48,00 zł
Ten tom seriiWzorceto wizjonerski almanach budowania i niszczenia imperiów oraz całych cywilizacji. Zawiera setki opisów eksperymentów psychologicznych, wyników badań antropologicznych oraz koncepcji i przykładów historycznych ich błędnego i prawidłowego zastosowania do budowania wielkich mocarstw.
Motto książki:
Jeśli ci obcy są inteligentniejsi od nas, w jaki sposób byliby inteligentniejsi? [...] Głównym składnikiem inteligencji jest zdolność przewidywania przyszłości. Zdolność modelowania dziś, aby zobaczyć jutro. Wysokiego poziomu inteligencji wymaga zdolność rozumienia praw natury, praw natury ludzkiej. Jaki jest najbardziej prawdopodobny rezultat przyszłych zdarzeń. [...]Jeśli są oni inteligentniejsi od nas, będą widzieć przyszłość lepiej niż my. Będą widzieć rezultaty, których my nie zobaczymy. Będą modelować scenariusze, które nam się nawet nie przyśnią. Będą mogli nas przechytrzyć... za każdym razem.
Tekst na okładce:(Wizerunek JPGtutaj.)
„Ci, którzy nie pamiętają przeszłości, będą zmuszeni ją powtórzyć”. A ci, którzy ją pamiętają, będą zmuszeni stać i bezsilnie patrzeć, jak powtarzają ją inni.
Każde „żywe stworzenie”, od roślin i zwierząt przez chińskich Świętych Mężów, narody, a na potężnych imperiach kończąc, to homeostaty – systemy powodowane wszechwładnym instynktem przetrwania:
PRZEWIDUJ PRZYSZŁOŚĆ ALBO GIŃ!
My, ludzie, na równi z potężnymi armiami i państwami, bezwiednie i celowo zdobywamy kontrolę nad biegiem zdarzeń, staramy się zdominować innych. Kształtujemy własne parametry przetrwania. Jednym z tych parametrów jest zdolność rozpoznawania wzorców i prawideł biegu rzeczy. Dostrajamy się do praw środowiska i konkurentów oraz narzucamy własne prawa, aby wpłynąć na przyszły stan świata i dominować nad innymi. Staramy się zostać Mistrzami Obserwacji Świata. Chcemy
zrozumieć wczoraj i dziś, by przewidzieć jutro.
Masz w rękach studium natury ludzkiej i obserwacji świata – poradnik uczący, jak z informacyjnego chaosu wydobyć to, co ma znaczenie. To też almanach koncepcji potrzebnych do zrozumienia i opanowania technik kontroli nad biegiem wydarzeń. Poznasz je dzięki dziesiątkom inspirujących spostrzeżeń i przykładów: z życia codziennego zwykłych ludzi, aren historycznych bitew i wojen oraz geopolitycznych rozgrywek, w których na szali są losy świata. Masz w rękach studium dostrzegania prawidłowości i przewidywania przyszłych zdarzeń.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Piotr Plebaniak
Zrozumieć wczoraj, by zawładnąć jutrem
Trzeci tom cyklu Wzorce
Wydanie II (2022.06)
Wydawnictwo Chiron, Kraków 2022
Copyright by Piotr Plebaniak, 2018–2022.Copyright for the Polish edition by Piotr Plebaniak, 2018–2022.© All rights reserved.
Pełny tytuł
Siły psychohistorii. Zrozumieć wczoraj, by zawładnąć jutrem
Redakcja językowa
Marta Sobiecka
Konsultacja specjalistyczna
Grzegorz Antoszek (historia), Dominik Dudek (cybernetyka), kpt. rez. Rafał Kolasa (lotnictwo), red. Rafał Otoka-Frąckiewicz (Bliski Wschód), dr Tomasz Witkowski (psychologia)
Konsultacja
Artur Fornalczyk, dr hab. Bartłomiej Ufnalski, Marek Żelkowski
Ilustracja na okładce
Łukasz Matuszek
Kaligrafie
Xie Mengheng (謝孟桓)
Opracowanie map i rycin oraz zdjęcia (jeśli nie opisano inaczej)
Piotr Plebaniak
Wydawca
Wydawnictwo Chiron (chiny.pl/wydawnictwo)
Wydanie II
ISBN ? (oprawa miękka, w przygotowaniu)
ISBN 978-83-924990-0-8 (e-book)
Informacja o dystrybucji
[email protected]; https://chiny.pl/ksiazki
Głównym składnikiem inteligencji jest zdolność przewidywania przyszłości. Zdolność modelowania dziś, aby zobaczyć jutro.
Wysokiego poziomu inteligencji wymaga zdolność rozumienia praw natury, praw natury ludzkiej, jaki jest najbardziej prawdo-podobny rezultat przyszłych zdarzeń. […]
Jeśli [przedstawiciele pozaziemskiej cywi-lizacji] są inteligentniejsi od nas, będą widzieć przyszłość lepiej niż my. Będą widzieć skutki, których my nie zobaczymy. Będą modelować scenariusze, które nam się nawet nie przyśnią. Będą mogli nas przechytrzyć… za każdym razem.
Michio Kaku
Podziękowania
Poznaj przyszłość, by przetrwać
System odnośników i konwencje
To nie tak, jak nam się wydaje
Temat I Zostań Świętym Mężem
Jak patrzą na świat Mistrzowie Wojowania
II
Temat II Rozpoznawanie wzorców i prawidłowości
„Wszyscy jesteśmy sprytni”
Temat III Na tropie regułi wyjątków
Asysta inspiracyjna
Temat IV Natura ludzka i dominacja
Wszyscyśmy fetyszystami i ćpunami
Część II Powodowaniehomeostatami
Temat V Interakcja ze środowiskiem
Temat VI Kulturowe formatowanie umysłu
Temat VII Parametry kultury i ewolucja kulturowa
Chrześcijański projekt cywilizacyjny
Temat VIII Wojny Świętych Mężów
„Mass formation psychosis”
Temat IX Jak myślą imperia
Temat X Parametry homeostatów geopolitycznych
Temat XI Jak zbudować i zniszczyćcywilizację
Pruski projekt cywilizacyjny
Posłowie
Aneks
Wyjaśnienie elementów symbolicznych
Alfabetyczny indeks kluczowych pojęć
Spis ramek specjalistycznych
Indeks kluczowych prawideł
Bibliografia
Książki Piotra Plebaniaka
Książka mająca trenować zdolność dostrzegania wzorców i kreatywność w realizowaniu wizji świata, jest produktem wielu umysłów. W głębszym sensie jest jednak przejawem mającego cechy ewolucji procesu konkurowania idei. Inaczej więc, jej zawartość jest almanachem wybranych elementów dorobku ewolucji kulturowej, której rozmaite cywilizacje i kultury homo sapiens były poddawane.
Z poziomu małpoluda polującego za pomocą zaostrzonego na końcu kija i rozłupującego czaszki wrogów kością udową antylopy do budowy stacji kosmicznych i sond przekraczających granice Układu Słonecznego wyniósł nas nie tajemniczy monolit, jak w filmie 2001: Odyseja kosmiczna.
Ponad atmosferę naszej planety wynieśli nas ludzie szczególnie ukształtowani. Esencją procesów, które dały im siłę popychania postępu ludzkości są m.in. inspiracja (mechanizm przekazu kulturowego) i konceptualizacja – zdolność do odkrywania i zaprzęgania do praktycznego użytku nowych wizji świata i odkrytych wzorców i prawideł świata Natury. Ci ludzie zdolni byli wykształcić takie poglądy, które stoją w sprzeczności z tym, co uważamy za oczywiste i niekwestionowane.
Tym i takim właśnie ludziom dedykuję niniejszy tom, a zarazem dziękuję w imieniu własnym i czytelników. Ach… Wypada podać kilka nazwisk beneficjentów niniejszych podziękowań. To m.in. znani niemal wszystkim Leonardo da Vinci, Sun Zi, Albert Einstein, Nikola Tesla, Isaac Newton. To ci, którzy inspirowali i inspirują naukowców, inżynierów i ogólnie tych, których fascynuje zgłębianie „tajemnic” natury i ludzkiego umysłu. To Stanisław Lem, Kurt Gödel, Ludwig Wittgenstein.
Na osobną notę zasługują dwie klasy spośród tych powyżej wymienionych i tych pominiętych: wizjonerzy i ludzie powodowani pasją. Geniusze i prekursorzy. W wielu przypadkach opisuje ich parafraza słynnego bonmotu „potrzeba całej wioski[, by wychować dziecko]”. „Potrzeba całej cywilizacji[, by wychować Einsteina]. Kim są i co robią ci einsteini – opisuje para aforyzmów: „Talent robi to, co może. Geniusz robi to, co musi”, oraz „Talent trafia w to, w co inni nie mogą trafić. Geniusz trafia w coś, czego inni nie mogą zobaczyć”. Ludzie ci często umierali w nędzy i poniżeniu, jak Mozart czy Tesla. Ale wspólnie tworzyli i będą tworzyć naszą cywilizację.
Rezultatem ich pracy bywały rzeczy i spektakularne na pierwszy rzut oka, i takie, nad którymi trzeba chwilę się zadumać, by docenić ich wagę. To m.in. Edwin Hubble, który z Wszechświata wielkości jednej galaktyki przeniósł nas do takiego, w którym są ich miliardy. To Carl Sagan, którego pasja i wizje, z których bodaj najsłynniejszą jest „blada niebieska kropka”, ukształtowały tysiące i miliony inżynierów, naukowców i fascynatów poznawania świata. To Florence Nightingale, uznawana za prekursorkę współczesnego pielęgniarstwa, a której wizja i upór do dziś ratują miliony istnień.
Ale sława wszystkich powyższych jest niezasłużona. Prometeuszy ludzkiego wysiłku rozumienia i kontrolowania świata wspierali i będą wspierać zapomniani i bezimienni. Wożąc ich autobusami, karmiąc, odziewając i ginąc w ich obronie. Kolektywny wkład tych zapomnianych i nie szukających sławy zaklęty jest w produktach cywilizacji tak oczywistych i powszechnych, że rzadko kiedy go dostrzegamy. Zasługuje on jednak na Pomnik Nieznanego Budowniczego Cywilizacji. Oto on:
Dziękujemy.
Piotr Plebaniak
Widzieć przyszłość, wiedzieć, co się wydarzy, to źródło władzy. To kwestia życia i śmierci. To źródło statusu, prestiżu. To nie tylko możność, zdolność, ale też atrybut posiadania sprawczości, atrybut, który legitymizuje do roztoczenia dominacji nad tymi, którzy tej wiedzy nie posiedli. Tak mówi amerykański fizyk Michio Kaku:
Głównym składnikiem inteligencji jest zdolność przewidywania przyszłości. Zdolność modelowania dziś, aby zobaczyć jutro. Wysokiego poziomu inteligencji wymaga zdolność rozumienia praw natury, praw natury ludzkiej, jaki jest najbardziej prawdopodobny rezultat przyszłych zdarzeń. […] Jeśli obcy są inteligentniejsi od nas, będą widzieć przyszłość lepiej niż my. Będą widzieć rezultaty, których my nie zobaczymy. Będą modelować scenariusze, które nam się nawet nie przyśnią. Będą mogli nas przechytrzyć… za każdym razem
1
.
Jednym z kluczowych pojęć, które pojawiają się w tej książce jest homeostat. Ale homeostat, czyli system mający za naczelny cel regulowanie swojej zdolności przetrwania, nie musi wykształcić zdolności rozumienia świata, rozumu, aby dostroić się do praw natury i reguł gry o przetrwanie. W przypadku zwierząt i roślin wystarczą instynkty i sekwencje reakcji wykształcone w toku ewolucji.
