seria z kotwiczką. Bezgłośna Formacja - William C. Chambliss - ebook

seria z kotwiczką. Bezgłośna Formacja ebook

William C. Chambliss

0,0
39,00 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Poruszająca i wysoce autentyczna opowieść o działaniach amerykańskich okrętów podwodnych na Pacyfiku podczas II wojny światowej. Autor, weteran wojenny przebywający niegdyś na lotniskowcu USS Wasp, opiera tę książkę na głębokiej znajomości realiów walk morskich, co nadaje całości ogromnej wiarygodności.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 272

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



WIL­LIAM C. CHAM­BLISS

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

The si­lent se­rvi­ce

Tłu­ma­cze­nie:

Ma­rek Jur­czyń­ski

Re­dak­cja:

Bar­ba­ra Chy­lak

Przy­go­to­wa­nie okład­ki i ilu­stra­cji oraz skład:

Piotr M. Ro­gal­ski

Ry­su­nek na okład­ce:

Piotr For­ka­sie­wicz

Ilu­stra­cje: z ory­gi­na­łu

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne/All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght for Po­lish edi­tion © 2012 by FIN­NA

ISBN 978-83-62913-78-7

Wy­da­nie I

Gdańsk 2012

Ofi­cy­na Wy­daw­ni­cza FIN­NA

80-768 Gdańsk, ul. Dzie­wa­now­skie­go 5/6

tel. 603 892 042

e-mail: fin­na@fin­na.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Od wydawcy

Ta książ­ka to hołd zło­żo­ny ame­ry­kań­skim pod­wod­nia­kom. Au­tor wy­brał jego zda­niem naj­bar­dziej dra­ma­tycz­ne losy ame­ry­kań­skich okrę­tów pod­wod­nych i opi­sał je ze szcze­gó­ła­mi. Książ­ka jest tym bar­dziej cen­na, że Cham­bliss oparł ją na re­la­cjach uczest­ni­ków zda­rzeń. Mamy więc cie­ka­wą opo­wieść opar­tą na re­la­cjach człon­ków za­łóg, któ­rych au­tor po­znał oso­bi­ście. Każ­dy z przed­sta­wio­nych tu okrę­tów lub człon­ków za­łóg do­ko­nał cze­goś nie­zwy­kłe­go, coś co w ol­brzy­miej ma­sie hi­sto­rii po­szcze­gól­nych okrę­tów zwró­ci­ło uwa­gę au­to­ra i za­in­te­re­so­wa­ło go na tyle, że losy tych okrę­tów i lu­dzi zna­la­zły się w tej książ­ce. Mamy tu więc i sza­leń­stwo Har­de­ra, któ­ry po­sta­no­wił po­lo­wać na nisz­czy­cie­le, czy­li wro­ga nu­mer je­den okrę­tów pod­wod­nych. Mamy też roz­są­dek i od­wa­gę ofi­ce­ra, któ­ry nie zdra­dził za­ło­dze celu rej­su, dzię­ki cze­mu ta, gdy do­sta­ła się do nie­wo­li nie mo­gła zdra­dzić taj­nych in­for­ma­cji, któ­re da­ły­by Ja­poń­czy­kom pew­ność, że ich kod pur­pu­ro­wy zo­stał zła­ma­ny. W koń­cu po­zna­je­my też nie­sa­mo­wi­te epo­pe­je okrę­tów, któ­re po­win­ny były spo­czy­wać na dnie, a uda­ło im się wyjść z mat­ni i do­trzeć do bazy. Wresz­cie mamy hi­sto­rię je­dy­ne­go chy­ba ta­kie­go przy­pad­ku w dru­giej woj­nie świa­to­wej, gdy prze­ciw­nik nie chciał za­to­pić, a zło­wić okręt pod­wod­ny.

Re­asu­mu­jąc – wcią­ga­ją­ca lek­tu­ra, któ­ra po­zwa­la po­znać naj­bar­dziej dra­ma­tycz­ne mo­men­ty ame­ry­kań­skich okrę­tów pod­wod­nych, bro­ni, któ­ra tak na­praw­dę od­cię­ła Ja­po­nię od do­staw nie­zbęd­nych do pro­wa­dze­nia woj­ny. Trze­ba jed­nak pa­mię­tać, że suk­ce­sy ame­ry­kań­skich okrę­tów pod­wod­nych w wal­ce z ja­poń­ską flo­tą han­dlo­wą były osią­ga­ne o wie­le ła­twiej, niż nie­miec­kich U-bo­otów w woj­nie na Atlan­ty­ku. Ja­poń­czy­cy jed­nak wy­raź­nie nie przy­wią­zy­wa­li wagi do eskor­ty stat­ków, a do­wód­cy nisz­czy­cie­li uzna­wa­li nie­mal za dys­ho­nor za­da­nie ochro­ny stat­ków han­dlo­wych – uwa­ża­li że po­win­ni być wy­ko­rzy­sty­wa­ni do wyż­szych ce­lów.

An­drzej Ryba

Podwodni wojownicy

Nie­ustę­pli­wi ma­ry­na­rze z okrę­tu pod­wod­ne­go Har­der w po­szu­ki­wa­niu ce­lów przedar­li się na od­le­głość dwu­dzie­stu mil od głów­ne­go ko­twi­co­wi­ska ja­poń­skiej Po­łą­czo­nej Flo­ty, ata­ku­jąc raz za ra­zem.

Ka­pi­tan John Mil­ton Hyde swo­im uszko­dzo­nym okrę­tem prze­był dwa ty­sią­ce mil, po­ko­nu­jąc wody kon­tro­lo­wa­ne przez nie­przy­ja­cie­la, i zdo­łał bez­piecz­nie wró­cić do por­tu.

Okręt pod­wod­ny Se­ahor­se spe­ne­tro­wał wą­skie, wart­kie ka­na­ły po­mię­dzy ja­poń­ski­mi wy­spa­mi i spa­ra­li­żo­wał głów­ne szla­ki że­glu­go­we nie­przy­ja­cie­la.

Przed­sta­wia­my praw­dę o wy­czy­nach śmia­łych męż­czyzn i wa­lecz­ne za­ło­gi okrę­tów bez­gło­śnej for­ma­cji – ame­ry­kań­skich sił pod­wod­nych, któ­re w cza­sie dru­giej woj­ny świa­to­wej przedar­ły się do sa­me­go ser­ca nie­przy­ja­ciel­skiej flo­ty i za­da­ły dru­zgo­cą­cy cios po­tęż­nej Ce­sar­skiej Ma­ry­nar­ce Wo­jen­nej.

Wstęp

Cho­ciaż już od 322 roku przed na­szą erą, kie­dy to Alek­san­der Wiel­ki za­sto­so­wał pod­wod­ną tak­ty­kę w ob­lę­że­niu Tyru lu­dzie sta­ra­li się za­pro­jek­to­wać dla ce­lów woj­sko­wych po­jaz­dy dzia­ła­ją­ce w za­nu­rze­niu, to do­pie­ro w ame­ry­kań­skiej woj­nie se­ce­syj­nej okręt pod­wod­ny po­słał na dno nie­przy­ja­ciel­ski sta­tek. Wy­da­rze­nie to oka­za­ło się jed­nak tak samo fa­tal­ne w skut­kach dla na­past­ni­ka, jak i dla ofia­ry, po­nie­waż kon­fe­de­rac­ki okręt pod­wod­ny Hux­ley za­to­nął wraz z całą za­ło­gą od wy­bu­chu swo­jej pry­mi­tyw­nej tor­pe­dy, któ­ra po­sła­ła krą­żow­nik unio­ni­stów Hau­sa­to­nic na dno w po­bli­żu Char­le­ston w Po­łu­dnio­wej Ka­ro­li­nie.

Żad­na więk­sza po­tę­ga mor­ska nie zdra­dza­ła ja­kie­go­kol­wiek za­in­te­re­so­wa­nia bu­do­wą okrę­tów pod­wod­nych aż do 1900 roku, kie­dy w Sta­nach Zjed­no­czo­nych do służ­by wszedł Hol­land. Wiel­ka Bry­ta­nia, Fran­cja, Ja­po­nia i Niem­cy rów­nież włą­czy­ły wów­czas for­ma­cje okrę­tów pod­wod­nych w skład swo­ich flot wo­jen­nych. Sta­ny Zjed­no­czo­ne dys­po­no­wa­ły pew­ną licz­bą ta­kich jed­no­stek pod­czas pierw­szej woj­ny świa­to­wej. Nie­któ­re z nich zo­sta­ły na­wet roz­miesz­czo­ne na wo­dach eu­ro­pej­skich, ale nie ode­gra­ły żad­nej zna­czą­cej roli w tej woj­nie.

W okre­sie mię­dzy­wo­jen­nym w Ame­ry­kań­skiej Ma­ry­nar­ce Wo­jen­nej sil­nie for­so­wa­no pra­ce pro­jek­to­we nad roz­wi­ja­niem kon­struk­cji okrę­tów pod­wod­nych. W 1941 roku, wraz z wej­ściem do służ­by okrę­tu Gato, przy­ję­to pro­jekt, któ­ry miał się stać stan­dar­dem dla ol­brzy­miej flo­ty pod­wod­nej, tak dziel­nie wal­czą­cej na Pa­cy­fi­ku w cza­sie dru­giej woj­ny świa­to­wej. Jed­nost­ka, na­zwa­na bo­jo­wym okrę­tem pod­wod­nym flo­ty, mia­ła wy­por­ność oko­ło 1500 ton i sto dwa me­try dłu­go­ści, a jej mak­sy­mal­na pręd­kość w wy­nu­rze­niu wy­no­si­ła dwa­dzie­ścia wę­złów. Na­pęd za­pew­nia­ły czte­ry sil­ni­ki die­slow­skie o mocy 1800 koni me­cha­nicz­nych każ­dy. W za­nu­rze­niu dzia­ła­ły na­to­miast sil­ni­ki elek­trycz­ne, za­si­la­ne ener­gią zma­ga­zy­no­wa­ną w aku­mu­la­to­rach, jed­nak mak­sy­mal­na pręd­kość pod wodą wy­no­si­ła tyl­ko dzie­sięć wę­złów i moż­na było ją utrzy­mać przez za­le­d­wie go­dzi­nę.

