48,00 zł
Autor bestsellera 36 forteli oraz wybitnego przekładu Sztuki wojny zaprasza nas na podróż na Tajwan, na którym mieszka od 21 lat.
Ta książka zawiera ponad dwieście kolorowych zdjęć, dziesiątki opowieści i legend, dziesiątki opisów obyczajów, zwyczajów, praktyk i zabobonów... A także porad dla tych, którzy chcą Tajwan odwiedzić. Autor opisuje codzienną i niecodzienną pracę straży pożarnej, policji, celników, nauczycieli... Jedzie razem z czytelnikami do najsłynniejszych lub zupełnie nieznanych miejsc... Zbiera kawę i herbatę, sadzi kapustę, przyodziany w zbroję rycerską opowiada dzieciakom o egzotycznej Polsce, pomaga budować aborygeńskie chaty,
Autor rozmawia też ze znanymi postaciami życia publicznego, artystami i politykami., hodowcami, farmerami, właścicielami sklepów... O swojej pracy i misji życiowej opowiadają znani biznesmeni, były burmistrz Taichungu, a zarazem boss triady, kandydatka na burmistrza Tainanu, dyrektor szpitala zatrudniającego 2500 personelu, gubernatorka prefektury Hualien na wschodnim wybrzeżu, naczelnicy plemion aborygeńskich, dyrektor szkoły i myśliwi do dziś żyjący z lasu.
Wszystko to tworzy wyjątkowo pełny obraz miejsca, o którym słyszymy na co dzień, ale którego niemal wcale nie znamy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Piotr Plebaniak
Część I Trylogii Tajwańskiej
Wydawnictwo Chiron
Kraków 2026
Copyright by Piotr Plebaniak, 2018–2026.
Copyright for the Polish edition by Piotr Plebaniak, 2026.
© All rights reserved.
Pełny tytuł i podtytuł
Tajwan. Piękna wyspa w oku tajfunu
Redakcja językowa i pierwsza korekta
Grzegorz Antoszek
Konsultacja
(Z uwagi na brak cenzury politycznej i ideologicznej, konsultanci pozostają anonimowi)
Opracowanie map i rycin oraz zdjęcia (jeśli nie opisano inaczej)
Piotr Plebaniak
Ilustracja na okładce:
Piotr Plebaniak
Zdjęcia i grafiki (jeśli nie podpisane)
Piotr Plebaniak
Pozostałe zdjęcia:
Artur Radny i in.
Wydawca
Wydawnictwo Chiron
Wydanie I (druk 2026-03)
ISBN 978-83-971970-0-8 (oprawa miękka). ISBN 978-83-969971-9-7 (e-book)
Informacja o dystrybucji
[email protected]; https://chiny.pl/dla-ksiegarzy
Informacja o dystrybucji
[email protected]; https://chiny.pl/ksiazki
Tajwan Piękna wyspa w oku tajfunu
Zastrzeżenia
Materiały foto i wideo
Misnomery, terminy kontrowersyjne etc.
Geopolityka: Dwa wybrzeża [Cieśniny Tajwańskiej]
Od roli podwykonawcy do dominacji półprzewodnikowej
Aborygeni austronezyjscy
Projekt cywilizacyjny Republiki Chińskiej
Ideologia napędzająca powstanie współczesnych Chin
Religijność taoistyczna
Chrześcijanie
Straż Pożarna na Tajwanie
Miasto Tajpej
Dzień z życia Tajwańczyka
Rozmaitości
„Dziwniejsze to to niż japoński teleturniej!”
Cover
Niniejsza książka zawiera opinie Autora oraz osób udzielających wywiadów lub dzielących się opiniami negatywnymi na temat zjawisk, wydarzeń i osób trzecich.
Autor w imieniu własnym oraz osób, których opinie i odpowiedzi wywiadu zamieszcza w niniejszej książce, oświadcza, że żadna z nich nie znała ani tożsamości pozostałych autorów wypowiedzi, ani ich treści. Zgoda na ten warunek była przez Autora wymagana do tego, aby dana wypowiedź bądź wywiad zostały włączone do niniejszego tomu. O ile wypowiedziom i opiniom nie towarzyszą noty przypisujące autorstwo, podmiotem publikującym jest sam Autor.
Wiedza o Tajwanie, jego historii i społeczeństwie – a są to tysiące faktów cząstkowych, została zweryfikowana względem materiałów źródłowych oraz opinii eksperckiej osób, których tożsamości Autor nie ujawnia z uwagi na możliwość ataku (np. tzw. doksowanie i kancelowanie) ze strony aktywistów i innych podmiotów działających z naruszeniem prawa do wolności wypowiedzi, jakie jest podstawą demokratycznych społeczeństw zarówno Polski jak i Republiki Chińskiej.
台灣與波蘭均為民主國家,兩國公民皆是自由民, 並擁有發表批評性意見的權利。這是人權與個人自由的核心, 對本書作者而言, 這更是至高無上的價值。若失去了這些自由, 我們的社會將面臨崩解,繁榮也將不復存在。
若有人認為有必要進行澄清或發表與作者相反的意見,歡迎透過電子郵件與我聯絡。只要聲明內容簡潔(1000字以內),且不含『三字經』或其他粗俗言語,該聲明將會刊登於本書的介紹頁面上。
Podziękowania
Ta książka nie miałaby jej obecnego kształtu bez wsparcia, życzliwości czy angażującej pomocy wielu osób prywatnych, osobowości publicznych i instytucji. Wiele oznacza dziesiątki, jeśli nie setki. Część z nich okazało życzliwość na poziomie na tyle wybitnym, że pragnę uhonorować wkład choćby i kilkunastu z nich tutaj, w oficjalnych podziękowaniach. Są to, trzymając się anglojęzycznego nazewnictwa, m.in.:
National Fire Agency, Ministry of the Interior (內政部消防署), Hualien County Indigenous Peoples Department (花蓮縣政府原住民行政處), kilkanaście urzędów powiatowych, właścicieli biznesów i przedsiębiorstw.
Podmiotom i osobom wymienionym i nie wymienionym powyżej składam moje wielkie podziękowania.
Materiały fotograficzne i grafiki, o ile nie zostały opisane inaczej, pochodzą z kolekcji autora.
W większości przypadków zamieszczone w niniejszej książce fotografie, ale także fotografie, wersje wideo oraz dokumenty są dostępne na stronie domowej niniejszej książki, Pod poniższym linkiem:
https://chiny.pl/ksiazka/tajwan #materialy
Szukaj nagłówka „repozytorium mediów”.
Materiały autorstwa lub będące własnością podmiotów i osób trzecich są podpisane w każdym przypadku. Brak podpisu oznacza, że grafika jest dziełem samego Autora.
Nazwy i ich zapis
Kwestie takie jak – często pełne emocji – debaty polityczne, historyczne i tożsamościowe to przestrzeń pojawiania się błędnych lub niejedynych percepcji.
Nazwy używane na Tajwanie i ich zapis
W nazwach i frazach pojawiających się w treści tej książki na pierwszym miejscu pojawi się zapis lokalny, a potem zapis pinyin, na końcu zaś używane na Tajwanie znaki tradycyjne pisma chińskiego).
Spolszczenia niektórych nazw chińskich
Ubolewam nad tym stanem, ale współczesne spolszczenia dotyczą konkretnych nazw, a nie całościowo sylab języka chińskiego. W niektórych przypadkach konwencji jest więcej niż jedna. W tej książce trzymam się wersji Słownika Języka Polskiego PWN.
Złamałem tę zasadę dla waishengren, czasami ją spolszczając na „wajszengrzeni”. Podobnie jest z polskim przekładem Czerwonej Gwardii – w pinyin, a więc oficjalnej, obowiązującej w Polsce romanizacji zapisu fonetycznego, to hongweibing. Ale od niedawna w naszym języku pojawiają się wersje spolszczone, z których najpopularniejsza jest „hunwejbini” lub „hunłejbini”. Jedni nazywają takie wynalazki życiem języka, a inni błędem. Zawsze ktoś się przyczepi.
„Język” Tajwański
Względem języka hoklo z kontynentu „mowa tajwańska” (taiyu 台語) to dialekt. Względem innych języków chińskich, oba są wariantami tego samego języka
„Język mandaryński”
Ta nazwa na język chiński to istny golgotan nieporozumień kulturowych. Ta nazwa na język chiński standardowy jest kalką z języka angielskiego, Mandarin Chinese. Ta angielska nazwa wywodzi się z piśmiennictwa anglosaskiego sprzed XX wieku. Jej przyjęcie wynikło z tego, że Europejczycy, z Ameryki czy Starego Kontynentu, prowadzili interakcje z arystokracją rządzących Chinami Mandżurów. Nazwa „mandaryni” wywodzi się od oficjalnego tytułu tej arystokracji trzymającej Chiny i Chińczyków za twarz – Mandaren 滿大人 – Wielki Pan Mandżurski. A ówcześni Mandżurowie tamtego okresu nie gęsi, a własny język mieli!
Najstraszniejsze, co widziałem w tej kwestii to fraza opisująca okres 1945–1986 na Tajwanie jako «Era KMT i „Mandaryńska Dominacja”». O rany!
Język chiński na Tajwanie to „język Hanów” i tak nazywany jest na uczelniach oferujących kursy obcokrajowcom. Ale zarówno na Kontynencie jak i na Tajwanie używa się terminu guoyu – język narodowy/państwowy. Za tą nazwą siedzi idea zjednoczenia Chin, przyświecająca zarówno komunistom Mao Zedonga, jak i Republice Chińskiej. Chiny początku XX wieku były wręcz beznadziejnie różnorodnym zlepkiem chińskich tożsamości i języków. Sam Mao, podróżując na południe, a więc do Guandong, czyli regionu zamieszkanego także przez Minnańczyków, którzy skolonizowali demograficznie (ale nie politycznie) Tajwan, musiał korzystać z usług tłumaczy!
Echem tej idei był upór Czang Kaj-szeka w wymuszeniu „jedności narodowej” na Tajwanie poprzez walkę z dominacją dialektu tajwańskiego na wyspie, na której pojawił się w 1945 roku.
„Imperium Chińskie” (dynastii Qing)
Pokrewnym, ale znacznie poważniejszym nieporozumieniem jest nazywanie „Imperium Chińskim” trwającego trzy i pół stulecia okresu władania Chinami przez dynastię Qing. Mandżurowie względem Hanów byli najeźdźcami – etnicznie całkowicie odrębnymi. W bardzo dokuczliwy sposób zepchnęli Hanów do pozycji obywateli drugiej kategorii. Przejęcie „Cesarstwa Chińskiego” (właśc. Cesarstwa Mingów) sprawiło, że malutka demograficznie i terytorialnie Mandżuria uczyniła ze zdobyczy, jaką były ówczesne Chiny, swoją największą bazę rekrutacyjną i materiałową do dalszych podbojów.
Dwie daty was przekonają. Przejęte przez Qingów imperium rdzennie chińskiej dynastii Ming nastąpiło w 1644 roku. Wtedy to ówczesny monarcha dynastii Qing zasiadł na tronie w Pekinie. Pierwszy cesarz tej dynastii „wstąpił na tron”1. Założyciel dynastii wstąpił na tron w 1616 roku, był nim Nurhaczy, znany z ikonicznego cameo w filmie Indiana Jones i Świątynia Zguby.
„Jestem Tajwańczykiem, a nie Chińczykiem!”
Omówienie tej kwestii jest częścią zakończenia tej książki. To nie powieść, więc jak najbardziej możecie zacząć lekturę właśnie od wizji końcowej, która ją kończy, wieńczy i podsumowuje.
Tutaj dość powiedzieć, że każdy z osobna mieszkaniec wyspy i ich grupy mają własną, eklektyczną wizję tego, kim są, jak się kolektywnie nazywają i jak emocjonalnie reagują. Znajdą się i niebezpieczni frustraci, i ludzie, których nie obrazi nic – nie tylko obiektywna prawda, ale i nieprzyjemnie zakomunikowana prawda o nich samych.