Choć pojęcie homeostazy i homeostatu pierwotnie odnosiło się do organizmów biologicznych. Jego zakres można jednak − robił to z lubością Stanisław Lem − rozciągnąć na inne systemy, które w jakiś sposób są uwikłane w zmagania o przetrwanie i przy tym przetwarzają informacje, by podejmować decyzje.
U homo sapiens ewolucję biologiczną zastępuje kulturowa, w której zachowanie organizmów regulują m.in. wirusy kulturowe.Rozum, jakim dysponują ludzie, jest sposobem zastąpienia instynktów, pozwala na powstrzymanie jednej reakcji i zastąpienie jej zupełnie inną. Ta cecha rozumu sprawia, że może być on zaprogramowany przez kulturę w zachowania prowadzące do zguby. W obu przypadkach, instynktu i rozumu, selekcja naturalna eliminuje te, które nie potrafiły dostroić się do swojego środowiska.
Roślina, która „chce” wzrosnąć, optymalną chwilę dla kiełkowania „przewiduje” dzięki specjalnym substancjom, które wiosną aktywują się, coraz dłużej naświetlane światłem dziennym, by w końcu zainicjować kiełkowanie.
Dla rolnika wiedzieć, kiedy zasiać i przystąpić do innych prac polowych, to kwestia dostatku lub głodu. Kalendarz rolniczy pozwala dostrajać działania do cykli natury takich jak wylewy rzek i następstwo pór roku lub nastanie pory deszczowej. Jest ściągawką decyzyjną homeostatu, jakim jest lokalna wspólnota i to co wyżej, do całej cywilizacji włącznie − czy to w starożytnym Egipcie, czy nad Rzeką Żółtą.
Dla inwestora znajomość przyszłości to przewaga informacyjna, czyli zdolność zbudowania dokładniejszych modeli trendów i tendencji niż te, którymi dysponuje przeciwnik. To zdolność warta dużo, a często wręcz bezcenna. Głównym składnikiem tej zdolności jest rozumienie parametrów środowiska i ich wzajemnych interakcji: kondycji firm, praw popytu i podaży, przestrzeni decyzyjnej konkurentów.
Dla wojownika i żołnierza wiedza, jak postąpi przeciwnik,to kwestia tego, który z nich wróci do domu. Poznać zamiary przeciwnika to dla dowódcy pchającego potężną armię na pole bitwy sprawa życia i śmierci. Dlatego właśnie w starożytnym traktacie Sztuka wojny kluczową zdolnością jest − oprócz generowania Mocy − zdolność bycia nieczytelnym, nazwana Bezforemnością. Ta zdefiniowana w głębokiej chińskiej starożytności koncepcja zasadza się na tym, że przeciwnik nie ma zdolności modelowania dziś, by przewidzieć jutro. To ta logika, nieśmiertelna, wprowadza na współczesne pola bitwy takie koncepcje i rozwiązania jak „systemy budowania świadomości sytuacyjnej” czy koncepcję swarmingu2.
Dla przywódcy, władcy imperium, wiedza o przestrzeni decyzyjnej, parametrach decyzyjnych oraz parametrach siły uczestników geopolitycznych rozgrywek, to kwestia przyszłości tysięcy i milionów istnień ludzkich. To też kwestia prestiżu, odpowiedzialności historycznej, legitymizacji oraz utrzymania władzy.
Wreszcie, dla Świętego Męża, a więc tego, kto zrozumiał Dao, prawidła wszechrzeczy, przyszłość jest otwartą księgą. Święty Mąż dostraja się do rytmu zdarzeń we wszechświecie.Usuwa się im z drogi, kiedy trzeba. Wykonuje oszczędny ruch wtedy, gdy trzeba. Dostrzega wzorce i regularności, które nazywamy Prawami Natury.
Życie to podejmowanie decyzji. Przetrwanie to podejmowanie decyzji. W każdej skali decydowanie i przetrwanie polegają na zdolności modelowania i przewidywania przyszłych stanów świata. Starożytny chiński traktat Pytania i odpowiedzi pomiędzy Tang Taizongiem a Li Weigongiem mówi:
Wszystkie żywe istoty, w których krew płynie, zmagać się będą po kres ich życia o przetrwanie.
Ale to samo wieczne prawidło życia odkrywa i ubiera w inne nieco słowa Robert A. Heinlein w powieści Time Enough for Love:
Aby coś osiągnąć, a nawet po prostu przeżyć trochę dłużej, człowiek musi zgadywać. I to zgadywać poprawnie − wciąż i wciąż, bez wystarczającej ilości danych do logicznej odpowiedzi.
Rozumiemy świat poprzez opowieści. A znaczna część opowieści książkowych i filmowych ma za swój motyw przewodni to, że ktoś zdobył moc lub zdolność poznania przyszłości. Taki ktoś nagle uzyskuje elektryzującą przewagę nad innymi. Uzyskana przezeń przewaga informacyjna to władza najwyższa. To, jak pisze autor Sztuki wojny, zdolność stania się dla innych Panem Losu.
Przepowiednie, proroctwa, wieszczby końca świata. To opowieści o największym znaczeniu dla przetrwania ludzi i ich grup. Znać przyszłość i rozumieć ciąg zdarzeń, który ku niej wiedzie, to zdominować psychicznie i podporządkować sobie pojedynczych ludzi i ich grupy. „Zaprawdę powiadam wam, oto nadchodzi wiek miecza i topora, wiek wilczej zamieci […] Tak będzie! Wypatrujcie znaków!”. Czytamy na kartach Krwi elfów Andrzeja Sapkowskiego. „Rok 1647 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia”, rozpoczyna swoją powieść Ogniem i mieczem Henryk Sienkiewicz.
Nasz Sienkiewicz robi identyczny zabieg, co autor epickiej powieści Dzieje trzech królestw, która rezonuje w sercach i umysłach czytelników chińskich. Na tron cesarski opada znikąd i układa w stożek czarny wąż, sprawiając, że władca omdlewa ze zgrozy. Nad pałacem zrywa się wichura, stolicę nawiedza trzęsienie ziemi. Słowem, wszystkie omeny wieszczą rychły koniec uporządkowanego świata dynastii Han. Świadczą o gniewie Niebios. A gniew ten to nieuchronne i rychłe ziszczenie się wiecznego prawidła historii, który otwiera dzieło:
Takie są historii koleje: to, co podzielone, w jedność musi się złączyć; to, co zjednoczone, na części podzielić się musi.
Kto odważy się nie zgodzić z wyrokiem przeznaczenia? W filmie Lawrence z Arabii główny bohater prowadzi nocny przemarsz przez najbardziej morderczy odcinek pustyni. To manewr natchniony, który da mu rangę niemal półboga. Kto w czasie przemarszu zaśnie i spadnie z wielbłąda, ten zginie. Zwyczajem Beduinów nikt nie zawróci po takiego nieszczęśnika − śmierć mu bożym wyrokiem pisana. Ale Lawrence zawraca. W pojedynkę odnajduje pechowca i przyprowadza go do obozu. Oto jest! Wódz naznaczony, który potrafi zmieniać wyroki przeznaczenia! Za nim nam iść!
Ale następnego dnia jeden z wojowników dokonuje kradzieży. Wyznaczoną plemiennym obyczajem karą, która powstrzyma rozpad efemerycznego sojuszu, jest śmierć dla winnego. Lawrence oferuje się dokonać egzekucji. Jako obcy, nie należący do żadnego z plemion, dokona aktu sprawiedliwości nie uruchamiając prawa zemsty. Ale wola Niebios przeważa: skazanym okazuje się ten sam człowiek, którego Lawrence uratował.
Potyczki charyzmatycznych jednostek z siłami historii, z Przeznaczeniem, z Wolą Boga, są motywem opowieści, którymi programujemy nasze umysły od najmłodszych lat. Definiują sposób, w jaki każdy z nas, wychowanków niezliczonych kultur i ideologii, postrzega i rozumie swoje miejsce w świecie.
Wróżby, proroctwa, predykcje. I cała metoda naukowa rozumiana jako zestaw narzędzi do opisywania i oddziaływania na świat. Władza nad umysłami. To hasła naprowadzające do zrozumienia, czym jest ideologia. To wizja przyszłości i zdolność zarażenia nią odbiorców. To system twierdzeń, które uprawomocniają użycie przymusu i siły wobec innych. To też władza nad wizją świata, nad systemem motywacyjnym zaprzęgającym kolektywny wysiłek społeczności do zbudowania tożsamości zbiorowej. Częściąkażdej tożsamości jest zdolność i wola do obrony przed agresorem i atakowania innych grup.
W czasach historycznych poczesną rolę na dworach władców zajmowali wróżbici. Ich zadaniem było dostrzeganie omenów, znaków ze strony sił nadprzyrodzonych, które sygnalizowały swoją przychylność lub niezadowolenie wobec decyzji władcy.
Osobnym, fascynującym zagadnieniem jest postrzeganie związków przyczynowo-skutkowych i wzorców, regularności, które ludzkość mozolnie dostrzegała w niezrozumiałym świecie. W XV wieku terytoria zajmowane przez Azteków nawiedzały susze, kapłani próbowali wpłynąć na przyszłość starając się przebłagać bogów ofiarami z ludzi. Uzgadniano tzw. wojny kwietne (hiszp. guerras floridas), dzięki którym pozyskiwano jeńców do rytualnych masowych mordów.
W starożytnej Helladzie, w Delfach, „pępku świata”, rezyduje kapłanka Pytia, wieszczącą − nie za darmo przyszłość. W mateczniku chińskiej cywilizacji, prehistorycznych dynastiach Xia i Shang, zaczątki pisma to inskrypcje wróżebne na kościach i skorupach żółwi. Wedle wskazań tych wyroczni, wedle odczytań omenów w postaci zjawisk natury, kształtu zwierzęcych flaków, łodyg krwawnika, upadku podrzucanych w powietrze przedmiotów rytualnych, posyłano – i w dawnych Chinach, i wszędzie indziej – armie liczące dziesiątki i setki tysięcy żołnierzy.
I wtedy przyszedł Sun Zi. Jego traktat jest protonaukowym systemem identyfikowania i ważenia rozmaitych parametrów siły przeciwnika: demografii, zdolności produkcji broni, spójności społecznej, talentu dowódcy. Ten sposób przewidywania rezultatów wojen był propozycją konkurencyjną wobec systemu decyzyjnego w postaci wróżb i zabobonów. Sam Sun Zi pisał o swojej metodzie zliczania przewag:
Mnie dość spojrzeć na same rachuby, a przewidzieć mogę, już to kto zwycięży, już to kto przegra. (Sun Zi I.11)
Nauka i metoda naukowa, czyli pakiet instrumentów wspomagających pozyskiwanie danych ze świata natury oraz budowanie modeli przyszłych jej stanów. To instrument budowania przewagi koncepcyjnej i informacyjnej. Mówimy przecież, że teoria ma lub nie ma „zdolności predykcyjnej”, a w związku z tym jest lub nie jest użyteczna. Ta zdolność modelowania wariantów zdarzeń jest fazą Orientacji w cyklu OODA (→).
