Wydawca: HarperCollins Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 338 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Hotel na rozdrożu - Debbie Macomber

Zatoka Cedrów Cedar Cove to malownicze miasteczko nieopodal Seattle. Mieszkańcy kochają się, zdradzają, nienawidzą się  i rozchodzą jak wszędzie na świecie. Mają swoje historie, swoje sekrety. Tylko że tutaj nikt nie jest anonimowy. Ktoś zawsze pomoże ci rozwiązać problem, nawet gdy tego nie chcesz…Peggy i Bob Beldon żyją spokojnie do chwili, gdy w ich hotelu ginie mężczyzna. Próbując wyjaśnić tajemnicze okoliczności jego śmierci, odkrywają, że zamordowany służył wraz z Bobem w Wietnamie. Nikt nie wie jednak, dlaczego mężczyzna przyjechał do Cedar Cove ani – co znacznie ważniejsze – kto go otruł…Kłopoty mają również inni mieszkańcy miasteczka. Życie Olivii Lockhart Griffin po powrocie z miesiąca miodowego wcale nie jest takie słodkie. Jon Bowman i Maryellen Sherman zastanawiają się, czy na pewno powinni się pobrać. A matka Maryellen, Grace, rozstaje się z przyjacielem, ponieważ wciąż nie może uporać się ze śmiercią ukochanego męża Dana. Czy przyjaciele zdołają ją przekonać, że czas zapomnieć o przeszłości i spojrzeć w przyszłość? Pora podjąć ostateczne decyzje…

Opinie o ebooku Hotel na rozdrożu - Debbie Macomber

Fragment ebooka Hotel na rozdrożu - Debbie Macomber

Debbie Macomber

Hotel na rozdrożu

Przełożyła: Barbara

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Peggy Beldon z przyjemnością rozejrzała się po swoim ogrodzie. Niedawno sama posadziła wszystkie rośliny, które od tego czasu już nieco podrosły. Uwielbiała to miejsce – było jej schronieniem i źródłem błogiego spokoju. Przez chwilę obserwowała prom płynący z Bremerton do Seattle, a łagodny powiew wiatru przyniósł znad Cieśniny Pugeta słonawy zapach wody. Było to typowe majowe popołudnie w Cedar Cove, w stanie Waszyngton – przyjemnie ciepłe, z lekką, orzeźwiającą bryzą.

Peggy sięgnęła po ogrodowy wąż i ostrożnie weszła między rzędy sałaty, zielonego groszku i fasolki szparagowej. Jako osoba praktyczna uprawiała warzywa, natomiast kwiatowe klomby zaspokajały poczucie piękna. Z zachwytem spojrzała na dom, który był spełnieniem jej marzeń. Wychowała się w Cedar Cove, tutaj zdała maturę i wyszła za Boba Beldona po jego powrocie z Wietnamu. Pierwsze lata małżeństwa były trudne, ponieważ Bob nadużywał alkoholu. Pił sam oraz z kolegami i stawał się wtedy innym człowiekiem. Najpewniej zrujnowałby zarówno swoje zdrowie, jak i małżeństwo, lecz na szczęście w porę odkrył Stowarzyszenie Anonimowych Alkoholików. Dzięki temu był trzeźwy od dwudziestu dwóch lat.

Peggy zaczęła delikatnie podlewać młode sadzonki. Kilka lat temu Bob przeszedł na wcześniejszą emeryturę. Ponieważ otrzymał przyzwoitą odprawę, mogli kupić posesję na Cranberry Point. Od niepamiętnych czasów uwielbiała ten dom, już jako dziewczynka przychodziła tu, marzyła. Zbudowany w latach trzydziestych, piętrowy i położony blisko Zatoki Sinclaira, wydał się małej Peggy wspaniałą, zaczarowaną rezydencją. Kilkakrotnie przechodził z rąk do rąk i stopniowo popadał w ruinę, ponieważ kolejni właściciele niezbyt o niego dbali, przez co stracił sporo na wartości. Dlatego właśnie Beldonów stać było na ten zakup.

Bob okazał się utalentowanym majsterkowiczem, więc już po kilku miesiącach wywiesili nad drzwiami szyld pensjonatu, który nazwali Thyme and Tide. Nie mieli pojęcia, czy biznes się rozwinie, postanowili jednak spróbować, by trochę dorobić do emerytury. Ryzyko się opłaciło i Peggy była niezmiernie dumna z osiągniętego wraz z mężem sukcesu. Tradycyjna domowa atmosfera, gościnność oraz wspaniałe jedzenie przyciągały mnóstwo gości i pensjonat szybko zdobył godną pozazdroszczenia renomę. Wspomniano o nim nawet na łamach czasopisma o ogólnokrajowym zasięgu, a autor reportażu pod niebiosa wychwalał potrawy i ciasta z kuchni Peggy. Poświęcił całe dwa zdania na opis wykwintnych babeczek z kanadyjskimi borówkami, a także pysznej szarlotki. Peggy miała w ogrodzie dwadzieścia krzaków borówek oraz osiem krzaków malin i nie szczędziła zachodu, aby wszystkie bujnie owocowały. Każdego lata zbierała mnóstwo jagód, których wystarczało na desery dla gości i rodziny. Życie nie mogło być lepsze.

I nagle zdarzyło się coś niewyobrażalnego.

Gdy na dworze szalała burza, a czarną noc rozświetlały tylko błyskawice, w hoteliku zjawił się nieznajomy. Wynajął pokój i pośpiesznie się w nim zamknął.

Później Peggy wielokrotnie wyrzucała sobie, że od razu nie poprosiła o wypełnienie stosownego formularza, ale tajemniczy gość zjawił się po północy i był zmęczony, więc zaprowadzili go do pokoju, formalności zostawiając na rano.

Ale rano przybysz już nie żył.

Od tego wydarzenia Peggy zawsze uważała, że ich dotychczasowa spokojna egzystencja została pogmatwana przez jakieś dziwne siły, na które ani ona, ani Bob nie mieli wpływu. Nie dość, że gość zmarł w ich domu, to jeszcze na dodatek jego prawo jazdy okazało się fałszywe. Wieczorem, po całym dniu rozmów z szeryfem i lekarzem sądowym, nic się nie wyjaśniło, przeciwnie, sytuacja jeszcze bardziej się skomplikowała.

Bob właśnie wyprowadził z garażu wielką kosiarkę do trawy. Na dźwięk silnika Peggy przerwała podlewanie i osłoniła oczy. Mimo upływu lat życie z Bobem nic nie straciło ze swej dawnej atrakcyjności. Przetrwali trudne czasy i darzyli się taką samą miłością jak w czasach młodości. Bob był wysoki i jak na swój wiek dobrze się trzymał, a w jasnobrązowych, starannie przystrzyżonych włosach nie dało się zauważyć nawet cienia siwizny. Uwielbiał swój warsztat, a Peggy podziwiała stolarskie talenty męża. Potrafił wyczarować prawdziwe cuda z kawałka dębowego lub sosnowego drewna. Peggy zakochała się w Bobie Beldonie jako nastolatka i jej serce nadal należało do niego.

Obecnie jednak poważnie się martwiła. Wolałaby nie myśleć o zmarłym mężczyźnie, lecz było to nieuniknione, zwłaszcza że niedawno został zidentyfikowany. Szeryf Davis poinformował ich, że tajemniczy nieznajomy nazywał się Maxwell Russell. Ta informacja zszokowała Boba, ponieważ wraz z Maksem walczył w Wietnamie. Bob, Max, Dan Sherman, który również już nie żył, oraz Stewart Samuels służyli w tej samej kompanii. Razem zgubili się w wietnamskiej dżungli, co skończyło się tragicznie.

Wkrótce po ustaleniu tożsamości Russella wyszła na jaw kolejna prawda. Russell nie zmarł śmiercią naturalną.

Został otruty.

W butelce z wodą, którą częściowo wypił, wykryto sporą zawartość bezzapachowego i pozbawionego smaku rohypnolu, potocznie zwanego narkotykiem gwałtu. Stężenie było tak wysokie, że spowodowało zatrzymanie akcji serca. Zmęczony po długim dniu jazdy Russell poszedł spać i już się nie obudził.

Bob przejechał po trawie w pobliżu ogrodowych grządek i pomachał ręką, a Peggy skończyła podlewać młode roślinki. Zasępiła się. Bob nawet teraz mógł być w niebezpieczeństwie, lecz wcale się tym nie przejmował. Wolał ignorować ryzyko, niż przyznać, że jej obawy są uzasadnione.

Zauważyła na drodze zbliżający się radiowóz szeryfa i natychmiast się spięła. Oby Troy Davis wreszcie zdołał przemówić jej mężowi do rozumu…

Bob także zobaczył samochód, ponieważ zgasił silnik i zsiadł z kosiarki, gdy auto skręciło na podjazd. Dawniej, gdy wszystko wskazywało na to, że Bob jest w kręgu podejrzeń w sprawie o zabójstwo, Davis nie był tutaj mile widziany.

Tęgawy szeryf podciągnął spodnie i poprawił broń, po czym ruszył przez trawnik na spotkanie Boba.

Nie zamierzała uronić ani słowa z ich rozmowy, więc zakręciła wodę i pośpieszyła w ich stronę.

– Dzień dobry, Peggy. – Davis dotknął brzegu kapelusza i lekko się ukłonił. – Właśnie mówiłem, że wszyscy troje powinniśmy pogadać.

Odpowiedziała skinieniem głowy, zadowolona z faktu, że Davis chciał, aby ona także wzięła udział w rozmowie.

Bob zaprosił szeryfa na patio. Peggy rano starannie je zamiotła i teraz z satysfakcją stwierdziła, że skąpane w słońcu miejsce wygląda bardzo ładnie. Usiedli przy okrągłym, sosnowym stole, zrobionym kilka lat temu przez Boba i pomalowanym na ciemny, szaroniebieski kolor, który przyjemnie kontrastował z białymi ścianami domu. Duży, pasiasty parasol ocieniał cały blat i wygodne, wyściełane foteliki.

– Chciałem streścić wam moją rozmowę z Hannah Russell.

Kilka miesięcy wcześniej, gdy ustalono tożsamość Maksa, jego córka poprosiła o spotkanie z Bobem i Peggy. Podczas tamtej rozmowy Peggy czuła się bardzo niezręcznie, lecz jednocześnie było jej strasznie żal młodej, głęboko strapionej kobiety. Odpowiedziała na jej pytania najlepiej, jak umiała.