Cho­ciaż bo­jo­wy okręt pod­wod­ny flo­ty mógł na na­pę­dzie die­slow­skim bez tan­ko­wa­nia po­ko­ny­wać ty­sią­ce mil, to jego osią­gi pod wodą – za­rów­no pręd­kość, jak i za­sięg – były nad­zwy­czaj ogra­ni­czo­ne. Sil­ni­ki spa­li­no­we po­trze­bo­wa­ły wiel­kich ilo­ści po­wie­trza, moż­na było ich za­tem uży­wać tyl­ko pły­nąc na po­wierzch­ni. W Ame­ry­kań­skiej Ma­ry­nar­ce Wo­jen­nej nie przy­ję­ły się tak zwa­ne chra­py, wy­na­le­zio­ne przez Niem­ców, po­zwa­la­ją­ce okrę­to­wi pod­wod­ne­mu pły­nąć tuż pod po­wierzch­nią na sil­ni­kach die­slow­skich, dzię­ki wy­sta­wia­nym w górę ru­rom za­sy­sa­ją­cym po­wie­trze.

Z uwa­gi na tak kiep­skie osią­gi pod wodą bo­jo­we okrę­ty pod­wod­ne flo­ty były tak na­praw­dę jed­nost­ka­mi na­wod­ny­mi, któ­re mo­gły się za­nu­rzać na krót­ki czas. Praw­dzi­we okrę­ty pod­wod­ne, mo­gą­ce dzia­łać pod wodą bez żad­nych ogra­ni­czeń, bez po­trze­by czę­ste­go wy­nu­rza­nia się dla uzu­peł­nie­nia po­wie­trza i na­ła­do­wa­nia aku­mu­la­to­rów, po­ja­wi­ły się do­pie­ro wraz z wej­ściem do służ­by w US Navy Na­uti­lu­sa, pierw­sze­go na świe­cie okrę­tu o na­pę­dzie nu­kle­ar­nym – re­ak­tor nie po­trze­bu­je bo­wiem po­wie­trza do wy­twa­rza­nia ener­gii.

Okręt pod­wod­ny za­wdzię­cza zdol­ność do utrzy­my­wa­nia się na po­wierzch­ni i za­nu­rza­nia się zbior­ni­kom ba­la­sto­wym, umoż­li­wia­ją­cym zmia­nę stop­nia pły­wal­no­ści. Kie­dy znaj­du­je się w wy­nu­rze­niu, w zbior­ni­kach po­zo­sta­je tyl­ko tyle wody, by utrzy­mać go na po­wierzch­ni – okręt znaj­du­je się wów­czas w sta­nie „pły­wal­no­ści do­dat­niej”. Gdy ma się za­nu­rzyć, na­bie­ra wody do zbior­ni­ków, zmie­nia­jąc wte­dy stan „pły­wal­no­ści do­dat­niej” w „pły­wal­ność ujem­ną”. Okręt w ta­kim sta­nie pły­wal­no­ści mógł­by opaść na dno, więc kie­dy ka­pi­tan po­sta­no­wi utrzy­mać kon­kret­ną głę­bo­kość, ilość wody w zbior­ni­kach zo­sta­je do­bra­na tak, by osią­gnąć stan „pły­wal­no­ści neu­tral­nej”. Moż­na wów­czas zmie­niać za­nu­rze­nie okrę­tu po­przez od­po­wied­nie usta­wie­nie pła­tów ste­rów głę­bo­ko­ści, dzia­ła­ją­cych na ta­kiej sa­mej za­sa­dzie jak lot­ki po­zio­me w sa­mo­lo­cie – pod wa­run­kiem że sil­ni­ki na­da­ją jed­no­st­ce pręd­kość wy­star­cza­ją­cą do wy­two­rze­nia siły no­śnej na pła­tach. Bez ste­rów głę­bo­ko­ści i pręd­ko­ści za­pew­nia­ją­cej ich dzia­ła­nie nie moż­na by­ło­by utrzy­mać okrę­tu na za­da­nej głę­bo­ko­ści z uwa­gi na fakt, że do­kład­ne wy­zna­cze­nie „pły­wal­no­ści neu­tral­nej” jest w prak­ty­ce nie­moż­li­we do osią­gnię­cia.

Pod wzglę­dem kon­struk­cyj­nym okręt pod­wod­ny zbu­do­wa­ny jest tak na­praw­dę z dwóch ka­dłu­bów: ze­wnętrz­ne­go oraz ci­śnie­nio­we­go. Ze­wnętrz­ny ka­dłub mie­ści zbior­ni­ki ba­la­sto­we i zbior­ni­ki z pa­li­wem i jest za­pro­jek­to­wa­ny tak, by ci­śnie­nie we­wnątrz było za­wsze ta­kie samo jak ci­śnie­nie ota­cza­ją­cej go wody. Ka­dłub we­wnętrz­ny lub ci­śnie­nio­wy mie­ści miesz­kal­ną część okrę­tu pod­wod­ne­go. Ze wzglę­du na bez­pie­czeń­stwo za­ło­gi ci­śnie­nie po­wie­trza we­wnątrz jest utrzy­my­wa­ne na tym sa­mym mniej wię­cej po­zio­mie co ci­śnie­nie na po­wierzch­ni. Dla­te­go ka­dłub we­wnętrz­ny musi być skon­stru­owa­ny tak, by wy­trzy­mał na­pór wody na głę­bo­ko­ści za­ło­żo­nej przez pro­jek­tan­tów. Każ­dy metr głę­bo­ko­ści po­wo­du­je zwięk­sze­nie siły zgnia­ta­ją­cej dzia­ła­ją­cej na ka­dłub we­wnętrz­ny. Na głę­bo­ko­ści stu pięt­na­stu me­trów ka­dłub we­wnętrz­ny okrę­tu pod­wod­ne­go pod­da­wa­ny jest ci­śnie­niu po­nad stu ty­się­cy ki­lo­gra­mów na metr kwa­dra­to­wy.

Ka­dłub ci­śnie­nio­wy bo­jo­we­go okrę­tu pod­wod­ne­go flo­ty na ca­łej dłu­go­ści po­dzie­lo­ny jest na wła­ści­we prze­dzia­ły. Głów­ne sek­cje to: dzio­bo­wy prze­dział tor­pe­do­wy, w któ­rym spo­czy­wa­ją tor­pe­dy przy­go­to­wa­ne do za­ła­do­wa­nia do wy­rzut­ni dzio­bo­wych; przed­nia aku­mu­la­to­row­nia, po­miesz­cze­nie kon­tro­li za­nu­rze­nia, w któ­rym znaj­du­ją się sys­te­my kon­tro­li ste­rów głę­bo­ko­ści oraz zbior­ni­ków ba­la­sto­wych; tyl­na aku­mu­la­to­row­nia; przed­nia ma­szy­now­nia, miesz­czą­ca dwa z czte­rech die­sli okrę­tu; tyl­na ma­szy­now­nia, miesz­czą­ca dwa po­zo­sta­łe die­sle; ste­row­nia, w któ­rej za­mon­to­wa­ne są sil­ni­ki elek­trycz­ne oraz pa­nel kon­tro­l­ny; i na ko­niec ru­fo­wy prze­dział tor­pe­do­wy. Nad po­miesz­cze­niem kon­tro­li za­nu­rze­nia usy­tu­owa­ny jest prze­dział wy­sta­ją­cy z ka­dłu­ba ci­śnie­nio­we­go, zwa­ny cen­tra­lą. To wła­śnie z tego miej­sca ka­pi­tan do­wo­dzi okrę­tem w za­nu­rze­niu.

Na ka­dłu­bie ci­śnie­nio­wym od dzio­bu nie­mal po samą rufę cią­gnie się dek, a po­środ­ku, nad cen­tra­lą, wzno­si się kiosk, na któ­rym za­mon­to­wa­ne są dwa pe­ry­sko­py, dwie an­te­ny ra­da­ro­we oraz maszt an­te­no­wy.

Głów­ne uzbro­je­nie bo­jo­we­go okrę­tu pod­wod­ne­go flo­ty skła­da się z sze­ściu dzio­bo­wych wy­rzut­ni tor­pe­do­wych oraz czte­rech wy­rzut­ni ru­fo­wych. Na po­kła­dzie, za­zwy­czaj na po­mo­ście bo­jo­wym, usy­tu­owa­nym za­raz za kio­skiem, znaj­du­je się dzia­ło prze­zna­czo­ne do dzia­łań w po­ło­że­niu na­wod­nym. Ale dzia­ła szyb­ko z okrę­tów zde­mon­to­wa­no, za­stę­pu­jąc je w cza­sie dru­giej woj­ny świa­to­wej prze­ciw­lot­ni­czy­mi ka­ra­bi­na­mi ma­szy­no­wy­mi, mon­to­wa­ny­mi w czę­ści kio­sku zwa­nym po­mo­stem dla pa­la­czy.

Wej­ście do służ­by za­awan­so­wa­ne­go tech­nicz­nie Na­uti­lu­sa i ko­lej­nych nu­kle­ar­nych jed­no­stek zwia­stu­je ry­chłe wy­co­fa­nie okrę­tów o na­pę­dzie die­slow­sko-elek­trycz­nym z flo­ty Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Ale jesz­cze w 1959 roku ogrom­ną więk­szość bo­jo­wych okrę­tów pod­wod­nych we flo­tach ca­łe­go świa­ta sta­no­wi­ły ge­ne­ral­nie jed­nost­ki ta­kie same pod wzglę­dem kon­struk­cyj­nym jak okrę­ty, któ­re za­da­ły Ja­poń­czy­kom na Pa­cy­fi­ku pierw­szy i - zda­niem wie­lu eks­per­tów – naj­bar­dziej zna­czą­cy cios.

