Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Czujesz się zagubiony w życiu, w relacjach i w wierze?
Nosisz w sobie pytania bez odpowiedzi, zmęczenie, rozczarowanie i ból?
Wydaje ci się, że wszystko się rozpada, a sens znika?
Tęsknisz za obecnością Boga, ale masz wrażenie, że milczy, gdy najbardziej Go potrzebujesz?
Ksiądz Marcin Jurak MIC nie ucieka od trudnych tematów. Mówi o sile decyzji, odwadze przebaczenia i o odkrywaniu siebie na nowo – nie według oczekiwań innych, lecz w zgodzie z tym, kim naprawdę jesteś. Pokazuje, że nawet w największym chaosie można odnaleźć sens, nie zatrzymywać się na bólu i porażce tylko ruszyć dalej, ku życiu, które ma wartość i głębię. Nie chodzi tu o wielkie, spektakularne zwroty, lecz o małe, codzienne wybory, które budują życie pełne znaczenia.
Wierzę, że sens nie jest abstrakcją ani teorią do rozważania – sens rodzi się dopiero wtedy, gdy człowiek odważy się spojrzeć na swoje życie bez maski, bez ucieczki i bez zakładania, że musi być doskonały. Rodzi się w tej prawdzie o sobie, w przyjęciu zarówno swoich słabości, jak i możliwości, swoich porażek i swoich zwycięstw.
Dla każdego, kto choć raz pomyślał: „To nie tak miało być”.
***
Ks. Marcin Jurak MIC– proboszcz parafii Matki Bożej Królowej Polski w Warszawie. Doświadczony duszpasterz, katecheta, kierownik duchowy i certyfikowany coach, łączący wiedzę teologiczną, psychologiczną i pedagogiczną. Wspiera osoby w kryzysie, uzależnione, poszukujące sensu oraz przygotowujące się do małżeństwa. Od lat prowadzi integralne kursy przedmałżeńskie. Pracował w ośrodkach pomocy rodzinie, szkołach i duszpasterstwie akademickim. Specjalizuje się w empatycznym słuchaniu, pracy z traumą i budowaniu relacji. Publikował w „Gościu Niedzielnym”, „Tygodniku Powszechnym” i „Niedzieli”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 232
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
MARCIN JURAK MIC
SENSMIMO WSZYSTKO
DROGA OD ZAGUBIENIA DO ODNALEZIENIA SIEBIE
WYDAWNICTWO WAM
Nie zaczęło się od pomysłu, od planu ani od tytułów rozdziałów zapisanych w notesie. Zaczęło się od ludzi, którzy dźwigali zbyt wiele, by unieść to w samotności. Od historii, które nie potrzebowały tego, by je skomentować, lecz by je usłyszeć. Od łez niedomagających się interpretacji, ale cichej obecności drugiego człowieka – kogoś, kto po prostu jest, nie próbując naprawiać czy oceniać.
Z biegiem czasu dostrzegłem, że najtrudniejsze dla moich rozmówców nie było to, czego doświadczyli, lecz to, że przez lata nikt nie zapytał ich ze szczerym zainteresowaniem: „Jak się czujesz?”. Wszyscy widzieli jedynie uśmiech, realizację codziennych obowiązków i pozory normalnego życia. Im ktoś wydawał się silniejszy, tym rzadziej mógł pozwolić sobie na słabość. Podczas naszych rozmów nie były więc potrzebne wielkie słowa. Niekiedy kluczowe było jedno zdanie: „Wolno ci czuć ból”. Innym razem wystarczało milczenie. Ono stawało się przestrzenią po raz pierwszy doświadczonej ulgi.
W gruncie rzeczy większość ludzi wcale nie szuka gotowych odpowiedzi ani rad. Pragnie jedynie poczuć, że nie musi już niczego udawać – że może wreszcie wypowiedzieć swoją opowieść, nawet jeśli jest nieładna, chaotyczna, pełna ran, a po drugiej stronie będzie ktoś, kto jej nie wyśmieje, nie umniejszy, nie skwituje żartem. Potrzebuje osoby, która pokaże, że z zaangażowaniem słucha i że mówiący – jako człowiek – ma znaczenie.
