39,00 zł
Poruszająca i wysoce autentyczna opowieść o działaniach amerykańskich okrętów podwodnych na Pacyfiku podczas II wojny światowej. Autor, weteran wojenny przebywający niegdyś na lotniskowcu USS Wasp, opiera tę książkę na głębokiej znajomości realiów walk morskich, co nadaje całości ogromnej wiarygodności.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 272
WILLIAM C. CHAMBLISS
Tytuł oryginału:
The silent service
Tłumaczenie:
Marek Jurczyński
Redakcja:
Barbara Chylak
Przygotowanie okładki i ilustracji oraz skład:
Piotr M. Rogalski
Rysunek na okładce:
Piotr Forkasiewicz
Ilustracje: z oryginału
Wszelkie prawa zastrzeżone/All rights reserved
Copyright for Polish edition © 2012 by FINNA
ISBN 978-83-62913-78-7
Wydanie I
Gdańsk 2012
Oficyna Wydawnicza FINNA
80-768 Gdańsk, ul. Dziewanowskiego 5/6
tel. 603 892 042
e-mail: finna@finna.com.pl
Skład wersji elektronicznej:
Virtualo Sp. z o.o.
Ta książka to hołd złożony amerykańskim podwodniakom. Autor wybrał jego zdaniem najbardziej dramatyczne losy amerykańskich okrętów podwodnych i opisał je ze szczegółami. Książka jest tym bardziej cenna, że Chambliss oparł ją na relacjach uczestników zdarzeń. Mamy więc ciekawą opowieść opartą na relacjach członków załóg, których autor poznał osobiście. Każdy z przedstawionych tu okrętów lub członków załóg dokonał czegoś niezwykłego, coś co w olbrzymiej masie historii poszczególnych okrętów zwróciło uwagę autora i zainteresowało go na tyle, że losy tych okrętów i ludzi znalazły się w tej książce. Mamy tu więc i szaleństwo Hardera, który postanowił polować na niszczyciele, czyli wroga numer jeden okrętów podwodnych. Mamy też rozsądek i odwagę oficera, który nie zdradził załodze celu rejsu, dzięki czemu ta, gdy dostała się do niewoli nie mogła zdradzić tajnych informacji, które dałyby Japończykom pewność, że ich kod purpurowy został złamany. W końcu poznajemy też niesamowite epopeje okrętów, które powinny były spoczywać na dnie, a udało im się wyjść z matni i dotrzeć do bazy. Wreszcie mamy historię jedynego chyba takiego przypadku w drugiej wojnie światowej, gdy przeciwnik nie chciał zatopić, a złowić okręt podwodny.
Reasumując – wciągająca lektura, która pozwala poznać najbardziej dramatyczne momenty amerykańskich okrętów podwodnych, broni, która tak naprawdę odcięła Japonię od dostaw niezbędnych do prowadzenia wojny. Trzeba jednak pamiętać, że sukcesy amerykańskich okrętów podwodnych w walce z japońską flotą handlową były osiągane o wiele łatwiej, niż niemieckich U-bootów w wojnie na Atlantyku. Japończycy jednak wyraźnie nie przywiązywali wagi do eskorty statków, a dowódcy niszczycieli uznawali niemal za dyshonor zadanie ochrony statków handlowych – uważali że powinni być wykorzystywani do wyższych celów.
Andrzej Ryba
Nieustępliwi marynarze z okrętu podwodnego Harder w poszukiwaniu celów przedarli się na odległość dwudziestu mil od głównego kotwicowiska japońskiej Połączonej Floty, atakując raz za razem.
Kapitan John Milton Hyde swoim uszkodzonym okrętem przebył dwa tysiące mil, pokonując wody kontrolowane przez nieprzyjaciela, i zdołał bezpiecznie wrócić do portu.
Okręt podwodny Seahorse spenetrował wąskie, wartkie kanały pomiędzy japońskimi wyspami i sparaliżował główne szlaki żeglugowe nieprzyjaciela.
Przedstawiamy prawdę o wyczynach śmiałych mężczyzn i waleczne załogi okrętów bezgłośnej formacji – amerykańskich sił podwodnych, które w czasie drugiej wojny światowej przedarły się do samego serca nieprzyjacielskiej floty i zadały druzgocący cios potężnej Cesarskiej Marynarce Wojennej.
Chociaż już od 322 roku przed naszą erą, kiedy to Aleksander Wielki zastosował podwodną taktykę w oblężeniu Tyru ludzie starali się zaprojektować dla celów wojskowych pojazdy działające w zanurzeniu, to dopiero w amerykańskiej wojnie secesyjnej okręt podwodny posłał na dno nieprzyjacielski statek. Wydarzenie to okazało się jednak tak samo fatalne w skutkach dla napastnika, jak i dla ofiary, ponieważ konfederacki okręt podwodny Huxley zatonął wraz z całą załogą od wybuchu swojej prymitywnej torpedy, która posłała krążownik unionistów Hausatonic na dno w pobliżu Charleston w Południowej Karolinie.
Żadna większa potęga morska nie zdradzała jakiegokolwiek zainteresowania budową okrętów podwodnych aż do 1900 roku, kiedy w Stanach Zjednoczonych do służby wszedł Holland. Wielka Brytania, Francja, Japonia i Niemcy również włączyły wówczas formacje okrętów podwodnych w skład swoich flot wojennych. Stany Zjednoczone dysponowały pewną liczbą takich jednostek podczas pierwszej wojny światowej. Niektóre z nich zostały nawet rozmieszczone na wodach europejskich, ale nie odegrały żadnej znaczącej roli w tej wojnie.
W okresie międzywojennym w Amerykańskiej Marynarce Wojennej silnie forsowano prace projektowe nad rozwijaniem konstrukcji okrętów podwodnych. W 1941 roku, wraz z wejściem do służby okrętu Gato, przyjęto projekt, który miał się stać standardem dla olbrzymiej floty podwodnej, tak dzielnie walczącej na Pacyfiku w czasie drugiej wojny światowej. Jednostka, nazwana bojowym okrętem podwodnym floty, miała wyporność około 1500 ton i sto dwa metry długości, a jej maksymalna prędkość w wynurzeniu wynosiła dwadzieścia węzłów. Napęd zapewniały cztery silniki dieslowskie o mocy 1800 koni mechanicznych każdy. W zanurzeniu działały natomiast silniki elektryczne, zasilane energią zmagazynowaną w akumulatorach, jednak maksymalna prędkość pod wodą wynosiła tylko dziesięć węzłów i można było ją utrzymać przez zaledwie godzinę.
