Skazani na ból - Agnieszka Lingas-Łoniewska - ebook
Opis

BĘDĄC ZE MNĄ JESTEŚ SKAZANA NA BÓL. NA CIERPIENIE. I NA NIEBEZPIECZEŃSTWO.

Aleks ma dwadzieścia lat i od szesnastego roku życia jest skinheadem. Ma swoje bractwo, ideały i prawdy, w które wierzy. Amelia to osiemnastolatka, licealistka, która ma za sobą tragiczną przeszłość.

Drogi Amelii i Aleksa nigdy nie powinny się przeciąć. Nie łączy ich nic – ani pochodzenie, ani poglądy, ani rodzinna przeszłość. A jednak młodzi poznają się w dramatycznych okolicznościach i zakochują w sobie. Od tej chwili zmienia się wszystko.

Skazani na ból” to historia, która zwala z nóg. Dramatyczna pogoń za miłością silniejszą niż uprzedzenia, bolesne poszukiwanie własnej tożsamości i zakończenie, które nie pozwoli zasnąć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 364

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

 

Prolog

Mała dziewczynka cicho bawi się w kącie przedszkolnej sali zabaw. Dwóch starszaków idzie w jej kierunku, jeden uśmiecha się złośliwie, drugi ma zaciętą minę. Ta mała się ich boi. Chociaż ma cztery lata, już wie, że powinna ich unikać.

– Mała cyganicha. – Blondynek ciągnie dziewczynkę za ciemny warkocz.

– Nie jestem Cyganką. – Dziewczynka tuli lalkę i lekko się cofa.

– Wyglądasz jak cyganicha. – Drugi chłopak idzie w sukurs koledze. – Oddawaj lalkę – mówi, wyrywa dziewczynce zabawkę i rzuca ją w kąt.

– To moje. – Malutka próbuje się bronić.

– Nie twoje! Cyganicho.

Nagle za nimi pojawia się chłopiec z grupy zerówkowej. Jest wysoki, szczupły i patrzy tak dziwnie niebieskimi oczami.

– Oddaj jej lalkę – mówi do blondynka.

– Co cię to obchodzi? To cyganicha!

– Ona nie jest Cyganką. Oddaj jej lalkę. Już.

Kolega blondyna chce zareagować, ale chłopiec z niebieskimi oczami wpatruje się teraz w niego. Lepiej nie zaczynać z tym milczącym wariatem. Obaj chłopcy z wściekłymi minami ruszają po rzuconą w kąt zabawkę. Blondynek podnosi ją i wręcza przestraszonej dziewczynce. Obaj odchodzą, a chłopiec z niebieskimi oczami patrzy na małą z długimi warkoczami i przez jego zbyt poważną jak na sześciolatka twarz przechodzi cień uśmiechu.

– Już się nie bój. Nikt cię nie skrzywdzi.

– Mam na imię Amelka. A ty?

– Aleks.

 

Aleks

Kończyłem zmianę. Musiałem się jeszcze przebrać i wypełnić raport za dzisiejszy dzień.

Dwa lata temu, gdy tylko skończyłem osiemnasty rok życia, zacząłem pracę przy produkcji syropów w tym korporacyjnym gównie. Trzeba przyznać, że jak na robotę gównianą, była ona całkiem dobrze opłacana. A to dawało mi możliwość uniezależnienia się i postępowania wedle własnego kodeksu, który był bardzo restrykcyjny i jednoznaczny. Jestem uczciwy, szczery, bezkompromisowy, czasami bezlitosny. I nie wierzę w pierdoły typu rodzina i miłość, bo to tylko ułuda, każdy jest cholernym egoistą i dba tylko o swój tyłek.

Ale ja znalazłem coś, o co warto dbać i walczyć. Trafiłem na ludzi, którzy myśleli podobnie i dzięki temu nie czułem się sam. Bo chociaż uważałem się za samotnika, to oprócz tego wiedziałem, że fajnie jest mieć poczucie przynależności i wierzyć w to samo, co przyjaciele. Według mnie ten świat, pozbawiony zasad i skazany na klęskę, szedł w niepokojącym kierunku. I tylko my, ludzie oddani własnym ideałom i naprawdę wierzący w to, co stanowi o naszej wyższości, byliśmy jakąś szansą na to, aby ten kraj nie pogrążył się w chaosie.

– Aleks, idziesz z nami na piwo?

Kumpel z działu patrzył na mnie wyczekująco.

– Nie, mam spotkanie.

– Z lasencją?

– Nie tylko – odparłem spokojnie i zacząłem ściągać kombinezon.

Nie przepadałem za wyjściami z kolegami z pracy. Wszystkie kończyły się tak samo: pijackim bełkotem i obściskiwaniem chętnych lasek w barze. Nie żebym był jakimś odmieńcem, też lubiłem się dobrze bawić, ale nie co tydzień. To było dobre raz na jakiś czas. Poza tym z reguły miałem tak, że laski się mnie po prostu bały, a ja z kolei, gdy zamieniłem z nimi jakieś trzy, cztery zdania czegoś, co mogłoby być uznane za konwersację, zaczynałem bać się ich głupoty i tępoty. Tak więc w wieku lat dwudziestu nie miałem na stałe dziewczyny, od czasu do czasu brałem pannę do zabawy na tylnym siedzeniu mojego auta, gdzie jej usta zajmowały się czymś innym niż paplaniem banałów. I było mi z tym dobrze. Bo miałem swoje towarzystwo, gdzie mogłem być sobą, gdzie wszyscy wyglądaliśmy podobnie i nie wzbudzaliśmy sensacji swoimi ogolonymi głowami, glanami z białymi belami, flyersami i czerwonymi szelkami. Tak, byłem skinem NS, czyli narodowym socjalistą, i byłem z tego kurewsko dumny. To była moja rodzina, bo moja własna nie zasługiwała na to miano.

Teraz spieszyłem się na cotygodniowe spotkanie z moimi przyjaciółmi, kumplami, ale tymi prawdziwymi, z którymi łączyła mnie pasja, wiara, muzyka i przekonania. Czułem się tam dobrze, jak u siebie, nie musiałem być nikim innym, tylko sobą. W zasadzie zawsze byłem sobą, ale różni ludzie różnie to postrzegali. Co oczywiście mnie nie martwiło, bo już dawno przestałem przejmować się opiniami innych, a także reakcjami bliższego i dalszego otoczenia.

Najczęściej wzbudzałem rezerwę i strach, więc to mi pasowało. Zauważyłem, że uwielbiam karmić się strachem innych. Nie było tak, że sprawiało mi to przyjemność, ale jednak wyzwalało jakieś pokłady adrenaliny, a zaraz potem nienawiści i złości na ich głupotę i prostactwo. Bo przecież nie rozumieli nic. Właśnie z ich niewiedzy wynikało mylne pojmowanie moich ideałów, właśnie z ignorancji wypełzały uprzedzenia, a zaraz za nimi strach. I nienawiść. Bo wśród ludzi pokutuje myślenie, że jeśli czegoś nie rozumiem, to jest złe, ale jeśli jest złe, muszę to znienawidzić. I tym właśnie uczuciem karmiłem się jak najsubtelniejszą potrawą, ci prostacy dawali mi poczucie władzy, spełnienia, czegoś, czego oni nigdy nie zaznają, bo żyją banalnym życiem i umierają zwykłą śmiercią. Czasami myślałem, jaką śmiercią sam chciałbym skończyć moją bytność na tym świecie. Na pewno powinno to być coś spektakularnego, coś, co sprawi, że nawet wydając ostatnie tchnienie, będę dumny z własnych przekonań, rasy i wiary w siłę białego człowieka.

W firmie bliżej kumplowałem się tylko z Patrykiem, któremu moja subkultura nie była obca, może nie był aż takim wyznawcą, jak ja, ale mogłem sobie z nim porozmawiać na różne tematy. Nie był ignorantem, świetnie orientował się we współczesnej polityce, znał historię i dużo czytał. I słuchał tego, co ja. Honor czy Gammadion nie były dla niego pustymi nazwami. Oczywiście nie mogłem nazwać go przyjacielem, ale był bardzo blisko tego miana. Nie wierzyłem za bardzo w przyjaźń, chociaż z drugiej strony całkiem fajnie jest mieć z kim pogadać podczas nudy na zmianie albo podczas jazdy do domu. Mieszkałem w Śródmieściu, a Patryk na placu Bema, więc uprosiliśmy naszego kierownika, aby tak układał grafik, żebyśmy mogli jeździć razem.