Właśnie dlatego narodziła się ta książka. Nie po to, by udzielać jednoznacznych odpowiedzi czy stawiać diagnozy, lecz by przypominać tamte rozmowy: spokojne, pełne uwagi i doświadczenia obecności drugiego. Może też i po to, byś podczas lektury poczuł, że ktoś naprawdę jest obok. Nie gdzieś daleko, za ścianą, lecz blisko, tuż przy tobie.
Jeśli czujesz zmęczenie, jeśli coś w tobie zamilkło albo przestało wierzyć, jeśli zdarza ci się myśleć, że nikt naprawdę cię nie rozumie – to dobrze, że tu trafiłeś. Nie mam gotowych recept ani nie dam ci obietnic szybkiej ulgi. Na pewno jednak, czytając tę książkę, nie musisz udawać silnego.
Zacznijmy od punktu, w którym właśnie się znajdujesz. To jest dobry początek. Tyle wystarczy.
Jest w nas samotność tak głęboka, że tylko prawdziwe spotkanie może ją rozświetlić.
Rainer Maria Rilke
Pracując przez ostatnie lata z ludźmi, zrozumiałem, że jednym z najbardziej powszechnych doświadczeń współczesnego człowieka stało się zagubienie. Zmęczeni udawaniem, że wszystko jest w porządku, tak naprawdę czujemy się wyczerpani duchowo i emocjonalnie, a przy tym mamy problemy z budowaniem relacji. Najbardziej bolesne jest to, że wielu z nas przeżywa taką samotność, mimo że są wokół nas znajomi, rodzina, wspólnota. Z zewnątrz sytuacja wygląda zwyczajnie – realizujemy codzienne obowiązki, jakby nic złego się z nami nie działo, ale w naszym wnętrzu pojawiła się blokada. Tak jakby życie przestało współbrzmieć z sercem, a zamiast spokoju pojawiła się cisza – ale nie ta, która leczy, lecz ta paraliżująca.
Nie będę tu więc opisywał historii o doskonałości ani o wierze pozbawionej pęknięć. To opowieści o ludziach, którzy próbują wstać. Czasem niezdarnie, z poczuciem wstydu, bardzo powoli – ale jednak się podnoszą, bo gdzieś głęboko w nich tli się pragnienie życia: takiego, które nie poddaje się nawet wtedy, gdy rozum powtarza, że nic już się nie zmieni.
Dzisiejsze zagubienie nie bierze się z braku dróg do wyboru, lecz z ich nadmiaru: z niekończących się oczekiwań, porównań, z presji sukcesu i idealnych wizerunków. Z katalogów karier, relacji, ciał, modlitw i standardów, które pokazują, jak „powinno” być i co ty sam „powinieneś” robić. W świecie, który obiecuje, że każdy może być, kim zechce, coraz więcej osób nie wie już, kim naprawdę jest. Zamiast szukać światła, błądzą w oślepiającej jasności, która wydobywa się zewsząd i odbiera zdolność dostrzegania tego, co naprawdę ważne. Wielu nie ma dokąd z tym pójść. Do rodziny? Wstyd. Do przyjaciół? Lęk przed tym, by ich nie obciążać. Do Kościoła? Obawa przed osądem albo pustymi formułami. Do Boga? Poczucie, że nie jest się godnym rozmowy. W takiej sytuacji właśnie rodzi się milczenie duszy: ciche, napięte jak struna, odbierające siłę do działania.
Dlatego potrzebujemy miejsc i ludzi, którzy potrafią po prostu słuchać: bez oceniania, bez moralizowania, bez pośpiesznych rad i zdań zaczynających się od „powinieneś”. Wielu bowiem nie szuka w Kościele pouczenia, lecz oddechu. I gdy go wreszcie odnajdują, zaczynają wracać – nie tylko do wiary, ale przede wszystkim do życia. Chcę opowiedzieć historię jednego z nich, by pokazać, że człowiek naprawdę jest w stanie odzyskać siebie, jeśli otrzyma odrobinę zrozumienia, czasu i dobra. Właśnie te trzy rzeczy – tak proste, a jednocześnie tak mało dostępne – potrafią stać się mostem przerzuconym nad przepaścią beznadziei.