Nie­za­leż­nie jed­nak od tego, jaki okręt pod­wod­ny ma kształt, wiel­kość czy ro­dzaj na­pę­du, to i tak jego osta­tecz­na sku­tecz­ność za­le­ży od umie­jęt­no­ści i od­wa­gi lu­dzi, któ­rzy nim kie­ru­ją. Z pew­no­ścią w dłu­giej hi­sto­rii wo­jen na mo­rzu żad­na for­ma­cja nie wy­ka­za­ła się więk­szą wa­lecz­no­ścią, po­świę­ce­niem i kom­pe­ten­cja­mi niż za­ło­gi okrę­tów pod­wod­nych Flo­ty Pa­cy­fi­ku, sa­mot­nie i bez żad­nych wi­do­ków na wspar­cie wdzie­ra­ją­cych się do por­tów wy­spiar­skie­go ce­sar­stwa, by nisz­czyć stat­ki wro­ga, od któ­rych za­le­ża­ła cała zdol­ność Ja­po­nii do pro­wa­dze­nia woj­ny. Ame­ry­ka, któ­rej słu­ży­li i któ­rą oca­li­li, na za­wsze po­zo­sta­nie ich dłuż­ni­kiem.

1UTRATA PERCHA

Przed wy­bu­chem dru­giej woj­ny świa­to­wej ame­ry­kań­skie siły mor­skie na Pa­cy­fi­ku po­dzie­lo­ne były na dwa zgru­po­wa­nia: Flo­tę Azja­tyc­ką oraz Flo­tę Pa­cy­fi­ku.

Flo­ta Azja­tyc­ka skła­da­ła się cięż­kie­go krą­żow­ni­ka, dwóch lek­kich krą­żow­ni­ków, trzy­na­stu nisz­czy­cie­li, pew­nej licz­by tra­łow­ców i rzecz­nych ka­no­nie­rek oraz trzy­dzie­stu okrę­tów pod­wod­nych. Nie­któ­re jed­nost­ki tej gru­py, na przy­kład Czwar­ty Re­gi­ment Pie­cho­ty Mor­skiej, sta­cjo­no­wa­ły w Chi­nach, inne – na Fi­li­pi­nach i na Mo­rzu Po­łu­dnio­wo­chiń­skim.

Ad­mi­rał Tho­mas C. Hart, do­wód­ca Flo­ty Pa­cy­fi­ku, wy­ka­zał się wiel­ką da­le­ko­wzrocz­no­ścią, wca­le nie tak czę­stą w tych ostat­nich mie­sią­cach po­zor­ne­go po­ko­ju w tej czę­ści świa­ta, i prze­su­nął pod­le­głe mu okrę­ty i pie­cho­tę mor­ską z Chin na Fi­li­pi­ny, aby unik­nąć od­cię­cia od głów­nych sił przez Ja­poń­czy­ków, któ­rych agre­sja – jak to słusz­nie prze­wi­dział – była nie­unik­nio­na.

Więk­sza część ame­ry­kań­skich sił mor­skich zgru­po­wa­na była we Flo­cie Pa­cy­fi­ku, roz­lo­ko­wa­nej głów­nie na Ha­wa­jach i na Wy­brze­żu Za­chod­nim, za­sad­ni­cza zaś stra­te­gia sta­wie­nia czo­ła ja­poń­skiej ofen­sy­wie po­le­ga­ła na moż­li­wie jak naj­dłuż­szym utrzy­ma­niu Fi­li­pin przez Flo­tę Azja­tyc­ką, a na­stęp­nie wy­co­fa­niu się tego zgru­po­wa­nia na po­łu­dnie i do­łą­cze­niu do sił bry­tyj­skich i ho­len­der­skich bro­nią­cych Ma­la­jów. W tym cza­sie Flo­ta Pa­cy­fi­ku mia­ła się skie­ro­wać na po­łu­dnio­wy za­chód, ude­rzyć na Ka­ro­li­ny i po­łą­czyć się z Flo­tą Azja­tyc­ką.

Tym­cza­sem dwa wy­da­rze­nia kom­plet­nie zni­we­czy­ły ten plan. Ja­poń­ski atak na Pe­arl Har­bor spra­wił, że Flo­ta Pa­cy­fi­ku sta­ła się nie­zdol­na do ni­cze­go wię­cej niż tyl­ko bro­nie­nia sa­mych Ha­wa­jów. Do tego do­szło cał­ko­wi­te znisz­cze­nie lot­nic­twa Flo­ty Azja­tyc­kiej na Fi­li­pi­nach – Ja­poń­czy­cy za­sko­czy­li Ame­ry­ka­nów i roz­pra­wi­li się z sa­mo­lo­ta­mi, za­nim zdo­ła­ły wy­star­to­wać. Kosz­to­wa­ło to Flo­tę Azja­tyc­ką utra­tę wspar­cia lą­do­wych baz lot­ni­czych.

Jed­nost­ki na­wod­ne zgru­po­wa­nia zgod­nie z pla­nem wy­co­fa­ły się na po­łu­dnie i do­łą­czy­ły do sił bry­tyj­skich i ho­len­der­skich. Jed­nak brak ko­or­dy­na­cji do­wo­dze­nia si­ła­mi mię­dzy­na­ro­do­wy­mi do­pro­wa­dził do pa­sma na­stę­pu­ją­cych po so­bie po­ra­żek i obro­na Ma­la­jów za­ła­ma­ła się kom­plet­nie. Na Mo­rzu Ja­waj­skim, w cie­śni­nie Ban­dung, na mo­rzu Sulu i w Cie­śni­nie Sun­daj­skiej na dno po­szły ko­lej­no wszyst­kie ame­ry­kań­skie, bry­tyj­skie i ho­len­der­skie okrę­ty oraz ich za­ło­gi.

Z ca­łej Flo­ty Azja­tyc­kiej po­zo­sta­ły Ame­ry­ka­nom tyl­ko okrę­ty pod­wod­ne, było to jed­nak zbyt mało, by po­wstrzy­mać bez­względ­ne na­tar­cie zwy­cię­skiej Ce­sar­skiej Ma­ry­nar­ki Wo­jen­nej. W tych po­nu­rych dniach klę­ski ame­ry­kań­scy pod­wod­nia­cy, po­dej­mu­jąc za­cię­te, he­ro­icz­ne pró­by za­trzy­ma­nia ofen­sy­wy nie­przy­ja­cie­la, wda­wa­li się w bi­twę za bi­twą. Ale ich umie­jęt­no­ści i bo­ha­ter­stwo ni­we­czy­ły uster­ki tech­nicz­ne, za­wi­nio­ne przez lu­dzi sie­dzą­cych bez­piecz­nie w Sta­nach. Tor­pe­dy, któ­re ma­ry­na­rze wy­strze­li­wa­li z na­ra­ża­niem ży­cia, oka­za­ły się wa­dli­we – albo nie tra­fia­ły w cel na sku­tek uster­ki kon­struk­cyj­nej me­cha­ni­zmu od­po­wia­da­ją­ce­go za utrzy­ma­nie głę­bo­ko­ści, albo ude­rza­ły w cel, ale nie eks­plo­do­wa­ły z po­wo­du wa­dli­wych de­to­na­to­rów.

W po­cząt­ko­wych mie­sią­cach woj­ny na Pa­cy­fi­ku ame­ry­kań­skie okrę­ty pod­wod­ne za­da­ły wro­go­wi bar­dzo nie­wiel­kie stra­ty. Nie wy­ni­ka­ło to jed­nak z bra­ku od­wa­gi, wręcz prze­ciw­nie: mę­stwo za­wsze już bę­dzie się ko­ja­rzyć z tymi ludź­mi, któ­rzy ru­sza­li do boju osa­mot­nie­ni, bez ja­kich­kol­wiek szans na suk­ces. W tym okre­sie wy­da­rzy­ło się wie­le świad­czą­cych o tym in­cy­den­tów. Jed­nym z nich jest utra­ta Per­cha. Ko­man­dor po­rucz­nik Da­vid A. Hurt wie­le razy prze­pro­wa­dzał okręt pod­wod­ny Perch przez ka­nał wio­dą­cy z Ca­vi­te do Za­to­ki Ma­nil­skiej i da­lej na peł­ne mo­rze. Tym ra­zem wszyst­ko wy­glą­da­ło in­a­czej. Pro­wa­dził swo­ją jed­nost­kę po­wo­li i ostroż­nie, by bez­piecz­nie omi­nąć nowe, po­spie­sze­nie po­sta­wio­ne za­gro­dy mi­no­we, ma­ją­ce chro­nić stocz­nię Ma­ry­nar­ki Wo­jen­nej w Ca­vi­te przed nie­spo­dzie­wa­nym ata­kiem.

Hurt obej­rzał się szyb­ko za rufę, gdzie w miej­scu ruin zbom­bar­do­wa­nej stocz­ni w Ca­vi­te wi­dać było słu­py ognia i bły­ski eks­plo­zji amu­ni­cji. Za­ry­sy szkie­le­tów dźwi­gów por­to­wych i wie­ży ci­śnień po­chy­la­ły się pod wa­riac­ki­mi ką­ta­mi w po­wol­nym upad­ku po­wo­do­wa­nym przez żar to­pią­cy bol­ce mo­cu­ją­ce ich pod­sta­wy. Była noc 10 grud­nia 1941 roku cza­su wschod­nie­go – dru­ga noc za­cie­kłe­go ata­ku Ja­poń­czy­ków, któ­rzy na parę lat mie­li za­jąć Fi­li­pi­ny. W ciem­no­ściach sły­chać było war­kot bez­kar­nych nie­przy­ja­ciel­skich bom­bow­ców, nie­po­dziel­nie pa­nu­ją­cych w po­wie­trzu po za­ska­ku­ją­cym na­lo­cie na ame­ry­kań­skie lot­ni­ska i znisz­cze­niu nie­mal wszyst­kich ma­szyn US Air For­ce, za­nim te zdą­ży­ły po­de­rwać się z zie­mi. Na­lot na­stą­pił do­słow­nie w parę go­dzin po ata­ku na Pe­arl Har­bor.