Zdecydowanie najpotężniejszym narzędziem pozyskiwania zdolności predykcyjnej jest nauka i metoda naukowa,w tym narzędzie sprawdzania prawdziwości twierdzeń o świecie w postaci eksperymentu. Potęgę aparatu matematycznego, który wyprodukowała nauka, ilustruje idealnie niezwykle przemawiający do wyobraźni pomysł realizacji bliźniaczej misji kosmicznej Voyager. Ta opowiastka pokazuje także, jak niesamowite rezultaty daje synergia pasji, wiedzy, doświadczenia własnego i czerpania ze zakumulowanego dorobku żyjących i nieżyjących.
Gary Flandro od dziecka był fascynatem eksploracji kosmosu. Pasja ta sprawiła, że został pracownikiem amerykańskiego JPL (Jet Propulsion Labolatory). Zabrał się za poszukiwanie konfiguracji, która mogłaby umożliwić oblot planet zewnętrznych Układu Słonecznego. Znalazł taką – zdarzającą się raz na 176 lat. Ręczne, a potem komputerowo obliczone symulacje (komputery w tamtym czasie wypełniały całe pomieszczenia) pozwoliły przystąpić do realizacji misji zakończonej spektakularnym sukcesem. Obie sondy Voyager opuściły Układ Słoneczny odpowiednio w 2012 i 2018 roku3.
Zdolność czytania praw natury i tym samym zdolność do modelowania przyszłych stanów rzeczy jest bardzo często utajniana. Więcej, tajność jest warunkiem jej skuteczności: pokonania przeciwnika na polu walki, utrzymania władzy, uzyskania przewagi konkurencyjnej, narzucania swojej woli, a w tym wpędzaniu przeciwników w stan tzw. bezradności percepcyjnej, sprzyjającej podporządkowaniu się. Kapłani starożytnego Egiptu, mający umiejętność przewidywania zaćmień słońca, mogli za pomocą swojej wiedzy legitymizować swoją władzę i uzyskiwać posłuszeństwo zabobonnych poddanych. O tak, wiedza o przyszłości to władza. I przetrwanie.
Ryc. 1. Plan trajektorii misji Voyager. Źródło: NASA.
„Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie”, czytamy w ewangelii Św. Mateusza (Mt. 24:42). To, co ma się stać, elektryzuje nas. Na wiedzę o przyszłości jesteśmy najbardziej receptywni.
Ten, kto demonstrując swoje zdolności przewidywania zdoła narzucić nam swoją dominację (wizję świata), dyryguje naszym postępowaniem. Formatuje naszą moralność i zachowania społeczne. Poddajemy się jego woli i jego narracji. Oddajemy w opiekę.
To właśnie dlatego proste stwierdzenie „przyszłość wpływa na teraźniejszość” stało się inspiracją, a zarazem tytułem jednego z esejów w tomie Sun Zi i jego Sztuka wojny. Odnosi się ono do dziedziny cybernetyki, sterowania systemami, a w tym przypadku sterowania organizmami społecznymi.
Kto potrafi zaimponować nam swoim lepszym rozumieniem przyszłości, temu dajemy się oczarować. Ulegamy jego wizji, stajemy się nośnikami idei i wyznawcami ich głosiciela. To dlatego słyszymy z ust postaci publicznych takie oświadczenia jak „już od roku tak mówiłem”, „dawno to przewidziałem”. To w tej sferze, sferze przewidywania przyszłości, toczy się większość działań „wojennych” w grze dominacyjnej o status.
Z tego punktu widzenia można wysnuć spostrzeżenie, że sukces w przestrzeni publicznej dra Jacka Bartosiaka zasadzał się na podwójnym filarze: 1) oswojeniu polskich odbiorców z geopolityczną wizją świata, która pozwala lepiej zrozumieć bieg rzeczy; 2) co połączył z wejściem w rolę„proroka głoszącego wizję końca świata, jakim go znamy”. To wzorcowy przykład mistrzowskiego powołania do życia źródła narracji, które − odsłaniając nam naszą własną przyszłość − tak skutecznie pobudza naszą uwagę poznawczą.
Bohater powieści Paradyzja Janusza A. Zajdla dziwuje się:
To chyba pierwszy przypadek w dziejach ludzkości […] Znane są fakty fałszowania historii dla otumanienia społeczeństwa. Ale żeby fałszować fizykę?
4
.
O, naiwny! Toż prawidła natury są najczęściej fałszowanąrzeczą. Te prawa natury, wedle starożytnych myślicieli chińskich, obejmują i prawidła ludzkiej natury, i zasady rządzenia państwem. To prawa ekonomii, to prawa demografii, sztuki wojennej. Posługiwać się tymi prawami to nic innego jak stosować procedury realizowania sprawczości.
Sprawczość to zdolność narzucania innym swojej woli. Jedną z najbardziej „oswojonych” metod jej pozyskiwania jest zbudowanie instrumentów oddziaływania militarnego („projekcji siły”). Mniej oczywistą metodą jest fałszowanie praw i prawideł, które rządzą biegiem zdarzeń i naturą ludzką (motywacjami jednostek i grup ludzi). To tym aktem fałszu pozyskuje się „przemocą lub podstępem” przyzwolenie grup ludzkich na takie lub inne decydowanie o ich losie.
Sztukę właściwego przyłożenia dźwigni w sterowaniu losem ludzkich społeczeństw identyfikuje jeden z mieszkańców Paradyzji: „Wolność […] to świadomość ograniczeń, którym człowiek podlega”, mówi odwiedzający zniewolony świat Ziemianin. „Wolność uzyskuje się przez uświadomienie sobie braku możliwości innych niż ta, której realizacją jest nasz świat…”, ripostuje zniewolony mieszkaniec.
Trafność tych powieściowych spostrzeżeń każdy z nas może sobie zastosować do spraw rozmaitych ideologii i wizji świata – uznawanych za śmieszne, toksyczne i wpływającyce na bieg geopolitycznych gier między mocarstwami. To m.in. walka z tzw. zmianami klimatu; walka z przerażającymi zarazkami, peak oil. Predykcje rychłej zguby rodzaju ludzkiego to tak skuteczny instrument kształtowania percepcji publicznej, że aż strach o tym pisać.
W takiej wizji konfliktu skutecznym atakiem można nazwać zarażenie wizją świata, której konsekwencje i dyrektywy etyczne − niczym koń trojański − prowadzą do działań samozgubnych. Przykładem może być buddyzm propagowany przez imperium chińskiej dynastii Tang wśród wojowniczych ludów Tybetu i Azji Centralnej. To też antywojenny aktywizm środowisk lewicowych w USA w czasie wojny z Wietnamem Północnym. To ideologie proekologiczne i przepowiednie rychłej zagłady klimatycznej używane jako „broń” celem kontroli rynku energii w Unii Europejskiej.
Wojny narracyjne to narzucenie własnej wizji świata. To narzucanie własnej woli. Narzucenie wizji praw, którym osoby lub grupy ludzi mają być posłuszne. Na tym polega dominacja. Tak należy wyjaśniać często niosące tysiące i miliony ofiar dążenie reżimów politycznych do zmonopolizowania narracji, usunięcie wpływu narracji obcych, wrogich. Budowanie narracji jest fałszowaniem rozumienia tego, jak działa świat i prawa natury. Fałszowanie wizji świata to akt kontroli nad grupami ludzi w każdej skali –jest kluczowym instrumentem władzy.
Uproszczony model matematyczny – prawo powszechnego ciążenia Newtona – może umożliwić misję kosmiczną mimo tego, że jest jedynie przybliżeniem praw natury. Ale w powieści Zajdla narracja instalowana w umysłach mieszkańców Paradyzji, ukrywająca prawdziwy stan rzeczy, sprawia, że nikt nie myśli o buncie. Mieszkańcy tytułowej planety nie wiedzieli nawet, że istnieje elita utrzymująca ich w stanie zniewolenia.
Wizja świata wyznacza (ogranicza) zdolność działania. Przez moralne zakazy i nakazy. Przez neutralizację woli oporu, co tak plastycznie przedstawia George Orwell w powieści Rok 1984. Może sprzyjać lub przeszkadzać w budowaniu zdolności homeostatu do obrony własnego istnienia.
Koncepcją absolutnie centralną w traktacie Sztuka wojny jest Moc. To potencjał, który sprawia, że motywacje i działania ludzi, ale także bieg wydarzeń, zmierza w tym lub innym kierunku. Wedle starożytnego stratega, dla Mistrza Wojowania władać Mocą to sprawić, że ludzie i wydarzenia runą zgodnie z geografią ich środowiska działania, niczym krągłe kamienie i bale puszczone w dół stromego stoku.
W eseju o Mistrzach Wojowania (→) przedstawię pełną wizję i pakiet przykładów. Tu niech wystarczą dwa. Sam Sun Zi zaleca, aby dowódca, miast „przez rozkazów wydawanie” doprowadzał żołnierzy do apogeum ich waleczności przez postawienie ich w sytuacji bez wyjścia. W obliczu śmierci, nie trzeba im będzie prawić przemów „bijcie się do ostatniej kropli krwi”, „oddajcie życie ku chwale ojczyzny”. Zadziała instynkt przetrwania – to on wzbudzi bojowy szał. Zadziała geografia ludzkiej natury. Zadziała Moc.
Sama siła, którą ktoś chce powołać do życia i zaprząc do działania, musi pojawić się w odpowiednim momencie i miejscu. Sprzyjające okoliczności zwielokrotniają jej zdolność oddziaływania na bieg rzeczy, a czasem wręcz pozwalają powołać ją do życia.
Aż zobaczyli ilu ich Poczuli siłę i czas; I z pieśnią, że już blisko świt Szli ulicami miast
5
.
Tak śpiewał Jacek Kaczmarski i trafiał tymi słowami w sedno zjawiska.
Słynne powiedzenie użyte jako tytuł tej sekcji, żyjące i rezonujące w naszych myślach w nieskończonych wariantach, to prawidłowość wieczna. Zwłaszcza, gdy wyrazić ją ogólniej, mówiąc nie o ideach, a o każdej rzeczy.
Dostrzec siłę jakiejś idei to dostrzec aktywność sił psychohistorii. To dostrzec napięcia sił strukturalnych, które niczym trzęsienia ziemi, im dłużej akumulują swój potencjał, tym bardziej niszczycielską siłę wyzwolą.
Tym właśnie jest Moc. Jest potencjałem i żywiołem ujeżdżanym przez skrytych w cieniu Mistrzów Wojowania, praktyków filozofii wuwei (dostrojenia działania do rytmów Wszechświata).
Czas wyjaśnić to, czym są siły psychohistorii. W słowach otwierających wspomnianą powyżej powieść Dzieje trzech królestw występuje fraza ‘Takie są historii koleje’. W oryginale fraza ‘historii koleje’ to dosłownie ‘Wielkie Moce w Tym, co pod Niebem’6. Ostatni znak frazy, shi, to Moc znana nam z traktatu Sztuka wojny. Słowniki przekładają całą frazę na ‘trendy historii’ lub ‘siły bezwładu historycznego’ (ang. the momentum of history lub trends of things). To właśnie są nasze siły psychohistorii.
Odpowiedników tej frazy w zachodnich kodach kulturowych mamy wiele. To ‘siły historii’ (pojawia się w tytule książki Józefa Kosseckiego Gry sił i interesów w historii), siły historycznej konieczności. W kontekstach innych niż historia to ‘siły rynku’, ‘impet operacyjny armii’. Ogólnie jest to inercja wydarzeń, coś, co decyduje o biegu rzeczy, a czemu pojedyncze jednostki nie są w stanie się przeciwstawić.