Chociaż bojowy okręt podwodny floty mógł na napędzie dieslowskim bez tankowania pokonywać tysiące mil, to jego osiągi pod wodą – zarówno prędkość, jak i zasięg – były nadzwyczaj ograniczone. Silniki spalinowe potrzebowały wielkich ilości powietrza, można było ich zatem używać tylko płynąc na powierzchni. W Amerykańskiej Marynarce Wojennej nie przyjęły się tak zwane chrapy, wynalezione przez Niemców, pozwalające okrętowi podwodnemu płynąć tuż pod powierzchnią na silnikach dieslowskich, dzięki wystawianym w górę rurom zasysającym powietrze.
Z uwagi na tak kiepskie osiągi pod wodą bojowe okręty podwodne floty były tak naprawdę jednostkami nawodnymi, które mogły się zanurzać na krótki czas. Prawdziwe okręty podwodne, mogące działać pod wodą bez żadnych ograniczeń, bez potrzeby częstego wynurzania się dla uzupełnienia powietrza i naładowania akumulatorów, pojawiły się dopiero wraz z wejściem do służby w US Navy Nautilusa, pierwszego na świecie okrętu o napędzie nuklearnym – reaktor nie potrzebuje bowiem powietrza do wytwarzania energii.
Okręt podwodny zawdzięcza zdolność do utrzymywania się na powierzchni i zanurzania się zbiornikom balastowym, umożliwiającym zmianę stopnia pływalności. Kiedy znajduje się w wynurzeniu, w zbiornikach pozostaje tylko tyle wody, by utrzymać go na powierzchni – okręt znajduje się wówczas w stanie „pływalności dodatniej”. Gdy ma się zanurzyć, nabiera wody do zbiorników, zmieniając wtedy stan „pływalności dodatniej” w „pływalność ujemną”. Okręt w takim stanie pływalności mógłby opaść na dno, więc kiedy kapitan postanowi utrzymać konkretną głębokość, ilość wody w zbiornikach zostaje dobrana tak, by osiągnąć stan „pływalności neutralnej”. Można wówczas zmieniać zanurzenie okrętu poprzez odpowiednie ustawienie płatów sterów głębokości, działających na takiej samej zasadzie jak lotki poziome w samolocie – pod warunkiem że silniki nadają jednostce prędkość wystarczającą do wytworzenia siły nośnej na płatach. Bez sterów głębokości i prędkości zapewniającej ich działanie nie można byłoby utrzymać okrętu na zadanej głębokości z uwagi na fakt, że dokładne wyznaczenie „pływalności neutralnej” jest w praktyce niemożliwe do osiągnięcia.
Pod względem konstrukcyjnym okręt podwodny zbudowany jest tak naprawdę z dwóch kadłubów: zewnętrznego oraz ciśnieniowego. Zewnętrzny kadłub mieści zbiorniki balastowe i zbiorniki z paliwem i jest zaprojektowany tak, by ciśnienie wewnątrz było zawsze takie samo jak ciśnienie otaczającej go wody. Kadłub wewnętrzny lub ciśnieniowy mieści mieszkalną część okrętu podwodnego. Ze względu na bezpieczeństwo załogi ciśnienie powietrza wewnątrz jest utrzymywane na tym samym mniej więcej poziomie co ciśnienie na powierzchni. Dlatego kadłub wewnętrzny musi być skonstruowany tak, by wytrzymał napór wody na głębokości założonej przez projektantów. Każdy metr głębokości powoduje zwiększenie siły zgniatającej działającej na kadłub wewnętrzny. Na głębokości stu piętnastu metrów kadłub wewnętrzny okrętu podwodnego poddawany jest ciśnieniu ponad stu tysięcy kilogramów na metr kwadratowy.
Kadłub ciśnieniowy bojowego okrętu podwodnego floty na całej długości podzielony jest na właściwe przedziały. Główne sekcje to: dziobowy przedział torpedowy, w którym spoczywają torpedy przygotowane do załadowania do wyrzutni dziobowych; przednia akumulatorownia, pomieszczenie kontroli zanurzenia, w którym znajdują się systemy kontroli sterów głębokości oraz zbiorników balastowych; tylna akumulatorownia; przednia maszynownia, mieszcząca dwa z czterech diesli okrętu; tylna maszynownia, mieszcząca dwa pozostałe diesle; sterownia, w której zamontowane są silniki elektryczne oraz panel kontrolny; i na koniec rufowy przedział torpedowy. Nad pomieszczeniem kontroli zanurzenia usytuowany jest przedział wystający z kadłuba ciśnieniowego, zwany centralą. To właśnie z tego miejsca kapitan dowodzi okrętem w zanurzeniu.
Na kadłubie ciśnieniowym od dziobu niemal po samą rufę ciągnie się dek, a pośrodku, nad centralą, wznosi się kiosk, na którym zamontowane są dwa peryskopy, dwie anteny radarowe oraz maszt antenowy.
Główne uzbrojenie bojowego okrętu podwodnego floty składa się z sześciu dziobowych wyrzutni torpedowych oraz czterech wyrzutni rufowych. Na pokładzie, zazwyczaj na pomoście bojowym, usytuowanym zaraz za kioskiem, znajduje się działo przeznaczone do działań w położeniu nawodnym. Ale działa szybko z okrętów zdemontowano, zastępując je w czasie drugiej wojny światowej przeciwlotniczymi karabinami maszynowymi, montowanymi w części kiosku zwanym pomostem dla palaczy.
Wejście do służby zaawansowanego technicznie Nautilusa i kolejnych nuklearnych jednostek zwiastuje rychłe wycofanie okrętów o napędzie dieslowsko-elektrycznym z floty Stanów Zjednoczonych. Ale jeszcze w 1959 roku ogromną większość bojowych okrętów podwodnych we flotach całego świata stanowiły generalnie jednostki takie same pod względem konstrukcyjnym jak okręty, które zadały Japończykom na Pacyfiku pierwszy i - zdaniem wielu ekspertów – najbardziej znaczący cios.