Hannah ze swojej strony dodała bardzo niewiele, ponieważ wiedziała tylko to, co wcześniej usłyszała od ojca. Podobno zamierzał wyjechać w krótką podróż, ale nie powiedział dokąd. Gdy nie wrócił do Kalifornii, Hannah zgłosiła jego zaginięcie. Dopiero po roku powiadomiono ją o losie ojca.

– Tak mi przykro z jej powodu. – Peggy westchnęła. Hannah wcześniej straciła matkę i po śmierci ojca została sierotą. Nie miała też żadnej dalszej rodziny.

– Była strasznie roztrzęsiona – przyznał Troy. – Nie dość, że głęboko przeżyła utratę rodziców, to na dodatek dowiedziała się, że ojciec padł ofiarą zabójcy.

– Podejrzewała kogoś o to morderstwo?

– Nie. Prosiła, abym w jej imieniu podziękował wam za okazaną jej dobroć. Dzięki rozmowie z wami trochę łatwiej mogła zaakceptować to, co się stało. Wspomniała też o twoim liście, Peggy. Odniosłem wrażenie, że bardzo jej pomógł.

– Jak daje sobie radę? – Peggy szczerze martwiła się jej losem.

– Trudno powiedzieć – z wahaniem odparł Troy. – Stwierdziła tylko, że pewnie gdzieś wyjedzie, bo nic już jej nie trzyma w Kalifornii. Obiecała pozostać z nami w kontakcie.

Peggy rozumiała, dlaczego Hannah chciała wyruszyć w świat. Po stracie rodziców nie miała nikogo w Kalifornii, a wszystko wokół przypominało jej o życiu, które już nie istniało. Te wspomnienia musiały być bolesne.

– Dowiedziałeś się czegoś o pułkowniku Samuelsie? – Bob zmierzył szeryfa badawczym spojrzeniem, pytając o towarzysza broni Boba, Dana i Maksa.

Stewart Samuels po powrocie z Wietnamu pozostał w armii i szybko awansował. Peggy wiedziała, że szeryf niedawno się z nim kontaktował. Podobno nic nie wskazywało na jego związek z zabójstwem Maksa, lecz jej mąż widocznie miał co do tego wątpliwości.

– Aktualnie nie uważam go za podejrzanego.

– Podobno jest jakąś szychą w wywiadzie – mruknął Bob, jakby praca wykonywana przez Samuelsa automatycznie świadczyła przeciwko niemu.

– Owszem, ale co to ma do rzeczy? Poza tym mieszka na Wschodzie, w Waszyngtonie, i raczej nie było go w ostatnich latach w tych stronach. Musisz wiedzieć, że dokładnie go sprawdziliśmy. Jako oficer i w życiu prywatnym cieszy się powszechnym szacunkiem i zaufaniem. Obiecał nam pomóc, jeśli tylko będzie mógł na coś się przydać. Skoro jednak masz jakieś inne przeczucia, może byłoby lepiej, gdybyś sam pogadał z Samuelsem?

Peggy wcale się nie zdziwiła, gdy Bob przecząco pokręcił głową. Nie znosił powracania do przeszłości. Już i tak aż nadto frustrował się z powodu samobójstwa Dana i morderstwa Maksa. Źle by się stało, gdyby zaczął obsesyjnie rozpamiętywać to, co zdarzyło się wiele lat temu, gdyby zaczął spekulować w bezsenne noce na temat wpływu tamtych wydarzeń na teraźniejszość.

– Czy Bob jest w niebezpieczeństwie? – spytała bez ogródek.

– To całkiem możliwe – równie otwarcie przyznał szeryf.

Peggy marzyła o innej odpowiedzi, lecz była wdzięczna za szczerość. W trudnych sytuacjach prawda, nawet nieprzyjemna, pozwala lepiej przygotować się na zagrożenie.

– Nonsens – energicznie zaprotestował Bob. – Przecież się nie ukrywam. Gdyby ktoś chciał mnie sprzątnąć, już bym nie żył.

– Może zrobimy sobie wakacje? – Owszem, Bob miał poniekąd rację, lecz Peggy nie zamierzała ryzykować. Od lat nigdzie nie wyjeżdżali i należał im się urlop.

– Na jak długo? – spytał Bob, nie kryjąc dyzgustu wobec pomysłu żony.

– Aż sprawa się wyjaśni. – Peggy spojrzała na niego błagalnie. Dlaczego zawsze musiał zachowywać się jak bohater?

– Wykluczone. Nigdzie nie pojadę.

– Bob… – Jego stanowcza odmowa wcale Peggy nie zaskoczyła. Już taki był, że lekceważył wszelkie niebezpieczeństwa. Ależ z niego uparciuch! Ktoś wreszcie powinien przemówić mu do rozumu. Przecież im obojgu mogło coś grozić.

– Nie ma mowy, żeby ktoś wykurzył mnie z mojego domu!

– Ale…

– Nie, Peg – uciął wszelką dyskusję. – Niby jak długo mielibyśmy się ukrywać? Miesiąc? Dwa? Jeszcze dłużej? Max został zamordowany ponad rok temu, więc już wtedy ktoś dybał na moje życie, prawda?

Szeryf i Peggy wymienili zatroskane spojrzenia.

– Bob, wtedy nie wiedzieliśmy tego, co wiemy teraz – nie dawał za wygraną Davis.

– Nigdzie nie jadę! Koniec z chowaniem głowy w piasek. Jeśli ktoś chce mnie zabić, to trudno. – Gdy Peggy wzdrygnęła się, dodał szybko: – Wybacz, kochanie. – Sięgnął nad blatem stołu po jej dłoń. – Nie zamierzam uciekać jak tchórz ani nerwowo wciąż oglądać się przez ramię.

– Może pójdziesz na kompromis – zaproponował szeryf. – Nie zapraszaj tutaj potencjalnego mordercy.

– Co chcesz przez to powiedzieć? – spytał Bob.

Peggy zauważyła, że jest bardzo spięty. Choć mówił w sposób zdecydowany, najwyraźniej trochę się bał. Przygarbiona sylwetka dobitnie ujawniała obawę, do której otwarcie nie chciał się przyznać.

– Nie wiem, ile już macie rezerwacji, ale radziłbym nie przyjmować nikogo więcej.

– Możemy wszystkie odwołać – mruknęła Peggy. Wiedziała, że właściciele okolicznych pensjonatów ucieszą się z dodatkowych gości.

– Uważasz to za dobre rozwiązanie? – Bob spojrzał na żonę.

Twierdząco skinęła głową, natomiast Bob nadal nie zamierzał akceptować żadnych półśrodków, o czym świadczyła jego mina.

– Martwiłam się od dnia wesela Olivii i Jacka – szepnęła Peggy.

Zaledwie tydzień temu Bob był drużbą Jacka Griffina. A dwa dni później dowiedzieli się, że Max Russell został zamordowany.

– No dobrze – niechętnie zgodził się Bob. – Odwołamy dotychczasowe rezerwacje.

– Żadnych gości – dodała Peggy.

– Zgoda. Do czasu, aż cała sprawa zostanie wyjaśniona.

Peggy wiedziała, że uderzy ich to po kieszeni, ale bezpieczeństwo męża było najważniejsze.

– Postaram się zakończyć śledztwo jak najszybciej – obiecał Troy Davis. – Na pewno wykryjemy sprawcę morderstwa.

Ciekawe, kiedy to nastąpi, pomyślała smętnie Peggy.

ROZDZIAŁ DRUGI

Cecilia Randall stała na nabrzeżu marynarki wojennej i obserwowała wpływający do Zatoki Sinclaira lotniskowiec „George Washington”. Po sześciu miesiącach służby na wodach Zatoki Perskiej mąż Cecilii, Ian, nareszcie wracał do domu. Cecilia często słyszała, jak ludzie opisujący swoje wzruszenie mówią o sercach wezbranych uczuciem. Uważała te słowa za sentymentalną bzdurę, lecz teraz zrozumiała, że jest w nich dużo prawdy. Na widok ogromnego okrętu płynącego w stronę Bremerton czuła bowiem, że jej serce jest przepełnione miłością, dumą i patriotyzmem.

Na molo zebrały się tłumy ludzi – żony i dzieci marynarzy, krewni, przyjaciele. Na wietrze furkotały kolorowe chorągiewki i transparenty z napisem „Witamy!”. Nad wodą krążyły helikoptery stacji telewizyjnej z Seattle, kamery filmowały tę chwilę dla dziennika o piątej po południu. Mimo brzydkiej, pochmurnej pogody atmosfera była ekscytująca, ludzie nie kryli radości. Nawet ołowiane chmury zwiastujące rychły deszcz nie miały wpływu na nastrój Cecilii. Na brzegu grała orkiestra, amerykańska flaga łagodnie falowała poruszana bryzą. Była to scena jak z obrazu Normana Rockwella.

Dwie najlepsze przyjaciółki Cecilii, Cathy Lackey i Carol Greendale, stały tuż obok niej. Trzymały na rękach swoje maluchy i energicznie machały na powitanie. Cecilia miała nadzieję, że też już wkrótce znów zostanie matką.

– Chyba widzę Andrew! – Cathy pisnęła radośnie i palcem pokazała synkowi jego tatę.

Na górnym pokładzie każdy z trzech tysięcy marynarzy stał w lekkim rozkroku, z dłońmi splecionymi za plecami. Wszyscy mieli na sobie białe, galowe mundury i z tej odległości nie sposób było rozróżnić twarzy. Cecilia czuła na policzkach podmuchy wiatru, machała i krzyczała. Może Ian ją dostrzeże.

– Potrzymaj Amandę. – Carol podała Cecilii swoją trzyletnią córeczkę.

Cecilia chętnie wzięła dziecko na ręce. Dawniej nawet sam jego widok sprawiał jej ból. Allison, córeczka jej i Iana, urodziła się w tym samym tygodniu co Amanda. Gdyby żyła, miałaby teraz trzy latka. Niestety po kilku dniach umarła, a jej śmierć prawie zniszczyła małżeństwo rodziców. Gdyby nie rozsądna sędzina, która zignorowała ogólnie przyjęte zasady i nie dała im rozwodu, skończyliby tak samo smutno, jak wiele innych par.

– Ian, tutaj! – Uniosła rękę nad głowę. – Widzisz swojego tatusia? – spytała Amandę, lecz mała mocno objęła ją za szyję i ukryła buzię na ramieniu Cecilii.

– Patrz, tam jest tatuś. – Carol palcem wskazała lotniskowiec.

Dziewczynka spojrzała w tamtą stronę i się rozpromieniła. Matka wzięła ją z objęć Cecilii i przytuliła do siebie.