Przykładem tego żywego kalejdoskopu wizji niech będzie kuomintangowski weteran z Taichungu. Teoretycznie żołnierz służący pod Czang Kaj-szekiem, a więc kolaborant „oprawcy i kryminalisty” Czang Kaj-szeka… Ale gdy trzeba było uratować jego dzieło, Tęczowy Park, wszelkie animozje poszły w kąt . Tak działa ludzka natura.
Te i wiele innych problemów i usterek w naszej percepcji zobaczycie w budowane w moją opowieść o Tajwanie. Fikuśne, dziwaczne i niezgrabne zwroty są moją próbą okazania szacunku dla tego, w jak różny sposób ja sam, ale mieszkańcy Tajwanu między sobą, patrzą na własną tożsamość.
Dlaczego w tekście jest tyle znaków chińskich?
Około trzystu egzemplarzy tej książki trafi do Tajwańczyków, którzy w jakiś sposób pojawili się w książce bądź pomogli zweryfikować poprawność merytoryczną jej treści.
Dla czytelników polskich znaki pisma chińskiego to okazja do ich nauki lub pomoc przy poruszaniu się po Tajwanie lub planowaniu wyjazdu. Są też pomoc dla tych, którzy będą chcieli na własną rękę weryfikować fakty i formować własne opinie, w tym i te sprzeczne z opiniami Autora.
Decyzje arbitralne zapisu języka minnańskiego i transkrypcji fonetycznych
Matsu w tej książce stało się nazwą geograficzną, a Mazu to imię bogini. Pomoże to czytelnikom w orientacji, o której rzeczy mowa.Zapis fonetyczny języka/dialektu tajwańskiego nie doczekał się konsekwentnego przestrzegania jednego, oficjalnego standardu.Spolszczenie słowa „Minnańczycy” to kolejny problem. Słowo „minnanski” zgrzyta, a więc w formie rzeczownikowej i przymiotnikowej wybrałem wariant bardziej spolszczający, z literą „ń” – Minnańczycy i .minnański.Czasem, z przyczyn koncepcyjnych lub ideologicznych używam dwóch wariantów nazw.1 Potocznie dengji (登基)- wstąpić na podest; formalnie akt intronizacji to jiji (即位) – objąć stanowisko.
Mapa topograficzna Tajwanu
Wyspa Kinmen
Zapraszam cię, czytelniku, do lektury kilku skromnych kart wstępu do innego dzieła, książki Chiny–Pulsujący matecznik cywilizacji.
To krótka impresja pokazujące prawidła burz dziejowych, które miotają ludźmi i ciskają ich w zakątki świata takie jak Tajwan. Cała książka jest zaś wyjątkową wizją historii politycznej i cywilizacyjnej Chin, opowiedzianą za pomocą przysłów, maksym i poezji.
Kinmen (jinmen 金門; też Quemoy, dosł. złote wrota) to miejsce, które w tajwańskiej świadomości funkcjonuje jako „frontowa wyspa” – przestrzeń zawieszona między wojenną przeszłością a nostalgią za dawną architekturą dynastii Min i Qing.
Wysepka leży tuż przy brzegu kontynentu i od dwóch dekad tłumnie odwiedzają ją turyści z ChRL, kupując m.in. słynną wódkę i noże wykonane z korpusów pocisków, którymi wyspa była ostrzeliwana w latach 40. i 50. poprzedniego stulecia. Turyści z wyspy Tajwan również odwiedzają miejsca związane z końcem walk z komunistami, ale dla nich głównym magnesem są piękne trasy rowerowe, nietypowa architektura i klimat dawnych dni.
Wizualizacja zimowych pasatów z północnego wschodu w Cieśninie Tajwańskiej w styczniu..W przeciwieństwie do Tajwanu, gdzie najpopularniejszą boginią jest Mazu, na Kinmen najważniejszym strażnikiem jest Lew Wiatru (fengshiye風獅爺). Tradycja ta zrodziła się z desperacji mieszkańców, którzy po masowym wylesianiu wyspy w czasach dynastii Ming i Qing zmagali się z dokuczliwymi zimą wiatrami monsunowymi.
Kamienne posągi stały się deifikowanymi strażnikami, mającymi moc „połykania wiatru”. Każdy lew ma inną osobowość – niektóre są groźne, inne zabawne, a jeszcze inne trzymają w łapach pędzle lub zwoje, symbolizujące sukcesy w nauce. Podczas wojennych bombardowań wiele Lwów przetrwało nienaruszonych, co u wyspiarzy tylko umocniło wiarę w ich nadprzyrodzoną moc.
Ciekawostką jest fakt, że niektóre lwy mają wyraźnie zaznaczone cechy płciowe, co według lokalnych wierzeń pomaga w problemach z płodnością.
Kinmen słynie z unikalnych rezydencji zwanych Fanzailou (番仔樓), czyli budynków w stylu zachodnim budowanych przez emigrantów. Nazwa pochodzi z języka hokkien (tajwańskiego), gdzie fanzai to potoczne, czasem lekko pejoratywne określenie „obcokrajowca” lub „barbarzyńcy”. Budynki te są pomnikiem tzw. „wyjścia na południowe morza” (chulu)1. W XIX i na początku XX wieku bieda na wyspie zmuszała mężczyzn do emigracji do Azji Południowo-Wschodniej, co często oznaczało rozłąkę z rodziną na całe życie.
Ci, którym się powiodło, przesyłali pieniądze na budowę imponujących domów, łączących tradycyjne chińskie dziedzińce z barokowymi fasadami i kolorowymi kafelkami z Japonii. Budowano je z materiałów sprowadzanych z zagranicy (np. cementu, kolorowych płytek ceramicznych z Japonii czy metalowych okuć).
Budynki te miały być dowodem sukcesu i dumą rodu, ale paradoksalnie wiele z nich pozostało pustych lub zamieszkałych jedynie przez starsze kobiety, tzw. „słomiane wdowy”, które nigdy więcej nie zobaczyły swoich mężów.
Najsłynniejszym przykładem jest Rezydencja Chen Jing-lana (陳景蘭洋樓). Zbudowana w 1921 roku, jest największym tego typu obiektem na wyspie. W swojej historii budynek ten pełnił funkcje szpitala wojskowego, szkoły, a nawet kwatery głównej armii podczas najgorętszych okresów konfrontacji z komunistami.
Po 1949 roku brutalnie przerwała świetność tych budowli. Wiele z nich zostało przejętych przez wojsko lub zniszczonych przez ostrzał artyleryjski.
Ale najbardziej ikonicznym widokiem na Kinmen, są tradycyjne domostwa w stylu minnańskim. Te należące do zamożniejszych mieszkańców mają dach typu „jaskółczy Ogon” (yanwei燕尾), skromniejsze – końską grzywę. Budowane były z lokalnej czerwonej cegły i granitu. Wysoko uniesione i ostro zakończone kalenice według wierzeń miały przyciągać pomyślność i chronić przed złymi duchami. Typowa wioska na Kinmen to gęste labirynty tych budowli – emanują one niezwykłym urokiem i atmosferą dawnych czasów.
Jeden z użytkowanych do dziś domostw minnańskich na Kinmen.Dolne partie ścian wznoszono z solidnych bloków granitowych, co chroniło budynek przed wilgocią. Górną budowano z ozdobnej, wypalanej gliny. Centralnym punktem takiego domostwa jest otwarty dziedziniec (tianjing天井). Zapewnia on wentylację i pozwalał na akumulację wody deszczowej – w suchym klimacie Kinmen miało znaczenie nie tylko praktyczne, ale i symboliczne. Woda oznacza napływ bogactwa. Układ pomieszczeń ściśle przestrzega hierarchii konfucjańskiej – centralna sala zawsze poświęcona jest ołtarzowi przodków, a boczne skrzydła to pomieszczenia mieszkalne. Domostwa mają wmurowane w ściany lub dachy Lwy Wiatru oraz inne talizmany, które miały chronić mieszkańców przed potężnymi wiejami, nawiedzającymi wyspę.
Wiele z tych budynków nosi do dziś blizny po ostrzale „co drugi dzień” – w czerwonych murach można dostrzec łaty z cementu zakrywające dziury po odłamkach pocisków propagandowych. Niestety tych unikalnych pamiątek, nadających całej wyspie absolutnie wyjątkowy klimat, jest coraz mniej. Paradoksalnie, jest to wynikiem starań o zachowanie tych zabytków. Budynki są po prostu remontowane… ale te uszkodzone i porzucone są często wyburzane. Wielka szkoda.
Ikoniczna dla turystów jest wódka Kinmen Kaoliang (金門高粱酒) – potocznie kaoliang, czyli dosłownie wysokoprocentówka. Jej 58 procent to duma wyspy. Użytkownicy trunku są dumni zarówno z jego mocy, jak i swojej zdolności do jego picia. Często gaszę ich dumę zdjęciami z polskich wesel, na których widoczne są butelki ze spirytusem 98%. Dodatkowo, polska Wikipedia dokumentuje nadzwyczajne osiągnięcia naszego narodu i grupy etnicznej w ilości promili we krwi. One robią wrażenie. Należyte wrażenie.
Tu trzeba dopowiedzieć, że z przyczyn genetycznych mieszkańcy Azji Wschodniej są daleko bardziej podatni na efekty uboczne picia. U ok. 40-50% mieszkańców regionu występuje mutacja genu kodującego enzym ALDH2, który odpowiada za przemianę etanolu w bezpieczniejszy kwas octowy.
Ogólnie, ze Słowianami Azjaci nie mają szans w pojedynku, kto kogo przepije. Ale już w poważniejszym tonie trzeba trochę rozcieńczyć ten biały suprematyzm. Z medycznego punktu widzenia mutacja jest... korzystna. Osoby z brakiem aktywnego ALDH2 rzadziej popadają w alkoholizm, ponieważ picie wiąże się dla nich z natychmiastowym złym samopoczuciem, a nie z przyjemnym rozluźnieniem. W moim przekonaniu wstrzemięźliwość alkoholowa jest jedną z przyczyn, dla których Azjaci są najmniej dokuczliwym składnikiem etnicznym w krajach wielokulturowych, takich jak USA (więcej s. 251).
rWracamy na Kinmen. Powstanie produktu było wynikiem czystego pragmatyzmu wojskowego. Jak podaje Archiwum Gorzelni Kinmen (金門酒廠), pomysłodawcą masowej produkcji był generał Hu Lian. W latach 50. wyspa cierpiała na brak paliwa i żywności. Generał zauważył, że transport ryżu z Tajwanu jest zbyt drogi, więc zaproponował układ: wojsko dostarczy mieszkańcom ryż w zamian za uprawę sorga, potrzebnego do produkcji kaoliang.
Proces produkcji został zoptymalizowany. Z sorga produkowano alkohol, a pozostałe po destrukcji łodygi służyły jako paliwo. Dodatkowo, okazało się, że unikalna woda z granitowych warstw wodonośnych Kinmen nadaje trunkowi wyjątkowy smak. To był biznesowy strzał w dziesiątkę.
Wokół picia kaoliangu narosła cała kultura żołnierska. Pije się go z małych kieliszków, jednym haustem, koniecznie z okrzykiem ganbei (do dna!), co miało hartować ducha żołnierzy na posterunkach wystawionych na kradnący morale wiatr.
Problematycznie w wymiarze strategicznym jest lokalizacja gorzelni. Wpierw tło. Kinmen Kaoliang Liquor Inc. kontroluje około 80% do 85% rynku krajowego w kategorii tradycyjnych, chińskich alkoholi wysokoprocentowych na Tajwanie. Roczna produkcja wynosi zazwyczaj od 20 do 25 milionów litrów, co przy populacji Tajwanu (ok. 23,5 mln) daje niemal litr tego konkretnego trunku na każdego mieszkańca rocznie, wliczając niepijące niemowlaki. Ta dominacja wynika z oczywistej okoliczności. Żołnierze wracający do cywila, często stacjonujący właśnie na Kinmen, wynosili z woja nawyk picia właśnie tej marki.