Ksiądz Kordecki, postać z kart Potopu Henryka Sienkiewicza, mówi naradzając się ze współtowarzyszami:
Otóż koniunktury są takie, że chybaby Bóg i Najświętsza Jego Rodzicielka umyślnie na tego nieprzyjaciela zesłali zaślepienie, aby miarę w swych nieprawościach przebrał.
Czytając o powieściowej obronie Częstochowy natrafiamy na takie sformułowania jak właśnie „koniunktury polityczne”, „siła zabobonu” i „te strzały będzie słychać w kraju całym”, gdy odpowiednio Polacy i Szwedzi komentują znaczenie „sił psychohistorii”, które w ruch wprawiło oblężenie świętego miejsca. Jedna z obecnych w opowieści Sienkiewicza postaci niemal dosłownie powtarza myśl przewodnią Sztuki wojny. Dźwięczą nam słowa księcia Heskiego wypowiadane do dowodzącego oblężeniem Millera:
Czasem też i okoliczności umieją rozkazywać nie gorzej królów i marszałków
7
.
Świetną metaforą dla tych potężnych sił jest wiatr. W przestrzeni atmosfery kumulują się potężne wyże i niże. Powołują one do życia… wiatr historii: niepowstrzymane orkany obalają cesarzy i wynoszą do władzy „bandytów”8. Takie ujęcie idealnie współgra z wizją Sun Zi, który w swojej metaforze mówił o niepowstrzymanym potencjale rzek wynikającym z olbrzymich mas wody lub osiągniętym dzięki różnicy wysokości w pędzącym górskim strumieniu.
Dr Jacek Bartosiak stwierdził w jednym z wywiadów, że kryzysy i wojny nadchodzą nie z biedy czy ideologii, a z powodu napięć strukturalnych, zmian w układzie sił. Gdy takie napięcia tektoniczne się pojawiają, jakby spod ziemi pojawiają się osoby, ideologie i inne czynniki, które w skomplikowanym tańcu sił i kontrsił starają się korygować niepożądane dla siebie trajektorie.
Z tego punktu widzenia „politycy są posłannikami sił strukturalnych”. I tu dochodzimy do wiecznego pytania historyków: kto kształtuje bieg historii? Czy wola pojedynczych ludzi, czy bezosobowe siły? W powieści Formy Chaosu Colina Kappa poznajemy nazwę dla samotnych śmiałków. To Katalizatory Chaosu. Mieli oni budzącą bojaźń moc powstrzymania entropii, zmiany kierunku biegu spraw.
W powieści Żołnierzu, nie pytaj! Gordon R. Dickson prezentuje ontogenetykę, narzędzie przewidywania przyszłości wykształcone przez rasę filozofów:
Tak się nazywa jedna z naszych egzotycznych technik obliczeniowych […] Mówiąc w skrócie, istnieje ustawicznie rozwijający się wzorzec zdarzeń, który obejmuje wszystkie żyjące istoty ludzkie. Pragnienia i dążenia tych jednostek determinują w swojej masie kierunek wzrostu wzorca w przyszłości. […] Jednakże, znów tylko jako jednostki, prawie wszyscy ludzie są bardziej przedmiotem oddziaływania, niż sami oddziałują efektywnie na wzorzec.
Jedynie od czasu do czasu u rzadko spotykanych jednostek − kontynuował − stwierdzamy szczególnąkombinację czynników osobowości i pozycji jednostki we wzorcu, które razem wzięte czynią je niewyobrażalnie bardziej efektywnymi niż ich towarzysze. Gdy to się zdarza, tak jak w twoim wypadku, mamy Izolata, osobowość kardynalną, kogoś, kto ma wszelką swobodę oddziaływania na wzorzec, podczas gdy sam jest przedmiotem oddziaływania tylko w relatywnie małym stopniu.
W Siłach psychohistorii będziemy się jednak koncentrować nie na odpowiedzi na to pytanie o sprawczość, a na opisaniu rozmaitych parametrów „sił historii”.
Psychohistoria to fikcyjna nauka wykoncypowana przez Isaaca Asimova na potrzeby kultowej powieści Fundacja. Jej aparat matematyczny dawał zdolność przewidywania losów wielkich zbiorowisk ludzkich. Autor powieści, zainspirowany był monumentalnym dziełem Edwarda Gibbona Zmierzch Cesarstwa Rzymskiego.
Twórca powieściowej nauki, Hari Seldon, deklarował jej zdolność nie tylko przewidzenia nieuchronnego upadku. Ale mogła ona być narzędziem zmiany przyszłych losów ludzkości. To centralny punkt całej opowieści. Rozumienie praw natury to nie tylko wiedza o przyszłości. To władza nad biegiem rzeczy, a więc najniebezpieczniejsza możność, jaką może posiąść człowiek. Seldon przedsięwziął dzieło przeciwstawienia się pozornie niepowstrzymanym siłom historycznych konieczności. Posądzony o zdradę stanu, tak odpowiada na pytanie Oskarżenia:
Psychohistoryczny bieg wydarzeń na gęsto zaludnionej planecie ma wysoką inercję. Aby go zmienić, trzeba mu przeciwstawić coś, co charakteryzowałoby się podobną inercją. Musiałaby być to albo taka sama liczba ludzi, albo − w przypadku gdyby liczba ta była stosunkowo nieduża − musiałoby upłynąć bardzo wiele czasu […] Trzeba tylko… tylko trochę zmienić bieg przyszłych wydarzeń nadciągających ogromną, niezmierzoną masą…
Losy tytułowej Fundacji to szereg opowieści o jednostkach zmagających się wciąż i wciąż z dylematem: czy ich indywidualne decyzje są, czy nie są sprzeczne z Planem Seldona, w wizji którego celem ostatecznym9 działalności Fundacji było powołanie do życia Drugiego Imperium.
I oto wracamy do koncepcji homeostatu. Bo twór tak potężny jak galaktyczne imperium również jest homeostatem.
Wszystko, co „żyje”, powodowane jest potrzebą przewidywania przyszłości. Religie, systemy wróżb, sztuka podstępu… a nawet sama metoda naukowa mają w swej istocie jeden i ten sam cel – przewidzieć i kontrolować przyszłość. Mają odpowiedzieć na pytanie jak modelować skutki własnych działań i postępki ludzi wokół nas, by w optymalnym stopniu realizować własną sprawczość, zdolność do decydowania co i jak się dzieje.
Człowiek, który potrafi z aktualnego stanu spraw wywieść to, co dopiero się zdarzy, potrafiący dostroić się do zasad rządzących Wszechświatem i środowiskiem swojego życia, pojmujący naturę Dao, zwany był w starożytnych Chinach Świętym Mężem (shengren 聖人). Mógł on
zobaczyć zaczątek i pojąć koniec.
„Odrzuć pustkę, ułudę, by dostrzec pełnię, prawdziwy świat”, głoszą nauki buddyjskie. Musimy odrzucić swoje przekonania, przesądy, często zawodną wiedzę. Musimy zbudować od zera zupełnie nowy system predykcyjny; spojrzeć na problem w sposób świeży, umożliwiający jego – często błyskotliwe – rozwiązanie. Z drugiej strony,
przeciwnikowi należy maksymalnie utrudnić budowanie zdolności predykcyjnych.
Istotą tego, co należy zrobić w próbach zmylenia przeciwnika i stosowania forteli jest właśnie tak sformułowane zadanie. Zafałszujmy mu predykcje. Przekonajmy, że siły psychohistorii i prawa natury ludzkiej działają inaczej, niż ma się to faktycznie. Sprawmy, że przyjmie brzemienne porażką założenia co do logiki biegu rzeczy. Niech zawraca kijem Wisłę.
Trudno jest skomponować książkę o przewidywaniu przyszłości i zamknąć ją przy tym w formę inną niż poradnik. Mój pierwotny zamiar napisania studium rozumienia związków przyczynowo-skutkowych przekształcił się w vademecum praktycznej wiedzy i spostrzeżeń. Mam nadzieję, że rezultat końcowy – niech mi będzie wolno zażartować – zwiększy u czytelnika-użytkownika zdolność do osiągnięcia i utrzymania optymalnych parametrów homeostazy.
Mam też nadzieję, Czytelniku, że po zapoznaniu się ze spostrzeżeniami, wizjami i prawidłami działania natury świata i ludzi, nabędziesz władzę patrzenia na świat w zupełnie inny sposób, niż dotychczas. A z władzą dostrzegania prawideł przyjdzie władza powodowania losem własnym i losem innych.
Zapytany zaś, czy wiesz, jak brać się za bary z tym, co pozornie nieuniknione i jak dostrzec to, co skrywają mroki nieodgadnionej przyszłości i plany snute przez Mistrzów Wojowania, odpowiesz – mam nadzieję – słowami bohatera wizjonerskiej opowieści Isaaca Asimova… wziętymi z mistrzowskiej, wieńczącej całą intrygę sceny:
Na Gwiazdy Galaktyki, teraz wiem!
Tajpej, lipiec–grudzień 2020
1Michio Kaku on Alien Brains, https://www.youtube.com/watch?v=Izp7q6OXXS4 [dostęp: 2022.01.16]. Książka: Michio Kaku, Przyszłość umysłu, Prószyński i S-ka, Warszawa 2019. Słowo ‘modelować’ przełożyłem z oryginalnego simulate, chodzi o fazę Orientacji w cyklu decyzyjnym OODA oraz budowanie świadomości sytuacyjnej – patrz tekst »V.2.
2 Sparaliżowanie systemu obrony przeciwnika przez atak w skali przekraczającej jego zdolność reagowania.
3https://www.pbs.org/the-farthest/science/man-behind-mission/
4 W powieści rozchodziło się o uniemożliwienie zniewolonym ludziom odkrycia,że nie znajdują się na orbicie, a na powierzchni planety. Stróże tajemnicy założycielskiej utrudniali poznanie prawdy rozmaitymi trikami, w tym pozornie niewinnymi. Bohater utwierdził się w swoich domysłach drogą pośrednią. Zakaz posiadania własnych zegarków naręcznych można było uznać za dziwactwo. Ale towarzyszyło mu już trudne do wykrycia, lecz ewidentnie podejrzane losowe wydłużanie lub skracanie minut na zegarach publicznych.
5 Pieśń Mury, słowa Jacek Kaczmarski do melodii Lluísa Llacha.
6 Chiń. tianxia dashi 天下大勢; ‘To co pod Niebem’ jest poetycką nazwa całego znanego starożytnym Chińczykom świata.
7 W rozdziale V traktatu Sun Zi pisze: „Mistrz Wojowania do mistrzostwa swego dochodzi, Moc budując, a nie przez rozkazów wydawanie. Bez żołnierzy starań się on obywa, a na kształtowaniu i powodowaniu Mocą polega”. (V.11). Z kolei w innym miejscu Sztuki wojny czytamy: „Miejsca są, o które walczyć nie należy; Nakazy władcy są, których nie wolno wypełniać”. (VIII.3).
8 „Bandyci” to odniesienie do słynnej chińskiej frazy: „Ci, którym się uda [wyzyskać okazję] (trendy wydarzeń), zostają cesarzami. Ci, którym się nie uda, nazywani są bandytami”. Co zaś do burzy dziejowych, Stanisław Jerzy Lec przewrotnie podpowiada, jak je rozpoznać: jeszcze długo po nich kości łamią.
9 Mistrzowska gra słów i wieloznaczności polegała na tym, że rząd przeniósł Fundację na planetę o nazwie Terminus. Słowo to po łacinie oznacza i „kamień węgielny” (fundament, zaczątek), i „cel ostateczny”.
