale to nigdy nie wystarczało. Potrzebny był jeszcze łut szczęścia, swoich pięć minut, szansa, którą trzeba chwytać w lot, czy jak tam to nazwać. A on mógł to dać Shawowi i zamierzał dopilnować, żeby Shirley zauważyła i doceniła jego wysiłki.

Ze względu na umówione spotkanie zamknął galerię pół godziny wcześniej, żeby się nieco odświeżyć. Zmienił też koszulę i ponownie się uczesał. Zanim wrócił do głównej sali galerii, zerknął w lustro.

Zwykle był pewien swojego wyglądu, ale brak zainteresowania ze strony Shirley sprawiał, że zaczynał w siebie wątpić. To było coś nowego. Czekając na wyjątkowego gościa, co kilka minut zerkał na zegarek. Kiedy zauważył, że Shirley zaparkowała wóz przed galerią, wyrwało mu się westchnienie ulgi. Wysiadła, ruszyła do drzwi, potem jednak zawróciła w stronę auta. Oczywiście Will nie zamierzał pozwolić jej uciec. Gwałtownym gestem otworzył frontowe drzwi.

– Shirley! Zapraszam.

– Ale na drzwiach wisi tabliczka, że już zamknięte.