42,00 zł
Ulubiona lektura z lat młodości marszałka Józefa Piłsudskiego, przedstawiająca historię życia Napoleona. Napisana żywym językiem, skrząca się anegdotami książka jest świetnym popularyzatorem historii. Zamieszczone w tej pracy rysunki Julesa Davida znakomicie uzupełniają i uatrakcyjniają tekst autora. „Historia Napoleona” jest jedną z tych książek, które tworzyły legendę Cesarza.
„Biorąc do ręki «Historię Napoleona» chłońmy tę opowieść «o dobrym Cesarzu» jako świadectwo czasów w których powstała i nieustającej fascynacji losem wielkich ludzi i ich niepospolitego życia. A Napoleon, bodaj jedyna postać historyczna regularnie obecna w reklamach progu XXI wieku, jest ich wszystkich nieustającym symbolem...”
Andrzej Nieuważny
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 360
Emil Marco De Saint-Hilaire, Historia Napoleona
Tłumaczenie: Leon Rogalski
Redakcja: Andrzej Ryba
Korekta: Katarzyna Kwiatkowska
Ilustracje i inicjały: Jules David, zaczerpnięte z oryginału
Przygotowanie okładki i ilustracji oraz skład: Piotr M. Rogalski
Podstawa wydania: Emil Marco De Saint-Hilaire, Historia Napoleona wydanie drugie, do druku przygotował Roman Umiastowski Warszawa, Skład: Główna Księgarnia Wojskowa.
All rights reserved
Copyright © for Polish edition by „Finna”
ISBN 978-83-62913-61-9
Wydanie I powojenne
Gdańsk 2004
Oficyna Wydawnicza FINNA
80-768 Gdańsk, ul. Dziewanowskiego 5/6
tel.: (058) 305 19 93
fax: (058) 301 57 25
e-mail: fin[email protected]
Skład wersji elektronicznej:
Virtualo Sp. z o.o.
„Historia Napoleona” ukazała się w przekładzie polskim Leona Rogalskiego w roku 1844, wydana w Warszawie przez Augusta Emanuela Glücksberga.Była ona ulubioną książką lat chłopięcych Józefa Piłsudskiego i z niej przyszły Marszałek Polski nauczył się kochać Napoleona. Wśród pamiątek złożonych w Belwederze tom „Historii…” zajmuje jedno z naczelnych miejsc.
Książka Emila Marco de Saint-Hilarego w znacznym stopniu przyczyniła się do utrwalenia legendy napoleońskiej. Można nawet powiedzieć, że jest to praca hagiograficzna. Ale tyle pysznych anegdotycznych historyjek z życia „Małego Kaprala” trudno jest znaleźć w jakiejkolwiek innej lekturze poświeconej życiu Cesarza.
To właśnie sprawia, że mimo upływu czasu atrakcyjność „Historii Napoleona” wcale się nie zmniejszyła.
Redakcja pozwoliła sobie na drobne retusze tekstu, które miały na celu przede wszystkim wyeliminowanie rażących dzisiaj archaizmów językowych, nie ingerując jednak w sam styl pracy autora.
Andrzej Ryba
Choć Emile-Marc-Hilaire (zwany Marco) de Saint Hilaire zostawił po sobie kilkadziesiąt publikacji, imię jego niemal zatarło się w historii. Urodzony w Wersalu w 1796 (lub 1790) roku, Cesarstwo poznał z bliska jako paź na napoleońskim dworze, w latach 1802-1815. O jego życiu z tamtej epoki opowiadały Mémoires et révélations d’un page de la cour impériale (Pamiętniki i rewelacje pazia dworu cesarskiego) wydane po raz pierwszy w roku 1830, a później kilkakrotnie wznawiane.
Zanim jednak de Saint-Hilaire trafił na żyłę złota, jaką okazały się wspomnienia i anegdoty z czasów Napoleona, przećwiczył swoje pióro na dziełach różnorodnych i zdecydowanie przeznaczonych dla szerokiej publiczności. Rozpoczął w 1827 poradnikami na wszystkie możliwe okazje, począwszy od organizacji przyjęć, przez wiązanie krawata, a skończywszy (a może począwszy) na radach w sprawach sercowych. Potem przyszła pora na biografie sławnych dam i arcybiskupów, zbiory recept medycznych, a nawet na Traité de la toilette, czyli traktat o toalecie po prostu. Sukces wspomnianych pamiętników pazia, wydanych w chwili, gdy Monarchia Lipcowa wracała – po definitywnym obaleniu Burbonów – do części haseł zwycięskiej w rewolucji burżuazji, do trójkolorowego sztandaru i do postaci Napoleona – rozwiązał worek z podobnymi publikacjami. Do roku 1848 r. Marco de Saint-Hilaire wydał ich ponad piętnaście. Pisał o Cesarzu i jego rodzinie, dworze, Wielkiej Armii, gwardii, kurtyzanach – część prac opatrując pieczęcią „wspomnień świadka”.
„Prawie autentyczne” wspomnienia o Cesarzu sprzedawały się świetnie właściwie jeszcze przed śmiercią Napoleona w 1821 roku. Sam więzień Św. Heleny bardzo wcześnie zachęcał zresztą swoje otoczenie i ludzi mu bliskich do wydawania wspomnień i dzienników czy anegdot, był bowiem świadom ich znaczenia propagandowego. Lekarzowi, dr O'Mearze tłumaczył: „Świat jest ciekawy poznania najdrobniejszych szczegółów życia człowieka, który odegrał wielką rolę – co pije, co je, jak długo śpi, jakie są jego codzienne przyzwyczajenia, wszystko w nim budzi zainteresowanie. Ludzie są bardziej ciekawi jego słabostek niż skłonni do zgłębiania jego dobrych i złych przymiotów. Jeśli chodzi o mnie, wystarczy, aby mówiono prawdę.” Z ową „prawdą” bywało zaś różnie. Brak oryginalnych świadectw, skojarzony z potrzebą „podglądania” wielkich ludzi dawał zarobek twórcom fałszywych autobiografii i pamiętników, tzw. „farbiarzom” (fr. teinturiers), wśród których znajdziemy nie tylko Marco de Saint-Hilaire'a, ale i samego Balzaka.
Francja Ludwika Filipa była już poddana napoleońskiemu zauroczeniu. Idealizowało przeszłość starzejące się pokolenie napoleonidów, pamięć „cesarza ludu” umocniły w warstwach ludowych opowieści weteranów i niesłychanie popularne od lat piosenki Bérangera. Ludwik Filip demonstracyjnie wracał do ważnych dla Francuzów symboli – trójkolorowego sztandaru i kolumny na Placu Vendôme, a po zwłoki Napoleona posłał na Św. Helenę własnego syna. Zwycięska burżuazja akceptowała postać Napoleona – tworu i obrońcy rewolucyjnych notabli. Swoją rolę odegrał już Mémorial de Saint-Hélène Emanuela Las Casesa (1823), wedle Marcela Dunana „dziwne arcydzieło sterowanego entuzjazmu” będące faktycznie ogromną, dyktowaną autobiografią Napoleona, której użył on jako testamentu i zemsty zza grobu na wrogach. Znika wojujący despota i głowa osadzonej w całej Europie dynastii, a pojawia się syn Rewolucji, który broni zasad narodowych, miłuje pokój zniszczony przez wroga pod Moskwą i Lipskiem, dąży do zjednoczenia Niemiec i Włoch, a pieszcząc wielki zamysł stanów zjednoczonych Europy, dba zarazem o Francuzów. Napoleon potwierdza swoją religijność i miejsce religii w społeczeństwie, ukazuje się jako Przywódca zwrócony ku przyszłości, ale pokonany przez przedstawicieli zacofanego systemu. Zapowiada nieodwracalność dzieła rewolucji oraz rządy oparte na „wierze, religii i moralności wszystkich ludów” i prorokuje, iż „era ta, zwiąże się, co by się nie mówiło, z moją osobą, bo w końcu to ja zapaliłem pochodnię, uświęciłem zasady, a dzisiejsze prześladowania ostatecznie czynią mnie ich Mesjaszem!”
Mistyfikacja ze św. Heleny trafiała doskonale w ton i potrzeby epoki. Po prostu, jak napisał Stefan Treugutt, „potrzebny był romantyczny Napoleon. Demokratyczny, genialny, mesjanistyczny, ludowy cesarz”. Potrzebna była przemiana oświeceniowego racjonalisty w patrona romantyków, wojującego autokraty w posłańca pokoju i wolności, a deisty w wolteriańskim stylu, w następcę, lub dla niektórych nawet reinkarnację, Chrystusa. Po naiwnych biografiach czy apokryficznych autobiografiach Mémorial fascynował objawieniem zamysłów, których dawniej nie podejrzewano, ale które teraz stawały się jasne. Biła od niego energia, a dawna wielkość Francji kontrastowała z szarością i rutyną współczesności. Na kartach Memoriału Napoleon, człowiek XVIII wieku, świadomie zamieniał się w bohatera romantyków i wzmacniał wiarę w rolę wielkiej osobistości i możliwość cudu w historii.
