Seria Napoleońska. Historia Napoleona - Emil Marco De Saint-Hilaire, - ebook

Seria Napoleońska. Historia Napoleona ebook

Emil Marco De Saint-Hilaire

0,0
42,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Ulubiona lektura z lat młodości marszałka Józefa Piłsudskiego, przedstawiająca historię życia Napoleona. Napisana żywym językiem, skrząca się anegdotami książka jest świetnym popularyzatorem historii. Zamieszczone w tej pracy rysunki Julesa Davida znakomicie uzupełniają i uatrakcyjniają tekst autora. „Historia Napoleona” jest jedną z tych książek, które tworzyły legendę Cesarza.

„Biorąc do ręki «Historię Napoleona» chłońmy tę opowieść «o dobrym Cesarzu» jako świadectwo czasów w których powstała i nieustającej fascynacji losem wielkich ludzi i ich niepospolitego życia. A Napoleon, bodaj jedyna postać historyczna regularnie obecna w reklamach progu XXI wieku, jest ich wszystkich nieustającym symbolem...”

Andrzej Nieuważny

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 360

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Emil Mar­co De Sa­int-Hi­la­ire, Hi­sto­ria Na­po­le­ona

Tłu­ma­cze­nie: Leon Ro­gal­ski

Re­dak­cja: An­drzej Ryba

Ko­rek­ta: Ka­ta­rzy­na Kwiat­kow­ska

Ilu­stra­cje i ini­cja­ły: Ju­les Da­vid, za­czerp­nię­te z ory­gi­na­łu

Przy­go­to­wa­nie okład­ki i ilu­stra­cji oraz skład: Piotr M. Ro­gal­ski

Pod­sta­wa wy­da­nia: Emil Mar­co De Sa­int-Hi­la­ire, Hi­sto­ria Na­po­le­ona wy­da­nie dru­gie, do dru­ku przy­go­to­wał Ro­man Umia­stow­ski War­sza­wa, Skład: Głów­na Księ­gar­nia Woj­sko­wa.

All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © for Po­lish edi­tion by „Fin­na”

ISBN 978-83-62913-61-9

Wy­da­nie I po­wo­jen­ne

Gdańsk 2004

Ofi­cy­na Wy­daw­ni­cza FIN­NA

80-768 Gdańsk, ul. Dzie­wa­now­skie­go 5/6

tel.: (058) 305 19 93

fax: (058) 301 57 25

e-mail: fin­[email protected]

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

„Hi­sto­ria Na­po­le­ona” uka­za­ła się w prze­kła­dzie pol­skim Le­ona Ro­gal­skie­go w roku 1844, wy­da­na w War­sza­wie przez Au­gu­sta Ema­nu­ela Glücks­ber­ga.Była ona ulu­bio­ną książ­ką lat chło­pię­cych Jó­ze­fa Pił­sud­skie­go i z niej przy­szły Mar­sza­łek Pol­ski na­uczył się ko­chać Na­po­le­ona. Wśród pa­mią­tek zło­żo­nych w Bel­we­de­rze tom „Hi­sto­rii…” zaj­mu­je jed­no z na­czel­nych miejsc.

OD WYDAWCY

Książ­ka Emi­la Mar­co de Sa­int-Hi­la­re­go w znacz­nym stop­niu przy­czy­ni­ła się do utrwa­le­nia le­gen­dy na­po­le­oń­skiej. Moż­na na­wet po­wie­dzieć, że jest to pra­ca ha­gio­gra­ficz­na. Ale tyle pysz­nych aneg­do­tycz­nych hi­sto­ry­jek z ży­cia „Ma­łe­go Ka­pra­la” trud­no jest zna­leźć w ja­kiej­kol­wiek in­nej lek­tu­rze po­świe­co­nej ży­ciu Ce­sa­rza.

To wła­śnie spra­wia, że mimo upły­wu cza­su atrak­cyj­ność „Hi­sto­rii Na­po­le­ona” wca­le się nie zmniej­szy­ła.

Re­dak­cja po­zwo­li­ła so­bie na drob­ne re­tu­sze tek­stu, któ­re mia­ły na celu przede wszyst­kim wy­eli­mi­no­wa­nie ra­żą­cych dzi­siaj ar­cha­izmów ję­zy­ko­wych, nie in­ge­ru­jąc jed­nak w sam styl pra­cy au­to­ra.

An­drzej Ryba

PRZEDMOWA

Choć Emi­le-Marc-Hi­la­ire (zwa­ny Mar­co) de Sa­int Hi­la­ire zo­sta­wił po so­bie kil­ka­dzie­siąt pu­bli­ka­cji, imię jego nie­mal za­tar­ło się w hi­sto­rii. Uro­dzo­ny w Wer­sa­lu w 1796 (lub 1790) roku, Ce­sar­stwo po­znał z bli­ska jako paź na na­po­le­oń­skim dwo­rze, w la­tach 1802-1815. O jego ży­ciu z tam­tej epo­ki opo­wia­da­ły Mémo­ires et révéla­tions d’un page de la cour im­péria­le (Pa­mięt­ni­ki i re­we­la­cje pa­zia dwo­ru ce­sar­skie­go) wy­da­ne po raz pierw­szy w roku 1830, a póź­niej kil­ka­krot­nie wzna­wia­ne.

Za­nim jed­nak de Sa­int-Hi­la­ire tra­fił na żyłę zło­ta, jaką oka­za­ły się wspo­mnie­nia i aneg­do­ty z cza­sów Na­po­le­ona, prze­ćwi­czył swo­je pió­ro na dzie­łach róż­no­rod­nych i zde­cy­do­wa­nie prze­zna­czo­nych dla sze­ro­kiej pu­blicz­no­ści. Roz­po­czął w 1827 po­rad­ni­ka­mi na wszyst­kie moż­li­we oka­zje, po­cząw­szy od or­ga­ni­za­cji przy­jęć, przez wią­za­nie kra­wa­ta, a skoń­czyw­szy (a może po­cząw­szy) na ra­dach w spra­wach ser­co­wych. Po­tem przy­szła pora na bio­gra­fie sław­nych dam i ar­cy­bi­sku­pów, zbio­ry re­cept me­dycz­nych, a na­wet na Tra­ité de la to­ilet­te, czy­li trak­tat o to­a­le­cie po pro­stu. Suk­ces wspo­mnia­nych pa­mięt­ni­ków pa­zia, wy­da­nych w chwi­li, gdy Mo­nar­chia Lip­co­wa wra­ca­ła – po de­fi­ni­tyw­nym oba­le­niu Bur­bo­nów – do czę­ści ha­seł zwy­cię­skiej w re­wo­lu­cji bur­żu­azji, do trój­ko­lo­ro­we­go sztan­da­ru i do po­sta­ci Na­po­le­ona – roz­wią­zał wo­rek z po­dob­ny­mi pu­bli­ka­cja­mi. Do roku 1848 r. Mar­co de Sa­int-Hi­la­ire wy­dał ich po­nad pięt­na­ście. Pi­sał o Ce­sa­rzu i jego ro­dzi­nie, dwo­rze, Wiel­kiej Ar­mii, gwar­dii, kur­ty­za­nach – część prac opa­tru­jąc pie­czę­cią „wspo­mnień świad­ka”.

„Pra­wie au­ten­tycz­ne” wspo­mnie­nia o Ce­sa­rzu sprze­da­wa­ły się świet­nie wła­ści­wie jesz­cze przed śmier­cią Na­po­le­ona w 1821 roku. Sam wię­zień Św. He­le­ny bar­dzo wcze­śnie za­chę­cał zresz­tą swo­je oto­cze­nie i lu­dzi mu bli­skich do wy­da­wa­nia wspo­mnień i dzien­ni­ków czy aneg­dot, był bo­wiem świa­dom ich zna­cze­nia pro­pa­gan­do­we­go. Le­ka­rzo­wi, dr O'Me­arze tłu­ma­czył: „Świat jest cie­ka­wy po­zna­nia naj­drob­niej­szych szcze­gó­łów ży­cia czło­wie­ka, któ­ry ode­grał wiel­ką rolę – co pije, co je, jak dłu­go śpi, ja­kie są jego co­dzien­ne przy­zwy­cza­je­nia, wszyst­ko w nim bu­dzi za­in­te­re­so­wa­nie. Lu­dzie są bar­dziej cie­ka­wi jego sła­bo­stek niż skłon­ni do zgłę­bia­nia jego do­brych i złych przy­mio­tów. Je­śli cho­dzi o mnie, wy­star­czy, aby mó­wio­no praw­dę.” Z ową „praw­dą” by­wa­ło zaś róż­nie. Brak ory­gi­nal­nych świa­dectw, sko­ja­rzo­ny z po­trze­bą „pod­glą­da­nia” wiel­kich lu­dzi da­wał za­ro­bek twór­com fał­szy­wych au­to­bio­gra­fii i pa­mięt­ni­ków, tzw. „far­bia­rzom” (fr. te­in­tu­riers), wśród któ­rych znaj­dzie­my nie tyl­ko Mar­co de Sa­int-Hi­la­ire'a, ale i sa­me­go Bal­za­ka.

Fran­cja Lu­dwi­ka Fi­li­pa była już pod­da­na na­po­le­oń­skie­mu za­uro­cze­niu. Ide­ali­zo­wa­ło prze­szłość sta­rze­ją­ce się po­ko­le­nie na­po­le­oni­dów, pa­mięć „ce­sa­rza ludu” umoc­ni­ły w war­stwach lu­do­wych opo­wie­ści we­te­ra­nów i nie­sły­cha­nie po­pu­lar­ne od lat pio­sen­ki Béran­ge­ra. Lu­dwik Fi­lip de­mon­stra­cyj­nie wra­cał do waż­nych dla Fran­cu­zów sym­bo­li – trój­ko­lo­ro­we­go sztan­da­ru i ko­lum­ny na Pla­cu Ven­dôme, a po zwło­ki Na­po­le­ona po­słał na Św. He­le­nę wła­sne­go syna. Zwy­cię­ska bur­żu­azja ak­cep­to­wa­ła po­stać Na­po­le­ona – two­ru i obroń­cy re­wo­lu­cyj­nych no­ta­bli. Swo­ją rolę ode­grał już Mémo­rial de Sa­int-Hélène Ema­nu­ela Las Ca­se­sa (1823), we­dle Mar­ce­la Du­na­na „dziw­ne ar­cy­dzie­ło ste­ro­wa­ne­go en­tu­zja­zmu” bę­dą­ce fak­tycz­nie ogrom­ną, dyk­to­wa­ną au­to­bio­gra­fią Na­po­le­ona, któ­rej użył on jako te­sta­men­tu i ze­msty zza gro­bu na wro­gach. Zni­ka wo­ju­ją­cy de­spo­ta i gło­wa osa­dzo­nej w ca­łej Eu­ro­pie dy­na­stii, a po­ja­wia się syn Re­wo­lu­cji, któ­ry bro­ni za­sad na­ro­do­wych, mi­łu­je po­kój znisz­czo­ny przez wro­ga pod Mo­skwą i Lip­skiem, dąży do zjed­no­cze­nia Nie­miec i Włoch, a piesz­cząc wiel­ki za­mysł sta­nów zjed­no­czo­nych Eu­ro­py, dba za­ra­zem o Fran­cu­zów. Na­po­le­on po­twier­dza swo­ją re­li­gij­ność i miej­sce re­li­gii w spo­łe­czeń­stwie, uka­zu­je się jako Przy­wód­ca zwró­co­ny ku przy­szło­ści, ale po­ko­na­ny przez przed­sta­wi­cie­li za­co­fa­ne­go sys­te­mu. Za­po­wia­da nie­od­wra­cal­ność dzie­ła re­wo­lu­cji oraz rzą­dy opar­te na „wie­rze, re­li­gii i mo­ral­no­ści wszyst­kich lu­dów” i pro­ro­ku­je, iż „era ta, zwią­że się, co by się nie mó­wi­ło, z moją oso­bą, bo w koń­cu to ja za­pa­li­łem po­chod­nię, uświę­ci­łem za­sa­dy, a dzi­siej­sze prze­śla­do­wa­nia osta­tecz­nie czy­nią mnie ich Me­sja­szem!”

Mi­sty­fi­ka­cja ze św. He­le­ny tra­fia­ła do­sko­na­le w ton i po­trze­by epo­ki. Po pro­stu, jak na­pi­sał Ste­fan Treu­gutt, „po­trzeb­ny był ro­man­tycz­ny Na­po­le­on. De­mo­kra­tycz­ny, ge­nial­ny, me­sja­ni­stycz­ny, lu­do­wy ce­sarz”. Po­trzeb­na była prze­mia­na oświe­ce­nio­we­go ra­cjo­na­li­sty w pa­tro­na ro­man­ty­ków, wo­ju­ją­ce­go au­to­kra­ty w po­słań­ca po­ko­ju i wol­no­ści, a de­isty w wol­te­riań­skim sty­lu, w na­stęp­cę, lub dla nie­któ­rych na­wet re­in­kar­na­cję, Chry­stu­sa. Po na­iw­nych bio­gra­fiach czy apo­kry­ficz­nych au­to­bio­gra­fiach Mémo­rial fa­scy­no­wał ob­ja­wie­niem za­my­słów, któ­rych daw­niej nie po­dej­rze­wa­no, ale któ­re te­raz sta­wa­ły się ja­sne. Biła od nie­go ener­gia, a daw­na wiel­kość Fran­cji kon­tra­sto­wa­ła z sza­ro­ścią i ru­ty­ną współ­cze­sno­ści. Na kar­tach Me­mo­ria­łu Na­po­le­on, czło­wiek XVIII wie­ku, świa­do­mie za­mie­niał się w bo­ha­te­ra ro­man­ty­ków i wzmac­niał wia­rę w rolę wiel­kiej oso­bi­sto­ści i moż­li­wość cudu w hi­sto­rii.