Poznaliśmy się zupełnie zwyczajnie, po mszy. Zatrzymałem go, przedstawił się, zamieniliśmy kilka słów o codzienności – o tym, co czasem bywa trudne, a co innym zdarza się przeoczyć. Powiedziałem mu, by napisał, jeśli będzie czegoś potrzebował. W jego oczach zobaczyłem mieszankę nieufności i nadziei, że może tym razem ktoś naprawdę usłyszy i nie nadużyje tej relacji. Wiedziałem, że taka ostrożność nie wynika z zamknięcia czy obojętności, lecz z doświadczenia zawodu: zbyt wiele razy ci, którzy powinni byli go wspierać, zamiast tego pozostawili go samego z bólem i poczuciem odrzucenia.
Wrócił za jakiś czas, niepewnie, mówiąc, że potrzebuje rozmowy. Zaryzykował, że tym razem wypowie to, co od dawna w sobie tłumił. Opowiadał o bólu po rozstaniu, o ranach zadanych przez ludzi w Kościele, o seminarium duchownym, które zamiast wzmocnić wiarę, pozostawiło w nim jedynie poczucie upokorzenia i doświadczenia psychicznej przemocy. Mówił o lęku, który paraliżował go w zakresie podejmowania codziennych decyzji, odbierał radość z najprostszych chwil i szeptał nieustannie, że jest kimś niewystarczającym. Każda kolejna próba rozmowy z ludźmi, do których zwracał się o pomoc, kończyła się jeszcze większą samotnością – jakby mówił językiem serca do osób odpowiadających językiem zasad, procedur i formalności (a te dwa sposoby komunikacji, jak wiadomo, rzadko są dla siebie nawzajem zrozumiałe).
Mimo wszystko jednak w tych naszych spotkaniach, w tej drobnej iskrze nadziei, widać było coś niezwykłego: były dowodem na to, że człowiek, nawet po wielu ranach, może zacząć powoli wracać do życia, jeśli tylko ktoś będzie przy nim obecny, jeśli nie odwróci wzroku i okaże mu choć odrobinę cierpliwości i dobra. Zrobiłem więc coś, czego zupełnie się po mnie nie spodziewał: poprosiłem, by skonsultował się z psychologiem. Nie chciałem się go pozbyć, ale dać mu realne wsparcie: bezpieczne, uczciwe i prawdziwe, a nie jedynie w formie pobożnych życzeń. To był pierwszy raz od bardzo dawna, gdy ktoś potraktował jego cierpienie serio, nie zamykając go w prostych stwierdzeniach typu: „Brakuje ci wiary” czy: „Przesadzasz”.
Po konsultacji okazało się, że nie potrzebuje terapii, lecz raczej zwykłych rozmów – przestrzeni, w której może być sobą, akceptacji bez uprzednich warunków i czasu, by powoli dochodzić do siebie. Najbardziej jednak potrzebował tego, by przestać bać się samego siebie: własnych emocji, słabości, przeszłości. Zaczęliśmy się więc regularnie spotykać.
Nie próbowałem go zmieniać. Nie dawałem gotowych recept, nie moralizowałem, nie mówiłem, żeby przestał czuć. Wiedziałem, że człowiek zaczyna naprawdę zdrowieć nie wtedy, gdy nie odczuwa już bólu, lecz gdy nie musi go dłużej ukrywać. Dostrzegałem w nim dobro, którego on sam nie potrafił dostrzec. Powtarzałem spokojnie i cierpliwie, że ma prawo do tego, by czuć. Ma prawo nie wiedzieć, co dalej. Ma prawo być słaby. Ma prawo po prostu być człowiekiem.
To wystarczyło, by coś zaczęło się w nim poruszać. Serce, które długo pozostawało zaciśnięte z lęku i wstydu, powoli wracało do życia. Zmiana przyszła sama, dlatego że w końcu ktoś zobaczył w nim człowieka, a nie zadanie do wykonania czy projekt do naprawy. Z czasem zaczął mówić coraz swobodniej, bez lęku, że zostanie oceniony czy odrzucony. Powoli uczył się rozumieć źródła swojego wstydu i dostrzegać to, co dotąd było tematem zakazanym. Zobaczył, że również w Kościele może pojawić się przemoc, manipulacja i duchowość pozbawiona prawdy oraz że wolno to nazwać po imieniu. Dostrzegł, że ma prawo odejść z miejsca, w którym doświadczał krzywdy, i szukać Boga inaczej, w nowej wspólnocie, w ciszy albo w codzienności. Bóg przecież nie zamyka się w murach; nie musi się do Niego mówić tylko jednym językiem modlitwy.