Dopełnieniem legendy napoleońskiej był powrót zwłok Napoleona do Francji i złożenia ich w Kościele Inwalidów (15 grudnia 1840), a więc oficjalna konsekracja przez Monarchię Lipcową. Wydarzenie zamykało pozornie pewien rozdział sporu domowego Francuzów o pamięć odchodzącego pokolenia, ale miało też wymiar europejski. Przecież cała Europa wstrząśnięta była niegdyś przez Rewolucję i jej syna, a stosunek do zesłanego cesarza, zwłaszcza po jego śmierci, coraz mniej miał wspólnego z nim samym, a coraz więcej z demonstracją wobec porządku Świętego Przymierza.
Uczcili powrót Cesarza pisarze i poeci, a europejski rynek wydawniczy zapełnił się edycjami poświęconymi Napoleonowi. W 1841 r. ukazały się też najpiękniejsze XIX-wieczne polskie książki napoleońskie – wydane przez Tomasza Dziekońskiego z dziesiątkami rycin Życie Napoleona i Życie marszałków francuzkich, oraz wznowienie w Lipsku, z setką stalorytów, Kroniki Malowniczej Napoleona Bonapartego (1 wyd. 1837) skompilowanej przez Jana Nepomucena Bobrowicza z ilustrowanym Opisem pogrzebu Cesarza Napoleona. Jeśli nawet są to tylko tłumaczone kompilacje, a ryciny to banalne kopie znanych obrazów, książki te rozbudzały wśród Polaków cenzurowaną przez zaborców legendę napoleońską, a dziś są dumą każdego zbioru. Na tej właśnie fali, poza fragmentami nietłumaczonego wcześniej na polski, ze względu na orzeczoną przez senatora Nowosilcowa niecenzuralność, Memoriału ze Świętej Heleny, w 1844 r. ukazała się w wydawnictwie Augusta Emanuela Glückberga bogato ilustrowana Historia Napoleona Marco de Saint-Hilaire'a spolszczona przez Leona Rogalskiego.
Cykl napoleońskich publikacji uczynił z de Saint-Hilaire'a literata bardzo popularnego u progu Drugiego Cesarstwa, którego nadejście uczcił zresztą Historią Napoleona III, podobną do prezentowanej tu Historii jego wielkiego stryja. Czas jednak mijał, a to co było dobre za Ludwika Filipa – bonapartyzm i nostalgia za Ceasrzem, przejadło się już bombardowanej cesarską propagandą publiczności czasów Napoleona III. Coraz bardziej wiekowy pisarz popadł w zapomnienie, a upadek Drugiego Cesarstwa w 1870 r. przypieczętował koniec „optymistycznego bonapartyzmu” dla wszystkich. W życiu i w literaturze. Zupełnie zapomniany, sędziwy Marco de Saint-Hilaire zmarł w Neuilly w roku 1887.
Drugie polskie wydanie Historii Napoleona, przygotowane w drugiej połowie lat trzydziestych zeszłego wieku przez zawziętego piłsudczyka, jakim był pułkownik Roman Umiastowski, zawierało następujący passus: „Była ona ulubioną książką lat chłopięcych Józefa Piłsudskiego i z niej przyszły Marszałek Polski nauczył się kochać Napoleona. Wśród pamiątek złożonych w Belwederze tom „Historii…” zajmuje jedno z naczelnych miejsc”. Dziś ten rodzaj kultu nas cokolwiek śmieszy, ale świadczy o młodzieńczych fascynacjach napoleońskich Piłsudskiego i o jego studiach nad losem i wojnami Bonapartego. Marzenia młodzieńca zamieniły się w rozumowanie męża stanu, który nie ukrywał, że z Napoleona uczynił sobie wzorzec w dziedzinie wojskowej i częściowo politycznej. Kopia obrazu Davida z Bonapartem przechodzącym Alpy wisiała, obok szabel, nad posłaniem Piłsudskiego w Belwederze, a napoleońska korespondencja należała do jego stałych lektur. Rozmówcy marszałka zapamiętali porównania jakie snuł między losem
Napoleona a swoim własnym i smutne refleksje nad słabnięciem Cesarza, który wyczerpując z czasem twórczą energię „pracował coraz bardziej gorączkowo, miotał się i brnął w sprzecznościach”. Analogie losów Francuza z Korsyki i Polaka podkreślającego swoją litewskość, sposób przejęcia przez nich władzy, skłonność do rządów silnej ręki, czy uczuciowy i niemal bałwochwalczy stosunek żołnierzy do wodza, zachęcały do porównań. Piłsudski, podobnie jak Napoleon, był mistrzem autokreacji i świadomej stylizacji własnej legendy, umiał być, wedle własnych słów komediantem. Czy szary mundur z szarym płaszczem tylko przypadkiem kojarzył się ze sławną kapotą Cesarza, uderzająco i zamierzenie skromną pośród barwnych sztabowców? A może kolor ten łączył symbolikę napoleońskiej redyngoty z sukmaną Kościuszki i mundurem partyzanta 1863 r.?
Biorąc do ręki trzecie polskie wydanie Historii Napoleona nie zadawajmy sobie zresztą zbyt wielu pytań. Chłońmy tę cokolwiek staroświecką opowieść „o dobrym Cesarzu” jako świadectwo czasów, w których powstała i nieustającej fascynacji losem „wielkich ludzi” i ich niepospolitego życia. A Napoleon, bodaj jedyna postać historyczna regularnie obecna w reklamach progu XXI wieku, jest ich wszystkich nieustającym symbolem.
Andrzej Nieuważny
a górzystej wyspie Morza Śródziemnego, Korsyce, w miasteczku Ajaccio, w domu dopiero co zniszczonym przez pożar urodził się chłopczyk. Było to 15 sierpnia 1769 r. Mówią, że matka nie miała nawet czym go okryć, podano jej więc uratowany z pożaru gobelin i w niego zawinęła maleństwo. Na gobelinie byli przedstawieni bohaterowie Homera. Z czasem okazało się, że nowonarodzony, który tak wcześnie zaznajomił się z nimi, w przyszłości stał się wojownikiem sławnym na cały świat i czynami swymi prześcignął herosów Iliady i Odysei.
Chłopiec ten nazywał się Napoljone Bounaparte. Ani on sam, ani jego bracia, którzy zasiedli na tronach, nigdy nie przywiązywali znaczenia do tego, jak pisać swoje nazwisko. W metryce chrztu Napoleona, napisanej po włosku, ksiądz trzy razy wymienił nazwisko Bounaparte bez „u”, natomiast najstarszy z rodziny podpisał się Bounaparte.
W wiele lat później Napoleon żeniąc się z Józefiną podpisał się Napoljone Bounaparte i dopiero zostawszy konsulem począł się pisać po francusku, to jest Napoleon Bonaparte.
Kiedy stał się cesarzem i otaczał go rój dworaków i pochlebców, poczęto odszukiwać przodków Napoleona. Jedni odnaleźli w kronikach i starych księgach, że ród ten pochodzi od dawnych królów z północy, inni, że był spokrewniony z najstarszymi rodami Europy… cesarz wzruszał ramionami na tę przesadę pochlebstw.
Gdy w roku 1812 Napoleon spotkał się ze swym teściem, cesarzem austriackim w Dreźnie, ten, chcąc mu sprawić przyjemność, wspomniał w rozmowie, że niegdyś ród Bonapartych panował w Treviso. Napoleon rzekł z uśmiechem:
– Mylą się ci, którzy tak sądzą i szukają w tym celu dokumentów. Szlachectwo moje zaczyna się od bitwy pod Marengo.
I gdy tego samego dnia minister austriacki przyniósł mu dokumenty, zebrane w archiwach różnych miast Włoch, potwierdzające słowa cesarza Austrii, Napoleon wziął papiery i wrzucił je w ogień kominka, mówiąc do obecnych:
– Proszę, wiedzcie panowie raz na zawsze, że moje szlachectwo zaczyna się ode mnie. I jeżeli mam przyjmować jakieś zaszczyty, to jedynie naród francuski może mi ich udzielić.
Karol Bounaparte, ojciec Napoleona, uczył się w Rzymie i w Pizie. Był to człowiek umysłu żywego i przenikliwego, całkowicie oddany sprawie swego kraju. W czasie walk z Republiką Genueńską o wolność Korsyki wykazał swe męstwo i zjednał sobie wysoki szacunek u ziomków, a przede wszystkim u słynnego obrońcy wolności Korsyki, Paolego. Matka Napoleona, Letycja, jedna z najpiękniejszych kobiet Korsyki, dzieliła z mężem niebezpieczeństwa wojny. Była matką pięciu synów i trzech córek.
