Serce w bliznach - Natalia Nowak-Lewandowska - ebook + książka
NOWOŚĆ

Serce w bliznach ebook

Natalia Nowak-Lewandowska

3,7

112 osoby interesują się tą książką

Opis

Nie dopuść do tego, aby odrobina zła, która znalazła się w twoim sercu, urosła i zagnieździła się w nim na dobre.

 

Filip ulega wypadkowi, w wyniku którego zostaje trwale okaleczony. Z pomocą przychodzi Anka, założycielka fundacji dla rodzin poległych strażaków Ogniste Serca. Kiedy w fundacji pojawia się Anita z czekiem na wysoką kwotę, Filip od początku jest nieufny. Jednak kobieta zyskuje sympatię założycielki fundacji, a z czasem i Filipa.

Tymczasem to, co widzimy, nie zawsze jest zgodne z rzeczywistością.

Nasze wyobrażenia mogą przypominać prawdę, ale czy są nią

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 239

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,7 (13 ocen)
5
2
3
3
0
Sortuj według:
AleksandraK258

Całkiem niezła

Mam bardzo mieszane uczucia odnośnie tej pozycji. Niby wszystko w porządku, piękna historia ale to zakończenie? No coś mi tutaj nie gra...
20
Chlodwald

Z braku laku…

Temat ciekawy, a książka taka sobie, ani zła ani dobra. Szkoda
10
kobierskawies

Dobrze spędzony czas

nie takiego zakończenia się spodziewałam
10
Agatkabeatka

Dobrze spędzony czas

Bardzo przyjemna lektura , zakończenie jednak trochę mnie rozczarowało .
10
AnnaWegrzyn1986

Nie oderwiesz się od lektury

piękna ale zakończenie... dziwne
00



Co­py­ri­ght © Na­ta­lia No­wak-Le­wan­dow­ska Co­py­ri­ght © 2022 by Luc­ky
Pro­jekt okład­ki: Ilo­na Go­sty­ńska-Rym­kie­wicz
Skład i ła­ma­nie: Ma­riusz Da­ński
Re­dak­cja i ko­rek­ta: Ha­li­na Bo­gusz
Wy­da­nie I
Ra­dom 2022
ISBN 978-83-67184-44-1
Wy­daw­nic­two Luc­ky ul. Że­rom­skie­go 33 26-600 Ra­dom
Dys­try­bu­cja: tel. 501 506 203 48 363 83 54
e-mail: kon­[email protected]­daw­nic­two­luc­ky.plwww.wy­daw­nic­two­luc­ky.pl
Kon­wer­sja: eLi­te­ra s.c.

IT’S BEEN SUCH A FUN­NY DAY I DON’T KNOW WHY

WAL­KING ON AN EN­DLESS LANE LIFE PAS­SING ME BY TO­MOR­ROW IS CAL­LING

BUT I’M DRAG­GING MY FEET THE SKIES ARE IN­DE­CEN­TLY CLE­AR BUT I CAN’T STAND THE HEAT

SLE­EPWAL­KING IN A HAZE STUM­BLING LIKE A CHILD DRA­GONS THAT I USED TO CHA­SE

TEASE ME FROM IN­SI­DE THE FU­TU­RE’S UN­CER­TA­IN JUST LIKE YESTER­DAY

ME­MO­RIES OF HE­AVEN CAN’T BE TA­KEN AWAY

Vaya Con Dios – „Time Flies”

Sen po­wi­nien przy­no­sić uko­je­nie, jed­nak nie jemu i nie te­raz. Przedłu­żał mo­ment za­śni­ęcia, aż zwy­ci­ęża­ło zmęcze­nie po ca­łym dniu pra­cy. Dzi­siaj będzie po­dob­nie, wie­dział o tym do­sko­na­le. Obu­dzi go sen, któ­ry od dłu­ższe­go cza­su nie da­wał mu spo­ko­ju i nie po­zwa­lał za­snąć, aż na dwo­rze za­czy­na­ło się roz­ja­śniać. Za­sy­piał, żeby po go­dzi­nie obu­dzić się i roz­po­cząć nowy dzień.

Fi­lip Wy­soc­ki nie pa­mi­ętał, jak to jest prze­spać całą noc, nie śni­ąc o ni­czym. Za­snąć ze zmęcze­nia i obu­dzić się wy­po­czętym i go­to­wym na nowy dzień. Mi­nęło dużo cza­su, wspo­mnie­nia za­ta­rły się, a na ich miej­scu po­ja­wi­ły się nowe, bar­dziej przy­kre i bo­le­sne.