Do­peł­nie­niem le­gen­dy na­po­le­oń­skiej był po­wrót zwłok Na­po­le­ona do Fran­cji i zło­że­nia ich w Ko­ście­le In­wa­li­dów (15 grud­nia 1840), a więc ofi­cjal­na kon­se­kra­cja przez Mo­nar­chię Lip­co­wą. Wy­da­rze­nie za­my­ka­ło po­zor­nie pe­wien roz­dział spo­ru do­mo­we­go Fran­cu­zów o pa­mięć od­cho­dzą­ce­go po­ko­le­nia, ale mia­ło też wy­miar eu­ro­pej­ski. Prze­cież cała Eu­ro­pa wstrzą­śnię­ta była nie­gdyś przez Re­wo­lu­cję i jej syna, a sto­su­nek do ze­sła­ne­go ce­sa­rza, zwłasz­cza po jego śmier­ci, co­raz mniej miał wspól­ne­go z nim sa­mym, a co­raz wię­cej z de­mon­stra­cją wo­bec po­rząd­ku Świę­te­go Przy­mie­rza.

Uczci­li po­wrót Ce­sa­rza pi­sa­rze i po­eci, a eu­ro­pej­ski ry­nek wy­daw­ni­czy za­peł­nił się edy­cja­mi po­świę­co­ny­mi Na­po­le­ono­wi. W 1841 r. uka­za­ły się też naj­pięk­niej­sze XIX-wiecz­ne pol­skie książ­ki na­po­le­oń­skie – wy­da­ne przez To­ma­sza Dzie­koń­skie­go z dzie­siąt­ka­mi ry­cin Ży­cie Na­po­le­ona i Ży­cie mar­szał­ków fran­cuz­kich, oraz wzno­wie­nie w Lip­sku, z set­ką sta­lo­ry­tów, Kro­ni­ki Ma­low­ni­czej Na­po­le­ona Bo­na­par­te­go (1 wyd. 1837) skom­pi­lo­wa­nej przez Jana Ne­po­mu­ce­na Bo­bro­wi­cza z ilu­stro­wa­nym Opi­sem po­grze­bu Ce­sa­rza Na­po­le­ona. Je­śli na­wet są to tyl­ko tłu­ma­czo­ne kom­pi­la­cje, a ry­ci­ny to ba­nal­ne ko­pie zna­nych ob­ra­zów, książ­ki te roz­bu­dza­ły wśród Po­la­ków cen­zu­ro­wa­ną przez za­bor­ców le­gen­dę na­po­le­oń­ską, a dziś są dumą każ­de­go zbio­ru. Na tej wła­śnie fali, poza frag­men­ta­mi nie­tłu­ma­czo­ne­go wcze­śniej na pol­ski, ze wzglę­du na orze­czo­ną przez se­na­to­ra No­wo­sil­co­wa nie­cen­zu­ral­ność, Me­mo­ria­łu ze Świę­tej He­le­ny, w 1844 r. uka­za­ła się w wy­daw­nic­twie Au­gu­sta Ema­nu­ela Glück­ber­ga bo­ga­to ilu­stro­wa­na Hi­sto­ria Na­po­le­ona Mar­co de Sa­int-Hi­la­ire'a spo­lsz­czo­na przez Le­ona Ro­gal­skie­go.

Cykl na­po­le­oń­skich pu­bli­ka­cji uczy­nił z de Sa­int-Hi­la­ire'a li­te­ra­ta bar­dzo po­pu­lar­ne­go u pro­gu Dru­gie­go Ce­sar­stwa, któ­re­go na­dej­ście uczcił zresz­tą Hi­sto­rią Na­po­le­ona III, po­dob­ną do pre­zen­to­wa­nej tu Hi­sto­rii jego wiel­kie­go stry­ja. Czas jed­nak mi­jał, a to co było do­bre za Lu­dwi­ka Fi­li­pa – bo­na­par­tyzm i no­stal­gia za Ce­asrzem, prze­ja­dło się już bom­bar­do­wa­nej ce­sar­ską pro­pa­gan­dą pu­blicz­no­ści cza­sów Na­po­le­ona III. Co­raz bar­dziej wie­ko­wy pi­sarz po­padł w za­po­mnie­nie, a upa­dek Dru­gie­go Ce­sar­stwa w 1870 r. przy­pie­czę­to­wał ko­niec „opty­mi­stycz­ne­go bo­na­par­ty­zmu” dla wszyst­kich. W ży­ciu i w li­te­ra­tu­rze. Zu­peł­nie za­po­mnia­ny, sę­dzi­wy Mar­co de Sa­int-Hi­la­ire zmarł w Neu­il­ly w roku 1887.

Dru­gie pol­skie wy­da­nie Hi­sto­rii Na­po­le­ona, przy­go­to­wa­ne w dru­giej po­ło­wie lat trzy­dzie­stych ze­szłe­go wie­ku przez za­wzię­te­go pił­sud­czy­ka, ja­kim był puł­kow­nik Ro­man Umia­stow­ski, za­wie­ra­ło na­stę­pu­ją­cy pas­sus: „Była ona ulu­bio­ną książ­ką lat chło­pię­cych Jó­ze­fa Pił­sud­skie­go i z niej przy­szły Mar­sza­łek Pol­ski na­uczył się ko­chać Na­po­le­ona. Wśród pa­mią­tek zło­żo­nych w Bel­we­de­rze tom „Hi­sto­rii…” zaj­mu­je jed­no z na­czel­nych miejsc”. Dziś ten ro­dzaj kul­tu nas co­kol­wiek śmie­szy, ale świad­czy o mło­dzień­czych fa­scy­na­cjach na­po­le­oń­skich Pił­sud­skie­go i o jego stu­diach nad lo­sem i woj­na­mi Bo­na­par­te­go. Ma­rze­nia mło­dzień­ca za­mie­ni­ły się w ro­zu­mo­wa­nie męża sta­nu, któ­ry nie ukry­wał, że z Na­po­le­ona uczy­nił so­bie wzo­rzec w dzie­dzi­nie woj­sko­wej i czę­ścio­wo po­li­tycz­nej. Ko­pia ob­ra­zu Da­vi­da z Bo­na­par­tem prze­cho­dzą­cym Alpy wi­sia­ła, obok sza­bel, nad po­sła­niem Pił­sud­skie­go w Bel­we­de­rze, a na­po­le­oń­ska ko­re­spon­den­cja na­le­ża­ła do jego sta­łych lek­tur. Roz­mów­cy mar­szał­ka za­pa­mię­ta­li po­rów­na­nia ja­kie snuł mię­dzy lo­sem

Na­po­le­ona a swo­im wła­snym i smut­ne re­flek­sje nad słab­nię­ciem Ce­sa­rza, któ­ry wy­czer­pu­jąc z cza­sem twór­czą ener­gię „pra­co­wał co­raz bar­dziej go­rącz­ko­wo, mio­tał się i brnął w sprzecz­no­ściach”. Ana­lo­gie lo­sów Fran­cu­za z Kor­sy­ki i Po­la­ka pod­kre­śla­ją­ce­go swo­ją li­tew­skość, spo­sób prze­ję­cia przez nich wła­dzy, skłon­ność do rzą­dów sil­nej ręki, czy uczu­cio­wy i nie­mal bał­wo­chwal­czy sto­su­nek żoł­nie­rzy do wo­dza, za­chę­ca­ły do po­rów­nań. Pił­sud­ski, po­dob­nie jak Na­po­le­on, był mi­strzem au­to­kre­acji i świa­do­mej sty­li­za­cji wła­snej le­gen­dy, umiał być, we­dle wła­snych słów ko­me­dian­tem. Czy sza­ry mun­dur z sza­rym płasz­czem tyl­ko przy­pad­kiem ko­ja­rzył się ze sław­ną ka­po­tą Ce­sa­rza, ude­rza­ją­co i za­mie­rze­nie skrom­ną po­śród barw­nych szta­bow­ców? A może ko­lor ten łą­czył sym­bo­li­kę na­po­le­oń­skiej re­dyn­go­ty z suk­ma­ną Ko­ściusz­ki i mun­du­rem par­ty­zan­ta 1863 r.?

Bio­rąc do ręki trze­cie pol­skie wy­da­nie Hi­sto­rii Na­po­le­ona nie za­da­waj­my so­bie zresz­tą zbyt wie­lu py­tań. Chłoń­my tę co­kol­wiek sta­ro­świec­ką opo­wieść „o do­brym Ce­sa­rzu” jako świa­dec­two cza­sów, w któ­rych po­wsta­ła i nie­usta­ją­cej fa­scy­na­cji lo­sem „wiel­kich lu­dzi” i ich nie­po­spo­li­te­go ży­cia. A Na­po­le­on, bo­daj je­dy­na po­stać hi­sto­rycz­na re­gu­lar­nie obec­na w re­kla­mach pro­gu XXI wie­ku, jest ich wszyst­kich nie­usta­ją­cym sym­bo­lem.

An­drzej Nie­uważ­ny

I. Dzieciństwo Napoleona na Korsyce. Pobyt w szkole w Brienne i w Paryżu. Przepowiednie nauczycieli o przyszłym cesarzu… wdzięczność wobec nich.

a gó­rzy­stej wy­spie Mo­rza Śród­ziem­ne­go, Kor­sy­ce, w mia­stecz­ku Ajac­cio, w domu do­pie­ro co znisz­czo­nym przez po­żar uro­dził się chłop­czyk. Było to 15 sierp­nia 1769 r. Mó­wią, że mat­ka nie mia­ła na­wet czym go okryć, po­da­no jej więc ura­to­wa­ny z po­ża­ru go­be­lin i w nie­go za­wi­nę­ła ma­leń­stwo. Na go­be­li­nie byli przed­sta­wie­ni bo­ha­te­ro­wie Ho­me­ra. Z cza­sem oka­za­ło się, że no­wo­na­ro­dzo­ny, któ­ry tak wcze­śnie za­zna­jo­mił się z nimi, w przy­szło­ści stał się wo­jow­ni­kiem sław­nym na cały świat i czy­na­mi swy­mi prze­ści­gnął he­ro­sów Ilia­dy i Ody­sei.

Chło­piec ten na­zy­wał się Na­po­ljo­ne Bo­una­par­te. Ani on sam, ani jego bra­cia, któ­rzy za­sie­dli na tro­nach, nig­dy nie przy­wią­zy­wa­li zna­cze­nia do tego, jak pi­sać swo­je na­zwi­sko. W me­try­ce chrztu Na­po­le­ona, na­pi­sa­nej po wło­sku, ksiądz trzy razy wy­mie­nił na­zwi­sko Bo­una­par­te bez „u”, na­to­miast naj­star­szy z ro­dzi­ny pod­pi­sał się Bo­una­par­te.

W wie­le lat póź­niej Na­po­le­on że­niąc się z Jó­ze­fi­ną pod­pi­sał się Na­po­ljo­ne Bo­una­par­te i do­pie­ro zo­staw­szy kon­su­lem po­czął się pi­sać po fran­cu­sku, to jest Na­po­le­on Bo­na­par­te.

Kie­dy stał się ce­sa­rzem i ota­czał go rój dwo­ra­ków i po­chleb­ców, po­czę­to od­szu­ki­wać przod­ków Na­po­le­ona. Jed­ni od­na­leź­li w kro­ni­kach i sta­rych księ­gach, że ród ten po­cho­dzi od daw­nych kró­lów z pół­no­cy, inni, że był spo­krew­nio­ny z naj­star­szy­mi ro­da­mi Eu­ro­py… ce­sarz wzru­szał ra­mio­na­mi na tę prze­sa­dę po­chlebstw.

Gdy w roku 1812 Na­po­le­on spo­tkał się ze swym te­ściem, ce­sa­rzem au­striac­kim w Dreź­nie, ten, chcąc mu spra­wić przy­jem­ność, wspo­mniał w roz­mo­wie, że nie­gdyś ród Bo­na­par­tych pa­no­wał w Tre­vi­so. Na­po­le­on rzekł z uśmie­chem:

– Mylą się ci, któ­rzy tak są­dzą i szu­ka­ją w tym celu do­ku­men­tów. Szla­chec­two moje za­czy­na się od bi­twy pod Ma­ren­go.

I gdy tego sa­me­go dnia mi­ni­ster au­striac­ki przy­niósł mu do­ku­men­ty, ze­bra­ne w ar­chi­wach róż­nych miast Włoch, po­twier­dza­ją­ce sło­wa ce­sa­rza Au­strii, Na­po­le­on wziął pa­pie­ry i wrzu­cił je w ogień ko­min­ka, mó­wiąc do obec­nych:

– Pro­szę, wiedz­cie pa­no­wie raz na za­wsze, że moje szla­chec­two za­czy­na się ode mnie. I je­że­li mam przyj­mo­wać ja­kieś za­szczy­ty, to je­dy­nie na­ród fran­cu­ski może mi ich udzie­lić.