Miałem samochód, dostałem trochę kasy od babci, resztę dołożyłem sam. Żyłem oszczędnie, nie byłem wymagający. Mieszkałem z matką, która mnie nie rozumiała. I często wkurzała. Dlatego mało czasu spędzałem w domu. Zdarzało się, że brałem podwójne zmiany, dodatkowy pieniądz był mile widziany.

Sporo czasu spędzałem też w garażu, który przerobiłem na pracownię. Od lat składałem modele samolotów, najpierw małe, plastikowe, proste, a potem sięgałem po coraz bardziej skomplikowane konstrukcje. To był mój konik, puszczałem głośno ulubione zespoły, śpiewające o honorze białych, i pracowałem nawet do drugiej, trzeciej nad ranem. Często, zwłaszcza latem, spałem w garażu, wolałem być sam i nie słuchać marudzenia. Poza tym wyciszałem się przy sklejaniu. Niektóre modele zanosiłem do klubu, w którym spotykałem się z kumplami myślącymi i ubierającymi się jak ja. Podobało się to Jarkowi – barmanowi, a jednocześnie właścicielowi. Należał do Starej Gwardii i wprowadził mnie w to towarzystwo. Wiedział o mnie prawie wszystko i jeśli Patryk był prawie przyjacielem, tym z zewnątrz, to Jarek był mi najbliższy tutaj. Wśród swoich. Prawdziwych Polaków.

I na swój sposób byłem szczęśliwy. Bo co to w ogóle jest szczęście? Żyłem w zgodzie ze sobą, a to chyba najważniejsze, aby móc spojrzeć w swoje odbicie w lustrze bez nienawiści czy pogardy. Ja patrzyłem zawsze z dumą i szacunkiem. Takim samym szacunkiem darzyłem kobiety, moją matkę też, chociaż była głupia i nic nie rozumiała. Ale to była matka. I biała kobieta. Musiałem okazywać jej szacunek.

Krążyły o nas, skinach, bajki. Jasne, w każdym gnieździe znajdzie się jakaś zgnilizna, ci wszyscy pseudonarodowcy, biegający na mecze w kominiarkach i machający maczetami. To nie byłem ja i to nie byli moi kumple. My naprawdę kochaliśmy nasz kraj i wierzyliśmy w siłę białej rasy. Oczywiście, kiedy trzeba było, nie stroniliśmy od przemocy, jeśli inne racje nie przemawiały. Bo z reguły ci, którzy próbowali z nami dyskutować, mieli zbyt mało argumentów, aby stawać z nami do jakiejkolwiek dyskusji. Wówczas puszczały nerwy i pięści szły w ruch. Powiem szczerze, że lubiłem taki sparing. To pozwalało utrzymać ciało w formie i świetnie wpływało na refleks. Ale generalnie byłem spokojny. Wolałem zacisze garażu, moje modele samolotów i czołgów.

Nawet nie przypuszczałem, że przeszłość zapuka do moich drzwi. I że w tych drzwiach stanie… ta właśnie dziewczyna. Stanie i przewróci moje życie do góry nogami. A co najważniejsze… zniszczy wszystko to, w co wierzyłem i co było sensem mojego życia.

 

Amelia

Kończyłam lekcję gry na gitarze z małym Kacprem, który miał dopiero dziesięć lat, ale naprawdę świetnie radził sobie, jeśli chodzi grę na tym instrumencie.

Miałam kilkoro uczniów, do których jeździłam. Pozwalało mi to na małą niezależność od rodziców, którzy byli z tego średnio zadowoleni. Bo pragnęli właśnie mojej zależności od nich, a ja z całych sił marzyłam o czymś zupełnie przeciwnym. Kiedyś tak nie było, ale dwa lata temu skończyłam szesnaście lat i po tym, co wówczas przeżyliśmy, moi rodzice wciąż pozostawali w trybie „na Amelkę” i jakoś nie chcieli zrozumieć, że ja po prostu się duszę. Przytłaczali mnie swoją miłością, wręcz chorym uczuciem, które przemieniało się w jakieś szaleństwo kontroli, zaborczości i nie wiem, czego jeszcze. Same niecenzuralne słowa cisnęły mi się na usta. A przecież „cholera” w moim wykonaniu było szczytem wulgaryzmu.

Odkąd ogłosiłam w internecie, że udzielam lekcji gry na gitarze w domu ucznia, rodzice podnieśli mi kieszonkowe. Wszystko, co od nich dostawałam, odkładałam, i naprawdę miałam już niezłą sumę zaskórniaków. Nie mogli zrozumieć tego, że chcę poczuć trochę samodzielności i, co za tym idzie, odpowiedzialności. Poza tym mogli mi ufać. Wiem, że po tym, co się stało, bali się powtórki z rozrywki, ale zupełnie niepotrzebnie. Nigdy nie dałam im powodów do niepokoju, uczyłam się świetnie, w tym roku zdawałam maturę i miałam zamiar składać papiery na psychologię. Grałam na gitarze, rysowałam, miałam pasje i mało czasu na głupoty. Nie spotykałam się z chłopakami, przyjaźniłam z Magdą, moją serdeczną koleżanką, z którą byłam nierozłączna już od czasów gimnazjum.

Czułam się szczęśliwa, to znaczy prawie, jeśli mogę tak powiedzieć. Starałam się być, pracowałam nad tym moim szczęściem, chociaż czasami, gdy zaśmiewałam się z Magdą do rozpuku z jakiejś bzdury, dostrzegałam urażony wzrok mojej mamy, która zdawała się mieć mi za złe, że ja się dobrze bawię, a ona… Ona… Potrząsnęłam głową. Czasami myśli napływały w zupełnie nieoczekiwanych momentach. Teraz Kacper wykonał kolejne zadanie, patrzył na mnie z uśmiechem na piegowatej twarzy.

– Super, Kacperku. – Pokiwałam głową z aprobatą. – Zostawię ci ten zeszyt nut, poćwiczysz kolejne frazy.

– Dobrze.

– Widzimy się za tydzień.

– Mama zostawiła pieniądze dla pani. Jak pani wyjdzie, mam zamknąć drzwi na klucz.

– Mama w szpitalu?

– Tak, ma zmianę, a brat wraca za godzinę.

– Okej, to zrób to, o co prosiła cię mama.

Schowałam trzydzieści złotych, które zarobiłam, spakowałam moją gitarę do pokrowca, ubrałam się i poszłam w stronę drzwi.

– Do zobaczenia, Kacperku. Zamknij drzwi.

– Dobrze.

Ze schodów zeszłam dopiero, gdy usłyszałam, że mały naprawdę przekręcił klucz w zamku. Ostrożności nigdy za wiele. Zwłaszcza że ta część Śródmieścia do najbezpieczniejszych nie należała. Umawiałam się na szesnastą, aby nie wracać stąd po ciemku. Mieszkałam na Karłowicach, więc musiałam dojść do Chrobrego i tam wsiąść w „siódemkę”. Wprawdzie nikt nigdy mnie tu nie zaczepił, ale zawsze miałam oczy dookoła głowy. Już i tak musiałam okłamać rodziców i powiedziałam, że ten akurat uczeń mieszka tuż obok Rynku. No, patrząc na bliskość centrum Wrocławia, wcale się tak bardzo nie pomyliłam. O most Uniwersytecki i kilka kwartałów. Denerwowała mnie nadopiekuńczość moich starych, dlatego tak bardzo, och tak bardzo miałam ochotę na zrobienie czegoś ryzykownego, głupiego, nieodpowiedzialnego. Lecz nie mogłam, musiałam być stonowana, spokojna, zgodna z ich oczekiwaniami i nadziejami. W końcu teraz mieli tylko mnie.