Pierworodnym był Józef, przyszły król Neapolu i Hiszpanii. Drugim Napoleon, cesarz Francuzów. Trzecim Lucjan, najznakomitszy po Napoleonie z rodzeństwa. Czwartym Ludwik, późniejszy król Holendrów. Piątym Hieronim, król westfalski.
Najstarsza z córek, Maria Anna, była wielką księżną Toskańską, średnia Maria Annociada, pod imieniem Pauliny zaślubiła najpierw generała Leclerca, a po jego śmierci w czasie wyprawy na San Domingo wyszła powtórnie za mąż za księcia Kamila Borghese, najmłodsza zaś Karolina za Murata, króla neapolitańskiego.
Niektórzy pisarze usiłują dowieść, że w latach dziecinnych Napoleon niczym nie różnił się od innych dzieci i że nic nie zwiastowało jego geniuszu. Rzecz oczywista, że przecież w dziesiątym roku życia nie wygrał bitwy pod Austerlitz i że droga od pieluszek do pałacu cesarskiego w Tuileries była dość daleka.
Inni opowiadają o jego nad wiek poważnym usposobieniu, o samotnych dumaniach, zamyśleniu się, uporze który korzył się jedynie przed wolą matki. Mówią również o tym, że chętnie brał na siebie odpowiedzialność i miał wstręt do skarg.
W pobliżu Ajaccio, naprzeciwko wysepki Sanguiniera, nad brzegiem zatoki, w ogrodzie należącym do rodziny Feschów, znajduje się u stóp dzikiej skały jaskinia, w której mały Napoleon lubił spędzać długie godziny. Kto wie, jakie myśli roiły się i wrzały podówczas w głowie dziecka? Pokazują również w Ajaccio małą 30-funtową armatkę, jakoby jego ulubioną zabawkę. Być może kryła się w tym zapowiedź tych olbrzymich wojen, jakimi miał kiedyś zadziwić świat.
5-letniego Napoleona rodzice oddali do szkoły, gdzie koledzy często żartowali z jego niedbalstwa w ubiorze. Zarzucali mu też „dzikość i upór”, niekiedy płatali mu figle chowając książki lub wyciągając z koszyczka śniadanie. Napoleon znosił cierpliwie zaczepki, ale gdy się miarka przebrała, rzucał się z piąstkami na kolegów, nie patrząc ilu ich było.
Już wtedy dawał dowody męstwa i przytomności umysłu. Pewnego wieczoru poczęła osuwać się belka z pułapu w pokoju, w którym się znajdował jego dziadek stryjeczny i bracia. Wszyscy pouciekali, tylko Napoleon rzucił się ku belce i podtrzymał ją, dopóki starsi nie nadbiegli.
– Doskonale, Napoljonie – wykrzyknął dziadek ochłonąwszy z przestrachu – widać, że to ty będziesz podporą rodziny.
Ten dziadek Napoleona, prałat z Ajaccio, był głównym nauczycielem wnuków. Zajmował się nimi troskliwie i mimo podeszłego wieku oraz dolegliwości z tym związanych, które zmuszały go nieraz do pozostawania przez czas dłuższy w łóżku, umiał sobie radzić z dziatwą. W ostatniej chwili swojego życia, błogosławiąc swe wnuczęta prałat rzekł, jakby przewidując przyszłość.
– O los Napoljona nie trzeba się troszczyć. Da on sobie radę w życiu. Ty, Józefie jesteś najstarszy z rodzeństwa, ale to twój brat Napoljon będzie głową rodziny.
Jako dziesięcioletni chłopiec, Napoleon poszedł do szkoły wojskowej w Brienne, w Szampanii. Rząd francuski, chcąc przywiązać do siebie ludność niedawno co przyłączonej Korsyki, przyjmował bezpłatnie chłopców z bardziej znanych rodów wyspy do szkół. Wychowani w nich w duchu prawdziwie francuskim poczytywali Francję za swą Ojczyznę.
Szkołą wojskową w Brienne kierowali zakonnicy świętego Bernarda. Rzecz osobliwa, a jednak tak było. Zakonnicy kształcili przyszłych oficerów. Bernardyni z Brienne na pewno dobrze wywiązywali się ze swego zadania, jeżeli wychowali przyszłego cesarza.
Ojciec Napoleona zmarł w 39 roku życia w Montpellier, gdzie też został pochowany w podziemiach kościoła O. O. Bernardynów w dniu 24 lutego 1785 roku.
Napoleon w szkole odznaczał się pilnością. Uchodził za samotnika, z początku nienawidził swych kolegów Francuzów.
– Twoi Korsykanie to tchórze! – dokuczali mu koledzy.
Najczęściej milczał i nic nie odpowiadał, gardząc nimi. Pewnego razu jednak wyciągnął rękę przed siebie i rzekł ze spokojną godnością:
– Gdyby was było czterech na jednego, nie ujrzelibyście Korsyki, tak samo jak nie możecie ujrzeć swoich uszu, ale was było dziesięciu na jednego.
Zaskoczeni chłopcy umilkli, bo zrozumieli, że mówi prawdę.
Z czasem Napoleon zbliżył się do kolegów, a ci ulegli mu uznając wyższość jego charakteru, czując wobec niego zresztą więcej bojaźni i szacunku niż przyjaźni. Napoleon jednak zostawszy cesarzem wykazał, że jest wierny związkom przyjaźni z lat młodzieńczych.
Wolne od zajęć szkolnych chwile spędzał w bibliotece albo gdzieś w kącie ogrodu szkolnego, czytając dzieła Plutarcha, Poli – biusza i Ossyana. Czytanie tych historyków i poematów pieśniarza szkockiego stało się jego nałogiem. Potężny umysł i bujna wyobraźnia łaknęła przeżywania wielkich wydarzeń. W zabawach z kolegami brał wzór z bitew sławnych wojowników, o których czytał.
W czasie ostrej zimy 1783 roku obfity śnieg pokrył dziedziniec i ogrody szkoły. Napoleon, zebrawszy kolegów, zbudował ze śniegu szańce, bastiony i reduty. Kiedy pracując z zapałem ukończono te warownie, inżynier zamienił się w generała. Jednej stronie wskazał, jak ma atakować, drugiej, jak się bronić. Stając w zapale to po stronie jednych to drugich zyskał uznanie wśród kolegów i podziw starszych, którzy się zebrali, aby popatrzeć na to niezwykłe w Brienne widowisko.
Na uroczystość rozdawania świadectw i nagród przy ukończeniu roku szkolnego w Brienne przychodzili rodzice i okoliczni mieszkańcy. Dla utrzymania porządku uczniowie pełnili w ten dzień wartę. Na dowódcę warty wyznaczono ucznia, który się najbardziej odznaczył w czasie roku. Zaszczyt ten zwykle przypadał Napoleonowi. Podczas jednej z takich uroczystości miał on dowództwo warty w teatrze, gdzie uczniowie grali sztukę „Śmierć Cezara”. Tłum cisnął się do sali, do której wejść można było tylko za okazaniem biletów. Żona odźwiernego szkoły przyszła bez biletu i nie chciano jej wpuścić. Rozgniewana odmową kobieta poczęła wymyślać kontrolerowi. Tłum ujął się za odźwierną. Sierżant stojący przy wejściu zameldował o tym dowódcy warty i Napoleon stanąwszy w progu, nie lękając się grożących mu ludzi, krzyknął głośno:
– Precz z tą kobietą! Kto tu śmie krzyczeć i żądać rzeczy niesłusznych?
Ten energiczny rozkaz i powaga, z jaką go wydał, sprawiły, że niespokojna gromadka zmilkła i ustąpiła.
Napoleon pozostał w Brienne bez przerwy do czternastego roku życia. W 1783 roku, inspektor szkół wojskowych, kawaler Keralio, widząc niezwykłe zdolności w tym chłopcu, mimo, że Napoleon był za młody i nie mógł złożyć wymaganego egzaminu, nakazał go przyjąć do Szkoły Wojskowej w Paryżu. Egzamin składał tylko z matematyki, historii i geografii.
W aktach szkoły w Brienne w wykazie uczniów z tego okresu znajduje się następująca notatka:
„Pan de Bounaparte (Napoleon) urodzony w dniu 15 sierpnia 1769 roku w Ajaccio na Korsyce. Wzrost 4 stopy, dziesięć cali, jedenaście linji (159 cm). Budowa dobra. Zdrowie doskonałe. Charakter uprzejmy, uległy i wdzięczny wobec przełożonych, sprawowanie się bardzo dobre. Odznacza się pilnością do nauk matematycznych, umie dostatecznie historię i geografię, dosyć słaby w języku łacińskim i w innych naukach. Będzie z niego wyborny marynarz.