Ka­rol Bo­una­par­te, oj­ciec Na­po­le­ona, uczył się w Rzy­mie i w Pi­zie. Był to czło­wiek umy­słu ży­we­go i prze­ni­kli­we­go, cał­ko­wi­cie od­da­ny spra­wie swe­go kra­ju. W cza­sie walk z Re­pu­bli­ką Ge­nu­eń­ską o wol­ność Kor­sy­ki wy­ka­zał swe mę­stwo i zjed­nał so­bie wy­so­ki sza­cu­nek u ziom­ków, a przede wszyst­kim u słyn­ne­go obroń­cy wol­no­ści Kor­sy­ki, Pa­ole­go. Mat­ka Na­po­le­ona, Le­ty­cja, jed­na z naj­pięk­niej­szych ko­biet Kor­sy­ki, dzie­li­ła z mę­żem nie­bez­pie­czeń­stwa woj­ny. Była mat­ką pię­ciu sy­nów i trzech có­rek.

Pier­wo­rod­nym był Jó­zef, przy­szły król Ne­apo­lu i Hisz­pa­nii. Dru­gim Na­po­le­on, ce­sarz Fran­cu­zów. Trze­cim Lu­cjan, naj­zna­ko­mit­szy po Na­po­le­onie z ro­dzeń­stwa. Czwar­tym Lu­dwik, póź­niej­szy król Ho­len­drów. Pią­tym Hie­ro­nim, król west­fal­ski.

Naj­star­sza z có­rek, Ma­ria Anna, była wiel­ką księż­ną To­skań­ską, śred­nia Ma­ria An­no­cia­da, pod imie­niem Pau­li­ny za­ślu­bi­ła naj­pierw ge­ne­ra­ła Lec­ler­ca, a po jego śmier­ci w cza­sie wy­pra­wy na San Do­min­go wy­szła po­wtór­nie za mąż za księ­cia Ka­mi­la Bor­ghe­se, naj­młod­sza zaś Ka­ro­li­na za Mu­ra­ta, kró­la ne­apo­li­tań­skie­go.

Nie­któ­rzy pi­sa­rze usi­łu­ją do­wieść, że w la­tach dzie­cin­nych Na­po­le­on ni­czym nie róż­nił się od in­nych dzie­ci i że nic nie zwia­sto­wa­ło jego ge­niu­szu. Rzecz oczy­wi­sta, że prze­cież w dzie­sią­tym roku ży­cia nie wy­grał bi­twy pod Au­ster­litz i że dro­ga od pie­lu­szek do pa­ła­cu ce­sar­skie­go w Tu­ile­ries była dość da­le­ka.

Inni opo­wia­da­ją o jego nad wiek po­waż­nym uspo­so­bie­niu, o sa­mot­nych du­ma­niach, za­my­śle­niu się, upo­rze któ­ry ko­rzył się je­dy­nie przed wolą mat­ki. Mó­wią rów­nież o tym, że chęt­nie brał na sie­bie od­po­wie­dzial­ność i miał wstręt do skarg.

W po­bli­żu Ajac­cio, na­prze­ciw­ko wy­sep­ki San­gu­inie­ra, nad brze­giem za­to­ki, w ogro­dzie na­le­żą­cym do ro­dzi­ny Fe­schów, znaj­du­je się u stóp dzi­kiej ska­ły ja­ski­nia, w któ­rej mały Na­po­le­on lu­bił spę­dzać dłu­gie go­dzi­ny. Kto wie, ja­kie my­śli ro­iły się i wrza­ły pod­ów­czas w gło­wie dziec­ka? Po­ka­zu­ją rów­nież w Ajac­cio małą 30-fun­to­wą ar­mat­kę, ja­ko­by jego ulu­bio­ną za­baw­kę. Być może kry­ła się w tym za­po­wiedź tych ol­brzy­mich wo­jen, ja­ki­mi miał kie­dyś za­dzi­wić świat.

5-let­nie­go Na­po­le­ona ro­dzi­ce od­da­li do szko­ły, gdzie ko­le­dzy czę­sto żar­to­wa­li z jego nie­dbal­stwa w ubio­rze. Za­rzu­ca­li mu też „dzi­kość i upór”, nie­kie­dy pła­ta­li mu fi­gle cho­wa­jąc książ­ki lub wy­cią­ga­jąc z ko­szycz­ka śnia­da­nie. Na­po­le­on zno­sił cier­pli­wie za­czep­ki, ale gdy się miar­ka prze­bra­ła, rzu­cał się z piąst­ka­mi na ko­le­gów, nie pa­trząc ilu ich było.

Już wte­dy da­wał do­wo­dy mę­stwa i przy­tom­no­ści umy­słu. Pew­ne­go wie­czo­ru po­czę­ła osu­wać się bel­ka z pu­ła­pu w po­ko­ju, w któ­rym się znaj­do­wał jego dzia­dek stry­jecz­ny i bra­cia. Wszy­scy po­ucie­ka­li, tyl­ko Na­po­le­on rzu­cił się ku bel­ce i pod­trzy­mał ją, do­pó­ki star­si nie nad­bie­gli.

– Do­sko­na­le, Na­po­ljo­nie – wy­krzyk­nął dzia­dek ochło­nąw­szy z prze­stra­chu – wi­dać, że to ty bę­dziesz pod­po­rą ro­dzi­ny.

Ten dzia­dek Na­po­le­ona, pra­łat z Ajac­cio, był głów­nym na­uczy­cie­lem wnu­ków. Zaj­mo­wał się nimi tro­skli­wie i mimo po­de­szłe­go wie­ku oraz do­le­gli­wo­ści z tym zwią­za­nych, któ­re zmu­sza­ły go nie­raz do po­zo­sta­wa­nia przez czas dłuż­szy w łóż­ku, umiał so­bie ra­dzić z dzia­twą. W ostat­niej chwi­li swo­je­go ży­cia, bło­go­sła­wiąc swe wnu­czę­ta pra­łat rzekł, jak­by prze­wi­du­jąc przy­szłość.

– O los Na­po­ljo­na nie trze­ba się trosz­czyć. Da on so­bie radę w ży­ciu. Ty, Jó­ze­fie je­steś naj­star­szy z ro­dzeń­stwa, ale to twój brat Na­po­ljon bę­dzie gło­wą ro­dzi­ny.

Jako dzie­się­cio­let­ni chło­piec, Na­po­le­on po­szedł do szko­ły woj­sko­wej w Brien­ne, w Szam­pa­nii. Rząd fran­cu­ski, chcąc przy­wią­zać do sie­bie lud­ność nie­daw­no co przy­łą­czo­nej Kor­sy­ki, przyj­mo­wał bez­płat­nie chłop­ców z bar­dziej zna­nych ro­dów wy­spy do szkół. Wy­cho­wa­ni w nich w du­chu praw­dzi­wie fran­cu­skim po­czy­ty­wa­li Fran­cję za swą Oj­czy­znę.

Szko­łą woj­sko­wą w Brien­ne kie­ro­wa­li za­kon­ni­cy świę­te­go Ber­nar­da. Rzecz oso­bli­wa, a jed­nak tak było. Za­kon­ni­cy kształ­ci­li przy­szłych ofi­ce­rów. Ber­nar­dy­ni z Brien­ne na pew­no do­brze wy­wią­zy­wa­li się ze swe­go za­da­nia, je­że­li wy­cho­wa­li przy­szłe­go ce­sa­rza.

Oj­ciec Na­po­le­ona zmarł w 39 roku ży­cia w Mont­pel­lier, gdzie też zo­stał po­cho­wa­ny w pod­zie­miach ko­ścio­ła O. O. Ber­nar­dy­nów w dniu 24 lu­te­go 1785 roku.

Na­po­le­on w szko­le od­zna­czał się pil­no­ścią. Ucho­dził za sa­mot­ni­ka, z po­cząt­ku nie­na­wi­dził swych ko­le­gów Fran­cu­zów.

– Twoi Kor­sy­ka­nie to tchó­rze! – do­ku­cza­li mu ko­le­dzy.

Naj­czę­ściej mil­czał i nic nie od­po­wia­dał, gar­dząc nimi. Pew­ne­go razu jed­nak wy­cią­gnął rękę przed sie­bie i rzekł ze spo­koj­ną god­no­ścią:

– Gdy­by was było czte­rech na jed­ne­go, nie uj­rze­li­by­ście Kor­sy­ki, tak samo jak nie mo­że­cie uj­rzeć swo­ich uszu, ale was było dzie­się­ciu na jed­ne­go.

Za­sko­cze­ni chłop­cy umil­kli, bo zro­zu­mie­li, że mówi praw­dę.

Z cza­sem Na­po­le­on zbli­żył się do ko­le­gów, a ci ule­gli mu uzna­jąc wyż­szość jego cha­rak­te­ru, czu­jąc wo­bec nie­go zresz­tą wię­cej bo­jaź­ni i sza­cun­ku niż przy­jaź­ni. Na­po­le­on jed­nak zo­staw­szy ce­sa­rzem wy­ka­zał, że jest wier­ny związ­kom przy­jaź­ni z lat mło­dzień­czych.

Wol­ne od za­jęć szkol­nych chwi­le spę­dzał w bi­blio­te­ce albo gdzieś w ką­cie ogro­du szkol­ne­go, czy­ta­jąc dzie­ła Plu­tar­cha, Poli – biu­sza i Ossy­ana. Czy­ta­nie tych hi­sto­ry­ków i po­ema­tów pie­śnia­rza szkoc­kie­go sta­ło się jego na­ło­giem. Po­tęż­ny umysł i buj­na wy­obraź­nia łak­nę­ła prze­ży­wa­nia wiel­kich wy­da­rzeń. W za­ba­wach z ko­le­ga­mi brał wzór z bi­tew sław­nych wo­jow­ni­ków, o któ­rych czy­tał.

W cza­sie ostrej zimy 1783 roku ob­fi­ty śnieg po­krył dzie­dzi­niec i ogro­dy szko­ły. Na­po­le­on, ze­braw­szy ko­le­gów, zbu­do­wał ze śnie­gu szań­ce, ba­stio­ny i re­du­ty. Kie­dy pra­cu­jąc z za­pa­łem ukoń­czo­no te wa­row­nie, in­ży­nier za­mie­nił się w ge­ne­ra­ła. Jed­nej stro­nie wska­zał, jak ma ata­ko­wać, dru­giej, jak się bro­nić. Sta­jąc w za­pa­le to po stro­nie jed­nych to dru­gich zy­skał uzna­nie wśród ko­le­gów i po­dziw star­szych, któ­rzy się ze­bra­li, aby po­pa­trzeć na to nie­zwy­kłe w Brien­ne wi­do­wi­sko.

Na uro­czy­stość roz­da­wa­nia świa­dectw i na­gród przy ukoń­cze­niu roku szkol­ne­go w Brien­ne przy­cho­dzi­li ro­dzi­ce i oko­licz­ni miesz­kań­cy. Dla utrzy­ma­nia po­rząd­ku ucznio­wie peł­ni­li w ten dzień war­tę. Na do­wód­cę war­ty wy­zna­czo­no ucznia, któ­ry się naj­bar­dziej od­zna­czył w cza­sie roku. Za­szczyt ten zwy­kle przy­pa­dał Na­po­le­ono­wi. Pod­czas jed­nej z ta­kich uro­czy­sto­ści miał on do­wódz­two war­ty w te­atrze, gdzie ucznio­wie gra­li sztu­kę „Śmierć Ce­za­ra”. Tłum ci­snął się do sali, do któ­rej wejść moż­na było tyl­ko za oka­za­niem bi­le­tów. Żona odźwier­ne­go szko­ły przy­szła bez bi­le­tu i nie chcia­no jej wpu­ścić. Roz­gnie­wa­na od­mo­wą ko­bie­ta po­czę­ła wy­my­ślać kon­tro­le­ro­wi. Tłum ujął się za odźwier­ną. Sier­żant sto­ją­cy przy wej­ściu za­mel­do­wał o tym do­wód­cy war­ty i Na­po­le­on sta­nąw­szy w pro­gu, nie lę­ka­jąc się gro­żą­cych mu lu­dzi, krzyk­nął gło­śno:

– Precz z tą ko­bie­tą! Kto tu śmie krzy­czeć i żą­dać rze­czy nie­słusz­nych?

Ten ener­gicz­ny roz­kaz i po­wa­ga, z jaką go wy­dał, spra­wi­ły, że nie­spo­koj­na gro­mad­ka zmil­kła i ustą­pi­ła.

Na­po­le­on po­zo­stał w Brien­ne bez prze­rwy do czter­na­ste­go roku ży­cia. W 1783 roku, in­spek­tor szkół woj­sko­wych, ka­wa­ler Ke­ra­lio, wi­dząc nie­zwy­kłe zdol­no­ści w tym chłop­cu, mimo, że Na­po­le­on był za mło­dy i nie mógł zło­żyć wy­ma­ga­ne­go eg­za­mi­nu, na­ka­zał go przy­jąć do Szko­ły Woj­sko­wej w Pa­ry­żu. Eg­za­min skła­dał tyl­ko z ma­te­ma­ty­ki, hi­sto­rii i geo­gra­fii.