Wyszłam na zewnątrz i zdążyłam przejść dosłownie kilka kroków, kiedy poczułam, że ktoś wyrywa mi pokrowiec z gitarą z ręki. Odwróciłam się gwałtownie i zderzyłam z potężnym ciałem wysokiego faceta ubranego w dres. Drugi, wyglądający na Cygana, stał obok i przypatrywał się wyrwanemu mi z dłoni instrumentowi.

– Hej, lalka, zagrasz coś dla nas?

– A na flecie umiesz?

Nagle za mną znalazł się jeszcze jeden chłopak z dzielnicy. Typowy dresiarz, wytarte logo „adidas” dumnie szarzało na jego napakowanej sterydami piersi.

– Odwalcie się – warknęłam, zupełnie nie mając pojęcia, skąd mi się wzięła taka odwaga. Prawdopodobnie z głupoty.

– Maleńka, taka ładna buźka i takie brzydkie słowa mówi. Chyba ci musimy zająć te śliczne usteczka czym innym. – Cygan popatrzył na mnie obleśnie.

I zanim zdążyłam wydać z siebie jakiś dźwięk, poczułam wielką, śmierdzącą papierosami łapę zaciskającą się na mojej twarzy, a silne ramiona pociągnęły mnie w stronę ciemnej bramy poniemieckiej kamienicy, identycznej jak cały szereg pozostałych, tworzących regularną zabudowę Śródmieścia. A wówczas… wówczas usłyszałam cichy i lekko zachrypnięty głos.

– Zabierz od niej łapy, cygański brudasie!

 

Aleks

Trzymałem nowy model samolotu i zmierzałem do samochodu, zaparkowanego nieopodal mojej bramy. Jechałem do Jarka, obiecałem mu przywieźć moje najnowsze dzieło, które zapewne powiesi nad barem. Z daleka dostrzegłem jakieś zamieszanie. Trzech dresiarzy, w tym jeden brudas, zbliżało się do jakiejś wątłej postaci. Podszedłem do mojej wysłużonej, ale dobrze spisującej się hondy i położyłem drewniany model na dachu.

Wtedy usłyszałem stanowczy żeński głos. Coś było nie tak, dziewczyna wyraźnie się bała, chociaż zrobiła wszystko, aby tego strachu nie było słychać w jej głosie. Niejednokrotnie widziałem tego syfiarza i jego dwóch kumpli-dresiarzy, którzy kalali się zadając z tym brudasowskim nasieniem. Bali się mnie jak diabeł święconej wody, jak mówiła moja babcia, więc gdy tylko słyszeli stukot moich glanów w podwórku, spieprzali czym prędzej, byleby się tylko ze mną nie spotkać. A tak wielką miałem ochotę poczuć, jak mój pięknie wypastowany glan zderza się z ryjem tej ciapatej nędzy!

Już miałem wsiadać do samochodu, gdy dostrzegłem, że towarzystwo nieopodal zaczyna się szamotać i gnoje wciągają dziewczynę do pobliskiej bramy. Wiedziałem, że znalazła się w tarapatach, a ja nauczony byłem, aby pomagać kobietom. Podbiegłem bliżej i zobaczyłem przerażone niebiesko-brązowe oczy, wpatrzone wprost we mnie. Powiedziałem cicho słowa ostrzeżenia i zanim doszedł do nich sens przekazu, uderzyłem stojącego najbliżej mnie blondyna w dresie pięścią w twarz. Nie spodziewał się niczego i poleciał do tyłu jak kłoda. Drugi dresiarz, nazywał się chyba Paskowski, mówili na niego Pasiak, ruszył na mnie, a Cygan nadal trzymał wyrywającą się dziewczynę. Pasiak zaliczył strzał w żołądek, a gdy zgiął się wpół, dostał ode mnie glanem w ryj. Zalał się krwią i padł. Cygan nie wiedział, co ma robić. Rzucił dziewczyną, która upadła na kolana. Nie chciałem brudzić sobie rąk tym syfiarzem, ale nie mogłem go tak zostawić. Uderzyłem go kantem dłoni w gębę, potem doprawiłem lewym, a gdy upadł, zacząłem go glanować. I wtedy ona spojrzała na mnie, dostrzegłem jej przerażony wzrok.

– Zostaw, zabijesz go, będziesz miał kłopoty!

Szeptała, ale wszystko usłyszałem. Kurwa… Pierwszy raz ktoś się o mnie obawiał. Tak bardzo chciałem poczuć łamiącą się szczękę tego pierdolonego brudasa pod moim butem, ale powstrzymałem się. Zostawiłem to plujące krwią ścierwo.

Zebrałem rzeczy dziewczyny i pomogłem wstać jej samej. Gnoje będą mieć co leczyć przez najbliższe tygodnie, teraz musiałem zająć się przestraszoną panną. Wyprowadziłem ją z bramy i pociągnąłem w stronę mojego garażu. Szła w milczeniu, trzymałem ją za rękę, czułem, jak mocno ściska moją dłoń. Od tego uścisku, od jej drobnych palców zaciśniętych na moim ręku poczułem się dziwnie. Inaczej. Jakby coś ściskało mnie za gardło, a jednocześnie miałem nieposkromioną ochotę wrócić do tej zaszczanej bramy i rozprawić się do końca z tymi skurwielami, którzy ośmielili się położyć swoje brudne łapy na tej pięknej dziewczynie. Bo tak, była piękna. I delikatna. Miała ciemnobrązowe włosy i śliczne niebieskie oczy z niewielkimi brązowymi plamkami. Takie niespotykane. W garażu podałem jej butelkę z wodą, napiła się i popatrzyła na mnie. Myślałem, że będzie się mnie bała, jak większość dziewczyn, zwłaszcza że widziała mnie w akcji. Ale ona patrzyła z ciekawością i wdzięcznością.

– Dziękuję ci. Bardzo. Gdyby nie ty… nie wiem, co by… – Jej głos lekko się załamał, a ja na ten dźwięk znowu poczułem napad szału. Wziąłem głęboki wdech.

– Nie jesteś stąd. Co tu robiłaś? W dodatku sama?

– Uczę gry na gitarze. – Wskazała na leżący obok futerał. – Wracałam z korepetycji.

– Gdzie mieszkasz? – zapytałem jeszcze i popatrzyłem na nią z góry. Sięgała mi do połowy ramienia.

– Na Karłowicach.

– Odwiozę cię. Chodź. Te gnoje pewnie już zebrały swoje smarki z podłogi i poszły lizać rany.

Dostrzegłem strach w jej oczach. Zdałem sobie sprawę, że byłem oschły i ani razu nie spojrzałem na nią łagodniejszym wzrokiem. Wziąłem głęboki wdech.

– Nic ci nie grozi. Odwiozę cię pod sam dom, podaj tylko adres. Obiecuję.

Pochyliłem głowę i popatrzyłem w jej oczy. Jej oczy… Wiedziałem, co będę widział za każdym razem, gdy zamknę swoje.

– Dobrze. Chodźmy – odparła i posłusznie kiwnęła głową.

Wziąłem gitarę i wyciągnąłem rękę w jej kierunku. Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się. Coś zakłuło mnie gdzieś tam, chyba w okolicy serca.

– Poczekaj. – Zerknąłem na jej nogę. Na wysokości kolana materiał dżinsów był przesiąknięty krwią. – Jesteś ranna.

Zaskoczona, spojrzała w dół.

– Ojej, nic nie czułam.

– Przez adrenalinę. Mam apteczkę. Opatrzę cię.

– Nie trzeba.

– Naprawdę?

Spojrzałem na nią poważnie.

– Mam się rozebrać?

– Wystarczy, że podwiniesz nogawkę albo ściągniesz na chwilę spodnie. Możesz zakryć się kocem – powiedziałem i podałem jej pled.

– Nie znam cię.

Przewróciłem oczami.

– Jak masz na imię?

– Amelka. A ty?

– Aleks.

Nie wiem dlaczego, ale miałem poczucie déjà vu. Coś mi umykało, a ona patrzyła na mnie jakimś dziwnym wzrokiem, jakby się nad czymś zastanawiała. Potrząsnąłem głową, odrzucając dziwne myśli, i sięgnąłem po apteczkę.

– Już mnie znasz. Ściągaj spodnie.

– Jak to brzmi! – Amelia zagryzła wargę i uśmiechnęła się.

Znowu poczułem się dziwnie.

