Skradzione piękno - Diana Brzezińska - ebook + książka
NOWOŚĆ

Skradzione piękno ebook

Diana Brzezińska

5,0

136 osób interesuje się tą książką

Opis

Najbardziej tajemnicza artystka w Polsce.

Seria obrazów wartych fortunę.

I kobiety, które znikają bez śladu.

Astrid podbiła świat sztuki portretami z cyklu Skradzione piękno. Każdy obraz przedstawia prawdziwą kobietę. Każdy zachwyca krytyków. I każdy skrywa sekret.

Oskar Pieniążek – asystent malarki i fan podcastów kryminalnych – zaczyna łączyć fakty, które nigdy nie powinny wyjść na jaw, gdy po latach odnalezione zostają zwłoki jednej z muz artystki. Bo może Astrid nie tylko maluje swoje modelki. Może zabiera im coś znacznie cenniejszego.

„Skradzione piękno” to mroczny thriller kryminalny o obsesji sztuki, pragnieniu sławy i cenie, jaką płaci się za nieśmiertelność.

Zanim spojrzysz na kolejny portret, zadaj sobie pytanie: czy na pewno chcesz wiedzieć, co stało się z modelką?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 416

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (3 oceny)
3
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
AT_Czlonka

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo fajna, polecam.
00
Wirek

Nie oderwiesz się od lektury

Wspaniała książka !Nie można się od niej oderwać !
00



Copyright © Diana Brzezińska, 2026

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026

Redaktorka inicjująca: Marta Kujawa

Redaktorka prowadząca: Joanna Zalewska

Marketing i promocja: Karolina Guzik

Redakcja: Mirosław Ruszkiewicz

Korekta: Aleksandra Trzyszczyk, Mirosław Krzyszkowski

Projekt okładki i strony tytułowe: © Daniel Rusiłowicz

Wszelkie podobieństwa do prawdziwych postaci i zdarzeń są przypadkowe.

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

ISBN 978-83-68889-33-8

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Prolog

Sport jest dla mnie najważniejszy, to moja pasja, zawód, mój cel – stawać się cały czas lepszą wersją siebie. Trudno mi to przyznać nawet przed sobą samą, ale… wiele mi odbiera. Nie chodzę na imprezy, w ogóle rzadko spotykam się z koleżankami z klasy, nie mam chłopaka. Ogólnie niewiele mam czasu na inne zainteresowania. Jedyne osoby, które znam, są związane ze sportem, a tu niestety więcej jest rywalizacji niż prawdziwej przyjaźni. Trudno… Z drugiej strony właśnie dlatego tak bardzo lubię poznawać nowych ludzi i wykorzystuję ku temu absolutnie każdą okazję. Dziś jednak nienajlepiej wybrałam. W sumie… sama nie wiem, ciężko to ocenić.

– Podziwiam twój występ na ostatnim turnieju.

Rozpływał się nade mną. Było to w jakiś sposób miłe, ale nie był jedyny. Jak każdy sportowiec miałam wokół siebie grono pochlebców. Czasami człowiekowi niełatwo było odróżnić, kto mówi szczerze, a kto tylko próbuje się przypodobać. Tutaj ktoś cię chwalił, rozpływał się nad tobą, był twoim prawdziwym fanem, a jednocześnie trener na treningu jechał po tobie jak po łysej kobyle. Ot, życie sportowca.

– Już nie musisz mi wiecznie schlebiać…

– Za prawdę nie trzeba dziękować. Zresztą wybacz mi, jestem po prostu mega zajarany twoją grą. Naprawdę ogląda się to z przyjemnością.

– A sam grasz?

– Pewnie, ale totalnie hobbystycznie. Może kiedyś spotkamy się na korcie?

– Czemu nie.

Typ ewidentnie mi nie pasował. Może sama rozmowa się kleiła, często się śmiałam, ale… facet siedział w dresie, a jego głos był dziwnie znajomy, chociaż mocno przytłumiony przez obszerny kaptur, którego nie zdjął ani na chwilę. W lokalu panował półmrok, ledwie widziałam zarys jego szczęki, jedynie przenikliwe spojrzenie zwracało uwagę. Umówiła mnie z nim koleżanka. Twierdziła, że marzy o tym, żeby mnie poznać – w to jestem w stanie uwierzyć. Dawno nie dostałam tylu komplementów. Jednak… coś mi w nim nie pasowało. Po co ukrywał swoją twarz?

– Dobra, wiesz co? Muszę już lecieć.

– Już? Tak szybko? Dopiero pierwsze piwko za nami.

– Mam jutro trening. I tak cudem się wyrwałam.

Podniosłam się z miejsca, facet zrobił dokładnie to samo. Zbliżył się do mnie. Poczułam dziwny niepokój. Chwycił obie moje ręce. Zaskoczyło mnie to, jak drobne i delikatne miał dłonie. Owionął mnie jego zapach, typowo męskie, drzewne perfumy. Nadal nie byłam w stanie dostrzec dobrze jego twarzy, widziałam jedynie jej zarys.

– Spotkamy się jeszcze? Może tym razem w dzień, w jakimś lokalu z dobrym jedzeniem?

– Ja…

– Proponuję ci randkę.

Wyszarpnęłam swoje ręce i od razu schowałam je do kieszeni. W jednej z nich miałam gaz pieprzowy. Praktycznie zawsze nosiłam go ze sobą, czułam się z nim znacznie bezpieczniej, gotowa na potencjalny atak.

– Nie jestem zainteresowana.

– Czemu nie? Tak miło nam się rozmawia…

Cofnęłam się o krok.

– Nikogo nie szukam.

– Nie musisz szukać, żeby znaleźć.

– Nie, dzięki.

Odwróciłam się i szybkim krokiem wyszłam z lokalu, a później zaczęłam po prostu biec. Na zewnątrz było już ciemno, latarnie uliczne dawały niewiele światła. Biegłam w stronę ronda, potrzebowałam dostać się na przystanek. Do odjazdu przedostatniego autobusu zostało mi zaledwie kilka minut, na drugi musiałabym czekać ponad godzinę, to nie wchodziło w grę. Nie obejrzałam się za siebie ani razu, za to w dłoni trzymałam gaz pieprzowy, na wypadek gdyby pojechał za mną. Poruszałam się naprawdę szybko. Moje treningi w takich chwilach okazywały się bardzo pomocne. Ojciec niejednokrotnie się śmiał, że im szybciej nauczę się biegać, tym szybciej zwieję przed trudami życia. Coś w tym było.

Dobiegłam na przystanek akurat w momencie, kiedy podjechał autobus. Weszłam do środka i dopiero wtedy odetchnęłam z ulgą. Nałożyłam na uszy słuchawki, usiadłam na wolnym miejscu i przymknęłam oczy. To było jedno z najdziwniejszych spotkań w moim życiu. Jak ten gość mógł pomyśleć, że się z nim umówię? Nawet ze mną nie flirtował, a potem wypalił z czymś takim. Zresztą… nadal nie wiem, jak on wygląda. Totalny dziwak.

Z autobusu wysiadłam na ostatnim przystanku. Było koło dwudziestej drugiej. Czekał mnie jeszcze spacer do domu, ale nie musiałam się śpieszyć. Tu nigdy nie czułam się zagrożona. Naprawdę lubiłam mieszkać w Trzebieży, chociaż na co dzień było to dla mnie spore utrudnienie. Najwyższy czas, by wreszcie zainwestować w swój samochód.

Wcisnęłam ręce do kieszeni i powoli szłam przy drodze, w uszach grały moje ukochane rockowe rytmy. Mijałam jedynie pojedynczych przechodniów. W Trzebieży prawie wszystkich znałam z widzenia, nie każdego jednak na tyle dobrze, by wiedzieć, kim jest albo jak ma na imię. Zdecydowanie lepiej pamiętałam psiarzy. Sama miałam psa, więc kojarzyłam tych, z których czworonogami mój lubił się bawić.