Niezależnie jednak od tego, jaki okręt podwodny ma kształt, wielkość czy rodzaj napędu, to i tak jego ostateczna skuteczność zależy od umiejętności i odwagi ludzi, którzy nim kierują. Z pewnością w długiej historii wojen na morzu żadna formacja nie wykazała się większą walecznością, poświęceniem i kompetencjami niż załogi okrętów podwodnych Floty Pacyfiku, samotnie i bez żadnych widoków na wsparcie wdzierających się do portów wyspiarskiego cesarstwa, by niszczyć statki wroga, od których zależała cała zdolność Japonii do prowadzenia wojny. Ameryka, której służyli i którą ocalili, na zawsze pozostanie ich dłużnikiem.
Przed wybuchem drugiej wojny światowej amerykańskie siły morskie na Pacyfiku podzielone były na dwa zgrupowania: Flotę Azjatycką oraz Flotę Pacyfiku.
Flota Azjatycka składała się ciężkiego krążownika, dwóch lekkich krążowników, trzynastu niszczycieli, pewnej liczby trałowców i rzecznych kanonierek oraz trzydziestu okrętów podwodnych. Niektóre jednostki tej grupy, na przykład Czwarty Regiment Piechoty Morskiej, stacjonowały w Chinach, inne – na Filipinach i na Morzu Południowochińskim.
Admirał Thomas C. Hart, dowódca Floty Pacyfiku, wykazał się wielką dalekowzrocznością, wcale nie tak częstą w tych ostatnich miesiącach pozornego pokoju w tej części świata, i przesunął podległe mu okręty i piechotę morską z Chin na Filipiny, aby uniknąć odcięcia od głównych sił przez Japończyków, których agresja – jak to słusznie przewidział – była nieunikniona.
Większa część amerykańskich sił morskich zgrupowana była we Flocie Pacyfiku, rozlokowanej głównie na Hawajach i na Wybrzeżu Zachodnim, zasadnicza zaś strategia stawienia czoła japońskiej ofensywie polegała na możliwie jak najdłuższym utrzymaniu Filipin przez Flotę Azjatycką, a następnie wycofaniu się tego zgrupowania na południe i dołączeniu do sił brytyjskich i holenderskich broniących Malajów. W tym czasie Flota Pacyfiku miała się skierować na południowy zachód, uderzyć na Karoliny i połączyć się z Flotą Azjatycką.
Tymczasem dwa wydarzenia kompletnie zniweczyły ten plan. Japoński atak na Pearl Harbor sprawił, że Flota Pacyfiku stała się niezdolna do niczego więcej niż tylko bronienia samych Hawajów. Do tego doszło całkowite zniszczenie lotnictwa Floty Azjatyckiej na Filipinach – Japończycy zaskoczyli Amerykanów i rozprawili się z samolotami, zanim zdołały wystartować. Kosztowało to Flotę Azjatycką utratę wsparcia lądowych baz lotniczych.
Jednostki nawodne zgrupowania zgodnie z planem wycofały się na południe i dołączyły do sił brytyjskich i holenderskich. Jednak brak koordynacji dowodzenia siłami międzynarodowymi doprowadził do pasma następujących po sobie porażek i obrona Malajów załamała się kompletnie. Na Morzu Jawajskim, w cieśninie Bandung, na morzu Sulu i w Cieśninie Sundajskiej na dno poszły kolejno wszystkie amerykańskie, brytyjskie i holenderskie okręty oraz ich załogi.
Z całej Floty Azjatyckiej pozostały Amerykanom tylko okręty podwodne, było to jednak zbyt mało, by powstrzymać bezwzględne natarcie zwycięskiej Cesarskiej Marynarki Wojennej. W tych ponurych dniach klęski amerykańscy podwodniacy, podejmując zacięte, heroiczne próby zatrzymania ofensywy nieprzyjaciela, wdawali się w bitwę za bitwą. Ale ich umiejętności i bohaterstwo niweczyły usterki techniczne, zawinione przez ludzi siedzących bezpiecznie w Stanach. Torpedy, które marynarze wystrzeliwali z narażaniem życia, okazały się wadliwe – albo nie trafiały w cel na skutek usterki konstrukcyjnej mechanizmu odpowiadającego za utrzymanie głębokości, albo uderzały w cel, ale nie eksplodowały z powodu wadliwych detonatorów.
W początkowych miesiącach wojny na Pacyfiku amerykańskie okręty podwodne zadały wrogowi bardzo niewielkie straty. Nie wynikało to jednak z braku odwagi, wręcz przeciwnie: męstwo zawsze już będzie się kojarzyć z tymi ludźmi, którzy ruszali do boju osamotnieni, bez jakichkolwiek szans na sukces. W tym okresie wydarzyło się wiele świadczących o tym incydentów. Jednym z nich jest utrata Percha. Komandor porucznik David A. Hurt wiele razy przeprowadzał okręt podwodny Perch przez kanał wiodący z Cavite do Zatoki Manilskiej i dalej na pełne morze. Tym razem wszystko wyglądało inaczej. Prowadził swoją jednostkę powoli i ostrożnie, by bezpiecznie ominąć nowe, pospieszenie postawione zagrody minowe, mające chronić stocznię Marynarki Wojennej w Cavite przed niespodziewanym atakiem.
Hurt obejrzał się szybko za rufę, gdzie w miejscu ruin zbombardowanej stoczni w Cavite widać było słupy ognia i błyski eksplozji amunicji. Zarysy szkieletów dźwigów portowych i wieży ciśnień pochylały się pod wariackimi kątami w powolnym upadku powodowanym przez żar topiący bolce mocujące ich podstawy. Była noc 10 grudnia 1941 roku czasu wschodniego – druga noc zaciekłego ataku Japończyków, którzy na parę lat mieli zająć Filipiny. W ciemnościach słychać było warkot bezkarnych nieprzyjacielskich bombowców, niepodzielnie panujących w powietrzu po zaskakującym nalocie na amerykańskie lotniska i zniszczeniu niemal wszystkich maszyn US Air Force, zanim te zdążyły poderwać się z ziemi. Nalot nastąpił dosłownie w parę godzin po ataku na Pearl Harbor.
Instynkt przynaglał Hurta do zwiększenia prędkości; okręt szedł z zawrotną prędkością pięciu węzłów, co bardzo powoli oddalało go od piekła ku otwartemu morzu, gdzie przynajmniej mógł podjąć walkę, mimo bardzo nierównych szans. Hart, przez lata szkolenia nauczony dyscypliny, zwalczył w sobie impuls nakazujący mu ucieczkę z maksymalną szybkością. Skrupulatna nawigacja była niezbędna do przedostania się przez zagrody minowe, postawione w Zatoce Manilskiej przez amerykańskie stawiacze min.