Wydawało się, że minęła cała wieczność, zanim marynarze z płóciennymi workami w rękach ruszyli po trapie na ląd. Po chwili zaczęły się głośne powitania, płacze i śmiechy, ludzie tonęli sobie w ramionach.

Cecilia usiłowała wypatrzyć Iana. Wreszcie go zobaczyła. Był taki przystojny! Wysoki, opalony, z ciemnymi włosami widocznymi spod białego, marynarskiego nakrycia głowy, prezentował się jak model. Aż westchnęła z wrażenia i zalała się łzami radości.

Znalazła się w objęciach męża. Przylgnęli do siebie, a oczy Cecilii nadal były zamglone łzami, gdy Ian dotknął wargami jej ust.

Pocałunek był długi, zmysłowy i wyrażał nagromadzoną przez sześć miesięcy tęsknotę. Gdy się skończył, Cecilia miała kolana jak z waty i była całkiem bez tchu. Ian wreszcie wrócił. Jej życie znów nabrało sensu. Gdyby cały wszechświat nagle się rozleciał, nawet by tego nie zauważyła.

– Strasznie za tobą tęskniłam. – Czubkami palców pieściła jego kark. Pragnęła powiedzieć Ianowi tak wiele, wyjawić mu, co dzieje się w jej sercu, lecz to wszystko mogło poczekać. Na razie pragnęła tylko wtulić się w niego oraz cieszyć się jego bliskością. Nawet jeśli tylko pożyczyła go na jakiś czas od marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych.

– Och, skarbie, to było najdłuższe pół roku w moim życiu. – Nadal przyciskał ją do siebie, więc Cecilia zamknęła oczy i rozkoszowała się chwilą, której od dawna już nie mogła się doczekać.

Ian dostał trzy dni urlopu i zamierzała w pełni je wykorzystać. Zarówno dnie, jak i noce. Powrót męża wypadł w terminie najlepszym z możliwych, ponieważ wszystko wskazywało na to, że będą to jej płodne dni.

Ian zarzucił sobie na ramię worek z rzeczami, ujął ją za rękę i razem ruszyli w stronę parkingu. Otoczył żonę ramieniem, przygarnął do siebie, jakby nawet najmniejsza odległość wydawała mu się za duża. Uśmiechnął się, a jego miłość rozgrzała Cecilię jak ciepłe promienie złocistego słońca. Tylko tak mogła w skrócie opisać swoją euforię.

– Kocham cię – powiedziała bezgłośnie.

– Wkrótce ci udowodnię, jak ja cię kocham. Chyba nie musisz wracać do pracy? – spytał zaniepokojony.

Przez chwilę miała ochotę trochę się z Ianem podroczyć, lecz nie potrafiła się na to zdobyć.

– Pan Cox dał mi całe trzy dni wolne. – Podała mężowi kluczyki.

– Coraz bardziej lubię twojego szefa. – Otworzył drzwi samochodu.

Też uważała, że jej szef to miły człowiek. Zwłaszcza ostatnio to się ujawniło, gdy on i jego była żona powtórnie się pobrali, dzięki czemu atmosfera w biurze stała się mniej oficjalna. Lecz jadąc do domu z Ianem, nie myślała o pracy. Co chwilę zerkała na męża, a on odpowiadał podobnie gorącym spojrzeniem. Po dziesięciu minutach podjechali przed piętrowy bliźniak na wojskowym osiedlu. Wprowadzili się tutaj ponad pół roku temu, tuż przed wyjazdem Iana.

– Przywiozłeś wszystko, co ci wysłałam? – Głos Cecilii zabrzmiał zmysłowo. W ciągu trzech minionych tygodni wysłała Ianowi trzy małe prezenciki – co tydzień jedną z trzech części kompletu bielizny z przejrzystej tkaniny. W notatce dołączonej do ostatniej przesyłki obiecała, że po powrocie Iana zaprezentuje mu się w całym kompleciku. Niemal słyszała przyśpieszony oddech męża, gdy czytała mejla z jego odpowiedzią.

– Zafundowałaś mi prawdziwe tortury, kochana żoneczko. – Ian zmarszczył brwi.

– Mhm… – Gdyby Cecilia nie znała go tak dobrze, mogłaby pomyśleć, że ma jej za złe to, co zrobiła, lecz błysk w oczach dowodził czegoś innego.

– Czy wiesz, że tymi przesyłkami stworzyłaś bestię?

– Z rozkoszą ją okiełznam. – Pocałowała męża w usta.

– Och, skarbie… – Ian przerwał pocałunek. – Wejdźmy do domu… szybko.

– Tak jest, kapitanie. – Cecilia zasalutowała.

Pośpiesznie wysiedli z samochodu i rozbawieni pobiegli do wejścia. Ian był tak podekscytowany, że ledwie zdołał trafić kluczem do zamka.

Cecilia wysprzątała mieszkanie do połysku. Zmieniła także pościel i opuściła żaluzje w oknach sypialni. Wiedziała, że po sześciu miesiącach rozłąki będą się kochać natychmiast po przekroczeniu progu.

W holu Ian upuścił na podłogę płócienny worek, chwycił żonę na ręce i ruszył do sypialni. Tuż za drzwiami znów ją pocałował, a jego gorące, wilgotne usta natarczywie przesunęły się po jej wargach. Za moment wypuścił ją z objęć i natychmiast zaczął się rozbierać.

– Chcesz, żebym włożyła tę czarną koszulkę?

– Następnym razem. – Usiadł na brzegu łóżka i szybko zdjął buty.

– Ian… – powiedziała z wahaniem. – Powinnam coś ci powiedzieć. – Uklękła za plecami męża i oparła brodę o nagie ramię.

– To nie może poczekać?

– Może, ale pewnie jednak chciałbyś to wiedzieć jak najszybciej.

– Co takiego? – W jego głosie zabrzmiało zniecierpliwienie, gdy raptownie się odwrócił i zacisnął ręce na jej talii.

Cecilia uśmiechnęła się i z rozkoszą przesunęła dłonie po jego muskularnych ramionach.

– Chyba uda nam się dzisiaj zmajstrować dzidziusia.

– Myślałem, że jesteś na pigułce.

– Już nie. Wyrzuciłam tabletki pół roku temu – oznajmiła rozpromieniona, a po twarzy Iana przemknął cień. – Byłeś na morzu, więc nie potrzebowałam środków antykoncepcyjnych. A poza tym…

– Nie zaczęłaś ich brać, gdy się dowiedziałaś, że płyniemy do kraju?

– Nie.

– Przecież znałaś datę mojego powrotu…

– Oczywiście. – Pieszczotliwie musnęła ustami bark męża. – I już nie mogłam się doczekać, aż będziesz w domu – dodała uwodzicielskim tonem.

– Ale kochanie… dlaczego mówisz mi to dopiero teraz? Nie mam żadnych środków zabezpieczających…

– Wcale ich nie potrzebujemy, mój ty marynarzu. Ja chcę tego dzidziusia. – Gdy znieruchomiał, nie mówił choćby słowa, ponagliła cicho: – Ian…

– Nie sądzisz, że najpierw powinniśmy to omówić? – Odwrócił się do niej plecami.

– Przecież… właśnie to robimy.

– W ostatniej chwili.

– Nie chcesz mieć ze mną dziecka?

Wstał z łóżka. Miał taką minę, jakby pytanie Cecilii całkiem go przytłoczyło.

– Chcę. Ale jeszcze nie teraz.

– Myślałam…

– Jeszcze za wcześnie.

– Minęły już trzy lata! – Podczas ostatniego rejsu Iana Cecilia coraz bardziej pragnęła dziecka. Zrobiła dyplom i dostała wspaniałą pracę, mogła więc pomyśleć o powiększeniu rodziny. – Jestem gotowa, Ian.

– A ja nie. Wolę nie ryzykować, że zajdziesz w ciążę. – Zapiął spodnie i włożył koszulę.

Cecilia przygryzła wargi. Mąż miał rację, powinna wcześniej omówić z nim tę sprawę. Przecież kontaktowali się z sobą przez internet prawie codziennie, często też dzwonili do siebie. Mogła poruszyć ten jakże ważny temat już dawno temu.

– Zostań w łóżku. – Chwycił kluczyki i gwałtownie ruszył do drzwi.

– Dokąd idziesz?

– Do apteki… Zaraz wrócę.

Zdało się jej, że świat nagle pociemniał, jakby słońce schowało się za ciemnymi chmurami.

Może powinna spodziewać się takiej reakcji Iana. Bez wątpienia obawiał się tego, jak podziała na nią kolejna ciąża i jak odbije się na ich małżeństwie. Cecilia rozumiała jego obawy, bo do niedawna zmagała się z takimi samymi. Uwierzyła, że Ian, podobnie jak ona, już je pokonał. Cóż, pomyliła się.

ROZDZIAŁ TRZECI

Maryellen Sherman z radością wyniosła ciężkie kartonowe pudło z wynajmowanego mieszkania i umieściła je w bagażniku samochodu. Już wkrótce miała zamieszkać z Jonem Bowmanem – oraz zostać jego żoną.

Przez długi czas była przekonana, że coś takiego w ogóle nie jest możliwe, lecz w końcu doszli do porozumienia. Nie mogła i nie musiała już dłużej ukrywać, że go kocha, a Jon odwzajemniał jej uczucia. Nieporozumienia odeszły w niepamięć, duma i gniew przestały wchodzić w drogę.

Jon pomagał jej przy pakowaniu i przewożeniu rzeczy do jego domu. Wstawił do bagażnika kolejne pudło, ujął dłoń Maryellen i lekko ścisnął, aby tym gestem wyrazić, jak bardzo się cieszy. Nareszcie mieli być z sobą na dobre.

Katie, ich dziewięciomiesięczna córeczka, smacznie spała w swoim łóżeczku, więc pośpiesznie załadowali do samochodu jeszcze trochę rzeczy i wrócili do środka. Maryellen wiedziała, że mała za parę minut się zbudzi, a większość dobytku nadal nie była spakowana.

– To na dzisiaj wszystko? – Jon oparł ręce na biodrach i rozejrzał się po pokoju.

– Później zapakuję więcej. – Maryellen mieszkała tutaj przez dwanaście lat, nagromadziło się więc mnóstwo wszelakiego dobra. Od kilku tygodni usiłowała posortować je na trzy grupy: rzeczy potrzebne, do oddania i do wyrzucenia.

– Zostało trochę więcej czy…? – Jon nie był zachwycony tą perspektywą.