Otwo­rzył lo­dów­kę i wy­jął zim­ną pusz­kę z colą zero. Pił ma­ły­mi ły­ka­mi, de­lek­tu­jąc się do­brze zna­nym sma­kiem. Dzi­siaj był wy­jąt­ko­wo zmęczo­ny. Przy­szła duża do­sta­wa, a trwał se­zon urlo­po­wy. Bra­ko­wa­ło rąk do pra­cy, więc wi­ęk­szo­ść za­war­to­ści tira mu­siał wy­pa­ko­wać sam. Nie bał się ci­ężkiej pra­cy, jed­nak od dłu­ższe­go cza­su jego cia­ło nie funk­cjo­no­wa­ło pra­wi­dło­wo, za­tem i sił nie miał tyle co kie­dyś.

Włączył gaz pod garn­kiem, w któ­rym od wczo­raj stał ryż z wa­rzy­wa­mi i ka­wa­łka­mi kur­cza­ka. Nie był mi­strzem go­to­wa­nia, ale coś jeść mu­siał. Przez wie­le lat tre­nin­gów to da­nie sta­no­wi­ło głów­ny skład­nik jego co­dzien­nej die­ty. I choć te­raz jego tre­nin­gi zmie­ni­ły nie­co cha­rak­ter, przy­zwy­cza­je­nie ku­li­nar­ne po­zo­sta­ło.

Za­mie­szał za­war­to­ść garn­ka i do­dał tro­chę oli­wy, spró­bo­wał, do­sy­pał ty­mian­ku i po­now­nie za­mie­szał. Po­mi­mo pó­źnej go­dzi­ny nie był śpi­ący. Często pró­bo­wał oszu­kać or­ga­nizm i nie raz mu się to uda­wa­ło, jed­nak przy­cho­dził mo­ment, kie­dy mu­siał dać od­po­cząć cia­łu i umy­sło­wi. Sen przy­cho­dził szyb­ko i zwy­kle ko­ńczył się kosz­ma­rem i wcze­śniej­szą po­bud­ką.

Na­ło­żył so­lid­ną por­cję po­tra­wy na ta­lerz i usia­dł przy sto­le w ja­dal­ni. Je­dze­nie w sa­mot­no­ści mia­ło swo­je plu­sy, na przy­kład mógł sku­pić się tyl­ko na prze­żu­wa­niu, na sma­ku, po­my­śleć... Nie, oszu­ki­wał sam sie­bie. Wo­lał po­si­łki w wi­ęk­szym gro­nie, ale to zda­rza­ło się rzad­ko, na tyle rzad­ko, że nie było cze­go wspo­mi­nać.

Zja­dł nie­spiesz­nie, wło­żył na­czy­nia do zmy­war­ki i po­sze­dł do ła­zien­ki. Po­si­łek i cie­pła woda pod­czas kąpie­li zro­bi­ły swo­je – nie po­tra­fił po­ha­mo­wać zie­wa­nia. Na­sma­ro­wał cia­ło ma­ścią, za­ło­żył bok­ser­ki i po­ło­żył się na łó­żku.

Było zbyt cie­pło, żeby się przy­kry­wać, podło­żył ręce pod gło­wę. Sen nie nad­cho­dził. Ubił pi­ęścią po­dusz­kę, po­now­nie się uło­żył, przy­krył, za chwi­lę od­krył, aż w ko­ńcu wstał, żeby na­pić się wody. Po­now­nie się po­ło­żył, za­mknął po­wie­ki i cze­kał. Kie­dy na­resz­cie uda­ło mu się za­snąć, był już zmęczo­ny cze­ka­niem, aż sen przyj­dzie.

– FILIP! FILIP! W gŁĘBI JEST JESZ­CZE KTOŚ! – GŁOS DO­WÓD­CY LE­D­WO PRZE­BI­JAŁ SIĘ PRZEZ HA­ŁAS, WSZYST­KO WO­KÓŁ TRZESZ­CZA­ŁO, SY­CZA­ŁO, WI­DOCZ­NO­ŚĆ ZMNIEJ­SZA­ŁA SIĘ Z MI­NU­TY NA MI­NU­TĘ.

OSŁO­NIŁ TWARZ LEWĄ RĘKĄ I SPRÓ­BO­WAŁ PRZE­SU­NĄĆ SIĘ KIL­KA KRO­KÓW DO PRZO­DU. TEM­PE­RA­TU­RA PEW­NIE OSI­ĄGA­ŁA JUŻ OSIEM­SET STOP­NI CEL­SJU­SZA, OGIEŃ BYŁ PRAK­TYCZ­NIE WSZĘDZIE.