– Mam przeszkolenie z pierwszej pomocy.

Gdy uporała się ze spodniami, powoli obmyłem jej ranę i zalepiłem plastrem. To było tylko głębokie otarcie.

– Nieźle sobie radzisz. – Jej głos zabrzmiał tuż nad moim uchem. Była tak blisko, że czułem jej zapach. Jakiś kwiatowy. Od którego zrobiło mi się sucho w gardle.

– Możesz się ubrać.

– Dzięki.

W milczeniu doprowadziła się do porządku, ja w tym czasie odwróciłem się i schowałem apteczkę.

– Mam nadzieję, że matka nie zauważy brudnych dżinsów – powiedziała po chwili i cicho westchnęła.

– Ile masz lat?

– Osiemnaście. W tym roku zdaję maturę. A ty?

– Dwadzieścia.

– To twój garaż? – zapytała, rozglądając się wokół. – Śpisz tu?

– Czasami. Chodź, zawiozę cię.

Wyszliśmy na zewnątrz, ulica była pusta. Poprowadziłem ją do samochodu, gdzie na dachu nadal tkwił model mojego samolotu.

– To twoje?

– Tak. Takie hobby.

– Piękne!

Jej zachwyt był taki normalny, entuzjastyczny i szczery. Lubiłem szczerość, ceniłem ponad wszystko. Wyczuwałem fałsz na odległość.

– Dziękuję. To gdzie mieszkasz?

– Na Kasprowicza, za kościołem.

– Wiem, gdzie to jest, wsiadaj. Jedziemy.

W drodze milczała, zdawała się wsłuchiwać w moją muzykę.

– Fajny kawałek. Tylko słowa…

Zerknąłem na nią.

– Patrząc na mnie, chyba domyślasz się, jakiej muzyki słucham?

– No tak. Nie oceniam, nie mam prawa.

– Dobra, zostawmy to. – Ściszyłem odtwarzacz mp3, gdzie wokalista śpiewał o honorze człowieka urodzonego białym. – Gdzie się uczysz?

– W dziesiątce.

– To blisko masz do szkoły.

– W sumie tak, dwa przystanki autobusem. Albo na piechotę. A ty? Czym się zajmujesz?

– Pracuję. Składam modele. Żyję sobie.

– Sam?

Kiwnąłem głową, skręcając ze Żmigrodzkiej w Kasprowicza. Podjechałem pod wskazany przez nią dom, zatrzymując się na jej prośbę w bezpiecznej odległości.

– Wolisz, żeby matka nie widziała cię z łysym? – spytałem nieco zadziornie.

– Wolę, żeby matka nie widziała mnie z kimkolwiek. Rodzice są… przewrażliwieni na moim punkcie.

– Ciesz się, że się tobą przejmują.

– Czasami mogliby mniej. – Amelia westchnęła.

– Nie zawsze mamy to, co chcemy.

– Dziękuję za wszystko.

– Właściwie powinnaś wezwać gliny – powiedziałem. Dopiero teraz przyszło mi to do głowy. Jakoś z władzą nie było mi po drodze.

– W życiu! – zaoponowała ostro. Jej oczy rozbłysły, a ja nie mogłem oderwać od nich wzroku.

– Okej, okej. Kiedy masz kolejną lekcję na mojej dzielni?

– W przyszły wtorek. O szesnastej.

– Będę czekał. A poza tym… może wymienimy się telefonami? W razie czego, gdybyś potrzebowała pomocy czy coś… – Zawsze byłem taki wygadany, a przy niej jakoś brakowało mi słów.

– Dobrze.

Zapisaliśmy numery w swoich komórkach. Nie ukrywam, że miałem ogromną ochotę zadzwonić do niej zaraz po tym, jak wysiądzie z mojego samochodu. Ale musiałem poskromić tę nieodpartą chęć.

– Dzięki, Aleks. – Uśmiechnęła się na pożegnanie.

– Trzymaj się, Amelio.

Patrzyłem, jak idzie w stronę poniemieckiej willi otoczonej wysokim murem. Podświadomie czułem, że to dopiero początek, a gdzieś głęboko we mnie budziło się dziwne uczucie, którego jeszcze nigdy nie doświadczyłem. Uczucie przynależności i strach. Że to wszystko jest zbyt cudowne, aby mogło przydarzyć się właśnie mnie.

Jak zawsze odrzuciłem wszelkie nadzieje i pozytywne myśli, włączyłem głośno muzykę, Gammadion zagrał ostrą nutą i pojechałem na Kozanów, gdzie mieścił się nasz klub. Jaro bardzo ucieszył się z nowego modelu i w zamian dostałem butelkę ruskiej wódki. Była niedobra jak najgorsza trucizna, ale dawała czadu jak paliwo atomowe. Czasami z chłopakami łoiliśmy ją w klubie albo w moim garażu. Potem często wypadaliśmy na miasto, najbardziej lubiliśmy odwiedzać disco-rąbanki, gdzie plastiki i pedzie w rurkach wyginały swe markotne ciała. Widziałem strach w ich oczach, kiedy czterech-sześciu łysych wchodziło do takiej wylęgarni pustaków. Och, to była zabawa. Rzadko kiedy dochodziło do spięć, żaden z nas nie zamierzał lądować na dołku, chodziło tylko o wywołanie przerażenia na tych twarzach często nieskażonych jakąkolwiek myślą. To był nasz konik, można powiedzieć. Mój drugi ulubiony, zaraz po składaniu modeli. Mniej angażujący psychikę i zdolności manualne, ale za to bardzo dobrze wpływający na przeponę. Bo robiliśmy sobie bekę z tych popierdoleńców, a że już mieliśmy lekką fazę, było naprawdę wesoło. Oczywiście czasami zdarzały się lekkie spiny, z których z reguły wychodziliśmy obronną ręką, no bo kto będzie chciał zadzierać z łysymi? Chyba jakiś samobójca.

Wracałem do domu i wówczas usłyszałem dźwięk przychodzącego sms-a. Zerknąłem i musiałem zjechać na chodnik. Zatrzymałem się, włączyłem awaryjne i jeszcze raz przeczytałem jego treść: Bardzo ci dziękuję. Jutro kończę lekcje o 15. Amelka.

Potarłem brodę. „Muszę się ogolić” – przeszło mi przez głowę. Ale nie to teraz zaprzątało moją uwagę. Musiałem coś odpisać. Wypadało. Chciałem.

Jutro pracuję na drugą zmianę, więc nie będę mógł po ciebie przyjechać. Ale pojutrze mam wolne. O której mam być pod szkołą? Aleks. PS Zawsze cię obronię.

Wysłałem, zanim zdążyłem skasować.

Poczekałem chwilę i dostałem odpowiedź: Pojutrze po lekcjach jadę do ucznia. Toruńska 22. Kończę o 16.

Wiedziałem, gdzie to jest. Odpisałem: Będę. Śpij dobrze, Amelio.

Ruszyłem do domu. Czułem się dziwnie, ale dobrze. Przez chwilę nie pamiętałem, kim jestem, co robię, kogo nienawidzę. Przez chwilę myślałem tylko o dziewczynie z niespotykanymi oczami i o tym, że podoba mi się jej imię, bez żadnych głupich zdrobnień. Amelia. Amelia. Amelia.

 

Amelia

Aleks. Aleks. Aleks.

Po raz tysięczny chyba czytam wiadomości od niego. Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby wysłać mu tego pierwszego sms-a. Przecież nawet nie był miły. Ten chłopak, właściwie facet, nie wiadomość. Był taki ponury, poważny. Jakby cały czas się pilnował. Jakby bał się uśmiechnąć. Dziwny. No i wyglądał groźnie. Jak oni wszyscy. Sama nie wiem, co mnie do niego ciągnie. Przecież wiem, jakie wartości wyznaje, i powinno mnie to odrzucać. Ale gdzieś głęboko tkwi w nim coś, co sprawia, że zaczynałam się zastanawiać. Jak mogłam to odkryć po kilkudziesięciu minutach w jego towarzystwie? Nie mam pojęcia. A jednak podświadomie coś czułam i wiedziałam, że nie ustanę w staraniach, dopóki tego nie zrozumiem. Zastanawiające, bo powinnam przecież być przestraszona, zszokowana po tym, co zaszło. Nawet nie chciałam myśleć, co mogłoby się stać, gdyby nie Aleks.