Po kilku miesiącach usłyszałem od niego zdanie, które zapamiętam na długo: „Jeśli ty mnie nie potępiasz, choć wiesz o mnie wszystko, to może ja też mogę przestać siebie potępiać”. To był początek jego wolności. Potem działo się to, co następuje zawsze wtedy, gdy człowiek pozwoli sobie na stanięcie w prawdzie. Lęk zaczął słabnąć: powoli, bez fajerwerków, bez duchowych uniesień. Najpierw poczuł odwagę, by budować relacje, a potem odkrył w sobie zdolność powrotu do marzeń, które kiedyś uznał za nierealne. Z czasem nauczył się przyjmować także porażki – ale nie jako dowody słabości, lecz znaki odwagi, że próbował, że żył. Ostatecznie przyszło to, czego nigdy się nie spodziewał. Miłość. Małżeństwo. Dziecko. Praca mająca sens. Pasja karmiąca duszę. I zwyczajna, spokojna radość życia, która wcześniej wydawała się czymś nieosiągalnym. Pewnego dnia powiedział mi, że pierwszy raz w życiu jest szczęśliwy i to tak po prostu, bez lęku, że to minie. Wtedy jeszcze głębiej zrozumiałem, że człowiek naprawdę może się odnaleźć, nawet gdy jest przekonany, że wszystko już stracone.
Z biegiem czasu okazało się, że po podobnych drogach zacząłem prowadzić kolejnych ludzi. Ktoś przekazywał mój numer dalej, ktoś inny pisał po rozmowie z przyjacielem, ktoś po prostu przychodził, nie szukając gotowych odpowiedzi, lecz miejsca, w którym można wypowiedzieć prawdę o sobie, bez strachu, że zostanie się odrzuconym. Kiedy te osoby otrzymywały taką możliwość, działo się coś niezwykłego: stopniowo odkrywały siebie. A kiedy człowiek zaczyna widzieć siebie prawdziwie, pojawia się sens – delikatny, niepozorny, ale głęboki. To pierwszy owoc wolności: subtelny, lecz autentyczny.
Nie mam ambicji, by tą książką zbawiać świat. Chcę tylko, by stała się narzędziem pozwalającym odzyskać godność oraz prawo do własnych uczuć, historii i pragnień. Poczucie sensu nie jest nagrodą za bycie idealnym, lecz darem dla tych, którzy odkryli, że wiara rodzi się z doświadczenia bycia przyjętym przez Boga dokładnie tam, gdzie się jest, a nie tam, gdzie powinno się być. Jezus nie mówił: „Wstań, bo tak trzeba”, lecz wchodził w relacje, słuchał, patrzył. Dopiero w takim spotkaniu rodziła się przemiana. Dlatego nie zdziwię się, jeśli ktoś po lekturze tej książki powie, że nie jest ona „religijna”. Ewangelia, zanim stanie się teologią, jest przede wszystkim człowieczeństwem: dotykiem, spojrzeniem, obecnością.
Może teraz nie widzisz przed sobą żadnej drogi. Może czujesz, że coś w tobie umarło, i mówisz sobie, że nic już się nie zmieni, bo za dużo straciłeś. Pisałem dla takich właśnie ludzi: tych, którzy są zmęczeni, ale wciąż tli się w nich nadzieja i pragnienie poszukiwania. Skoro trzymasz w dłoniach tę książkę, to znaczy, że szukasz. A kto szuka – ten już żyje, nawet jeśli jeszcze nie potrafi w to uwierzyć. Poszukiwanie naprawdę wystarczy, by zacząć wędrówkę.
A teraz pozwól, że zwrócę się do ciebie naprawdę osobiście. Chcę, żebyś usłyszał jedno: nie jesteś sam w tym, co przeżywasz. Twoje wątpliwości nie świadczą o słabości. Twoje łzy nie są powodem do wstydu. Twoja złość nie jest grzechem, a pragnienie bliskości – egoizmem. To są sposoby, jakimi odzywa się w tobie życie, nawet jeśli przez lata uczyłeś się je uciszać. Dlatego proszę cię: w czasie tej lektury pozwól sobie na odrobinę czułości wobec własnego serca. Na zgodę, że nie wszystko musisz rozumieć. Na odwagę, by nie podejmować decyzji pod presją lęku. I na cierpliwość wobec siebie, bo powroty – te prawdziwe – dojrzewają jak ciasto na chleb: powoli, w cieple, odpowiednio długo.