– Mam tyle różności… Chcesz spakować jeszcze kilka pudeł? – Maryellen uznała, że warto wstawić coś na tylne siedzenie jej auta, zanim pojadą do domu Jona.

– Najbardziej chciałbym, żebyś wreszcie się do mnie wprowadziła.

– Też tego chcę. – Maryellen weszła do malutkiej kuchni. Co jeszcze powinni zabrać stąd dzisiaj? Dlaczego przeprowadzki muszą być takie skomplikowane i pracochłonne?

– Rozmawiałaś ze swoją mamą na temat daty ślubu?

– Jej zdaniem koniec maja to najlepszy termin. – Była przekonana, że dla jej matki data nie ma większego znaczenia. Skoro córka już miała z Jonem dziecko, to zdaniem Grace Sherman powinni byli się pobrać dawno temu.

– Naprawdę nie chcesz wielkiego wesela?

– Nie. – Wyjęła z lodówki dzbanek mrożonej herbaty i na moment wróciła w myślach do swojego pierwszego związku. Ślub był piękny, po prostu bajkowy, niestety małżeństwo wręcz przeciwnie. Trwało tylko rok, a po rozwodzie długo nie mogła się pozbierać.

Jona poznała dwanaście lat później, lecz mimo upływu czasu nadal obawiała się emocjonalnego zaangażowania. Dlatego trzymała Jona na dystans, traktowała go źle i robiła wszystko, aby nie zaistniał prawdziwie w jej życiu. Teraz wstydziła się tego wszystkiego, co wtedy wyczyniała.

– Nie robisz wielkiego interesu, wychodząc za mnie. – Jon wyjął z szafki dwie szklanki i postawił je na blacie.

– Jeśli jeszcze raz powiesz coś takiego, to spuszczę ci lanie! – oznajmiła groźnie. – Zobaczysz!

Gdy się uśmiechnął, jego ostre rysy złagodniały. Nie zaliczał się do przystojnych mężczyzn, lecz był wysoki i długonogi, miał gęste, ciemne włosy oraz piwne oczy, w których malowała się powaga. Maryellen nie znała bardziej utalentowanego fotografa niż on. Jego prace wystawiano w jednej z najlepszych galerii Seattle, a nazwisko Bowman zyskiwało coraz większy rozgłos w kręgach artystycznych.

– Obecnie wiesz o mnie wszystko – mruknął, unikając jej wzroku.

– A ty o mnie – odparowała.

Oboje mieli swoje tajemnice i bolesne wspomnienia, lecz mieli również siebie nawzajem i po raz pierwszy od rozwodu Maryellen była gotowa raz na zawsze zamknąć rozdział nieudanego małżeństwa. Zbyt długo zadręczała się tamtym fiaskiem, Jon także wiele przeżył i właśnie z powodu przeszłości tak trudno im było dojść do porozumienia. Od początku znajomości przypadli sobie do gustu, lecz z powodu sekretów, których tak rozpaczliwie nie chcieli ujawnić, omal nie rozstali się na zawsze.

– Ty nie siedziałaś w więzieniu.

– Zanim cię poznałam, też byłam w swoistym więzieniu. Cóż, sama je sobie zafundowałam. Małżeństwo z tobą to wspaniały dar od losu, poza Katie najwspanialszy – oświadczyła melodramatycznie, lecz z całym przekonaniem, a uśmiech Jona rozświetlił całą kuchnię. – Prawdę mówiąc, nie mogę się doczekać, kiedy we troje zaczniemy wspólne życie, dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku. – Objęła Jona i ukryła twarz na jego piersi.

– To śmieszne, że chcesz mieszkać tutaj aż do ślubu – oznajmił już bez uśmiechu.

– Może i tak, ale wolę poczekać. – Popełniła w życiu zbyt wiele błędów i postanowiła, że to małżeństwo zacznie się tak, jak powinno.

– Przecież mamy dziecko, więc już nie…

– Naprawdę masz mi za złe? – Spojrzała na niego, zastanawiając się, jak ubrać w słowa to, co czuła.

– Jeszcze jak! Ale mogę poczekać, jeśli dla ciebie to takie ważne.

Cmoknęła go w brodę w podzięce za cierpliwość. Przytuliła się do niego, a on wplątał palce w jej ciemne włosy i przycisnął wargi do ust. Jego namiętność i oczywiste pożądanie sprawiły, że omal nie zmieniła zdania. To wszystko było takie nowe i ekscytujące. Wystarczył przelotny pocałunek lub uścisk, aby natychmiast ogarniała ich fala szaleńczej namiętności.

Gdy w sypialni rozległ się pisk, Jon z westchnieniem wypuścił Maryellen z objęć, a ona pomknęła do pokoju i wyjęła córeczkę z łóżeczka. Zmieniła pieluszkę, przyniosła małą do kuchni i posadziła w wysokim foteliku. Na jego blacie już czekały na Katie sok i herbatnik.

Katie, wyspana i w dobrym humorku, chwyciła kubeczek i z głośnym chlipnięciem wyssała łyk soku, a następnie zabębniła kubkiem o plastikową tacę.

– Na jej widok zawsze mam wrażenie, że dziecko to prawdziwy cud. – Jon kucnął obok fotelika. – Jesteś tatusiową córeczką, prawda?

Katie nagrodziła ojca uśmiechem z czterema ząbkami.

Jon podniósł się, wziął z kuchennego blatu aparat i zaczął pstrykać zdjęcia.

Cały Jon, pomyślała Maryellen. Gdy zaczęła z nim współpracować w galerii sztuki na ulicy Harbor, przynajmniej z tuzin razy odmówiła, gdy chciał się z nią umówić. Były to czasy, gdy wolała z nikim się nie wiązać. Ale Jon nie dawał za wygraną, nalegał, więc w końcu się poddała. Zaczęli się spotykać i wkrótce z przerażeniem odkryła, że jest w ciąży. Uznała wówczas, że będzie lepiej wykreślić Jona ze swojego życia oraz trzymać go z dala od dziecka.

Jak wiele innych kobiet, postanowiła być samotną matką. Dopiero po urodzeniu Katie zrozumiała, jak bardzo pragnie i potrzebuje pomocy Jona w wychowywaniu dziecka, i jak bardzo córka potrzebuje ojca. Ale ocknęła się trochę za późno. Jon oczywiście kochał Katie, ale już nie chciał mieć nic do czynienia z jej matką.

Skończył fotografować Katie i skierował obiektyw nikona na Maryellen. Dawniej, na początku ich znajomości, bywała trochę skrępowana i jednocześnie dumna, gdy robił z niej swoją modelkę. Obecnie już nawet nie protestowała, gdy Jon robił jej zdjęcia nawet w najbardziej nieoczekiwanych chwilach. Był znakomitym fotografikiem, nie tylko perfekcyjnym rzemieślnikiem, ale prawdziwym artystą z Bożej łaski, jednym z niewielu wybrańców. Żywioł, instynkt, talent… Najbardziej swobodnie czuł się po drugiej stronie kamery, jego osobowość i emocje najlepiej ujawniały się w jego fotografiach.

– Chciałbym mieć ciebie i Katie przy sobie jak najszybciej. – Przewinął film i wyjął kasetę z aparatu.

– Jeszcze tylko dwa tygodnie. Zleci nie wiadomo kiedy.

Jon spojrzał na nią takim wzrokiem, jakby zamierzał się spierać, ale odpuścił.

– Wytrzymam jeszcze trochę – stwierdził.

– Oczekiwanie to połowa przyjemności. – Gdy niewyraźnie mruknął coś w odpowiedzi, zachichotała, bo domyśliła się, co miał na myśli. – Może poprosimy pastora Flemminga, aby poprowadził ceremonię? – Rzadko chodziła do kościoła, lecz najlepsza przyjaciółka jej matki, Olivia Lockhart, niedawno wyszła za Jacka Griffina i ślubu udzielił im właśnie pastor metodystów. Maryellen była zachwycona wzruszającą uroczystością.

– Nie chcesz skorzystać z usług pani sędzi Lockhart… lub raczej Griffin?

– Wolę ślub kościelny. – Maryellen lubiła Olivię, długoletnią przyjaciółkę rodziny, lecz już zdecydowała, że ślub cywilny to za mało. Pragnęła wypowiedzieć słowa małżeńskiej przysięgi w obliczu Boga. Wiedziała, że będzie kochać Jona do końca życia.

– Naprawdę chcesz wziąć ślub w kościele? Jesteś pewna?

– Albo w kościele metodystów, albo może lepiej na terenie twojej posiadłości? – Jon odziedziczył po dziadku działkę i zbudował na niej piękny, piętrowy dom, z którego rozciągał się widok na Cieśninę Pugeta i położony w oddali górski szczyt Rainier.

– W porządku. A co z przyjęciem?

– Też w domu. – Maryellen miała nadzieję, że nie stawia Jonowi zbyt wysokich wymagań. – Przecież nie zjawi się cały tłum gości, tylko rodzina i garstka przyjaciół. Wystarczy, że podamy tort i szampana. A jeśli pogoda dopisze, możemy nawet wziąć ślub na dworze. – Bujne rododendrony oraz azalie właśnie zaczęły kwitnąć i okolica domu wyglądała przepięknie.

– Co powiesz na trochę zakąsek? Mógłbym je przygotować dzień lub dwa wcześniej.

– Jon…

– Mój przyjaciel będzie robił zdjęcia, ale ciebie sam sfotografuję. – Coraz bardziej ekscytował się perspektywą ślubu i wesela.

Maryellen zrobiło się jeszcze cieplej na sercu.

– Zdołamy to wszystko zorganizować w dwa tygodnie?

– Oczywiście. Jeszcze jakieś pytania? – dodał na widok jej radosnego uśmiechu. – Co takiego? – spytał nieco podejrzliwie, bo wyczuł jej niepewność.

– Lista gości…

– Ile osób?

– Nie chodzi o ilość. Oczywiście zaproszę moją mamę, siostrę i kilka przyjaciółek, ale chciałabym dodać jeszcze dwie osoby, lecz nie wiem, czy się zgodzisz.

– Wiesz, że prawie niczego ci nie odmówię. – Jon pocałował jej skroń. – Kogo masz na myśli?

– Twojego ojca i macochę. – Przytuliła się do Jona, aby nie widzieć jego twarzy, gdy usłyszy jej prośbę. Dopiero niedawno wyznał, że rodzice jego kosztem ochronili młodszego syna. Podczas rozprawy sądowej złożyli kłamliwe zeznania obciążające Jona, dlatego skazano go za handel narkotykami. Jon spędził w więzieniu siedem lat, a od czasu otrzymania wyroku już nigdy nie rozmawiał ani z ojcem, ani z jego żoną.