Zasługuje na przyjęcie do Szkoły Wojskowej w Paryżu”.
17 października 1784 roku Napoleon rozpoczął naukę w tej szkole i wkrótce wykazał swe zdolności, zwłaszcza w nauce matematyki. Ksiądz Raynal, uderzony dużym zasobem wiadomości tego młodzieńca, zapraszał go do siebie na niedzielne „uczone” śniadania, przy których omawiano różne ciekawe sprawy naukowe.
Profesor historii w Szkole Wojennej de l'Eguille twierdził, że to on przepowiedział Napoleonowi wielką przyszłość, i że w archiwum szkoły są na to dowody. Z ćwiczeń, jakie Napoleon pisał w szkole, największe wrażenie uczynił na nim rokosz kontabla Bourbona. Podług Napoleona, największą zbrodnią kontabla było nie to, że odważył się walczyć przeciw swemu królowi, lecz to, że wezwał do ojczyzny obcych.
Domarion, profesor literatury, orzekł, że ten chłopiec jest z „granitu, w którym kryje się wulkan”.
Jeden tylko nauczyciel niemieckiego, Bauer, myślał inaczej o Napoleonie, ponieważ ten nie czynił żadnych postępów w niemieckim. Dlatego też uważał go za wyjątkowego nieuka. Pewnego dnia Bauer dostrzegł, że na lekcji brak jest Napoleona. Na zapytanie, gdzie jest, koledzy odpowiedzieli, że zdaje egzamin z artylerii.
– A czy ten nieuk umie cokolwiek? – zapytał z ironią.
– Jak to? – odpowiedziano. – Czy pan profesor nie wie, że on jest najlepszy w klasie z matematyki?
– Prawda, słyszałem o tym i dlatego sądzę, że matematyka przystaje tylko do tępych głów.
Kiedy klasa oburzyła się na takie zdanie, Bauer rzekł:
– Mówcie sobie, co chcecie, ale wasz Bonaparte nigdy niczym nie będzie, zawsze pozostanie tylko dużym głuptasem.
Napoleon, będąc konsulem, przypomniał sobie niezbyt pochlebne zdanie Bauera o sobie i zemścił się szlachetnie, mianując go tłumaczem przy swoim gabinecie z roczną płacą 8.000 franków. Rzecz szczególna, ale ten czyn ugruntował jeszcze bardziej w starym profesorze opinię, jaką miał o swoim uczniu.
Nauczycielem matematyki Napoleona był ksiądz Patrault, a Pichegru dawał mu korepetycje z arytmetyki.
Wiadome są czyny wojenne Pichegru, który zawojował Holandię i będąc wmieszany do spisku na życie Napoleona odebrał sobie życie w więzieniu w Temple w 1804 roku.
Bonaparte, mianowany wodzem naczelnym armii włoskiej, wezwał do siebie księdza Patraulta, lecz ten łatwo obliczając lot i siłę pocisków, z trudem znosił niewygody wojenne. Toteż po kampanii Napoleon umieścił swego dawnego profesora w zarządzie dóbr mediolańskich, gdzie mu się nieźle wiodło. Kiedy Napoleon wrócił z Egiptu, powitał go Patrault już nie jako ubogi zakonnik z Szampanii, lecz otyły i brzuchaty bogacz-milioner. Po dwóch latach Patrault zameldował się ponownie u pierwszego konsula w Mediolanie, lecz w stanie opłakanym.
– Cóż się stało? – rzekł Napoleon przyglądając mu się badawczo.
– Obywatelu Pierwszy Konsulu, widzisz przed sobą człowieka podupadłego, który stracił wszystko co miał.
– Jak to mój kochany przyjacielu?
– Tak, nieszczęście niesłychane…
– To źle. To źle… Przyjdź do mnie za tydzień.
Pierwszy Konsul chciał się w międzyczasie dowiedzieć, z jakiej to przyczyny Patrault stracił swój majątek. Okazało się, że wielki kalkulator zbankrutował po prostu przez nieszczęśliwe kombinacje, jak i przez pożyczanie pieniędzy ludziom, którzy nie chcieli mu ich zwrócić.
Po tygodniu Napoleon rzekł do byłego księdza.
– Wywiązałem się z mego długu wdzięczności. Spłaciłem za ciebie długi. Nic więcej dla ciebie uczynić nie mogę. Nie podobna dwa razy pomagać komuś w zrobieniu fortuny. Ponieważ jednak obowiązkiem naszym jest cenić tych, którzy nas wychowali i przychodzić im z pomocą, pobierać będziesz na przyszłość 1200 franków emerytury. Wystarczy ci to na spokojne życie.
Ksiądz Patrault korzystał z tej emerytury jeszcze przez wiele lat.
UDWIK XVI, król Francji, podpisał 2 września 1785 roku patenty nominacyjne dla 58 podporuczników artylerii. Nikt nie umiałby wytłumaczyć, w jaki sposób wiadomość ta, następnego dnia rankiem przedostała się przez mury, lecz mówiono o tym w całej szkole, poczynając od aresztu aż do gabinetu dyrektora margrabiego Timburne-Valence’a. Wkrótce dowiedziano się też nazwisk szczęśliwców. W ich liczbie był Napoleon. Na egzaminie prześcignął wszystkich kolegów i zasłużył na pochwałę słynnego uczonego, Laplace'a, który zasiadał w komisji egzaminacyjnej.
10 października patenty nadeszły do Szkoły Wojskowej i każdy z awansowanych dowiedział się jednocześnie, dokąd ma się udać. Bonaparte z Desmazisem i jeszcze kilkoma innymi otrzymali przydział do pułku artylerii La Fère.
Pewnego popołudnia, w kilka dni później, dwaj uczniowie w towarzystwie sierżanta instruktora wyszli ze szkoły wojennej, zmierzając na plac, skąd odjeżdżały dyliżanse pocztowe zwane turgotinkami liońskimi, od nazwiska ministra Turgota, który je wprowadził zamiast bryk używanych za Ludwika XV. Wynajęty chłopiec niósł za dwoma przyjaciółmi ich szczupły bagaż. Przybywszy na stację pocztową, odjeżdżający uścisnęli starego podoficera i wdrapali się na wierzch dyliżansu, który ruszył drogą ku Fontainebleau. Na piąty dzień dyliżans przybył do Lyonu, gdzie młodzieńcy stanęli w skromnym hotelu.
Mundur Szkoły Wojskowej, nadto uwydatniający szczupłość niższego z naszych przyjaciół, był koloru niebieskiego z odkładanym kołnierzem amarantowym, zapięty na piersiach srebrnymi guzikami. Kapelusz stosowany z małą srebrną pętlicą bez kokardy, krótkie spodnie z czerwonego sukna i na trzewikach mała srebrna sprzączka. Ubiór ten zwracał w Lyonie ogólną uwagę, co niezbyt było miłe młodzieńcom, z których jeden, Aleksander Desmazis, liczył 17, a drugi, Napoleon, ledwie 16 lat. Starszy był przystojnym, zgrabnym chłopcem o miłych rysach, różowej twarzy oraz łagodnym spojrzeniu, młodszy, przeciwnie, chudy i blady, niskiego wzrostu o twarzy regularnej, włosach ciemnych i gładkich miał coś szczególnego w sobie. Z oczu jego – ni to błękitnych ni to czarnych – padał niekiedy dziwny blask. Mówił głosem łagodnym, ale było w nim coś zagadkowego.
…I wdrapali się na wierzch dyliżansu…
W Lyonie nasi młodzi porucznicy rozpoczęli życie oficerskie, uczęszczali do teatru i kawiarni. Obaj przyjaciele niezbyt wiele mieli pieniędzy przy sobie i obaj nie byli zbyt zamożni. Jeszcze kilka wizyt w kawiarni, a trzeba było opuścić Lyon nie kupiwszy nawet książek, które nabyć zamierzali.
Los jednak im sprzyjał. Oto spotkali przypadkiem znajomego Napoleona z Korsyki, który, gdy się dowiedział, w jakich to tarapatach znaleźli się dwaj młodzieńcy, pożyczył im kwotę potrzebną na podróż do Walencji, gdzie stał pułk. Należało natychmiast jechać, lecz naszym przyjaciołom zbyt podobało się w Lyonie, pozostali tam więc jeszcze przez kilka dni. Skończyło się na tym, że wyruszyli nareszcie pewnego ranka pieszo, z głową trochę ciężką, lecz z kieszenią równie lekką jak przed spotkaniem ze znajomkiem.
Tego dnia nocowali w Vienne, w Delfinacie. Nazajutrz wygłodniali i zmęczeni po 10 godzinach marszu, przebywszy siedem mil i posiliwszy się ledwie kawałkiem chleba i kubkiem mleka, dotarli do Saint-Vallier. Stąd było jeszcze sześć mil do Walencji.