FILIP PO­NOW­NIE ZRO­BIŁ KIL­KA KRO­KÓW I WTE­DY PO­CZUŁ, JAK STROP SIĘ POD NIM ZA­ŁA­MU­JE, A ON ZA­CZY­NA SPA­DAĆ. TRWA­ŁO TO UŁAM­KI SE­KUND. ZDE­RZE­NIE Z PODŁO­GĄ WY­DO­BY­ŁO Z NIE­GO JĘK BÓLU. ZRO­BI­ŁO MU SIĘ CIEM­NO PRZED OCZA­MI I PO­TRZE­BO­WAŁ KIL­KU CHWIL, BY DO­JŚĆ DO SIE­BIE. MUSIAŁ WY­KO­NAĆ JA­KIŚ RUCH, BY NIE ZA­ŁĄCZYŁ SIĘ CZUJ­NIK BEZ­RU­CHU. NIE CHCIAŁ NIE­PO­TRZEB­NIE ALAR­MO­WAĆ KO­LE­GÓW, KTÓ­RZY Z PEW­NO­ŚCIĄ MIE­LI TE­RAZ CO RO­BIĆ.

OBRÓ­CIŁ SIĘ NA BOK, ZNÓW GO ZA­MRO­CZY­ŁO, CHOĆ WY­DŁU­ŻYŁ CZAS DO URU­CHO­MIE­NIA ALAR­MU O DWA­DZIE­ŚCIA SE­KUND. NIE MÓGŁ SIĘ POD­NIE­ŚĆ. PRZY UPAD­KU Z PEW­NO­ŚCIĄ UCIER­PIAŁ JEGO KRĘGO­SŁUP, CZUŁ SIL­NY BÓL PLE­CÓW. NIE MIAŁ CZA­SU NA ROZ­CZU­LA­NIE SIĘ NAD SOBĄ. NIE PO­MO­ŻE JUŻ NI­KO­MU POD­CZAS TEJ AK­CJI, TO BĘDĄ MU­SIE­LI ZRO­BIĆ KO­LE­DZY. MUSIAŁ URA­TO­WAĆ SIE­BIE.

POD­JĄŁ KO­LEJ­NĄ PRÓ­BĘ, BY WSTAĆ. USŁY­SZAŁ NAD SOBĄ TRZASK I NIM ZDĄŻYŁ SIĘ ZO­RIEN­TO­WAĆ, PRZY­GNIO­TŁO GO COŚ CI­ĘŻKIE­GO. ZDAŁ SO­BIE SPRA­WĘ, ŻE ROZ­DA­RŁ RĘKAW KURT­KI OCHRON­NEJ I JEGO LEWĄ RĘKĘ ZA­JĄŁ OGIEŃ. BÓL BYŁ NIE DO WY­TRZY­MA­NIA, ALE MÓGŁ TYL­KO CZE­KAĆ, AŻ CZUJ­NIK ZA­SY­GNA­LI­ZU­JE WSTĘP­NIE, ŻE PRZE­STAŁ SIĘ RU­SZAĆ I PO­TRZE­BU­JE PO­MO­CY.

MIAŁ WRA­ŻE­NIE, ŻE OGIEŃ DO­TA­RŁ JUŻ DO KO­ŚCI, A Z RĘKI PO­ZO­STAŁ ZWĘGLO­NY KI­KUT. ZACI­SKAŁ ZĘBY, ŻEBY NIE WYĆ Z BÓLU, KTÓ­RY DO­CIE­RAŁ AŻ DO NAJ­DAL­SZYCH KO­MÓ­REK JEGO CIA­ŁA. TRA­CIŁ I OD­ZY­SKI­WAŁ PRZY­TOM­NO­ŚĆ. ODDY­CHAŁ CO­RAZ SZYB­CIEJ I PŁY­CEJ, CHWI­LE PRZY­TOM­NO­ŚCI STA­WA­ŁY SIĘ CO­RAZ KRÓT­SZE. OSTAT­NIE CO ZA­PA­MI­ĘTAŁ, TO PRZE­SZY­WA­JĄCE RWA­NIE I TRZASK WA­LĄCYCH SIĘ CZĘŚCI BU­DYN­KU.

Obu­dził się gwa­łtow­nie. Był spo­co­ny, od­dy­chał za szyb­ko. Za­sło­nił oczy pra­wą ręką i sta­rał się uspo­ko­ić. To był tyl­ko sen, jed­nak prze­ży­wał w nim ci­ągle i na nowo cier­pie­nie, czuł ten sam strach, że za chwi­lę umrze, ko­le­dzy nie zdążą na czas, a on sam so­bie nie po­ra­dzi. Ni­g­dy wcze­śniej ani pó­źniej się tak nie bał, ni­g­dy też nie li­czył tak bar­dzo na po­moc in­nych. Jego ży­cie le­ża­ło w rękach mężczyzn, z któ­ry­mi pra­co­wał, mu­siał im za­ufać, uwie­rzyć, że od­naj­dą go i nie zo­sta­wią na pew­ną śmie­rć.