In­stynkt przy­na­glał Hur­ta do zwięk­sze­nia pręd­ko­ści; okręt szedł z za­wrot­ną pręd­ko­ścią pię­ciu wę­złów, co bar­dzo po­wo­li od­da­la­ło go od pie­kła ku otwar­te­mu mo­rzu, gdzie przy­najm­niej mógł pod­jąć wal­kę, mimo bar­dzo nie­rów­nych szans. Hart, przez lata szko­le­nia na­uczo­ny dys­cy­pli­ny, zwal­czył w so­bie im­puls na­ka­zu­ją­cy mu uciecz­kę z mak­sy­mal­ną szyb­ko­ścią. Skru­pu­lat­na na­wi­ga­cja była nie­zbęd­na do prze­do­sta­nia się przez za­gro­dy mi­no­we, po­sta­wio­ne w Za­to­ce Ma­nil­skiej przez ame­ry­kań­skie sta­wia­cze min.

Rzu­ca­jąc jesz­cze raz okiem w kie­run­ku, z któ­re­go szedł Perch, Hurt do­strzegł czer­wo­ną boję pod­ska­ku­ją­cą na umiar­ko­wa­nej fali wzbu­rzo­nej przez pół­noc­no-wschod­ni mon­sun. Kie­dy boja prze­su­nę­ła się bli­sko le­wej bur­ty, ka­pi­tan przy­gar­bił się nad na­mier­ni­kiem kom­pa­so­wym za­mon­to­wa­nym na po­mo­ście, chwy­cił za uchwy­ty i ob­ró­cił tar­czą, by wziąć na­miar na wie­żę ci­śnień w Ca­vi­te. Za­do­wo­lo­ny, że zdo­łał usta­lić do­kład­ną po­zy­cję, na­chy­lił się nad wła­zem do kio­sku i za­wo­łał do ster­ni­ka:

– Idź lewo na zero zero pięć!

Perch po­słusz­nie od­po­wie­dział na ruch ste­rem. Hurt od cza­su do cza­su czuł na twa­rzy do­cie­ra­ją­ce aż do po­mo­stu drob­ne bry­zgi fal, po zmia­nie kur­su roz­bi­ja­ją­cych się o pra­wą bur­tę. Na czar­nej po­wierzch­ni za­to­ki doj­rzał bły­ski boi, mi­ga­ją­cych jak świe­tli­ki, nie­na­wy­kłe do ta­kich ciem­no­ści, spo­wi­ja­ją­cych mrocz­nym ca­łu­nem Ma­ni­lę, zwy­kle tęt­nią­cą noc­nym ży­ciem. Za­sta­no­wił się, czy dane mu bę­dzie jesz­cze kie­dy­kol­wiek zo­ba­czyć ja­skra­wą masę świa­teł, któ­ra w bar­dziej ra­do­snych, przed­wo­jen­nych cza­sach, skło­ni­ła ma­ry­na­rzy z US Navy i ich ro­dzi­ny do osie­dle­nia się w sto­li­cy Wspól­no­ty Fi­li­piń­skiej.

Wspo­mnie­nie ro­dzin przy­wio­dło mu na myśl mą­drość i da­le­ko­wzrocz­ność ad­mi­ra­ła Tho­ma­sa C. Har­ta, głów­no­do­wo­dzą­ce­go Flo­tą Pa­cy­fi­ku, któ­ry już kil­ka mie­się­cy wcze­śniej prze­zor­nie na­ka­zał wszyst­kim ro­dzi­nom pod­le­głych mu ma­ry­na­rzy ewa­ku­ację do Sta­nów i roz­trop­nie wy­co­fał pie­cho­tę mor­ską z Szan­gha­ju, kie­dy po­li­ty­cy z Wa­szyng­to­nu ba­wi­li się w dy­plo­ma­tycz­ne prze­py­chan­ki z Ja­poń­czy­ka­mi. Dave nie miał po­ję­cia, jak sy­tu­acja przed­sta­wia­ła się w rze­czy­wi­sto­ści. Sły­szał tyl­ko przez ra­dio la­ko­nicz­ny, po­zba­wio­ny szcze­gó­łów mel­du­nek o ata­ku na Pe­arl Har­bor; mowa w nim była je­dy­nie o na­lo­cie prze­pro­wa­dzo­nym z nie­przy­ja­ciel­skie­go lot­ni­skow­ca oraz o bli­żej nie­okre­ślo­nych stra­tach za­da­nych Flo­cie Pa­cy­fi­ku. Wię­cej po­wie­dzia­ły mu miny ofi­ce­rów ze szta­bu Cin­ca­sia­tic1 niż in­for­ma­cje po­da­ne na od­pra­wie po­prze­dza­ją­cej wyj­ście w mo­rze. Uznał, że Flo­ta Pa­cy­fi­ku otrzy­ma­ła naj­pew­niej śmier­tel­ny cios i że Flo­ta Azja­tyc­ka bę­dzie mu­sia­ła sama się o sie­bie za­trosz­czyć. Po­czuł na­pływ współ­czu­cia dla ko­le­gów z okrę­tów na­wod­nych Flo­ty Azja­tyc­kiej: krą­żow­ni­ków, nisz­czy­cie­li i jed­no­stek po­moc­ni­czych. My­ślał o tym, jak dłu­go zdo­ła­ją prze­trwać i czy po­wie­dzie im się sza­leń­cza pró­ba do­łą­cze­nia do jed­no­stek alian­tów, for­mu­ją­cych na Ma­la­jach li­nię obron­ną prze­ciw­ko nie­przy­ja­cie­lo­wi, dys­po­nu­ją­ce­mu ogrom­ną prze­wa­gą na mo­rzu i nie­po­dziel­nie pa­nu­ją­ce­mu w po­wie­trzu. Perch i bliź­nia­cze okrę­ty pod­wod­ne za­wsze mo­gły szu­kać uciecz­ki w za­nu­rze­niu, kie­dy sy­tu­acja sta­wa­ła się zbyt groź­na; okrę­ty na­wod­ne mo­gły tyl­ko pró­bo­wać sta­wić nie­przy­ja­cie­lo­wi czo­ła.

Dave, spo­glą­da­jąc przez dal­mierz, tym ra­zem w kie­run­ku masz­tu ra­dio­we­go na przy­ląd­ku San­gley, wi­dział tra­wią­ce Ca­vi­te pło­mie­nie, ja­śnie­ją­ce za rufą po le­wej. Na­ka­zał zmie­nić kurs jesz­cze bar­dziej w lewo, kie­ru­jąc smu­kły dziób okrę­tu w Ka­nał Po­łu­dnio­wy, po­mię­dzy przy­ląd­kiem Li­mit i wy­spą Cor­re­gi­dor. Nie­dłu­go mie­li wejść na Mo­rze Po­łu­dnio­wo­chiń­skie, w któ­rym wy­stę­po­wa­ły za­rów­no eks­tre­mal­ne głę­bi­ny, jak i nie­spo­dzie­wa­ne wy­pły­ce­nia. Dave skrzy­wił się na wspo­mnie­nie map upstrzo­nych wręcz zło­wiesz­czy­mi ostrze­że­nia­mi z ozna­cze­niem „Nie­zba­da­ne” i ze zło­ścią po­my­ślał, że nie dość iż do­szło do woj­ny, to w do­dat­ku ame­ry­kań­skie okrę­ty nie dys­po­no­wa­ły na­wet po­rząd­ny­mi ma­pa­mi.

Ob­ró­cił się w stro­nę po­sta­ci mło­de­go ma­ry­na­rza ze słu­chaw­ka­mi na uszach i mi­kro­fo­nem przy ustach, sto­ją­ce­go w tyle za­ciem­nio­ne­go po­mo­stu.

– Po­wia­dom so­nar, aby uwa­ża­li na ha­ła­sy śrub – po­le­cił.

Oczy­ma wy­obraź­ni wi­dział syl­wet­kę Per­cha, ry­su­ją­cą się ostro na tle od­le­głe­go bla­sku pło­ną­ce­go Ca­vi­te i sta­no­wią­cą prze­pięk­ny cel dla każ­de­go ja­poń­skie­go okrę­tu pod­wod­ne­go, któ­ry cza­ił­by się na po­dej­ściu do Ma­ni­li. Wie­dział jed­nak, że w ka­na­le nie moż­na było za­nu­rzyć okrę­tu, po­nie­waż sil­ne prą­dy mo­gły rzu­cić ośle­pio­nym, pły­ną­cym pod wodą Per­chem pro­sto na cza­ją­ce się pod po­wierzch­nią ostre ska­ły.

– We­zwa­nie z pra­wej, pa­nie ka­pi­ta­nie! – ode­zwał się ob­ser­wa­tor.

Dave za­klął ci­cho. Oczy­wi­ście po­tra­fił zro­zu­mieć żoł­nie­rzy z po­ste­run­ku obron­ne­go na wy­spie Cor­re­gi­dor, któ­rzy chcie­li spraw­dzić toż­sa­mość nie­oświe­tlo­nej jed­nost­ki, ale z nie­chę­cią po­my­ślał, że sy­gna­ły świetl­ne zdra­dzą po­zy­cję okrę­tu.

– Od­po­wiedz za po­mo­cą za­ciem­nio­nej lam­py – roz­ka­zał.

Sy­gna­li­sta uniósł do ra­mie­nia urzą­dze­nie wiel­ko­ści krót­kiej ar­ma­ty i wy­pu­ścił se­kwen­cję umó­wio­nych bły­sków. Lam­pa sy­gna­ło­wa osło­nię­ta była dłu­gim cy­lin­drem, któ­ry ogra­ni­czał wiąz­kę emi­to­wa­ne­go świa­tła do bar­dzo wą­skie­go kąta, co zmniej­sza­ło ry­zy­ko przy­pad­ko­we­go wy­kry­cia okrę­tu przez nie­przy­ja­cie­la. Ob­ser­wa­to­rzy z po­ste­run­ku na wy­spie od­po­wie­dzie­li sy­gna­łem ozna­cza­ją­cym po­zwo­le­nie przej­ścia przez cie­śni­nę.

– Pra­wo na burt – po­le­cił Dave i po gwał­tow­nej zmia­nie kur­su o pięt­na­ście stop­ni na­ka­zał utrzy­my­wać nowy kurs przez mi­nu­tę, po czym wy­dał roz­kaz po­wro­tu na po­przed­ni kurs.