Sednem sygnalizowanego problemu lokalizacji jest to, że w razie rozpoczęcia inwazji na Tajwan, zniszczenie gorzelni ostrzałem rakietowym w pierwszych minutach działań stanie się nokautem w morale całego narodu, graniczącym przez swoją perfidię ze zbrodnią wojenną.
Skoro jesteśmy przy morale, czas powiedzieć coś o propagandzie tamtych burzliwych czasów. To tu, na Kinmen, Chang Kaj-szek w 1952 roku wygłosił słynną przemowę mobilizującą uciekinierów 1949 roku do wysiłku celem zbudowania siły pozwalającej na odbicie Kontynentu z rąk (krwawych szponów) komunistów.
Hasem przewodnim tego wysiłku była słynna fraza wu wang zai Ju, którą na wyspie Kinmen widać wszędzie do dziś, a która na Tajwanie znikła niemal zupełnie. Fraza odnosi się do słynnej, powszechnie znanej starożytnej opowieści, zbliżonej przesłaniem do polskiego mitu obrony klasztoru częstochowskiego w czasie potopu szwedzkiego. W chińskiej iteracji tego tzw. mitu energetyzującego natchniony generał Tian Dan, broniący ostatniego niezdobytego miasta przed inwazją sąsiedniego państwa, zdołał w szeregu błyskotliwych forteli i zabiegów doprowadzić do rozbicia oblegającej armii… A potem zupełnego przepędzenia agresora z granic państwa.
Trudno o lepszą opowieść, rymującą się z sytuacją Czang Kaj-szeka. Póki co, Ju-Tajwan trwa i opiera się „komunistycznym zapędom” do aneksji wyspy, która jest prestiowym priorytetem dla władz w Pekinie.
Jeśli spojrzeć na sytuację z ostatnich dwóch dekad, w szepcie rymującej historii odpowiednikiem geniuszu Tian Dana i marzeniu Czang Kaj-szeka o odbiciu kontynetu jest dominacja korporacji TSMC na rynku produkcji układów logicznych. Być może korporacja powinna z hasła „Nie zapomnij o Ju!” uczynić ze swój slogan firmowy?
Choć pomysł możecie uznać za niepoważny i nie na miejscu, wcale tak nie jest. To właśnie kosztujący setki miliardów USD wyścig technologiczny jest na dziś krytyczną siłą, której istnienie gwarantuje Tajwanowi „utrzymanie status quo”. Przetrwanie. Siła ta jest kluczem do zrozumienia, mechanizmów gospodarczych i strategicznych, z których jednym jest proste kilka faktów:
Na lata 2025/2026 udział samego TSMC to 8,5% do 9% PKB Tajwanu. Jeśli doliczymy efekt mnożnikowy (dostawcy, logistyka, usługi), cała branża półprzewodników generuje blisko 15–20% PKB.Szczyt (2022–2025): Wartość eksportu produktów TSMC (najnowocześniejszych chipów 3nm i 5nm) stanowiła niemal 20% (jedna piąta!) całkowitej wartości wywiezionych z wyspy towarów. Warto pamiętać, że same półprzewodniki jako kategoria stanowią obecnie blisko 40% całego eksportu Tajwanu, z czego TSMC jest lwią częścią.Dodatkowo, TSMC stanowi ok. 30–35% całkowitej wartości indeksu TAIEX (głównego indeksu giełdy w Tajpej). Korporacja jest największym płatnikiem podatku dochodowego od osób prawnych na Tajwanie, odpowiadając za ok. 10% całkowitych wpływów z tego tytułu do budżetu państwa.Eksperci nazywają ten mechanizm „krzemową tarczą” Tajwanu. Po wglądy strategiczne oraz geopolityczne zapraszam was do tomu Przetrwanie lub zagłada państwa. Tu dam wam do przemyślenia kluczowe filozoficzne spostrzeżenie.
Przed dekadami to siła ideologii, w tym mitów energetyzujących była dominującym czynnikiem stabilizowania układu sił czy zwyciężania konfliktów militarnych. W systemie Pax Americana rolę tę pełnią zależności gospodarcze i tzw. silniki ekonomiczne.Wracamy na Kinmen. Podczas długoletniego impasu po 1958 roku, konflikt między armiami obsadzającymi Kinmen a oddalonym o zaledwie kilka kilometrów Xiamen przybrał formę surrealistycznej wojny psychologicznej. Obie strony strzelały do siebie pociskami propagandowymi – zawierały one ulotki. Używano też gigantycznych głośników z których emitowano piosenki ówczesnej gwizdy tajwańskiej Teresy Teng, namawiając chińskich żołnierzy do ucieczki na Tajwan. Zakazana surowo twórczość robiła w szeregach wroga furorę.
Elementem tej walki o serca i umysły były „balony z prezentami”. Z Kinmen w stronę Chin kontynentalnych puszczano balony z żywnością, ulotkami, a nawet damską bielizną, co miało pokazać dobrobyt na wyspie. Druga strona odpowiadała podobnymi paczkami.
Kuriozalnym elementem był system ostrzału „co drugi dzień” (z ang. odd-day shelling). Przez lata ustalono niepisany pakt, że Chiny bombardują Kinmen tylko w dni nieparzyste. Pozwalało to mieszkańcom na pewną przewidywalność życia – w dni parzyste robili zakupy i brali śluby, a w nieparzyste schodzili do schronów. Ta „zorganizowana wojna” doprowadziła do powstania unikalnej psychologii mieszkańców, którzy nauczyli się żyć w rytm spadających pocisków.
Praktyka była tak unikalna i w sumie zabawna, że Tajwańczycy jej nazwę przekuli na wyrażenie slangowe. Idiom dan da–shuang buda單打雙不打” stał się metaforą sytuacji absurdalnych, rządzonych przez dziwne, biurokratyczne reguły, lub działań, które mają charakter czysto rytualny, a nie realnie sensowny. Ma ono smak podobny do naszego „czeskiego filmu”, w niektórych kontekstach zawierając nutę obecną w „nie mój cyrk, nie moje małpy”.
Właśnie z uwagi na potrzebę ukrycia się przed ostrzałem, Kinmen stała się wyspą-serem – jest pod dziurawiona setkami tuneli. Najbardziej spektakularnym z nich jest Tunel Zhaishan (翟山坑道), wyryty w twardym granicie. Na oficjalnej stronie Parku Narodowego Kinmen przeczytamy, że budowa tego obiektu w latach 60. była nadludzkim wysiłkiem. Żołnierze pracowali 24 godziny na dobę, używając jedynie prostych narzędzi i dynamitu. W efekcie powstał kanał zdolny pomieścić 42 małe jednostki desantowe.
Dziś tunel ten nie służy już celom militarnym, a turystycznym. Kto zwiedzał Wilczy Szaniec ten jest w stanie wczuć się w odczucia odwiedzających go turystów z ChRL.
Pod samym miastem Jinning rozciąga się sieć tuneli cywilnych. Mieszkańcy musieli budować schrony łączące ich domy z budynkami użyteczności publicznej. W czasach największego zagrożenia całe życie społeczne – szkoły, banki, a nawet szpitale – przenosiło się pod ziemię.
W roku 2009 rząd rozpoczął proces zwracania gruntów, które w latach 50. zarekwirowano mieszkańcom po to, aby wybudować instalacje obronne na których wybudowano instalacje obronne. I tak przestały być dostępne kompleksy, które były marzeniem eksploratora tego typu obiektów.
Czasem jest i tak, że mieszkańcy odzyskują grunty, ale często wraz z bunkrem, którego nie wolno im wyburzyć bez zgody konserwatora zabytków. Innym problemem jest brak dokumentów. Wiele rodzin uciekło z wysp Mazu, Kinmen i Mały Kinmen podczas ostrzału, a stare mapy katastralne spłonęły lub zaginęły.
Bunkier widoczny na poniższym zdjęciu, wcześniej część większego parku, po oddaniu pierwotnemu właścicielowi, obsadzony krzakami, stał się całkowicie niedostępny.
Propaganda obu stron tamtego okresu, to fascynujące pomniki historii i języka. Niektórych ówczesnych zwrotów i sformułowań – jako miłośnik eksplorowania slangu i poszukiwania słów dziwnych i nietypowych – wyuczyłem się do celów zaskakiwania rozmówców. Czasem w rozmowach ze znajomymi związanymi z Kuomintangiem, sygnalizuję nimi, że znam historię najnowszą Chin celująco. Oznajmiając kilkudniowy wyjazd do Chin nazywam Chiny Kontynentalne „strefą [kontrolowaną przez] bandytów” – feiqu匪區. Fei jest skrótem od określenia gongfei共匪, dosł. komunistyczni bandyci, elementu słownika propagandowego Kuomintangu w czasach wojny domowej i poniej. Młodsi wiekiem członkowie KMT nie znają tego pierwszego słowa, więc często dochodziło do zabawnej konieczności wyjaśniania propagandy dawnych dni, zwykle kończącej się podniesieniem mojego statusu w oczach „tubylców”.
Wiele lat temu poświęciłem sporo czasu na badania propagandy obu stron wojny domowej. Ten wysiłek narracyjny prowadzony był pod hasłem – dać opór komunistom i odzyska kraj (fan gong fu guo反共復國). Zwykle po tej nazwie dodaję moją autorską przeróbkę – kefu Zhongyuan 克復中原. Nazwa nawiązuje do starożytnej aspiracji z czasów Song (1000 lat temu), aby odzyskać z rąk obcych etnicznie państw region Rzeki Żółtej, a więc kolebki chińskości.
W propagandzie Kuomintangu Mao Zedong był często przedstawiany jako krwawy tyran, marionetka Związku Sowieckiego lub potwór niszczący tradycyjne chińskie wartości (konfucjanizm). Częstym motywem był żołnierz KMT wyciągający rękę do głodujących i uciemiężonych mieszkańców kontynentu.
Plakatem, który wybrałem dla was na ilustrację jest ten poniżej, pochodzący z wczesnych lat 50. Napis głosi: „Dziś w Chinach Kontynentalnych panuje kompletny chaos”. W haśle użyto idiom pochodzący z epoki Tang, ponad tysiąc lat temu, z klasycznego tekstu Liu Zongyuana (dynastia Tang) zatytułowanego „O łapaczu węży”. Autor opisuje w nim okrutnych poborców podatkowych, których wizyty w wioskach były gorsze niż plaga jadowitych węży. Pisał, że gdy przybywali do wioski, krzyczeli i siali taki popłoch, że „kurczaki i psy nie miały spokoju”.
Fraza opisuje stan totalnego chaosu, załamania porządku, które dotyka wszystkich dookoła – nawet domowe zwierzęta. Dobrze opisze też scenę, w której ktoś zachowuje się tak głośno lub agresywnie (z ang. disruptively), że cała okolica jest postawiona na nogi (np. awantura domowa, głośny remont w nocy). Pierwotnie odnosiła się to do sytuacji, w których urzędnicy lub żołnierze najeżdżali wioski, by ściągać podatki lub dokonywać grabieży, siejąc taką panikę, że nawet inwentarz nie mógł zaznać spokoju.
Sami Tajwańczycy używali idiomu do opisania dwóch sytuacji. Drugą jest cały okres Białego Terroru, ale i jego dokuczliwe symptomy. To choćby kiedy nocne aresztowania podnosiły na nogi całe sąsiedztwo. Pierwszą sytuacją jest zaś ostrzał wyspy Kinmen. Huk armat oraz wycie i wybuchy sprawiały, że życie cywilne i rolnicze zamierało w kompletnym chaosie.
Oczywiście strona komunistyczna odpłacała tą samą monetą. Świadectwem jest plakat poniżej, którego reprodukcję kupiłem na straganie z pamiątkami po czasach Mao w hutongach obok Zakazanego Miasta w Pekinie. Napis głosi: „Oczywiście, że wyzwolimy Tajwan”.