W ak­tach szko­ły w Brien­ne w wy­ka­zie uczniów z tego okre­su znaj­du­je się na­stę­pu­ją­ca no­tat­ka:

„Pan de Bo­una­par­te (Na­po­le­on) uro­dzo­ny w dniu 15 sierp­nia 1769 roku w Ajac­cio na Kor­sy­ce. Wzrost 4 sto­py, dzie­sięć cali, je­de­na­ście lin­ji (159 cm). Bu­do­wa do­bra. Zdro­wie do­sko­na­łe. Cha­rak­ter uprzej­my, ule­gły i wdzięcz­ny wo­bec prze­ło­żo­nych, spra­wo­wa­nie się bar­dzo do­bre. Od­zna­cza się pil­no­ścią do nauk ma­te­ma­tycz­nych, umie do­sta­tecz­nie hi­sto­rię i geo­gra­fię, do­syć sła­by w ję­zy­ku ła­ciń­skim i w in­nych na­ukach. Bę­dzie z nie­go wy­bor­ny ma­ry­narz.

Za­słu­gu­je na przy­ję­cie do Szko­ły Woj­sko­wej w Pa­ry­żu”.

17 paź­dzier­ni­ka 1784 roku Na­po­le­on roz­po­czął na­ukę w tej szko­le i wkrót­ce wy­ka­zał swe zdol­no­ści, zwłasz­cza w na­uce ma­te­ma­ty­ki. Ksiądz Ray­nal, ude­rzo­ny du­żym za­so­bem wia­do­mo­ści tego mło­dzień­ca, za­pra­szał go do sie­bie na nie­dziel­ne „uczo­ne” śnia­da­nia, przy któ­rych oma­wia­no róż­ne cie­ka­we spra­wy na­uko­we.

Pro­fe­sor hi­sto­rii w Szko­le Wo­jen­nej de l'Egu­il­le twier­dził, że to on prze­po­wie­dział Na­po­le­ono­wi wiel­ką przy­szłość, i że w ar­chi­wum szko­ły są na to do­wo­dy. Z ćwi­czeń, ja­kie Na­po­le­on pi­sał w szko­le, naj­więk­sze wra­że­nie uczy­nił na nim ro­kosz kon­ta­bla Bo­ur­bo­na. Po­dług Na­po­le­ona, naj­więk­szą zbrod­nią kon­ta­bla było nie to, że od­wa­żył się wal­czyć prze­ciw swe­mu kró­lo­wi, lecz to, że we­zwał do oj­czy­zny ob­cych.

Do­ma­rion, pro­fe­sor li­te­ra­tu­ry, orzekł, że ten chło­piec jest z „gra­ni­tu, w któ­rym kry­je się wul­kan”.

Je­den tyl­ko na­uczy­ciel nie­miec­kie­go, Bau­er, my­ślał in­a­czej o Na­po­le­onie, po­nie­waż ten nie czy­nił żad­nych po­stę­pów w nie­miec­kim. Dla­te­go też uwa­żał go za wy­jąt­ko­we­go nie­uka. Pew­ne­go dnia Bau­er do­strzegł, że na lek­cji brak jest Na­po­le­ona. Na za­py­ta­nie, gdzie jest, ko­le­dzy od­po­wie­dzie­li, że zda­je eg­za­min z ar­ty­le­rii.

– A czy ten nie­uk umie co­kol­wiek? – za­py­tał z iro­nią.

– Jak to? – od­po­wie­dzia­no. – Czy pan pro­fe­sor nie wie, że on jest naj­lep­szy w kla­sie z ma­te­ma­ty­ki?

– Praw­da, sły­sza­łem o tym i dla­te­go są­dzę, że ma­te­ma­ty­ka przy­sta­je tyl­ko do tę­pych głów.

Kie­dy kla­sa obu­rzy­ła się na ta­kie zda­nie, Bau­er rzekł:

– Mów­cie so­bie, co chce­cie, ale wasz Bo­na­par­te nig­dy ni­czym nie bę­dzie, za­wsze po­zo­sta­nie tyl­ko du­żym głup­ta­sem.

Na­po­le­on, bę­dąc kon­su­lem, przy­po­mniał so­bie nie­zbyt po­chleb­ne zda­nie Bau­era o so­bie i ze­mścił się szla­chet­nie, mia­nu­jąc go tłu­ma­czem przy swo­im ga­bi­ne­cie z rocz­ną pła­cą 8.000 fran­ków. Rzecz szcze­gól­na, ale ten czyn ugrun­to­wał jesz­cze bar­dziej w sta­rym pro­fe­so­rze opi­nię, jaką miał o swo­im uczniu.

Na­uczy­cie­lem ma­te­ma­ty­ki Na­po­le­ona był ksiądz Pa­trault, a Pi­che­gru da­wał mu ko­re­pe­ty­cje z aryt­me­ty­ki.

Wia­do­me są czy­ny wo­jen­ne Pi­che­gru, któ­ry za­wo­jo­wał Ho­lan­dię i bę­dąc wmie­sza­ny do spi­sku na ży­cie Na­po­le­ona ode­brał so­bie ży­cie w wię­zie­niu w Tem­ple w 1804 roku.

Bo­na­par­te, mia­no­wa­ny wo­dzem na­czel­nym ar­mii wło­skiej, we­zwał do sie­bie księ­dza Pa­traul­ta, lecz ten ła­two ob­li­cza­jąc lot i siłę po­ci­sków, z tru­dem zno­sił nie­wy­go­dy wo­jen­ne. To­też po kam­pa­nii Na­po­le­on umie­ścił swe­go daw­ne­go pro­fe­so­ra w za­rzą­dzie dóbr me­dio­lań­skich, gdzie mu się nie­źle wio­dło. Kie­dy Na­po­le­on wró­cił z Egip­tu, po­wi­tał go Pa­trault już nie jako ubo­gi za­kon­nik z Szam­pa­nii, lecz oty­ły i brzu­cha­ty bo­gacz-mi­lio­ner. Po dwóch la­tach Pa­trault za­mel­do­wał się po­now­nie u pierw­sze­go kon­su­la w Me­dio­la­nie, lecz w sta­nie opła­ka­nym.

– Cóż się sta­ło? – rzekł Na­po­le­on przy­glą­da­jąc mu się ba­daw­czo.

– Oby­wa­te­lu Pierw­szy Kon­su­lu, wi­dzisz przed sobą czło­wie­ka pod­upa­dłe­go, któ­ry stra­cił wszyst­ko co miał.

– Jak to mój ko­cha­ny przy­ja­cie­lu?

– Tak, nie­szczę­ście nie­sły­cha­ne…

– To źle. To źle… Przyjdź do mnie za ty­dzień.

Pierw­szy Kon­sul chciał się w mię­dzy­cza­sie do­wie­dzieć, z ja­kiej to przy­czy­ny Pa­trault stra­cił swój ma­ją­tek. Oka­za­ło się, że wiel­ki kal­ku­la­tor zban­kru­to­wał po pro­stu przez nie­szczę­śli­we kom­bi­na­cje, jak i przez po­ży­cza­nie pie­nię­dzy lu­dziom, któ­rzy nie chcie­li mu ich zwró­cić.

Po ty­go­dniu Na­po­le­on rzekł do by­łe­go księ­dza.

– Wy­wią­za­łem się z mego dłu­gu wdzięcz­no­ści. Spła­ci­łem za cie­bie dłu­gi. Nic wię­cej dla cie­bie uczy­nić nie mogę. Nie po­dob­na dwa razy po­ma­gać ko­muś w zro­bie­niu for­tu­ny. Po­nie­waż jed­nak obo­wiąz­kiem na­szym jest ce­nić tych, któ­rzy nas wy­cho­wa­li i przy­cho­dzić im z po­mo­cą, po­bie­rać bę­dziesz na przy­szłość 1200 fran­ków eme­ry­tu­ry. Wy­star­czy ci to na spo­koj­ne ży­cie.

Ksiądz Pa­trault ko­rzy­stał z tej eme­ry­tu­ry jesz­cze przez wie­le lat.

II. W drodze do garnizonu. Służba wojskowa w Walencji. Gorliwość Napoleona w zdobywaniu wiedzy. Powrót na Korsykę i zamiar opanowania Ajaccio. Napoleon usunięty z wojska.

UDWIK XVI, król Fran­cji, pod­pi­sał 2 wrze­śnia 1785 roku pa­ten­ty no­mi­na­cyj­ne dla 58 pod­po­rucz­ni­ków ar­ty­le­rii. Nikt nie umiał­by wy­tłu­ma­czyć, w jaki spo­sób wia­do­mość ta, na­stęp­ne­go dnia ran­kiem prze­do­sta­ła się przez mury, lecz mó­wio­no o tym w ca­łej szko­le, po­czy­na­jąc od aresz­tu aż do ga­bi­ne­tu dy­rek­to­ra mar­gra­bie­go Tim­bur­ne-Va­len­ce’a. Wkrót­ce do­wie­dzia­no się też na­zwisk szczę­śliw­ców. W ich licz­bie był Na­po­le­on. Na eg­za­mi­nie prze­ści­gnął wszyst­kich ko­le­gów i za­słu­żył na po­chwa­łę słyn­ne­go uczo­ne­go, La­pla­ce'a, któ­ry za­sia­dał w ko­mi­sji eg­za­mi­na­cyj­nej.

10 paź­dzier­ni­ka pa­ten­ty na­de­szły do Szko­ły Woj­sko­wej i każ­dy z awan­so­wa­nych do­wie­dział się jed­no­cze­śnie, do­kąd ma się udać. Bo­na­par­te z De­sma­zi­sem i jesz­cze kil­ko­ma in­ny­mi otrzy­ma­li przy­dział do puł­ku ar­ty­le­rii La Fère.

Pew­ne­go po­po­łu­dnia, w kil­ka dni póź­niej, dwaj ucznio­wie w to­wa­rzy­stwie sier­żan­ta in­struk­to­ra wy­szli ze szko­ły wo­jen­nej, zmie­rza­jąc na plac, skąd od­jeż­dża­ły dy­li­żan­se pocz­to­we zwa­ne tur­go­tin­ka­mi lioń­ski­mi, od na­zwi­ska mi­ni­stra Tur­go­ta, któ­ry je wpro­wa­dził za­miast bryk uży­wa­nych za Lu­dwi­ka XV. Wy­na­ję­ty chło­piec niósł za dwo­ma przy­ja­ciół­mi ich szczu­pły ba­gaż. Przy­byw­szy na sta­cję pocz­to­wą, od­jeż­dża­ją­cy uści­snę­li sta­re­go pod­ofi­ce­ra i wdra­pa­li się na wierzch dy­li­żan­su, któ­ry ru­szył dro­gą ku Fon­ta­ine­ble­au. Na pią­ty dzień dy­li­żans przy­był do Lyonu, gdzie mło­dzień­cy sta­nę­li w skrom­nym ho­te­lu.

Mun­dur Szko­ły Woj­sko­wej, nad­to uwy­dat­nia­ją­cy szczu­płość niż­sze­go z na­szych przy­ja­ciół, był ko­lo­ru nie­bie­skie­go z od­kła­da­nym koł­nie­rzem ama­ran­to­wym, za­pię­ty na pier­siach srebr­ny­mi gu­zi­ka­mi. Ka­pe­lusz sto­so­wa­ny z małą srebr­ną pę­tli­cą bez ko­kar­dy, krót­kie spodnie z czer­wo­ne­go suk­na i na trze­wi­kach mała srebr­na sprzącz­ka. Ubiór ten zwra­cał w Lyonie ogól­ną uwa­gę, co nie­zbyt było miłe mło­dzień­com, z któ­rych je­den, Alek­san­der De­sma­zis, li­czył 17, a dru­gi, Na­po­le­on, le­d­wie 16 lat. Star­szy był przy­stoj­nym, zgrab­nym chłop­cem o mi­łych ry­sach, ró­żo­wej twa­rzy oraz ła­god­nym spoj­rze­niu, młod­szy, prze­ciw­nie, chu­dy i bla­dy, ni­skie­go wzro­stu o twa­rzy re­gu­lar­nej, wło­sach ciem­nych i gład­kich miał coś szcze­gól­ne­go w so­bie. Z oczu jego – ni to błę­kit­nych ni to czar­nych – pa­dał nie­kie­dy dziw­ny blask. Mó­wił gło­sem ła­god­nym, ale było w nim coś za­gad­ko­we­go.

…I wdra­pa­li się na wierzch dy­li­żan­su…

W Lyonie nasi mło­dzi po­rucz­ni­cy roz­po­czę­li ży­cie ofi­cer­skie, uczęsz­cza­li do te­atru i ka­wiar­ni. Obaj przy­ja­cie­le nie­zbyt wie­le mie­li pie­nię­dzy przy so­bie i obaj nie byli zbyt za­moż­ni. Jesz­cze kil­ka wi­zyt w ka­wiar­ni, a trze­ba było opu­ścić Lyon nie ku­piw­szy na­wet ksią­żek, któ­re na­być za­mie­rza­li.

Los jed­nak im sprzy­jał. Oto spo­tka­li przy­pad­kiem zna­jo­me­go Na­po­le­ona z Kor­sy­ki, któ­ry, gdy się do­wie­dział, w ja­kich to ta­ra­pa­tach zna­leź­li się dwaj mło­dzień­cy, po­ży­czył im kwo­tę po­trzeb­ną na po­dróż do Wa­len­cji, gdzie stał pułk. Na­le­ża­ło na­tych­miast je­chać, lecz na­szym przy­ja­cio­łom zbyt po­do­ba­ło się w Lyonie, po­zo­sta­li tam więc jesz­cze przez kil­ka dni. Skoń­czy­ło się na tym, że wy­ru­szy­li na­resz­cie pew­ne­go ran­ka pie­szo, z gło­wą tro­chę cięż­ką, lecz z kie­sze­nią rów­nie lek­ką jak przed spo­tka­niem ze zna­jom­kiem.