Było to dzia­ła­nie pre­wen­cyj­ne, ma­ją­ce za­po­biec ata­ko­wi nie­przy­ja­ciel­skie­go okrę­tu pod­wod­ne­go lub szyb­kie­go ku­tra tor­pe­do­we­go, gdy­by któ­ryś z nich pró­bo­wał za­sta­wić pu­łap­kę przy po­dej­ściu do Ma­ni­li. W spra­wie bez­pie­czeń­stwa okrę­tu Dave nie zda­wał się nig­dy na przy­pa­dek i tak mia­ło po­zo­stać do cza­su, aż okręt za­cu­mu­je w bez­piecz­nej przy­sta­ni. Z każ­dą go­dzi­ną alian­ci mie­li jed­nak co­raz mniej por­tów, w któ­rych mo­gły­by się schro­nić ich jed­nost­ki.

Gdy na le­wym tra­wer­sie zna­lazł się przy­lą­dek Li­mit i do świ­tu po­zo­sta­ła już tyl­ko go­dzi­na, Dave wy­dał dwa roz­ka­zy: – Opu­ścić po­kład! – I za­raz po­tem: – Za­nu­rze­nie! – Ob­ser­wa­to­rzy i sy­gna­li­ści, przy ochry­płym akom­pa­nia­men­cie sy­re­ny sy­gna­li­zu­ją­cej alarm za­nu­rze­nia, przy­po­mi­na­ją­cej mo­du­lo­wa­ne, zgrzy­tli­we trą­bie­nie sa­mo­cho­du z lat dwu­dzie­stych, prze­pchnę­li się przed nim przez cia­sny właz kio­sku. Po­kry­wa luku za­trza­snę­ła się za nim z hu­kiem. Z cen­tra­li pod kio­skiem do­szły do nie­go wy­da­wa­ne przez po­rucz­ni­ka John­ny’ego Ry­de­ra, ofi­ce­ra za­nu­rze­nia, po­le­ce­nia do ma­ry­na­rzy ob­słu­gu­ją­cych po­szcze­gól­ne urzą­dze­nia okrę­tu.

– Pły­wal­ność ujem­na… Kąt scho­dze­nia pięć stop­ni.

Ucichł jęk die­sli i za­stą­pił go le­d­wo sły­szal­ny sko­wyt głów­nych sil­ni­ków elek­trycz­nych, za­si­la­nych przez ba­te­rie aku­mu­la­to­rów, w któ­rych zma­ga­zy­no­wa­na była ener­gia wy­ko­rzy­sty­wa­na przez Perch w trak­cie za­nu­rze­nia. Dave Hurt miał za sobą set­ki wy­ko­na­nych za­nu­rzeń i zej­ście pod wodę po­win­no być dla nie­go ru­ty­no­wym ma­new­rem. Ale te­raz sy­tu­acja przed­sta­wia­ła się in­a­czej. Staw­ką było prze­ży­cie, a w tej grze wszel­kie atu­ty zna­la­zły się w ręku prze­ciw­ni­ka i aby prze­trwać, nie wol­no było po­peł­nić naj­mniej­sze­go błę­du. W cza­sach po­ko­ju błąd tak­tycz­ny ozna­czał mniej­szą licz­bę punk­tów w wy­ni­kach ćwi­czeń prak­tycz­nych, może na­wet zmy­cie gło­wy przez wyż­sze szar­że czy ko­le­żeń­skie na­śmie­wa­nie się w ka­sy­nie ofi­cer­skim. Ale to wszyst­ko ule­gło zmia­nie rano 8 grud­nia 1941 roku cza­su wschod­nie­go. Ża­den prze­ło­żo­ny nie skry­ty­ku­je po­mył­ki i ża­den ko­le­ga pod­wod­niak nie bę­dzie się draż­nić z pro­ste­go po­wo­du: nig­dy się o tym nie do­wie­dzą. Ci, któ­rzy po­peł­nią błąd, w więk­szo­ści znik­ną na za­wsze w głę­bi­nach. A cały cię­żar po­dej­mo­wa­nia de­cy­zji o tym, co w da­nej sy­tu­acji jest wła­ści­we, spo­czy­wał na bar­kach tyl­ko jed­ne­go czło­wie­ka – ofi­ce­ra do­wo­dzą­ce­go okrę­tem.

– Wy­po­zio­mo­wać… Wy­dmu­chać nad­miar.

John­ny Ry­der try­mo­wał okręt na głę­bo­ko­ści, na jaką Dave po­le­cił spro­wa­dzić Per­cha po wy­da­niu ko­men­dy do za­nu­rze­nia. Okręt wy­rów­nał i strzał­ka na głę­bo­ko­ścio­mie­rzu wska­za­ła do­kład­nie licz­bę stu stóp. Dave ma­chi­nal­nie za­ob­ser­wo­wał, że cały ma­newr zo­stał prze­pro­wa­dzo­ny płyn­nie i pre­cy­zyj­nie. Ży­wił tyl­ko na­dzie­ję, że tak samo bę­dzie w wa­run­kach bo­jo­wych, w sy­tu­acji, ja­kiej ża­den z nich jesz­cze nie do­świad­czył – ata­ku nie­przy­ja­cie­la, zde­ter­mi­no­wa­ne­go, by po­słać ich na dno.

– Mówi ka­pi­tan. – Za­ło­ga uci­chła, kie­dy Dave z cen­tra­li za­czął przez in­ter­kom po­da­wać in­for­ma­cje o sy­tu­acji. Po­wia­do­mił ich bez­ce­re­mo­nial­nie, że okrę­ty na­wod­ne, któ­re prze­trwa­ły pierw­szy atak Ja­poń­czy­ków, ucie­ka­ły te­raz peł­ną parą na po­łu­dnie, gdzie ist­nia­ła na­dzie­ja na do­łą­cze­nie do sił bry­tyj­skich i ho­len­der­skich w po­bli­żu Jawy i po­wstrzy­ma­nie na­tar­cia nie­przy­ja­cie­la, prą­ce­go na­przód przez Po­łu­dnio­wo-Wschod­nią Azję jak bu­rza ognio­wa gna­na sil­nym wia­trem.

– Z na­szych jed­no­stek w tym re­jo­nie po­zo­sta­ły tyl­ko okrę­ty pod­wod­ne – oznaj­mił. – Gdy­by­śmy zdo­ła­li do­rwać do­sta­tecz­nie dużo jed­no­stek nie­przy­ja­cie­la, to spo­wol­ni­li­by­śmy na­pór jego sił w kie­run­ku po­łu­dnio­wym i od­cią­ży­li­by­śmy na­sze siły bro­nią­ce Fi­li­pin. Nie mo­że­my li­czyć na żad­ną po­moc. Je­ste­śmy zda­ni tyl­ko na sie­bie. Mamy roz­kaz pa­tro­lo­wać re­jon wzdłuż wschod­nie­go wy­brze­ża Lu­zo­nu do akwe­nu na pół­noc od For­mo­zy2. Po­win­ni­śmy na­tra­fić tam na wie­le stat­ków.

Ale prze­po­wied­nia ka­pi­ta­na nie spraw­dzi­ła się. Przez cały ty­dzień Perch pa­tro­lo­wał wy­zna­czo­ny re­jon, jed­nak wszyst­kie do­strze­żo­ne nie­przy­ja­ciel­skie jed­nost­ki znaj­do­wa­ły się za da­le­ko i pły­nę­ły zbyt szyb­ko, by okręt pod­wod­ny mógł je za­ata­ko­wać. W koń­cu Perch po­rzu­cił opu­sto­sza­ły akwen i omi­nąw­szy pół­noc­ny kra­niec For­mo­zy, skie­ro­wał się cie­śni­ną mię­dzy wy­spą i kon­ty­nen­tal­ny­mi Chi­na­mi na po­łu­dnie, by za­jąć po­zy­cję przy wy­brze­żu Chin po­łu­dnio­wych, na wy­so­ko­ści Kwang­tun­gu. Po­cząt­ko­wo Dave za­cho­wy­wał ostroż­ność i utrzy­my­wał okręt na głę­bo­kich wo­dach, w któ­rych Perch mógł wy­ko­rzy­stać swój je­dy­ny spo­sób obro­ny przed nie­przy­ja­ciel­ski­mi nisz­czy­cie­la­mi. Ale po pię­ciu dniach bez­owoc­ne­go krą­że­nia wzdłuż izo­ba­ty dwu­stu­me­tro­wej na za­chód od ła­wi­cy Ve­re­ker po­sta­no­wił wejść po­mię­dzy zdra­dli­we wy­pły­ce­nia uj­ścia rze­ki Per­ło­wej.

Była Wi­gi­lia Bo­że­go Na­ro­dze­nia. Perch na jed­nym die­slu, ła­du­jąc aku­mu­la­to­ry, le­ni­wie su­nął po spo­koj­nej, za­mu­lo­nej wo­dzie Mo­rza Po­łu­dnio­wo­chiń­skie­go. W od­le­gło­ści dwu­dzie­stu mil łuna świa­tła od­bi­ja­ją­ca się od ni­skiej po­kry­wy chmur za­zna­cza­ła po­ło­że­nie Hong­kon­gu, któ­ry tego wła­śnie dnia zo­stał za­ję­ty przez ar­mię ja­poń­ską.

– So­nar mel­du­je o od­gło­sach śrub pra­cu­ją­cych na na­mia­rze trzy zero pięć.

Mel­du­nek z po­mo­stu prze­rwał Dave’owi gniew­ne roz­pa­mię­ty­wa­nie prze­pięk­ne­go i nie­gdyś cy­wi­li­zo­wa­ne­go por­tu, któ­ry tak czę­sto od­wie­dzał w szczę­śliw­szych cza­sach, a któ­ry te­raz bez­li­to­śni, okrut­ni na­jeźdź­cy za­pew­ne ob­ró­ci­li w ru­inę.

– Wszyst­kie ma­szy­ny cała na­przód – po­le­cił. – Ster pra­wo trzy zero pięć.