Z tą przywiezioną z feiqu pamiątką wiąże się przezabaw na anegdota. Pewnego razu gościem u siebie kilku kolegów, studentów z uczelni. Zaprezentowałem plakat, chcąc poznać reakcję przybyłych. Jeden z nich na widok widocznie się podekscytował i podniósł rękę, by już-już cenny obiekt pognieść lub podrzeć. Zmitygował się w ostatniej chwili.
Najlepsze zostawiłem na koniec. Z pocisków propagandowych powstał najsłynniejszy produkt eksportowy wyspy – noże Maestro Wu (金門鋼刀). Ojciec obecnego opiekuna firmy był kowalem, który wpadł na oczywisty pomysł. Do produkcji narzędzi rolniczych zaczął używać stali z chińskich pocisków propagandowych, które w olbrzymich ilościach zalegały na polach. Dziś noże są praktycznie obowiązkową pamiątką kupowaną przez turystów z „komunistycznych Chin”. Z Panem Wu przyjaźnię się od lat – łączy nas zamiłowanie do noży2.
Pociski burzące często pękały na drobne, bezużyteczne odłamki. Pociski propagandowe zaprojektowano tak, by nie niszczyć ulotek w środku, przez co po uderzeniu w ziemię nie pękały. Stal użyta do ich produkcji musiała być szczególnie odporna – musiała wytrzymać zarówno wystrzelenie jak i uderzenie o grunt bez szkody dla zawartości. To właśnie z tych korpusów powstają najtrwalsze noże.
Z racji profesji założyciel był wyjątkiem pośród mieszkańców. Inni bali się ostrzału. Kowal widział w nich darmowe dostawy stali najwyższej jakości. Po każdej nocy nieparzystej (kiedy trwał ostrzał), mieszkańcy wychodzili z domów i zbierali pociski, które potem odsprzedawali rzemieślnikowi. Stary Wu wyliczył kiedyś, że na samej wyspie wciąż znajduje się wystarczająco dużo stali w ziemi, by jego rodzina mogła produkować noże przez kolejne kilka pokoleń. I tak właśnie się dzieje.
Wu-syn narzeka na kwestię dostępności surowca. Choć na wyspę spadło ok. miliona pocisków, wydobycie ich z biegiem dekad staje się problematyczne. Dawniej ludzie po prostu znajdowali je na polach. Dziś firma współpracuje z rolnikami i ekipami budowlanymi, które podczas kopania fundamentów wciąż natrafiają na wbite głęboko w ziemię niewybuchy lub puste korpusy.
Ze względu na ogromną popularność noży z pocisków, na rynku pojawiło się wielu naśladowców. Jednak mimo należytego, emanującego historią wystroju ich sklepików, używają oni zwykłej stali przemysłowej.
Wu syn wspomina, że w dawnych latach praca z pociskami była niebezpieczna. Choć większość „prezentów” z kontynentu była wypełniona papierem, zdarzały się niewybuchy z prochem i trzeba było nauczyć się je odróżniać. Opowiada też, że nawet dzisiaj, kiedy rozcina stare, zardzewiałe łuski palnikiem acetylenowym, w warsztacie czasem unosi się specyficzny, zapach przeszłości, który natychmiast przywołuje wspomnienia nocy i dni spędzanych w schronach.
Wu wie, że stal z różnych okresów ostrzału ma inne właściwości. Pociski z lat 50. i 60. pochodziły nie tylko z Chin, ale i ZSRS. Ja tego nie potrafiłem zobaczyć mimo demonstracji, ale on sam twierdzi, że potrafi rozpoznać jakość stali po tym, jak iskry sypią się pod szlifierką.
To Wu Tseng-dong wpadł na pomysł, by z firmy sprzedającej narzędzia rolnicze zrobić atrakcję dla turystów. Udało mu się stworzyć laozipai, czyli markę, która staje się symbolem miejsca i obowiązkowym przystankiem dla wizytujących Kinmen. W wywiadach dla prestiżowych mediów wyjaśnia swój sukces – trzeba sprzedawać emocję związku pozornie zwykłego noża z historią. Tak jak i dla nas, jest dla niego zabawne, że współcześnie chińscy turyści, którzy dziś masowo kupują jego noże, de facto „kupują z powrotem stal, którą ich rząd wysłał na wyspę za darmo”.Gdy czasem osobiście prowadzi pokazy dla kolejnej grupy, która właśnie wysypała się z kolejnego autobusu, żartuje z nimi, mówiąc: ‚Patrzcie, zwracamy wam waszą własność, ale w nieco bardziej użytecznej formie’”.
Typową pamiątką jest dla tych gości tasak do mięsa lub do warzyw, wykonany zwykle wedle współczesnych i nowoczesnych stylów. Dzięki temu pamiątka, często kupowana na prezent, ma pełne wartości użytkowe.
■
1 Chiń. 出路, choć dosłownie oznacza to „wyjść na ulicę”, ale w miejscowym slangu to „droga wyjścia” lub „sposób na przetrwanie”,
2 Poniższa lista ciekawostek jest kompilacją opowieści zapamiętanych z rozmów i jego wypowiedzi w czasie pokazów dla turystów.
楚河漢界
Relacje między Tajwanem a Chinami Kontynentalnymi to historia pełna paradoksów, niedopowiedzeń, dwuznaczności i konfuzji. Składa się ona z galimatiasu okoliczności, procesów historycznych, rozgrywek geopolitycznych gdzieś hen powyżej… To moloch wydarzeń poważnych i śmiertelnie poważnych: od krwawych starć, przez tajne negocjacje, aż po głębokie współuzależnienie gospodarcze przy jednoczesnej wrogości ideologicznej i budowaniu często skrajnie silnych emocji.
Da się w tym wszystkim wskazać wiele prawidłowości, które towarzyszą rodzajowi ludzkiemu przez całą jego historię. Na jedną z nich wskazuje chiński idiom w tytule tego rozdziału. To „rzeka Chu i granica Han”. Idiom odnosi się do celebrowanego, krótkiego epizodu starożytnej historii Chin pod koniec III w. p.n.e. Efemeryczne imperium Qin, założone przez Pierwszego Cesarza, właśnie uległo buntowi podbitych 2-3 dekady wcześniej ówczesnych narodów Równiny Centralnej, kolebki cywilizacji chińskiej. O wypełnienie próżni politycznej, a więc rangę Władcy Całego Świata (Wszystkiego Pod Niebem), mieli za moment toczyć batalię dwaj przywódcy zwycięskiej rebelii – ten pochodzący z państwa Chu i ten z Han.
Idiom jest powszechnie znany i rozpoznawany wraz ze swoim historycznym kontekstem po obu stronach Cieśniny Tajwańskiej. Jest namalowany na środku planszy chińskich szachów, w pasie oddzielającym terytoria dwóch graczy... którzy gorączkowo szykują się do ostatecznego rozstrzygnięcia.
Rym historii zestawia starożytną rozgrywkę o powstanie imperium Han z Czang Kaj-szekiem, który wycofawszy się na Tajwan, planował z determinacją powrót na Kontynent. Wymaga od Chińczyków momentu zastanowienia, z uwagi na konieczność wydobycia z pamięci wiedzy wyniesionej ze szkoły podstawowej. Jest jednak bardzo klarowny i trafny.
Historia dla Czang Kaj-szeka potoczyła się inaczej niż dla starożytnych wodzów. Umarł nie spełniwszy swej aspiracji. Ale i za swojego życia, i już po śmierci, jego decyzji i czyny wpływały na los i perypetie życiowe milionów ludzi. O tym właśnie jest niniejszy rozdział.
Oto kilka impresji i opowiastek, które pomogą nam zrozumieć wydarzenia i procesy, które wyprodukowały współczesny Tajwan. Są one siłami psychohistorii – to w ogniu niepowstrzymanej wieczności tych prawideł władzy i ludzkiej natury wykuwa się i kształtuje tożsamość tajwańska.
Jezioro w Zhejiangu, na południe od Szanghaju, kontrastujące swym pięknem z gęsto zabudowanym Tajwanem, stało się mekką turystyki sentymentalnej. Wielu Tajwańczyków waishengren chciało zobaczyć miejsca, o których jedynie słyszeli w opowieściach z dzieciństwa.
Wydarzenie stało się jednym z najbardziej traumatycznych wydarzeń w relacjach obu stron. W marcu 1994 r. na jeziorze Qiandao spłonął statek turystyczny z 24 Tajwańczykami na pokładzie. Chińskie władze początkowo twierdziły, że to wypadek. Śledztwo wykazało jednak, że był to rabunek i zakamuflowane masowe morderstwo.
Jak opisuje politolog Wang Yeh-li (王業立) w analizach opinii publicznej, arogancja Pekinu i blokowanie informacji doprowadziły do skokowego wzrostu poparcia dla niepodległości Tajwanu.
Poważnym tabu milczenia była rola chińskich żołnierzy w tym ataku – na Tajwanie powszechnie wierzono, że sprawcami byli zdemobilizowani lub czynni wojskowi, czego jednak Chiny nigdy nie przyznały, ani nie wyjaśniły. Jak zauważa autor Zhang Tie-zhi (張鐵志), incydent ten zniszczył mit „braterskiej miłości” między rodakami rozdzielonymi Cieśniną. Prezydent Lee Teng-hui nazwał wtedy KPCh „reżimem bandytów”, co wywołało wściekłość Pekinu.
Dziwnym przesądem, który narósł po tragedii, był lęk przed podróżowaniem do Chin w grupach turystycznych. Tajwańczycy zaczęli wierzyć, że jezioro jest „miejscem przeklętym”, które pożera tajwańskie szczęście. Do dziś starsze pokolenie Tajwańczyków wspomina jezioro z dreszczem, postrzegając je jako symbol braku szacunku komunistycznych Chin dla życia człowieka.
W okresie największego nasilenia „animozji” obie strony prowadziły „wojnę psychiczną”. Tajwan wysyłał w stronę kontynentu ogromne balony wypełnione ulotkami, żywnością, a nawet nylonowymi pończochami i tranzystorami. Miało to pokazać „nędzarzom na kontynencie” luksusy tajwańskiego kapitalizmu. Nietypowym dla ludzi Zachodu obyczajem było dołączanie do balonów portretów Czang Kaj-szeka, które miały służyć jako talizmany ochrony. Chiny odpowiadały własnymi balonami, w których znajdował się miks komunikatów: – oprócz słodyczy – znajdowały się zdjęcia „szczęśliwych chłopów” i groźby inwazji.
Armie obu stron zatrudniały profesjonalnych „lektorów propagandowych”, którzy przez gigantyczne głośniki na wyspach Kinmen i Matsu wykrzykiwali obelgi i zaproszenia do dezercji. Szczególną mocą rażenia dysponowała tajwańska piosenkarka Teresa Teng. Jej głos puszczany z głośników doprowadzał chińskich dowódców do szału, bo żołnierze KPCh potajemnie uwielbiali jej piosenki i pozostałe, nie mniej ważne walory.
Bitwa o Guningtou, niewielką wysepkę na północ od Kinmen, była momentem, w którym armia Kuomintangu powstrzymała komunistyczną inwazję. Porażka Chińskiej Armii Narodowo-Wyzwoleńczej była tak sromotna, że przez całe dekady w Chinach był to temat objęty całkowitym milczeniem. Na Tajwanie bitwa naturalnie urosła do rangi mitu energetyzującego wysiłki ku zapewnieniu wyspie bezpieczeństwa od inwazji.
Wokół pola bitwy narosły przesądy. Mieszkańcy Kinmen wierzą, że ziemia w Guningtou jest wciąż „czerwona od krwi” i że nocami słychać tam maszerujące oddziały widm. Pojawił się nietypowy obyczaj stawiania „Lwów Wiatru” – znanych nam z Kinmen – które miały nie tylko chronić przed wiejami, ale też blokować dusze poległych żołnierzy kontynentalnych przed wchodzeniem do domostw na Kinmen.