Rzucając jeszcze raz okiem w kierunku, z którego szedł Perch, Hurt dostrzegł czerwoną boję podskakującą na umiarkowanej fali wzburzonej przez północno-wschodni monsun. Kiedy boja przesunęła się blisko lewej burty, kapitan przygarbił się nad namiernikiem kompasowym zamontowanym na pomoście, chwycił za uchwyty i obrócił tarczą, by wziąć namiar na wieżę ciśnień w Cavite. Zadowolony, że zdołał ustalić dokładną pozycję, nachylił się nad włazem do kiosku i zawołał do sternika:
– Idź lewo na zero zero pięć!
Perch posłusznie odpowiedział na ruch sterem. Hurt od czasu do czasu czuł na twarzy docierające aż do pomostu drobne bryzgi fal, po zmianie kursu rozbijających się o prawą burtę. Na czarnej powierzchni zatoki dojrzał błyski boi, migających jak świetliki, nienawykłe do takich ciemności, spowijających mrocznym całunem Manilę, zwykle tętniącą nocnym życiem. Zastanowił się, czy dane mu będzie jeszcze kiedykolwiek zobaczyć jaskrawą masę świateł, która w bardziej radosnych, przedwojennych czasach, skłoniła marynarzy z US Navy i ich rodziny do osiedlenia się w stolicy Wspólnoty Filipińskiej.
Wspomnienie rodzin przywiodło mu na myśl mądrość i dalekowzroczność admirała Thomasa C. Harta, głównodowodzącego Flotą Pacyfiku, który już kilka miesięcy wcześniej przezornie nakazał wszystkim rodzinom podległych mu marynarzy ewakuację do Stanów i roztropnie wycofał piechotę morską z Szanghaju, kiedy politycy z Waszyngtonu bawili się w dyplomatyczne przepychanki z Japończykami. Dave nie miał pojęcia, jak sytuacja przedstawiała się w rzeczywistości. Słyszał tylko przez radio lakoniczny, pozbawiony szczegółów meldunek o ataku na Pearl Harbor; mowa w nim była jedynie o nalocie przeprowadzonym z nieprzyjacielskiego lotniskowca oraz o bliżej nieokreślonych stratach zadanych Flocie Pacyfiku. Więcej powiedziały mu miny oficerów ze sztabu Cincasiatic1 niż informacje podane na odprawie poprzedzającej wyjście w morze. Uznał, że Flota Pacyfiku otrzymała najpewniej śmiertelny cios i że Flota Azjatycka będzie musiała sama się o siebie zatroszczyć. Poczuł napływ współczucia dla kolegów z okrętów nawodnych Floty Azjatyckiej: krążowników, niszczycieli i jednostek pomocniczych. Myślał o tym, jak długo zdołają przetrwać i czy powiedzie im się szaleńcza próba dołączenia do jednostek aliantów, formujących na Malajach linię obronną przeciwko nieprzyjacielowi, dysponującemu ogromną przewagą na morzu i niepodzielnie panującemu w powietrzu. Perch i bliźniacze okręty podwodne zawsze mogły szukać ucieczki w zanurzeniu, kiedy sytuacja stawała się zbyt groźna; okręty nawodne mogły tylko próbować stawić nieprzyjacielowi czoła.
Dave, spoglądając przez dalmierz, tym razem w kierunku masztu radiowego na przylądku Sangley, widział trawiące Cavite płomienie, jaśniejące za rufą po lewej. Nakazał zmienić kurs jeszcze bardziej w lewo, kierując smukły dziób okrętu w Kanał Południowy, pomiędzy przylądkiem Limit i wyspą Corregidor. Niedługo mieli wejść na Morze Południowochińskie, w którym występowały zarówno ekstremalne głębiny, jak i niespodziewane wypłycenia. Dave skrzywił się na wspomnienie map upstrzonych wręcz złowieszczymi ostrzeżeniami z oznaczeniem „Niezbadane” i ze złością pomyślał, że nie dość iż doszło do wojny, to w dodatku amerykańskie okręty nie dysponowały nawet porządnymi mapami.
Obrócił się w stronę postaci młodego marynarza ze słuchawkami na uszach i mikrofonem przy ustach, stojącego w tyle zaciemnionego pomostu.
– Powiadom sonar, aby uważali na hałasy śrub – polecił.
Oczyma wyobraźni widział sylwetkę Percha, rysującą się ostro na tle odległego blasku płonącego Cavite i stanowiącą przepiękny cel dla każdego japońskiego okrętu podwodnego, który czaiłby się na podejściu do Manili. Wiedział jednak, że w kanale nie można było zanurzyć okrętu, ponieważ silne prądy mogły rzucić oślepionym, płynącym pod wodą Perchem prosto na czające się pod powierzchnią ostre skały.
– Wezwanie z prawej, panie kapitanie! – odezwał się obserwator.
Dave zaklął cicho. Oczywiście potrafił zrozumieć żołnierzy z posterunku obronnego na wyspie Corregidor, którzy chcieli sprawdzić tożsamość nieoświetlonej jednostki, ale z niechęcią pomyślał, że sygnały świetlne zdradzą pozycję okrętu.
– Odpowiedz za pomocą zaciemnionej lampy – rozkazał.
Sygnalista uniósł do ramienia urządzenie wielkości krótkiej armaty i wypuścił sekwencję umówionych błysków. Lampa sygnałowa osłonięta była długim cylindrem, który ograniczał wiązkę emitowanego światła do bardzo wąskiego kąta, co zmniejszało ryzyko przypadkowego wykrycia okrętu przez nieprzyjaciela. Obserwatorzy z posterunku na wyspie odpowiedzieli sygnałem oznaczającym pozwolenie przejścia przez cieśninę.
– Prawo na burt – polecił Dave i po gwałtownej zmianie kursu o piętnaście stopni nakazał utrzymywać nowy kurs przez minutę, po czym wydał rozkaz powrotu na poprzedni kurs.
Było to działanie prewencyjne, mające zapobiec atakowi nieprzyjacielskiego okrętu podwodnego lub szybkiego kutra torpedowego, gdyby któryś z nich próbował zastawić pułapkę przy podejściu do Manili. W sprawie bezpieczeństwa okrętu Dave nie zdawał się nigdy na przypadek i tak miało pozostać do czasu, aż okręt zacumuje w bezpiecznej przystani. Z każdą godziną alianci mieli jednak coraz mniej portów, w których mogłyby się schronić ich jednostki.