Tego dnia no­co­wa­li w Vien­ne, w Del­fi­na­cie. Na­za­jutrz wy­głod­nia­li i zmę­cze­ni po 10 go­dzi­nach mar­szu, prze­byw­szy sie­dem mil i po­si­liw­szy się le­d­wie ka­wał­kiem chle­ba i kub­kiem mle­ka, do­tar­li do Sa­int-Val­lier. Stąd było jesz­cze sześć mil do Wa­len­cji.

Na­za­jutrz za­trzy­ma­li się w szko­le woj­sko­wej w To­ur­non, gdzie ich go­ścin­nie przy­ję­to. Spo­tka­li tu kil­ku zna­jo­mych, mię­dzy nimi swo­ich na­uczy­cie­li z Brien­ne – Da­bo­va­la od fech­tun­ku i na­uczy­cie­la ka­li­gra­fii.

…W dro­dze do Lio­nu.

W dzie­więt­na­ście lat póź­niej do ce­sa­rza Na­po­le­ona w Sa­int-Clo­ud zgło­sił się ja­kiś po­de­szły wie­kiem czło­wiek, mi­zer­nie ubra­ny.

– Kim je­steś?… Cze­go żą­dasz ode mnie? – za­py­tał się ce­sarz.

– Naj­ja­śniej­szy Pa­nie – rzekł za­lęk­nio­ny sta­ru­szek – Wa­sza Ce­sar­ska Mość wi­dzę nie po­zna­je mnie. Mia­łem szczę­ście uczyć Wa­szą Ce­sar­ską Mość ka­li­gra­fii w szko­le woj­sko­wej w Brien­ne. Póź­niej mia­łem za­szczyt oglą­dać Wa­szą Ce­sar­ską Mość w To­ur­non, pod­czas po­dró­ży do puł­ku w Wa­len­cji.

– Ach, tak! Przy­po­mi­nam so­bie – od­rzekł żywo Na­po­le­on – Pięk­nieś ucznia wy­cho­wał. Nie win­szu­je ci tego wca­le.

Po­tem, ro­ze­śmiaw­szy się, po­że­gnał sta­rusz­ka uprzej­mie.

– Do­brze, do­brze – rzekł – nie za­po­mnę o swo­im na­uczy­cie­lu ka­li­gra­fii.

W kil­ka dni póź­niej sta­ry pro­fe­sor otrzy­mał z pry­wat­nej szka­tu­ły ce­sa­rza pen­sję 600 fran­ków rocz­nie.

W Wa­len­cji dwaj po­rucz­ni­cy za­trzy­ma­li się w pierw­szej na­po­tka­nej obe­rży, gdzie się od­świe­ży­li, po czym Na­po­le­on po­szedł na ra­tusz. Nie­ste­ty, urzęd­ni­cy już się ro­ze­szli. Na­po­le­on zmar­twił się, że nie otrzy­ma na­ka­zu kwa­te­run­ko­we­go i trze­ba bę­dzie za­pła­cić za noc­leg w obe­rży. Na szczę­ście woź­ny, po­ru­szo­ny wi­dać mło­do­ścią ofi­ce­ra, dał znać se­kre­ta­rzo­wi i ten, przy­byw­szy do biu­ra, za­żą­dał oka­za­nia do­ku­men­tu prze­zna­cza­ją­ce­go Na­po­le­ona do Wa­len­cji.

– Jest nas dwóch – rzekł Bo­na­par­te. – Mój ko­le­ga znu­żo­ny po­dró­żą wie­rzy, że pan bę­dzie tak uprzej­my i wy­ba­czy jego nie­obec­ność. Oto mój i jego do­ku­ment. Pro­szę wy­dać nam na­ka­zy kwa­te­run­ko­we. Ju­tro mój przy­ja­ciel, ka­wa­ler De­sma­zis, wy­po­cząw­szy, oso­bi­ście panu po­dzię­ku­je.

To grzecz­ne za­cho­wa­nie się mło­de­go szlach­ci­ca-ofi­ce­ra wo­bec miesz­cza­ni­na i do tego drob­ne­go urzęd­ni­ka było czymś tak nie­zwy­kłym na­ów­czas, że se­kre­tarz uję­ty tym, le­d­wie rzu­ciw­szy okiem na przed­sta­wio­ne mu pa­pie­ry, wziął się do wy­sta­wie­nia na­ka­zu. Na­po­le­on prze­czy­tał:

„W imie­niu kró­la!

Pan­na Klau­dy­na Bou, wła­ści­ciel­ka ka­wiar­ni „pod Ko­łem” ma przy­jąć na kwa­te­rę na je­den dzień dwóch po­rucz­ni­ków dru­giej kla­sy kró­lew­skie­go puł­ku ar­ty­le­rii La Fère i do­star­czyć im, co się we­dle pra­wa na­le­ży”.

U spodu zaś:

„Do pan­ny Bou, na rogu uli­cy Du Cro­is­sant w Wa­len­cji”.

– To nie­da­le­ko stąd – rzekł sta­ry biu­ra­li­sta. – Nie ma tam szyl­du, ale ła­two dom pan znaj­dzie. W Wa­len­cji lu­dzie są uprzej­mi i każ­dy chęt­nie wska­że dro­gę no­we­mu ofi­ce­ro­wi na­szej za­ło­gi, zwłasz­cza gdy jest nim czło­wiek tak grzecz­ny, jak pan nim je­steś.

– Bar­dzo do­brze. Dzię­ku­ję panu – od­po­wie­dział Na­po­le­on, wra­ca­jąc co prę­dzej do De­sma­zi­sa.

W kwa­drans póź­niej przy­szły ce­sarz i jego to­wa­rzysz sta­wi­li się u no­wej go­spo­dy­ni i w imie­niu kró­la za­żą­da­li kwa­te­ry. Przy­ję­to ich go­ścin­nie. Ran­kiem Na­po­le­on chciał się umó­wić o cenę i wa­run­ki sto­ło­wa­nia, lecz pan­na Bou oświad­czy­ła, że spra­wa ta jest już ure­gu­lo­wa­na w mie­ście. Wszy­scy po­rucz­ni­cy za usta­lo­ną opła­tą sto­łu­ją się w go­spo­dzie „Pod Trze­ma Go­łę­bia­mi”. Na­po­le­on jed­nak udał się do obe­rży, utrzy­my­wa­nej przez Gena i usta­lił z nim, że bę­dzie ja­dał raz lub też dwa razy dzien­nie za opła­tą 20 liw­rów mie­sięcz­nie. Cena ta i wa­run­ki wska­zy­wa­ły nie tyl­ko na wstrze­mięź­li­wość przy­szłe­go ce­sa­rza, któ­ra się sta­ła póź­niej przy­sło­wio­wą ale i na ubó­stwo jego kie­sze­ni. Go­spo­da była mar­na, a i na nią nie za­wsze star­cza­ło, gdy chciał ku­pić książ­kę. Czę­sto też cały obiad skła­dał się z dwóch bu­łek i szklan­ki wody.

– To nie­da­le­ko stąd – rzekł sta­ry biu­ra­li­sta…

Na­stęp­nie trze­ba się było za­mel­do­wać u prze­ło­żo­nych. Puł­kiem La Fère do­wo­dził wten­czas puł­kow­nik ar­ty­le­rii, ka­wa­ler de Lan­ce. W po­łu­dnie więc Bo­na­par­te i De­sma­zis, w pa­rad­nych mun­du­rach, w to­wa­rzy­stwie star­sze­go bra­ta De­sma­zi­sa, któ­ry był ka­pi­ta­nem w Wa­len­cji, uda­li się do puł­kow­ni­ka. Ten zim­no ja­koś przy­jął De­sma­zi­sa i le­d­wie rzu­cił okiem na kil­ka li­stów, ja­kie ten przy­wiózł mu z Pa­ry­ża.

Sta­ry ofi­cer roz­py­ty­wał na­to­miast Na­po­le­ona o jego kraj i ostat­nią re­wo­lu­cję, któ­ra ode­rwa­ła go od Rze­czy­po­spo­li­tej Ge­nu­eń­skiej. Dzi­wił się też, dla­cze­go Bo­na­par­te uro­dzo­ny w kra­inie gó­rzy­stej, nie­do­stęp­nej dla ar­ty­le­rii, wła­śnie wy­brał ten ro­dzaj bro­ni.

Na­po­le­on od­po­wie­dział.

– Bo czu­łem tu (i do­tknął pal­cem czo­ła), że ar­ty­le­ria jest bro­nią, do któ­rej idą naj­lep­si i w któ­rej moż­na od­zna­czyć się dwa razy prę­dzej, niż w in­nej bro­ni i tym sa­mym wy­prze­dzić in­nych.

– Masz słusz­ność mło­dzień­cze. Wy­trwaj w po­dob­nych po­sta­no­wie­niach, a są­dzę, że przy­szłość two­ja bę­dzie peł­na sła­wy i po­myśl­no­ści, ja­kiej spo­dzie­wać się wi­nien każ­dy wa­lecz­ny i wy­kształ­co­ny ofi­cer, któ­ry ma ho­nor słu­żyć w kró­lew­skim kor­pu­sie ar­ty­le­rii.

Po­wstaw­szy, puł­kow­nik od­pro­wa­dził trzech ofi­ce­rów do drzwi swe­go ga­bi­ne­tu.

Na­za­jutrz bra­cia De­sma­zis spo­tka­li się z Na­po­le­onem i uda­li się do ho­te­lu „pod her­bem Fran­cji”, gdzie sto­ło­wa­li się ka­pi­ta­no­wie.

– Obia­dy przy­go­to­wu­je tu Fau­re, po­wie­dział ka­pi­tan De­sma­zis, naj­słyn­niej­szy ku­charz w ca­łej Fran­cji.

Na­po­le­on już jako ce­sarz pa­mię­tał o ciast­kach Fau­ra. W 1811 roku, pod­czas uro­czy­ste­go przy­ję­cia de­pu­ta­cji de­par­ta­men­tów ce­sar­stwa, zbli­żył się do mera mia­sta Wa­len­cji, prze­wod­ni­czą­ce­go de­pu­ta­cji de­par­ta­men­tu de la Drôme, i za­py­tał z uśmie­chem.

– I cóż pa­nie Plan­ta? Jak tam pań­scy kra­ja­nie? Czy za­wsze są ta­ki­mi ła­kom­czu­cha­mi, jak za mo­ich cza­sów?

– Naj­ja­śniej­szy Pa­nie… – od­po­wie­dział ten, zmie­sza­ny tak dziw­nym py­ta­niem.

– A ku­charz „pod her­bem Fran­cji” – py­tał ce­sarz da­lej – czy nadal robi te do­sko­na­łe ciast­ka i pasz­te­ci­ki? Fau­re jest sła­wą wa­sze­go mia­sta i o nim nie za­po­mnia­łem.

Po­żar­to­waw­szy chwi­lę, ce­sarz zmie­nił te­mat roz­py­tu­jąc się uszczę­śli­wio­nych miesz­kań­ców, ja­kie po­trze­by ma Wa­len­cja.

Wśród ofi­ce­rów puł­ku La Fère Na­po­le­on zna­lazł kil­ku to­wa­rzy­szy ze szko­ły w Brien­ne oraz kil­ku Kor­sy­kań­czy­ków. Uści­skał ich z ta­kim za­pa­łem, że ktoś z obec­nych za­py­tał, czy to są jego krew­ni. Na­po­le­on od­rzekł ze wzru­sze­niem:

– Ależ nie, nie je­ste­śmy krew­ny­mi, lecz prze­cież wszy­scy uro­dzi­li­śmy się na Kor­sy­ce.

Póź­niej, po chwi­li mil­cze­nia, pod­nió­sł­szy głos do­dał:

– Na na­szej pięk­nej wy­spie, je­że­li wen­de­ta nie uczy­ni lu­dzi wro­ga­mi, każ­dy na­po­tka­ny zio­mek zna­czy przy­ja­ciel wier­ny aż do śmier­ci. Pro­szę za­py­tać tych pa­nów.

I Na­po­le­on wska­zał ręką na ofi­ce­rów, któ­rych uści­skał tak czu­le.

Te sło­wa, ten gest i ton, ja­kim je wy­mó­wił, zwró­ci­ły ogól­ną uwa­gę. Mło­dy po­rucz­nik zy­skał so­bie wkrót­ce przy­chyl­ną opi­nię, cho­ciaż kil­ka li­stów pi­sa­nych z Woj­sko­wej Szko­ły w Pa­ry­żu od­ma­lo­wa­ły go w ciem­nych bar­wach.

Do­wód­ca puł­ku, puł­kow­nik d'Urtu­bie, oce­nił go spra­wie­dli­wie i oka­zy­wał mu swą przy­chyl­ność. W 20-ym roku ży­cia Na­po­le­on był jed­nym z naj­bar­dziej wy­kształ­co­nych ofi­ce­rów ar­ty­le­rii. Wie­le czy­tał i roz­wa­żał, pra­cu­jąc po 16 go­dzin na dobę. Z ksią­żek prze­czy­ta­nych spo­rzą­dzał wy­cią­gi, gry­zmo­ląc je nie­czy­tel­nym nie­mal pi­smem. Sam prze­druk jego no­ta­tek z tego okre­su za­jął­by ze 400 stron. Cze­góż nie czy­tał? Dzie­ła z za­kre­su sztu­ki wo­jen­nej, dia­lo­gi Pla­to­na, hi­sto­rię Spar­ty, An­glii, wy­pra­wy Fry­de­ry­ka, hi­sto­rię Egip­tu i Kar­ta­gi­ny, dzie­je Chin i In­dii, o zbrod­niach szlach­ty, dzie­ła o astro­no­mii, geo­gra­fii, me­te­oro­lo­gii, fi­nan­sach Fran­cji, sta­ty­sty­ki śmier­tel­no­ści. Jego ja­sny umysł, ła­twość lo­gicz­ne­go my­śle­nia, szyb­kość de­cy­zji, pew­ność w wy­ra­ża­niu swych po­glą­dów wy­róż­nia­ły go wśród in­nych. Wie­lu lu­dzi już wte­dy prze­po­wia­da­ło mu, że da­le­ko zaj­dzie i nikt z nich nie dzi­wił się lo­so­wi, jaki go spo­tkał.

Po­dług ogól­ne­go mnie­ma­nia Na­po­le­on ja­ko­by w mło­do­ści był mil­czą­cy i po­nu­ry. Nic po­dob­ne­go, był on wła­śnie we­so­łe­go uspo­so­bie­nia. Na wy­spie św. He­le­ny naj­więk­szą dla nie­go przy­jem­no­ścią było opo­wia­da­nie to­wa­rzy­szom wy­gna­nia o fi­glach ja­kie pła­tał w szko­le ar­ty­le­rii.

– Mie­li­śmy – opo­wia­dał – sta­re­go, prze­szło 80-let­nie­go ko­men­dan­ta. Pew­ne­go dnia pod­czas strze­la­nia z dzia­ła, pa­trząc przez lor­net­kę, ko­men­dant stwier­dził, że chy­bi­li­śmy, bo nie mógł do­pa­trzeć się, gdzie ude­rzy­ła kula. Za­nie­po­ko­jo­ny py­tał nas, czy pa­dła da­le­ko od celu. Nikt nie umiał od­po­wie­dzieć, po­nie­waż przy każ­dym za­ła­do­wa­niu dzia­ła cho­wa­li­śmy zręcz­nie kule i strze­la­li­śmy tyl­ko pro­chem. Lecz sta­ry ko­men­dant nie dał się dłu­go oszu­ki­wać. Po pię­ciu czy sze­ściu strza­łach prze­li­czył kule le­żą­ce obok dzia­ła i do­wie­dział się wszyst­kie­go… śmiał się z fi­gla, ale wszyst­kich obec­nych po­sa­dził na ty­dzień do aresz­tu.

Pew­ne­go dnia Na­po­le­on po­czu­bił się z ko­le­gą, któ­ry nad nim miesz­kał i sta­le grał na trą­bie, prze­szka­dza­jąc mu pra­co­wać. Kłót­nia na­stą­pi­ła na scho­dach.

– Mój dro­gi, trą­ba musi cię nie­mi­ło­sier­nie mę­czyć – rzekł Na­po­le­on.

– Ależ nie, za­rę­czam ci.

– W ta­kim ra­zie drę­czy in­nych.

– Przy­kro mi…

– Czy nie by­ło­by le­piej, że­byś grał gdzieś da­lej, ot choć­by w le­sie.

– Zda­je mi się, że je­stem pa­nem u sie­bie.

– Moż­na by w to po­wąt­pie­wać.

– Nie są­dzę, aby się taki zna­lazł, kto śmiał­by w to wąt­pić.

– My­lisz się, mój dro­gi, tacy się znaj­dą.

– Kto taki?

– Ja pierw­szy.

Od sło­wa do sło­wa, do­szło do ob­ra­zy. Sąd ko­le­żeń­ski na po­je­dy­nek jed­nak nie ze­zwo­lił lecz po­sta­no­wił, że je­den ma grać na trą­bie gdzieś w ustron­nym miej­scu, a dru­gi ma być wy­ro­zu­mial­szy.

Kłót­nia na­stą­pi­ła na scho­dach…

W cza­sie kam­pa­nii 1814 roku Na­po­le­on spo­tkał tego graj­ka w oko­li­cach So­is­sons i wziął go na swe­go ad­iu­tan­ta.

12 sierp­nia 1786 roku dru­gi ba­ta­lion puł­ku La Fère, w któ­rym słu­żył Na­po­le­on, opu­ścił Wa­len­cję i od­szedł do Lyonu dla po­skro­mie­nia wy­bu­chłych tam za­bu­rzeń. Stąd przy­szły ce­sarz udał się z puł­kiem do Do­uai. W roku 1789, w chwi­li zwo­ła­nia Sta­nów Ge­ne­ral­nych, stał w mie­ście Au­xon­ne.

Pew­ne­go razu zo­stał z ja­kichś po­wo­dów, lecz jak póź­niej stwier­dził, cał­ko­wi­cie nie­słusz­nie osa­dzo­ny w aresz­cie. W izbie, w któ­rej sie­dział, było tyl­ko sta­re łóż­ko, sta­re krze­seł­ko i jesz­cze star­sza sza­fa. Na niej Na­po­le­on zna­lazł za­ku­rzo­ną książ­kę, któ­ra była jesz­cze star­sza niż sprzę­ty. Był to zbiór praw z mnó­stwem do­pi­sków.

Nie ma­jąc ani ołów­ka, ani książ­ki, Na­po­le­on uwa­żał za praw­dzi­we szczę­ście zna­le­zie­nie tego sta­re­go gra­ta. Księ­ga była ogrom­na, mia­ła kar­ty po­żół­kłe, a mar­gi­ne­sy tak szczel­nie za­pi­sa­ne uwa­ga­mi, że gdy­by aresz­tant sie­dział w „pace” sto lat, wy­star­czy­ło­by mu tej stra­wy du­cho­wej na cały czas. Po dzie­się­ciu dniach wpraw­dzie go zwol­nio­no, lecz wy­star­czy­ło tego okre­su, żeby czy­ta­jąc po ca­łych dniach, uprzy­krzył so­bie pra­wo­daw­ców rzym­skich. Rzecz inna, że póź­niej, gdy jako Pierw­szy Kon­sul po­czął two­rzyć słyn­ny swój ko­deks, za­dzi­wiał sta­le praw­ni­ków swą nie­zwy­kłą zna­jo­mo­ścią pra­wa. Jak wi­dać dzie­sięć dni aresz­tu w Au­xon­ne nie po­szły na mar­ne.

Ge­ne­rał du Teil, ko­men­dant Szko­ły Ar­ty­le­rii w Au­xon­ne, wy­róż­niał Bo­na­par­te­go i da­wał mu pra­ce, któ­re za­da­wa­la­ły jego am­bi­cje. Chwa­li się też pew­ne­go razu w li­ście do ro­dzi­ny, że ma ro­bo­tę, któ­ra wy­ma­ga trud­nych ob­li­czeń. „To też bez prze­rwy je­stem za­ję­ty od rana do nocy na cze­le 200 lu­dzi. Nie­zwy­kłe to wy­róż­nie­nie obu­rzy­ło prze­ciw­ko mnie ka­pi­ta­nów, któ­rzy klną, że w tak waż­nych spra­wach dano przed nimi pierw­szeń­stwo po­rucz­ni­ko­wi”. In­nym znów ra­zem za­pro­szo­ny przez ge­ne­ra­ła 4 dni „ślę­czał nad ma­pa­mi roz­ło­żo­ny­mi na wiel­kich sto­łach”.

Za­cho­wał Na­po­le­on swe­go opie­ku­na we wdzięcz­nej pa­mię­ci i pi­sząc swój te­sta­ment na wy­spie św. He­le­ny, wy­zna­czył kwo­tę 100000 fran­ków po­tom­ko­wi ge­ne­ra­ła du Teil „za tro­skę” jaką go ota­czał.

Na­po­le­on jako 16-let­ni chło­piec zo­stał ofi­ce­rem. Nie­zbyt wie­le wów­czas umiał, lecz, jak wia­do­mo, cza­su w gar­ni­zo­nie nie tra­cił, ucząc się za­pa­mię­ta­le. W tym okre­sie swe­go ży­cia na­pi­sał „Li­sty hi­sto­rycz­ne z Kor­sy­ki”. Czuł się Kor­sy­ka­ni­nem i ma­rzył o wy­pę­dze­niu Fran­cu­zów z wy­spy.

Aka­de­mia Lioń­ska ogło­si­ła kon­kurs na roz­pra­wę „Ja­kie za­sa­dy i in­sty­tu­cje czy­nią lu­dzi szczę­śli­wy­mi”. Bo­na­par­te po­słał swą pra­cę, lecz Aka­de­mia uzna­ła ją „za nie­god­ną uwa­gi”.

Na­po­le­on, zo­staw­szy ce­sa­rzem, rzu­cił w ogień eg­zem­plarz tej pra­cy, od­szu­ka­ny w ar­chi­wum Aka­de­mii Lioń­skiej, są­dził bo­wiem, że ko­pia nie ist­nie­je. Tym­cza­sem zna­la­zła się u Lu­dwi­ka Bo­na­par­te. W roku 1826 ogło­szo­no ją dru­kiem, ale z nie­peł­nej ko­pii. Jest w tej pra­cy pięk­na myśl, że „wiel­cy lu­dzie są jak me­te­ory, któ­re ja­śnie­ją i spa­la­ją się dla oświe­ce­nia zie­mi”.

Pod ko­niec 1786 roku Na­po­le­on, już jako po­rucz­nik I kla­sy, prze­nie­sio­ny zo­stał do puł­ku Gre­no­ble.

Rok 1789 był ro­kiem od­we­tu. Fran­cja chwy­ci­ła za broń. Mło­dzi po­czy­na­li two­rzyć hi­sto­rię. W Pa­ry­żu lud zbu­rzył Ba­sty­lię i oba­lił tron. W gar­ni­zo­nie Na­po­le­ona lud wy­szedł na uli­cę i po­rucz­nik Bo­na­par­te od­da­je pierw­szy ostry strzał do tłu­mu. Cóż go ten lud zresz­tą ob­cho­dzi, nie czu­je się jesz­cze Fran­cu­zem. Są­dzi, że na­le­ży je­chać na Kor­sy­kę i tam za­wie­sić czer­wo­ną ko­kar­dę wol­no­ści. Ale ru­chaw­ka w Ajac­cio nie uda­je się. Na­po­le­on pe­wien czas spę­dza u boku bo­ha­te­ra na­ro­do­we­go Kor­sy­ki, Pa­ole­go. Roz­wi­ja przed nim pla­ny zbroj­ne­go wy­zwo­le­nia wy­spy. Sta­ry wódz, pa­trząc na tego po­że­ra­ne­go am­bi­cją 20-let­nie­go bla­de­go mło­dzień­ca, któ­re­goś dnia po­wia­da:

– Nie masz w so­bie nic no­wo­cze­sne­go, chłop­cze, po­cho­dzisz z epo­ki Plu­tar­cha.

Urlop się skoń­czył. Na­po­le­on nie wra­ca do gar­ni­zo­nu, są­dząc, że „ho­no­ro­we miej­sce dla do­bre­go Kor­sy­ka­ni­na jest w jego oj­czyź­nie”. W tej oj­czyź­nie chce zdo­być so­bie miej­sce, wy­zwo­lić wy­spę od Fran­cji. W Wiel­kim Ty­go­dniu 1792 roku ochot­ni­cy gwar­dii na­ro­do­wej okrzy­ku­ją go puł­kow­ni­kiem. Na cze­le ba­ta­lio­nu sta­ra się owład­nąć twier­dzą w Ajac­cio, co mu się nie uda­je. Przez trzy dni mia­sto żyje w trwo­dze pod gro­zą ter­ro­ru i do­pie­ro przy­by­cie ko­mi­sa­rzy przy­wra­ca spo­kój. Na­po­le­on jest oskar­żo­ny w Pa­ry­żu o ro­kosz. Już daw­no skre­ślo­no go z li­sty ofi­ce­rów ar­mii fran­cu­skiej.

Nie ma­jąc co ro­bić na Kor­sy­ce uda­je się do Pa­ry­ża, aby tam w sto­li­cy szu­kać szczę­ścia. Kie­szeń ma pu­stą, a ży­cie w Pa­ry­żu jest dro­gie. Po­szedł pod za­staw ze­ga­rek. Na­po­le­on robi dłu­gi.

Był to okres może naj­mniej szczę­śli­wy w jego ży­ciu. W Pa­ry­żu spo­ty­ka to­wa­rzy­sza ze szko­ły woj­sko­wej, Bo­urien­na. Ten nie był od nie­go bo­gat­szy. Od­no­wi­ła się przy­jaźń szkol­na. Co­dzien­nie snu­li nowe pro­jek­ty, jak zdo­być pie­nią­dze, bo bie­da po­czę­ła mu do­ku­czać. Za­mie­rza­li na­wet dla spe­ku­la­cji wy­na­jąć kil­ka no­wo­bu­du­ją­cych się do­mów na uli­cy Mon­tho­lon. Sta­ra­nia o po­wrót do służ­by z bra­ku po­par­cia nie od­nio­sły skut­ku.

Nad­szedł dzień 20 czerw­ca. Dwaj przy­ja­cie­le spo­tka­li się tego dnia w re­stau­ra­cji przy uli­cy Sa­int-Ho­no­rè, w po­bli­żu Pa­la­is Roy­al, gdzie uj­rze­li jak tłum 4000 do 5000 ob­dar­tu­sów, dzi­wacz­nie uzbro­jo­ny i wrzesz­czą­cy na całe gar­dło, po­dą­żał do pa­ła­cu kró­lew­skie­go. Była to zbie­ra­ni­na naj­gor­szej ho­ło­ty z przed­mieść.