Ale on tam był i nic mi się nie stało.

Gdy zamknęłam oczy, widziałam jego zaciętą minę i te wściekłe oczy. Nawet pokryte mgłą złości były piękne. Niebieskie, nie takie jak moje, które przez te brązowe plamki wpadały w zieleń. Jego były szafirowe. Potrząsnęłam głową. Siedziałam z głupią miną, którą widziałam w lustrze, i rozmyślałam o oczach chłopaka, którego praktycznie nie znałam. I który – tak właśnie powiedzieliby moi rodzice – nie był dla mnie. Według nich żaden z facetów nie był dla mnie, a już ten szczególnie. Reprezentował wszystko to, co moja rodzina potępiała. Miała ku temu powody, ale w tej chwili, w tym momencie… myślę tylko o tym, że przy nim czuję się bezpiecznie i nie mogę się doczekać pojutrza.

 

Następnego dnia w szkole wszystko opowiedziałam Magdzie, która w miarę poznawania szczegółów historii robiła coraz większe oczy.

– Nic ci się nie stało? – zapytała i nerwowo na mnie spojrzała.

– Nie, rozbiłam tylko kolano, ale Aleks je opatrzył i…

– Czekaj, czekaj, rozstawił tych zbirów po kątach, zajął się tobą, zawiózł do domu… Kurczę, to jak z romantycznego filmu.

– Prawie… – Uśmiechnęłam się.

– A co on, jakiś supermen? Opowiadaj, jak wygląda.

– Jest wysoki, ma śliczne oczy, rzadko się uśmiecha.

– Masz minę rozanielonego aniołka.

– To pleonazm.

– Zamknij się, kujonie. Ile ma lat?

– Dwadzieścia.

– Czym się zajmuje?

– Tego dokładnie nie wiem, pracuje gdzieś.

– No, no, pojawia się znikąd, ratuje cię, robi rozwałkę… – Magda kręciła głową i uśmiechała się znacząco.

– Jutro się z nim spotkam. Odbierze mnie z korepetycji.

– Zrób z nim selfie. Wyślij mi! Ma fejsa?

– Nie wiem. Nie znam jego nazwiska.

– Jeszcze nie zaprosił cię do znajomych? Dżizas, to podstawa! – Magda przewróciła oczami.

– Słuchaj, nie wiem, czy on jest uzależniony od fejsa i Twittera, tak jak ty – wystawiłam przyjaciółce język.

– Przestań, nie nudź. Dowiedz się coś więcej i zaraz go namierzymy. Fajnie by było, jakbyś miała chłopaka, moglibyśmy razem clubbing robić.

– Hm, tak – odchrząknęłam.

– Co? Lubiłaś chodzić na balety, dopóki twoja matka nie postanowiła zamknąć cię w wieży z kości słoniowej.

– Daj spokój.

Magda przytuliła mnie.

– Przepraszam, czasami coś palnę… Ale nie chcę, żebyś chodziła smutna, a dzisiaj pierwszy raz twoje oczy się śmieją.

– Oczy? Śmieją?

– Tak, patrzysz tak samo, jak na bezę z czekoladową polewą. Rozumiem, że ten Aleks jest bezą.

– Jesteś niemożliwa – odparłam i roześmiałam się.

– Wiem. – Magda potrząsnęła blond włosami. – W każdym razie, jak sytuacja się rozwinie, a wszystko na to wskazuje, chciałabym go poznać. Może w sobotę? Zrobię małą prywatkę: ty, Aleks, zaproszę tego głupka mojego brata i jego dziewczynę, Albercika, Banana. Będzie fajnie.

Zaczynałam bać się mojej przyjaciółki.

– Nie napalaj się tak, ja go nie znam, w sumie nie wiadomo, czy chodzi na takie imprezy…

– Tak, tak, zaraz zacznie uciekać przed tobą z krzykiem, ble, ble. Nie nudź. Spotkasz się z nim, zaprosisz na sobotę, a ja wszystko zorganizuję.

– Nie wiem… On nie wygląda jak ktoś, kto chodzi na spotkania z licealistami.

– Nie marudź. Zakonnikiem nie jest. Umów się z nim i przestań pisać scenariusze.

Magda przewróciła z niecierpliwością oczami, a dzwonek na lekcje uratował mnie przed jej kolejnymi fantastycznymi pomysłami. Nie chciałam mówić, że Aleks raczej nie chadzał na dyskoteki i miał chyba inne zajęcia niż domówki u licealistów.

Przestałam o tym myśleć, bo zaczęła się matma, a to był mój znienawidzony przedmiot i musiałam się skupić na tym, co tłumaczyła Maślica, czyli nasza profesor Maślakowska. A jednocześnie zajmowałam się wyrysowywaniem imienia Aleksa na okładce zeszytu. Wychodziło mi to naprawdę nieźle. O wiele lepiej niż potęgowanie.

 

Wieczorem leżałam w łóżku, słuchałam Linkin Park, bo kochałam ten zespół, i jednocześnie wpatrywałam się w cholerną komórkę. Tak bardzo chciałam usłyszeć jego głos, ale przecież nie mogłam do niego zadzwonić. Pomyślałby sobie, że jestem jakaś natarczywa albo co. Musiałam poczekać do jutra i przekonać się, czy naprawdę po mnie przyjedzie, czy to tylko była czcza obietnica, rzucona z grzeczności. Wyłączyłam moją muzykę i puściłam jeden z kawałków, który słyszałam w jego samochodzie. Słowa były druzgocące, zachrypnięty głos wokalisty nawoływał do wyrwania hebrajskiego korzenia i bronienia honoru białej rasy. Muzyka była wpadająca w ucho, ale przekaz mnie odrzucał. Nie wiedziałam nawet, że takie piosenki ktoś nagrywa. Gdy zaczęłam więcej o tym czytać, okazało się, że takich zespołów jest bardzo dużo, i to na całym świecie. Nigdy się tym nie interesowałam, a teraz byłam zszokowana. Sama nie wiem, po co to robiłam? Chciałam, aby mnie coś od niego odrzuciło? Sprawdzałam, jak daleko się posunę? Eksperymentowałam na sobie?

Nie wiedziałam, nie znałam odpowiedzi. Zdawałam sobie sprawę z jednego: zafascynował mnie ten chłopak i nie mogłam doczekać się jutrzejszego popołudnia.

 

Aleks

Jaro, Michał i Kamil przyjechali od razu, gdy tylko usłyszeli, co się święci. Nie mogłem tego tak zostawić. Cały czas czułem rozpierającą mnie wściekłość. Często tak miałem. Buzowało we mnie wszystko, wręcz się kotłowało, i musiałem dać temu upust. Gdy tylko zamykałem oczy, widziałem te brudne łapska trzymające jej delikatne ciało. Na samą myśl, że ta cygańska suka dotknęła tej dziewczyny, moje pięści zaciskały się w szalonym ścisku.

Moi kumple nie pytali, tylko wsiedli w samochód Jara i przyjechali. Opowiedziałem szybko, co się wydarzyło, i w sumie nic więcej nie było potrzebne. Żaden cygański brudas nie będzie dotykał białej kobiety. Nigdy! Wyszliśmy na ulicę i pobiegliśmy w stronę bramy, w której mieszkało to ścierwo.

Pasiak dojrzał nas w momencie, gdy wbiegliśmy na podwórko. Nie zdążył nawet westchnąć z rezygnacją, nie mówiąc o spierdoleniu gdziekolwiek.

Michał kopnął go w żołądek i gdy frajer przewrócił się na plecy, mój kumpel skoczył butami na żebra spedalonego gnoja. Zostawiliśmy go zwijającego się z bólu i wbiegliśmy do oficyny, gdzie mieszkały te brudasy. W środku był ten kundel, jego stara i dwójka osmolonych gówniarzy. Cygańska szuja chciała uciekać przez okno, ale złapałem go za bluzę i rzuciłem na stół. Spadł na ziemię, prosto pod moje nogi obute w wypastowane glany. Nie mógł się lepiej ułożyć. Skopaliśmy skurwiela i z przyjemnością musiałem przyznać, że czułem radość, łamiąc glanem żebra temu ludzkiemu odpadowi.