Nazajutrz zatrzymali się w szkole wojskowej w Tournon, gdzie ich gościnnie przyjęto. Spotkali tu kilku znajomych, między nimi swoich nauczycieli z Brienne – Dabovala od fechtunku i nauczyciela kaligrafii.
…W drodze do Lionu.
W dziewiętnaście lat później do cesarza Napoleona w Saint-Cloud zgłosił się jakiś podeszły wiekiem człowiek, mizernie ubrany.
– Kim jesteś?… Czego żądasz ode mnie? – zapytał się cesarz.
– Najjaśniejszy Panie – rzekł zalękniony staruszek – Wasza Cesarska Mość widzę nie poznaje mnie. Miałem szczęście uczyć Waszą Cesarską Mość kaligrafii w szkole wojskowej w Brienne. Później miałem zaszczyt oglądać Waszą Cesarską Mość w Tournon, podczas podróży do pułku w Walencji.
– Ach, tak! Przypominam sobie – odrzekł żywo Napoleon – Pięknieś ucznia wychował. Nie winszuje ci tego wcale.
Potem, roześmiawszy się, pożegnał staruszka uprzejmie.
– Dobrze, dobrze – rzekł – nie zapomnę o swoim nauczycielu kaligrafii.
W kilka dni później stary profesor otrzymał z prywatnej szkatuły cesarza pensję 600 franków rocznie.
W Walencji dwaj porucznicy zatrzymali się w pierwszej napotkanej oberży, gdzie się odświeżyli, po czym Napoleon poszedł na ratusz. Niestety, urzędnicy już się rozeszli. Napoleon zmartwił się, że nie otrzyma nakazu kwaterunkowego i trzeba będzie zapłacić za nocleg w oberży. Na szczęście woźny, poruszony widać młodością oficera, dał znać sekretarzowi i ten, przybywszy do biura, zażądał okazania dokumentu przeznaczającego Napoleona do Walencji.
– Jest nas dwóch – rzekł Bonaparte. – Mój kolega znużony podróżą wierzy, że pan będzie tak uprzejmy i wybaczy jego nieobecność. Oto mój i jego dokument. Proszę wydać nam nakazy kwaterunkowe. Jutro mój przyjaciel, kawaler Desmazis, wypocząwszy, osobiście panu podziękuje.
To grzeczne zachowanie się młodego szlachcica-oficera wobec mieszczanina i do tego drobnego urzędnika było czymś tak niezwykłym naówczas, że sekretarz ujęty tym, ledwie rzuciwszy okiem na przedstawione mu papiery, wziął się do wystawienia nakazu. Napoleon przeczytał:
„W imieniu króla!
Panna Klaudyna Bou, właścicielka kawiarni „pod Kołem” ma przyjąć na kwaterę na jeden dzień dwóch poruczników drugiej klasy królewskiego pułku artylerii La Fère i dostarczyć im, co się wedle prawa należy”.
U spodu zaś:
„Do panny Bou, na rogu ulicy Du Croissant w Walencji”.
– To niedaleko stąd – rzekł stary biuralista. – Nie ma tam szyldu, ale łatwo dom pan znajdzie. W Walencji ludzie są uprzejmi i każdy chętnie wskaże drogę nowemu oficerowi naszej załogi, zwłaszcza gdy jest nim człowiek tak grzeczny, jak pan nim jesteś.
– Bardzo dobrze. Dziękuję panu – odpowiedział Napoleon, wracając co prędzej do Desmazisa.
W kwadrans później przyszły cesarz i jego towarzysz stawili się u nowej gospodyni i w imieniu króla zażądali kwatery. Przyjęto ich gościnnie. Rankiem Napoleon chciał się umówić o cenę i warunki stołowania, lecz panna Bou oświadczyła, że sprawa ta jest już uregulowana w mieście. Wszyscy porucznicy za ustaloną opłatą stołują się w gospodzie „Pod Trzema Gołębiami”. Napoleon jednak udał się do oberży, utrzymywanej przez Gena i ustalił z nim, że będzie jadał raz lub też dwa razy dziennie za opłatą 20 liwrów miesięcznie. Cena ta i warunki wskazywały nie tylko na wstrzemięźliwość przyszłego cesarza, która się stała później przysłowiową ale i na ubóstwo jego kieszeni. Gospoda była marna, a i na nią nie zawsze starczało, gdy chciał kupić książkę. Często też cały obiad składał się z dwóch bułek i szklanki wody.
– To niedaleko stąd – rzekł stary biuralista…
Następnie trzeba się było zameldować u przełożonych. Pułkiem La Fère dowodził wtenczas pułkownik artylerii, kawaler de Lance. W południe więc Bonaparte i Desmazis, w paradnych mundurach, w towarzystwie starszego brata Desmazisa, który był kapitanem w Walencji, udali się do pułkownika. Ten zimno jakoś przyjął Desmazisa i ledwie rzucił okiem na kilka listów, jakie ten przywiózł mu z Paryża.
Stary oficer rozpytywał natomiast Napoleona o jego kraj i ostatnią rewolucję, która oderwała go od Rzeczypospolitej Genueńskiej. Dziwił się też, dlaczego Bonaparte urodzony w krainie górzystej, niedostępnej dla artylerii, właśnie wybrał ten rodzaj broni.
Napoleon odpowiedział.
– Bo czułem tu (i dotknął palcem czoła), że artyleria jest bronią, do której idą najlepsi i w której można odznaczyć się dwa razy prędzej, niż w innej broni i tym samym wyprzedzić innych.
– Masz słuszność młodzieńcze. Wytrwaj w podobnych postanowieniach, a sądzę, że przyszłość twoja będzie pełna sławy i pomyślności, jakiej spodziewać się winien każdy waleczny i wykształcony oficer, który ma honor służyć w królewskim korpusie artylerii.
Powstawszy, pułkownik odprowadził trzech oficerów do drzwi swego gabinetu.
Nazajutrz bracia Desmazis spotkali się z Napoleonem i udali się do hotelu „pod herbem Francji”, gdzie stołowali się kapitanowie.
– Obiady przygotowuje tu Faure, powiedział kapitan Desmazis, najsłynniejszy kucharz w całej Francji.
Napoleon już jako cesarz pamiętał o ciastkach Faura. W 1811 roku, podczas uroczystego przyjęcia deputacji departamentów cesarstwa, zbliżył się do mera miasta Walencji, przewodniczącego deputacji departamentu de la Drôme, i zapytał z uśmiechem.
– I cóż panie Planta? Jak tam pańscy krajanie? Czy zawsze są takimi łakomczuchami, jak za moich czasów?
– Najjaśniejszy Panie… – odpowiedział ten, zmieszany tak dziwnym pytaniem.
– A kucharz „pod herbem Francji” – pytał cesarz dalej – czy nadal robi te doskonałe ciastka i paszteciki? Faure jest sławą waszego miasta i o nim nie zapomniałem.
Pożartowawszy chwilę, cesarz zmienił temat rozpytując się uszczęśliwionych mieszkańców, jakie potrzeby ma Walencja.
Wśród oficerów pułku La Fère Napoleon znalazł kilku towarzyszy ze szkoły w Brienne oraz kilku Korsykańczyków. Uściskał ich z takim zapałem, że ktoś z obecnych zapytał, czy to są jego krewni. Napoleon odrzekł ze wzruszeniem:
– Ależ nie, nie jesteśmy krewnymi, lecz przecież wszyscy urodziliśmy się na Korsyce.
Później, po chwili milczenia, podniósłszy głos dodał:
– Na naszej pięknej wyspie, jeżeli wendeta nie uczyni ludzi wrogami, każdy napotkany ziomek znaczy przyjaciel wierny aż do śmierci. Proszę zapytać tych panów.
I Napoleon wskazał ręką na oficerów, których uściskał tak czule.
Te słowa, ten gest i ton, jakim je wymówił, zwróciły ogólną uwagę. Młody porucznik zyskał sobie wkrótce przychylną opinię, chociaż kilka listów pisanych z Wojskowej Szkoły w Paryżu odmalowały go w ciemnych barwach.
Dowódca pułku, pułkownik d'Urtubie, ocenił go sprawiedliwie i okazywał mu swą przychylność. W 20-ym roku życia Napoleon był jednym z najbardziej wykształconych oficerów artylerii. Wiele czytał i rozważał, pracując po 16 godzin na dobę. Z książek przeczytanych sporządzał wyciągi, gryzmoląc je nieczytelnym niemal pismem. Sam przedruk jego notatek z tego okresu zająłby ze 400 stron. Czegóż nie czytał? Dzieła z zakresu sztuki wojennej, dialogi Platona, historię Sparty, Anglii, wyprawy Fryderyka, historię Egiptu i Kartaginy, dzieje Chin i Indii, o zbrodniach szlachty, dzieła o astronomii, geografii, meteorologii, finansach Francji, statystyki śmiertelności. Jego jasny umysł, łatwość logicznego myślenia, szybkość decyzji, pewność w wyrażaniu swych poglądów wyróżniały go wśród innych. Wielu ludzi już wtedy przepowiadało mu, że daleko zajdzie i nikt z nich nie dziwił się losowi, jaki go spotkał.