Gdy na lewym trawersie znalazł się przylądek Limit i do świtu pozostała już tylko godzina, Dave wydał dwa rozkazy: – Opuścić pokład! – I zaraz potem: – Zanurzenie! – Obserwatorzy i sygnaliści, przy ochrypłym akompaniamencie syreny sygnalizującej alarm zanurzenia, przypominającej modulowane, zgrzytliwe trąbienie samochodu z lat dwudziestych, przepchnęli się przed nim przez ciasny właz kiosku. Pokrywa luku zatrzasnęła się za nim z hukiem. Z centrali pod kioskiem doszły do niego wydawane przez porucznika Johnny’ego Rydera, oficera zanurzenia, polecenia do marynarzy obsługujących poszczególne urządzenia okrętu.
– Pływalność ujemna… Kąt schodzenia pięć stopni.
Ucichł jęk diesli i zastąpił go ledwo słyszalny skowyt głównych silników elektrycznych, zasilanych przez baterie akumulatorów, w których zmagazynowana była energia wykorzystywana przez Perch w trakcie zanurzenia. Dave Hurt miał za sobą setki wykonanych zanurzeń i zejście pod wodę powinno być dla niego rutynowym manewrem. Ale teraz sytuacja przedstawiała się inaczej. Stawką było przeżycie, a w tej grze wszelkie atuty znalazły się w ręku przeciwnika i aby przetrwać, nie wolno było popełnić najmniejszego błędu. W czasach pokoju błąd taktyczny oznaczał mniejszą liczbę punktów w wynikach ćwiczeń praktycznych, może nawet zmycie głowy przez wyższe szarże czy koleżeńskie naśmiewanie się w kasynie oficerskim. Ale to wszystko uległo zmianie rano 8 grudnia 1941 roku czasu wschodniego. Żaden przełożony nie skrytykuje pomyłki i żaden kolega podwodniak nie będzie się drażnić z prostego powodu: nigdy się o tym nie dowiedzą. Ci, którzy popełnią błąd, w większości znikną na zawsze w głębinach. A cały ciężar podejmowania decyzji o tym, co w danej sytuacji jest właściwe, spoczywał na barkach tylko jednego człowieka – oficera dowodzącego okrętem.
– Wypoziomować… Wydmuchać nadmiar.
Johnny Ryder trymował okręt na głębokości, na jaką Dave polecił sprowadzić Percha po wydaniu komendy do zanurzenia. Okręt wyrównał i strzałka na głębokościomierzu wskazała dokładnie liczbę stu stóp. Dave machinalnie zaobserwował, że cały manewr został przeprowadzony płynnie i precyzyjnie. Żywił tylko nadzieję, że tak samo będzie w warunkach bojowych, w sytuacji, jakiej żaden z nich jeszcze nie doświadczył – ataku nieprzyjaciela, zdeterminowanego, by posłać ich na dno.
– Mówi kapitan. – Załoga ucichła, kiedy Dave z centrali zaczął przez interkom podawać informacje o sytuacji. Powiadomił ich bezceremonialnie, że okręty nawodne, które przetrwały pierwszy atak Japończyków, uciekały teraz pełną parą na południe, gdzie istniała nadzieja na dołączenie do sił brytyjskich i holenderskich w pobliżu Jawy i powstrzymanie natarcia nieprzyjaciela, prącego naprzód przez Południowo-Wschodnią Azję jak burza ogniowa gnana silnym wiatrem.
– Z naszych jednostek w tym rejonie pozostały tylko okręty podwodne – oznajmił. – Gdybyśmy zdołali dorwać dostatecznie dużo jednostek nieprzyjaciela, to spowolnilibyśmy napór jego sił w kierunku południowym i odciążylibyśmy nasze siły broniące Filipin. Nie możemy liczyć na żadną pomoc. Jesteśmy zdani tylko na siebie. Mamy rozkaz patrolować rejon wzdłuż wschodniego wybrzeża Luzonu do akwenu na północ od Formozy2. Powinniśmy natrafić tam na wiele statków.
Ale przepowiednia kapitana nie sprawdziła się. Przez cały tydzień Perch patrolował wyznaczony rejon, jednak wszystkie dostrzeżone nieprzyjacielskie jednostki znajdowały się za daleko i płynęły zbyt szybko, by okręt podwodny mógł je zaatakować. W końcu Perch porzucił opustoszały akwen i ominąwszy północny kraniec Formozy, skierował się cieśniną między wyspą i kontynentalnymi Chinami na południe, by zająć pozycję przy wybrzeżu Chin południowych, na wysokości Kwangtungu. Początkowo Dave zachowywał ostrożność i utrzymywał okręt na głębokich wodach, w których Perch mógł wykorzystać swój jedyny sposób obrony przed nieprzyjacielskimi niszczycielami. Ale po pięciu dniach bezowocnego krążenia wzdłuż izobaty dwustumetrowej na zachód od ławicy Vereker postanowił wejść pomiędzy zdradliwe wypłycenia ujścia rzeki Perłowej.
Była Wigilia Bożego Narodzenia. Perch na jednym dieslu, ładując akumulatory, leniwie sunął po spokojnej, zamulonej wodzie Morza Południowochińskiego. W odległości dwudziestu mil łuna światła odbijająca się od niskiej pokrywy chmur zaznaczała położenie Hongkongu, który tego właśnie dnia został zajęty przez armię japońską.
– Sonar melduje o odgłosach śrub pracujących na namiarze trzy zero pięć.
Meldunek z pomostu przerwał Dave’owi gniewne rozpamiętywanie przepięknego i niegdyś cywilizowanego portu, który tak często odwiedzał w szczęśliwszych czasach, a który teraz bezlitośni, okrutni najeźdźcy zapewne obrócili w ruinę.
– Wszystkie maszyny cała naprzód – polecił. – Ster prawo trzy zero pięć.
Perch zadygotał od wibracji wywołanych przez cztery wielkie diesle, pchające okręt z prędkością siedemnastu węzłów w kierunku niewidocznego jeszcze celu.
– Obsadzić stanowiska torpedowe! – krzyknął Dave w luk kiosku.
– Sonar melduje, że cel jest teraz na namiarze trzy jeden zero.