Gdy skończyliśmy, wybiegliśmy na zewnątrz i najchętniej teraz zatańczylibyśmy pogo na tym obszczanym przez psy kawałku zakurzonego podwórka, pokazując tym mendom, co znaczy biała siła. Ale musieliśmy spierdalać, zanim jakiś porządny obywatel nie sprawdzi, co się dzieje i nie wezwie psiarni. Pojechaliśmy do klubu Jara i tam nawaliłem się stoliczną. Nad ranem wróciłem do garażu na piechotę i zasnąłem z pijackim uśmiechem na twarzy. A przed oczami miałem ciemnowłosą śliczną dziewczynę, której już nigdy żadna brudna menda nie dotknie swoim ciapatym paluchem.

 

Dobrze, że dzisiaj nie szedłem do pracy, bo obudziłem się dopiero koło południa i miałem kilka godzin do spotkania z Amelią. Poszedłem do domu, wykąpałem się, zjadłem coś i zająłem się pastowaniem glanów. Poczułem wzrok mojej matki.

– Znowu się biłeś.

– Gratuluję spostrzegawczości.

– I piłeś.

– Plus dziesięć dla refleksu.

– Że też cię z tej roboty jeszcze nie wywalili. – Popatrzyła na mnie z niesmakiem. Tak samo jak kiedyś, dawno temu, gdy pierwszy raz ogoliłem głowę na zero.

– Dzisiaj nie pracuję, geniuszu.

– Nie masz do mnie ani grama szacunku!

– Nie zaczynaj. Szacunek to coś, co trzeba sobie wypracować. Poza tym ty też nie masz do mnie szacunku, więc nie brnij w to.

– Jak jesteś taki mądry, to się wyprowadź.

Wziąłem głęboki wdech, żeby się uspokoić i nie zrobić czegoś, czego potem bardzo bym żałował. Nie biliśmy kobiet, matek. Były chronione. A czasami miałem ochotę potrząsnąć kobietą, która mnie urodziła, żeby ta cała głupota, która zalegała w jej głowie, uleciała do jebanej atmosfery.

– Już niedługo. I tak więcej czasu spędzam w garażu.

Włożyłem glany i zacząłem wiązać sznurówki w formie białych belek.

– Gdzie idziesz?

– Wychodzę.

– To widzę. Pytam: gdzie?

– Przestań.

Spojrzałem na nią i chyba dostrzegła coś w moim wzroku, bo wycofała się do kuchni, wyzywając mnie pod nosem od „popierdoleńców takich samych jak ojciec”. Złapałem fleka, czapkę i wybiegłem, zanim dorwałbym coś, czym rzuciłbym w przeciwległą ścianę, bo tą głupią kobietą, która podobno była moją matką, rzucić nie mogłem.

W samochodzie puściłem na full mój ulubiony kawałek Honoru – „Głosy Bałtyku”. Wyjechałem na Pomorską i ruszyłem w stronę placu Kromera. Dochodziła szesnasta.

Po przejściach z matką i wczorajszej rozwałce chciałem spojrzeć w piękne oczy Amelii i dostrzec w nich spokój. Bo chociaż znałem ją chwilę, moment, już wiedziałem, że tylko ona jest w stanie mnie uspokoić. I chociaż ta, co mnie urodziła, miała rację, bo byłem strasznie popierdolony, to jednak pragnąłem normalności. A ona, Amelia, była normalna. Spokojna. I chciałem choć przez chwilę także to poczuć.

Dokładnie cztery minuty po szesnastej otworzyły się brązowe drzwi bramy przy Toruńskiej i pierwszym, co dostrzegłem, była rozjaśniona uśmiechem twarz Amelii. Poznała mój samochód, a wtedy na jej twarzy od razu pojawiła się radość. Miałem wrażenie, że coś ściska mnie za gardło. Nikt nigdy nie cieszył się na mój widok. To było dla mnie takie nowe, obce. I nieprawdopodobne. Wysiadłem, a potem wziąłem od niej futerał z gitarą.

– Przyjechałeś. – Amelia trzymała kurczowo pasek torebki i wpatrywała się we mnie. Położyłem gitarę na tylnym siedzeniu i otworzyłem drzwi od strony pasażera.

– Przecież obiecałem.

– No tak, ale myślałam… – zaczęła, wsiadając do samochodu.

Okrążyłem pojazd i, czując jej wzrok na sobie, zająłem miejsce za kierownicą.

– Jeśli coś mówię, to mówię. Masz trochę czasu?

– Ze dwie godziny.

– Zabiorę cię do klubu mojego kumpla.

– Dobrze – odparła, zapięła pasy i znowu zacisnęła palce na pasku torby. Powoli ująłem jej dłoń i ułożyłem ją na jej udzie. Spojrzała na mnie zaskoczona.

– Nie denerwuj się – powiedziałem, a mój głos był niespotykanie łagodny. Nawet nie wiedziałem, że umiem się do kogokolwiek w taki sposób odzywać. – Jesteś bezpieczna. Jeśli nie chcesz jechać do tego klubu, to możemy po prostu pójść nad Odrę. Pospacerować. Takie tam.

Potrząsnęła głową.

– Nie, naprawdę chcę poznać twoich kolegów.

– Masz świadomość, że oni wyglądają jak ja?

– Tak.

– Nie przeszkadza ci to?

– Nie.

Patrzyła mi prosto w oczy. Widziałem w nich szczerość, radość i zaufanie. Cholerne brzemię, Aleks. Ale jej uśmiech był wart wszystkiego. A ja w końcu miałem okazję o kogoś się zatroszczyć. Poza tym byłem ciekaw reakcji moich kumpli, bo nigdy, przenigdy nie przyprowadziłem żadnej dziewczyny do pubu Jara. Zapowiadało się ciekawe popołudnie.

W klubie było pustawo, Jaro siedział za barem, jego dziewczyna Kalina wycierała stoliki. Michał grał w bilard z Kamilem. Wiktoria i Patka siedziały przy stoliku i oglądały jakiś serial na zawieszonym wysoko telewizorze. Wszystkie dziewczyny, łącznie z narzeczoną Jara, były SHG, miały włosy obcięte na małpkę, nosiły glany, polówki i haliny, czyli harringtonki. Przyjaźniłem się z nimi, może oprócz tej wywłoki Wiki, którą przelutowało chyba pół naszego bractwa. Do mnie nieustannie uderzała, ale jakoś nie bawiło mnie wchodzenie do często odwiedzanej nory, więc unikałem jej nachalnych propozycji. Ale była bardzo nieustępliwa i pewnego razu po pijaku prawie zrobiła mi laskę, prawie, bo jednak w porę uchroniłem mój interes przed jej chętnymi ustami. Wiedziałem, że się mnie boi, ale nie przeszkadzało jej to ciągle składać mi jednoznacznych propozycji. A to się przytuliła, a to gdzieś otarła, a to oparła swoim dużym cycem o moje ramię. Nawet mnie to bawiło, ale nie zamierzałem korzystać, nie byłem desperatem.

Gdy weszliśmy do środka, od razu zauważyłem, jakim wzrokiem zmierzyła idącą obok mnie Amelię. Zwłaszcza że trzymałem dłoń na jej ramieniu, nie w geście objęcia, ale kierowałem ją w stronę baru. Lecz to wystarczyło moim nienormalnym kumplom.

– Ja pierdolę, Aleks przyprowadził pannę! – Michał rzucił z trzaskiem kij na stół i ruszył w moją stronę.

– Witamy, śliczna dzieweczko! – Kamil także znalazł się przy nas.

– Zostawcie chłopaka, idioci – wtrącił się Jarek. Pokręcił głową, ale także był zainteresowany.

Kalina podeszła do nas i wyciągnęła rękę w stronę Amelii.

– Cześć, jestem Kalina. Skoro przyszłaś z Aleksem, jesteś tu mile widziana.

Przedstawiłem Amelię wszystkim jako koleżankę, ale moi kumple robili durne miny i miałem ochotę przywalić w ich łyse pały. Podeszły do nas też Patka i Wiktoria.

– Hej, Patrycja.

– Cześć, Amelia.