– Nie. – Wypuścił Maryellen z uścisku. – Oni już nie należą do mojego życia. Sami ze mnie zrezygnowali i…

– Mają tylko ciebie. – Młodszy brat Jona zmarł tragicznie. Maryellen podejrzewała, że rodzice Jona żałują tego, co zrobili. Na pewno już dawno zrozumieli, że powinni byli zmusić młodszego syna do poniesienia kary za popełnione przestępstwo, zamiast wrabiać Jona.

– Nigdy więcej nie będziemy poruszać tego tematu, zrozumiałaś? – Tak mocno zacisnął dłonie na jej ramionach, że aż ją zabolało. – Mam tylko Katie i ciebie – oznajmił gniewnie i zaraz ją puścił. – Jesteście moją jedyną rodziną.

Chciała zaoponować, ponieważ pragnęła pomóc mu naprawić stosunki z ojcem i macochą, lecz Jon jeszcze nie był na to gotowy. Szkoda, bo przecież ci ludzie niedawno zostali dziadkami. Gdyby poznali malutką wnuczkę, mogłoby to zapoczątkować nowy, lepszy etap dla całej rodziny. Maryellen wiedziała jednak, że nie powinna mieszać się w skomplikowane familijne sprawy, zwłaszcza że Jon tak ostro zaprotestował.

– A co z podróżą poślubną? – spytał. – Wybierzemy się gdzieś chociaż na dzień lub dwa?

– Naprawdę tego chcesz? – Ostatnio była tak bardzo zajęta pakowaniem i planowaniem ślubu, że nawet nie pomyślała o żadnym wyjeździe.

– Jasne!

– Co powiesz na Thyme and Tide, pensjonat Boba i Peggy Beldonów? To podobno najlepsze miejsce w całym mieście.

– Nic z tego. Nie przyjmują żadnych gości aż do czasu wyjaśnienia tamtego morderstwa.

– Szkoda…

– Może spędzimy noc poślubną w Seattle? Gdyby twoja mama zgodziła się zaopiekować Katie.

– Och, będzie szczęśliwa!

– Więc jedziemy do Seattle. – Cmoknął Maryellen w czubek nosa, na co Katie zagulgotała radośnie, jakby zobaczyła coś bardzo śmiesznego. – To cię bawi, prawda? – Uśmiechnął się do dziecka. – Dobrze cię rozumiem.

– Będziemy mieć piękny ślub – z przekonaniem oświadczyła Maryellen. Dzięki tej świadomości całe to szaleńcze pakowanie i przewożenie rzeczy nabierało sensu. Już za dwa tygodnie zostanie żoną Jona. Ich trójka stanie się rodziną.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Charlotte Jefferson była trochę zdenerwowana, wybierając się do sądu. Wiele razy obserwowała swoją córkę Olivię w roli sędziny sądu rodzinnego okręgu Kitsap, lecz dzisiaj miała stanąć przed obliczem sędziego Robsona. Wraz z kilkoma najlepszymi przyjaciółkami musiała ponieść konsekwencje zakłócenia porządku publicznego, lecz jej zdaniem cel uświęcał środki. Jeśli ceną próby zmuszenia rady miejskiej do otwarcia kliniki w Cedar Cove będzie pobyt za kratkami, to trudno.

O pierwszej miała spotkać się z Laurą, Bess i kilkoma innymi osobami przed salą rozpraw sędziego Robsona.

Włożyła najlepszą sukienkę oraz kupiony wiele lat temu żółty kapelusz z szerokim rondem i białym piórkiem wsuniętym za rypsową wstążkę. Jeśli wyląduje w więzieniu, to przynajmniej wkroczy do celi ubrana jak na mszę.

Zdaniem Olivii i Jacka osadzenie za kratkami raczej nie wchodziło w rachubę, ale Charlotte słyszała plotki o sędzim Robsonie. Podobno był bardziej surowy niż Olivia, a niektóre wyroki traktował jako przestrogę dla innych, którzy wzorem zapuszkowanego łajdaka mogliby zboczyć z drogi cnoty.

Na dźwięk dzwonka kot Charlotte, Harry, zadziwiająco energicznie zeskoczył z łóżka i pomaszerował do saloniku. Jack i Olivia wyjechali w podróż poślubną i Charlotte nikogo się nie spodziewała. Usiłowała zachować sprawę sądową w tajemnicy, ponieważ wstydziła się tego, że została postawiona w stan oskarżenia. Nawet nie poprosiła Justine, swojej wnuczki, aby pojechała z nią do sądu. Olivia oczywiście wiedziała o całej sprawie i nie była nią zachwycona.

Charlotte spojrzała przez wizjer. Za progiem stał Ben Rhodes, jak zwykle elegancki i miły dla oka. Mimo swojego wieku Charlotte poczuła, że jej serce fiknęło koziołka. Była wdową od wielu lat i do niedawna sądziła, że już za późno, aby znów mogła się zakochać, jednak Ben udowodnił, jak bardzo się myliła.

– Ben! Co tutaj robisz? – Była zachwycona jego obecnością. – Przecież mieliśmy się spotkać w sądzie.

– Wiem, ale pomyślałem, że cię podwiozę. Gotowa do wyjścia?

– Jak wyglądam? – Przygładziła fałdy kwiecistej sukni i przez moment miała nieodparte wrażenie, że jest bohaterką musicalu z lat pięćdziesiątych. Dzięki Benowi ta cała afera bardziej przypominała podniecającą przygodę niż skandal.

– Prześlicznie. – Ben uśmiechnął się z aprobatą.

Charlotte często myślała, że Ben mógłby udawać bliźniaka kubańskiego filmowego amanta Cesara Romera. Byli do siebie bardzo podobni i tacy atrakcyjni…

– Och, Ben… – Znów ogarnęło ją zdenerwowanie. – Sama nie wiem, czego się spodziewać.

– Spokojnie, kochanie. – Pogłaskał jej dłoń. – Nie sądzę, żeby rada miejska chciała zaprezentować się w negatywnym świetle. Wyobraź sobie, jak obsmarowałyby ją gazety Seattle, gdyby nasze miasteczko ukarało tutejszych emerytów za demonstrację w interesie służby zdrowia.

– To było nielegalne zgromadzenie – mruknęła Charlotte. – Ale chętnie odsiedzę swoje, jeśli za tę cenę obudzimy nasze miasteczko. – Wystarczyła sama obecność Bena, aby wstąpił w nią nowy duch.

– Zgadzam się z tobą, ale więzienie raczej nam nie grozi. Prawdopodobnie tylko zapłacimy grzywnę.

Nadal miała wątpliwości. Co będzie, jeśli zostanie uznana za prowodyra? Zdecydowanie przeciwstawiła się szeryfowi Davisowi, a przyjaciele ją poparli. Sędzia Robson może ocenić ją bardzo surowo… przecież cieszył się złą sławą.

– Wynająłem adwokata.

Wcześniej zamierzał sam reprezentować ich w sądzie. Widocznie zmienił zdanie, pomyślała Charlotte. Sama nikogo nie zatrudniła do obrony. Prawnicy kazali sobie słono płacić, poza tym należą do prawniczej branży, więc byłby to jakiś znajomy Olivii.

– Pani mecenas Sharon Castor będzie czekać na nas w sądzie – dodał Ben.

– Och, tylko nie ona! – Sharon i Olivia często spotykały się po przeciwnych stronach na sali sądowej. Niedawno były zaangażowane w sprawę rozwodową Rosemary Cox, a Olivia wydała kontrowersyjny wyrok, notabene który, jak sądziła Charlotte, skłonił Coksów do odnowienia związku. – No dobrze… – Westchnęła. – Co będzie, to będzie. – Poszła do sypialni po podręczną torbę z lekarstwami i kremem na noc. Wzięła też żakiet, tak na wszelki wypadek. Dzień był chłodny, a w więziennych celach ponoć panowały przeciągi. Po raz ostatni rozejrzała się po pokoju. W najgorszym razie będzie musiała poprosić Justine, aby zaopiekowała się kotem.

– Charlotte… – Ben na jej widok pokręcił głową. – Naprawdę nie potrzebujesz tej walizki.

– Nigdy nie wiadomo. Wolę mile się rozczarować, niż żałować, że czegoś nie dopilnowałam. – Było to jej ulubione motto.

Ben nie zdołał jej przekonać, więc w końcu włożył neseser do bagażnika. W sądzie od razu skierowali kroki do sali sędziego Robsona. Przed drzwiami już czekały Helen, Laura i Bess, przyjaciółki Charlotte.

– Słowo daję, jeśli ktoś spróbuje mnie zrewidować, to koniec z nim! – oświadczyła Bess, przybierając pozę karateki.

– Znowu oglądałaś „Karate Kid”? – mruknęła Charlotte. Kilka lat temu wszyscy z Klubu Seniora im. Henry'ego M. Jacksona uczęszczali na lekcje samoobrony i Bess nie opuściła ani jednej z nich.

– Wcale nie żartuję, Charlotte – fuknęła urażonym tonem.

– Myślicie, że sędzia pozwoli nam zabrać do więzienia robótki na drutach? – spytała Laura. – Muszę przed świętami udziać kilka prezentów i przydałoby mi się trochę wolnego czasu.

Charlotte nie zdążyła odpowiedzieć, bo podeszła do nich Sharon Castor.

– Jesteśmy w komplecie? – spytała.

– Tak – oznajmił Ben.

– Wynajął dla nas obrońcę – szeptem poinformowała przyjaciółki Charlotte. – I uważa, że najwyżej zostaniemy ukarani grzywną.

– Tylko tyle? – Laura nie kryła rozczarowania. – Chętnie poszłabym do więzienia.

– Boże, błogosław Benowi. – Bess najwyraźniej wolała zachować wolność. W dziękczynnym geście złożyła dłonie i wzniosła oczy ku niebu.

Charlotte była zadowolona, że nie musi zmierzyć się ze wszystkim sama. Czuła się odpowiedzialna za przyjaciół, ponieważ to przez nią mieli kłopoty.

– Nasza sprawa jest następna na liście – oznajmiła Sharon Castor. – Wejdźmy do sali razem.

Charlotte poprawiła kapelusz. Ben wziął ją za rękę i cała grupka podążyła za Sharon. Okazało się, że w sali zebrało się mnóstwo ludzi i wszystkie ławki były zajęte.