Znaczyło to, że nieprzyjacielski statek zmienił kurs w prawo i zaczął oddalać się od Percha. Dave natychmiast polecił położyć okręt na kursie trzy dwa pięć, by spróbować znaleźć się w punkcie zbieżnym. Wysilając wzrok w okularach nocnej lornetki, zdołał dojrzeć zamazaną sylwetkę zaciemnionego statku – głęboko zanurzonego frachtowca o nośności około dziesięciu tysięcy ton. Przyglądał się jednostce przez dłuższą chwilę i nie zaobserwował zmiany namiaru na cel – przypadkowe obranie kursu trzy dwa pięć okazało się trafną decyzją. Przybliżali się do frachtowca kursem zbieżnym. Było zbyt ciemno, by użyć dalmierza do ustalenia dystansu; kurs i prędkość statku można było oszacować tylko wzrokowo. Ale Dave miał gotowe rozwiązanie na wypadek takiej sytuacji: zbliży się dosłownie na rzut beretem do celu, ryzykując wykrycie i ostrzelanie z działa frachtowca, aby zminimalizować możliwe w takich warunkach błędy w wyliczeniach.
– Wszystkie wyrzutnie gotowe! – zawołał Ken Schacht z pomostu. Schacht był oficerem artyleryjskim i torpedowym Percha. Dave wyczuł ekscytację w jego głosie – Schacht miał odpalić torpedę w warunkach bojowych po raz pierwszy w swojej karierze oficera marynarki wojennej.
– Ustawić głębokość na cztery metry – zarządził Dave. – Dystans jeden jeden zero zero. Pozostać w gotowości.
Dave odczuwał napięcie, czekając na właściwy moment do posłania torpedy w nieprzyjacielski statek, jednak uśmiechnął się przelotnie na myśl, że na ćwiczeniach w czasach pokoju nigdy nie napotkał tak dogodnej sytuacji do oddania salwy. Przeciwnik płynął stałym kursem, Perch podchodził do nieprzyjaciela od dziobu pod kątem czterdziestu pięciu stopni, a dystans zmniejszył się do mniej niż tysiąca metrów.
Czyżby cel znowu zmieniał kurs? Dave oparł się pokusie wydania rozkazu odpalenia torped – nie poddał się obawie, że nieprzyjaciel mógł próbować wykonać unik. Lata dyscypliny nauczyły go, że zaciekły, desperacki atak mógł z dużym prawdopodobieństwem przynieść porażkę. Minęła dłuższa chwila i kolejny namiar wykazał, iż kapitan frachtowca nadal musiał być kompletnie nieświadomy obecności okrętu podwodnego.
– Żyrokompas kąt zero. Dystans dziewięć zero zero.
To miał być jego ostatni rozkaz dla obsługi dziobowego przedziału torpedowego przed oddaniem salwy. Ustawienie mechanizmów żyrokompasowych sterujących torpedą na płynięcie na wprost zajmowało zaledwie kilka sekund.
– Pal!
Zaraz po wydaniu komendy doszedł do niego meldunek Kena Schachta:
– Pierwsza poszła.
Jeszcze trzy torpedy kolejno wystrzeliły w krótkich odstępach z wyrzutni; przez chwilę z otwartego pomostu widać było ich białe kilwatery, ale po stu metrach znikły w ciemnościach. Fosforyzująca wskazówka jego zegarka powoli odliczała mijające sekundy. Upłynął już czas, w którym pierwsza torpeda powinna uderzyć w cel, ale nocnego nieba nie rozdarł oczekiwany rozbłysk eksplozji. Japoński frachtowiec wciąż utrzymywał wcześniejszy kurs i prędkość w błogiej nieświadomości faktu, że amerykańska torpeda właśnie przepłynęła pod jego kilem. Torpedy numer dwa i trzy poszły w ślady pierwszej i też nie trafiły. A kiedy brakowało jeszcze paru sekund do wyliczonego czasu trafienia torpedy numer cztery, na powierzchni morza obok okrętu podwodnego pojawił się oślepiający rozbłysk i potężny wstrząs uderzył z miażdżącą siłą w Percha. O pokład zabębniły mniejsze i większe kawałki metalu, uderzając z wielką mocą o kiosk niedaleko otwartego pomostu, na którym stał Dave Hurt.
Teraz w końcu japoński frachtowiec zmienił kurs i odwrócił się rufą od miejsca, w którym doszło do eksplozji. Zabuczał rozpaczliwie syreną, wzywając na pomoc jednostki patrolowe, jednocześnie nadając przez radio wezwanie o wsparcie do bardziej oddalonych okrętów. Siedemdziesięciopięciomilimetrowe działo na jego rufie rozbłyskało złowrogo, wypluwając serię pocisków, które z gwizdem przeleciały nad okrętem podwodnym.
– Zanurzenie alarmowe! – rozkazał Dave.
Perch był w stanie rozwinąć pod wodą tylko dziesięć węzłów, jednak Hurt chciał najpierw skryć się pod powierzchnią i dopiero potem ustalić, czy w pobliżu znajdowały się jakieś szybkie nieprzyjacielskie dozorowce. Okręt zszedł na trzydzieści metrów i skierował się na wschód w stronę głębszej wody, niemal ocierając się kadłubem o muliste dno, które niekiedy znajdowało się tylko o sześć metrów niżej.
– Co się stało? – zapytał Schecht. – Domyślam się, że pierwsze trzy torpedy chybiły, ale czwarta puknęła naprawdę głośno. Zabrzmiało to tak, jakby wybuchła tuż przy naszym okręcie.
– Bo tak było – odparł Dave. – Zatoczyła koło i skierowała się prosto na nas. Mieliśmy kupę szczęścia, że wybuchła przedwcześnie, inaczej rozniosłaby nas na strzępy. Ten skośnooki maru nawet się pewnie specjalnie tym nie wystraszył.
– A pozostałe trzy też zawróciły? – dopytywał się Schacht.
– Wydaje mi się, że dostrzegłem odblask ich kilwaterów blisko śródokręcia statku. Moim zdaniem przeszły za głęboko i nie zadziałały magnetyczne zapalniki3.
Ale wtedy nie było jeszcze wiadomo, co o tym wszystkim sądzić. Dave mógł przeszacować zanurzenie celu – a może to torpedyści wprowadzili niewłaściwe ustawienia głębokościomierzy torped. Odsunął na razie na bok tę kwestię, ponieważ i tak nic nie mógł na to poradzić, i wrócił do sprawy najważniejszej: zapewnienia bezpieczeństwa okrętu.