Niespodziewanie poczułam uderzenie. To była chwila. Szłam, a teraz leżałam na ziemi. Nade mną rozciągało się niebo pełne gwiazd. Piękne… tyle że… jak? Nic wcześniej nie słyszałam, nie czułam żadnego zagrożenia. Nie mogłam się poruszyć. Całe moje ciało odmówiło mi posłuszeństwa. Coś dzwoniło mi w uchu. Nie miałam w sobie siły, by nabrać powietrza. Kurwa… co się stało? Jezu…

Rozdział 1

Szczecińska Galeria Gryf była miejscem nie tylko modnym, ale i pełnym tajemnic. Znajdowała się w centrum miasta, w jednej z niewielkich kamienic przy ulicy Tkackiej. Okno zamalowano na czarno, widoczne na nim było jedynie logo ze złotym gryfem w malarskim berecie, który trzymał w dziobie pędzel. Wnętrze galerii obejmowało cztery piętra. Na pierwszym z nich mieściła się poczekalnia dla gości, wystawiano tam również obrazy i rzeźby na sprzedaż, ulokowano ladę recepcyjną, niewielkie zaplecze socjalne oraz gabinet szefa. Na drugim piętrze zazwyczaj organizowano wernisaże, wystawy, spotkania dla artystów i mieszkańców. Kolejne przeznaczone było na pracownię rzeźbiarską i malarską. Odbywały się tam wieczory malowania przy winie, lekcje rysunku, malarstwa i rzeźbiarstwa. Regularnie prowadzono także kursy dla uczniów, którzy zamierzali zdawać do szkół i uczelni artystycznych. Ostatnie piętro mieściło gabinety dla pracowników, pokój socjalny i salę konferencyjną. W kamienicy obok wykupiono lokal użytkowy i otworzono w nim jedną z najmodniejszych kawiarni w mieście, Artist Café, która miała to samo logo z gryfem. We wnętrzu kawiarni można było podziwiać obrazy, zapoznać się z ofertą galerii, spotkać samych artystów, posłuchać muzyki na żywo albo po prostu wypić naprawdę dobrą kawę czy matchę bądź zjeść ciasto z dużą ilością bitej śmietany lub bez cukru.

Była to nie tylko największa galeria sztuki na Pomorzu Zachodnim, ale i miejsce, które każdego dnia udowadniało, że sztuka może być blisko ludzi. Galeria Gryf skrywała jeszcze jeden sekret, który sprawił, że wybiła się pośród innych przybytków tego typu. Była jedynym miejscem w Europie, w którym można było nabyć obrazy Astrid. Właśnie dzięki tej artystce Szczecin powoli zamieniał się w miasto modne i atrakcyjne dla koneserów sztuki.

Astrid, a właściwie Laura Szkarłatka, była jedną z najchętniej wyróżnianych malarek młodego pokolenia. O jej doskonałych obrazach mówiła cała Europa. Otrzymywała zarówno krajowe, jak i międzynarodowe nagrody. Jej sztuka powoli zdobywała również zainteresowanie kolekcjonerów z innych kontynentów. Dziełami, którymi zjednała sobie krytyków i koneserów, były portrety kobiet, na których świat realny zderzał się z fantastyką. Każde z malowideł ujawniało zamiłowanie artystki do wielowarstwowej ekspresji koloru połączonej z silnymi kontrastami, a przede wszystkim umiejętność obserwacji i wnikania w ludzkie emocje. Bohaterki jej obrazów emanowały radością, zauroczeniem, smutkiem, miłością lub strachem, bywały pogrążone w zadumie czy refleksji. Krytycy mawiali, że bezpowrotnie skradła ich piękno. Prawdziwą sławę przyniosło jej jednak to, że jedno z jej płócien wystąpiło w wielokrotnie nagradzanym zagranicznym filmie. Pojawiło się w kilku ważnych scenach, rozmawiali o nim bohaterowie, próbowano je ukraść, a w finale scenarzyści ożywili obraz, z którego wyszedł duch kobiety. Po tamtej kinowej premierze celebryci zaczęli nabywać jej dzieła i chwalić się nimi publicznie. Ona mądrze wykorzystała zainteresowanie i uruchomiła profil w social mediach, na którym pokazywała kulisy własnej pracy, przedstawiała nabywców swych malowideł, dawała rady młodym artystom, fotografowała się na wydarzeniach związanych ze sztuką i budowała swój tajemniczy wizerunek. Dzięki temu jej sztuka wyszła poza krąg koneserów, kolekcjonerów i krytyków, a trafiła do młodych.

Laura całkowicie skryła się za swoim malarskim alter ego, do tego stopnia, że jedynie najbliżsi współpracownicy znali jej prawdziwą tożsamość. Bardzo dbała o to, by również jej wizerunek medialny owiany był tajemnicą. Kobieta chętnie odbierała nagrody osobiście, otwierała własne wystawy i niekiedy chodziła na kolacje z kolekcjonerami. Zdarzało się jej pojawiać na premierach filmowych i serialowych, w teatrze czy na innych eventach. Nikt nigdy do ostatniej chwili nie wiedział, czy przybędzie. Zawsze miała na sobie czarną sukienkę w stylu bodycon sięgającą do kostek, ewentualnie długą spódnicę i obcisłe body. Jesienią i zimą wybierała sukienki lub swetry z dobrej jakości wełny, z długim rękawem i golfem. Zarzucała na nie niedbale płaszcz z obszernym kapturem zakrywającym jej twarz. Do tego nosiła ciężkie glany lub skórzane botki albo kozaki, niekiedy na bardzo wysokim obcasie, w zależności od humoru. Wiosną i latem wkładała sukienki o podobnym kroju, tyle że z lżejszego materiału, ewentualnie body i bardzo przylegające spódnice. Co prawda nie rezygnowała z długich rękawów i zakrytego dekoltu, za to chętnie odsłaniała plecy niemalże do samej kości ogonowej. Równie często sięgała po sukienki z rozcięciem zaczynającym się na udzie i ukazującym jej szczupłą nogę. Wkładała do nich wysokie, czarne szpilki bądź trampki. Włosy chowała pod czarną, jedwabną chustą – materiał był na tyle obszerny, że przesłaniał jej twarz. Oczy kryła całkowicie za okularami typu „mucha”. Tajemniczy wizerunek bez wątpienia przyciągał uwagę. Wielokrotnie w wywiadach była pytana o to, z jakiego powodu ukrywa swój wygląd. Pisano nawet w tej sprawie do Galerii Gryf. Swego czasu na temat jej wyglądu spekulowały wszystkie media, a za zdjęcie twarzy artystki oferowano pokaźne sumy. Kobieta zawsze jednak powtarzała, że jej tożsamość nie jest ważna, ma za nią mówić jej sztuka, a ona sama powinna pozostać niewidzialna.

Jednym z bliskich współpracowników Astrid był Oskar Pieniążek, dwudziestoośmioletni wielbiciel sztuki wszelakiej. Oskar wychował się w pracowni rzeźbiarskiej swojej matki, wspólnie z nią zwiedzał największe wystawy i muzea polskie oraz europejskie. Już od najmłodszych lat wiedział, że chce ze sztuką związać życie. Problem polegał na tym, że nie miał absolutnie żadnego talentu – nie potrafił malować, rysować, rzeźbić, tańczyć ani grać. Postanowił jednak żyć swoją pasją. Skończył studia z kuratorstwa i teorii sztuki na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu, kulturoznawstwo na SWPS-ie oraz studia podyplomowe z marketingu kultury na Uniwersytecie Dolnośląskim we Wrocławiu. Jednocześnie rozwijał własne social media. Jego konto „Pan od Sztuki”, na którym edukował ludzi na tematy artystyczne, pokazywał wystawy, muzea oraz wspierał młodych twórców, szybko dało mu niezwykły rozgłos. W ramach lifestyle’u nagrywał i opisywał swoje wyczyny kulinarne. Samo gotowanie nazywał sztuką, ale jego dania częściej wywoływały pobłażliwy uśmiech niż zachwyt, dlatego chętniej nagrywał osobiste wizyty w restauracjach, do których był zapraszany. Przede wszystkim jednak dzięki swej internetowej działalności dostał pracę w szczecińskiej Galerii Gryf.