– Jesteśmy z tobą, Charlotte! – zawołała siedząca obok męża Peggy Beldon.

Oszołomiona Charlotte zauważyła także Justine i jej męża Setha, który trzymał na kolanach maleńkiego Leifa. Justine pomachała ręką i oczy Charlotte zamgliły się łzami wzruszenia. Wyglądało na to, że przynajmniej połowa mieszkańców miasteczka chciała zademonstrować poparcie dla oskarżonych.

Helen i Bess kroczyły z tak dumnymi minami, jakby brały udział w paradzie z okazji Dnia Niepodległości.

– Spodziewałeś się czegoś takiego? – Charlotte spojrzała na wyższego od niej o ponad głowę Bena.

– Skądże. Patrz, jest nawet Troy Davis.

Szeryf, który ich aresztował, zjawił się w sądzie, aby poprzeć ich sprawę. Charlotte lubiła Troya i była skłonna mu wybaczyć. Przecież najpierw próbował skłonić demonstrujących emerytów do rozejścia się, lecz jako zaprzysiężony obrońca prawa musiał zareagować, gdy odmówili. Lecz jego obecność dobitnie świadczyła o tym, że jest po ich stronie.

– Przyszli też Roy i Corrie McAfee – szepnął Ben.

Państwo McAfee mieszkali w Cedar Cove od niedawna. Roy kiedyś był policyjnym śledczym w Seattle, a po przejściu na emeryturę otworzył własną agencję detektywistyczną.

Grace Sherman podeszła do Charlotte, serdecznie ją uściskała i powiedziała cicho:

– Olivia prosiła, żebym tu wpadła. Zaprosiłam również kilku czytelników z naszej biblioteki, żeby też wyrazili swoje poparcie dla was.

Charlotte ścisnęła dłoń Grace, która od niepamiętnych czasów była najlepszą przyjaciółką Olivii. Córka nie mogła się zjawić, ponieważ wraz z Jackiem pojechała w podróż poślubną na Hawaje.

Po chwili do sali wślizgnęła się Maryellen Sherman, a za nią Jon z Katie na rękach. Charlotte lubiła tego fotografa i cieszyła się na myśl, że młodzi wkrótce się pobiorą. Uważała, że powinni to zrobić już dawno, lecz oczywiście nikt nie pytał jej o zdanie.

– Proszę wstać, sąd idzie – oznajmił woźny. – Przewodniczy sędzia Robson.

Sędzia wyszedł z bocznej salki i zajął miejsce za wielkim biurkiem. Charlotte poczuła, że jej puls przyśpieszył tempo, i dopiero teraz, gdy sędzia zaczął czytać akt oskarżenia, zdała sobie sprawę z tego, jak bardzo się boi. Skończyły się żarty na temat ciosów karate i robienia na drutach w celi.

Sharon Castor na szczęście okazała się doskonałą profesjonalistką i Charlotte nabrała do niej przekonania.

– Wysoki Sądzie. – Sharon zrobiła dwa kroki w stronę biurka. – Proszę spojrzeć na oskarżonych. Kogo Wysoki Sąd widzi?

– Panno Castor… – Sędzia rzucił okiem na listę przewinień. – Widzę oskarżonych o zorganizowanie nielegalnego zgromadzenia, o odmowę rozejścia się oraz…

– Tak, Wysoki Sądzie, lecz moi klienci pragnęli w ten sposób uświadomić wszystkim coś ważnego. Nie mogli tego zrobić w inny sposób. Oskarżeni uważają, że w Cedar Cove trzeba otworzyć klinikę, z czym zresztą całkowicie się zgadzam.

– Powinni byli najpierw porozmawiać z członkami rady miejskiej.

– Próbowaliśmy, Wysoki Sądzie! – bez namysłu wypaliła Charlotte. – Pan Rhodes i ja wzięliśmy udział w kilku zebraniach rady, ale niczego nie osiągnęliśmy – kontynuowała, zdumiona swoją odwagą. – Zdaniem burmistrza Bensona Cedar Cove nie stać na placówkę służby zdrowia, chociaż jest ona…

– Nie będziemy w tym miejscu dyskutować o potrzebie otwarcia poradni – skarcił Charlotte sędzia.

– Tak, Wysoki Sądzie – mruknęła potulnie, a Ben uśmiechem dodał jej otuchy.

Następnie zabrał głos prokurator, który najwyraźniej nie miał zamiaru posłać ich za kratki. Pokrótce streścił przebieg zajścia i wrócił na swoje miejsce. Sharon Castor spróbowała znów zabrać głos, lecz sędzia Robson ostrzegawczo uniósł dłoń.

– Proszę się nie wysilać, panno Castor. Już podjąłem decyzję. – Sędzia spojrzał na piątkę oskarżonych. – Wygląda na to, że pragnęliście zainteresować mieszkańców ideą otwarcia kliniki. I niewątpliwie wam się to udało. Połowa miasta tu się zjawiła, żeby was poprzeć. Jeśli jest też ktoś z rady miejskiej, to mam nadzieję, że robi notatki. Osobiście nie widzę żadnych korzyści z ukarania pięciorga obywateli pragnących polepszyć jakość naszego życia w Cedar Cove. Jeśli dacie mi słowo honoru, że nie będziecie demonstrować bez uprzedniej zgody władz, to od razu zamknę sprawę.

Oskarżeni natychmiast dali słowo.

Sędzia stuknął młotkiem, a sala zatrzęsła się od braw i okrzyków aplauzu. Ludzie gratulowali dzielnym demonstrantom, traktując ich jak miejscowych bohaterów. Charlotte i Ben podziękowali wszystkim za gorące poparcie oraz uścisnęli dłoń Sharon Castor, wdzięczni za jej pomoc. Poza tym sprawa dowiodła, że można liczyć na solidarność społeczności Cedar Cove, co bardzo uradowało Charlotte.

Ben odwiózł ją do jej domu.

– Nie przypuszczałam, że aż tyle ludzi wie o naszej akcji i jej konsekwencjach – przyznała Charlotte, wysiadając z samochodu.

– Mnie też to zaskoczyło. – Ben szarmancko przytrzymał drzwiczki.

– Grace pewnie namówiła tabuny ludzi, żeby nas wsparli.

– Jeszcze raz jej podziękuję, gdy będę w bibliotece.

– Ja też. – Zamierzała powiedzieć Olivii, jak bardzo pomocna okazała się jej przyjaciółka.

– Charlotte Jefferson, w Cedar Cove uwielbia cię mnóstwo ludzi – stwierdził Ben, gdy wchodzili po schodkach na ganek.

– To wzruszające, że tylu przyjaciół znalazło czas w godzinach pracy, aby przyjść do sądu – powiedziała, szukając w swojej przepastnej torebce kluczy.

– Jest jeszcze ktoś, kogo powinnaś dopisać do listy kochających cię osób. – Ben postawił na podłodze neseser Charlotte i usiadł na wyściełanym fotelu-huśtawce.

– Kto to taki? – Zastanawiała się, czy przypadkiem nie włożyła kluczy do walizeczki.

– Ja.

Charlotte zamarła. Ben właśnie wyznał jej miłość, a uczynił to w najmniej spodziewanym momencie.

– Chcesz przez to powiedzieć, że jesteś we mnie zakochany, Benie Rhodesie?

– Właśnie to. – Patrzył jej prosto w oczy. – I zastanawiam się, czy odwzajemniasz moje uczucia.

Czyżby tego nie wiedział? Nawet się nie domyślał? Niewiarygodne!

– Też cię kocham, Ben, i to od dawna – oświadczyła z mocą i natychmiast się zarumieniła. – Masz ochotę na szklankę lemoniady, żeby oblać nasze zwycięstwo? – Wreszcie znalazła klucze i otworzyła drzwi.

– Jeszcze jak. – Ben wszedł za nią do wnętrza. – I przy okazji może skradnę buziaka.

– A ja może ci na to pozwolę.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Budzik zabrzęczał głośno i Grace Sherman przypomniała sobie, że mogła pospać trochę dłużej. W środy otwierała bibliotekę dopiero o jedenastej, lecz skoro już się zbudziła, to wylegiwanie się w pościeli nie miało sensu. Z westchnieniem odrzuciła kołdrę, usiadła i wsunęła stopy w kapcie. Następnie szybko posłała łóżko.

A właściwie tylko jego połowę. Miała do swojej dyspozycji całe, ponieważ jej mąż, którego poślubiła ponad trzydzieści lat temu, już nie żył, lecz mimo to nadal spała po jednej stronie łóżka. Trudno zmienić długoletnie nawyki. Zresztą wcale nie chciała tego robić. Dzięki rutynowym zwyczajom czuła się spokojniej i pewniej. Bardzo tego potrzebowała, ponieważ ostatnio jej życie stawało się coraz bardziej chaotyczne.

A jeszcze trzy lata temu wszystko wydawało się takie normalne. Jej małżeństwo, choć może nie najszczęśliwsze, nie było też nieszczęśliwe. Życie płynęło gładko, w utartym rytmie. I nagle Dan zniknął. Przez cały rok Grace nie miała pojęcia, co stało się z jej mężem, dokąd się udał, gdzie i z kim mieszka. W końcu pogodziła się z tym, że pewnie porzucił ją dla innej kobiety. Jednak wkrótce po tym, gdy zdołała zaakceptować ten fakt, odnaleziono ciało Dana. Wyszło na jaw, że się zastrzelił.

Był to dla niej szok, lecz jakoś dała sobie radę, ponieważ już nauczyła się żyć w pojedynkę i miała za sobą te pierwsze najtrudniejsze miesiące, kiedy czuła się bardzo samotna. Wkrótce po zniknięciu Dana poznała Cliffa Hardinga, mieszkającego w Olalla hodowcę koni. Cliff pragnął związać się z nią na stałe, lecz cierpliwie czekał, aż ona dojrzeje do takiej decyzji. Grace potrzebowała trochę czasu, by przywyknąć do nowej sytuacji. Umawiała się z chłopakami całe wieki temu, a tak naprawdę jedynym mężczyzną w jej życiu był Dan. Dopiero po pogrzebie męża z wahaniem zgodziła się na randkę z Cliffem. Zaczęli się widywać, lecz Grace wkrótce popełniła kolosalny błąd, bo wdała się w internetowy romans.