– Zapytaj sonar, czy wyłapali jakieś odgłosy śrub pracujących na wysokich obrotach – polecił spikerowi.
– Nic, poza oddalającymi się odgłosami maru płynącego z małą prędkością – usłyszał odpowiedź.
– Wynurzenie! – zarządził.
Kiedy Perch znalazł się na powierzchni, Dave natychmiast nakazał uruchomić wszystkie cztery diesle i skierował okręt z maksymalną prędkością na wschód, by znaleźć się jak najdalej od miejscanieudanego ataku, do którego z pewnością płynęły już nieprzyjacielskie okręty. W milczeniu załogi wyczuwał to samo przygnębienie, które sam teraz przeżywał. Po tygodniach bezowocnego przeszukiwania Morza Filipińskiego frustrujące było chybienie w sytuacji, kiedy według wszelkich reguł sztuki wojennej powinni byli zatopić statek. Możliwe, że niektórzy – a może wszyscy – marynarze z jego załogi myśleli sobie, że to on spartaczył atak, ponieważ źle przeprowadził wyliczenia. Sam w duchu przyznał, że mogli mieć rację. Tylko dziwny kurs, jakim poszła torpeda numer cztery, mógł wskazywać na to, iż przyczyną fiaska była raczej usterka zapalnika, niż błędny wybór metody ataku. Niepokoiła go myśl, że członków jego załogi mogły nurtować wątpliwości co do jego umiejętności. Taka sytuacja mogła doprowadzić do katastrofy szybciej niż zdecydowany atak nieprzyjaciela.
W dwie godziny później Perch zwolnił i płynąc na jednym dieslu – drugi w tym czasie ładował akumulatory, a dwa pozostałe były wyłączone – rozpoczął przeczesywanie tras żeglugowych prowadzących do Hongkongu. W nocy przyszedł zakodowany komunikat radiowy informujący, że dowódca Floty Pacyfiku, admirał Hart, na pokładzie okrętu podwodnego Shark opuścił Manilę i udał się na Morze Jawajskie, by dołączyć do reszty podległych mu jednostek. Podano też, że w rękach aliantów pozostały tylko Malakka i Singapur, a kwatera główna dowództwa floty podwodnej Południowo-Zachodniego Pacyfiku została przeniesiona do Darwin w Australii. Dla Dave’a i jego załogi stało się oczywiste, że skoro Japończycy zdołali posunąć się tak daleko w ciągu zaledwie trzech tygodni wojny, to odepchnięcie ich zapowiadało się na bardzo długotrwałe i kosztowne przedsięwzięcie.
Odcięcie większości wybrzeża południowych Chin zmuszało Dave’a Hurta do rozważenia od nowa kwestii zapasów paliwa. Darwin był odległy o dwa tysiące mil, a Perch zużył już sporą część oleju napędowego. Hurt postanowił pozostać na razie na wodach na południe od Singapuru, by nie oddalać się zbytnio od bazy, i do czasu zużycia pozostałego w zbiornikach paliwa kontynuować polowanie na japońskie okręty nawodne rozlokowane wokół Holenderskich Indii Wschodnich.
Noc 28 grudnia zastała Percha na pokrytych mieliznami wodach przybrzeżnych Kochinchiny, dwadzieścia mil od Sajgonu. Noc była jasna – co prawda bezksiężycowa, ale za to niebo rozświetlały gwiazdy. Stwarzało to świetne warunki dla podwodniaków, którzy dużo łatwiej mogli dostrzec wysokie sylwetki swoich celów, podczas gdy nieprzyjacielscy obserwatorzy byli w stanie wypatrzeć zarys ledwo wystającego z wody kadłuba okrętu podwodnego. Dave, któremu nie dawało spokoju wspomnienie nieudanego ataku pod Hongkongiem, niezmordowanie krążył po pomoście, usiłując myślami przywabić Japończyków. Jako realista i człowiek zdolny do krytycznego oceniania samego siebie, zdawał sobie sprawę z tego, że tylko kolejny atak na nieprzyjacielską jednostkę mógł dostarczyć wiarygodnych dowodów, na podstawie których dopiero można byłoby wysnuwać dalsze wnioski co do tego kto był winny niepowodzenia: wadliwe torpedy, załoga czy on sam.
– Cel przed dziobem z prawej!
– Sonar melduje o odgłosach śrub, niskie obroty, namiar dwa dwa pięć.
Meldunek obserwatora, potwierdzony niemal natychmiast przez operatora sonaru, pozwalał bez żadnych wątpliwości stwierdzić, że ciemności skrywały jakiś statek. Hurt nakierował potężnie powiększające obraz szkła dalmierza w podanym kierunku i od razu dostrzegł sylwetkę średniej wielkości frachtowca. Przez moment naszły go wątpliwości. Czy mógł to być statek należący do Francji Vichy? Był to kraj mający status państwa neutralnego, jednostki noszące jego banderę stanowiły powszechny widok na Morzu Południowochińskim i całkiem uzasadniona byłaby obecność takiego statku w pobliżu jednego z głównych portów Francuskich Indochin. Ale niemal natychmiast odrzucił wszelkie wątpliwości. Gdyby statek należał do państwa neutralnego, to miałby zapalone światła pozycyjne. Frachtowiec, któremu przyglądał się przez szkła dalmierza, przekradał się natomiast pomiędzy przybrzeżnymi płyciznami w totalnym zaciemnieniu.
– Odgłosy śrub, wysokie obroty, namiar dwa dwa zero!
Otrzymawszy meldunek od operatora sonaru, Dave skierował dalmierz lekko w lewo i teraz dostrzegł mniejszą sylwetkę japońskiego okrętu eskorty. Nigdy jeszcze nie miał z nimi do czynienia, ale czuł przed nimi zrozumiały respekt. Trzeba było poważnie traktować wszelkie jednostki należące do floty, która z tak bezwzględną starannością zmiatała z powierzchni morza wszystko, co tylko napotykała na swojej drodze.
– Obsługa torped na stanowiska bojowe! Atak na powierzchni!
Nawet gdyby peryskopy Percha pozwalały dostrzec nieprzyjaciela w nocy (a nie były na tyle silne), to Dave i tak zdecydowałby się przeprowadzić atak na powierzchni mimo groźnej obecności eskorty. Tylko w taki sposób mógł spróbować zaobserwować kilwatery torped i rozwiać wątpliwości, jakie wzbudziło fiasko ataku pod Hongkongiem.