Ciekawostką jest to, że po bitwie armia RCh użyła wraków chińskich łodzi do budowy umocnień. Dla obcokrajowca widok bunkrów zbudowanych ze „szczątków wroga” jest makabryczny, ale dla Tajwańczyków z tamtego pokolenia była to praktyczna magia wojenna – wykorzystanie energii pokonanego przeciwnika przeciwko niemu samemu.
Gdy prezydent Lee Teng-hui odwiedził USA, Chiny zareagowały wystrzeleniem rakiet w pobliże tajwańskich portów. Był to czas największego napięcia od dekad. Na Tajwanie zapanowała panika – ludzie masowo kupowali złoto i dolary, przygotowując się na najgorsze. Ale kontrapunktował ją specyficzny czarny humor.
Kluczowym epizodem stała się wtedy sprawa tajwańskich szpiegów w Chinach. Wedle dostępnych publicznie wersji, przekazali informację, że głowice rakiet są... puste (ćwiczebne). To pozwoliło Lee Teng-huiowi publicznie ogłosić ich odkrycie i wyśmiać Pekin.
W mistrzowskim wyczuciem, nie do końca licującym z powagą należną politykowi jego rangi, Lee stwierdził, że chińskie rakiety to – za przeproszeniem – sai, czyli gówno1. Tajwańczycy przyjęli facecję z bardzo pozytywnym skutkiem. Pokerzyści w Pekinie natomiast stracili twarz – wypowiedź zdemaskowała ich bluff. Doszło do egzekucji kilku wysokich rangą oficerów KPCh, oskarżonych o szpiegostwo na rzecz Tajpej.
O ile w czasie gdy Chińczycy strzelali tajwańska giełda silnie poleciała w dół, to po kilku dniach zaczęła rosnąć. Inwestorzy uznali, że skoro Chiny „tylko strzelają, a nie lądują”, to znaczy, że są słabe. Na Tajwanie kpiono, że „Chiny szczekają głośno tylko wtedy, gdy nie mogą ugryźć”.
Ale żarty i propaganda strony tajwańskiej na bok! Cały incydent do dziś ma wręcz krytyczne skutki dla tego, jak kształtuje się logika życia biznesowo-politycznego na Tajwanie. Dla wszystkich jest jasne, że Tajwan jako homeostat (system) opierający prosperity na eksporcie, jest szalenie wrażliwy na incydenty w czasie których dochodzi do strzelania rakietami. Oddziaływanie te jest tym silniejsze, że Pekin reaguje skrajnie emocjonalnie na każde wydarzenie powiązane z choćby wzmianką o tym, aby Republika Chińska ogłosiła suwerenność w takiej czy innej formie.
Kluczowy czynnik ma naturę biznesową i poznamy go już w kolejnym rozdziale. Inwestycje tajwańskie na Kontynencie są przeogromne. Przekłada się to na potencjalne straty inwestorów z wyspy, którzy – powiązani ze światem polityki, prędzej dobrego kumpla-polityka powieszą na najbliższej latarni, niżby mieli pozwolić mu na nieodpowiedzialne wybryki i prowokowanie władz ChRL.
Mechanizm działa nie tylko na „światek” Kuomintangu. Działa także wobec polityków DPP, choćby na byłą już prezydent Tsai Ying-wen, której wypowiedzi były konstruowane z nadzwyczajnym artyzmem tak, aby jednocześnie zadowolić wyborców, a przy tym nie prowokować zakłóceń w interesach. Biznes wszystkich zainteresowanych mógł bez zakłóceń kręcić się dalej.
Reszt sobie dopowiedzcie. To łatwe.
Mimo braku oficjalnych stosunków między reżimami Mao i Czanga, od lat 50. istniał kanał „posłańców pokoju”. Emisariusze tacy jak Cao Juren kursowali między Hongkongiem, Pekinem a Tajpej, przekazując osobiste listy od Mao Zedonga do Czang Kaj-szeka. Obie strony do dziś mówią o tym niechętnie, bo narusza to oficjalną narrację o „totalnej wrogości”.
Przywódcy przesyłali sobie prezenty o znaczeniu symbolicznym. Mao wysłał kiedyś Czangowi informację o stanie grobów jego przodków w Fenghua, aby pokazać, że „szanuje jego korzenie”. W kulturze chińskiej to potężny gest – sygnał, że mimo wojny domowej, wciąż należą do tej samej cywilizacji.
Jedna ciekawostka dotycząca tej komunikacji jest wyjątkowo ciekawa. Poważnym przesądem wśród negocjatorów była wiara w „klątwę trzeciego spotkania”. Wierzono, że pierwsze dwa spotkania to kurtuazja, ale trzecie zawsze kończy się zdradą lub przeciekiem do mediów. Dlatego tajni wysłannicy często zmieniali lokalizacje i tożsamości po dwóch rundach rozmów, co nadawało tym relacjom charakteru rodem z powieści szpiegowskich.
Przed oficjalnym otwarciem granic w 2008 roku, handel między Kinmen a Xiamen (Chiny) odbywał się w „szarej strefie”. Rybacy z obu stron spotykali się na morzu, by wymieniać tajwańskie papierosy na chińską wódkę i zioła. Władze tajwańskie przymykały na to oko, bo była to może nie jedyna, a le zawsze jakaś droga dostarczania świeżych produktów na wyspy.
Ale prawdziwie niezwykłym obyczajem było „ślubne pośrednictwo przez cieśninę”. Rybacy przekazywali zdjęcia kandydatek na żony, co doprowadziło do powstania tysięcy małżeństw jeszcze przed legalizacją ruchu osobowego. Sprawa, gdy pierwszy raz o niej usłyszałem od miejscowych, wydawała się blagą wymyśloną do wkręcania turystów. Jednak blagą nie jest!
Rybacy z Kinmen często cierpieli na brak kandydatek na żony, ponieważ młode kobiety z wyspy masowo emigrowały do Tajpej w poszukiwaniu pracy. Miasto Xiamen było więc naturalnym zapleczem matrymonialnym, a przy tym Tajwańczyk by atrakcyjną partią z uwagi na ówczesny gradient rozwoju gospodarczego obu krajów.
Przekazywanie zdjęć odbywało się często w puszkach po tajwańskiej herbacie lub w paczkach papierosów Long Life (長壽煙). Rybacy żartowali, że „papierosy skracają życie, ale przedłużają ród”, bo dzięki nim dochodziło do spotkań rodzin. Istniało przekonanie, że małżeństwo zawarte „przez morze” w czasach zakazu jest szczególnie trwałe, ponieważ przetrwało próbę polityczną. Wierzono, że połączenie krwi z obu stron cieśniny „uspokaja fale” i przynosi pokój regionowi.
Poważnym przesądem było to, że towarów z Chin nie wolno było wnosić do domów bez wcześniejszego „oczyszczenia” dymem z kadzideł. Wierzono, że rzeczy z kontynentu niosą ze sobą „ducha komunizmu” (brak wiary), który mógłby przynieść pecha tajwańskim ołtarzom przodków.
W 2008 roku Chiny podarowały Tajwanowi dwie pandy: Tuan Tuan i Yuan Yuan. Ich imiona złożone razem oznaczają „zjednoczenie”. Decydenci DPP początkowo odmawiali przyjęcia zwierząt, widząc w nich „konie trojańskie” propagandy. Spór o pandy był jedną z najbardziej absurdalnych debat politycznych w historii wyspy.
W odpowiedzi Tajwan zaczął promować swojego rodzimego niedźwiedzia czarnego (ang. Formosan Black Bear) jako symbol oporu. Poważnym przesądem stało się wierzenie, że zdrowie pand odzwierciedla stan relacji przez cieśninę.
W latach 60. i 70. Tajwan hojnie nagradzał chińskich pilotów, którzy uciekali swoimi MiGami na wyspę. Dostawali oni ogromne nagrody finansowe i byli obwożeni po kraju jak bohaterowie. Wielu z nich po latach popadło jednak w zapomnienie lub kłopoty z prawem, co jest tematem, o którym rząd mówi niechętnie.
Nie do końca przemyślanym zwyczajem było zmuszanie tych uciekinierów do publicznego palenia flagi KPCh podczas konferencji prasowych. Wierzono, że taki rytuał definitywnie „odcina” ich od komunistycznych korzeni. Jednak na Tajwanie istniał też poważny przesąd, że tacy ludzie to „podwójni agenci”, których należy obserwować do końca życia. Dziwnym aspektem tych ucieczek było to, że Chiny w odwecie oferowały nagrody za ucieczkę w drugą stronę.
W latach 80., przed erą Internetu, tajwańskie filmy i muzyka były w Chinach zakazane – krążyły na czarnym rynku jako kasety wideo. Chińscy obywatele ryzykowali więzienie, by obejrzeć tajwańskie melodramaty. Z kolei na Tajwanie zakazane były filmy z kontynentu, które miały „zbyt dużo czerwieni” w kadrze. Obie strony wierzyły w niemal hipnotyczną moc propagandy wizualnej. Tajwańscy cenzorzy wycinali z filmów wszelkie symbole chińskiej flagi, a chińscy cenzorzy wycinali sceny pokazujące luksusowe życie w Tajpej, by nie budzić zazdrości.
Po roku 2000 nastąpiło coś trudnego do przewidzenia. Chińskie seriale historyczne stały się hitami na Tajwanie, a tajwańskie talk-show stały się kultowe w Chinach. Obie strony do dziś udają, że nie są pod swoim wzajemnym wpływem kulturowym, choć codzienny język obu narodów jest pełen zapożyczeń od sąsiada.
Warto tu podać przykłady, które dla nas mają wydźwięk komiczny. W latach 90. Tajwan oszalał na punkcie seriali kostiumowych produkowanych na kontynencie, szczególnie tych opartych na historii dynastii Qing. Z kolei Chiny zaimportowały tajwański sposób realizacji tzw. „dramatów pałacowych”.
Tajwańczycy zapożyczyli od aktorów z ChRL głęboką, teatralną dykcję i historyczne zwroty, a zwłaszcza zhaer – „tak, panie”). Greps szybko stał się częścią codziennego slangu na wyspie. W oryginalnym kontekście miał zastosowanie jako onomatopeiczne potwierdzenie przyjęcia rozkazu, używane przez podwładnych wobec cesarza lub osób wyższych rangą. „Zha!” (喳!), przy jednoczesnym wykonaniu lekkiego, teatralnego ukłonu. Na Tajwanie zha! jest odczytywane jako ironia lub lekkie podkpiwanie z przełożonego. Efekt użycia może być bardzo śmieszny, zwłaszcza w moim wykonaniu, optycznie zupełnego outsidera – co przetestowałem przy wielu okazjach. Trzeba jednak uważać, bo można źle wymierzyć lub trafić na osobę obrażalską.
W szczycie popularności zawołanie tuningowano, stąd dodatkowe „er” powyżej. Tajwańczycy, których naturalny akcent jest miękki i pozbawiony retrofleksji (charakterystycznego „r”), celowo wymawiali „zha” z bardzo przesadzonym, pekińskim akcentem. Współcześnie moda na stare seriale przygasła, a slang się zastarzał i wyszedł z mody. „Zha!” czasem można usłyszeć w tajwańskich programach typu talk-show, gdy prowadzący chcą udawać, że są terroryzowani przez swojego gościa.
■
1 Wymowa tajwańska znaku 屎, wymowa standardowa to shi)
Jak Tajwan został tygrysem Azji
Nota od Autora: pogłębioną analizę spraw geopolitycznych i geostrategicznych związanych z Tajwanem, a zwłaszcza jego pięciem się na drabinie wartości, znajduje się w książce Przetrwanie lub zagłada.