Było to dla niego miejsce z duszą. Nie postrzegał go jako zwykłego budynku, lecz jako wyjątkową strefę wymiany artystycznych poglądów. Przestrzeń do kreowania i doświadczania sztuki. Było to jednocześnie miejsce, w którym nadzieja artystów spotykała się z głodem sztuki odwiedzających, a zadaniem galerii było tworzenie więzi między nimi, które kończyły się tym, że dzieło zdobywało uznanie i ożywiało czyjeś życie. Tak, praca w Galerii Gryf była wymarzonym zajęciem dla kogoś takiego jak on. Prawie wymarzonym, bo codzienność wiele zweryfikowała. Oskar chciał się kiedyś dumnie nazywać kuratorem sztuki, może nawet otworzyć własną galerię. Dbać o organizację i realizację wystaw artystycznych. Dobierać dzieła wedle swojego uznania, pilnować ich spójności narracyjnej, a finalnie zaskakiwać publiczność. Marzył, by jego wystawy tworzyły spektakl dla prawdziwych koneserów. Tymczasem w rzeczywistości został asystentem znanej malarki odpowiedzialnym za spełnianie jej idiotycznych zachcianek.

Trzy lata później Oskara Pieniążka nadal cieszyła praca w Galerii Gryf. Zdarzało się jednak, że myślał o odejściu. Miejsce, choć wymarzone i dające sporo możliwości rozwoju, mocno zrewidowało jego wyobrażenia o świecie sztuki. Współpraca z Laurą „Astrid” Szkarłatką była tą, za którą wielu gotowych byłoby się pokroić. Każdy chciał z nią pracować, z tą, która wprowadziła sztukę w nową erę, skierowała ją do młodych, rozpowszechniła, a przy tym tworzyła prace niepodważalnej jakości. Problem w tym, że artystka była świadoma swojej pozycji. Wiedziała, że w każdej chwili może odejść. Dosłownie przebierała w ofertach. Przez to była rozpuszczona. Wymagała absolutnego posłuszeństwa, spełniania jej zachcianek, których lista nie miała końca. Trudno było to nazwać standardową współpracą z artystą, którego dzieła galeria sprzedaje. O nie, w przypadku Astrid współpracowało się z żywiołem i robiło się wszystko, by nie zostać pochłoniętym przez tajfun. Tak właśnie postrzegał to Oskar. Czasami sprzedawał jej obrazy, innym razem tworzył posty na social media, opisywał jej dzieła na swoim profilu, organizował wernisaże, aukcje czy prywatne kolacje z kolekcjonerami. Równie często dbał o to, żeby artystka dostała swoje ulubione płótno i pędzle, kupował dla niej wino, pilnował, by czekało na nią podwójne espresso lub biała czekolada, wyszukiwał promocje w jej ulubionym sklepie z ubraniami, a niekiedy zajmował się selekcjonowaniem kolejnych modelek pod nowe obrazy, co było bodajże najtrudniejszym z zadań, jakie mu zlecano.

Astrid malowała różne portrety – te bardziej realistyczne, ale i te, przy których tworzeniu puszczała wodze fantazji. Zdarzało jej się malować na wyraźne zamówienie, za co ludzie płacili fortunę. Jednak te obrazy, które wygrywały wszelkie nagrody, o które bili się kolekcjonerzy, które wychwalali krytycy, pochodziły z serii Skradzione piękno. Pierwszy powstał w dwa tysiące dwudziestym roku i sprawił, że Astrid stała się kimś w świecie sztuki, sława na pozostałych polach przyszła zaledwie rok później. Obrazy z tej serii nie ukazywały się często, do tej pory stworzyła ich zaledwie siedem. Każdy z nich był niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju i nosił imię kobiety, która była modelką.

Była to jedna z tych zagadek dotyczących Astrid, których Oskar nie rozumiał, a dyrektor galerii całkowicie nad nią nie panował. Artystka malowała dobre obrazy, przynoszące zyski, ale… zwyczajne. Na pozór nie była w stanie konkurować z największymi. Zdawało się, że nie wygra kolejnej nagrody, a jej sztuka odejdzie w zapomnienie. I nagle, kiedy wszyscy już w nią zwątpili, myśleli, że dopadło ją wypalenie, skreślili ją, przychodziła z kolejnym obrazem z serii Skradzione piękno, który zdobywał wszelkie możliwe nagrody i sprzedawano go za bajońskie sumy. Dlaczego te obrazy były takie wybitne? Czym tak naprawdę odróżniały się od tych, które tworzyła na co dzień? Z jakiego powodu nie produkowała ich więcej? To pozostawało dla wszystkich tajemnicą.

Był czwartek, 8 maja 2025 roku. Oskar jadł właśnie śniadanie w swoim mieszkaniu w apartamentowcu Widok przy ulicy Bandurskiego. Znajdowało się ono na dwunastym piętrze. Z ogromnych okien rozciągał się wspaniały widok na panoramę Szczecina. Wybrał to mieszkanie właśnie ze względu na widok. Początkowo chciał kupić lokum w najwyższym apartamentowcu w mieście, ale tu trafił na dużo lepszą ofertę. Znacznie bardziej podobało mu się również otoczenie. W okolicy miał wiele tras biegowych, na czym szczególnie mu zależało.

Na jego talerzu leżała góra placków z serka wiejskiego, polanych sosem truskawkowym zero kalorii i obsypanych owocami. Do tego przygotował sobie matcha latte na mleku migdałowym z wkładem z purée malinowego. Oskar starał się odżywiać zdrowo, regularnie ćwiczyć, spać osiem godzin i od dwóch lat nie pił alkoholu. Dbał o swoje ciało tak, jakby było świątynią. Nie potrafił się jednak wyzbyć miłości do słodyczy i pizzy. Jego tryb życia sprawiał, że był często ofiarą żartów swojego brata, który choć sam ćwiczył i biegał w maratonach, wolał pić kawę na pusty żołądek, nie stronił od fast foodów i alkoholu, a dietę postrzegał nie jako sposób prawidłowego odżywiania organizmu, lecz jako masę lub redukcję z udziałem produktów o odpowiedniej kaloryczności. I, o zgrozo, nadal wyglądał lepiej od niego.

Oskar miał również pasję, którą nie dzielił się z nikim ze znajomych. Rzadko też mówił o niej w internecie. Był mianowicie uzależniony od podcastów kryminalnych i książek true crime. To była jego druga pasja po sztuce. Praktycznie z pamięci recytował losowe fakty o seryjnych mordercach. Nie rozumiał podłoża swojej mrocznej fascynacji. Bardzo uważał, by zabijania nie nazwać pewnym rodzajem sztuki, zwłaszcza że rzadko bywało wyrafinowane, niekiedy wręcz okazywało się żałosne. Czasami jednak to słowo cisnęło mu się na usta. Zdecydowanie nie potrafił sobie odmówić takich historii. Najbardziej lubił podcast Psycholog na tropie autorstwa Aleksandry Salamon. Opowiadała o najgłośniejszych polskich i zagranicznych procesach, często do współpracy zapraszała kryminalistyków, psychologów, psychiatrów czy policjantów. Uwielbiał delikatny głos kobiety, jej dziennikarskie zacięcie i smykałkę do wydobywania z historii tego, co najciekawsze.

Właśnie teraz, przy śniadaniu, słuchał jej podcastu o jednej z zagranicznych zbrodni, kiedy dostał powiadomienie z portalu informacyjnego Polska News. Pojawił się nowy artykuł. Niechętnie przerwał słuchanie podcastu. Żył w przekonaniu, że musi wiedzieć, co dzieje się w kraju i na świecie, z uwagą śledził więc wypowiedzi niektórych polityków czy informacje na temat możliwej wojny z Rosją. Nie czuł się po tym lepiej, ale przynajmniej nie był ignorantem. Tak sobie powtarzał dla otuchy. W końcu jednak dostrzegł nowy artykuł na stronie. Tytuł Zaginiona influencerka odnaleziona martwa sprawił, że od razu go otworzył. Przeleciał wzrokiem po tekście. Później zrobił to ponownie, żeby się upewnić, że niczego nie przekręcił. Z każdą chwilą robiło mu się coraz bardziej gorąco.

– Jasna cholera!