Przej­mu­jący strach był tym, co opa­no­wa­ło jego umy­sł i po­wo­do­wa­ło, że pa­ni­ko­wał. Na­wet te­raz, choć mi­nęło tak wie­le cza­su, i choć miał świa­do­mo­ść, że to sen, nie po­tra­fił opa­no­wać za­ci­ska­jącej się pętli stra­chu. Nie mógł wy­trzy­mać w łó­żku. Wstał i pod­sze­dł do okna, za któ­rym po­ły­ski­wał ksi­ężyc. Zbli­ża­ła się pe­łnia, więc był co­raz ja­śniej­szy, co­raz wi­ęcej rze­czy było wi­docz­nych w jego świe­tle, ale i wra­że­nie, ja­kie spra­wiał, sta­wa­ło się bar­dziej ta­jem­ni­cze.

Fi­lip przez chwi­lę chło­nął ob­raz ksi­ęży­ca, sto­jąc w jego bla­sku. Cia­ło miał po­kry­te bli­zna­mi, ale na­dal był sil­ny i zdro­wy. Był wy­so­ki, umi­ęśnio­ny, sze­ro­ki w bar­kach. Skó­ra mia­ła lek­ko oliw­ko­wy od­cień, a pod nią pi­ęk­nie ry­so­wa­ły się roz­bu­do­wa­ne mi­ęśnie.

Lewą rękę i część klat­ki pier­sio­wej po­kry­wa­ły czer­wo­na­we bli­zny. W nie­któ­rych miej­scach sta­wa­ły się ja­śniej­sze, ale na­dal były dość świe­że. Zgru­bie­nia ci­ągnęły się przez lewą stro­nę szyi, żu­chwę, aż do po­licz­ka. Na szczęście ogień nie uszko­dził wzro­ku.

Naj­bar­dziej ucier­pia­ła lewa dłoń oraz przed­ra­mię, na któ­rym było spo­ro zgru­bień i zde­for­mo­wa­nej skó­ry. Dłoń, po­mi­mo re­ha­bi­li­ta­cji, po­zo­sta­wa­ła częścio­wo przy­kur­czo­na i nie w pe­łni spraw­na. Często bo­la­ła go, bli­zny ci­ągnęły, nie­jed­no­krot­nie bez­sil­no­ść z po­wo­du nie­pe­łno­spraw­no­ści spra­wia­ła, że Fi­lip od­czu­wał wście­kło­ść na cały świat.

Do­cho­dzi­ła trze­cia w nocy, już wie­dział, że nie za­śnie. Za­ło­żył bluz­kę long­sle­eve, szor­ty, buty bie­go­we i wy­sze­dł na ze­wnątrz. Klucz wło­żył do skryt­ki przy drzwiach, po­łączył za po­mo­cą Blu­eto­otha te­le­fon ze słu­chaw­ka­mi i włączył play­li­stę, któ­rą stwo­rzył na po­trze­by bie­ga­nia. Ener­ge­ty­zu­jące pio­sen­ki po­bu­dza­ły do ak­tyw­no­ści, dzi­ęki nim nie czuł zmęcze­nia i mógł biec szyb­ciej.

Na dwo­rze na­dal było ciem­no, dro­gę oświe­tla­ły mu oko­licz­ne la­tar­nie i spor­to­wa czo­łów­ka, któ­rą za­wsze za­bie­rał, kie­dy bie­gał w nocy. Od­bla­sko­we na­szyw­ki na ubra­niu da­wa­ły po­czu­cie bez­pie­cze­ństwa na dro­dze. Miesz­kał na ubo­czu, z dala od zgie­łku mia­sta, dzi­ęki cze­mu miał do dys­po­zy­cji cie­ka­we te­re­ny do bie­ga­nia. W nocy wy­bie­rał bie­ga­nie wzdłuż szo­sy. Nio­sło ry­zy­ko po­trące­nia, ale spo­tka­nie z le­śną zwie­rzy­ną o tej po­rze było bar­dziej praw­do­po­dob­ne.

W słu­chaw­kach brzmia­ła pio­sen­ka Don Hen­ley „The Boys of Sum­mer”, kie­dy naj­pierw za­uwa­żył, że oświe­tli­ły go re­flek­to­ry sa­mo­cho­du ja­dące­go za nim, a na­stęp­nie po­mi­mo gło­śnej mu­zy­ki usły­szał pisk ha­mul­ców. Od­ru­cho­wo od­sko­czył w kie­run­ku po­bo­cza, jed­nak po­czuł dra­śni­ęcie w lewą łyd­kę.