Podług ogólnego mniemania Napoleon jakoby w młodości był milczący i ponury. Nic podobnego, był on właśnie wesołego usposobienia. Na wyspie św. Heleny największą dla niego przyjemnością było opowiadanie towarzyszom wygnania o figlach jakie płatał w szkole artylerii.
– Mieliśmy – opowiadał – starego, przeszło 80-letniego komendanta. Pewnego dnia podczas strzelania z działa, patrząc przez lornetkę, komendant stwierdził, że chybiliśmy, bo nie mógł dopatrzeć się, gdzie uderzyła kula. Zaniepokojony pytał nas, czy padła daleko od celu. Nikt nie umiał odpowiedzieć, ponieważ przy każdym załadowaniu działa chowaliśmy zręcznie kule i strzelaliśmy tylko prochem. Lecz stary komendant nie dał się długo oszukiwać. Po pięciu czy sześciu strzałach przeliczył kule leżące obok działa i dowiedział się wszystkiego… śmiał się z figla, ale wszystkich obecnych posadził na tydzień do aresztu.
Pewnego dnia Napoleon poczubił się z kolegą, który nad nim mieszkał i stale grał na trąbie, przeszkadzając mu pracować. Kłótnia nastąpiła na schodach.
– Mój drogi, trąba musi cię niemiłosiernie męczyć – rzekł Napoleon.
– Ależ nie, zaręczam ci.
– W takim razie dręczy innych.
– Przykro mi…
– Czy nie byłoby lepiej, żebyś grał gdzieś dalej, ot choćby w lesie.
– Zdaje mi się, że jestem panem u siebie.
– Można by w to powątpiewać.
– Nie sądzę, aby się taki znalazł, kto śmiałby w to wątpić.
– Mylisz się, mój drogi, tacy się znajdą.
– Kto taki?
– Ja pierwszy.
Od słowa do słowa, doszło do obrazy. Sąd koleżeński na pojedynek jednak nie zezwolił lecz postanowił, że jeden ma grać na trąbie gdzieś w ustronnym miejscu, a drugi ma być wyrozumialszy.
Kłótnia nastąpiła na schodach…
W czasie kampanii 1814 roku Napoleon spotkał tego grajka w okolicach Soissons i wziął go na swego adiutanta.
12 sierpnia 1786 roku drugi batalion pułku La Fère, w którym służył Napoleon, opuścił Walencję i odszedł do Lyonu dla poskromienia wybuchłych tam zaburzeń. Stąd przyszły cesarz udał się z pułkiem do Douai. W roku 1789, w chwili zwołania Stanów Generalnych, stał w mieście Auxonne.
Pewnego razu został z jakichś powodów, lecz jak później stwierdził, całkowicie niesłusznie osadzony w areszcie. W izbie, w której siedział, było tylko stare łóżko, stare krzesełko i jeszcze starsza szafa. Na niej Napoleon znalazł zakurzoną książkę, która była jeszcze starsza niż sprzęty. Był to zbiór praw z mnóstwem dopisków.
Nie mając ani ołówka, ani książki, Napoleon uważał za prawdziwe szczęście znalezienie tego starego grata. Księga była ogromna, miała karty pożółkłe, a marginesy tak szczelnie zapisane uwagami, że gdyby aresztant siedział w „pace” sto lat, wystarczyłoby mu tej strawy duchowej na cały czas. Po dziesięciu dniach wprawdzie go zwolniono, lecz wystarczyło tego okresu, żeby czytając po całych dniach, uprzykrzył sobie prawodawców rzymskich. Rzecz inna, że później, gdy jako Pierwszy Konsul począł tworzyć słynny swój kodeks, zadziwiał stale prawników swą niezwykłą znajomością prawa. Jak widać dziesięć dni aresztu w Auxonne nie poszły na marne.
Generał du Teil, komendant Szkoły Artylerii w Auxonne, wyróżniał Bonapartego i dawał mu prace, które zadawalały jego ambicje. Chwali się też pewnego razu w liście do rodziny, że ma robotę, która wymaga trudnych obliczeń. „To też bez przerwy jestem zajęty od rana do nocy na czele 200 ludzi. Niezwykłe to wyróżnienie oburzyło przeciwko mnie kapitanów, którzy klną, że w tak ważnych sprawach dano przed nimi pierwszeństwo porucznikowi”. Innym znów razem zaproszony przez generała 4 dni „ślęczał nad mapami rozłożonymi na wielkich stołach”.
Zachował Napoleon swego opiekuna we wdzięcznej pamięci i pisząc swój testament na wyspie św. Heleny, wyznaczył kwotę 100000 franków potomkowi generała du Teil „za troskę” jaką go otaczał.
Napoleon jako 16-letni chłopiec został oficerem. Niezbyt wiele wówczas umiał, lecz, jak wiadomo, czasu w garnizonie nie tracił, ucząc się zapamiętale. W tym okresie swego życia napisał „Listy historyczne z Korsyki”. Czuł się Korsykaninem i marzył o wypędzeniu Francuzów z wyspy.
Akademia Liońska ogłosiła konkurs na rozprawę „Jakie zasady i instytucje czynią ludzi szczęśliwymi”. Bonaparte posłał swą pracę, lecz Akademia uznała ją „za niegodną uwagi”.
Napoleon, zostawszy cesarzem, rzucił w ogień egzemplarz tej pracy, odszukany w archiwum Akademii Liońskiej, sądził bowiem, że kopia nie istnieje. Tymczasem znalazła się u Ludwika Bonaparte. W roku 1826 ogłoszono ją drukiem, ale z niepełnej kopii. Jest w tej pracy piękna myśl, że „wielcy ludzie są jak meteory, które jaśnieją i spalają się dla oświecenia ziemi”.
Pod koniec 1786 roku Napoleon, już jako porucznik I klasy, przeniesiony został do pułku Grenoble.
Rok 1789 był rokiem odwetu. Francja chwyciła za broń. Młodzi poczynali tworzyć historię. W Paryżu lud zburzył Bastylię i obalił tron. W garnizonie Napoleona lud wyszedł na ulicę i porucznik Bonaparte oddaje pierwszy ostry strzał do tłumu. Cóż go ten lud zresztą obchodzi, nie czuje się jeszcze Francuzem. Sądzi, że należy jechać na Korsykę i tam zawiesić czerwoną kokardę wolności. Ale ruchawka w Ajaccio nie udaje się. Napoleon pewien czas spędza u boku bohatera narodowego Korsyki, Paolego. Rozwija przed nim plany zbrojnego wyzwolenia wyspy. Stary wódz, patrząc na tego pożeranego ambicją 20-letniego bladego młodzieńca, któregoś dnia powiada:
– Nie masz w sobie nic nowoczesnego, chłopcze, pochodzisz z epoki Plutarcha.
Urlop się skończył. Napoleon nie wraca do garnizonu, sądząc, że „honorowe miejsce dla dobrego Korsykanina jest w jego ojczyźnie”. W tej ojczyźnie chce zdobyć sobie miejsce, wyzwolić wyspę od Francji. W Wielkim Tygodniu 1792 roku ochotnicy gwardii narodowej okrzykują go pułkownikiem. Na czele batalionu stara się owładnąć twierdzą w Ajaccio, co mu się nie udaje. Przez trzy dni miasto żyje w trwodze pod grozą terroru i dopiero przybycie komisarzy przywraca spokój. Napoleon jest oskarżony w Paryżu o rokosz. Już dawno skreślono go z listy oficerów armii francuskiej.
Nie mając co robić na Korsyce udaje się do Paryża, aby tam w stolicy szukać szczęścia. Kieszeń ma pustą, a życie w Paryżu jest drogie. Poszedł pod zastaw zegarek. Napoleon robi długi.
Był to okres może najmniej szczęśliwy w jego życiu. W Paryżu spotyka towarzysza ze szkoły wojskowej, Bourienna. Ten nie był od niego bogatszy. Odnowiła się przyjaźń szkolna. Codziennie snuli nowe projekty, jak zdobyć pieniądze, bo bieda poczęła mu dokuczać. Zamierzali nawet dla spekulacji wynająć kilka nowobudujących się domów na ulicy Montholon. Starania o powrót do służby z braku poparcia nie odniosły skutku.