Jeśli kiedykolwiek usłyszałeś, że musisz się najpierw poprawić, by zasłużyć na miłość – proszę, nie wierz w to kłamstwo. Miłość, która czeka na idealną wersję ciebie, nie jest miłością, lecz projektem. A Bóg nie kocha projektów – kocha ludzi: prawdziwych, niedoskonałych, zmęczonych, z krwi i kości.
Jeśli czujesz, że nie masz siły na wielkie zmiany, zrób jeden mały krok. Zatrzymaj się na chwilę, może tylko na minutę dziennie. Zapytaj siebie: „Co teraz czuję? Czego naprawdę dziś potrzebuję?” – i posłuchaj odpowiedzi. Bez oceniania, bez poprawiania, bez pośpiechu. Takie jedno małe, szczere pytanie, zadane z lojalnością wobec siebie, potrafi uruchomić przemianę, której nie wywoła żadna presja ani przymus.
Wierzę, że odnalezienie siebie jest możliwe. Nie dlatego, że znam służące do tego tajemne drogi, lecz ponieważ widziałem, jak dokonuje się to w zwyczajnych ludziach: powoli, po omacku, potykając się, ze łzami i ze wstydem, ale po cichu zwyciężając. Każde uczciwie wypowiedziane słowo o sobie jest jak odsłonięte okno, przez które wpada światło poranka. Piszę tu więc nie jako kaznodzieja ani jako ekspert, ale jako człowiek, który chce iść obok ciebie fragmentem twojego szlaku do momentu, aż pewnego dnia poczujesz, że możesz iść dalej odważniej, spokojniej, w zgodzie ze sobą.
Jeśli zechcesz, wracaj do tych stron wtedy, gdy poczujesz, że potrzebujesz towarzystwa czyjegoś słowa. Zatrzymuj się przy zdaniach, które do ciebie przemawiają, a te, które nic w tobie nie budzą, po prostu pomijaj. Niech ta książka będzie dla ciebie rozmową: spokojną, bez wymagań i warunków wstępnych. Mogę ci obiecać jedno – nie będzie tu żadnego poganiania ani zawstydzania. Będę tylko cierpliwie przypominał, że ty to o wiele więcej niż suma twoich błędów i sukcesów, że masz prawo do łagodności wobec siebie, że możesz zaczynać od nowa tyle razy, ile będzie trzeba – bez końca, bez wstydu.
Kiedy skończysz czytać ten rozdział, po prostu zatrzymaj się na chwilę. Weź głęboki oddech i spróbuj nazwać jedno małe dobro, które chcesz dziś podarować swojej duszy – może to będzie szczera rozmowa, może granica, której tym razem nie przekroczysz, może krótka modlitwa bez słów. A ja w ciszy serca dodam: jestem z tobą, tak długo, jak długo zechcesz, żebym był. Od zagubienia do odnalezienia jest bowiem znacznie bliżej, niż się wydaje. Wierzę, że skoro to czytasz, jesteś już w drodze – a to znaczy, że życie właśnie zaczyna cię doganiać.
Człowiek nie staje się oświecony, wyobrażając sobie świetliste postacie, lecz uświadamiając sobie ciemność.
Carl Gustav Jung
Patrząc z zewnątrz, ktoś mógłby uznać, że nie brakuje ci niczego. Masz dach nad głową, wykształcenie, pracę, dostęp do lekarza, informacji i rozrywki. Może nawet założyłeś rodzinę, odkładasz na wakacje, zrealizowałeś kilka celów, zdobyłeś aprobatę otoczenia, a ponadto i setki polubień – w realu i online. Dla świata jesteś wygranym. Tylko gdzieś głęboko w środku czujesz coś innego. Coś się nie zgadza. Nie boli wprost, nie krzyczy, nie obezwładnia, ale stale uwiera. Jakby dusza dawała znak, że coś zostało pominięte.
Nie umiesz tego do końca nazwać, ale też nie potrafisz zignorować. To nie dramatyczny brak, który prowadzi do życiowej ruiny – raczej cicha pustka. Brak poczucia sensu, który sączy się powoli, niemal niezauważalnie, ale skutecznie. Czujesz się, jakbyś włączył jałowy bieg: działasz, funkcjonujesz, wykonujesz zadania, ale w zasadzie bez związku z kierunkiem, w którym zmierzasz. Ciało obecne, głowa zajęta, ale serce jest zupełnie gdzie indziej. Jakbyś korzystał na kredyt z energii, której źródła już nie pamiętasz.