»IV.2 — przejdź do przodu do drugiego tekstu w temacie IV
«II.4.C — przejdź wstecz do porady praktycznej C w czwartym tekście tematu II
Cytaty: pogrubienia czcionki oraz komentarze w nawiasach kwadratowych, jeśli nie zostały oznaczone inaczej, są moje własne.
Pojęcia i koncepcje kluczowe: są wyróżnione podwójnie: kursywą i podkreśleniem (np. Moc). Ich indeks znajduje się na końcu książki. Wyjaśnienia wybranych pojęć znajdują się na tutaj.
Zdjęcia: jeśli nie podpisane, wykonane są przez autora.
Lektura poprzednich książek wydanych przez Piotra Plebaniaka sprawiła, że z wielką przyjemnością przyjąłem propozycję napisania wstępu do kolejnej. Z tak wielką, że podjąłem się tego nieodpłatnie. Dlaczego „nieodpłatnie”, a nie „pro bono” – jak to się ładnie nazywa? Bo nikt, nigdy, niczego nie robi „pro bono”.
O czym jest książka, którą w tym momencie trzymasz, Drogi Czytelniku, w ręku? Dla mnie to świetna okazja do przemycenia „nieodpłatnie” paru tez, zwłaszcza, że nie ze wszystkim o czym jest ta książka się zgadzam. Pisanie wstępów do publikacji, z którymi autor wstępu się zgadza jest lepsze dla autora książki, ale bywa nudne dla autora wstępu. A nudy to ja nie lubię. Jest dla mnie mało użyteczna.
„Widzieć przyszłość, wiedzieć, co się wydarzy, to źródło potężnej władzy. To kwestia życia i śmierci. To źródło statusu, prestiżu. To atrybut władzy i dominacji nad tymi, którzy tej wiedzy nie posiedli” – przeczytasz, Czytelniku, na samym wstępie. A wspiera tę tezę cytat amerykańskiego (a jakże – „radziecki” brzmiałby gorzej) fizyka Michio Kaku: „Głównym składnikiem inteligencji jest zdolność przewidywania przyszłości. Zdolność modelowania dziś, aby zobaczyć jutro”. Ale – jak powiedział onegdaj Niels Bohr, a rozpowszechnił w świecie kultury Woody Allen – „prognozowanie jest bardzo trudne, szczególnie jeśli chodzi o przyszłość”. Zwłaszcza w świetle teorii kwantowej.
Świat staje się z każdym momentem, ale nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jakim on się stanie. Mając 64 jądra promieniotwórcze, których czas rozpadu wynosi 1h, możemy powiedzieć, że za godzinę zostaną 32, a za dwie godziny – 16. Ale nie możemy powiedzieć, które się rozpadną. Nie tylko z powodu niedostatecznego aparatu poznawczego. W świetle teorii kwantowej to same jądra „nie wiedzą”, które z nich się rozpadną.
Za to my jesteśmy trochę „zdeterminowani”. Determinuje nas silnie budowa mózgu i emocje, które nami rządzą – w szczególności wówczas, gdy wchodzimy w relacje z innymi ludźmi. W liceum nie przeczytałem powieści Noce i dnie Marii Dąbrowskiej (i jeszcze kilku innych lektur obowiązkowych, do czytania których próbowali mnie zmusić ci, którzy chcieli mieć nade mną władzę). Ale za to przeczytałem Człowiek w teatrze życia codziennego Ervinga Goffmana. Dziś to socjolog raczej zapomniany – o czym świadczy choćby fakt, że najpopularniejszy edytor tekstu – Word – podkreśla to nazwisko jako wyraz nieznany. Był on przedstawicielem interakcjonizmu symbolicznego i zwolennikiem badań jakościowych, w których stosowana była obserwacja. Zajmował się porządkiem interakcyjnym, czyli jawnymi i ukrytymi regułami kierującymi interakcjami między ludźmi.
Ten porządek rekonstruował przy pomocy modelu dramaturgicznego. Bo nasze kontakty z innymi to rodzaj przedstawienia teatralnego, w czasie którego odgrywamy swoje role w celu wywarcia zamierzonego wrażenia na drugiej osobie. Publicznie prezentujemy tylko jedną naszą jaźń – „fronton”. Za nią kryje się druga – „kulisy”. Na zimno ocenia ona skuteczność działań podjętych przez tę pierwszą. Przedstawiamy się innym jak aktorzy na scenie, z tym że wzajemnie wobec siebie jesteśmy równocześnie i widzami, i aktorami. Ciągle gramy. Stąd już był później mały krok na studiach do teorii gier, w których, jak pisze Thomas Schelling, „wzajemna zależność jest częścią logicznej struktury i wymaga pewnej współpracy lub wzajemnych ustaleń – jeśli nie jawnych to przynajmniej cichych – choćby tylko po to, aby uniknąć obustronnej katastrofy”1.
Sam mistrz Sun pisze, że natchnieni Mistrzowie Wojny to ci, którzy są dostatecznie przygotowani, wystarczająco silni i na tyle mądrzy, by w ogóle nie musieli walczyć. I ma rację. Aczkolwiek Stanley Bing napisał książkę Sun Tzu był cykorem2. Wspiera się raczej naukami Cezara, Machiavellego i Pattona niż sędziwego Chińczyka.
Pewnie nie oglądał filmu War Games z 1983 roku Johna Badhama, w którym Matthew Broderick wciela się w postać młodego hakera Davida Lightmana. Haker niechcący inicjuje grę z głównym komputerem Pentagonu. Okazuje się, że gra wcale nie jest zabawą i może doprowadzić do wojny nuklearnej ze Związkiem Sowieckim. Na szczęście udało mu się przekonać komputer przy pomocy prostej gry w kółko i krzyżyk, że są gry, których nikt nie może wygrać, gdy żaden z graczy nie popełni błędu. Ale w niektórych wypadkach „remis” to właśnie „obustronna katastrofa”.
Zacznijmy od tego, że nasz mózg przypomina mózg dinozaurów. Ludzka kora mózgowa to twór ewolucyjnie dosyć młody. Nadbudowany nad układem limbicznym (czyli mózgiem ssaczym), który odpowiada za dążenie do zaspokajania potrzeb, uzyskiwania nagród, osiągania przyjemności. A ten z kolei osadzony jest na pniu – czyli mózgu gadzim3. I to on reaguje jako pierwszy na bodźce ze świata zewnętrznego – zanim dotrą one do naszych szarych komórek. Nawet zresztą, jak się wyjątkowo postaramy, zużywając do tego spore zasoby energii, żeby pewne rzeczy przemyśleć, to i tak najpierw odzywa się w nas gad. Bo nasz mózg nie służy do myślenia! Jest narzędziem przetrwania (myślenie służy przetrwaniu).
Pierwsze ważne osiągnięcia ludzkiego mózgu – budowa narzędzi i okiełznanie ognia – służyły poprawie zaopatrzenia w energię (pomagały w polowaniu) i lenistwu (koło). Mózg, który stanowi jedynie 2% masy naszego ciała, a zużywa sam na siebie 20% naszego zasobu energii, który poszukuje konkretnej przyczyny każdego zjawiska i ignoruje przypadkowość, wybiera pierwszą przyczynę, której się doszuka, doszukuje się znaczeń tam, gdzie ich nie ma i łatwo ulega iluzjom.
Zabawne, albo może wręcz przeciwnie, jest to, że istnieje bliski związek między tymi obszarami mózgu, w których dochodzi do oceny sytuacji losowych, a tymi, które są odpowiedzialne za emocje! Rezonans magnetyczny pokazuje, że ocena ryzyka i nagrody dokonuje się w układzie limbicznym – w strukturach korowych i podkorowych odpowiedzialnych właśnie za procesy emocjonalne! Dlatego tak fascynujące są dokonane w ostatnich dekadach odkrycia behawioralnej teorii gier, która włączyła do swych badań psychologię – także psychologię ewolucyjną. Nasz mózg oszukuje nas samych na każdym kroku.
Nietrudno zrozumieć, dlaczego niektórzy chcą przewodzić innym. Ty pewnie też chcesz – skoro kupiłeś tę książkę. Trudniej zrozumieć, dlaczego inni chcą za nimi podążać. Lider zazwyczaj pojawia się w sytuacji zagrożenia czy wyzwania stojącego przed grupą. Musi – z premedytacją lub nie – opierać się na trzech filarach ludzkiej natury: autorytecie – by móc rządzić, wolności – by nie zniechęcić do siebie i swojego przywództwa tych, którzy mają za nim podążyć i, przede wszystkim, na lojalności. Tymczasem niektórzy po prostu manipulują innymi w swoim własnym interesie. I doskonale o tym wiedzą. Chcą zdobyć władzę dla samej władzy i/lub dla apanaży materialnych i/lub niematerialnych, które ona daje.
Większy problem stanowią jednak ci, którym się wydaje, że robią to samo w interesie innych. Z manipulatorem można negocjować – jak z bandytą. Z ideologiem – nie. A takich ci w świecie dostatek. Jak pisał Ludwig von Mises, wielu z nich cierpi z tego powodu, że sprawy nie zawsze toczą się po ich myśli. Człowiek rodzi się przecież jako aspołeczne, egoistyczne stworzenie i dopiero z czasem uczy się, że jego wola i potrzeby nie są jedynymi na świecie i by zaspakajać swoje zachcianki musi dojść do consensusu z innymi.
W tym właśnie pomaga teoria gier, do której zaraz przejdziemy. Niektórym to się jednak nie podoba. Uważają, że zasługują na więcej niż otrzymują. Każdy dzień przynosi takiemu „zarozumialcowi”4 kolejne rozczarowania. W ich efekcie ucieka on w marzenia o świecie, w którym liczy się tylko jego własna wola. „W tym sekretnym świecie neurotyk staje się dyktatorem”5. W swoim umyśle uzurpuje sobie prawo do bycia władcą absolutnym i decydowania o wyborach innych ludzi. „Psychiatrzy określiliby jego stan jako megalomanię”6. „Nie jest to rezultatem rozumowania, ale patologicznego nastawienia umysłowego – urazy i neurotycznego zaburzenia, które można nazwać kompleksem Fouriera”7.
Oczywiście przekonania niektórych o tym co jest dobre dla innych łatwo można sfalsyfikować pytając innych co jest dla nich dobre. Dlatego łatwiej jest realizować dobro „ludu”. Nie bez powodu „wola powszechna” (volonte generale) Jana Jakuba Rousseau to nie jest ani wola wszystkich, ani nawet nie wola większości. Bo to w ogóle nie jest wola „ludzi” tylko właśnie „ludu”. A jaka jest wola „ludu” określają ci, którzy ją realizują. Karol Marks twórczo rozwinął to podejście, pisząc nawet o zafałszowanej świadomości klasy robotniczej, która sama nie wie, co jest dla niej dobre i musi jej to uświadomić jej „awangarda”. A jak klasa robotnicza się uświadomić nie daje, to trzeba jej tę wolę narzucić.
Historycznie różni dyktatorzy próbowali robić to siłą. Ale przecież ludźmi można też manipulować. Wiedza o tym, jak się to czyni, jest potrzebna do rzeczy dwóch: (I) żeby manipulować innymi i (II) żeby nie dać się manipulować innym. Najtrudniej jest wykorzystać tę wiedzę do tego, do czego jest najbardziej potrzebna – do budowania strategii win-win. Więcej zyskujemy kooperując, niż się zwalczając. Ale tego – posługując się metaforą Frédérica Bastiata –nie widać od razu.