Kontakty z Willem Jeffersonem, starszym bratem jej najlepszej przyjaciółki, początkowo były całkiem niewinne. Dawno temu trochę się w nim podkochiwała, lecz nic z tego nie wynikło. Po maturze Will wyjechał studiować na Wschodnie Wybrzeże i został tam na stałe. Po śmierci Dana napisał do Grace list, a później podtrzymali korespondencję za pomocą mejli. Will prawił komplementy, stał się jej przyjacielem i zanim zdała sobie sprawę z tego, co się dzieje, już była zakochana po uszy. Nie przeszkadzało jej nawet to, że Will jest żonaty.

Okazała się taką idiotką! Wstydziła się tego do tej pory. Początkowo udawała sama przed sobą, że Will i ona są tylko dobrymi kumplami, a jego stan cywilny nie ma w tym układzie znaczenia, ale w głębi duszy pragnęła mieć Willa tylko dla siebie. Gdy zapewnił ją, że rozwodzi się z żoną, żarliwie mu uwierzyła. Na szczęście w porę poznała prawdę i zdołała zachować trochę godności, lecz zapłaciła za swoją głupotę wysoką cenę.

Utraciła miłość, przyjaźń i szacunek Cliffa Hardinga. Przez kilka miesięcy bardzo go zaniedbywała, karmiła kłamstwami… i w konsekwencji nie chciał mieć już z nią nic do czynienia. Oświadczył, że będzie najlepiej, jeśli każde z nich pójdzie w swoją stronę. Grace dwa razy prosiła go o wybaczenie i drugą szansę, a on dwa razy odmówił.

Zrobiłaby wszystko, aby pogodzić się z Cliffem. Zrozumiała, że tak naprawdę wcale Willa nie kochała, tylko była nim zauroczona, a głębokimi uczuciami darzyła Cliffa.

Nie wątpiła, że Cliff nadal ją kocha, lecz nie chciał nawet słyszeć o odnowieniu związku. Na tle niewierności miał głęboki uraz, bo już raz się sparzył. Żona zdradzała go przez wiele lat, więc nie chciał drugi raz ryzykować.

Zerwał z Grace na dobre.

Czuła się strasznie samotna. Miała tylko pracę, małe grono dobrych przyjaciół oraz dwie córki i wnuki.

W kapciach i szlafroku podreptała w towarzystwie psa do kuchni. Buttercup wyślizgnęła się z domu przez psie drzwiczki, a Grace przyniosła z ganku gazetę, położyła ją na kuchennym stole i zaparzyła dzbanek kawy.

Samotność mogła wkrótce stać się jeszcze bardziej dojmująca, ponieważ Olivia wyszła powtórnie za mąż. Grace cieszyła się ze szczęścia najlepszej przyjaciółki, lecz jednocześnie obawiała się, że Olivia nie będzie już miała dla niej tyle czasu, co dawniej. Grace za nic w świecie nie chciałaby dopuścić do uwiędnięcia ich przyjaźni. Już i tak z powodu romansu z bratem Olivii trochę się od niej odsunęła.

– Chodź tutaj, Buttercup – powiedziała do suczki, która właśnie wróciła do kuchni. – Zobaczymy, co ma dzisiaj w planie nasze miasteczko? – Napełniła filiżankę kawą, a pies zaczął chłeptać wodę z miski. Wieczorem miała się odbyć zbiórka funduszy dla schroniska dla zwierząt. Grace zaczęła tam działać po zerwaniu z Willem i Cliffem. W dwie soboty w miesiącu rozmawiała z potencjalnymi właścicielami zwierzaków, karmiła je oraz wyprowadzała psy na spacer. Na prośbę Janet Webb chętnie zgodziła się również wziąć udział w zbieraniu datków.

Dokończyła kawę, przebiegła wzrokiem jeszcze kilka nagłówków i poszła się ubrać. Włożyła spodnie w kolorze khaki, białą bluzkę i ulubiony czarny sweter.

Popołudnie w bibliotece minęło bardzo szybko. Po pracy Grace nie pojechała do domu, tylko poszła na spacer wzdłuż wybrzeża. Przystań zawsze wyglądała pięknie, zwłaszcza o tej porze roku. Za dwa miesiące w każdy czwartkowy wieczór miały się odbywać doroczne koncerty na świeżym powietrzu. W zeszłym roku często przychodziła tu z Cliffem. Kupowali kolację i zjadali ją, siedząc na trawie, słuchając muzyki…

Potrząsnęła głową, aby wyrugować z myśli bolesne wspomnienia. Przecież Cliff stanowczo oświadczył, że z nią zrywa, więc lepiej się z tym pogodzić.

Przed pójściem na zebranie wstąpiła do Potbelly Deli, kupiła kanapkę i zjadła ją, siedząc sama przy małym stoliku. Później pojechała do schroniska.

– Tak się cieszę, że jesteś w naszym komitecie – powitała ją Janet Webb i przedstawiła Mary Sanchez oraz Margaret White, które od dawna udzielały się w schronisku. Janet i Margaret były w wieku Grace, natomiast Mary wyglądała na trzydzieści parę lat. – Musimy wymyślić jakąś akcję, w której weźmie udział całe nasze miasteczko – dodała Janet, gdy Grace usiadła przy stole w sali konferencyjnej. – Do tej pory zawsze sprzedawałyśmy domowe wypieki i myłyśmy samochody.

– Raz myłyśmy również psy – przypomniała Margaret.

– Tak, ale w tym roku zorganizujmy coś na większą skalę.

– Może aukcję kawalerów? – zasugerowała Mary. Było jasne, że już przemyślała ten pomysł i uznała za ekscytujący.

– Czy ja wiem… – powiedziała bez entuzjazmu Janet. – Jestem mężatką, podobnie jak wiele innych kobiet w naszym miasteczku.

– A ja jestem panną i chętnie zapłacę za towarzystwo jakiegoś przystojniaka, z którym spędzę cały wieczór. Dam głowę, że poprze mnie sporo wolnych pań. – Mary zerknęła na Grace.

Grace nie była tego taka pewna, ale nie chciała przygasić entuzjazmu Mary.

– Zauważyłyście, że ostatnio mamy więcej zwierzaków do adopcji? – spytała. – Zwłaszcza psów. A może… – Nagle zaświtała jej interesująca myśl. – A gdybyśmy tak połączyły obie aukcje?

– Aukcję psów z aukcją kawalerów?

– No właśnie! – Grace bardzo zapaliła się do tego pomysłu. – Każdy kawaler prowadziłby jednego psiaka.

– Brzmi obiecująco – przyznała Janet.

– Kawalerowie musieliby być w różnym wieku, prawda? – spytała Mary.

– Oczywiście. – Janet uśmiechnęła się leciutko.

– Trzeba koniecznie poprosić o udział Cliffa Hardinga – oświadczyła Margaret White. – Od wieków nie widziałam bardziej atrakcyjnego mężczyzny. No i pan Harding jest nieżonaty.

– Nie bardzo wiem, o kim mówisz. – Janet zmarszczyła brwi.

– O Cliffie Hardingu – powtórzyła Margaret. – Ty może go nie zauważyłaś, ale ja tak, i to bardzo tak. Wspaniały facet.

– Grace, o ile dobrze pamiętam, kiedyś spotykałaś się z nim, prawda? – spytała Mary.

Zdołała tylko skinąć głową. Cliff był idealnym kandydatem do udziału w aukcji kawalerów. Entuzjazm Grace natychmiast wyparował, lecz jakimś cudem zdołała tego nie okazać.

– Kto jeszcze mógłby się poświęcić dla aukcji na cele dobroczynne? – spytała Janet.

– Może Bruce Peyton? – zasugerowała Grace. – To wdowiec, który raz w tygodniu przyprowadza córeczkę do biblioteki.

– Jego żona zginęła w wypadku samochodowym – dodała Mary. – Kiedy to było?

– Jakieś dwa, trzy lata temu – odparła Margaret. – Co za tragiczny wypadek. Znałam jej matkę, Sandy. Niedługo po śmierci córki zmarła na raka.

Jakie to straszne, że mała dziewczynka w takim krótkim czasie straciła zarówno matkę, jak i babcię, pomyślała Grace. Bruce był kochającym ojcem i dobrze opiekował się córką, choć na pewno nie było mu łatwo.

– Ben Rhodes zawrócił w głowie kilku paniom w Klubie Seniora – oznajmiła Grace. Ciekawe, co o tym myśli Charlotte, dodała w duchu.

– Tak, Ben świetnie się nadaje – z aprobatą przyznała Mary. – Poza tym służył w marynarce, więc może namówiłby do udziału w aukcji kilku młodych marynarzy.

– Wspaniały pomysł. – Janet była coraz bardziej podekscytowana planowaną imprezą. Pośpiesznie zapisała kolejne nazwiska. – Barry Stokes chętnie poświęci trochę czasu na aukcję charytatywną.

Barry był właścicielem domu aukcyjnego, który mieścił się w wielkiej, odrestaurowanej stodole. Pomalowany na czerwono budynek stał niedaleko autostrady.

– To będzie fantastyczna aukcja! – Mary nie kryła podniecenia.

– Z pewnością o wiele lepsza niż kolejna sprzedaż domowych ciast.

– Porozmawiajmy z Sethem i Justine Gundersonami – zaproponowała Grace. – Może udostępnią nam Latarnię Morską?

– Byłoby wspaniale – przyznała Mary. – Przecież chcemy aukcji z klasą, a ta restauracja jest i odpowiednio szykowna, i wystarczająco duża.

– Spróbuję załatwić Latarnię. – Janet zaczęła robić notatki. – Skontaktuję się też z Barrym. Mary i Margaret, może przygotujecie listę potencjalnych kawalerów? – Gdy skinęły głowami, wycelowała długopis w Grace. – Mogłabyś zająć się reklamą? Zrobić plakaty, umieścić ogłoszenie w gazecie, załatwić parę minut w radiu?

– Oczywiście.

– Na następnym zebraniu rady poproszę o pomoc ochotników, którzy pomogą podczas imprezy – oświadczyła zadowolona Janet. – Zobaczycie, wreszcie trafimy w dziesiątkę.

Omówiły jeszcze kilka szczegółów i rozstały się po ósmej. Margaret White poszła wraz z Grace w stronę parkingu.

– Już wiem, który kandydat jest w moim guście – oświadczyła. – Mogę wystawić czek in blanco za wieczór z Cliffem Hardingiem. – Gdy Grace uśmiechnęła się z przymusem, dodała podniecona jak nastolatka: – Prawie omdlewam, gdy przychodzi do kliniki. – Margaret pracowała w klinice weterynaryjnej. – Do zobaczenia w przyszłym tygodniu.