Była to zbie­ra­ni­na naj­gor­szej ho­ło­ty…

Wy­prze­dziw­szy tę ha­ła­strę przy­ja­cie­le byli świad­ka­mi burz­li­wych zajść przed pa­ła­cem kró­lew­skim. Trud­no opi­sać zdu­mie­nie i obu­rze­nie na­szych przy­ja­ciół, kie­dy zo­ba­czy­li nie­szczę­śli­we­go Lu­dwi­ka XVI w oknie od stro­ny ogro­du w czer­wo­nej czap­ce fry­gij­skiej, jaką mu któ­ryś z dra­bów wło­żył na gło­wę. Na­po­le­on nie wy­trzy­mał i krzyk­nął:

– Ach co za pod­łość, żeby do­pu­ścić mo­tłoch aż do pa­ła­cu! Och, gdy­bym ja tam był, rzecz by wy­glą­da­ła in­a­czej. Wy­star­czy­ło­by kil­ka kar­ta­czy, aby roz­pro­szyć i roz­pę­dzić tę ho­ło­tę. 300-400 na­le­ża­ło­by z niej po­ło­żyć, a resz­ta sama by ucie­kła.

Je­sie­nią 1792 roku Na­po­le­on wra­ca na Kor­sy­kę, gdzie zma­ga­ją się ze sobą dwie par­tie. Jed­na pra­gnie ode­rwać się od Fran­cji, prze­wo­dzi jej Pa­oli, dru­ga chce łą­czyć się z re­wo­lu­cją. Na­po­le­on, i jego bra­cia, na­le­żą do dru­giej. Gdy Pa­oli po stra­ce­niu Lu­dwi­ka XVI wy­stą­pił jaw­nie prze­ciw Fran­cji, bra­cia Bo­na­par­te zo­sta­li uzna­ni na Kor­sy­ce za „zdraj­ców oj­czy­zny”. Nie mie­li tam już wte­dy nic wię­cej do ro­bo­ty, jak tyl­ko jak naj­szyb­ciej ra­to­wać swe gło­wy. Ucie­kli w góry wraz z mat­ką. Z naj­bliż­sze­go szczy­tu, obej­rzaw­szy się, uj­rze­li swój dom w pło­mie­niach. Gdy po­wie­dzia­no o tym Le­ty­cji, od­rze­kła:

– Niech się pali, zbu­du­je­my so­bie lep­szy.

Po kil­ku dniach ukry­wa­nia się, ro­dzi­na Bo­na­par­tych do­sta­ła się wresz­cie na fran­cu­ski okręt i wraz z Na­po­le­onem wy­lą­do­wa­ła w Mar­sy­lii. Jó­zef mia­no­wa­ny zo­stał ko­mi­sa­rzem woj­sko­wym, Lu­cjan zaś otrzy­mał sta­no­wi­sko w ad­mi­ni­stra­cji, a Le­ty­cji, jako emi­grant­ce, rząd wy­zna­czył szczu­płe wspar­cie.

Umie­ściw­szy jako tako ro­dzi­nę, Na­po­le­on wy­ru­szył do Pa­ry­ża, żeby po­no­wić sta­ra­nia o przy­ję­cie go do czyn­nej służ­by woj­sko­wej. Kie­dy je­den z przy­ja­ciół chciał go po­cie­szać, rzekł:

– Żoł­nierz nie po­wi­nien roz­pa­czać. Musi mieć w so­bie ta­kie ce­chy jak wy­trwa­łość i mę­stwo.

III. Napoleon przybywa do armii oblegającej Tulon. Brak dobrych dowódców. Strzał próbny. Spotkanie z Gasparinem. Przyjazd ochotników z Paryża. Junot – gońcem. Sierżant Burza pisze list. Napoleon przeniesiony do piechoty.

AŁA Fran­cja za­wrza­ła obu­rze­niem, gdy do por­tu tu­loń­skie­go wpły­nę­ła za­pro­szo­na przez ro­ja­li­stów eska­dra, zło­żo­na z okrę­tów an­giel­skich, hisz­pań­skich i ne­apo­li­tań­skich. Eska­dra ta za­bra­ła reszt­ki flo­ty fran­cu­skiej i wy­sa­dzi­ła na ląd woj­sko, któ­re za­ję­ło twier­dzę, port i mia­sto. Ge­ne­rał an­giel­ski ob­jął wła­dzę nad Tu­lo­nem.

Kon­went, rzą­dzą­cy wów­czas Fran­cją, wy­słał ge­ne­ra­łów Car­tau­xa i La­poy­pe'a (je­den z nich był ma­la­rzem, a dru­gi le­ka­rzem), z roz­ka­zem od­zy­ska­nia Tu­lo­nu. Ko­mi­tet Oca­le­nia Pu­blicz­ne­go wy­zna­czył mel­du­ją­ce­go się u nie­go ka­pi­ta­na ar­ty­le­rii Bo­na­par­te­go na do­wód­cę ar­ty­le­rii przy nich. Przed­tem jesz­cze Na­po­le­on udał się do Ni­cei dla prze­pro­wa­dze­nia roz­mów z przy­wód­ca­mi po­wsta­nia mar­syl­skie­go, któ­rzy zaj­mu­jąc Awi­nion prze­ci­na­li ko­mu­ni­ka­cję ar­mii fran­cu­skiej we Wło­szech z Fran­cją i unie­moż­li­wia­li do­star­cza­nie żyw­no­ści i amu­ni­cji do Włoch. Na­po­le­on uzy­skał obiet­ni­cę od Mar­syl­czy­ków, że prze­sta­ną czy­nić trud­no­ści ar­mii fran­cu­skiej, któ­ra we Wło­szech bro­ni jed­nak wła­snej oj­czy­zny. Dzię­ki tym ukła­dom po­wstał dia­log „Wie­cze­rza w fech­tun­ku”, w któ­rym Na­po­le­on umie­ścił sze­reg traf­nych uwag o po­ło­że­niu kra­ju, a nad­to ar­gu­men­ty, ja­kich użył w roz­mo­wach z na­czel­ni­ka­mi po­wsta­nia.

W pierw­szych la­tach re­wo­lu­cji za­opa­trze­nie woj­ska wy­glą­da­ło dość mi­zer­nie. Duch woj­sko­wy upadł. W ad­mi­ni­stra­cji pa­no­wał nie­ład, nie le­piej też było z do­bo­rem do­wód­ców. Przy­byw­szy pod Tu­lon, mło­dy ka­pi­tan ar­ty­le­rii za­mel­do­wał się u ge­ne­ra­ła Car­tau­xa, czło­wie­ka może i dziel­ne­go, ale cheł­pli­we­go i nie ma­ją­ce­go po­ję­cia o rze­czach woj­sko­wych. Ubra­ny prze­sad­nie, lśnią­cy od zło­tych ozdób od stóp do gło­wy, do­wód­ca ar­mii ob­le­ga­ją­cej Tu­lon, za­py­tał Na­po­le­ona cze­go so­bie ży­czy? Ten od­dał mu pi­smo, mocą któ­re­go zo­stał mia­no­wa­ny do­wód­cą ar­ty­le­rii.

– To się na nic nie przy­da – rzekł ge­ne­rał pod­krę­ca­jąc wąsa – nie, oby­wa­te­lu, tu już nam nie ma­cie co po­ma­gać. Zro­bi­li­śmy wszyst­ko, co trze­ba dla zdo­by­cia Tu­lo­nu. W każ­dym ra­zie, wi­taj. Ju­tro bę­dziesz dzie­lił z nami triumf, nie pra­cu­jąc na nie­go przed­tem.

Przed świ­tem ge­ne­rał za­brał Na­po­le­ona do swe­go po­wo­zu, aby mu po­ka­zać usta­wie­nie ar­ty­le­rii i usły­szeć od nie­go w za­mian sło­wa po­chwa­ły. Zbli­ża­jąc się do por­tu, nowy do­wód­ca ar­ty­le­rii do­strzegł w win­ni­cach tu i ów­dzie po kil­ka dział i dużo spulch­nio­nej zie­mi.

– Oby­wa­te­lu Du­ras, czy to są na­sze ba­te­rie? – za­py­tał z dumą Car­taux swe­go ad­iu­tan­ta.

– Tak jest, oby­wa­te­lu ge­ne­ra­le.

– A gdzie są kule?

– Tam, w tych dom­kach – po­ka­zy­wał na dość od­le­głe dom­ki – dwie kom­pa­nie od świ­tu je roz­ża­rza­ją.

– Ależ oby­wa­te­lu Du­ras, w ja­kiż spo­sób prze­nie­sie się te roz­pa­lo­ne kule do dział?

Obaj nie wie­dzie­li, jak to zro­bić i z za­kło­po­ta­niem spo­glą­da­li na Na­po­le­ona. Ten my­ślał, że ge­ne­rał i ad­iu­tant chy­ba żar­tu­ją, tak wszyst­ko to, co wi­dział, wy­da­ło mu się nie­praw­do­po­dob­ne, lecz spoj­rzaw­szy na ich po­waż­ne twa­rze zro­zu­miał, że ci świe­żo upie­cze­ni ofi­ce­ro­wie nie mają po­ję­cia o ar­ty­le­rii. Kule roz­grze­wa­no co naj­mniej o pół mili od ar­mat, ar­ma­ty zaś były usta­wio­ne o milę od celu, któ­ry mia­ły roz­bi­jać. Na­po­le­on z całą po­wa­gą prze­ko­nał Car­taux i jego ad­iu­tan­ta, że za­nim za­cznie się strze­lać roz­pa­lo­ny­mi ku­la­mi, trze­ba spraw­dzić zim­ny­mi, do­kąd wy­strze­lo­ne z dział do­le­cą. Nie bar­dzo mu chcie­li wie­rzyć, że tak trze­ba zro­bić, lecz usły­szaw­szy sło­wa „strzał prób­ny”, dali się prze­ko­nać. Wy­strze­lo­no na pró­bę, i kula nie do­le­cia­ła na­wet na ćwierć od­le­gło­ści do re­du­ty an­giel­skiej, któ­rą za­mie­rza­no bom­bar­do­wać. Wte­dy Car­taux par­sk­nął gnie­wem na „Mar­syl­czy­ków i ary­sto­kra­tów”, któ­rzy na pew­no ze­psu­li proch.

Pod­czas tej pró­by nad­je­chał kon­no przed­sta­wi­ciel Kon­wen­tu, Ga­spa­rin. Był to czło­wiek roz­sąd­ny, w do­dat­ku nie­gdyś słu­żył w woj­sku.

Na­po­le­on wy­ko­rzy­stał tę chwi­lę i nie zwra­ca­jąc wię­cej uwa­gi na Car­taux, zwró­cił się do Ga­spa­ri­na.

– Oby­wa­te­lu ko­mi­sa­rzu – rzekł – je­stem do­wód­cą ba­ta­lio­nu ar­ty­le­rii i z tego ty­tu­łu po­win­na ona mnie je­dy­nie pod­le­gać. Żą­dam więc, aby nikt się do ba­te­rii nie wtrą­cał, in­a­czej ja za nic nie od­po­wia­dam.

– Kto je­steś, oby­wa­te­lu, że bie­rzesz na sie­bie tę od­po­wie­dzial­ność? – spy­tał Ga­spa­rin zdu­mio­ny to­nem mło­dzień­ca, któ­ry mógł mieć 24, a co naj­wy­żej 25 lat.

…nad­je­chał kon­no przed­sta­wi­ciel Kon­wen­tu Ga­spa­rin…

– Kto je­stem? – od­rzekł Na­po­le­on – Je­stem żoł­nie­rzem zna­ją­cym swo­je rze­mio­sło, a znaj­du­ję się po­śród lu­dzi, któ­rzy nie mają o nim po­ję­cia.

Mło­dy ofi­cer mó­wił z ta­kim prze­ko­na­niem, że Ga­spa­rin nie za­wa­hał się po­przeć jego żą­da­nia. W krót­kim cza­sie ca­łość prac ob­lęż­ni­czych prze­szła w ręce Na­po­le­ona. Mu­siał jed­nak wal­czyć z nie­udol­no­ścią świe­żo mia­no­wa­nych ge­ne­ra­łów, któ­rych wy­nio­sła na wierzch re­wo­lu­cja, jak i nie­chę­cią ko­mi­sa­rzy Kon­wen­tu. Sil­na wola, cha­rak­ter, traf­ność po­my­słów, oraz szyb­kość ich wy­ko­na­nia po­mo­gły mu prze­zwy­cię­żyć prze­szko­dy. Za­czął od uzu­peł­nia­nia bra­ków w ar­ty­le­rii. Zgro­ma­dził prze­szło sto dział wszel­kie­go ka­li­bru. Roz­po­znał do­kład­nie oko­li­ce mia­sta – nowe po­tęż­ne for­ty­fi­ka­cje, wznie­sio­ne przez An­gli­ków – i wte­dy do­pie­ro pod­su­nął na od­po­wied­nią od­le­głość swo­je dzia­ło­bit­nie.

Car­taux i Dop­pet, dwaj do­wód­cy ob­le­ga­ją­cy Tu­lon, byli ludź­mi od­waż­ny­mi, lecz nie po­sia­da­li żad­nych ta­len­tów woj­sko­wych. Nie­chęt­nie też ule­ga­li wpły­wo­wi Na­po­le­ona. Żoł­nie­rze, któ­rzy in­stynk­tem wy­czu­wa­ją wo­dza, dali im jed­nak przy­kład.