Od razu widać za to pozytywne skutki manipulowania innymi. Pozytywne oczywiście dla manipulujących, a nie dla manipulowanych. Ale ci drudzy po jakimś czasie dostrzegają jednak te skutki dla nich negatywne, których wcześniej nie widzieli. Niestety zazwyczaj jest już za późno. Bo jedyna zmienna w naszym życiu, która jest niezmienna, to czas. Można odzyskać pieniądze, honor, ostatnio to ponoć nawet i cnotę. Czasu odzyskać się nie da. Co więcej – odpowiednio długi odstęp czasowy od skutku do przyczyny zaciera ślad istnienia takiego związku. O co tym łatwiej, że większość zdarzeń w ogóle nie ma żadnej przyczyny i dzieje się przez przypadek.
Co prawda Judea Pearl ogłosił światu dokonanie „Rewolucji Przyczynowej”, ale polskie wydanie jego Przyczyn i skutków ukazało się na początku września wraz z rocznicowymi wspomnieniami zamachów na WTC ludzi, którzy 11 wrzenia 2001 roku nie poszli tam do pracy albo się do niej spóźnili oraz rodzin tych, którzy się tam znaleźli, choć mieli być gdzie indziej. I całą „rewolucję przyczynową” trafia szlag. Jeden z dziennikarzy „Tygodnika Powszechnego” przypomniał list do redakcji, w którym ich wierny czytelnik z USA opisał, jak dzięki temu, że się „zaczytał” ich kolejnym numerem dotarł na Broadway już po uderzeniu samolotu w pierwszą wieżę.
W ogóle życie zaczyna się przez przypadek. Bo – jeśli pominiemy ewentualne celowe działanie Pana Boga –to Wielki Wybuch musiał nastąpić przez przypadek. My też żyjemy przez przypadek. Nie tylko dlatego, że gdyby nie przypadkowy Wielki Wybuch to nie byłoby niczego. To, że to akurat ten plemnik, a nie jeden z milionów innych, zapoczątkował Twoje życie, to czysty przypadek. Gdyby to był inny, mógłbyś być kimś zupełnie innym. A jakbyśmy mogli przebadać wcześniej wszystkie plemniki, to i tak nie bylibyśmy w stanie przewidzieć, który z nich wygra ten wyścig życia. Dokładnie tak samo jak nie potrafimy przewidzieć, który to proton się rozleci.
Mimo to ciągle poszukujemy jakichś związków przyczynowo-skutkowych. Tak jak onegdaj uczeni przez wieki poszukiwali „kamienia filozoficznego” (a znaleźli go dopiero bankierzy8) tak współcześnie poszukują „przyczyn”. Nie łatwo jest zrozumieć – nawet uczonym – a może im szczególnie trudno – że nie można tak po prostu zrozumieć, że nie rozumiemy, iż czegoś nie rozumiemy. Problemem jest struktura naszego mózgu: nie przyswajamy reguł, lecz jedynie fakty i nic poza nimi. Nauka metareguł (na przykład reguły, że mamy trudności z przyswajaniem reguł) idzie nam ciężko. Nasz mózg zwykł, na przykład, przypisywać większe prawdopodobieństwo zaistnienia zdarzenia opisanego bardziej szczegółowo składającego się z kilku różnych zdarzeń, niż opisanego w sposób bardziej ogólny.
Wielu pytanych twierdzi, że bardziej prawdopodobne jest, że Mistrz Sun – na filozofii którego opiera się omawiana książka – mógł zostać pokonany przez przeciwnika, który zaszedł go od tyłu, przeprawiwszy wprzód swoje wojsko przez rzekę od południowej strony, niż że został pokonany przez przeciwnika. A przecież prawdopodobieństwo, że dwa lub więcej zdarzeń wystąpi jednocześnie nigdy nie jest większe, niż prawdopodobieństwo samodzielnego wystąpienia każdego z nich.
No właśnie – to nasz mózg nas oszukuje. Ciebie też. Pamiętaj o tym, jak będziesz próbował oszukać innych. Bo ile półek widzisz:
Ale to jeszcze „pikuś”. Bo o tym czy na obrazku Williama Hilla „Moja żona i moja teściowa” widzisz młodą kobietę, czy staruszkę zależy od Twojego wieku, a w przypadku mężczyzn także od… poziomu libido:
Moja żona i moja teściowa, obie są na tym obrazie – znajdź je, szkic W. E. Hill
A niekiedy od tego czy się patrzysz na coś stojąc lub siedząc naprzeciwko, czy leżąc. I to bez względu na płeć i wiek:
Z prawej strony jest ten sam rysunek co z lewej – tylko „do góry koroną”.
Mamy zresztą nie tylko złudzenia optyczne. Popełniamy liczne błędy poznawcze (ang. cognitive biases)9. Jest ich wiele, ale z punktu widzenia naszych rozważań istotnych jest kilka.
Jednym z nich jest uleganie autorytetom. Na przykład… Sun Zi. „Efekt nieomylności” polega na tym, że im ktoś jest głupszy, tym bardziej pewny siebie i tym mniej przejmujący się opinią innych oraz faktami. Zjawisko to zostało zbadane przez Davida Dunninga i Justina Krugera. Odkrył je już Karol Darwin pisząc, że „niewiedza znacznie częściej wywołuje uczucie pewności siebie, niż posiadanie wiedzy”10. Co ciekawe po wpisaniu tego zdania w wyszukiwarce Google’a, pierwszych 25 odniesień prowadzi do stron, na których nie podano nawet, skąd ten cytat pochodzi. Ale dobrze brzmi, więc autorzy cytują go, „grając” przed innymi swoją grę.
Padamy ofiarami efektu skupienia – błędu wynikającego ze zwracania nadmiernej uwagi na jeden aspekt i ignorowania innych. Mamy tendencję do lepszego zapamiętywania argumentów przemawiających za podjętą już decyzją niż przeciwko niej (to się nazywa efekt wspierania decyzji)11. Popełniamy błędy konfirmacji poszukując wyłącznie faktów potwierdzających posiadaną opinię, a nie ją weryfikujących12.
W mojej prawniczej branży widać to doskonale. Raymond Nickerson sugerował, że niektórzy sędziowie podlegają efektowi potwierdzenia, skłaniającego ich do dochodzenia do konkluzji, które wcześniej wygłaszali inni sędziowie13. Towarzyszy temu iluzja korelacji – czyli tendencja do dostrzegania nieistniejących związków w jakimś zbiorze danych.
Często zwykłą korelację traktujemy jako związek przyczynowo-skutkowy. I totalnie ignorujemy rachunek prawdopodobieństwa. Badani ludzie byli skłonni zapłacić 7$ za uniknięcie 1% szansy bolesnego porażenia prądem i jedynie 10$ za uniknięcie 99% szansy takiego porażenia14.
Nasza natura jest dość skomplikowana, ale choćw przeważającej mierze samolubna, jest też „grupolubna”. Może więc trzeba zamiast teorii wojny rozwijać teorię współpracy? Dobór naturalny działa na kilku poziomach. Jednostki konkurują między sobą – co nagradza samolubność. Równocześnie grupy, do których należą jednostki, konkurują z innymi grupami, co nagradza umiejętność gry zespołowej15. James Buchanan pisze o tym na przykładzie koszykówki – i nagradzania zawodników nie tylko za celne rzuty, ale i za podania („asysty”)16. Od dawna model ten stosowany był w hokeju. A ostatnio coraz częściej także w piłce nożnej.
A jak już jesteśmy przy koszykówce, to wróćmy jeszcze na moment do losowości. Komentatorzy sportowi mówią czasami o „szczęśliwej ręce” zawodnika, gdy zaobserwują, że trafia on do kosza pod rząd częściej niż inni. Ale jak będziemy rzucać monetą odpowiednio długo, to też trafią nam się serie, w których wypada tylko reszka lub tylko orzeł. Czy wtedy też powiemy, że rzucający monetą ma „szczęśliwą rękę”? Za każdym rzutem monetą prawdopodobieństwo wyrzucenia reszki jest takie samo jak orła – 50%.
Ale z rzutami do kosza to tak już nie jest. Dokładniejsza analiza rzutów celnych i niecelnych poszczególnych zawodników pokazuje, że po kilku celnych prawdopodobieństwo kolejnego celnego – maleje, a po rzucie niecelnym, prawdopodobieństwo, że kolejny będzie celny – rośnie. Bo tu już nie sam los ma znaczenie decydujące, ale i umiejętności. I to zarówno rzucającego gracza, jak i broniących przeciwników. Jak przeciwnik wie, że ktośma „szczęśliwą rękę”, większą wagę przykłada do utrudniania rzutów właśnie jemu. Ale w ten sposób ułatwia oddawanie rzutów innym. I wtedy to oni zaczynają mieć „szczęśliwą rękę”.
Czasami ręce pomagają sobie nawzajem. Le Brone James rzuca prawą ręką, ale je i pisze lewą. Przeciwnicy skupiają się na prawej ręce, więc łatwiej mu czasem rzucić lewą i w ten sposób ta lewa zaczyna być bardziej „szczęśliwa”. A po co najlepszy obecnie koszykarz na świecie (niektórzy twierdzą, że lepszy nawet od Michaela Jordana) pisze i je lewą ręką, choć i tak lepiej rzuca nią niż większość zawodników w lidze, choć to jego „słabsza ręka”. Bo jeszcze bardziej chce dominować na boisku.
Każdy z nas ma jakieś swoje boisko, na którym chce dominować. Dlaczego? Popychają nas do tego nasze geny. Kodują one cechy, które sprzyjają powstawaniu kolejnych kopii tych genów. Ale tu się okazuje, że sprzyjać temu może bardziej kooperacja. Geny znajdują się w chromosomach, chromosomy w komórkach, komórki w organizmach, a organizmy w jakichś społecznościach (rojach, stadach, plemionach).
Konkurencja występuje na każdym poziomie, ale znaczenie mają dwa z nich: ten indywidualny i ten grupowy. Kiedy grupy ze sobą konkurują, na ogół wygrywa ta, która jest bardziej spójna. Ale które jednostki w grupie korzystają najbardziej? Tu teorie są dwie. Jedna zakłada, że choć wojnę wygrywa najdzielniejsza armia, to grupa tchórzy w jej szeregach ma największe szanse przeżyć, wrócić do domu i… przekazać swoje tchórzowskie geny kolejnemu pokoleniu.
Druga zakłada, że w dobrej armii liczy się honor i lojalność, więc tchórze wcale nie mają największych szans na przeżycie. Inni nie będą przecież za nich ryzykowali, może nawet sami ich zabiją. William McNeill na podstawie własnych doświadczeń ze szkolenia, które przeszedł w armii amerykańskiej i późniejszych studiów historycznych na temat armii starożytnych, postawił tezę, że musztra służąca wyćwiczeniu „więzi przez ruch” (muscular bonding) pozwala ludziom zapomnieć o sobie i zjednoczyć się z innymi, w celu zdobycia przewagi nad konkurencyjnymi grupami.
Studiując relacje weteranów z pola walki McNeill doszedł do wniosku, że mężczyźni na wojnie ryzykują życie nie dla swojego kraju czy ideałów, ale dla towarzyszy broni17. No właśnie. To chyba potwierdza tezę, że to nie wojenni tchórze mają większe szanse przeżycia. A kto będzie miał większe szanse na przekazanie swych genów kolejnemu pokoleniu: tchórz czy bohater? Bohaterów inni odbierają lepiej niż tchórzy. Karol Darwin twierdził, że najważniejszą przyczyną rozwoju cnót społecznych był fakt, że ludzie dbają o pochwałę bliźnich18. Darwin podzielał więc pogląd Glaukona.