To doświadczenie jest znakiem czasu. Współcześnie wiele osób w pewnym momencie życia czuje, że spełniło oczekiwania – społeczne, rodzinne, zawodowe – a jednak pozostaje w nich głębokie pytanie: „I co dalej?”. Zewnętrzne sukcesy nie są w stanie wypełnić wewnętrznej przestrzeni, która domaga się czegoś więcej. To nie kaprys czy niewdzięczność. To zaproszenie – wołanie duszy, by zatrzymać się i zapytać o to, co naprawdę ważne.
Już w Księdze Rodzaju Bóg zadaje człowiekowi pytanie: „Gdzie jesteś?” (Rdz 3,9)*. Ono nie dotyczy fizycznej lokalizacji Adama w ogrodzie, ale jego duchowej orientacji: dokąd zmierzasz? kim się stajesz? czego szukasz? Bóg nie potrzebuje odpowiedzi dla siebie – On ją zna. To pytanie ma pobudzić człowieka, by odnalazł sam siebie. Może właśnie ono rozbrzmiewa dziś także w tobie. Gdzie jesteś? Czy jesteś obecny w swoim życiu? Czy raczej tylko w nim uczestniczysz? Być może masz wszystko – tylko zgubiłeś siebie. A może nawet nigdy do końca siebie nie odnalazłeś, bo żyłeś według cudzego scenariusza. Robiłeś to, czego od ciebie oczekiwano: byłeś grzeczny, obowiązkowy, zaradny. Przetrwałeś. A teraz twoja dusza dopomina się o prawdę. Żąda, byś nie odgrywał roli, lecz zaczął faktycznie być sobą. Bóg nie stworzył cię po to, byś spełniał oczekiwania innych, ale abyś żył w pełni – może nie idealnie, ale prawdziwie.
Święty Augustyn napisał: „Niespokojne jest serce nasze, dopóki w Tobie nie spocznie”**. To jedno z najtrafniejszych zdań opisujących duchowy głód człowieka. Możesz posiadać wszystko, a wciąż czuć, że nie masz tego, co najważniejsze. Dlaczego? Z prostej przyczyny: „Najważniejsze” nie jest rzeczą, statusem ani osiągnięciem. To relacja, sens, który nie pochodzi od świata, ale jego źródłem jest spotkanie z Tym, który zna cię po imieniu.
Psalmista mówi: „Boże, Ty Boże mój, Ciebie szukam; Ciebie pragnie moja dusza, za Tobą tęskni moje ciało, jak ziemia zeschła, spragniona, bez wody”(Ps 63,2). To nie jest zdanie pobożnego, wyrzekającego się życia ascety, ale wyznanie człowieka, który zrozumiał, że nawet największy sukces nie wypełni tej wewnętrznej pustki, jaką może zaspokoić tylko obecność Boga. Współczesny człowiek – syty, ale niespokojny – potrzebuje właśnie tego odkrycia: sens nie rodzi się z ilości, ale z jakości relacji. Z głębokości obecności. Z wewnętrznego zintegrowania.
Czasem ten brak poczucia sensu przychodzi cicho, dyskretnie. Bywają jednak takie dni, kiedy życie zaczyna się naprawdę rozpadać – i wtedy już nie da się udawać. Pojawia się wypalenie, którego objawem jest zmęczenie nieznikające po urlopie. Dołącza do niego uczucie, że wszystko, co kiedyś dawało energię, teraz tylko ją odbiera; że nawet to, co miało być realizacją pasji: praca, relacje, służba – staje się ciężarem. Czujesz się pusty, ale nie masz odwagi się zatrzymać, bo boisz się, że w tej ciszy nie zostanie nic – tylko ty i twoje pytania.
Wypalenie nie jest tym samym, co lenistwo. To znak, że przez długi czas dawałeś z siebie więcej, niż w sobie miałeś. To duchowa rana, która mówi: „Zatrzymaj się. Przestań udawać, że wszystko ogarniasz. Spójrz na swoje serce”.