Droga Tajwanu i Hongkongu do miana „Azjatyckich Tygrysów” to nie tylko suche liczby PKB, ale historia przetrwania, adaptacji i głębokiej wiary w metafizyczne wsparcie sukcesu gospodarczego. Tajwan przeszedł drogę od producenta cukru i tanich zabawek do globalnego hegemona w produkcji najnowocześniejszych półprzewodnikowych jednostek logicznych. Oto kluczowe impresje, które pomogą nam zrozumieć drogę, jaką przeszedł Tajwan.
„Ziemia dla uprawiających”1 – to jeden z pierwszych elementów tajwańskiego cudu gospodarczego. Po 1945 roku rząd KMT, uciekając z kontynentu, wyciągnął lekcje z porażki i wprowadził program „Ziemia dla uprawiających”. Właściciele ziemscy zostali wykupieni akcjami przedsiębiorstw państwowych. To zmusiło dawną elitę do awansu w kierunku przemysłu. Rolników zaś uczyniło właścicielami ziemi ornej. Ten manewr radykalnie podniósł wydajność rolnictwa na wyspie.
Awans w łańcuchu wartości zaczął się tak: Nadwyżki z rolnictwa sfinansowały import pierwszych maszyn do przemysłu lekkiego. Bez tej reformy Tajwan pozostałby gospodarką plantacyjną. Sukces reformy polegał na tym, że rolnik stał się pierwszym „mikro-kapitalistą” wyspy.
Z całym procesem wiąże się niezwykle ciekawy przesąd. Nowo uwłaszczeni chłopi odczuwali strach przed „rozgniewaniem Księcia Ziemi Tudi Gonga poprzez zmianę granic pól. Przejmując ziemię na własność, masowo budowali małe kapliczki na rogach swoich nowych działek, co miało zagwarantować dobre plony.
Lata 60. to okres „zabawek i parasoli”. Tajwan stał się światową fabryką wszystkiego, co tanie. Każde tajwańskie dziecko z tamtego pokolenia pamięta chałupnicze składanie produktów w domu. Taki system pracy „z gościnnego do fabryki” (keting-ji-gongchang客廳即工廠) pozwolił Tajwanowi na masową produkcję przy niemal zerowych kosztach stałych. Tajwan był wtedy królem parasoli i plastikowych figurek bożonarodzeniowych. Tajwańczycy potrafili skopiować dowolny zachodni projekt w 48 godzin, co później stało się bazą dla inżynierii odwrotnej bardziej zaawansowanych produktów.
W latach 60. wyspa była wciąż na poziomie „niskiej wartości dodanej”. bardzo szybko czyli się jednak przestrzegania standardów jakości, niezbędnego do dalszego awansu. Inaczej mówiąc, etap prostych produktów był dla lokalnych producentów i siły roboczej niezbędnym etapem nauki, który dekady później pozwoli im zdominować rynek najbardziej zaawansowanych procesorów.
Tajwan stawiał na produkcję. Hongkong stał się tygrysem Azji inaczej – dzięki byciu oknem na świat dla izolowanych Chin. Mówiąc nieco poetycko, miasto pod zarządem Brytyjczyków było wąskim gardłem, przez które przepływało w obie strony bogactwo Chin i reszty świata. Skala tego quasi-monopolu Hongkongu sprawiała, że w mieście osadzało się i akumulowało nadzwyczajne bogactwo.
Tu należy wtrącić, że zachodnie wzorce cywilizacyjne, które to wszystko sprzęgały w ultra-wydajny homeostat gospodarczy, były przedmiotem skrupulatnego kopiowania wzorców kulturowych i instytucjonalnych ze strony komunistycznych Chin. Ale to osobna opowieść. Wróćmy do dwóch, wciąż przyszłych jeszcze, tygrysów Azji.
Hongkong zaczął od tekstyliów. Jak opisuje ekonomista i polityk Li Peng-fei (李鵬飛) w swoich wspomnieniach, Hongkong po 1949 roku zalała fala kapitału i know-how z Szanghaju. Szanghajscy magnaci tekstylni przywieźli ze sobą nie tylko maszyny, ale i rygorystyczny styl zarządzania. To było początkiem.
Fenomenalne miejsce geograficzne w obiegu gospodarczym sprawiło, że Hongkong awansował do finansów i reeksportu. Stał się miejscem, gdzie „Wschód spotyka Zachód” w sposób najbardziej drapieżny. Sukces Hongkongu pokazał Tajwanowi kluczową kwestię. Sama produkcja to za mało – potrzebny jest sprawny system bankowy i prawny.
Kiedy świat popadł w kryzys naftowy, premier Jiang Jing-guo podjął ryzykowną decyzję o gigantycznych inwestycjach państwowych. Powstała autostrada Północ-Południe. Budowano stalownie i porty.
Jak opisuje natchniony technokrata Li Guo-ding (李國鼎), uznawany za ojca tajwańskiej technologii i architekta tajwańskiego cudu gospodarczego, bez tej infrastruktury Tajwan nie zdołałby wykorzystać potencjału cudu gospodarczego, który rozpędzał się właśnie wtedy. To był moment wejścia w przemysł ciężki i chemiczny. Tajwan przestał być „lekki”. Ta produkcja stali i petrochemia pozwoliły wyspie na uniezależnienie się od importu surowców do produkcji bardziej złożonych maszyn.
Z budową autostrad wiąże się kolejna ciekawostka związana z religijnością. Przesądem towarzyszącym budowie autostrady było przekonanie, że przecinanie wzgórz budzi „śpiące smoki”. Podczas budowy tuneli robotnicy często odmawiali wejścia do środka, dopóki taoistyczny kapłan nie odprawił rytuału udobruchania ziemi. Do dziś na tajwańskich autostradach można spotkać ołtarze poświęcone „Duchom Dróg” – miały one zapobiegać wypadkom.
Zaraz dojdziemy z tą opowieścią do powstania TSMC, więc dodam jeszcze jedną ciekawostkę dotyczącą hysia (mówiąc delikatnie) jakiego Tajwańczycy mają na punkcie rozmaitych przesądów. TSMC nie posiada żadnej fabryki, w której numerze występowałaby cyfra 4.
Lata 80. to przeskok w tzw. high-tech. To był początek końca ery zabawek i początek ery komputerów. W 1980 roku Tajwan zrobił najbardziej ryzykowny krok. Powołano do działania park technologiczny w Hsinchu, wzorowany na Dolinie Krzemowej w Kaliforni. Jak wspomina Stan Shih (założycielproducenta komputerów Acer) w książce Globalna marka: Droga Acer (品牌志), rząd musiał wręcz błagać tajwańskich naukowców z USA, by wrócili na wyspę.
Dzięki Hsinchu Tajwan awansował do roli projektanta. Acer i Asus pokazały, że Tajwan potrafi budować własne marki, a nie tylko montować komponenty urządzeń, które projektował ktoś inny. To był decydujący moment wyjścia z pułapu średniego dochodu.
W tym roku na scenie pojawia się Morris Chang i jego geniusz. Chang stworzył coś, co nie istniało w barnży półprzewodników – fabrykę, która nie projektuje własnych czipów, tylko produkuje je dla innych. Ten model biznesowy dosłownie zbudował nasz świat! Stworzył świat w którym żyjemy i nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazi innego.
Model uruchomiony przez TSMC pozwolił małym firmom projektowym z USA konkurować z gigantami jak Intel bez konieczności inwestowania gigantycznych pieniędzy we własne moce produkcyjne. Było to przepotężnym bodźcem dla innowacji w dziedzinie elektroniki.
Dzięki TSMC Tajwan wspiął się na sam szczyt łańcucha wartości. Dzisiaj bez Tajwanu nie istnieje sztuczna inteligencja, smartfony ani samochody elektryczne. Dominacja w produkcji układów logicznych stała się „Krzemową Tarczą” (ang. Silicon Shield) – jej znaczenie gospodarcze dla całego świata jest tak wielkie, że chroni wyspę przed jakąkolwiek zmianą status quo, a więc jakimkolwiek jawnie wrogim działaniem ChRL.
Kryzys roku 1997 zmusił Tajwan do jeszcze większej specjalizacji. Rolnicy i drobni rzemieślnicy ostatecznie ustąpili miejsca inżynierom oprogramowania i biotechnologom. Tajwan zrozumiał, że w globalnej wiosce przetrwa tylko ten, kto ma unikalną technologię, której nie da się łatwo skopiować. Na tę chwilę sztuka ta udaje się w nadzwyczaj imponujący sposób.
W latach 90. i 2000. tajwański biznes wspiął się na szczyt łańcucha wartości. Koszt robocizny na wyspie zaczął sprawiać, że produkcja stawała się nieopłacalna.
Zbiegło się to w czasie z włączeniem ChRL do systemów obiegu energii i produktów kontrolowanych przez władców światowego systemu – mocarstwa zachodnie. Tajwańscy biznesmeni tytułowi dla tej sekcji tekstu taisheng (台商 to termin pochodzący z ChRL) przenosili produkcję na kontynent. To oni byli główną siłą innowacyjną i finansową, stojącą za stworzeniem elektronicznej fabryki świata – przylegającego do Hongkongu miasta Shenzhen.
Tajwański kapitał wykorzystał Chiny jako „ogromną montownię”, samemu stając się mózgiem operacji. To pozwoliło Tajwanowi zachować wysoką marżę przy niskich kosztach pracy u sąsiada. Inaczej, brudną i tanią produkcję przeniesiono do Chin kontynentalnych. Centra badawcze, a więc inkubatory innowacji, pozostały na wyspie. Tajwan przestał konkurować ceną pracy, a zaczął konkurować patentami i organizacją pracy.
Współcześnie Tajwan awansuje w stronę gospodarki opartej na danych i sztucznej inteligencji. Przejście od „sprzętu” (Hardware) do „rozwiązań” (Solutions) to obecna walka o najwyższą wartość dodaną.
Singapur jest globalnym centrum logistycznym i finansowym, nie zdołał utrzymać tempa w wyścigu o produkcję najbardziej zaawansowanych chipów (logic chips, procesory) głównie z powodu strategicznego przesunięcia kapitału i ograniczeń demograficznych.
Na przełomie wieków Singapur posiadał obiecującego czempiona – firmę Chartered Semiconductor Manufacturing. Była ona trzecim co do wielkości kontraktowym producentem chipów na świecie (foundry). W przeciwieństwie do tajwańskiego TSMC, Chartered nie otrzymał tak silnego i długofalowego wsparcia państwowego w kluczowym momencie transformacji technologicznej.
W 2009 roku, po serii strat finansowych pogłębionych przez globalny kryzys, singapurski holding Temasek podjął decyzję o sprzedaży firmy arabskiemu inwestorowi (GlobalFoundries). To de facto zakończyło marzenia o rodzimej potędze w produkcji najmniejszych nanometrów. Czynnikiem ogólnym tego upadku jest to, że produkcja zaawansowanych elementów pamięci i logicznych jest biznesem rządzonym przez ultra-zaciętą konkurencję. Bez miliardowych nakładów i całego szeregu innych zdolności nikt nie ma szans na dołączenie do gry na najwyższym poziomie.
W przypadku Singapuru barierą okazały się wysokie koszty operacyjne oraz chroniczny brak przestrzeni i zasobów ludzkich. Produkcja chipów w najnowszych technologiach (poniżej 7 nm) wymaga gigantycznych nakładów energii, wody oraz ogromnej liczby wyspecjalizowanych inżynierów pracujących w trybie ciągłym. Singapur, ze swoją niewielką populacją i wysokimi kosztami życia, zaczął przegrywać rywalizację o rentowność z Tajwanem i Koreą Południową. Te dwa ośrodki stworzyły całe ekosystemy dostawców i szkół technicznych, skoncentrowanych wyłącznie na półprzewodnikach.