Platon – ustami Sokratesa w dialogu Państwo – starał się wykazać, że lepiej być cnotliwym, niż się takim wydawać. Sokrates chciał przekonać Glaukona, że ludzie powinni postępować cnotliwie nie tylko w obawie przed konsekwencjami, jakie musieliby ponieść, gdyby zostali przyłapani na niecnotliwym zachowaniu. A Glaukon był zdania, że człowiek dysponujący Gygesem – mitycznym pierścieniem, który czyni go niewidzialnym – postępowałby jakby chciał, bo nikt nie jest taki kryształowy, by wytrwać w sprawiedliwości i nie wyciągać ręki po cudze, chociażby mu wolno było, bo nikt by tego nie widział19. To Glaukon miał rację. Dlatego Le Bron podaje do kolegów z drużyny, żeby wygrać razem z nimi NBA, a nie tylko zostać MVP.
Najwięcej problemów z podejmowaniem decyzji mamy jednak wówczas, gdy wchodzimy w interakcje z innymi ludźmi, którzy też podejmują decyzje (często symultanicznie, choć czasami sekwencyjnie z nami), z których konsekwencjami to my będziemy musieli się borykać. Bo przecież oni też grają w teatrze życia codziennego.
Powinniśmy wiedzieć, w który z tych dwóch podstawowych rodzajów gier z nimi gramy – symultaniczną czy sekwencyjną. Czy będzie to tylko jedna rozgrywka, czy będziemy ją powtarzać? Czy możemy wygrać razem (choć niekoniecznie tyle samo) – bo jest to gra o sumie niezerowej, czy nasza wygrana nieuchronnie oznacza przegraną drugiego gracza (gra o sumie zero)? I ilu nas jest? Dwóch (gra dwuosobowa), czy więcej (gra n-osobowa)? A jeżeli jest nas więcej, to czy możemy tworzyć jakieś koalicje? Jeżeli możemy, to czy gra nadal będzie n-osobowa, czy zmieni się w dwuosobową (dwóch koalicji)? Co jeszcze musimy przemyśleć? Perspektywę drugiego gracza. Jakie informacje posiada, co go motywuje, co myśli o nas.
Jak działają emocje, pod wpływem których przestajemy być „racjonalni” widać w grze Ultimatum. Jest to przykład „przetargu ultymatywnego” (ultimatum bargaining). Pierwszy z dwóch graczy (G1) otrzymuje jakąś kwotę – powiedzmy 100 – i jest zobowiązany podzielić ją między siebie i drugiego gracza (G2). Jeśli drugi gracz zaakceptuje złożoną ofertę, kwota ta staje się własnością obydwu graczy, podzieloną w stosunku zaproponowanym przez pierwszego gracza i zaaprobowanym przez drugiego. Jeśli jednak drugi gracz odrzuci ofertę pierwszego, obaj nic nie dostaną.
Oferta jest jednorazowa (akceptujesz czy nie) stąd nazwa gry: ultimatum. Posługując się czystą kalkulacją ilościową gracz G2 powinien zaakceptować prawie każdą ofertę – z wyjątkiem podziału 100:0. Przecież przyjęcie przez niego oferty gracza G1 – nawet jak G1 zatrzyma sobie 99 – przynosi mu więcej niż nic w przypadku jej odrzucenia. Czy mimo że taki podział jest jawnie niesprawiedliwy, racjonalny podmiot nie powinien chcieć więcej niż mniej? Jeżeli G1 chciałby zatrzymać dla siebie 100, to G2 może odpowiedzieć jakkolwiek, bo i tak nie otrzyma nic.
Ale tu włączają się emocje. Te, za które odpowiada rdzeń mózgu (mózg gadzi) i układ limbiczny (mózg ssaczy). Co prawda ludzie mogą użyć kory nowej swojego mózgu do zapanowania nad emocjami, ale tego zazwyczaj nie czynią. Większość z nas czuje się urażona propozycją jawnie niesprawiedliwego podziału. To rodzi w nich poczucie przykrości. Dlatego propozycji, które wywołają takie poczucie po prostu nie przyjmują.
Badania przeprowadzone w różnych kulturach i na różnych grupach wiekowych oraz zawodowych ustaliły, że oferta jest akceptowana dopiero na poziomie przynajmniej 20% całkowitej kwoty. Czy to jest już „sprawiedliwy podział”? W dalszym ciągu nie jest, ale przykrość emocjonalna płynąca z tej niesprawiedliwości jest równoważona przyjemnością ekonomiczną. Badani wolą stracić do 1/5 pieniędzy znajdujących się w puli, byleby ukarać człowieka, który nie respektował ich potrzeby bycia sprawiedliwie traktowanym, ale akceptują niesprawiedliwy podział, gdy jednak coś otrzymują w zamian.
Potwierdza się więc teza, że „wszystko jest kwestią ceny”. I choć może nie wszystko i nie zawsze, to stosunkowo często. Nie prowadzono jednak badań przy znacząco zróżnicowanych kwotach. Czy podział 99:1 nie byłby inaczej przyjmowany przy kwocie „100”, a inaczej przy kwocie „100.000.000”? Czy nie zmieniałoby to „wyceny” dobrego samopoczucia?
Interesujący wynik daje wariant gry w Ultimatum, w którym pierwszy gracz zastąpiony zostaje przez komputer. Ludzie otrzymujący ofertę są wówczas skłonni zaakceptować mniejszą część całkowitej kwoty, niż gdy ofertę składa drugi człowiek. Oferta komputera nie wywołuje negatywnych emocji. Co ciekawe, gdy gracz G1 nie jest podstawionym eksperymentatorem tylko prawdziwym badanym, nie składa jaskrawo niesprawiedliwych propozycji graczowi G2! A przecież powinien. Powinien przeprowadzić rozumowanie, które podsunie mu, że G1 powinien przyjąć każdą propozycję > 0. Eksperymentalne badania pokazały, że prawie połowa graczy G1 zaproponowała równy podział, a niemal wszyscy zaoferowali istotną część graczowi G2. Ofert typu (99:1), jakich można byłoby oczekiwać od G1 myślących w kategoriach ilościowych, było zatem bardzo niewiele20. To znaczy, że myślimy w kategoriach jakościowych. Wartościujemy nie tylko w jednostkach.
Znamienne, że bardziej „racjonalnymi maksymalizatorami” od ludzi wydają się być szympansy. W eksperymencie z podziałem winogron szympansy w roli drugiego gracza nie odrzucały możliwości otrzymania dwóch owoców wiedząc, że pierwszy zatrzyma dla siebie osiem. Co więcej, ten pierwszy, inaczej niż ludzie, zawsze starał się dokonać maksymalnie nierównego podziału, a ten drugi nigdy go nie odrzucał. Nie współpracował tylko wówczas, gdy efektem miało być zatrzymanie wszystkich owoców przez pierwszego szympansa21.
Czy to oznacza, że ludzie nie są racjonalni, tylko emocjonalni? Niezupełnie. Po prostu trzeba właściwie zrozumieć pojęcie racjonalności. Paradygmat „człowieka racjonalnego” przedstawiony został przez Johna Stuarta Milla, który wywiódł go z twórczości Adama Smitha. Sam Smith o tym „człowieku racjonalnym” wprost w ogóle nie pisał, aczkolwiek interpretacja dokonana przez Milla, w świetle tego co pisał Smith, jest w ogólnym zarysie poprawna. Istotne są jednak niuanse, które Mill pominął. Pozwala to krytykom Smitha podważać jego wolnorynkową teorię jako opartą na błędnym założeniu co do racjonalności ludzkich zachowań.
Wbrew tej opinii dorobek współczesnej nauki nie dostarcza zbyt wielu dowodów na nieracjonalność jednostek, tylko podważa raczej pewien model racjonalności. I to wcale nie model ekonomii klasycznej Adama Smitha, tylko ten, który został z jego prac błędnie wyinterpretowany. Zazwyczaj przez jego przeciwników.
Analiza tego co pisał Smith, w kontekście tego co pisał David Hume, a z czym Smith się zgadzał, wsparta ustaleniami współczesnej kognitywistyki, pozwala bronić tezy, że ludzie są racjonalni w dążeniu do maksymalizacji swojej subiektywnej użyteczności, która nie ma charakteru liczbowego, a w dążeniu tym kierują się emocjami, które nie są sprzeczne z racjonalnością.
Choć nie istnieje powszechnie akceptowana definicja racjonalnego wyboru, pojawia się on w dwóch rozumieniach – nieformalnym i formalnym. W pierwszym wybór uznaje się za racjonalny, gdy jest zamierzony i spójny, a co za tym idzie podejmujący wcześniej go przemyślał i może uzasadnić, że środki mające służyć do realizacji określonych celów zostały dobrane rozsądnie z punktu widzenia osiągnięcia tych celów22. Drugie odnosi się do wyboru dokonywanego przez konsumentów o przechodnich preferencjach. Według szerokiej definicji, dążą oni do maksymalizacji użyteczności w ramach pewnych ograniczeń23, a według definicji wąskiej – mają na celu realizację własnych interesów polegającą na maksymalizacji bogactwa w ujęciu pieniężnym24.
W przypadku innych nauk społecznych teorię racjonalnego wyboru stosuje się do opisu zachowań pozarynkowych z zastrzeżeniem, że ocena ta nie odzwierciedla w pełni warunków, jakie obowiązują przy podejmowaniu tych decyzji, co w szczególności dotyczy częstotliwości, mierzalności i przejrzystości wyborów25.
Założenie racjonalności jest definicyjną cechą ekonomii, choć empiryczne badania procesu podejmowania decyzji ciągle pokazują niespójne i nierozsądne zachowania, które przeczą założeniu doskonałej racjonalności w sensie logicznym. Ale racjonalność w ekonomii opiera się na kryterium użyteczności, do którego zasady logiki formalnej nie mają zastosowania. Osoba racjonalna przeprowadza analizę dostępnych alternatyw i po prostu wybiera tę, która maksymalizuje jej oczekiwane korzyści z jej subiektywnego (co ważne) punktu widzenia. Tak rozumiana racjonalność to zupełnie co innego niż „zdolność do logicznego myślenia”.
Powszechnie przyjmuje się, że – ceteris paribus – istnieją trzy warunki racjonalności: spójności, zachłanności i przechodniości. Warunek spójności oznacza, że wiemy czego chcemy i czego chcemy bardziej, a czego mniej. Wobec wyboru między A i B preferujemy A nad B lub B nad A, lub jesteśmy obojętni. Mając do wyboru dwa koszyki z różną liczbą różnych owoców wybierzemy albo jeden koszyk, albo drugi, albo będzie nam obojętne, który wybrać. Warunek zachłanności oznacza, że jeśli A zawiera więcej jakiegoś dobra niż B, a pozostałych dóbr nie mniej niż B, wybierzemy A. Jeżeli w koszu B jest jabłko, gruszka i śliwka, a w koszu A jabłko, gruszka i dwie śliwki – wybieramy zestaw A.
Warunek przechodniości zakłada, że jeżeli A jest preferowane bardziej niż B, a B bardziej niż C, to A jest preferowane bardziej niż C. Jeżeli wolimy gruszkę od jabłka i jabłko od śliwki, to mając do wyboru jabłko i śliwkę wybieramy jabłko. Warunek spójności naruszany bywa w stanie niezdecydowania, co obrazuje anegdota Buridana o osiołku tak samo głodnym jak spragnionym, stojącym między wiadrami z wodą i owsem. Warunek zachłanności naruszany bywa przez zjawisko altruizmu lub nasycenia danym dobrem. A warunek przechodniości naruszany bywa, gdy pojawia się kilka elementów branych pod uwagę w ocenie, do których przypisujemy inną wagę.