Perch za­dy­go­tał od wi­bra­cji wy­wo­ła­nych przez czte­ry wiel­kie die­sle, pcha­ją­ce okręt z pręd­ko­ścią sie­dem­na­stu wę­złów w kie­run­ku nie­wi­docz­ne­go jesz­cze celu.

– Ob­sa­dzić sta­no­wi­ska tor­pe­do­we! – krzyk­nął Dave w luk kio­sku.

– So­nar mel­du­je, że cel jest te­raz na na­mia­rze trzy je­den zero.

Zna­czy­ło to, że nie­przy­ja­ciel­ski sta­tek zmie­nił kurs w pra­wo i za­czął od­da­lać się od Per­cha. Dave na­tych­miast po­le­cił po­ło­żyć okręt na kur­sie trzy dwa pięć, by spró­bo­wać zna­leźć się w punk­cie zbież­nym. Wy­si­la­jąc wzrok w oku­la­rach noc­nej lor­net­ki, zdo­łał doj­rzeć za­ma­za­ną syl­wet­kę za­ciem­nio­ne­go stat­ku – głę­bo­ko za­nu­rzo­ne­go frach­tow­ca o no­śno­ści oko­ło dzie­się­ciu ty­się­cy ton. Przy­glą­dał się jed­no­st­ce przez dłuż­szą chwi­lę i nie za­ob­ser­wo­wał zmia­ny na­mia­ru na cel – przy­pad­ko­we ob­ra­nie kur­su trzy dwa pięć oka­za­ło się traf­ną de­cy­zją. Przy­bli­ża­li się do frach­tow­ca kur­sem zbież­nym. Było zbyt ciem­no, by użyć dal­mie­rza do usta­le­nia dy­stan­su; kurs i pręd­kość stat­ku moż­na było osza­co­wać tyl­ko wzro­ko­wo. Ale Dave miał go­to­we roz­wią­za­nie na wy­pa­dek ta­kiej sy­tu­acji: zbli­ży się do­słow­nie na rzut be­re­tem do celu, ry­zy­ku­jąc wy­kry­cie i ostrze­la­nie z dzia­ła frach­tow­ca, aby zmi­ni­ma­li­zo­wać moż­li­we w ta­kich wa­run­kach błę­dy w wy­li­cze­niach.

– Wszyst­kie wy­rzut­nie go­to­we! – za­wo­łał Ken Schacht z po­mo­stu. Schacht był ofi­ce­rem ar­ty­le­ryj­skim i tor­pe­do­wym Per­cha. Dave wy­czuł eks­cy­ta­cję w jego gło­sie – Schacht miał od­pa­lić tor­pe­dę w wa­run­kach bo­jo­wych po raz pierw­szy w swo­jej ka­rie­rze ofi­ce­ra ma­ry­nar­ki wo­jen­nej.

– Usta­wić głę­bo­kość na czte­ry me­try – za­rzą­dził Dave. – Dy­stans je­den je­den zero zero. Po­zo­stać w go­to­wo­ści.

Dave od­czu­wał na­pię­cie, cze­ka­jąc na wła­ści­wy mo­ment do po­sła­nia tor­pe­dy w nie­przy­ja­ciel­ski sta­tek, jed­nak uśmiech­nął się prze­lot­nie na myśl, że na ćwi­cze­niach w cza­sach po­ko­ju nig­dy nie na­po­tkał tak do­god­nej sy­tu­acji do od­da­nia sal­wy. Prze­ciw­nik pły­nął sta­łym kur­sem, Perch pod­cho­dził do nie­przy­ja­cie­la od dzio­bu pod ką­tem czter­dzie­stu pię­ciu stop­ni, a dy­stans zmniej­szył się do mniej niż ty­sią­ca me­trów.

Czyż­by cel zno­wu zmie­niał kurs? Dave oparł się po­ku­sie wy­da­nia roz­ka­zu od­pa­le­nia tor­ped – nie pod­dał się oba­wie, że nie­przy­ja­ciel mógł pró­bo­wać wy­ko­nać unik. Lata dys­cy­pli­ny na­uczy­ły go, że za­cie­kły, de­spe­rac­ki atak mógł z du­żym praw­do­po­do­bień­stwem przy­nieść po­raż­kę. Mi­nę­ła dłuż­sza chwi­la i ko­lej­ny na­miar wy­ka­zał, iż ka­pi­tan frach­tow­ca nadal mu­siał być kom­plet­nie nie­świa­do­my obec­no­ści okrę­tu pod­wod­ne­go.

– Ży­ro­kom­pas kąt zero. Dy­stans dzie­więć zero zero.

To miał być jego ostat­ni roz­kaz dla ob­słu­gi dzio­bo­we­go prze­dzia­łu tor­pe­do­we­go przed od­da­niem sal­wy. Usta­wie­nie me­cha­ni­zmów ży­ro­kom­pa­so­wych ste­ru­ją­cych tor­pe­dą na pły­nię­cie na wprost zaj­mo­wa­ło za­le­d­wie kil­ka se­kund.

– Pal!

Za­raz po wy­da­niu ko­men­dy do­szedł do nie­go mel­du­nek Kena Schach­ta:

– Pierw­sza po­szła.

Jesz­cze trzy tor­pe­dy ko­lej­no wy­strze­li­ły w krót­kich od­stę­pach z wy­rzut­ni; przez chwi­lę z otwar­te­go po­mo­stu wi­dać było ich bia­łe kil­wa­te­ry, ale po stu me­trach zni­kły w ciem­no­ściach. Fos­fo­ry­zu­ją­ca wska­zów­ka jego ze­gar­ka po­wo­li od­li­cza­ła mi­ja­ją­ce se­kun­dy. Upły­nął już czas, w któ­rym pierw­sza tor­pe­da po­win­na ude­rzyć w cel, ale noc­ne­go nie­ba nie roz­darł ocze­ki­wa­ny roz­błysk eks­plo­zji. Ja­poń­ski frach­to­wiec wciąż utrzy­my­wał wcze­śniej­szy kurs i pręd­kość w bło­giej nie­świa­do­mo­ści fak­tu, że ame­ry­kań­ska tor­pe­da wła­śnie prze­pły­nę­ła pod jego ki­lem. Tor­pe­dy nu­mer dwa i trzy po­szły w śla­dy pierw­szej i też nie tra­fi­ły. A kie­dy bra­ko­wa­ło jesz­cze paru se­kund do wy­li­czo­ne­go cza­su tra­fie­nia tor­pe­dy nu­mer czte­ry, na po­wierzch­ni mo­rza obok okrę­tu pod­wod­ne­go po­ja­wił się ośle­pia­ją­cy roz­błysk i po­tęż­ny wstrząs ude­rzył z miaż­dżą­cą siłą w Per­cha. O po­kład za­bęb­ni­ły mniej­sze i więk­sze ka­wał­ki me­ta­lu, ude­rza­jąc z wiel­ką mocą o kiosk nie­da­le­ko otwar­te­go po­mo­stu, na któ­rym stał Dave Hurt.

Te­raz w koń­cu ja­poń­ski frach­to­wiec zmie­nił kurs i od­wró­cił się rufą od miej­sca, w któ­rym do­szło do eks­plo­zji. Za­bu­czał roz­pacz­li­wie sy­re­ną, wzy­wa­jąc na po­moc jed­nost­ki pa­tro­lo­we, jed­no­cze­śnie na­da­jąc przez ra­dio we­zwa­nie o wspar­cie do bar­dziej od­da­lo­nych okrę­tów. Sie­dem­dzie­się­cio­pię­cio­mi­li­me­tro­we dzia­ło na jego ru­fie roz­bły­ska­ło zło­wro­go, wy­plu­wa­jąc se­rię po­ci­sków, któ­re z gwiz­dem prze­le­cia­ły nad okrę­tem pod­wod­nym.

– Za­nu­rze­nie alar­mo­we! – roz­ka­zał Dave.

Perch był w sta­nie roz­wi­nąć pod wodą tyl­ko dzie­sięć wę­złów, jed­nak Hurt chciał naj­pierw skryć się pod po­wierzch­nią i do­pie­ro po­tem usta­lić, czy w po­bli­żu znaj­do­wa­ły się ja­kieś szyb­kie nie­przy­ja­ciel­skie do­zo­row­ce. Okręt zszedł na trzy­dzie­ści me­trów i skie­ro­wał się na wschód w stro­nę głęb­szej wody, nie­mal ocie­ra­jąc się ka­dłu­bem o mu­li­ste dno, któ­re nie­kie­dy znaj­do­wa­ło się tyl­ko o sześć me­trów ni­żej.

– Co się sta­ło? – za­py­tał Schecht. – Do­my­ślam się, że pierw­sze trzy tor­pe­dy chy­bi­ły, ale czwar­ta puk­nę­ła na­praw­dę gło­śno. Za­brzmia­ło to tak, jak­by wy­bu­chła tuż przy na­szym okrę­cie.

– Bo tak było – od­parł Dave. – Za­to­czy­ła koło i skie­ro­wa­ła się pro­sto na nas. Mie­li­śmy kupę szczę­ścia, że wy­bu­chła przed­wcze­śnie, in­a­czej roz­nio­sła­by nas na strzę­py. Ten sko­śno­oki maru na­wet się pew­nie spe­cjal­nie tym nie wy­stra­szył.

– A po­zo­sta­łe trzy też za­wró­ci­ły? – do­py­ty­wał się Schacht.

– Wy­da­je mi się, że do­strze­głem od­blask ich kil­wa­te­rów bli­sko śród­o­krę­cia stat­ku. Moim zda­niem prze­szły za głę­bo­ko i nie za­dzia­ła­ły ma­gne­tycz­ne za­pal­ni­ki3.

Ale wte­dy nie było jesz­cze wia­do­mo, co o tym wszyst­kim są­dzić. Dave mógł prze­sza­co­wać za­nu­rze­nie celu – a może to tor­pe­dy­ści wpro­wa­dzi­li nie­wła­ści­we usta­wie­nia głę­bo­ko­ścio­mie­rzy tor­ped. Od­su­nął na ra­zie na bok tę kwe­stię, po­nie­waż i tak nic nie mógł na to po­ra­dzić, i wró­cił do spra­wy naj­waż­niej­szej: za­pew­nie­nia bez­pie­czeń­stwa okrę­tu.