W takim miejscu byli też uczniowie idący do Emaus (zob. Łk 24,13–35). Ich świat się zawalił. Mieli nadzieję, że Jezus wyzwoli politycznie Izrael, że wszystko się zmieni… a On dał się pojmać i zabić. Zostało im tylko rozczarowanie, chaos i ogromny zawód. Ich słowa – pełne goryczy – brzmią znajomo: „A myśmy się spodziewali…” (Łk 24,21). Jak bardzo przypomina to nasze sytuacje: „A myśmy się spodziewali, że to małżeństwo nas uszczęśliwi / że ta praca przyniesie spełnienie / że jeśli będziemy żyć dobrze, to nie spotka nas cierpienie…”. Tymczasem to właśnie wtedy – kiedy uczniowie są w kryzysie – Jezus się do nich zbliża. Idzie z nimi chwilę, zanim cokolwiek zacznie wyjaśniać. To pierwszy krok do uzdrowienia: odkrycie, że nie jesteś sam. Bóg nie przychodzi tylko do silnych, ale i do tych, którzy idą, choć nie wiedzą już po co. Serca uczniów pałały (por. Łk 24,32), zanim jeszcze rozpoznali Go przy kolacji – po gestach, po obecności.
Jak więc zacząć odbudowywanie poczucia sensu, kiedy wszystko się rozsypało? Nie musisz działać rewolucyjnie. Czasem wystarczy jeden krok, by droga zaczęła się zmieniać.
To może być najtrudniejsze, a zarazem najbardziej wyzwalające. W świecie, który nagradza pewność siebie, szybkie odpowiedzi i gotowe rozwiązania, przyznanie się do niewiedzy brzmi jak słabość. A jednak właśnie w tym momencie, kiedy przestajesz okłamywać samego siebie, że wszystko wydaje ci się sensowne, że wszystko idzie zgodnie z planem, zaczyna się coś prawdziwego. Udawanie, że jest wspaniale, to ślepy zaułek. Prawdziwa droga zaczyna się wtedy, gdy masz odwagę przyznać: „Nie wiem już, po co to wszystko”. Jeśli tłumisz w sobie chaos, smutek, pustkę, a na zewnątrz mówisz: „Jest w porządku”, oddalasz się od siebie. Gdy natomiast masz odwagę spojrzeć w oczy swojej niewiedzy, wtedy stajesz w prawdzie. A ta, choć bywa bolesna, jest żyzna. To grunt, na którym może wykiełkować coś nowego.
W świecie, który pędzi bez wytchnienia, a każda sekunda ma być „produktywna”, bezruch wydaje się stratą czasu. Właśnie w tym zatrzymaniu jednak, w tej pozornej bezczynności, dzieje się coś istotnego. Wystarczy kilka minut – rano, zanim wciągnie cię wir obowiązków, lub wieczorem, gdy dom zamilknie. Usiądź. Zamknij oczy. Zrób świadomy wdech i wydech. I po prostu bądź. To, co na początku wydaje się brakiem: dźwięków, bodźców, działania – z czasem okazuje się pełnią. W ciszy słyszysz siebie; w niej dochodzi do głosu to, co zwykle jest tłumione przez hałas codzienności: intuicja, emocje, pytania, które zbywasz.
Znajdź codziennie choćby chwilę ciszy. Ona nie jest pustką; jest początkiem. Nie rozwiązaniem, nie odpowiedzią, ale początkiem drogi. To z niej wyłania się klarowność: jasność w zakresie tego, czego naprawdę pragniesz, co potrzebujesz odpuścić, a o co warto zacząć dbać na nowo. W niej rodzi się przestrzeń na oddech, na sens, na świadome wybory. Każda prawdziwa zmiana zaczyna się od zatrzymania – od tej krótkiej pauzy, kiedy przestajesz działać i pozwalasz sobie na to, by po prostu być.
Nie musisz dźwigać wszystkiego sam. Choć często uczono nas, że siła przejawia się w samotności, a „radzenie sobie” polega na milczeniu i nieokazywaniu słabości, to prawda jest inna: prawdziwa siła zaczyna się wtedy, gdy masz odwagę otworzyć usta i wypowiedzieć to, co cię boli, co uwiera, co domaga się światła. Nie musisz rozwiązywać wszystkich swoich problemów samotnie. Czasem jedno szczerze wypowiedziane zdanie otwiera więcej niż miesiące milczenia. Znajdź osobę, która cię wysłucha nie po to, żeby oceniać, ale żeby ci towarzyszyć. Nie kogoś, kto będzie dawał ci rady lub próbował poprawić ci nastrój, albo będzie chciał cię naprawić czy porównywać do siebie. Znajdź kogoś, kto po prostu będzie obecny, uważny, cichy wtedy, gdy trzeba. Czasem największym darem nie jest odpowiedź, ale obecność. Znajdź osobę, która nie odwróci wzroku, gdy pokażesz swoje prawdziwe oblicze.