– Do zobaczenia…

Grace wsiadła do samochodu i zacisnęła dłonie na kierownicy. Na myśl o Cliffie z inną kobietą poczuła ogromny żal, smutek, samotność. Wiedziała jednak, że musi pogodzić się z utratą Cliffa.

Cóż, sama sobie była winna.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Peggy kończyła nakrywać do stołu, a Bob robił porządek w saloniku. Był zadowolony, że żona postanowiła podać obiad w kuchni, a nie w jadalni. Olivia i Jack już wrócili z podróży poślubnej i mieli ich dzisiaj odwiedzić.

Bob uważał Jacka Griffina nie tylko za członka rodziny, lecz również za przyjaciela. Poznał go w Spokane, podczas jednego ze spotkań Anonimowych Alkoholików, w których nadal brał udział, choć nie pił już od wielu lat. Jack potrzebował w AA sponsora i Bob zgodził się nim zostać. Tak rozpoczęła się ich przyjaźń.

Po przyjeździe ze Spokane do Cedar Cove Bob i Peggy kupili dom. Jack przyjechał do nich z wizytą i zakochał się w uroczym małym miasteczku. Gdy zwolniło się stanowisko redaktora „The Cedar Cove Chronicle”, Jack, który był zdolnym i doświadczonym dziennikarzem, zgłosił swoją kandydaturę i został przyjęty. Zamieszkał w Cedar Cove, a wkrótce potem poznał sędzinę Olivię Lockhart. Przypuścił szturm i w końcu zdołał ją przekonać, żeby za niego wyszła. Bob z dumą został drużbą na jego ślubie.

– Kochanie, mógłbyś nalać wodę do szklanek? – Peggy nadal krzątała się po kuchni.

– Jasne. – Żona była prawdziwym skarbem. Uprawiała warzywa, hodowała kwiaty, wspaniale dbała o dom i gotowała jak kucharz w najlepszej restauracji. Bob odetchnął aromatem zapiekanki z kurczaka, szynki i żółtego sera i poczuł, że ślinka napływa mu do ust. Peggy przygotowała też pyszną sałatkę z brokułów oraz pulchniutkie purée z ziemniaków. Od niedawnej wizyty szeryfa Davisa codziennie gotowała ulubione potrawy Boba, jakby chciała uprzyjemnić mu ostatnie dni życia. Wiedział, że żona zamartwia się o niego, choć za nic się do tego nie przyzna. A on udawał głupiego, aby sprawić jej przyjemność.

Sukces pensjonatu był w dużej mierze zasługą Peggy. Umiała sprawić, że goście czuli się jak u siebie w domu. Bob, uzdolniony majsterkowicz, nie deprecjonował swoich zasług, lecz to Peggy łączyła wszystko w harmonijną całość.

Wrzucił do dzbanka kostki lodu, nalał wodę i podszedł do Peggy. Zatrzymał się za jej plecami, objął.

– Bob… – zaprotestowała, gdy pocałował ją w szyję. – Goście zaraz się zjawią.

– Mhm…

– To jest ich miodowy miesiąc, nie nasz.

– Czyli nie masz ochoty na szybki numerek?

– Bob!

– Mam to rozumieć jako „tak” czy „nie”?

– Jako „tak”, ale możesz poczekać, aż goście wyjdą? – spytała z udawanym zniecierpliwieniem.

Ale Bob nie dał się nabrać. Za dobrze ją znał. Ich małżeństwo miało za sobą wzloty i upadki, lecz te ostatnie nigdy nie zrujnowały udanego życia seksualnego. Peggy przejawiała imponujące talenty również w sypialni i Bob niezmiernie to cenił.

Na dźwięk dzwonka wypuścił Peggy z objęć, a ona ostentacyjnie poprawiła bluzkę.

– Chcesz, żebym otworzyła?

– Nie, ja to zrobię.

Wyczuł, że Peggy jest stremowana. Niezbyt dobrze znała Olivię, a jak wyczuwał, chciała się z nią zaprzyjaźnić, nie była jednak pewna, czy jest to możliwe. Od dawna nie próbowała tak bardzo zaimponować komuś wystawnym obiadem, dlatego Bob był zadowolony, że obiad w kuchni zyska nieoficjalny charakter, co spodoba się zarówno Jackowi, jak i Olivii.

Nowożeńcy sprawiali wrażenie nieziemsko szczęśliwych. Jack obejmował Olivię, jakby chciał trzymać ją jak najbliżej siebie.

– Witajcie. – Bob odsunął się, by wpuścić ich do środka. – Wyglądacie wspaniale.

– Bo jesteśmy wspaniali. – Jack z uśmiechem spojrzał na Olivię.

Bob musiał przyznać, że są interesującą parą. Jack z urodzenia był luzakiem, natomiast Olivia z natury była powściągliwa, a jednak stworzyli znakomity duet. Uzupełniają się doskonale, pomyślał Bob, podobnie jak my.

– Witamy. – Do saloniku weszła Peggy.

– Dzień dobry. – Jack cmoknął ją w policzek.

– Mam nadzieję, że podróż poślubna się udała.

– Tak, było wspaniale – z uśmiechem przyznała Olivia. – Niestety jutro z samego rana wracamy do pracy.

– Muszę przygotować piątkowe wydanie gazety, a Olivia ma sesję w sądzie. – Jack zerknął na zegarek. – Przyszliśmy za wcześnie?

– Skądże, jesteście bardzo punktualni. – Peggy odebrała od nich wierzchnie okrycia. – Na chwilę wrócę do kuchni i zaraz podaję obiad.

– Mogę w czymś pomóc? – Olivia ruszyła za Peggy.

– Nie, właściwie wszystko już gotowe, ale możesz dotrzymać mi towarzystwa.

Bob ucieszył się, że kilka minut spędzi sam na sam z przyjacielem. Usiedli w głębokich fotelach po obu stronach kominka.

– Bardzo dobrze wyglądasz, Jack. Małżeństwo ci służy, prawda?

– Nie mam pojęcia, dlaczego Olivia tak ociągała się ze ślubem. Ta kobieta mnie uwielbia. – Jack wielce się ubawił własnym dowcipem.

– Aha… Pewnie więc uważasz, że Peggy i ja zaprosiliśmy cię na obiad, bo masz taką wyjątkowo czarującą osobowość.

– A jest jakiś inny powód?

Bob przez chwilę milczał. Zamierzał poruszyć dręczący go temat trochę później, lecz Jack właśnie dał mu idealny pretekst.

– Jesteś moim najlepszym przyjacielem. Wiesz o tym, prawda?

– Jasne. – Poważny ton Boba sprawił, że Jack już nie był rozbawiony.

– Chciałbym prosić cię o przysługę.

– Nie ma sprawy.

– Dzięki, Jack.

– Czy to ma coś wspólnego z Maxwellem Russellem?

– Tak.

– Zdarzyło się coś nowego?

– Nie, ale w ubiegłym tygodniu wpadł tutaj z wizytą Troy Davis. Jego zdaniem może mi grozić… niebezpieczeństwo.

– Jakieś konkrety?

– Troy tylko spekuluje, ale dwóch z czteroosobowej grupy żołnierzy już nie żyje. Wiadomo, że ktoś zabił Maksa. Dan co prawda popełnił samobójstwo, ale obaj zmarli prawie w tym samym czasie. Też mnie to niepokoi. Musi być jakiś związek…

– A co z waszym czwartym kolegą?

– Troy powiedział Samuelsowi, aby na siebie uważał. Zbyt wiele pytań nadal pozostaje bez odpowiedzi.

– Sugerował, co powinieneś zrobić?

– Podobno byłoby najlepiej, gdybym wraz z Peggy wyjechał na długie wakacje.

– Więc co, u licha, jeszcze tutaj robicie?

Bob wygodniej rozsiadł się w fotelu. Usiłował nie okazać, jak bardzo zadręcza się zaistniałą sytuacją. Chciał wierzyć, że przyjaciel złapie się na udawaną obojętność. – Davis ci nie powiedział, że jesteś upartym osłem? – spytał Jack, nie kryjąc zdenerwowania.

– Ujął to… trochę inaczej.

– Co o tym wszystkim sądzi Peggy?

– Każde z nas ma swoje zdanie. Zgodziłem się na zamknięcie pensjonatu do czasu wyjaśnienia sprawy. Finansowo dostaniemy w plecy, ale damy sobie radę.

– Program jednego dnia?

– Powierzyć wolę i życie opiece Boga. – Bob także zacytował dobrze znaną maksymę Anonimowych Alkoholików.

– Co mogę dla ciebie zrobić?

– Na razie nic, ale gdyby mi się coś stało…

– Nic ci się nie stanie.

– Jack, nie można przewidzieć przyszłości. – Bob nie zamierzał się spierać, lecz dla spokoju ducha potrzebował deklaracji z ust Jacka. – Jeśli obawy Davisa nie są bezpodstawne, to w każdej chwili mogę wyciągnąć kopyta. Podobnie jak Max.

– Ale…

– Wielu rzeczy nie sposób ani zapomnieć, ani wybaczyć. – Bob najbardziej ze wszystkiego, co zrobił w życiu, żałował udziału w masakrze podczas wojny wietnamskiej. Owszem, uczynił to nieumyślnie, ale…

– Co chcesz, żebym zrobił?

– W razie potrzeby zaopiekuj się Peggy. – Bob martwił się również o swoje dzieci. Hollie i Marc mieszkali niedaleko Spokane. Peggy utrzymywała z nimi bliskie kontakty, a on rozmawiał z synem i córką raz na tydzień.

– Wiesz, że uczynię wszystko, co w mojej mocy, gdy będzie trzeba jej pomóc – obiecał Jack.

Bob nie wyobrażał sobie, aby po jego śmierci któreś z dzieci zdecydowało się na przeprowadzkę do Cedar Cove. Hollie i Marc kochali matkę, lecz każde z nich miało swoje życie.

– Napisałem listy do syna i córki. Daj im je, gdyby zdarzyło się najgorsze. – Wręczył Jackowi dwie koperty.

– Załatwione.

Bob podniósł wzrok akurat w chwili, gdy do saloniku weszła Peggy wraz z Olivią.

– Dlaczego siedzicie tutaj z takimi ponurymi minami? Obiad czeka.

– Obiad? – Bob zerwał się z fotela. – Dlaczego nas nie zawołałyście?

– Obiad? – powtórzył Jack z uśmiechem. – Co za wspaniały pomysł.

Po rozmowie z Jackiem Bobowi wyraźnie poprawił się humor. Zrobił, co trzeba, więc niech się dzieje wola nieba.