– Za­py­taj so­nar, czy wy­ła­pa­li ja­kieś od­gło­sy śrub pra­cu­ją­cych na wy­so­kich ob­ro­tach – po­le­cił spi­ke­ro­wi.

– Nic, poza od­da­la­ją­cy­mi się od­gło­sa­mi maru pły­ną­ce­go z małą pręd­ko­ścią – usły­szał od­po­wiedź.

– Wy­nu­rze­nie! – za­rzą­dził.

Kie­dy Perch zna­lazł się na po­wierzch­ni, Dave na­tych­miast na­ka­zał uru­cho­mić wszyst­kie czte­ry die­sle i skie­ro­wał okręt z mak­sy­mal­ną pręd­ko­ścią na wschód, by zna­leźć się jak naj­da­lej od miej­sca­nieu­da­ne­go ata­ku, do któ­re­go z pew­no­ścią pły­nę­ły już nie­przy­ja­ciel­skie okrę­ty. W mil­cze­niu za­ło­gi wy­czu­wał to samo przy­gnę­bie­nie, któ­re sam te­raz prze­ży­wał. Po ty­go­dniach bez­owoc­ne­go prze­szu­ki­wa­nia Mo­rza Fi­li­piń­skie­go fru­stru­ją­ce było chy­bie­nie w sy­tu­acji, kie­dy we­dług wszel­kich re­guł sztu­ki wo­jen­nej po­win­ni byli za­to­pić sta­tek. Moż­li­we, że nie­któ­rzy – a może wszy­scy – ma­ry­na­rze z jego za­ło­gi my­śle­li so­bie, że to on spar­ta­czył atak, po­nie­waż źle prze­pro­wa­dził wy­li­cze­nia. Sam w du­chu przy­znał, że mo­gli mieć ra­cję. Tyl­ko dziw­ny kurs, ja­kim po­szła tor­pe­da nu­mer czte­ry, mógł wska­zy­wać na to, iż przy­czy­ną fia­ska była ra­czej uster­ka za­pal­ni­ka, niż błęd­ny wy­bór me­to­dy ata­ku. Nie­po­ko­iła go myśl, że człon­ków jego za­ło­gi mo­gły nur­to­wać wąt­pli­wo­ści co do jego umie­jęt­no­ści. Taka sy­tu­acja mo­gła do­pro­wa­dzić do ka­ta­stro­fy szyb­ciej niż zde­cy­do­wa­ny atak nie­przy­ja­cie­la.

W dwie go­dzi­ny póź­niej Perch zwol­nił i pły­nąc na jed­nym die­slu – dru­gi w tym cza­sie ła­do­wał aku­mu­la­to­ry, a dwa po­zo­sta­łe były wy­łą­czo­ne – roz­po­czął prze­cze­sy­wa­nie tras że­glu­go­wych pro­wa­dzą­cych do Hong­kon­gu. W nocy przy­szedł za­ko­do­wa­ny ko­mu­ni­kat ra­dio­wy in­for­mu­ją­cy, że do­wód­ca Flo­ty Pa­cy­fi­ku, ad­mi­rał Hart, na po­kła­dzie okrę­tu pod­wod­ne­go Shark opu­ścił Ma­ni­lę i udał się na Mo­rze Ja­waj­skie, by do­łą­czyć do resz­ty pod­le­głych mu jed­no­stek. Po­da­no też, że w rę­kach alian­tów po­zo­sta­ły tyl­ko Ma­lak­ka i Sin­ga­pur, a kwa­te­ra głów­na do­wódz­twa flo­ty pod­wod­nej Po­łu­dnio­wo-Za­chod­nie­go Pa­cy­fi­ku zo­sta­ła prze­nie­sio­na do Dar­win w Au­stra­lii. Dla Dave’a i jego za­ło­gi sta­ło się oczy­wi­ste, że sko­ro Ja­poń­czy­cy zdo­ła­li po­su­nąć się tak da­le­ko w cią­gu za­le­d­wie trzech ty­go­dni woj­ny, to ode­pchnię­cie ich za­po­wia­da­ło się na bar­dzo dłu­go­trwa­łe i kosz­tow­ne przed­się­wzię­cie.

Od­cię­cie więk­szo­ści wy­brze­ża po­łu­dnio­wych Chin zmu­sza­ło Dave’a Hur­ta do roz­wa­że­nia od nowa kwe­stii za­pa­sów pa­li­wa. Dar­win był od­le­gły o dwa ty­sią­ce mil, a Perch zu­żył już spo­rą część ole­ju na­pę­do­we­go. Hurt po­sta­no­wił po­zo­stać na ra­zie na wo­dach na po­łu­dnie od Sin­ga­pu­ru, by nie od­da­lać się zbyt­nio od bazy, i do cza­su zu­ży­cia po­zo­sta­łe­go w zbior­ni­kach pa­li­wa kon­ty­nu­ować po­lo­wa­nie na ja­poń­skie okrę­ty na­wod­ne roz­lo­ko­wa­ne wo­kół Ho­len­der­skich In­dii Wschod­nich.

Noc 28 grud­nia za­sta­ła Per­cha na po­kry­tych mie­li­zna­mi wo­dach przy­brzeż­nych Ko­chin­chi­ny, dwa­dzie­ścia mil od Saj­go­nu. Noc była ja­sna – co praw­da bez­k­się­ży­co­wa, ale za to nie­bo roz­świe­tla­ły gwiaz­dy. Stwa­rza­ło to świet­ne wa­run­ki dla pod­wod­nia­ków, któ­rzy dużo ła­twiej mo­gli do­strzec wy­so­kie syl­wet­ki swo­ich ce­lów, pod­czas gdy nie­przy­ja­ciel­scy ob­ser­wa­to­rzy byli w sta­nie wy­pa­trzeć za­rys le­d­wo wy­sta­ją­ce­go z wody ka­dłu­ba okrę­tu pod­wod­ne­go. Dave, któ­re­mu nie da­wa­ło spo­ko­ju wspo­mnie­nie nie­uda­ne­go ata­ku pod Hong­kon­giem, nie­zmor­do­wa­nie krą­żył po po­mo­ście, usi­łu­jąc my­śla­mi przy­wa­bić Ja­poń­czy­ków. Jako re­ali­sta i czło­wiek zdol­ny do kry­tycz­ne­go oce­nia­nia sa­me­go sie­bie, zda­wał so­bie spra­wę z tego, że tyl­ko ko­lej­ny atak na nie­przy­ja­ciel­ską jed­nost­kę mógł do­star­czyć wia­ry­god­nych do­wo­dów, na pod­sta­wie któ­rych do­pie­ro moż­na by­ło­by wy­snu­wać dal­sze wnio­ski co do tego kto był win­ny nie­po­wo­dze­nia: wa­dli­we tor­pe­dy, za­ło­ga czy on sam.

– Cel przed dzio­bem z pra­wej!

– So­nar mel­du­je o od­gło­sach śrub, ni­skie ob­ro­ty, na­miar dwa dwa pięć.

Mel­du­nek ob­ser­wa­to­ra, po­twier­dzo­ny nie­mal na­tych­miast przez ope­ra­to­ra so­na­ru, po­zwa­lał bez żad­nych wąt­pli­wo­ści stwier­dzić, że ciem­no­ści skry­wa­ły ja­kiś sta­tek. Hurt na­kie­ro­wał po­tęż­nie po­więk­sza­ją­ce ob­raz szkła dal­mie­rza w po­da­nym kie­run­ku i od razu do­strzegł syl­wet­kę śred­niej wiel­ko­ści frach­tow­ca. Przez mo­ment na­szły go wąt­pli­wo­ści. Czy mógł to być sta­tek na­le­żą­cy do Fran­cji Vi­chy? Był to kraj ma­ją­cy sta­tus pań­stwa neu­tral­ne­go, jed­nost­ki no­szą­ce jego ban­de­rę sta­no­wi­ły po­wszech­ny wi­dok na Mo­rzu Po­łu­dnio­wo­chiń­skim i cał­kiem uza­sad­nio­na by­ła­by obec­ność ta­kie­go stat­ku w po­bli­żu jed­ne­go z głów­nych por­tów Fran­cu­skich In­do­chin. Ale nie­mal na­tych­miast od­rzu­cił wszel­kie wąt­pli­wo­ści. Gdy­by sta­tek na­le­żał do pań­stwa neu­tral­ne­go, to miał­by za­pa­lo­ne świa­tła po­zy­cyj­ne. Frach­to­wiec, któ­re­mu przy­glą­dał się przez szkła dal­mie­rza, prze­kra­dał się na­to­miast po­mię­dzy przy­brzeż­ny­mi pły­ci­zna­mi w to­tal­nym za­ciem­nie­niu.

– Od­gło­sy śrub, wy­so­kie ob­ro­ty, na­miar dwa dwa zero!

Otrzy­maw­szy mel­du­nek od ope­ra­to­ra so­na­ru, Dave skie­ro­wał dal­mierz lek­ko w lewo i te­raz do­strzegł mniej­szą syl­wet­kę ja­poń­skie­go okrę­tu eskor­ty. Nig­dy jesz­cze nie miał z nimi do czy­nie­nia, ale czuł przed nimi zro­zu­mia­ły re­spekt. Trze­ba było po­waż­nie trak­to­wać wszel­kie jed­nost­ki na­le­żą­ce do flo­ty, któ­ra z tak bez­względ­ną sta­ran­no­ścią zmia­ta­ła z po­wierzch­ni mo­rza wszyst­ko, co tyl­ko na­po­ty­ka­ła na swo­jej dro­dze.

– Ob­słu­ga tor­ped na sta­no­wi­ska bo­jo­we! Atak na po­wierzch­ni!

Na­wet gdy­by pe­ry­sko­py Per­cha po­zwa­la­ły do­strzec nie­przy­ja­cie­la w nocy (a nie były na tyle sil­ne), to Dave i tak zde­cy­do­wał­by się prze­pro­wa­dzić atak na po­wierzch­ni mimo groź­nej obec­no­ści eskor­ty. Tyl­ko w taki spo­sób mógł spró­bo­wać za­ob­ser­wo­wać kil­wa­te­ry tor­ped i roz­wiać wąt­pli­wo­ści, ja­kie wzbu­dzi­ło fia­sko ata­ku pod Hong­kon­giem.