– A ja jestem Wiki.

– Amelia.

– Koleżanka? Serio? – Wiktoria spojrzała na mnie z lekkim uśmiechem.

– No, niektórzy je mają – odparłem spokojnie i usiadłem przy barze. Wskazałem też wysokie krzesło obok mnie. Usiadła na nim Amelia.

– Co pijecie, dzieciaki?

– Ja wodę, przyjechałem samochodem.

– Aleks, kurwa, dałeś ciała! – Michał krzyknął mi niemal nad uchem.

– Dajcie spokój, dzisiaj miałem kaca.

– Ale to było rano!

– Nie, muszę zawieźć Amelię do domu.

– No tak, dziewczynki nie powinny chodzić same po zmroku. – Dotarł do mnie głos Wiktorii.

– He, he! Szybka Wika jest zazdrosna – parsknął Kamil.

– Jeb się, Kamo! – Wiktoria wzięła torbę i wyszła z pubu. Patrycja pobiegła za nią.

– Czegoś nie wiem? To twoja dziewczyna? – Amelia popatrzyła na mnie zaskoczona.

– Kochanie, nasz Aleks nie ma żadnej dziewczyny. Możesz być tego pewna. – Jarek postawił przed Amelią piwo z sokiem, a przede mną wodę.

– Ja… nie piję. – Dziewczyna odsunęła wysoką szklankę.

– Spróbuj, jedno piwo nie zaszkodzi.

– No… w sumie…

– Hej! – Pochyliłem się ku niej i znowu poczułem jej cudowny zapach. Wziąłem głęboki wdech. Pachniała zajebiście wspaniale. – Nie musisz, jeśli nie chcesz – powiedziałem cicho.

– Nie, spróbuję. Dzięki. – Amelia kiwnęła głową w stronę Jara.

– Dla ciebie wszystko, śliczna.

Spojrzała na mnie, zagryzła wargi i jednocześnie się uśmiechnęła. Przewróciłem oczami i wypiłem duszkiem wodę. Jakoś zaschło mi w gardle.

– Fajni ci twoi kumple – powiedziała cicho.

– Uwierz mi, nie ma w nich nic fajnego.

– Czy ja wiem? – odparła, wzruszyła ramionami i sięgnęła po piwo. – Długo się przyjaźnicie?

– Jakiś czas. Nie wiem, czy to tak do końca przyjaźń.

– Nasz Aleks jest ostrożny z wchodzeniem w jakiekolwiek związki. – Jarek pochylił się w naszą stronę.

– Jaro, nie masz nic do roboty na zapleczu?

– A jakoś nie.

– Spadaj – mruknąłem i zeskoczyłem z barowego stołka. – Chodź, usiądziemy tam. – Wskazałem Amelii lożę w głębi lokalu. – Tutaj obsługa jest naprawdę beznadziejna.

Jarek wybuchnął głośnym śmiechem. Amelia także się śmiała. Cholernie piękny miała śmiech. Wziąłem jej szklankę z piwem i podążyłem w kierunku loży. Usiedliśmy przy dębowym stoliku.

– Dalej twierdzę, że fajni są ci twoi koledzy.

– No oczywiście.

– Zawsze taki jesteś? – Przechyliła głowę i spojrzała na mnie przekornie.

– Jaki?

– Poważny?

– Czasami. Zawsze. Sam nie wiem. – Wzruszyłem ramionami.

– Uśmiechasz się w ogóle?

– Nie mam zbyt wielu powodów do radości.

– Aha.

– Co?

Teraz ja zajrzałem w jej oczy. Była bardzo, bardzo blisko, a jej niebiesko-brązowe tęczówki błyszczały. Miałem wrażenie, że serce wyskoczy mi z piersi. Nigdy wcześniej tak się nie czułem.

– Popracuję nad tym – powiedziała i potrząsnęła głową.

– Nad czym?

– Nad twoim uśmiechem.

– Aha.

– Myślisz, że nie dam rady?

Oparłem się o drewniane oparcie ławy i objąłem je ramionami.

– Spróbuj.

– Możesz być tego pewien – dodała i rozejrzała się po klubie. – Fajnie tutaj. Często tu bywasz?

– Za często. A potem nie kończy się to dobrze.

– Lubicie się bawić. – Pokiwała głową.

– Czy ja wiem… Niekiedy po prostu nie ma co robić. A wódka jest. Czasami nie chce mi się wracać do domu – powiedziałem chyba więcej, niż zamierzałem.

Popatrzyła na mnie uważnie.

– Wiesz, nie jesteś jedyny. Mnie też często do domu nie po drodze. Ale muszę.

– No tak, jesteś zależna od rodziców. Ja na szczęście nie. Zarabiam na siebie, dokładam matce do czynszu… – Zorientowałem się, że zaczynam się przed nią odsłaniać. – Nieważne. Jak tam lekcje gitary u mnie na dzielni?

Zamrugała, nieco zdezorientowana. Pewnie pomyślała, że zachowuję się irracjonalnie.

– Mam zamiar nadal uczyć Kacpra. To fajny chłopak.

– Znam jego brachola, spoko koleś. Nie musisz się o nic martwić, u nas nic ci już nie grozi.

– No wiem, mam nadzieję. To znaczy… nie myślę o tym.

– Nie myśl. Nie musisz. Zresztą jak tylko będę w domu, to cię przypilnuję.

– A czym się zajmujesz?

– Pracuję w fabryce syropów. Praca na produkcji, dobrze płacą nawet.

– No to fajnie.

– A z ciebie pewnie dobra uczennica?

– Całkiem nieźle sobie radzę.

– A jakie masz plany na przyszłość?

– Chciałabym zdawać na psychologię.

Pokiwałem z uznaniem głową.

– Niezły plan. Na pewno ci się uda.

– Mówisz? – Amelia bawiła się pustą szklanką po piwie. – O kurczę, wszystko wypiłam! – zawołała zdumiona.

– Chcesz jeszcze jedno?

– Lepiej nie. I tak kręci mi się w głowie.

– No fakt, lepiej nie.

– Moi rodzice nie tolerują alkoholu.

– Masz dużo… zakazów? – spytałem ostrożnie.

Spojrzała na mnie i zacisnęła na moment usta. Za chwilę rozluźniła się i lekko roześmiała, ale ten jej śmiech był inny, sztuczny, od razu to zauważyłem.

– Moi rodzice uważają, że świat jest zły, ludzie jeszcze gorsi, a wszystko razem tylko czyha na mnie i czeka, aż zrobię krok w niewłaściwą stronę.

Wsunęła dłoń we włosy, a mnie uderzyła kolejna dziwna myśl, że chciałbym zrobić to samo. Z jej włosami oczywiście.

– Wiesz, pewnie to głupie, co powiem, ale twoi rodzice mają rację. Świat jest beznadziejny, ludzie wredni, wszystko do bani – odparłem całkiem poważnie.

– No. Poza tym i tak wszyscy umrzemy – powiedziała, także śmiertelnie poważnie.

– Znikniemy w nicości.

– I nikt po nas nie zapłacze.

– Po mnie na pewno nie.

– Nie martw się, ja po tobie zapłaczę. – Wyciągnęła rękę i poklepała mnie po dłoni. Złapałem ją za szczupłe palce i lekko ścisnąłem.

– Dziękuję.

Popatrzyliśmy sobie w oczy i nagle oboje wybuchliśmy głośnym śmiechem. Moi kumple spojrzeli w naszym kierunku, a na ich twarzach, jak na zamówienie, wykwitły uśmiechy i zaskoczenie. No tak, rzadko widzieli mnie radosnego, a już zwłaszcza podczas rozmowy z jakąkolwiek dziewczyną. Wiedziałem, że teraz nie dadzą mi spokoju.

– Muszę się zbierać. – Amelia powoli wyciągnęła dłoń z mojego uścisku i spojrzała na zegarek.

– To chodźmy.

– Nie musisz… – zaczęła, ale przerwała, dojrzawszy mój wzrok. Przewróciła oczami, a ja musiałem z całych sił zapanować nad chęcią pocałowania jej. Nie wiem, co miała w sobie, ale za każdym razem, gdy tylko na nią patrzyłem albo o niej myślałem, pragnąłem poznać smak jej ust. W życiu czegoś takiego nie czułem. Miałem inne potrzeby i pragnienia, bardziej cielesne, takie przyziemne. A teraz byłbym najszczęśliwszy na świecie, gdybym choć przez moment mógł dotknąć jej cudownych ust.