Nadszedł dzień 20 czerwca. Dwaj przyjaciele spotkali się tego dnia w restauracji przy ulicy Saint-Honorè, w pobliżu Palais Royal, gdzie ujrzeli jak tłum 4000 do 5000 obdartusów, dziwacznie uzbrojony i wrzeszczący na całe gardło, podążał do pałacu królewskiego. Była to zbieranina najgorszej hołoty z przedmieść.
Była to zbieranina najgorszej hołoty…
Wyprzedziwszy tę hałastrę przyjaciele byli świadkami burzliwych zajść przed pałacem królewskim. Trudno opisać zdumienie i oburzenie naszych przyjaciół, kiedy zobaczyli nieszczęśliwego Ludwika XVI w oknie od strony ogrodu w czerwonej czapce frygijskiej, jaką mu któryś z drabów włożył na głowę. Napoleon nie wytrzymał i krzyknął:
– Ach co za podłość, żeby dopuścić motłoch aż do pałacu! Och, gdybym ja tam był, rzecz by wyglądała inaczej. Wystarczyłoby kilka kartaczy, aby rozproszyć i rozpędzić tę hołotę. 300-400 należałoby z niej położyć, a reszta sama by uciekła.
Jesienią 1792 roku Napoleon wraca na Korsykę, gdzie zmagają się ze sobą dwie partie. Jedna pragnie oderwać się od Francji, przewodzi jej Paoli, druga chce łączyć się z rewolucją. Napoleon, i jego bracia, należą do drugiej. Gdy Paoli po straceniu Ludwika XVI wystąpił jawnie przeciw Francji, bracia Bonaparte zostali uznani na Korsyce za „zdrajców ojczyzny”. Nie mieli tam już wtedy nic więcej do roboty, jak tylko jak najszybciej ratować swe głowy. Uciekli w góry wraz z matką. Z najbliższego szczytu, obejrzawszy się, ujrzeli swój dom w płomieniach. Gdy powiedziano o tym Letycji, odrzekła:
– Niech się pali, zbudujemy sobie lepszy.
Po kilku dniach ukrywania się, rodzina Bonapartych dostała się wreszcie na francuski okręt i wraz z Napoleonem wylądowała w Marsylii. Józef mianowany został komisarzem wojskowym, Lucjan zaś otrzymał stanowisko w administracji, a Letycji, jako emigrantce, rząd wyznaczył szczupłe wsparcie.
Umieściwszy jako tako rodzinę, Napoleon wyruszył do Paryża, żeby ponowić starania o przyjęcie go do czynnej służby wojskowej. Kiedy jeden z przyjaciół chciał go pocieszać, rzekł:
– Żołnierz nie powinien rozpaczać. Musi mieć w sobie takie cechy jak wytrwałość i męstwo.
AŁA Francja zawrzała oburzeniem, gdy do portu tulońskiego wpłynęła zaproszona przez rojalistów eskadra, złożona z okrętów angielskich, hiszpańskich i neapolitańskich. Eskadra ta zabrała resztki floty francuskiej i wysadziła na ląd wojsko, które zajęło twierdzę, port i miasto. Generał angielski objął władzę nad Tulonem.
Konwent, rządzący wówczas Francją, wysłał generałów Cartauxa i Lapoype'a (jeden z nich był malarzem, a drugi lekarzem), z rozkazem odzyskania Tulonu. Komitet Ocalenia Publicznego wyznaczył meldującego się u niego kapitana artylerii Bonapartego na dowódcę artylerii przy nich. Przedtem jeszcze Napoleon udał się do Nicei dla przeprowadzenia rozmów z przywódcami powstania marsylskiego, którzy zajmując Awinion przecinali komunikację armii francuskiej we Włoszech z Francją i uniemożliwiali dostarczanie żywności i amunicji do Włoch. Napoleon uzyskał obietnicę od Marsylczyków, że przestaną czynić trudności armii francuskiej, która we Włoszech broni jednak własnej ojczyzny. Dzięki tym układom powstał dialog „Wieczerza w fechtunku”, w którym Napoleon umieścił szereg trafnych uwag o położeniu kraju, a nadto argumenty, jakich użył w rozmowach z naczelnikami powstania.
W pierwszych latach rewolucji zaopatrzenie wojska wyglądało dość mizernie. Duch wojskowy upadł. W administracji panował nieład, nie lepiej też było z doborem dowódców. Przybywszy pod Tulon, młody kapitan artylerii zameldował się u generała Cartauxa, człowieka może i dzielnego, ale chełpliwego i nie mającego pojęcia o rzeczach wojskowych. Ubrany przesadnie, lśniący od złotych ozdób od stóp do głowy, dowódca armii oblegającej Tulon, zapytał Napoleona czego sobie życzy? Ten oddał mu pismo, mocą którego został mianowany dowódcą artylerii.
– To się na nic nie przyda – rzekł generał podkręcając wąsa – nie, obywatelu, tu już nam nie macie co pomagać. Zrobiliśmy wszystko, co trzeba dla zdobycia Tulonu. W każdym razie, witaj. Jutro będziesz dzielił z nami triumf, nie pracując na niego przedtem.
Przed świtem generał zabrał Napoleona do swego powozu, aby mu pokazać ustawienie artylerii i usłyszeć od niego w zamian słowa pochwały. Zbliżając się do portu, nowy dowódca artylerii dostrzegł w winnicach tu i ówdzie po kilka dział i dużo spulchnionej ziemi.
– Obywatelu Duras, czy to są nasze baterie? – zapytał z dumą Cartaux swego adiutanta.
– Tak jest, obywatelu generale.
– A gdzie są kule?
– Tam, w tych domkach – pokazywał na dość odległe domki – dwie kompanie od świtu je rozżarzają.
– Ależ obywatelu Duras, w jakiż sposób przeniesie się te rozpalone kule do dział?
Obaj nie wiedzieli, jak to zrobić i z zakłopotaniem spoglądali na Napoleona. Ten myślał, że generał i adiutant chyba żartują, tak wszystko to, co widział, wydało mu się nieprawdopodobne, lecz spojrzawszy na ich poważne twarze zrozumiał, że ci świeżo upieczeni oficerowie nie mają pojęcia o artylerii. Kule rozgrzewano co najmniej o pół mili od armat, armaty zaś były ustawione o milę od celu, który miały rozbijać. Napoleon z całą powagą przekonał Cartaux i jego adiutanta, że zanim zacznie się strzelać rozpalonymi kulami, trzeba sprawdzić zimnymi, dokąd wystrzelone z dział dolecą. Nie bardzo mu chcieli wierzyć, że tak trzeba zrobić, lecz usłyszawszy słowa „strzał próbny”, dali się przekonać. Wystrzelono na próbę, i kula nie doleciała nawet na ćwierć odległości do reduty angielskiej, którą zamierzano bombardować. Wtedy Cartaux parsknął gniewem na „Marsylczyków i arystokratów”, którzy na pewno zepsuli proch.
Podczas tej próby nadjechał konno przedstawiciel Konwentu, Gasparin. Był to człowiek rozsądny, w dodatku niegdyś służył w wojsku.
Napoleon wykorzystał tę chwilę i nie zwracając więcej uwagi na Cartaux, zwrócił się do Gasparina.
– Obywatelu komisarzu – rzekł – jestem dowódcą batalionu artylerii i z tego tytułu powinna ona mnie jedynie podlegać. Żądam więc, aby nikt się do baterii nie wtrącał, inaczej ja za nic nie odpowiadam.
– Kto jesteś, obywatelu, że bierzesz na siebie tę odpowiedzialność? – spytał Gasparin zdumiony tonem młodzieńca, który mógł mieć 24, a co najwyżej 25 lat.
…nadjechał konno przedstawiciel Konwentu Gasparin…
– Kto jestem? – odrzekł Napoleon – Jestem żołnierzem znającym swoje rzemiosło, a znajduję się pośród ludzi, którzy nie mają o nim pojęcia.
Młody oficer mówił z takim przekonaniem, że Gasparin nie zawahał się poprzeć jego żądania. W krótkim czasie całość prac oblężniczych przeszła w ręce Napoleona. Musiał jednak walczyć z nieudolnością świeżo mianowanych generałów, których wyniosła na wierzch rewolucja, jak i niechęcią komisarzy Konwentu. Silna wola, charakter, trafność pomysłów, oraz szybkość ich wykonania pomogły mu przezwyciężyć przeszkody. Zaczął od uzupełniania braków w artylerii. Zgromadził przeszło sto dział wszelkiego kalibru. Rozpoznał dokładnie okolice miasta – nowe potężne fortyfikacje, wzniesione przez Anglików – i wtedy dopiero podsunął na odpowiednią odległość swoje działobitnie.
Cartaux i Doppet, dwaj dowódcy oblegający Tulon, byli ludźmi odważnymi, lecz nie posiadali żadnych talentów wojskowych. Niechętnie też ulegali wpływowi Napoleona. Żołnierze, którzy instynktem wyczuwają wodza, dali im jednak przykład.