Dave na­kie­ro­wał ce­low­nik dal­mie­rza na frach­to­wiec i wci­snął gu­zik prze­kaź­ni­ka prze­sy­ła­ją­ce­go dane z na­mia­ru do cen­tra­li, gdzie Ken Schacht, ra­zem z na­wi­ga­to­rem Be­ver­lym Van Bu­skir­kiem, wpi­sy­wał otrzy­ma­ne dane do kom­pu­te­ra kie­ru­ją­ce­go ogniem – pro­ste­go prze­li­cza­ją­ce­go urzą­dze­nia ana­lo­go­we­go – i wy­li­czał dla tor­ped kur­sy prze­chwy­ce­nia celu. Dave’a kor­ci­ło, żeby po­le­cić ope­ra­to­ro­wi so­na­ru po­sła­nie prób­ne­go „pin­gu” dla zwe­ry­fi­ko­wa­nia dy­stan­su od stat­ku, ale zda­wał so­bie spra­wę z tego, że za­alar­mo­wa­ło­by to ja­poń­ski do­zo­ro­wiec, któ­ry na ra­zie był tak samo nie­świa­do­my obec­no­ści okrę­tu pod­wod­ne­go jak frach­to­wiec na­mie­rza­ny przez ka­pi­ta­na Hur­ta.

– Oce­na od­le­gło­ści: je­den pięć zero zero. – Dave miał na­dzie­ję, że dy­stans mniej wię­cej się zga­dzał. We wcze­snym okre­sie woj­ny ame­ry­kań­skie okrę­ty nie mia­ły ra­da­rów, a od­le­gło­ścio­mierz za­mon­to­wa­ny w pe­ry­sko­pie był w nocy bez­u­ży­tecz­ny z po­wo­du so­cze­wek nie­przy­sto­so­wa­nych do pra­cy w ciem­no­ściach. Aby za­tem usta­lić tak istot­ny dla wy­strze­le­nia tor­ped pa­ra­metr jak dy­stans do celu, trze­ba było po­le­gać na ostro­ści wzro­ku ob­ser­wa­to­ra.

– Przy­go­to­wać dzio­bo­we wy­rzut­nie do od­pa­le­nia.

– Dzio­bo­we wy­rzut­nie go­to­we.

Na otwar­tym po­mo­ście i we­wnątrz okrę­tu za­pa­no­wa­ła peł­na na­pię­cia ci­sza.

– Ob­ser­wa­to­rzy pod po­kład – za­rzą­dził spo­koj­nie Dave.

Chciał, aby wszyst­ko było przy­go­to­wa­ne do szyb­kie­go za­nu­rze­nia, gdy okręt eskor­ty rzu­ci się do ata­ku. Po­zo­stał sam na po­mo­ście, skon­cen­tro­wa­ny cał­ko­wi­cie na ciem­nej syl­wet­ce, z każ­dą mi­nu­tą co­raz wy­raź­niej­szej. Tra­pio­ny wąt­pli­wo­ścia­mi, do­wód­ca musi pod­jąć de­cy­zję w sy­tu­acji, gdy nie dys­po­nu­je peł­ny­mi da­ny­mi, któ­re są prze­cież klu­czem do suk­ce­su.

– Dy­stans je­den je­den zero zero. Go­tów. Pal!

Syk sprę­żo­ne­go po­wie­trza z wy­rzut­ni nu­mer je­den za­po­wie­dział od­pa­le­nie tor­pe­dy nu­mer je­den. Ko­lej­ne trzy po­spie­szy­ły za pierw­szą w pre­cy­zyj­nie od­mie­rzo­nych prze­dzia­łach cza­so­wych; ich kil­wa­te­ry wi­dać było wy­raź­nie w od­bla­sku roz­gwież­dżo­ne­go nie­ba. Po cią­gną­cych się w nie­skoń­czo­ność mi­nu­tach ocze­ki­wa­nia kil­wa­ter tor­pe­dy nu­mer je­den na­ło­żył się na śród­o­krę­cie celu. Ci­sza. Hur­ta ogar­nę­ło tępe, bez­na­dziej­ne po­czu­cie fru­stra­cji i znie­chę­ce­nia. Ku­si­ło go, by rzu­cić lor­net­ką i od­wró­cić się.

Ale wtem noc­ne nie­bo roz­ja­śnił ja­skra­wo­żół­ty roz­błysk, któ­ry kom­plet­nie go na chwi­lę ośle­pił. A za­raz po­tem na­stą­pił ogłu­sza­ją­cy huk – od­le­gły grzmot, któ­ry nad­szedł mniej wię­cej z na­mia­ru je­den je­den zero zero.

– So­nar mel­du­je o po­tęż­nej eks­plo­zji i od­gło­sach roz­ry­wa­nia ka­dłu­ba – roz­legł się pod­eks­cy­to­wa­ny głos ope­ra­to­ra so­na­ru.

Dave pra­wie nie zwró­cił uwa­gi na to, że tor­pe­dy nu­mer trzy i czte­ry nie do­się­gły celu.

Kie­dy od­zy­skał zdol­ność wi­dze­nia, uj­rzał frach­to­wiec wciąż prą­cy na­przód mimo słu­pów ognia, któ­re z czę­ści dzio­bo­wej roz­prze­strze­nia­ły się ku ru­fie, ogar­nia­jąc po dro­dze nad­bu­dów­kę i mo­stek. A za­raz po­tem do­strzegł w so­czew­kach coś jesz­cze – po­dwój­ne masz­ty do­zo­row­ca plu­ją­ce­go zło­wro­go po­ma­rań­czo­wy­mi roz­bły­ska­mi ognia i dwa słu­py wody w od­le­gło­ści dwu­stu me­trów od pra­wej bur­ty.

– Za­nu­rze­nie alar­mo­we! Pięć­dzie­siąt me­trów!

Gdy za­my­kał za sobą właz kio­sku, za­bul­go­ta­ło po­wie­trze wy­pusz­cza­ne ze zbior­ni­ków ba­la­sto­wych. Wie­dział, że za­nu­rze­nie na pięć­dzie­siąt me­trów nie za­pew­ni mu bez­piecz­nej osło­ny przed bom­ba­mi głę­bi­no­wy­mi. Zda­wał so­bie jed­nak spra­wę z tego, że pły­ci­zny na tych wo­dach nie po­zwa­la­ły za­nu­rzyć się na wię­cej niż pięć­dzie­siąt trzy me­try. Wciąż scho­dzi­li w dół, kie­dy ja­poń­ski okręt za­czął zrzu­cać pierw­sze bom­by głę­bi­no­we. Śmier­cio­no­śne cy­lin­dry spa­dły z nie­ubła­ga­ną pre­cy­zją w kie­run­ku Per­cha. Okręt naj­pierw za­drżał od eks­plo­zji, ale już fala ude­rze­nio­wa na­stęp­nej bom­by rzu­ci­ła nim tak gwał­tow­nie na bur­tę, że in­stru­men­ty na­wi­ga­cyj­ne i wszel­kie drob­ne przed­mio­ty po­spa­da­ły na pod­ło­gę.

– Ma­szy­ny stop – po­le­cił Dave. – Wy­ci­szyć okręt. Przejść na pły­wal­ność ujem­ną.

Bez na­pę­du i z na­peł­nio­ny­mi zbior­ni­ka­mi ba­la­sto­wy­mi, Perch opadł głę­biej i spo­czął w grzą­skim mule. Osa­dze­nie okrę­tu na dnie było ak­tem de­spe­ra­cji, po­nie­waż unie­ru­cho­mio­na jed­nost­ka sta­wa­ła się zu­peł­nie bez­bron­na wo­bec ata­ków z po­wierzch­ni. Jed­nak tyl­ko taki spo­sób po­zwa­lał na kom­plet­ne wy­ci­sze­nie okrę­tu.

Do­bie­ga­ły stłu­mio­ne od­gło­sy pę­ka­nia ka­dłu­ba tra­fio­ne­go frach­tow­ca. Szum śrub eskor­tow­ca ucichł nie­co – na­past­nik za­pew­ne zwol­nił ob­ro­ty, by prze­pro­wa­dzić na­słuch. Kom­plet­ną ci­szę za­kłó­cał tyl­ko lek­ki szum mo­to­ru nie­przy­ja­ciel­skiej jed­nost­ki. Po chwi­li ja­poń­ski okręt na­brał zno­wu pręd­ko­ści. Cała za­ło­ga z na­pię­ciem za­par­ła się na swo­ich miej­scach. To mógł być ko­niec ich mi­sji.

Bum! Bum!

Eks­plo­zje bomb głę­bi­no­wych przy­bli­ży­ły się, po czym za­czę­ły za­ni­kać. Do­zo­ro­wiec mio­tał bom­by głę­bi­no­we na kur­sie, któ­ry od­da­lał go od wy­ci­szo­ne­go, tkwią­ce­go w mule okrę­tu pod­wod­ne­go. Po dal­szych dwu­dzie­stu mi­nu­tach dał im spo­kój – jego śru­by wy­raź­nie zwięk­szy­ły ob­ro­ty i prze­ciw­nik od­szedł w kie­run­ku, w któ­rym znaj­do­wał się stor­pe­do­wa­ny sta­tek han­dlo­wy. Wciąż do­cho­dzi­ły do nich od­gło­sy pę­ka­nia ka­dłu­ba. Ale z tego maru mu­sia­ła być twar­da sztu­ka! Do­brze by­ło­by za­cze­kać i po­twier­dzić za­to­pie­nie frach­tow­ca, ale praw­do­po­do­bień­stwo, iż za­raz zja­wi się wię­cej okrę­tów nie­przy­ja­cie­la i po­szu­ki­wa­nia zo­sta­ną wzno­wio­ne było tak duże, że roz­sąd­nym roz­wią­za­niem wy­da­wa­ło się jed­nak jak naj­szyb­sze od­da­le­nie od tego miej­sca.