JUSTYNA DURBAJŁO

Polska News

Czwartek, 8 maja 2025 roku

Zaginiona influencerka odnaleziona martwa

W czwartek 30 kwietnia 2025 roku na terenie starej fabryki benzyny syntetycznej w Policach odkryto ciało kobiety. Zwłoki, a w zasadzie ich fragmenty, zapakowane w czarne worki na śmieci, odnaleziono w jednym z częściowo zalanych poniemieckich tuneli. Stadium rozkładu ciała było zaawansowane. Prokuratura natychmiast wszczęła śledztwo w sprawie zabójstwa kobiety o nieustalonej tożsamości.

Dopiero dziś rano rzeczniczka Komendy Powiatowej Policji w Policach asp. Kamila Tracz poinformowała, że udało się potwierdzić tożsamość ofiary. Zwłoki należały do polskiej influencerki Justyny Durbajło, znanej jako „Lumpeksiara”, która do tej pory uznawana była za zaginioną.

Przypomnijmy, że Justyna Durbajło prowadziła internetowy blog „Lumpeksiara”, a także konta na Facebooku oraz Instagramie pod tą samą nazwą. W ramach swojej internetowej działalności Justyna promowała odzież z drugiej ręki oraz kreowanie własnego stylu za małe pieniądze. Nabywała ubrania w lumpeksach, uczyła swoich odbiorców, jak wyszukiwać prawdziwe perełki, tworzyła niezwykłe stylizacje za grosze, sama również przerabiała ubrania. Na blogu dzieliła się też treściami lifestylowymi.

Dziewczyna zaginęła w czerwcu 2021 roku. Influencerka była umówiona ze swoją koleżanką Klaudią Gołębiewską przed jednym z wrocławskich lumpeksów. Nie pojawiła się jednak na spotkaniu. Zaniepokojona koleżanka kilkukrotnie próbowała się do niej dodzwonić, później napisała do jej chłopaka. Okazało się, że on także nie miał kontaktu z Justyną od kilku dni. Tomasz Ptyś wraz z rodzicami kobiety udał się do jej mieszkania, ale nikogo tam nie zastali. Państwo Durbajło zgłosili zaginięcie córki na policję. Niestety aż do dzisiaj nie natrafiono na żaden jej ślad.

Będziemy dla państwa monitorować tę sprawę.

Jowita Palacz

Rozdział 2

Oskar Pieniążek dotarł do pracy znacznie wcześniej niż zwykle. Galeria oficjalnie otwierała się około jedenastej, zazwyczaj nie umawiali więc spotkań z klientami przed dwunastą. Tego dnia czuł jednak, że musi tu być wcześniej. Potrzebował tego. Otworzył drzwi wejściowe dokładnie o ósmej pięćdziesiąt jeden. Wnętrze było jeszcze częściowo zaciemnione. Działało to na jego korzyść.

– Hej!

Rzucił okiem na Ankę, która siedziała za ladą recepcyjną. Była ubrana w zgniłozielony garnitur. Blond włosy zaplotła w gruby warkocz, jak zwykle miała również nienaganny makijaż. Zawsze powtarzała, że jest wizytówką galerii i chwaliła się, że szef dokłada jej „premię wizerunkową” raz do roku. Nigdy nie zastanawiał się, czy to prawda. Uważał jednak, że zbyt wiele sobie dodawała. Owszem, jej praca była ważna, często ich wspierała, zwłaszcza podczas organizacji różnych eventów, ale to „ziomale ze strychu”, jak ich nazywała, dbali o właściwe relacje z klientami i wizerunek galerii w mediach, współpracowali z artystami, a przede wszystkim zajmowali się sprzedażą dzieł.

– Jesteś dzisiaj bardzo wcześnie.

– Serio?

Ze stresu przełknął ślinę. Miał wrażenie, że zrobił to tak głośno, że kobieta mogła to usłyszeć.

– Tak, jesteśmy tylko my – potwierdziła Anka. – Wszystko gra?

Od momentu przeczytania artykułu przez Oskara minęła niecała godzina. Mężczyzna w tym czasie zdążył jedynie wyprasować garnitur na spotkanie z klientem, narzucić na siebie dżinsy i T-shirt, spakować przygotowane wcześniej jedzenie i przyjechać prosto do pracy. Każdą czynność wykonywał z mocno bijącym sercem. Wiedział, że musi coś sprawdzić, po prostu to wiedział i nie chciał, by ktokolwiek mu w tym przeszkadzał, a do tego był mu niezbędny komputer służbowy. Każdy pracownik posiadał swój własny komputer stacjonarny, laptop oraz telefon. Szef jednak rzadko wyrażał zgodę na zabieranie laptopów poza biuro w innym celu niż na spotkanie z klientem. Miał na tym punkcie prawdziwą obsesję, tak jakby mogli go chcieć w jakikolwiek sposób oszukać. Płacił im wystarczająco dużo, żeby byli wobec niego lojalni.

– Tak, tak… mam coś do sprawdzenia.

– Przed spotkaniem z Markiewiczem? – upewniła się Anka. – Jeśli tak, to mam dobre wieści. Spóźni się trzydzieści minut.

– To znaczy…

– No, będzie dopiero o jedenastej.

– Cudownie, dzięki!

Kobieta próbowała mu coś jeszcze powiedzieć, ale Pieniążek minął ją. Schodami wszedł na ostatnie piętro galerii. Poruszał się szybko, gnany wewnętrznym niepokojem. Wpadł do gabinetu, który dzielił z Magdą Szumińską, od razu włączył komputer i zaczął niecierpliwie odliczać sekundy do jego uruchomienia. Po chwili monitor rozbłysnął i na ekranie pojawiło się logo galerii. Kliknął ikonkę dysku, na którym przechowywali wszystkie pliki, i wszedł w folder „Modelki_Astrid”. Niewiele myśląc, w przeglądarce otworzył swoją prywatną chmurę i zgrał cały folder, żeby w razie potwierdzenia podejrzeń móc go komuś pokazać. Dopiero gdy upewnił się, że wszystkie pliki znalazły się w chmurze, i wyczyścił dokładnie historię przeglądania, pozwolił sobie wziąć głęboki wdech i powoli wypuścił powietrze. Niepokój wciąż go nie opuszczał, jednak serce stopniowo się uspokajało. Udało mu się. Zrobił to, zanim ktokolwiek przyszedł do firmy, nikt go nie widział. Uśmiechnął się sam do siebie. Przez tę krótką chwilę poczuł się jak największy szpieg w historii, który stał przed niezwykle niebezpiecznym zadaniem. Tymczasem po prostu wykradł ze swojego zakładu pracy folder z danymi, który przez ostatnie trzy lata pomagał współtworzył.

Zerknął na zegarek, dochodziła dopiero dziewiąta trzydzieści. Wyciągnął tablet z plecaka i szybko odnalazł w chmurze właściwy folder. Zawierał on siedem podfolderów, a każdy z nich nosił imię i nazwisko modelki, która pozowała do jednego z obrazów z serii Skradzione piękno autorstwa Astrid: Kamila Marcińczak, Justyna Durbajło, Marlena Mitura, Dominika Hofman, Krystyna Moss, Mariola Ledwoń, Paulina Bartz. Kliknął na ten dotyczący Justyny Durbajło.