Ale jest też warunek czwarty – nie ilościowy, tylko jakościowy. Na wybór któregoś koszyka mogą wpłynąć warunki, w jakich poszczególne koszyki zostaną decydentowi zaoferowane, a sama nawet osoba oferenta. Jakbyśmy nie wiem jak nie lubili gruszek i preferowali jabłka, z dużą dozą prawdopodobieństwa wybierzemy koszyk gruszek o ile będzie oferowany przez osobę, która nam się bardziej podoba, z którą chcielibyśmy wejść w jakąś bliższą relację – o ile tylko dostrzegamy cień szansy na wejście w taką relację, choć z punktu widzenia zewnętrznego obserwatora szanse takie mogą w ogóle nie istnieć.
Daniel Kahneman twierdzi, że jego badania nie wykazały nieracjonalności ludzkich wyborów, lecz to, że model racjonalnych uczestników rynku nie opisuje dobrze prawdziwych ludzkich zachowań. A to zupełnie co innego. Ludzie mogą zachowywać się w sposób logicznie niespójny, ale całkiem rozsądny – zarówno z ich indywidualnej perspektywy, jak i z perspektywy całej gospodarki.
Jeśli zachowania poszczególnych ludzi odbiegają od założeń jakiejś teorii, to niekoniecznie musi oznaczać, że popełniają jakieś błędy. Może oznaczać, że teoria jest błędna albo błędnie stosowana. Zachowanie jednostek nielogiczne z punktu widzenia teorii maksymalizacji zysków, może pasować zarówno do teorii przetrwania, jak i do teorii dążenia do przyjemności i unikania przykrości, zgodnie z którą zysk czy strata mierzone ekonomicznie mogą być mniejszą przyjemnością czy przykrością od innej, która się ekonomicznie zmierzyć nie daje.
Z ewolucyjnego punktu widzenia przetrwanie jest znacznie ważniejsze niż maksymalizacja zysków, które można także poświęcić z chęci maksymalizowania przyjemności płynącej ze współpracy z innymi i nawet z działań altruistycznych26. Biorąc pod uwagę historię ewolucji naszych mózgów, podejmowanie działań odruchowych, których konsekwencją jest popełnianie błędów może być niewielką ceną za przetrwanie i życie w coraz lepszych warunkach. Gdyby ludzie byli tak nieracjonalni, jak twierdzą niektórzy krytycy Smitha, to jakim cudem udało im się przetrwać jako gatunkowi w tak niesprzyjających warunkach, jakie ich otaczały? Przecież rzeczywiste środowisko decyzyjne jest bardziej skomplikowane niż to, które definiuje ograniczona przecież z definicji racjonalność jakiegoś tam teoretyka. „Może być zatem tak – pisze Arkadiusz Sieroń – że ludzie swoje istnienie zawdzięczają przodkom, którzy rozwinęli zdolność do przystosowania się do dynamicznie zmieniającego się otoczenia, nie zaś do optymalnego przetwarzania informacji na temat statycznych warunków równowagi i rozkładów prawdopodobieństwa”27.
Z kolei różne przyjemności, których nie sposób zewaluować, mogą skłaniać ludzi do podejmowania różnych działań przez innych ocenianych jako „nieracjonalne”. Krzywymi użyteczności różnimy się jak odciskami palców.
Jak już gramy w grę nazywającą się „życie”, które zaczyna się przecież od dość przypadkowego zwycięstwa w wyścigu jednego plemnika i próbujemy zdominować w niej innych, musimy wiedzieć, że czasami nad nami samymi dominują okoliczności. Nasz najskuteczniejszy ruch czasem nie zależy od tego, co zrobią inni. Jest to gra ze strategią dominującą. Kiedy indziej nasz wybór jest zawsze zły, w tym sensie, że inny byłby lepszy, bez względu na decyzje podjęte przez pozostałych. To jest gra z tak zwaną strategią dominowaną. Strategia X dominuje strategię Y, jeżeli każdy wynik osiągany przy wyborze strategii X jest co najmniej równie korzystny, jak odpowiedni wynik osiągany przy wyborze strategii Y, a przynajmniej jeden z wyników osiąganych przy wyborze strategii X jest bardziej korzystny niż odpowiedni wynik osiągany przy wyborze strategii Y.
Wielu z Was zna zapewne Dylemat więźnia. Wielokrotnie, do znudzenia, w literaturze już omawiany. Ale czy omówiony? Prokurator przedstawia dwóm podejrzanym o napad na bank aresztantom następującą możliwość:
jeżeli do przestępstwa przyzna się jeden, a drugi będzie się wypierał, ten który się przyznał zostanie zwolniony, a drugi skazany na 10 lat;
jeżeli obaj się przyznają, każdy dostanie 5 lat;
jeżeli żaden się nie przyzna, to żaden nie zostanie skazany za napad, ale pod jakimś błahym pretekstem każdy zostanie skazany za coś innego na rok.
Wybór mają prosty: przyznania się i nie przyznania. Równie proste prawo liczb pokazuje, że druga możliwość (nie przyznania się) jest zdecydowanie lepsza, gdyż pociąga za sobą mniejszą karę. Sytuacja skomplikuje się wówczas, gdy jeden z więźniów próbuje zostać „pasażerem na gapę” i przyzna się w nadziei, że drugi się nie przyzna.
Z perspektywy indywidualnej jednego z więźniów najniższy wymiar kary wynosi zero, najwyższy – dziesięć lat. Możliwe są też warianty pośrednie: pięciu lat lub roku. Z perspektywy zbiorowej obaj powędrować mogą za kratki na dwa lata (gdy żaden się nie przyzna i każdy skazany zostanie na rok) lub dziesięć lat (jeżeli przyznają się obaj i obaj zostaną skazani na pięć lat lub gdy jeden się przyzna, a drugi nie, w rezultacie czego jeden zostanie zwolniony, a drugi skazany na dziesięć lat). Nie ma możliwości, aby obaj zostali skazani na maksymalny wymiar kary dziesięciu lat, podobnie jak nie ma możliwości, żeby obaj nie zostali skazani w ogóle. Zupełny brak kary dla jednego z nich jest możliwy tylko w przypadku gdy on się przyzna, a drugi nie.
Ale czy ten, który się przyzna, może liczyć na to, że drugi się nie przyzna? Nie może, a przynajmniej nie powinien. Musi bowiem zakładać, że ten drugi będzie myślał tak samo. Według strategii minimaksowych opracowanych dla gier zerosumowych obaj powinni przyznać się do winy, bo to pozwala każdemu z nich zmaksymalizować zysk lub zminimalizować stratę niezależnie od decyzji podejmowanych przez drugiego. Ten, który się przyzna może zostać skazany maksymalnie na pięć lat, a jeżeli drugi się nie przyzna, pierwszy może nawet zostać od razu zwolniony. Jeżeli natomiast się nie przyzna zostanie skazany co najmniej na jeden rok, a w przypadku gdy drugi się przyzna, to pierwszy zostanie skazany na lat dziesięć. Każdy z nich ma do „wygrania” zwolnienie natychmiastowe, gdy się przyzna, a drugi nie, a ryzykuje pięcioma latami więzienia, jeżeli drugi się też przyzna. Jeżeli natomiast się nie przyzna, ryzykuje dziesięcioma latami więzienia, w przypadku gdyby drugi się przyznał, a może zyskać cztery lata, gdy drugi także się nie przyzna (jeden rok zamiast pięciu w przypadku przyznania się obu).
Jak więc widać, ryzyko w tym drugim przypadku jest dwa razy większe niż w pierwszym – dziesięć lat więzienia zamiast pięciu. W takiej sytuacji strategia nazywana przez psychologów egocentryczną strategią dominującą, każe obu więźniom przyznać się do winy. Strategia A obu graczy/więźniów (przyznanie się) dominuje strategię B (nie przyznanie się). Ta gra ma więc swoją równowagę AA, która jednak nie jest paretooptymalna. Obaj gracze/więźniowie lepiej wyszliby na wyborze strategii B – nie przyznania się. Konflikt pomiędzy racjonalnością indywidualną, a optymalnością według Pareto wydaje się nieusuwalny28.
Jednak z grupowego punktu widzenia obu więźniów, a nie indywidualnego punktu widzenia każdego z nich, wybór tej strategii choćby przez jednego zawsze daje taki sam łączny wynik dziesięciu lat więzienia (0+10 lub 5+5). Przyznanie się mogłoby więc zostać uznane za optymalne tylko w przypadku, gdyby opisana gra rzeczywiście była grą zerosumową, w której wygrana jednego jest równa przegranej drugiego.
W Dylemacie więźnia nie mamy jednak do czynienia z typową grą zerosumową. Więźniowie mogą bowiem zyskać nie tylko jeden kosztem drugiego, gdy jeden się przyzna, a drugi nie. Mogą także otrzymać nagrodę niejako z „zewnątrz” – gdy nie przyznając się otrzymają stosunkowo łagodny wymiar kary jednego roku każdy. Gdyby wybrali strategię kooperacji nie przyznając się, zyskaliby po cztery lata wolności – każdy zostałby skazany na rok, a nie na pięćlat, czyli razem zyskaliby osiem lat wolności. Jeden rok mógłby stracić tylko ten, który zostałby zwolniony w przypadku gdyby się przyznał, a drugi by się nie przyznał. Jednakże prawdopodobieństwo takiego rozwiązania, jeśli gracz wybierze egocentryczną strategię dominacji, jest bardzo niewielkie.
Bardziej opłacalne dla każdego z nich z osobna i dla obu razem byłoby więc wybranie strategii kooperacji i nie przyznanie się, czyli zaryzykowanie dodatkowymi pięcioma latami więzienia (perspektywa dziesięciu lat więzienia jeżeli drugi więzień się jednak przyzna, wobec pięciu lat, gdy przyznają się obaj) w celu zyskania dodatkowych czterech lat wolności (perspektywa jednego roku więzienia gdy nie przyznają się obaj, wobec pięciu lat gdy obaj się przyznają).
Warunkiem zastosowania tej obiektywnie efektywniejszej, w przypadku gry niezerosumowej, strategii jest wzajemne zaufanie obu więźniów do swojej uczciwości. Dylematu więźnia w ogóle by nie było, gdyby istniała tylko alternatywa podstawowa: obaj się przyznają lub obaj się nie przyznają. W takim układzie wybór byłby definitywnie przesądzony. Decyzja więźnia „przyznającego się” jest racjonalna tylko w przypadku, gdy drugi więzień może się „wyłamać”. Trzeba jednak mieć świadomość, że jest to swoista postać „podróżowania na gapę” polegająca na czerpaniu korzyści z nieprzestrzegania reguł w sytuacji, gdy partner reguł tych przestrzega.
Gdy jednak rozgrywamy grę w Dylemat więźnia w warunkach laboratoryjnych i po pierwszej rozgrywce następują kolejne, najlepszą strategią okazuje się „wet za wet” – rozpoczęcia od współpracy czyli podjęciu ryzyka (nieprzyznanie się), a w następnych ruchach powtarzaniu zachowania partnera (przyznawaniu się lub nie w zależności od tego, czy on się za poprzednim razem przyznał, czy nie). Pokazuje to, że zachowania altruistyczne mogą mieć egoistyczne pobudki w postaci realizowania najlepszej strategii dla siebie.