Rozmowa to nie tylko wymiana słów – to spotkanie dwóch światów, szansa na ulgę, na zrozumienie, na odbicie się od dna. To most od serca do serca i czasem właśnie on cię ratuje, gdy wszystko inne się wali.
Nie z obowiązku. Nie dlatego, że tak trzeba lub że kiedyś ci kazano. Wróć do Słowa – z głodu, z tęsknoty, z cichego pragnienia, które nie daje ci spokoju. Wróć nie po informacje, ale po światło. Czytaj Ewangelię nie jak tekst literacki, ale jak list pisany właśnie do ciebie. To nie jest relikt przeszłości ani książka do interpretacji, tylko list miłosny – osobisty, żywy, z twoim imieniem w miejscu adresata. Kiedy Jezus zachęca: „Nie lękaj się”, nie mówi ogólnie, do tłumu, tylko do ciebie. Kiedy opowiada o zagubionej owcy, nie buduje tylko metafory, ale mówi o tobie, o twoim zagubieniu, twoim powrocie, twojej wartości. Możesz otworzyć Pismo Święte i trafić na wers, który pozornie nie ma związku z twoją sytuacją. Jeśli jednak czytasz sercem i zatrzymasz się choć na moment, wówczas zdanie, które wygląda niemal jak tło, może nagle stać się drogowskazem.
Nie wszystkiemu, co ważne, towarzyszą fajerwerki. Nie każdy przełom musi być dramatyczny. Czasem to, co naprawdę istotne, przychodzi prawie niezauważalnie. Bóg, sens, nadzieja nie zawsze wchodzą drzwiami; czasem pukają delikatnie w okno. Nie czekaj na momenty, które wstrząsną twoim światem – na „wielkie znaki z nieba”, które mają cię przekonać, że życie ma znaczenie. One się zdarzają, ale rzadko. A jeśli będziesz wypatrywać tylko tych spektakularnych drogowskazów, możesz przegapić te, które naprawdę zmieniają serce. Poczucie sensu nie zawsze przychodzi w formie wielkich objawień. Czasem zaczyna się od porannego światła, od spojrzenia dziecka, od biblijnego wersetu, który idealnie trafia w sedno. Nie ignoruj tych momentów. Nie mów: „To tylko przypadek”, nie przechodź nad nimi do porządku dziennego. To są ślady Tego, który idzie z tobą, choć nieraz Go nie widzisz. Małe znaki są jak okruchy na drodze: pokazują kierunek i przypominają, że nie jesteś sam, nawet jeśli czasem wszystko w tobie krzyczy, że jest inaczej. Sztuka polega nie tylko na szukaniu odpowiedzi, ale także na uczeniu się tego, by widzieć – naprawdę widzieć – to, co ciche, skromne, niezauważalne. Może właśnie tam Bóg mówi najgłośniej.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Okładka
Strona tytułowa
Na początku było słuchanie
Rozdział I. Lek na największą chorobę współczesności
Rozdział II. Czujesz, że coś jest nie tak
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
© Wydawnictwo WAM, 2026
Opieka redakcyjna: Kama Hawryszków
Redakcja: Elżbieta Wiater
Korekta: Katarzyna Onderka
Projekt okładki: Adam Gutkowski
Skład i opracowanie graficzne: Lucyna Sterczewska
ISBN ePub: 978-83-277-4940-6
ISBN mobi: 978-83-277-4941-3
NIHIL OBSTAT
Prowincja Polski Południowej TJ,
ks. Jarosław Paszyński SJ, prowincjał,
Kraków, 18 listopada 2025 r., l.dz. 44/2025.
WYDAWNICTWO WAM
ul. Kopernika 26 • 31-501 Kraków
tel. 12 62 93 200
e-mail: [email protected]
DZIAŁ HANDLOWY
tel. 12 62 93 254-255
e-mail: [email protected]
KSIĘGARNIA WYSYŁKOWA
tel. 12 62 93 260
www.wydawnictwowam.pl
Opracowanie ebooka: Katarzyna Błaszczyk