W folderze znalazł kolejne podfoldery. Jeden z nich zawierał zdjęcia, które wykonywała modelkom osobiście Astrid. Zazwyczaj fotografowała je w ważnych dla nich miejscach, a były to zdjęcia studyjne oraz portrety. W przypadku Durbajło zostały zrobione przed jednym z lumpeksów, w mieszkaniu dziewczyny i w studiu zaaranżowanym w domu Astrid. Na niektórych z nich modelka była w samej bieliźnie, na wielu w przerobionych przez siebie ubraniach. Już same zdjęcia stanowiły niezłe portfolio i można byłoby je sprzedać. Kolekcjonerzy, którzy bili się o obrazy Astrid, zawsze o nie pytali. Zwłaszcza teraz, gdy Justyna nie żyła, mogłyby być warte fortunę. Zganił siebie za tę myśl i miał nadzieję, że nikt inny na to nie wpadnie. Sam pomyślał jednak o tym, by spytać szefa, czy nie mogliby ich przekazać rodzinie zmarłej, przynajmniej część z nich. Nie był pewny, czy to możliwe. Astrid nie udostępniała fotografii modelek, tłumaczyła, że wykonywała je, by móc lepiej poznać ich ciała, charaktery, zachowanie, manierę, z jaką się poruszały. Jedynym wyrazem jej pracy twórczej miał być obraz. Na tym punkcie miała prawdziwą obsesję. Nawiązywała więzi z modelkami, które jej pozowały. Czasami ich intensywna znajomość trwała miesiąc, dwa, a nawet trzy, zanim powstał obraz. Kobiety spotykały się, rozmawiały, chodziły razem na zakupy, Astrid robiła modelce zdjęcia, przeprowadzała z nią wywiad o jej życiu, który nagrywała dyktafonem. Ten znajdował się w drugim folderze wraz z jej osobistymi notatkami ze spotkań. Trzeci zawierał research, który Astrid robiła samodzielnie w internecie lub wśród znajomych. Wszystko to zawsze wydawało mu się dziwne, nie na miejscu. Do cholery, miała je jedynie malować, a zachowywała się tak, jakby chciała się wedrzeć w ich życie albo je skraść. Odgonił od siebie tę myśl jako irracjonalną. Szok po przeczytaniu artykułu sprawił, że jego wyobraźnia dosłownie ożyła i zmierzała w zdecydowanie złym kierunku.

Do gabinetu weszła Magda Szumińska. Była córką właściciela galerii, równie zakręconą na punkcie sztuki co jej ojciec. Pomagała mu w prowadzeniu galerii, jeszcze kiedy była w liceum plastycznym, a w czasie studiów pracowała tam jako recepcjonistka, przy okazji robiąc praktyki. Finalnie ukończyła studia z kuratorstwa i teorii sztuki, marketingu oraz zarządzania. Zazwyczaj stawiała na prostotę, choć bardzo lubiła podążać za modą. Miała na sobie oversizowy T-shirt, na ramiona narzuciła brązowy, wełniany sweter, do tego włożyła dżinsy o szerokich nogawkach i brązowe adidasy. Od razu domyślił się, że nie czekało ją żadne spotkanie z klientem, wtedy zazwyczaj wybierała coś bardziej eleganckiego. Kobieta uśmiechnęła się do niego serdecznie, a on w panice schował swój prywatny tablet do torby. Oskar miał nadzieję, że wyglądał na mniej zdenerwowanego, niż był w rzeczywistości. Spróbował odwzajemnić uśmiech.

– Co tam? – zagadnęła Magda. – W końcu jest fajna pogoda. Byłam rano pobiegać na błoniach. Pięknie tam! Może zabierzemy kilka rzeźb Irenki i zrobimy im zdjęcia na zewnątrz? Ojciec pewnie kilka razy się skrzywi, ale jak zobaczy efekty, to padnie.

Magda zawsze wypuszczała z siebie słowa jak karabin maszynowy. W końcu usiadła przy swoim biurku. Ich blaty stykały się ze sobą. Przyglądała mu się badawczo, tak jakby liczyła, że jednak jej coś odpowie.

– Ja… em…

– Zdenerwowany przed spotkaniem z Markiewiczem?

– Co? Nie.

– Nie podoba ci się mój pomysł? No weź, bez ciebie nie przekonam ojca.

– Nie, ja… Czytałaś może poranne wiadomości?

Kobieta zmarszczyła brwi. Zastanawiała się dłuższą chwilę, wreszcie pokręciła przecząco głową.

– Policja znalazła ciało Justyny Durbajło na terenie starej fabryki w Policach – wyjaśnił Oskar. – Poćwiartowane. Ona została zamordowana. Samo ciało było w tak zaawansowanym stadium rozkładu, że… ona nie żyje prawdopodobnie od kilku lat.

Magdzie chwilę zajęło skojarzenie, o kogo mu chodzi. W końcu jednak na jej twarzy pojawił się wyraz zaskoczenia.

– Mówimy o Lumpeksiarze?

Oskar skinął głową. Na laptopie wyszukał artykuł, który przeczytał rano, i pokazał go koleżance. Szybko przebiegła po nim wzrokiem. Później spojrzała na niego ze smutkiem w oczach.

– Jejku… to… była w moim wieku.

– Jej ciało leżało tam kilka lat – zauważył Oskar. – Zaginęła w czerwcu dwa tysiące dwudziestego pierwszego roku, zaledwie miesiąc po premierze obrazu Astrid. Może nawet zginęła zaraz po tym. Czemu ktoś miałby ją zabić?

– Nie wiem, ale… kurczę… to nie ma nic wspólnego z nami.

– Nie ma nic wspólnego z nami – powtórzył głucho Oskar. – To znaczy?

– Po prostu ktoś ją zabił, to nie ma nic wspólnego ze sztuką.

– A, no… tak, znaczy tak, pewnie… po prostu…

Magda nawet nie zwróciła uwagi na to, że Oskar się jąka. Ona w przeciwieństwie do niego nie wyglądała, jakby cokolwiek w śmierci Justyny Durbajło wydało jej się dziwne. Było jej po prostu przykro. Napomniał sam siebie, że powinien czuć dokładnie to samo. Współczuł jej rodzicom. Tyle.

– Ciekawe, czy ktoś już powiedział Astrid. Ona bardzo zżywa się ze swoimi muzami. Pewnie chciałaby wiedzieć.

I znowu to samo. Po ciele Oskara przebiegł nieprzyjemny dreszcz. Nie miał pojęcia, dlaczego tak bardzo go to niepokoiło.

– Nie wyobrażam sobie, co przeżywają jej rodzice. Najpierw zaginęła, a teraz? Jezu… co za tragedia – ciągnęła Magda. – Myślisz, że powinniśmy coś zrobić? Wysłać im jakieś kondolencje?

– Pomyślałem, że moglibyśmy przekazać im zdjęcia, które zrobiła Astrid, znaczy… nie wszystkie, może nie te, na których Justyna jest w bieliźnie, ale… ale jest tam wiele pięknych ujęć – zaproponował Oskar. – I Astrid zawsze odmawia, przynajmniej jeśli chodzi o oficjalną publikację, ale… może też nagranie wywiadu? Nie wiem nawet, czy sprawi im to przyjemność…

– Nie, to naprawdę świetny pomysł.

– Tak?

– Pewnie! Zagadam na ten temat ojca i spytamy Astrid. Myślę, że sama też na to wpadnie. To naprawdę zajebisty plan – zgodziła się Magda. – Wydaje mi się, że mamy jeszcze giclée Justyny.

Giclée były wydrukiem artystycznym niezwykle wysokiej jakości. W przypadku wielu obrazów oprócz sprzedaży samego głównego dzieła wykonywali również jego odbitki. W serii Skradzione piękno zrobili ich dokładnie po dziesięć. Wszystkie zawsze rozchodziły się jak świeże bułeczki.

– Serio?

– Jeden z dziesięciu giclée Astrid zawsze podarowuje swojej modelce. Możliwe, że ten konkretny nadal czeka zapakowany w magazynie. Nie pamiętam, żeby Justyna kiedykolwiek pojawiła się w galerii po jego odbiór.

– Możliwe, że już nie zdążyła.

– Weź, Oskar – skarciła go. – Zabrzmiało naprawdę upiornie.

Rozdział 3

Dochodziła godzina dziewiętnasta. Na zewnątrz nadal było jasno. Wiosna w tym roku pojawiła się już na początku marca, tak jakby nie mogła się doczekać. Z każdym dniem robiło się coraz cieplej, co dawało nadzieję na prawdziwe lato. Oskar normalnie wykorzystałby tak piękną pogodę, by pójść pobiegać. Jednak tym razem nie potrafił się oderwać od myśli o zamordowanej muzie.

Siedział sam w swoim mieszkaniu. Wokół niego panowała cisza. Właśnie skończył jeść kolację, na którą składały się dwa doładowane białkiem gofry. Usiadł na kanapie z lampką półwytrawnego białego wina. Obok niego na wielkiej poduszce usadowił się jasnobrązowy kociak o imieniu Almondek. Jakieś pół roku wcześniej zwierzak sam znalazł się w ogrodzie jego rodziców. Oskar akurat był wtedy u nich. Nakarmili go, zabrali do weterynarza, później mieli go odwieźć do schroniska, ale on nie potrafił. Rudy kociak od razu skradł jego serce. Dzięki niemu już nie musiał wracać do pustego mieszkania.