Zebrałem się w sobie, bo dotarło do mnie, że muszę wyglądać jak psychopata, gdy tak stoję, zaciskam dłonie i wpatruję się w nią, jakbyśmy byli jedynymi ludźmi w tym lokalu.

– Tak. Jedziemy? – spytałem, zupełnie bez sensu.

Amelia lekko się uśmiechnęła i kiwnęła głową. Pożegnaliśmy się z moimi kumplami, a także z Kaliną. Ta spojrzała na mnie i znacząco poruszała brwiami. Wzruszyłem lekko ramionami, udając, że nie mam pojęcia, o co chodzi. W tym czasie moi kumple prosili Amelię o to, aby częściej tu zaglądała, bo przecież trzeba oswoić Aleksa. Przerwałem tę durną konwersację i poprowadziłem dziewczynę do wyjścia.

– A więc jesteś dzikusem? – spytała, gdy już siedzieliśmy w samochodzie.

Wzruszyłem ramionami.

– Po prostu wprowadzam dystans. Nie lubię zbytnio zbliżać się do ludzi, bo potem trudno jest czasami pogodzić się z bólem odrzucenia.

– Ktoś kiedyś cię odrzucił?

Pogłośniłem muzykę. Nie zamierzałem odpowiadać.

– Dobra, nie musisz mówić. I tak kiedyś sam zaczniesz – powiedziała, po czym oparła głowę o zagłówek i skierowała się w moją stronę.

– Niby co?

– Ufać mi.

– Jesteś strasznie pewna siebie. – Pokręciłem głową.

– Po prostu to wiem. Jesteśmy sobie przeznaczeni.

– Nie widzisz… – Skupiłem się na wyjechaniu z podporządkowanej. – Nie dostrzegasz różnic?

– Niby jakich?

– Oczywistych.

– No tak. Sięgam ci do ramienia, jesteś facetem, twoje dłonie są półtora raza większe od…

– Wiesz, o czym mówię – przerwałem jej i zerknąłem w jej kierunku.

Uśmiechała się.

– Wyjaśnij mi – poprosiła.

– Dzieli nas… wiele. Żyję w innym świecie. Moja ideologia może być dla wielu niezrozumiała, i doskonale o tym wiem. Ale wierzę w nią, czuję się z nią dobrze. Ci ludzie z klubu to część mojej rodziny, jest nas o wiele więcej.

– Ja teraz nie mówię o tym, w co wierzymy. Mówię o nas.

– Myślisz, że to takie proste?

– Dlaczego nie? Jeśli będziemy chcieli, możemy wszystko.

– Jesteś naiwna.

– A ty za to sceptyk i malkontent.

– Mądrala ze słownikiem.

Zatrzymałem się nieopodal jej domu. Wiedziałem, że nie mogę podjechać pod samo wejście.

– Mam pytanie – zaczęła, jakby właśnie w tym momencie podjęła jakąś decyzję.

– Tak?

Obróciłem się do niej i spojrzałem zaciekawiony. Była tak cholernie ładna. Wiedziałem, że z tego nie będzie nic dobrego, z jej półsłówek i niedopowiedzeń zbudowałem sobie w głowie obraz jej rodziny. Na pewno nie było w niej miejsca dla kolesia z łysą głową i w glanach.

– Moja przyjaciółka, Magda, robi prywatkę. W sobotę. Poszedłbyś ze mną?

Patrzyła mi prosto w oczy.

Skrzywiłem się.

– Amelio. Nie chodzę na takie prywatki.

– Posiedzimy ze dwie godziny. Magda jest dla mnie prawie jak siostra. Wiele jej zawdzięczam. Ja poszłam do twoich kolegów, do waszego klubu.

Objąłem się ramionami.

– Zrobiłaś to specjalnie? Aby mieć argumenty?

– Nie. Dopiero teraz powzięłam decyzję, aby cię o to zapytać. Przysięgam!

Przycisnęła dłonie do piersi. Wyglądała jak mała dziewczynka.

Uśmiechnąłem się kącikiem ust.

– Ojej, śmiejesz się!

Spoważniałem.

– Nieprawda.

– Prawda!

– Nie, przywidziało ci się!

– Przecież dobrze widziałam!

– Nie kłóć się ze starszym.

– Dobrze, dziadku. To co? Pójdziesz ze mną?

– Wiesz, że to wszystko dzieje się tak…

– Za szybko?

– Sam nie wiem – odparłem z westchnieniem.

– Jestem namolna?

– Trochę.

– To przepraszam. – Jej twarz nagle posmutniała.

Cholera, wcale tego nie chciałem.

– Amelio… – złapałem ją za rękę – po prostu… nie bardzo lubię poznawać nowych ludzi, zwłaszcza spoza mojego… kręgu. I nie jestem zbyt towarzyski.

– Coś ty! Jak dla mnie jesteś mistrzem konwersacji – powiedziała z powagą. Ale w oczach dostrzegłem iskierki radości. Była niesamowita! Potrafiła mnie rozbroić samym tylko spojrzeniem.

– Nie grasz fair – powiedziałem cicho.

– Dlaczego?

Patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami. Widziałem w nich zaciekawienie i szczerość. Obce były jej jakiekolwiek zagrywki. Nawet nie zdawała sobie sprawy, co ze mną robi. Ta jej nieświadomość sprawiła, że wszystko się we mnie zagotowało.

– Nieważne. – Mój głos zachrypł. Musiałem nad sobą zapanować, bardzo nie lubiłem tracić kontroli, a byłem w tej chwili krok od zrobienia czegoś durnego. – Dobrze, pójdę z tobą w sobotę. Ale obawiam się, że będzie to nasze ostatnie wspólne wyjście. Bo albo ty zaczniesz uciekać na mój widok z krzykiem, albo twoi znajomi przestaną cię zapraszać.

– Wcale tak nie będzie. Przestań krakać. – Jej szeroki uśmiech całkowicie mnie znokautował. – W sobotę możesz tu na mnie czekać o osiemnastej. Magda mieszka na Rędzinie.

– Dobrze…

– Dziękuję ci. Będzie fajnie.

– Aha.

– Zobaczysz. Do zobaczenia, Aleks.

– Pa, Amelio.

Miała już wysiadać, ale zatrzymała się, odwróciła w moją stronę i w tym samym momencie poczułem jej dłonie obejmujące moją twarz i jej usta na moich. Pocałowała mnie, a zanim zdążyłem ochłonąć, usłyszałem trzask zamykanych drzwi.

Spojrzałem na nią. Szła w stronę domu, a gdy miała wchodzić na posesję, odwróciła się do mnie, uśmiechnęła raz jeszcze i zniknęła. Tymczasem ja… siedziałem jak ten skończony idiota i uśmiechałem się do pustej ulicy, wciąż czując na wargach smak najcudowniejszych ust, jakie mnie kiedykolwiek całowały.

 

Amelia

Moja matka miała wiele wad, ale jedną z jej zalet był niewątpliwie jakiś szósty zmysł. Poza tym byłam jej córką i w sumie znała mnie dość dobrze. Z kolei ja nie bardzo umiałam – i chyba też nie chciałam – ukrywać tego, co przepełniało moją duszę. A buzowało we mnie szczęście.

Wczoraj, gdy wbiegłam do domu, przywitałam się zdawkowo z mamą, wymówiłam się ogromem nauki, zniknęłam w swoim pokoju i padłam na łóżko, śmiejąc się z twarzą ukrytą w poduszce. Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby go pocałować. Nigdy się tak nie zachowywałam. Chciałam zrobić coś, żeby zrzucił choć na moment tę maskę z twarzy, żeby pokazał mi siebie, takiego prawdziwego, a nie skrytego za murem wrogości, rezerwy i niemego ostrzeżenia. Już sama jego postura, wszystkie ideologiczne znaki, ubranie separowały go od ludzi, do tego dochodziło taksujące spojrzenie tych cudownych niebieskich oczu…

Znowu