– Kur­wa! – krzyk­nął, upa­da­jąc.

Ze­rwał z wście­kło­ścią słu­chaw­ki, po­świe­cił w miej­sce, gdzie pul­so­wał ból i szyb­ko oce­nił sy­tu­ację. Na szczęście to było nie­wiel­kie otar­cie, za­goi się w ci­ągu kil­ku dni. Ża­den mi­ęsień czy ści­ęgno nie zo­sta­ły uszko­dzo­ne.

Z sa­mo­cho­du wy­sia­dł kie­row­ca i zbli­żał się ostro­żnie do Fi­li­pa. W ciem­no­ściach nie wi­dział go do­kład­nie, ale wo­lał się pod­nie­ść. Czło­wiek na wprost nie­go był zde­cy­do­wa­nie ni­ższy.

– By­łem wi­docz­ny, dla­cze­go na mnie na­je­cha­łeś? – Po­stąpił krok do przo­du, choć ska­le­czo­na noga bo­la­ła.

– Prze­pra­szam, nic panu nie jest?

Fi­lip z za­sko­cze­niem zo­rien­to­wał się, że spraw­cą była ko­bie­ta. W jej gło­sie po­brzmie­wał strach. Po­świe­cił czo­łów­ką na ko­bie­tę, a ta osło­ni­ła oczy ręką. Zro­bił to po to, by się upew­nić, że nie ma oma­mów słu­cho­wych, a nie żeby ją wy­stra­szyć jesz­cze bar­dziej. Tak, to była ko­bie­ta. Wy­łączył lamp­kę.

– Nie, w su­mie nic mi się nie sta­ło, małe dra­śni­ęcie. – Po­pa­trzył na ko­bie­tę, któ­ra sta­ła i nie bar­dzo wie­dzia­ła, co ma zro­bić. – Na­praw­dę mnie pani nie wi­dzia­ła?

Po­kręci­ła gło­wą.

– Na­praw­dę, i bar­dzo pana prze­pra­szam. – Strach w gło­sie za­czy­nał za­mie­niać się w ha­mo­wa­ny płacz.

Jesz­cze te­raz niech za­cznie się roz­kle­jać, po­my­ślał Fi­lip.

– Spo­koj­nie, za­goi się w kil­ka dni, tyl­ko niech pani na przy­szło­ść bar­dziej uwa­ża.

Chciał ode­jść, jed­nak ko­bie­ta po­de­szła i chwy­ci­ła go za rękę.

– Co mogę dla pana zro­bić? Pro­szę, pro­szę mi po­zwo­lić coś dla pana zro­bić.

Chciał, żeby już od­je­cha­ła i dała mu spo­kój, mu­siał od­zy­skać rów­no­wa­gę. Pa­trzy­ła w taki spo­sób, że zro­bi­ło mu się jej żal. Po­my­ślał, że je­śli po­zwo­li jej na pod­wie­zie­nie do domu, to obo­je na tym zy­ska­ją – on będzie szyb­ciej u sie­bie, a ona otrzy­ma mo­żli­wo­ść udzie­le­nia po­mo­cy. Wilk syty i owca cała.

– Pro­szę mnie pod­wie­źć do domu, to nie­da­le­ko, ale będę mógł oszczędzić nogę.

– Tak, ja­sne, pro­szę wsi­ąść, po­mo­gę panu – wy­ci­ągnęła ręce, żeby mógł się na niej wes­przeć, ale Fi­lip po­kręcił gło­wą.

– Nie, nie, bez prze­sa­dy, nie jest ze mną aż tak źle. – Uśmiech­nął się nie­znacz­nie. Ko­bie­ta szyb­ko opu­ści­ła ręce, za­wsty­dzo­na wła­sną pro­po­zy­cją. Fi­lip po­my­ślał, że albo jest bar­dzo prze­ra­żo­na, albo z na­tu­ry nie­śmia­ła i ma pro­blem, żeby re­ago­wać bez pa­ni­ko­wa­nia.

– Gdzie pan miesz­ka? – za­py­ta­ła.

– Nie­da­le­ko, przy dro­dze pro­wa­dzącej do Kon­stan­ty­no­wa Łódz­kie­go. Po­ka­żę pani.

Spoj­rza­ła na nie­go. Przez chwi­lę za­trzy­ma­ła wzrok na jego twa­rzy. Pew­nie zo­ba­czy­ła bli­zny, po­my­ślał.