– Co ty na to, żebyśmy dowiedzieli się więcej o Durbajło?

Kot otworzył zielone oko, później jednak zamknął je i zwinął się w jeszcze mniejszy kłębek. Oskar podrapał go za uchem, uśmiechnął się i sięgnął po tablet. W wolnych chwilach w pracy przejrzał blog Lumpeksiary. Stracił on swoją domenę lumpeksiara.pl, ponownie więc otwierał się z końcówką blogspot.com, ale wciąż był dostępny. Justyna wydawała mu się niezwykle kreatywną i pozytywną osobą. Przejrzał również jej ciągle aktywny profil na Instagramie. Robiła naprawdę świetne zdjęcia, miała lekkie pióro, a pod jej postami było mnóstwo komentarzy. Zastanawiał się, jak mogłaby się rozwinąć w pracy influencerki, gdyby tak nagle nie zaginęła, gdyby ktoś jej nie zabił.

Odtworzył rozmowę, którą przeprowadziła i nagrała Astrid. Założył słuchawki. Położył się na kanapie, a kot wskoczył mu na klatkę piersiową. Oskar od razu rozpoznał głos artystki. Był chłodny, niezwykle spokojny, akcentowała wyraźnie każde słowo. Nigdy nie mówiła szybko. Z kolei głos Justyny był miły dla ucha, delikatny. Kobieta mówiła szybko, gdy opowiadała o czymś z emocjami, często podnosiła głos lub go opuszczała. Wyobrażał sobie, że na pewno przy tym dużo gestykulowała.

Astrid: Musisz mi o sobie opowiedzieć.

Justyna: To naprawdę dziwne, wiesz? W sensie trudno jest mówić o sobie. Przecież ja wiodę bardzo spokojne życie.

Astrid: Nie uwierzę w twoje spokojne życie. Dostałaś ostatnio kilka nagród za swój blog i stylizacje, prawda? Byłaś też w telewizji promować swoje podejście do życia i do stylu za grosze.

Justyna: To tylko drobne wycinki, które fajnie wyglądają w internecie. Na co dzień studiuję dziennikarstwo, mam świetnego chłopaka, utrzymuję kontakt z rodzicami, chodzę z przyjaciółką po lumpach, dużo czasu spędzam na wymyślaniu stylizacji albo na tym, jak przerobić jakieś ubranie, żeby dostało drugie życie.

Astrid: Mylisz się, to dla wielu fascynujące zajęcia. Jesteś niesamowicie kreatywną osobą.

Justyna: Przestań, zawstydzasz mnie! Przecież to ty jesteś prawdziwą artystką. Widziałam ten obraz… Jaki on miał tytuł? A tak, „Kamila”. Wydawało mi się, że ta kobieta z obrazu na mnie patrzy. To takie niesamowite!

Astrid: Dziękuję, ale… obie jesteśmy artystkami.

Justyna: Naprawdę?

Astrid: Myślę, że artystą ma prawo nazywać się każdy człowiek, który tworzy coś z niczego.

Justyna: Nigdy tak nie myślałam o tym, co robię. Ja po prostu szukam własnego stylu, chcę wyrazić siebie. Mieć kilka swoich wcieleń: na luzie, eleganckie, casualowe, sportowe. Chciałam się wyróżniać na ulicy. Tak wiesz, iść i zwracać na siebie spojrzenia. I to kobiet. Sądziłam, że fajnie by było, gdyby któraś się za mną obejrzała i powiedziała: „zazdro tej torebki” albo „zajebisty look”. Przeglądałam magazyny modowe, słuchałam porad stylistek. Myślałam o tworzeniu outfitów na randki, do szkoły, na studia, na rozmowy o pracę. Tyle że modne ubrania dobrej jakości są strasznie drogie. Niektórzy kupują je sobie i nawet za bardzo ich nie noszą, potem wszystko trafia do lumpeksów. Niejednokrotnie się o tym przekonałam, kiedy znajdowałam na przykład torebkę wartą kilka tysięcy, a wymagającą jedynie czyszczenia. Z kolei te ciuchy z sieciówek… Wiesz, sama nie wiem, ale lubię mieć na sobie jakiś ciuch z historią, dobrej jakości. Tak zaczęłam chodzić po lumpeksach. Pamiętam, że na początku robiłam to dwa razy w miesiącu, tylko w jednym osiedlowym punkcie. Później były dwa, trzy lumpy w mieście. W końcu biegałam do nich dwa, a nawet trzy razy w tygodniu. Wyszukiwałam perełki dla siebie i moich przyjaciółek, a one się do mnie przyłączyły. Niektóre odkupywały ode mnie ubrania. To był mój pierwszy licealny biznes. Tak zarobiłam na naprawdę fajną lustrzankę, którą do dziś strzelam fotki. Problem jednak z takimi ubraniami… w sensie z lumpeksu, jest taki, że nie wszystko pasuje. Masz tam jeden rozmiar, maks dwa do wyboru. Czasami widzisz genialny ciuch, ale o dwa rozmiary za duży. Początkowo z żalem odpuszczałam, aż w końcu zaczęłam sobie z tym radzić.

Astrid: I tu zaczęła się dopiero twoja prawdziwa kreatywność.

Justyna: Dokładnie! Babcia nauczyła mnie szyć na maszynie. Najpierw przerabiałam ubrania u niej. Później ubłagałam rodziców i kupili mi własną. To był ten moment, kiedy jeszcze odkładałam na swoją lustrzankę. Żyłam oszczędnie. Na studiach zaczęłam prowadzić bloga, rozwinęłam też moje social media. Wrzucałam stylówki, rady dotyczące przerabiania ubrań, przede wszystkim te lumpeksowe. Stworzyłam taki poradnik, w którym uczę, jak wyszukiwać perełki. Wystawiłam ten e-book na sprzedaż, chyba za dwadzieścia złotych i zarobiłam naprawdę dużo. Nie sądziłam, że w ogóle go ktoś kupi. Okazało się jednak, że jest więcej takich dziewczyn jak ja.

Astrid: To znaczy?

Justyna: Kochających modę, chcących się wyróżniać, poszukujących własnego stylu, doceniających jakość. Tyle że niemających kasy na markowe ciuchy.

Oskar długo słuchał rozmowy kobiet. Nie znał Justyny, ale był przesiąknięty żalem. Nie mógł uwierzyć, że ta pozytywnie zakręcona dziewczyna nie żyje. W dodatku ktoś zdecydował się ją zamordować. Po co? Czy komukolwiek mogła zaszkodzić? Ona po prostu poszukiwała własnego stylu. I jeszcze to poćwiartowanie zwłok i ukrycie ich w podmokłych tunelach. Czym sobie na to zasłużyła? Nie potrafił pojąć absurdu tej zbrodni.

Astrid: Dlaczego tak bardzo chciałaś zaistnieć?

Justyna: Ja… wiesz… em… ha… pytasz mnie o naprawdę prywatne sprawy. Wiem, że na to się umawiałyśmy, ale…

Astrid: Nie pracuję dla nikogo. Nikt nigdy nie wysłucha tej rozmowy. Chcę jedynie namalować twój portret, a do tego… cóż… naprawdę chcę cię poznać. Właśnie w taki sposób pracuję. Moje obrazy zyskują wtedy duszę.

Justyna: Jasne. Ja… wiesz, nie czułam się ładna.

Astrid: Trudno mi w to uwierzyć. Jesteś przepiękna.