Pew­ne­go dnia Car­taux chciał skło­nić Na­po­le­ona, żeby oparł jed­ną z ba­te­rii o mur domu. Dzia­ło po strza­le nie mia­ło­by na­wet gdzie od­sko­czyć. Wy­obra­żał so­bie, że „naj­pierw bę­dzie się strze­lać do Tu­lo­nu z ar­mat przez trzy dni, a póź­niej ude­rzy się trze­ma ko­lum­na­mi i zdo­bę­dzie go”.

W Pa­ry­żu uzna­no taki plan za bar­dziej za­baw­ny, niż roz­sąd­ny i bez­względ­ni Ja­ko­bi­ni od­wo­ła­li jego au­to­ra. Pro­jek­tów zdo­by­cia Tu­lo­nu było zresz­tą mnó­stwo. W obo­zie krę­ci­ło się ze dwie set­ki Ja­ko­bi­nów-ga­du­łów, któ­rzy co dzień fa­bry­ko­wa­li nowe po­my­sły. Na­po­le­on mó­wił, że pro­jek­ty sy­pa­ły się jak z rogu ob­fi­to­ści i otrzy­mał ich coś ze sześć­set.

Car­taux był czło­wie­kiem ży­we­go uspo­so­bie­nia i dość upar­tym, Na­po­le­on też nie za­mie­rzał w ni­czym ustę­po­wać. Zda­rza­ły się czę­ste sprzecz­ki, któ­re ła­go­dzi­ła pani Car­taux, mó­wiąc w pro­sto­cie ser­ca do męża:

– Daj mu po­kój. Niech so­bie ten mło­dy czło­wiek robi, co chce. Czyż nie wi­dzisz, że on le­piej zna się na tym od cie­bie? O nic cię nie pro­si, ty je­steś głów­nym do­wód­cą i przy to­bie zo­sta­nie sła­wa po­wo­dze­nia.

Ko­bie­ta ta mia­ła do­syć zdro­we­go roz­sąd­ku, lecz jak wia­do­mo, jej mąż sła­wy nie zy­skał. Po po­wro­cie do Pa­ry­ża, gdy Ja­ko­bi­ni mar­syl­scy wy­da­li ucztę na jego cześć i roz­ma­wia­no przy sto­le o mło­dym do­wód­cy ar­ty­le­rii pod Tu­lo­nem, a Car­taux ża­lił się na nie­go, ma­da­me Car­taux rze­kła pro­ro­czo.

– Nie ufaj­cie temu czło­wie­ko­wi. Ma on zbyt wie­le ro­zu­mu, żeby po­zo­stać nę­dza­rzem re­wo­lu­cji – san­kiu­lo­tem.

Car­taux rzekł wte­dy do­no­śnym gło­sem.

– Oby­wa­tel­ko Car­taux, czy to ma zna­czyć, że my wszy­scy je­ste­śmy tyl­ko głup­ca­mi?

– Mój przy­ja­cie­lu, tego nie mó­wię, ale my­ślę, że on jest z in­ne­go cia­sta, niż ty i inni.

Pew­ne­go dnia do obo­zu ob­le­ga­ją­cych pod Tu­lo­nem przy­by­ło dro­gą z Pa­ry­ża sze­reg po­wo­zów. Wy­sia­dło z nich oko­ło 60 pięk­nie ubra­nych woj­sko­wych. Za­py­ta­li o do­wód­cę i szli ku nie­mu z po­wa­gą po­słów.

On le­piej zna się na tym od cie­bie…

– Oby­wa­te­lu ge­ne­ra­le – rzekł je­den z nich – przy­by­wa­my z Pa­ry­ża. Pa­trio­ci są obu­rze­ni two­ją bez­czyn­no­ścią i po­wol­no­ścią. Zbyt dłu­go sie­dzą An­gli­cy na zie­mi fran­cu­skiej. Rze­czy­po­spo­li­ta chce się do­wie­dzieć, dla­cze­go jesz­cze Tu­lon nie jest zdo­by­ty i dla­cze­go flo­ta an­giel­ska stoi nie­znisz­czo­na w por­cie. Ko­mi­tet Oca­le­nia Pu­blicz­ne­go wy­dał ode­zwę do ludu, wzy­wa­jąc ochot­ni­ków pod Tu­lon. Zgło­si­li­śmy się na jego we­zwa­nie i przy­by­wa­my tu z nie­cier­pli­wo­ścią, aby uczy­nić za­dość żą­da­niu Rze­czy­po­spo­li­tej. Je­ste­śmy ochot­ni­ka­mi ar­ty­le­rzy­sta­mi z Pa­ry­ża, daj nam dzia­ła, a ju­tro pój­dzie­my na nie­przy­ja­cie­la.

Car­taux, za­sko­czo­ny tą prze­mo­wą, nie zna­lazł na ra­zie od­po­wie­dzi i zwró­cił się do sto­ją­ce­go obok Na­po­le­ona. Ten rzekł wte­dy ci­cho:

– Oby­wa­te­lu ge­ne­ra­le, ju­tro cię oswo­bo­dzę od tych ele­gan­tów, któ­rzy chcą grać rolę ju­na­ków.

Wie­czo­rem przy­ję­to ochot­ni­ków jak naj­go­ścin­niej, a na­za­jutrz ran­kiem Na­po­le­on wy­zna­czył ich do ba­te­rii, sto­ją­cej na od­sło­nię­tym brze­gu mor­skim. Zdzi­wi­li się, wi­dząc dzia­ła ni­czym nie­osło­nię­te i za­py­ta­li, czy nie ma dla nich szań­ca. Na­po­le­on rzekł, że taka me­to­da do­bra była w kró­lew­skich, daw­nych cza­sach, lecz te­raz za­pał pa­trio­tycz­ny zniósł to wszyst­ko i wal­czy się w otwar­tym polu. Pod­czas tej roz­mo­wy, jed­na z fre­gat an­giel­skich, wi­dząc gru­pę lu­dzi przy ba­te­rii na brze­gu, dała do nich ognia z kil­ku dział. Część jur­nych ochot­ni­ków uwa­ża­ła wte­dy, że bę­dzie znacz­nie roz­trop­niej zna­leźć inne bez­piecz­niej­sze schro­nie­nie i zni­kła, część zaś prze­nio­sła się do ta­bo­ru.

Na­po­le­on po­śród lu­dzi nie­obe­zna­nych z pra­cą woj­sko­wą mu­siał speł­niać wie­le czyn­no­ści. Jego cha­rak­ter i ener­gia spra­wi­ły, że w krót­kim cza­sie stał się głów­ną oso­bą w do­wódz­twie. Kie­dy było coś do roz­strzy­gnię­cia, pod­wład­ni wie­dzie­li, że u nie­go znaj­dą po­ra­dę i traf­ny roz­kaz.

Nie oszczę­dzał się. W jed­nej z utar­czek za­bi­to pod nim dwa ko­nie i An­glik pchnął go ba­gne­tem w udo. Rana była cięż­ka i omal nie am­pu­to­wa­no mu nogi.

In­nym ra­zem, gdy stał na ba­te­rii, za­bi­to obok nie­go ka­no­nie­ra. Na­po­le­on sam wziął wy­cior i kil­ka­krot­nie wy­strze­lił z dzia­ła. W kil­ka dni póź­niej za­ra­ził się zło­śli­wym świerz­bem i nie miał cza­su na­le­ży­cie go wy­le­czyć. Znikł wpraw­dzie z ze­wnątrz, lecz nad­wą­tlił jego zdro­wie. Do­pie­ro po kam­pa­niach wło­skich od­był po­trzeb­ną ku­ra­cję.

Wia­do­mo­ści, któ­re nad­cho­dzi­ły do de­par­ta­men­tu ar­ty­le­rii w Pa­ry­żu, skło­ni­ły Ko­mi­tet Oca­le­nia Pu­blicz­ne­go do wy­sła­nia Na­po­le­ona pod Tu­lon. Dzię­ki nie­mu zo­stał zdo­by­ty, lecz na­zwi­sko zdo­byw­cy le­d­wie mi­mo­cho­dem zo­sta­ło wspo­mnia­ne w spra­woz­da­niach. Ge­ne­rał Du­gom­mier, któ­ry po Car­taux ob­jął do­wódz­two, po­znaw­szy Na­po­le­ona i wi­dząc sku­tek jego prac, chwa­lił go, oka­zy­wał mu swą przy­jaźń i żą­dał od ko­mi­sa­rzy Kon­wen­tu awan­su dla mło­de­go do­wód­cy:

– Awan­suj­cie go. Je­że­li bę­dzie­cie nie­wdzięcz­ni­ka­mi i tego nie uczy­ni­cie, on sam po­tra­fi się­gnąć wy­żej.

15 paź­dzier­ni­ka na ra­dzie wo­jen­nej przy­ję­to osta­tecz­nie plan zdo­by­cia Tu­lo­nu pro­po­no­wa­ny przez Na­po­le­ona. Po­parł Bo­na­par­te­go Ga­spa­rin, „re­pre­zen­tant ludu”. Nie za­po­mni mu tego do śmier­ci i w te­sta­men­cie swym jako ce­sarz wy­zna­czy sumę 100000 fran­ków dla syna lub wnu­ka Ga­spa­ri­na za tę „pro­tek­cję”, któ­ra go uchro­ni­ła od prze­śla­do­wa­nia ze stro­ny sze­fów szta­bu przed przy­by­ciem ge­ne­ra­ła Du­gom­mie­ra.

Re­du­ty i szań­ce Ma­łe­go Gi­bral­ta­ru gó­ro­wa­ły nad mia­stem, na­le­ża­ło je zdo­być, i tym sa­mym prze­ciąć łącz­ność mię­dzy mia­stem i por­tem. Do­ce­nia­jąc waż­ność tych wzgórz, An­gli­cy sil­nie je umoc­ni­li. Zdo­by­cie Ma­łe­go Gi­bral­ta­ru przez Fran­cu­zów zmu­si­ło­by za­ło­gę an­giel­ską do opusz­cze­nia mia­sta.

Dla oma­mie­nia nie­przy­ja­cie­la roz­po­czę­to ro­bo­ty ob­lęż­ni­cze z prze­ciw­nej stro­ny, a tym­cza­sem Na­po­le­on w ta­jem­ni­cy po­czął zbli­żać ba­te­rie i sy­pać szań­ce dla wspar­cia ata­ku na sil­nie umoc­nio­ną re­du­tę Mul­gra­ve, na Ma­łym Gi­bral­ta­rze. Usta­wio­no skry­cie 40 dział ob­lęż­ni­czych sku­pio­nych bli­sko sie­bie i cze­ka­no nocy spo­sob­nej do na­tar­cia. Ko­mi­sa­rze jed­nak pew­ne­go dnia na sku­tek ja­kie­goś alar­mu za­rzą­dzi­li ogień ze wszyst­kich dział. Tym sa­mym An­gli­cy do­wie­dzie­li się o nie­bez­pie­czeń­stwie gro­żą­cym Ma­łe­mu Gi­bral­ta­ro­wi. Po­sta­no­wi­li więc znisz­czyć ro­bo­ty ob­le­ga­ją­cych. Na­stęp­nej nocy ge­ne­rał O'Hara, ko­men­dant Tu­lo­nu, z 6000 żoł­nie­rzy ci­cho wy­szedł z mia­sta i ude­rzył na Fran­cu­zów. Uda­ło mu się opa­no­wać jed­ną ba­te­rię i za­gwoź­dzić kil­ka dział. Na­po­le­on, chwy­ciw­szy je­den z ba­ta­lio­nów, rzu­cił się mię­dzy oko­py i za­szedł na tył An­gli­ków. Roz­go­rza­ła wal­ka. Ge­ne­rał O'Hara do­stał się do nie­wo­li. Na po­moc Na­po­le­ono­wi po­śpie­szył ge­ne­rał Du­gom­mier z kil­ko­ma ba­ta­lio­na­mi i An­gli­cy w nie­ła­dzie wy­co­fa­li się do twier­dzy.

Pew­ne­go dnia ran­kiem, Na­po­le­on zna­la­zł­szy się przy ba­te­rii san­kiu­lo­tów za­żą­dał od do­wód­cy śmia­łe­go i roz­trop­ne­go żoł­nie­rza.

– Bu­rza! – krzyk­nął po­rucz­nik.

Nad­biegł sier­żant gre­na­dier. Na­po­le­on spoj­rzał na nie­go ba­daw­czo i po­da­jąc mu pa­pier rzekł:

– Zdej­miesz mun­dur i za­nie­siesz ten roz­kaz tam.

Wska­zał przy tym ręką jed­ną z naj­dal­szych ba­te­rii nad­brzeż­nych. Mło­dy sier­żant za­czer­wie­nił się, oczy mu za­bły­sły.

– Oby­wa­te­lu ka­pi­ta­nie – od­po­wie­dział gło­sem ura­żo­nym – nie je­stem szpie­giem, że­bym szedł bez mun­du­ru. Szu­kaj­cie kogo in­ne­go do speł­nie­nia wa­sze­go roz­ka­zu.

Po wy­po­wie­dze­niu tych słów sier­żant wy­ko­nał zwrot i chciał odejść, lecz Na­po­le­on za­wró­cił go, mó­wiąc su­ro­wo.