Po­cząt­ko­wo sta­rał się tak usta­wiać do roz­mów­cy, aby nie wi­dział jego oka­le­czeń, za­kła­dał czap­ki z dasz­kiem, gol­fy moc­no na­ci­ągał na li­nię żu­chwy. Z cza­sem sam za­czął się z nimi oswa­jać. Wie­dział, że nie­wie­le może zro­bić, przy­naj­mniej na ra­zie, za­tem ci­ągłe ukry­wa­nie się było bez sen­su. Je­śli ktoś nie był w sta­nie na nie­go pa­trzeć, to on nie chciał pa­trzeć na nie­go.

Kie­dy do­je­cha­li na miej­sce, obo­je wy­sie­dli z sa­mo­cho­du i sta­nęli na pod­je­ździe. Ko­bie­ta ode­zwa­ła się pierw­sza.

– Jesz­cze raz prze­pra­szam, to było nie­wy­ba­czal­ne.

– Ow­szem, ale na szczęście sko­ńczy­ło się do­brze.

– Nie wiem, dla­cze­go pana nie za­uwa­ży­łam, ni­g­dy mi się wcze­śniej coś ta­kie­go nie zda­rzy­ło...

Fi­lip wes­tchnął. To on był po­szko­do­wa­ny, a za­raz będzie mu­siał po­cie­szać spraw­cę. Jej nad­wra­żli­wo­ść była za­ska­ku­jąca. Przez ostat­nie lata sa­mot­no­ści za­po­mniał już, jak bar­dzo ko­bie­ty ró­żnią się od mężczyzn. I choć wy­da­wa­ło­by się, że to ba­nał, to nie da się za­prze­czyć fak­tom.

– Daj­my już temu spo­kój, wie­rzę, że nie pla­no­wa­ła pani mnie za­bić na pro­stej dro­dze.

– Nie, nie, oczy­wi­ście, że nie!

Na krętej rów­nież – do­dał i lek­ko się uśmiech­nął.

Chcia­ło mu się śmiać. Ko­bie­ta była tak spi­ęta, tak prze­ra­żo­na, że przy­sze­dł mu do gło­wy taki sce­na­riusz i cała sy­tu­acja ro­bi­ła się po pro­stu za­baw­na.

– Fi­lip – wy­ci­ągnął rękę.

– Ani­ta – od­po­wie­dzia­ła i uści­snęła po­da­ną dłoń. Była cie­pła i de­li­kat­na w do­ty­ku, dużo mniej­sza od jego.

Fi­lip szyb­ko się cof­nął. Nie mógł so­bie po­zwo­lić na ule­ga­nie emo­cjom. Z pew­no­ścią to zda­rze­nie wy­trąci­ło go z rów­no­wa­gi nie mniej niż na Ani­tę, ale na­uczo­ny do­świad­cze­niem szyb­ko ra­dził so­bie ze stre­sem, po­tra­fił go opa­no­wać. Te­raz, kie­dy mógł so­bie po­zwo­lić na głęb­szy od­dech i roz­lu­źnie­nie, do gło­su do­szły tłu­mio­ne emo­cje, któ­re wy­czu­la­ły jego zmy­sły. Do­tyk dło­ni Ani­ty spra­wił, że prze­sze­dł go lek­ki dreszcz.

– Uwa­żaj na przy­szło­ść. – Lek­ko się ukło­nił i po­sze­dł do domu, nie cze­ka­jąc na jej re­ak­cję. Nie chciał dłu­żej stać i roz­ma­wiać, wo­lał wró­cić do zna­jo­mej ci­szy, do domu, któ­ry da­wał mu schro­nie­nie.

– Jesz­cze raz prze­pra­szam! Może mo­gła­bym... – za­krzyk­nęła za nim, ale się nie obej­rzał. Za­mknął drzwi i opa­rł się o nie. Po chwi­li uły­szał, jak ko­bie­ta od­je­żdża. Zo­stał sam.

To, co się wy­da­rzy­ło, wy­bi­ło go z ryt­mu, któ­ry wy­pra­co­wy­wał so­bie przez ostat­nie lata. Rytm był mu po­trzeb­ny, żeby za­cho­wać rów­no­wa­gę po wy­pad­ku, w wy­ni­ku któ­re­go jego ży­cie zmie­ni­ło się dia­me­tral­nie. Nie tyl­ko to za­wo­do­we, ale i pry­wat­ne. Dużo cza­su mu­sia­ło upły­nąć, za­nim po­ukła­dał je na nowo, da­jąc so­bie szan­sę na roz­po­częcie no­we­go roz­dzia­łu, ale czuł, że to, co te­raz się dzia­ło, było tyl­ko na­miast­ką tego, co miał kie­dyś. Po­dzie­lił swo­je ży­cie na przed wy­pad­kiem i po nim. To przed było pe­łne pa­sji, cie­ka­wej pra­cy, w któ­rej się spe­łniał rów­nież jako czło­wiek. Nió­sł po­moc, a to da­wa­ło mu po­czu­cie by­cia po­trzeb­nym. Chciał po­ma­gać i to ro­bił. Oprócz pra­cy za­wo­do­wej miał pa­sje, któ­re da­wa­ły sa­tys­fak­cję, roz­wi­ja­ły go i wzbo­ga­ca­ły. Czuł przy­jem­no­ść z ka­żde­go mi­nio­ne­go dnia. Kie­dyś też ko­chał i miał wra­że­nie, że był ko­cha­ny. W wie­ku trzy­dzie­stu lat czuł spe­łnie­nie w ka­żdym aspek­cie swo­je­go ży­cia. W wie­ku trzy­dzie­stu czte­rech był już zu­pe­łnie in­nym czło­wie­kiem.