Justyna: Dziękuję, że to mówisz, ale… Borykałam się z problemami z wagą. Raz tyłam, raz chudłam i znowu dopadał mnie efekt jo-jo. Nie miałam też zbyt wielu koleżanek w Chojnicach, skąd pochodzę. Nigdy nie interesowali się mną chłopacy. Do tego miałam problemy z trądzikiem. Wiesz, takie zwykłe życie nastolatki. Jedne dostają lepszy pakiet genów, inne trochę gorszy. I wreszcie z rodzicami przeprowadziliśmy się do Szczecina, akurat gdy miałam iść do liceum. Pomyślałam, że to dobry moment, by coś zmienić. Chciałam się wyróżnić, powiedzieć wszystkim: „Hej, jestem Justyna i jestem zajebista!”. Marzyłam o tym, by to wykrzyczeć. Przefarbowałam włosy, zapanowałam trochę nad swoją wagą i cerą. Tyle że moje ubrania były takie zwyczajne. Przeprowadzka pochłonęła sporo kasy, rodzice dali mi kilka stówek, miałam też to, co zarobiłam w wakacje. Nie było tego dużo, a ja marzyłam o całej szafie pełnej fajnych ciuchów. Chodząc po mieście i poznając Szczecin, znalazłam lumpeks z naprawdę spoko ubraniami. Później pojawiałam się tam coraz częściej. Resztę historii już znasz.

Zamyślił się nad tym. Nie dało się nie lubić Justyny. Była mądra, pełna życia i wydawała się dogłębnie zraniona. Nadal był również pod wrażeniem Astrid, która z taką wprawą prowadziła rozmowę na trudne tematy. Totalnie nie spodziewał się po niej takiego wyczucia i empatii.

Astrid: Chciałabyś coś po sobie zostawić?

Justyna: Chyba nie rozumiem…

Astrid: Po śmierci? Czy chciałabyś, żeby ludzie o tobie pamiętali?

Justyna: No… nie wiem… Chciałabym, żeby rodzina, przyjaciele o mnie pamiętali. To chyba ważne… E… dziwne pytanie.

Astrid: Wcale nie. Obie jesteśmy artystkami. Zastanawiam się po prostu, jak byś chciała zostać zapamiętana?

Justyna: Nie wiem… Mam jeszcze czas, by o tym pomyśleć.

Oskar zerknął na datę nagrania – powstało na kilka tygodni przed zaginięciem Justyny. To pytanie teraz, z perspektywy czasu, brzmiało dosyć upiornie.

Rozdział 4

Oskar wpatrywał się w giclée jednego z obrazów autorstwa Astrid. Nosił tytuł Justyna. Za zgodą szefa przyniósł go rano z magazynu. Starannie rozpakował wydruk oprawiony w fotoramę, a później oparł go o swoje biurko. Nie potrafił oderwać od niego wzroku, jak od każdego obrazu z serii Skradzione piękno. Były wyjątkowe w tylu różnych aspektach. Sam chciałby mieć taki w domu.

Obraz przedstawiał Justynę Durbajło. Po obejrzeniu jej sesji zdjęciowej, wysłuchaniu wywiadu, przeczytaniu notatek artystki na jej temat nie miał co do tego żadnych, absolutnie żadnych wątpliwości. Kobieta stanowiła centrum dzieła. Miała zamknięte oczy, które mimo to przykuwały uwagę gęstymi i długimi rzęsami, do tego pełne usta i zgrabny nos. Głowę trzymała uniesioną i skierowaną w lewo. Włosy opadały jej swobodnie na ramiona. Twarz, szyja, dekolt i włosy kobiety pokryte były feerią barw: od błękitu przez żółć aż do różnych odcieni czerwieni.

Kobieta z obrazu nigdy nie przechodzi niezauważona. Każdy jej gest, spojrzenie zostały starannie zaplanowane, są wyważone. Jest piękna, dumna, zdaje się mówić: „Patrzcie na mnie, jestem Justyna i jestem zajebista”. Kontrolowanie ekspresji jest dla niej naturalne. Wie, jak łączyć codzienność ze sztuką, co wyraża w swoich niecodziennych stylówkach. Kreatywność w jej przypadku nie zna granic. Z łatwością komunikuje emocje, marzenia i nastroje. Chce być dostrzeżona, ale nie w sposób głośny, a przez odpowiednie kreowanie rzeczywistości. Stanowi żywe ucieleśnienie ekspresji. W bohaterce obrazu tkwi niezwykła siła, którą uwidaczniają wyraziste pociągnięcia pędzla oraz doskonała ekspozycja koloru.

Doceniał ten obraz za kontrasty, które były znakiem rozpoznawczym Astrid, wspaniale potrafiła je uchwycić. Jasne fragmenty zostały dodatkowo rozświetlone w kontraście do ciemniejszych płaszczyzn. Sprawiało to wrażenie, jakby kobieta wyłaniała się z mroku. Wzrok przykuwały efekty wykorzystania pędzli, szpachli oraz techniki action painting, co dodawało dziełu dodatkowej głębi. Nie potrafił dobrze ubrać w słowa wszystkiego, co widział, nie umiał na niczym na długo skupić wzroku. Linie, plamy, kształty poszukujące, zderzające się i nakładające jedne na drugie. Obraz wyglądał tak, jakby zaraz miał się przemienić w coś innego. Z tego powodu za każdym razem, gdy na niego spoglądał, miał wrażenie, że dostrzega w nim więcej. Widać było, że artystka zadbała o każdy najdrobniejszy szczegół.

– Dobrze, że przyniosłeś go z magazynu.

Oskar aż podskoczył. Zerknął w kierunku drzwi. Były uchylone, stała przy nich Astrid. Malarka miała na sobie długą, czarną spódnicę i obcisły golf w tym samym kolorze, do czego założyła swoje glany. Nie usłyszał jej, gdy weszła. Niemalże o każdej porze roku wyglądała tak samo. Zawsze go to zastanawiało. Sam nosił bardziej stonowane ubrania, ale nawet on lubił czasami włożyć coś kolorowego.

– Razem z Magdą wpadliśmy na pomysł, żeby przekazać go państwu Durbajło wraz z kilkoma zdjęciami, które jej zrobiłaś – wyjaśnił Oskar. – Oczywiście jeśli wyra…zisz na to zgo…dę… Po prostu… po prostu pomyśle…li…liśmy, że w tych okolicz…czno…nościach będzie im miło, jeśli… jeśli dostaną taką pamiątkę po córce.

Mężczyzna jąkał się. Nie był to przypadek. W dzieciństwie chodził do logopedy. W liceum oficjalnie ogłosił, że jego problem odszedł w zapomnienie. Był o tym przekonany, dopóki nie poznał Astrid. Chłodne spojrzenie kobiety wywoływało w nim dreszcze. Bardzo często zdarzało się, że gdy go zaskakiwała lub okazywała mu niezadowolenie, zaczynał się jąkać i głupio tłumaczyć. Jedynie raz był przy niej pewny siebie – podczas ich pierwszego spotkania, kiedy jeszcze nie miał pojęcia, że będą razem pracować, a ona jest tą wyjątkową artystką, o której szepcze całe środowisko. Była wtedy zupełnie inna: uwodzicielska, zabawna, delikatna, tak jakby miała drugą osobowość.

– To oczywiste, na pewno to docenią – odparła Astrid. – Zrobiłam to samo dla państwa Hofmanów.

– Chyba nie rozumiem.

– Dominika Hofman, moja czwarta muza. Wydaje mi się, że chyba zdążyłeś ją poznać? Chociaż nie… pracujemy razem od mojej piątej muzy.

– Ona też nie żyje?

– Zginęła w tragicznym wypadku samochodowym. Wracała do swojego domu za miastem. Było ciemno, samochód potrącił ją od tyłu, jej ciało wpadło do rowu tuż przy drodze. Niestety sprawca zbiegł z miejsca zdarzenia i nigdy nie został złapany. Wszystko stało się zaledwie dwa miesiące po ukończeniu przeze mnie obrazu – wyjaśniła Astrid. – Wybrałam się do jej rodziców osobiście. Przygotowałam dla nich zdjęcia oraz giclée, który miałam wręczyć Dominice. Nie zdążyłam.

Oskar poczuł, jak ogarnia go niepokój. Czy śmierć dwóch z siedmiu muz artystki nie była podejrzana? Jedną zamordowano, a jej ciało poćwiartowano i ukryto w taki sposób, aby długo nie zostało znalezione. Druga kobieta została potrącona przez samochód, którym kierował nieznany sprawca. Nie można było się tu dopatrzyć jakiegokolwiek związku, prawda?

– Ja… nie wiem… znaczy… to… przykre, bardzo przykre… smutne.

Astrid podeszła do giclée opartego o jego biurko. Nieznacznie się uśmiechnęła. Później przeniosła wzrok na niego.

– Na szczęście zdążyłam skraść ich piękno, prawda?

Oskar nie odważył się odezwać. Ponownie jednak poczuł dreszcz. Słowa Astrid wypowiedziane wyzutym z emocji tonem sprawiły, że niepokój rozchodził się po całym jego wnętrzu. Ciszę przerwała Magda, która weszła do gabinetu. Ona również ubrana była tego dnia na czarno.

– O! Astrid, dobrze, że już jesteś – powiedziała z uśmiechem. – Rodzice pani Durbajło będą za dziesięć minut. Przygotowałam odbitki zdjęć. Możemy przejrzeć je razem? Nie wiem, które z nich chciałabyś im podarować.

Artystka jeszcze przez chwilę przyglądała się portretowi Justyny, później skinęła głową i podeszła do biurka Magdy. Oskar nie potrafił jednak tak łatwo dojść do siebie. Nie rozumiał czemu, ale miał przeczucie, że działo się coś niepokojącego.

Rozdział 5

Sala konferencyjna jeszcze nigdy nie wydawała mu się tak ponura. Zazwyczaj świętowali tutaj po udanym wernisażu czy wygraniu przez artystę nagrody, miejsce kojarzyło mu się raczej ze szczęściem. Tym razem było jednak inaczej. Przy dwunastoosobowym stole siedzieli państwo Durbajło. Kobieta miała gęste, kasztanowe włosy w nielicznych miejscach poprzetykane siwizną. Zielone spojrzenie było pełne bólu, a podkrążone i opuchnięte oczy zdradzały, że przez ostatnie dwa dni płakała i miała problemy ze snem. Bez trudu rozpoznał w niej matkę Justyny. Były do siebie niezwykle podobne. Siedzący obok niej mężczyzna mocno ściskał jej dłoń. Krótkie włosy i wąsy miał niemalże białe. Był bardzo wysoki. Bystre spojrzenie błękitnych oczu śledziło każdy ich ruch. Naprzeciwko nich usiedli właściciel galerii i Astrid. Oskar i Magda stali w rogu pomieszczenia.

– Dziękuję, że zgodzili się państwo spotkać – powiedział Robert Szumiński. – Na wstępie chcielibyśmy złożyć państwu najszczersze kondolencje. Mieliśmy okazję poznać Justynę. Była naprawdę niesamowitą osobą.

Właściciel galerii miał niezwykłe wyczucie do sztuki, przede wszystkim jednak potrafił zjednywać sobie ludzi. Ten talent zdecydowanie bardziej przydawał mu się w pracy galerzysty. Negocjował bardzo dobre ceny dla swoich artystów i sam pobierał od tego spory procent. Z wprawą rozmawiał z włodarzami miasta, załatwiając dotacje dla galerii. Przede wszystkim brylował na wernisażach. Potrafił porozmawiać absolutnie z każdym. Rzadko ktoś wychodził z jego galerii bez dzieła sztuki.

– Spędziłam sporo czasu z Justyną w trakcie pracy nad jej portretem. Była dumna z tego, co robi, a jej kreatywność była doprawdy imponująca. Zaskakiwała mnie na każdym kroku i wielokrotnie rozśmieszała. Nie wiem, czy spotkałam w życiu drugą tak pozytywną osobę – dodała Astrid. – Cieszę się, że dane było mi ją poznać i utrwalić jej piękno na obrazie.

– Pamiętam, jak bardzo Justyna była tym podekscytowana – odezwała się Kamila Durbajło, matka zamordowanej. – Wiele opowiadała nam o pani i o tym obrazie, swoim portrecie.

– Proszę mi mówić po imieniu, nazywam się Laura.

Matka Justyny skinęła głową. Mówiła z dużym trudem. Głos drżał jej za każdym razem, gdy wspominała o swojej córce.

– Cieszyła się, że dostanie jeden egzemplarz dla siebie. Pamiętam, że chciała powiesić go w swoim salonie. Bardzo cię polubiła, Lauro. Była zaszczycona tym, że znajdzie się na twoim obrazie.

– Niestety nie zdołałam jej go przekazać osobiście.

Rodzice zmarłej muzy ożywili się.

– Masz ten obraz? – spytał Krystian Durbajło, ojciec Justyny. – Znaczy… ja… jeśli trzeba go odkupić…

– Co? Nie, nie – zaprzeczył szybko Szumiński. – Spotkaliśmy się z państwem, bo chcieliśmy go osobiście przekazać.

Magda w tym momencie sięgnęła po giclée i podeszła z nim do rodziców Justyny. Kamila Durbajło przytknęła dłoń do twarzy i rozpłakała się. Nawet w surowych oczach jej męża pojawiły się łzy. Mężczyzna wziął obraz od Magdy. Nie odrywał od niego wzroku ani na chwilę.

– Jest cudowny… – wyszeptała matka. – Nie wiem, co powiedzieć. Justyna… to jej uśmiech.

– Dziękujemy za ten gest – odezwał się Krystian Durbajło. – Nie mają państwo pojęcia, ile to dla nas znaczy.

Astrid wstała i minęła Magdę, która ponownie wycofała się w cień. Trzymała w dłoniach teczkę ze zdjęciami swojej drugiej muzy. Położyła ją przed rodzicami. Miała niezwykle ciepły wyraz twarzy. Oskar rzadko widywał u niej tak delikatny uśmiech.

– Zanim wykonam obraz, zawsze proponuję swojej modelce sesję zdjęciową. W tej teczce są zdjęcia Justyny – wyjaśniła Astrid. – Pomyślałam, że je również chcieliby państwo zatrzymać.

Kamila Durbajło podniosła się z miejsca i uściskała artystkę. Szeptała słowa podziękowania. Oskar dostrzegł na twarzy Astrid szczerą niechęć, wręcz pogardę. Był to ułamek sekundy, zanim przybrała możliwie neutralny wyraz, ale jednak. Z wyraźną ulgą odsunęła się od matki zmarłej.

– Cieszę się, że chociaż tyle mogłam dla państwa zrobić.

Oskar wycofał się z gabinetu wraz z Szumińskimi, podczas gdy rodzice Justyny zostali w sali konferencyjnej z Astrid. Malarka już wcześniej ich uprzedziła, że będzie chciała porozmawiać z nimi na osobności. Miała zamiar opowiedzieć im o znajomości z Justyną, o pracy nad obrazem i o tym, jak bardzo podziwiała jej kreatywność.

– Magda, chodź, pomożesz mi – odezwał się właściciel galerii. – Potrzebuję wrzucić kondolencje na stronę.

Kobieta skinęła głową i ruszyła za ojcem. Oskar jeszcze przez chwilę przyglądał się zamkniętym drzwiom, później jednak od razu skierował się do magazynu. Po prostu czuł, że musi coś sprawdzić. Udał się na najniższe piętro, gdzie kiedyś znajdował się lokal usługowy, a jeszcze wcześniej piwnice mieszkańców. Teraz przystosowano to miejsce tak, by było bezpieczne dla dzieł sztuki. Przechowywali tu rzeczy dla przyszłych klientów. Podszedł tam, gdzie trzymali jedynie prace Astrid. Od razu zauważył cztery starannie zapakowane giclée i jeden portret wykonany specjalnie na zamówienie klienta. Wcześniej zupełnie nie zwrócił na to uwagi. Nabrał powietrza i zatrzymał je w płucach, tak jakby ze stresu nie mógł zaczerpnąć kolejnego oddechu. Wysunął z regału pierwsze giclée – na kartonie został napisany tytuł obrazu – „Marlena”. Trzecia muza. Na kartonie był dopisek: „Oddać w ręce Marleny Mitury”. Wysunął kolejne, by sprawdzić jego tytuł – „Paulina”, następny był opisany jako „Krystyna”, później „Mariola”. Brakowało jedynie giclée „Kamili”. Chciał wierzyć, że pierwsza z muz odebrała go osobiście, a pozostałe wciąż żyją, tylko z jakiegoś powodu nie dały rady dotrzeć do galerii. Bardzo chciał w to wierzyć…