Ostatnim czynnikiem był brak „efektu skali” i ekosystemu projektowego. Podczas gdy Tajwan obudował TSMC setkami mniejszych firm projektowych i montażowych, Singapur pozostał wyspą nowoczesnych, ale odizolowanych fabryk należących do zagranicznych gigantów, takich jak Micron czy Infineon. Bez własnego, zintegrowanego łańcucha dostaw i przy mniejszej determinacji politycznej, by dotować sektor miliardami dolarów rocznie, Singapur został raczej stabilnym „bezpiecznym portem” dla produkcji średniej klasy podzespołów niż liderem innowacji w dziedzinie układów logicznych.
Zupełnie innym „pacjentem” jest Japonia. Kraj ten miał prymat w układach logicznych w latach 80., ale go stracił. Złożyły się na to trzy sprawy.
Pierwszym jest porozumienie Handlowe z USA w 1986 roku. Pod naciskiem Waszyngtonu Japonia musiała ograniczyć eksport i otworzyć własny rynek na zagraniczne chipy. To zahamowało ekspansję gigantów takich jak NEC, Toshiba czy Hitachi.
Głównym powodem utraty prymatu było jednak przeoczenie modelu „Foundry”: Japońskie firmy trzymały się modelu IDM (sam projektuję, sam produkuję). Gdy świat przeszedł na model TSMC (jedna fabryka produkuje dla wielu projektantów), Japonia została z przestarzałymi, nieefektywnymi fabrykami. Sprawę przesądziła przewaga w inwestowaniu w moduły pamięci, które akurat wtedy stały się towarem masowym. Gdy Koreańczycy (Samsung) zaczęli produkować je taniej, japońskie koncerny straciły przychody pozwalające na utrzymanie przewagi technologicznej.
Historie tych trzech porażek to trylogia prawidłowości, które niosą ważne spostrzeżenie. Stawianie Singapuru czy Hongkongu jako przykładu do naśladowania dla Polski jest wręcz szokująco bezmyślnym pozowaniem na mędrca-eksperta. Warunki sukcesu są w przypadku Polski niemożliwe do wypracowania z przyczyn zupełnie innych, niż „wady narodowe Polaków”.
Masowa migracja kapitału i menedżerów (Taishang) do takich ośrodków jak Dongguan czy Kunshan stworzyła specyficzną próżnię moralną. Odizolowani od rodzin, dysponujący znacznie większymi zasobami finansowymi niż lokalni mieszkańcy Chin, biznesmeni masowo wynajmowali luksusowe apartamenty dla swoich kochanek, tworząc tam kompletne, nieoficjalne gospodarstwa domowe, często z dziećmi, które nie miały pojęcia o istnieniu „pierwszej rodziny” na wyspie.
Zjawisko tworzenia „równoległych rodzin” przez tajwańskich biznesmenów w Chinach Kontynentalnych jest znane pod nazwą ernai (二奶; dosł. „druga żona”), stało się jednym z najtrudniejszych problemów społecznych Tajwanu lat 90. i początku XXI wieku.
Perypetie te przybierały często formę tragikomiczną, co znalazło odzwierciedlenie w tajwańskiej popkulturze. Klasycznym przykładem były „naloty” zdradzanych żon z Tajwanu, które organizowały się w grupy wsparcia i wynajmowały prywatnych detektywów, by śledzić mężów w Chinach. Do legendy przeszły historie o żonach, które pojawiały się niezapowiedziane w fabrykach w Dong-guan, co doprowadzało do dantejskich scen przed bramami zakładów. Powstały wyspecjalizowane agencje detektywistyczne, które oferowały pakiet „zdobycia dowodów zdrady na kontynencie”, co było kluczowe dla uzyskania korzystnego rozwodu na Tajwanie, gdzie cudzołóstwo było karalne aż do jego depenalizacji w 2020 roku.
Sytuacja skomplikowała się jeszcze bardziej z bogaceniem się ChRL. „Drugie żony” przestały być jedynie ubogimi dziewczynami z prowincji. Wiele z nich z czasem przejmowało kontrolę nad finansami chińskich filii firm swoich partnerów. Zdarzały się przypadki, gdy po śmierci biznesmena dochodziło do brutalnych wojen o spadek. Bywało i tak, że na pogrzebie pojawiały się dwie grupy dzieci roszczących sobie prawo do nazwiska i majątku. Najsłynniejsze przypadki dotyczyły nawet wysokich rangą dyrektorów z branży technologicznej, których podwójne życie wychodziło na jaw dopiero w momencie ich nagłego powrotu na Tajwan z powodu choroby.
Najgłośniejszym przykładem jest Wang Yung-chinga (王永慶) – założyciel potężnego konglomeratu Formosa Plastics Group, nazywanego „Bogiem Zarządzania”. Miał on aż trzy żony! To tak formalnie, gdyż po jego śmierci po udział w spadku zgłosiła się czwarta osoba do podziału – kochanka z dziećmi. Wang pozostawił niejasne dyspozycje testamentowe. Pranie brudów było spektakularne.
Mam z tym zjawiskiem erniang prywatne doświadczenia – związek z dziewczyną urodzoną z tajwańskiej, a więc poszkodowanej zdradą małżeńską żony. Dziewczyna była nieodwracalnie zdewastowana psychicznie tym, co zapewne działo się w jej rodzinie.
■
1 Geng-zhe-you-qi-tian 耕者有其田
Historia rdzennych mieszkańców Tajwanu (yuanzhumin) to opowieść o przetrwaniu, oporze i niezwykłej adaptacji kulturowej. Jako ludy austronezyjskie, zamieszkują wyspę od tysiącleci, a ich losy splatały się z kolejnymi falami kolonizacji w sposób często tragiczny, ale i fascynujący.
Interakcje między migrantami z prowincji Fujian (Minnańczykami) a Aborygenami nizinnymi (pingpu 平埔) opierały się na skomplikowanym systemie dzierżawy ziemi. Migranci, chcąc uprawiać ryż, musieli płacić „podatek za polowanie” (fanzu番租) rdzennym właścicielom. Dochodziło do masowych oszustw. Minnańczycy używali sfałszowanych aktów własności lub podstępem upijali wodzów alkoholem jaglanym, by podpisywali niekorzystne umowy.
Poważnym i mrocznym przesądem z tamtego okresu był lęk migrantów przed „łowcami głów”. Wierzono, że duchy ściętych osadników błąkają się po polach, dlatego przy granicach wiosek stawiano posągi bóstw z ogromnymi oczami, które miały „odstraszać” wojowników z gór. Z kolei aborygeni wierzyli, że posiadanie czaszki wroga zapewnia pomyślność zbiorom. Zabobony obu stron pogłębiały nieustający cykl przemocy.
Nietypowym obyczajem, o którym Tajwańczycy mówią niechętnie, był handel „mięsem dzikusów” (fanrou). W kronikach z epoki Qing pojawiają się wzmianki o zjadaniu części ciał zabitych aborygenów przez osadników, którzy wierzyli, że ma to właściwości lecznicze. To jedno z największych tabu historycznych dzisiejszego Tajwanu.
Jednym z ikonicznych elementów wizualnych są u aborygenów tatuaże. Dla ludów Atayal i Seediq tatuaż na twarzy był symbolem dorosłości i honoru. Mężczyźni musieli wykazać się odwagą w boju, a kobiety mistrzostwem w tkactwie. Osoby z tradycyjnymi tatuażami twarzy to patis muqi – tatuaż był dowodem dojrzałości i przestrzegania kodeksu gaga (tradycyjnego prawa), Bez tatuażu dusza nie mogła przejść przez „Tęczowy Most” hongo utux do krainy przodków.
„Prawdziwy Człowiek” Sidiq Baleto najważniejsze określenie dla członka plemienia. Słowo Seediq oznacza „człowiek”, a Bale oznacza „prawdziwy”, „autentyczny”. Tylko osoba posiadająca tatuaż twarzy mogła zostać uznana za Seediq Bale (u Seediqów) lub Tayal Balay (u Atayali).
U Atayalów mężczyźni otrzymywali tatuaż na czole oraz na podbródku. Ten drugi był kluczowy – mógł go nosić tylko wojownik, który brał udział w udanej wyprawie i przyniósł głowę wroga (rytuał mgaga). Symbolizowało to krew spływającą po brodzie.
Kobiety otrzymywały szerokie tatuaże na policzkach, ciągnące się od ust do uszu. Były one dowodem, że dziewczyna opanowała skomplikowaną sztukę tkania i jest gotowa do zamążpójścia oraz prowadzenia domu.
Proces tatuowania był rytuałem religijnym prowadzonym przez szamanki, a krew nie mogła być wycierana byle jaką szmatą – musiała wsiąknąć w ziemię, by „nakarmić duchy”.
Nóż w pochwie ludu Tsou z Alishan, którego ostrze jest typowe dla Atayalów, odległych o 150 km w linii prostej. Obecny właściciel znalazł go pod podłogą swojego remontowanego domostwa. Prawdopodobnie jest to łup wojenny.Współcześnie, po okresie zakazu tatuaży wprowadzonego przez Japończyków i KMT, tradycja ta wygasła wśród żyjących starszych osób, ale młodzi Aborygeni zaczynają nosić „tymczasowe tatuaże” podczas festiwali i ceremonii,
Po 1895 roku Japończycy traktowali góry jako zasób drewna kamforowego i złota, a rdzenną ludność jako „przeszkodę”. Japończycy wprowadzili rygorystyczny system kontroli aborygenów. Budowali „linie obronne” z drutu kolczastego pod napięciem (pierwsze takie w Azji), by odciąć plemiona od terenów leśnych.
W tamtym okresie aborygeni, podobnie jak inne ludy pierwotne w innych częściach świata, bali się fotografowania. Japońscy antropolodzy masowo robili zdjęcia, a rdzenni mieszkańcy wierzyli, że „czarne pudełko” kradnie ich duszę. Japończycy lewarowali ten przesąd, strasząc oporne wioski, że jeśli nie oddadzą broni, ich twarze zostaną „uwięzione w papierze”.
Niezrozumiałym dla Japończyków obyczajem było „wspólne spanie” w domach młodzieży (Palakuwan) u ludu Puyuma. Japończycy uznali to za niemoralne i próbowali zakazać tej praktyki, co doprowadziło do buntu. Było to klasyczne zderzenie cywilizacji: japońskiego purytanizmu z aborygeńską kulturą wspólnotową.
Po 1945 roku reżim Czang Kaj-szeka uznał aborygenów za „górskich rodaków” (shandi tongbao) i siłą zaczął ich asymilować. Zakazano używania języków ojczystych i narzucono naukę języka narodowego. Aborygeni musieli przyjąć chińskie nazwiska, które często były im nadawane losowo przez urzędników. Zwyczajem było nadawanie nazwisk Hanów całym wioskom, nawet jeśli były zamieszkane przez więcej niż jeden klan. Nagle cała społeczność nazywała się „Chen” lub „Lin”
W przekazie edukacyjnym tamtego okresu propagowano przekonanie, że kultura aborygeńska jest „zacofana” i „brudna”. W ten sposób celowo generowano ogromne kompleksy wśród młodego pokolenia, które zaczęło wstydzić się swoich korzeni. Walis Nokan współczesny pisarz ludu Atayal, nazwał ten proces „duchowym wygnaniem we własnym domu”.
Powszechny na całym Tajwanie napój alkoholowy wytwarzany przez aborygenów to napój niskoprocentowy z prosa (xiaomijiu小米酒). To więc po prostu sfermentowany napój zbożowy, a nie wódka.
Zawartość alkoholu oscylowała zazwyczaj w granicach 4% – 8%. Fermentacja odbywała się naturalnie przy użyciu śliny (przeżuwanie ziarna przez starszyznę w celu rozbicia skrobi na cukry lub naturalnych kultur drożdży z dzikich ziół. Napój był mętny, bogaty w składniki odżywcze i postrzegany jako „pokarm” oraz niezbędny element rytuałów religijnych. Pito go w dużych ilościach, ale upicie się nim wymagało czasu. Tajwańczycy z nizin często postrzegają to jako przejaw pijaństwa, nie rozumiejąc, że dla Aborygenów alkohol to „woda życia”, która łączy światy.Po aneksji wyspy Japończycy wprowadzili na masową skalę alkohole wysokoprocentowe, głównie Sake (ok. 15% – 20%) oraz destylowany Shōchū i alkohole ryżowe o mocy od 35% do nawet 50%.
Alkohol odgrywa centralną rolę w kulturze austronezyjskiej, ale interakcje z Japończykami i rządem KMT zmieniły go w narzędzie ucisku. Rząd wprowadził monopol na alkohol, delegalizując tradycyjne domowe bimbrownictwo. Jednym z deklarowanych powodów było uznanie tradycyjnej metody wytwórstwa za niehigieniczne.
Jednym z nietypowych obyczajów jest „plucie alkoholem” w czasie ceremonii. Jest to ofiara dla duchów przodków. Poważnym przesądem jest zakaz warzenia napoju przez kobiety podczas menstruacji – wierzy się, że napitek skwaśnieje, a duchy się rozgniewają.
Plucie alkoholem w czasie ceremonii trzech plemion Amisów w mieście Hualien (2024). Dodatkowe zdjęcie: przygotowane do ceremonii orzechy betel i wódka ryżowa.Ludy Rukai i Paiwan wytworzyły system hierarchiczny, zwany czasem systemem kastowym. Ich tabu (Gaya lub Pinanaman) dotyczy wszystkiego: od ubrań po motywy zdobnicze. Wzór stugłowego węża może nosić tylko „szlachta”. Naruszenie tabu przez zwykłego mieszkańca mogło w przeszłości skutkować wygnaniem z wioski.
Oba ludy budują swoje domy bez użycia zaprawy, z pięknych, niemal czarnych łupków powstałych ze sprasowanego pyłu wulkanicznego. Domostwa z takich kamieni są zadziwiająco odporne na trzęsienia ziemi.
Zwyczajem ludu Rukai jest ozdoba rytualna w postaci kwiatu lilii. Tylko mężczyźni, którzy upolowali określoną liczbę dzików, mieli prawo nosić kwiat za uchem.
Częścią procesu demokratyzacji w latach 80. i 90. były dwa ruchy „Oddajcie nam naszą ziemię” i „Oddajcie nam nasze imiona”. Ukute określenie „górskich rodaków” zamieniono na yuanzhumin (dosł. ludy pierwotne), co zapisano w konstytucji z 1994 roku. Tajwańczycy waishengren z nizin mówią o tym niechętnie, gdyż wiązało się to z oddaniem części przywilejów i uznaniem win historycznych KMT. Poważnym przesądem wśród polityków KMT było wtedy wierzenie, że przyznanie praw Aborygenom doprowadzi do „bałkanizacji” Tajwanu i utraty kontroli nad surowcami w górach.
Feestiwal plemienia Natawran ludu Amis w Ji’an. Tańczący zwykle pojeni są wodą lub xiaomijiu, jednak u prawdziwych mężczyzn na zdjęciu w ruch idzie kaoliang.Ten proces włączania aborygenów w nowoczesne społeczeństwo Tajwanu został oczywiście upolityczniony i włączony w szerszą kampanię wymierzoną przeciw „kolonizatorom” – w rytm i pod dyktando synchronizowanej międzynarodowo marksistowskiej narracji walki z opresją. W czasie moich trwających siedem lat wypraw fotograficznych zebrałem bogate doświadczenie. Pewna część młodzieży aborygeńskiej, ze szczególnym naciskiem na dzieci osób o wysokim statusie, jest radykalizowana i włączana nieformalnych struktur animowanych ideologią nienawiści do wszystkiego, co obce.
W jednym z incydentów chłopak-aktywista, widząc białego – zwyzywał mnie i kolektywnie wszystkich Polaków od „kolonizatorów”. Wpadł w taki stan apopleksji, mając okazję wyrzucić, co miał w sercu, że nie było nawet jak wspomnieć i takich sprawach jak Generalplan Ost i ogólnym podsumowaniu naszych zaszłości z Niemcami. Ich idealnym podsumowaniem jest stwierdzenie, że II wojna światowa była okresem, w którym metody kolonialne Niemcy sprowadzili do Europy.
Częścią stadka radykałów, hodowanego w tej operacji psychologicznej jest wspomniany w aneksie polski aktywista, konsultant dra Jacoby. Niezamierzenie dostarczył podpowiedzi o potencjalnej tożsamości podmiotu zarządzającego tym oddolnym ruchem. Aktywista zrugał mnie za używanie nazwy „aborygeni” i zażądał, abym posługiwał się terminem first nations (z ang. pierwsze narody) – kalki z wojen kulturowych toczonych w USA i Kanadzie, całkowicie nieadekwatnej w odniesieniu do Tajwanu.
Podsumowując, te i wiele innych incydentów, ktoś bardzo cierpliwy prowadzi bardzo poważny wysiłek, aby zradykalizować młodzież i – najpewniej – wykorzystać powołane do życia siły do rozbicia ładu społecznego w jakimś wybranym momencie.
Po dłuższym zastanowieniu stawiam następującą hipotezę. Wyraźne motywy wywodzące się z marksistowskich teorii opresji na bliższą metę są ewidentnym dowodem na kontakt i współpracę z ruchami antyzachodnimi wewnątrz krajów takich jak USA czy Australia. Siły te są w USA w nieformalnym sojuszu z podmiotami (aktorami) animowanymi przez organizacje islamistyczne sponsorowane przez reżim irańskich ajatollahów i kartele meksykańskie, których wspólnym celem jest zbudowanie swoich struktur wewnątrz USA, a w dalszej perspektywie rozbicie hegemonii Zachodu1.
Pan Chen (A Li), mistrz pieczenia prosiaka obecny na ceremoniach ludu Bunun.Na poziomie oficjalnym, w 2016 roku prezydent Tsai Ing-wen jako pierwsza głowa państwa oficjalnie przeprosiła Aborygenów za 400 lat cierpień. Zwróćmy uwagę, że przeprosiła także za okres japoński, do czego nie miała ani mandatu ze strony aktualnego reżimu japońskiego, ani mandatu ludzi, których przodkowie nie mieli nic wspólnego z tym, czego doświadczali aborygeni. Wtedy też powołano Komisję Sprawiedliwości Okresu Przejściowego, która ma badać zbrodnie KMT i Japonii na rdzennej ludności. O okresie „zagospodarowania” wyspy przez kolonizatorów minnańskich jakoś nie wspominano.
Charakter ideologiczny przekonuje mnie, że działania te były co najmniej ukłonem ideologicznym wobec amerykańskich demokratów, z którymi zgodność w zakresie „walki z opresją białego człowieka” jest niemal zupełna.
Patrząc z drugiej strony sam akt przeprosin był wydarzeniem absolutnie wyjątkowym. Był to pierwszy tego typu akt w historii całego regionu. Podczas tych przeprosin było to, że delegacje wodzów przyszły w tradycyjnych strojach, w tym z ceremonialną bronią – ikonicznymi nożami.
Transitional Justice Commission (促進轉型正義委員會) skupiała się głównie na okresie tzw. białego terroru (1947–1987) pod rządami Kuomintangu (KMT), ale jej mandat obejmował również szersze spojrzenie na historię, w tym krzywdy wyrządzone ludności rdzennej.
Do jej najważniejszych osiągnięć należą: Unieważnienie wyroków karnych: Komisja oficjalnie unieważniła wyroki ponad 6000 osób skazanych niesłusznie z powodów politycznych w czasach dyktatury. Dzięki temu rodziny ofiar „odzyskały honor” i mogły ubiegać się o odszkodowania.
Odtajnienie archiwów: Wymuszono na agencjach rządowych i KMT udostępnienie tajnych dokumentów dotyczących inwigilacji obywateli i operacji służb bezpieczeństwa. Sporządzano raporty o represjach wobec Aborygenów: Komisja badała, w jaki sposób państwo (zarówno japońskie, jak i KMT) przejmowało ziemie rdzenne. Efektem było m.in. uznanie przez państwo odpowiedzialności za niszczenie języków i kultur aborygeńskich.
Usuwanie symboli autorytarnych: Przygotowano wytyczne dotyczące usuwania pomników Czang Kaj-szeka z przestrzeni publicznej (szkół, jednostek wojskowych). To najbardziej widowiskowy i budzący największe emocje społeczno-polityczne aspekt ich pracy. Działalność Komisji spotykała się z ogromnym oporem opozycyjnego KMT, który oskarżał ją o „polowanie na czarownice” i instrumentalne wykorzystywanie historii do celów wyborczych.
W kontekście ludności aborygeńskiej, o której rozmawialiśmy wcześniej, Komisja pomogła w sformułowaniu oficjalnych przeprosin państwa wobec aborygenów, które prezydent Tsai Ing-wen wygłosiła w 2016 roku. Były to pierwsze takie przeprosiny w historii Azji Wschodniej. Zainicjowano proces odzyskiwania tradycyjnych nazw geograficznych – na mapach i znakach drogowych obok nazw chińskich zaczęły pojawiać się nazwy w językach takich jak Atayal czy Seediq.
Na Tajwanie istnieje system punktów preferencyjnych dla uczniów aborygeńskich przy rekrutacji do szkół. Budzi to spore kontrowersje wśród Minnańczyków. O tym konflikcie mówi się bardzo niechętnie w oficjalnych mediach, bo uderza on w obraz „zjednoczonego narodu”.
Poważnym przesądem wśród uczniów z nizin jest przekonanie, że aborygeni „zabierają im miejsca na studiach”, mimo że statystycznie rdzenni mieszkańcy wciąż mają znacznie mniejszy dostęp do edukacji wyższej. Prowadzi to do śmiesznych sytuacji, gdzie dzieci z mieszanych małżeństw „przypominają sobie” o swoich korzeniach tylko przed egzaminami, co aborygeni nazywają „egzaminacyjnymi wojownikami”.
Reforma „Certyfikacji Językowej” (od 2006/2007 roku): To najważniejszy punkt zwrotny. Wprowadzono obecny model, który uzależnia ilość punktów za pochodzenie rasowe od znajomości języka przodków. System ten działa do dziś, choć jest regularnie modyfikowany.
W praktyce uruchomiono system 10% i 35%. Dodatkowe 10% punktów dostaje uczeń, który jest zarejestrowany jako aborygen, ale nie posiada certyfikatu znajomości języka ojczystego na poziomie podstawowym. Bonus 35% dostaje uczeń, który posiada certyfikat językowy. Największa krytyka dotyczy dzieci z rodzin aborygeńskich, które od pokoleń mieszkają w Tajpej czy Kaohsiungu, chodzą do najlepszych szkół prywatnych i mają taki sam status ekonomiczny jak ich rówieśnicy Han. Krytycy pytają: „Dlaczego dziecko bogatego lekarza z ludu Amis ma dostawać 35% bonusu, konkurując z dzieckiem biednego robotnika Han?”.
Drugą kontrowersją jest nauka języka dla punktów, a nie dla zachowania tożsamości. Egzamin językowy jest często postrzegany czysto instrumentalnie. Uczniowie kują na pamięć odpowiedzi, by zdobyć 35% bonusu i przez to dostać się na prestiżowe uczelnie, jak National Taiwan University, a po egzaminie… zapominają języka.
Pojawiają się patologie podobne do amerykańskich, będących efektem zdelegalizowanej niedawno akcji afirmacyjnej wobec ludności murzyńskiej. Tajwańscy studenci, którzy dostali się dzięki bonusom, często zmagają się z tzw. „piętnem punktów”. Rówieśnicy Han (w tym Minnańczycy) czasem sugerują, że Aborygeni „ukradli” miejsce zdolniejszym. Prowadzi to do izolacji uczniów-beneficjantów i ich problemów z samooceną – mimo że formalnie miejsca dla nich są często w ramach osobnych kwot, tzw. out-of-quota, które, nawiasem mówiąc, są oczywistą fikcją.