Miał pla­ny, ma­rze­nia, cele, nie­któ­re uda­ło mu się zre­ali­zo­wać. Te­raz jego ży­cie było po­zba­wio­ne ma­rzeń. Ka­żdy dzień był ko­pią po­przed­nie­go. Sze­dł do pra­cy, wra­cał do domu, kil­ka razy w ty­go­dniu je­chał na re­ha­bi­li­ta­cję, sta­rał się w mia­rę re­gu­lar­nie ko­rzy­stać z si­łow­ni, bie­gał. Prze­wi­dy­wal­no­ść mo­gła być osto­ją, ale by­wa­ła też utra­pie­niem. Nie wi­dział sen­su ist­nie­nia, bo stwo­rzo­ny zo­stał do po­ma­ga­nia.

Im dłu­żej my­ślał o tym, jak zmie­ni­ło się jego ży­cie, tym bar­dziej za­pa­dał się w so­bie i tra­cił reszt­ki chęci, by da­lej funk­cjo­no­wać. Do­bi­ja­ła go bez­ce­lo­wo­ść, choć sta­rał się wy­pie­rać to ze świa­do­mo­ści. Mu­siał trwać, cho­ćby dla­te­go, że ko­le­dzy z na­ra­że­niem ży­cia ura­to­wa­li go z pło­mie­ni, dali mu szan­sę. Nie mógł jej zmar­no­wać.

Od kil­ku mie­si­ęcy po­ma­gał w fun­da­cji Ogni­ste Ser­ca, któ­ra wspie­ra­ła ro­dzi­ny po­le­głych na słu­żbie stra­ża­ków. Do wspó­łpra­cy na­mó­wi­ła go Anka Kra­ska, wdo­wa po Wojt­ku, któ­ry kil­ka lat temu ule­gł wy­pad­ko­wi pod­czas ak­cji po­żar­ni­czej. Przez dłu­ższy czas le­żał w szpi­ta­lu, apa­ra­tu­ra pod­trzy­my­wa­ła jego funk­cje ży­cio­we, ale ob­ra­że­nia na­rządów we­wnętrz­nych oka­za­ły się na tyle po­wa­żne, że zma­rł, nie od­zy­sku­jąc przy­tom­no­ści.

Po­cząt­ko­wo Ania nie wie­dzia­ła, jak ma funk­cjo­no­wać bez Wojt­ka, jak po­ra­dzić so­bie z wła­sną roz­pa­czą, ale i roz­pa­czą dzie­ci, któ­re wte­dy były małe, nie ro­zu­mia­ły, dla­cze­go uko­cha­ny tata na­gle znik­nął z ich ży­cia. W tej no­wej rze­czy­wi­sto­ści zda­ła so­bie spra­wę, że ta­kich ko­biet i dzie­ci jak jej oka­le­czo­na ro­dzi­na jest wie­le i praw­do­po­dob­nie rów­nież nie wie­dzą, jak się od­na­le­źć na nowo. Po­trze­bo­wa­ła wspar­cia, zro­zu­mie­nia, wska­za­nia kie­run­ku, ale po­trze­bo­wa­ła też kon­tak­tu z lu­dźmi, któ­rzy zna­li jej męża. Spo­ty­ka­jąc się z nimi, mia­ła wra­że­nie, że jest bli­żej Wojt­ka.

To wła­śnie Anka po­pro­si­ła go o po­moc w fun­da­cji. Dzi­ęki swo­jej kil­ku­let­niej pra­cy po­tra­fi­ła roz­po­znać, kie­dy ktoś po­trze­bo­wał po­mo­cy. Ko­bie­ty naj­częściej pro­si­ły o nią same, mężczy­źni zwy­kle za­my­ka­li się w so­bie i cier­pie­nie zja­da­ło ich od środ­ka. Nie pro­si­li o po­moc, bo wtła­cza­no im w gło­wy, że mężczy­zna ma być sil­ny, od­wa­żny, nie może oka­zy­wać sła­bo­ści. Zu­pe­łnie jak­by nie mie­li pra­wa do wła­snych uczuć. Two­rzo­no z nich ma­szy­ny – oka­le­czo­ne emo­cjo­nal­nie, nie­przy­go­to­wa­ne na co­dzien­no­ść, któ­ra ba­zu­je przede wszyst­kim na emo­cjach.