Dave nakierował celownik dalmierza na frachtowiec i wcisnął guzik przekaźnika przesyłającego dane z namiaru do centrali, gdzie Ken Schacht, razem z nawigatorem Beverlym Van Buskirkiem, wpisywał otrzymane dane do komputera kierującego ogniem – prostego przeliczającego urządzenia analogowego – i wyliczał dla torped kursy przechwycenia celu. Dave’a korciło, żeby polecić operatorowi sonaru posłanie próbnego „pingu” dla zweryfikowania dystansu od statku, ale zdawał sobie sprawę z tego, że zaalarmowałoby to japoński dozorowiec, który na razie był tak samo nieświadomy obecności okrętu podwodnego jak frachtowiec namierzany przez kapitana Hurta.
– Ocena odległości: jeden pięć zero zero. – Dave miał nadzieję, że dystans mniej więcej się zgadzał. We wczesnym okresie wojny amerykańskie okręty nie miały radarów, a odległościomierz zamontowany w peryskopie był w nocy bezużyteczny z powodu soczewek nieprzystosowanych do pracy w ciemnościach. Aby zatem ustalić tak istotny dla wystrzelenia torped parametr jak dystans do celu, trzeba było polegać na ostrości wzroku obserwatora.
– Przygotować dziobowe wyrzutnie do odpalenia.
– Dziobowe wyrzutnie gotowe.
Na otwartym pomoście i wewnątrz okrętu zapanowała pełna napięcia cisza.
– Obserwatorzy pod pokład – zarządził spokojnie Dave.
Chciał, aby wszystko było przygotowane do szybkiego zanurzenia, gdy okręt eskorty rzuci się do ataku. Pozostał sam na pomoście, skoncentrowany całkowicie na ciemnej sylwetce, z każdą minutą coraz wyraźniejszej. Trapiony wątpliwościami, dowódca musi podjąć decyzję w sytuacji, gdy nie dysponuje pełnymi danymi, które są przecież kluczem do sukcesu.
– Dystans jeden jeden zero zero. Gotów. Pal!
Syk sprężonego powietrza z wyrzutni numer jeden zapowiedział odpalenie torpedy numer jeden. Kolejne trzy pospieszyły za pierwszą w precyzyjnie odmierzonych przedziałach czasowych; ich kilwatery widać było wyraźnie w odblasku rozgwieżdżonego nieba. Po ciągnących się w nieskończoność minutach oczekiwania kilwater torpedy numer jeden nałożył się na śródokręcie celu. Cisza. Hurta ogarnęło tępe, beznadziejne poczucie frustracji i zniechęcenia. Kusiło go, by rzucić lornetką i odwrócić się.
Ale wtem nocne niebo rozjaśnił jaskrawożółty rozbłysk, który kompletnie go na chwilę oślepił. A zaraz potem nastąpił ogłuszający huk – odległy grzmot, który nadszedł mniej więcej z namiaru jeden jeden zero zero.
– Sonar melduje o potężnej eksplozji i odgłosach rozrywania kadłuba – rozległ się podekscytowany głos operatora sonaru.
Dave prawie nie zwrócił uwagi na to, że torpedy numer trzy i cztery nie dosięgły celu.
Kiedy odzyskał zdolność widzenia, ujrzał frachtowiec wciąż prący naprzód mimo słupów ognia, które z części dziobowej rozprzestrzeniały się ku rufie, ogarniając po drodze nadbudówkę i mostek. A zaraz potem dostrzegł w soczewkach coś jeszcze – podwójne maszty dozorowca plującego złowrogo pomarańczowymi rozbłyskami ognia i dwa słupy wody w odległości dwustu metrów od prawej burty.
– Zanurzenie alarmowe! Pięćdziesiąt metrów!
Gdy zamykał za sobą właz kiosku, zabulgotało powietrze wypuszczane ze zbiorników balastowych. Wiedział, że zanurzenie na pięćdziesiąt metrów nie zapewni mu bezpiecznej osłony przed bombami głębinowymi. Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że płycizny na tych wodach nie pozwalały zanurzyć się na więcej niż pięćdziesiąt trzy metry. Wciąż schodzili w dół, kiedy japoński okręt zaczął zrzucać pierwsze bomby głębinowe. Śmiercionośne cylindry spadły z nieubłaganą precyzją w kierunku Percha. Okręt najpierw zadrżał od eksplozji, ale już fala uderzeniowa następnej bomby rzuciła nim tak gwałtownie na burtę, że instrumenty nawigacyjne i wszelkie drobne przedmioty pospadały na podłogę.
– Maszyny stop – polecił Dave. – Wyciszyć okręt. Przejść na pływalność ujemną.
Bez napędu i z napełnionymi zbiornikami balastowymi, Perch opadł głębiej i spoczął w grząskim mule. Osadzenie okrętu na dnie było aktem desperacji, ponieważ unieruchomiona jednostka stawała się zupełnie bezbronna wobec ataków z powierzchni. Jednak tylko taki sposób pozwalał na kompletne wyciszenie okrętu.
Dobiegały stłumione odgłosy pękania kadłuba trafionego frachtowca. Szum śrub eskortowca ucichł nieco – napastnik zapewne zwolnił obroty, by przeprowadzić nasłuch. Kompletną ciszę zakłócał tylko lekki szum motoru nieprzyjacielskiej jednostki. Po chwili japoński okręt nabrał znowu prędkości. Cała załoga z napięciem zaparła się na swoich miejscach. To mógł być koniec ich misji.
Bum! Bum!
Eksplozje bomb głębinowych przybliżyły się, po czym zaczęły zanikać. Dozorowiec miotał bomby głębinowe na kursie, który oddalał go od wyciszonego, tkwiącego w mule okrętu podwodnego. Po dalszych dwudziestu minutach dał im spokój – jego śruby wyraźnie zwiększyły obroty i przeciwnik odszedł w kierunku, w którym znajdował się storpedowany statek handlowy. Wciąż dochodziły do nich odgłosy pękania kadłuba. Ale z tego maru musiała być twarda sztuka! Dobrze byłoby zaczekać i potwierdzić zatopienie frachtowca, ale prawdopodobieństwo, iż zaraz zjawi się więcej okrętów nieprzyjaciela i poszukiwania zostaną wznowione było tak duże, że rozsądnym rozwiązaniem wydawało się jednak jak najszybsze oddalenie od tego miejsca.