Pewnego dnia Cartaux chciał skłonić Napoleona, żeby oparł jedną z baterii o mur domu. Działo po strzale nie miałoby nawet gdzie odskoczyć. Wyobrażał sobie, że „najpierw będzie się strzelać do Tulonu z armat przez trzy dni, a później uderzy się trzema kolumnami i zdobędzie go”.
W Paryżu uznano taki plan za bardziej zabawny, niż rozsądny i bezwzględni Jakobini odwołali jego autora. Projektów zdobycia Tulonu było zresztą mnóstwo. W obozie kręciło się ze dwie setki Jakobinów-gadułów, którzy co dzień fabrykowali nowe pomysły. Napoleon mówił, że projekty sypały się jak z rogu obfitości i otrzymał ich coś ze sześćset.
Cartaux był człowiekiem żywego usposobienia i dość upartym, Napoleon też nie zamierzał w niczym ustępować. Zdarzały się częste sprzeczki, które łagodziła pani Cartaux, mówiąc w prostocie serca do męża:
– Daj mu pokój. Niech sobie ten młody człowiek robi, co chce. Czyż nie widzisz, że on lepiej zna się na tym od ciebie? O nic cię nie prosi, ty jesteś głównym dowódcą i przy tobie zostanie sława powodzenia.
Kobieta ta miała dosyć zdrowego rozsądku, lecz jak wiadomo, jej mąż sławy nie zyskał. Po powrocie do Paryża, gdy Jakobini marsylscy wydali ucztę na jego cześć i rozmawiano przy stole o młodym dowódcy artylerii pod Tulonem, a Cartaux żalił się na niego, madame Cartaux rzekła proroczo.
– Nie ufajcie temu człowiekowi. Ma on zbyt wiele rozumu, żeby pozostać nędzarzem rewolucji – sankiulotem.
Cartaux rzekł wtedy donośnym głosem.
– Obywatelko Cartaux, czy to ma znaczyć, że my wszyscy jesteśmy tylko głupcami?
– Mój przyjacielu, tego nie mówię, ale myślę, że on jest z innego ciasta, niż ty i inni.
Pewnego dnia do obozu oblegających pod Tulonem przybyło drogą z Paryża szereg powozów. Wysiadło z nich około 60 pięknie ubranych wojskowych. Zapytali o dowódcę i szli ku niemu z powagą posłów.
On lepiej zna się na tym od ciebie…
– Obywatelu generale – rzekł jeden z nich – przybywamy z Paryża. Patrioci są oburzeni twoją bezczynnością i powolnością. Zbyt długo siedzą Anglicy na ziemi francuskiej. Rzeczypospolita chce się dowiedzieć, dlaczego jeszcze Tulon nie jest zdobyty i dlaczego flota angielska stoi niezniszczona w porcie. Komitet Ocalenia Publicznego wydał odezwę do ludu, wzywając ochotników pod Tulon. Zgłosiliśmy się na jego wezwanie i przybywamy tu z niecierpliwością, aby uczynić zadość żądaniu Rzeczypospolitej. Jesteśmy ochotnikami artylerzystami z Paryża, daj nam działa, a jutro pójdziemy na nieprzyjaciela.
Cartaux, zaskoczony tą przemową, nie znalazł na razie odpowiedzi i zwrócił się do stojącego obok Napoleona. Ten rzekł wtedy cicho:
– Obywatelu generale, jutro cię oswobodzę od tych elegantów, którzy chcą grać rolę junaków.
Wieczorem przyjęto ochotników jak najgościnniej, a nazajutrz rankiem Napoleon wyznaczył ich do baterii, stojącej na odsłoniętym brzegu morskim. Zdziwili się, widząc działa niczym nieosłonięte i zapytali, czy nie ma dla nich szańca. Napoleon rzekł, że taka metoda dobra była w królewskich, dawnych czasach, lecz teraz zapał patriotyczny zniósł to wszystko i walczy się w otwartym polu. Podczas tej rozmowy, jedna z fregat angielskich, widząc grupę ludzi przy baterii na brzegu, dała do nich ognia z kilku dział. Część jurnych ochotników uważała wtedy, że będzie znacznie roztropniej znaleźć inne bezpieczniejsze schronienie i znikła, część zaś przeniosła się do taboru.
Napoleon pośród ludzi nieobeznanych z pracą wojskową musiał spełniać wiele czynności. Jego charakter i energia sprawiły, że w krótkim czasie stał się główną osobą w dowództwie. Kiedy było coś do rozstrzygnięcia, podwładni wiedzieli, że u niego znajdą poradę i trafny rozkaz.
Nie oszczędzał się. W jednej z utarczek zabito pod nim dwa konie i Anglik pchnął go bagnetem w udo. Rana była ciężka i omal nie amputowano mu nogi.
Innym razem, gdy stał na baterii, zabito obok niego kanoniera. Napoleon sam wziął wycior i kilkakrotnie wystrzelił z działa. W kilka dni później zaraził się złośliwym świerzbem i nie miał czasu należycie go wyleczyć. Znikł wprawdzie z zewnątrz, lecz nadwątlił jego zdrowie. Dopiero po kampaniach włoskich odbył potrzebną kurację.
Wiadomości, które nadchodziły do departamentu artylerii w Paryżu, skłoniły Komitet Ocalenia Publicznego do wysłania Napoleona pod Tulon. Dzięki niemu został zdobyty, lecz nazwisko zdobywcy ledwie mimochodem zostało wspomniane w sprawozdaniach. Generał Dugommier, który po Cartaux objął dowództwo, poznawszy Napoleona i widząc skutek jego prac, chwalił go, okazywał mu swą przyjaźń i żądał od komisarzy Konwentu awansu dla młodego dowódcy:
– Awansujcie go. Jeżeli będziecie niewdzięcznikami i tego nie uczynicie, on sam potrafi sięgnąć wyżej.
15 października na radzie wojennej przyjęto ostatecznie plan zdobycia Tulonu proponowany przez Napoleona. Poparł Bonapartego Gasparin, „reprezentant ludu”. Nie zapomni mu tego do śmierci i w testamencie swym jako cesarz wyznaczy sumę 100000 franków dla syna lub wnuka Gasparina za tę „protekcję”, która go uchroniła od prześladowania ze strony szefów sztabu przed przybyciem generała Dugommiera.
Reduty i szańce Małego Gibraltaru górowały nad miastem, należało je zdobyć, i tym samym przeciąć łączność między miastem i portem. Doceniając ważność tych wzgórz, Anglicy silnie je umocnili. Zdobycie Małego Gibraltaru przez Francuzów zmusiłoby załogę angielską do opuszczenia miasta.
Dla omamienia nieprzyjaciela rozpoczęto roboty oblężnicze z przeciwnej strony, a tymczasem Napoleon w tajemnicy począł zbliżać baterie i sypać szańce dla wsparcia ataku na silnie umocnioną redutę Mulgrave, na Małym Gibraltarze. Ustawiono skrycie 40 dział oblężniczych skupionych blisko siebie i czekano nocy sposobnej do natarcia. Komisarze jednak pewnego dnia na skutek jakiegoś alarmu zarządzili ogień ze wszystkich dział. Tym samym Anglicy dowiedzieli się o niebezpieczeństwie grożącym Małemu Gibraltarowi. Postanowili więc zniszczyć roboty oblegających. Następnej nocy generał O'Hara, komendant Tulonu, z 6000 żołnierzy cicho wyszedł z miasta i uderzył na Francuzów. Udało mu się opanować jedną baterię i zagwoździć kilka dział. Napoleon, chwyciwszy jeden z batalionów, rzucił się między okopy i zaszedł na tył Anglików. Rozgorzała walka. Generał O'Hara dostał się do niewoli. Na pomoc Napoleonowi pośpieszył generał Dugommier z kilkoma batalionami i Anglicy w nieładzie wycofali się do twierdzy.
Pewnego dnia rankiem, Napoleon znalazłszy się przy baterii sankiulotów zażądał od dowódcy śmiałego i roztropnego żołnierza.
– Burza! – krzyknął porucznik.
Nadbiegł sierżant grenadier. Napoleon spojrzał na niego badawczo i podając mu papier rzekł:
– Zdejmiesz mundur i zaniesiesz ten rozkaz tam.
Wskazał przy tym ręką jedną z najdalszych baterii nadbrzeżnych. Młody sierżant zaczerwienił się, oczy mu zabłysły.
– Obywatelu kapitanie – odpowiedział głosem urażonym – nie jestem szpiegiem, żebym szedł bez munduru. Szukajcie kogo innego do spełnienia waszego rozkazu.
Po wypowiedzeniu tych słów sierżant wykonał zwrot i chciał odejść, lecz Napoleon zawrócił go, mówiąc surowo.