Wi­dzia­ła, jak bar­dzo Fi­lip po­trze­bu­je po­mo­cy i jak rów­nie moc­no nie po­tra­fi o nią po­pro­sić. Nie chcia­ła go upo­ka­rzać, dla­te­go za­pro­po­no­wa­ła wspó­łpra­cę. Fun­da­cja or­ga­ni­zo­wa­ła cykl po­ga­da­nek dla naj­młod­szych i tu wi­dzia­ła rolę Fi­li­pa. Po­tra­fił opo­wia­dać z ogrom­ną pa­sją o za­wo­dzie stra­ża­ka, umiał do­trzeć do słu­cha­czy, na­wet tak bar­dzo wy­ma­ga­jących jak dzie­ci.

Fi­lip po­cząt­ko­wo od­ru­cho­wo od­mó­wił, nie wy­obra­żał so­bie sie­bie w ta­kiej roli. Poza tym nie chciał się w nic an­ga­żo­wać, bo nie był pe­wien, czy po­do­ła. Zresz­tą ni­g­dy nie pro­wa­dził ta­kich za­jęć, kon­takt z dru­gim czło­wie­kiem był w tej chwi­li ostat­nim, cze­go po­trze­bo­wał. A dzie­ci są szcze­re w swo­ich wy­po­wie­dziach. Zbyt szcze­re. Anka była jed­nak nie­ugi­ęta i w ko­ńcu ule­gł.

Dzi­siaj nie ża­ło­wał swo­jej de­cy­zji, prze­stał rów­nież uty­ski­wać, że musi ro­bić coś, na co nie ma ocho­ty. Tak na­praw­dę był wdzi­ęcz­ny Ance, że za­pro­po­no­wa­ła mu wo­lon­ta­riat, bo na­resz­cie po tak dłu­gim cza­sie czuł się po­trzeb­ny.

Uśmiech­nął się i po­sze­dł pod prysz­nic. Mu­siał zde­zyn­fe­ko­wać otar­cie na skó­rze i spró­bo­wać za­snąć, cho­ćby na go­dzi­nę.

Ani­ta od­je­cha­ła nie­spe­łna ki­lo­metr od domu pod Kon­stan­ty­no­wem Łódz­kim i za­trzy­ma­ła się na po­bo­czu. Włączy­ła świa­tła awa­ryj­ne, wy­łączy­ła sil­nik i ukry­ła twarz w dło­niach. Wra­ca­ła ze spo­tka­nia z ko­le­żan­ka­mi, któ­re się prze­ci­ągnęło. Na sa­mym po­cząt­ku wy­pi­ła lamp­kę wina, po­tem już tyl­ko wodę, z pew­no­ścią nie była pi­ja­na, ale zmęczo­na i roz­ko­ja­rzo­na.

Je­cha­ła tą tra­są wie­lo­krot­nie, zna­ła ją nie­mal na pa­mi­ęć, do­dat­ko­wo o tej po­rze nie sądzi­ła, że będzie ko­go­kol­wiek mi­jać. Tro­chę stra­ci­ła czuj­no­ść, za­ga­pi­ła się w te­le­fon, mężczy­zna po­ja­wił się znie­nac­ka. Do­słow­nie w ostat­niej chwi­li od­bi­ła kie­row­ni­cą w lewo, ale czu­ła, że o coś za­ha­czy­ła. Ostre ha­mo­wa­nie wbi­ło ją w fo­tel. Sa­mo­chód się za­trzy­mał, a Ani­ta tyl­ko cu­dem nie za­częła krzy­czeć.

Cała sy­tu­acja moc­no wy­trąci­ła ją z rów­no­wa­gi. Mia­ła ogrom­ne szczęście, że nic wi­ęcej się nie sta­ło, nie je­cha­ła szyb­ciej, nie wy­pi­ła wi­ęcej al­ko­ho­lu. Pod­wio­zła mężczy­znę do domu, chcąc choć w ten spo­sób wy­na­gro­dzić mu szko­dy, może za­ła­go­dzić zda­rze­nie. Zda­wa­ła so­bie spra­wę, że nic nie zre­kom­pen­su­je uszczerb­ku na zdro­wiu czy zde­ner­wo­wa­nia, ja­kie­go do­znał Fi­lip, ale nie wie­dzia­ła zu­pe­łnie, co jesz­cze mo­gła­by zro­bić.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki