Save us - Mona Kasten - ebook

51 osób właśnie czyta

Opis

Czy mogą ocalić siebie? A może zniszczą się nawzajem?

Ruby jest w szoku: została zawieszona przez Maxton Hall College. A co najgorsze, wszystko wskazuje na to, że odpowiedzialny za to jest nikt inny, tylko James. Ruby nie może w to uwierzyć - nie po tym, przez co przeszli razem.

Oboje muszą się zastanowić, czy światy, w których żyją, nie są dla siebie zbyt odległe...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 364

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Save Us

Redakcja: Karolina Wąsowska

Korekta: Renata Kuk

Skład i łamanie: Robert Majcher

Projekt okładki: Sandra Taufer, München

Tło: © Shutterstock/Shebeko

Opracowanie graficzne polskiej okładki: Magdalena Zawadzka/Aureusart

Copyright © 2018 by Bastei Lübbe AG, Köln

Copyright for the Polish edition © 2019 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ISBN 978-83-7686-833-2

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2019

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2019

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Dla Anny

Czyż dzisiaj nie czas na pewność?

Pewnie tak. Zobaczymy

GERSEY, A DAY TO BE CERTAIN

p l a y l i s t a

A Day to be Certain – Gersey

You – Keaton Henson

Surrender – Natalie Taylor

The Tide – Niall Horan

Dream In A Dream – TEN

In My Blood – Shawn Mendes

Fallin’ All In You – Shawn Mendes

The Shortchange – Thomston

Bill Murray – Phantogram

Critical – Jonas Brothers

1

Graham

Mój dziadek zawsze pytał: „Co zrobisz, gdy nadejdzie dzień, w którym wszystko stracisz?”. Do tej pory nigdy się nad tym nie zastanawiałem, za każdym razem odpowiadałem pierwszymi lepszymi słowami, które akurat przyszły mi do głowy.

Kiedy miałem sześć lat i mój brat celowo zepsuł moją małą koparkę, powiedziałem sobie: zreperuję koparkę.

Kiedy miałem dziesięć lat i nasza rodzina przeprowadziła się z Manchesteru w okolice Londynu, stwierdziłem przekornie: w takim razie poszukam sobie nowych przyjaciół.

A kiedy umarła mama i jako siedemnastolatek starałem się być wsparciem dla ojca i brata, mówiłem: poradzimy sobie.

Nawet wtedy przez myśl mi nie przeszło, że mógłbym się poddać.

Dopiero teraz, gdy mam prawie dwadzieścia cztery lata, tutaj, w tym gabinecie, w którym nagle czuję się jak kryminalista, nie znajduję żadnej odpowiedzi. W tej chwili wydaje mi się, że jestem w sytuacji bez wyjścia. Cała moja przyszłość stoi pod znakiem zapytania. Nie mam pojęcia, co będzie dalej.

Otwieram skrzypiącą szufladę masywnego biurka z drewna wiśniowego i wyjmuję długopisy i notesy, które zebrały się w niej w ciągu minionego roku. Ruszam się wolno, moje ręce są ciężkie jak z ołowiu. A przecież muszę się pośpieszyć: mam opuścić teren szkoły, zanim przerwa obiadowa dobiegnie końca.

Jest pan zawieszony w trybie natychmiastowym. Zabraniam panu wszelkiego kontaktu z uczniami Maxton Hall. Jeżeli się pan nie podporządkuje, zgłoszę sprawę na policję.

Długopisy wypadają mi z dłoni, z głośnym łoskotem uderzają o podłogę.

Cholera.

Pochylam się, aby je zebrać, i bezładnie wrzucam je do kartonu, który zawiera wszystkie moje rzeczy. Oprócz podręczników są tam także stary globus dziadka i materiały na jutrzejsze zajęcia, które już przygotowałem i właściwie teraz mógłbym wyrzucić, jednak nie jestem w stanie tego zrobić.

Rozglądam się po gabinecie. Puste półki, tylko pojedyncze kartki papieru na biurku, w tym jedna pomazana, zdradzają, że zaledwie kilka godzin wcześniej poprawiałem tu prace klasowe.

Sam jesteś sobie winien, rozlega się uporczywy głos w mojej głowie.

Pocieram bolące skronie i po raz ostatni zaglądam do szuflad i szafek w biurku. Nie powinienem przeciągać pożegnania, ale rozstanie z tym pomieszczeniem kosztuje mnie więcej, niż się spodziewałem. Już wiele tygodni temu postanowiłem, że poszukam pracy w innej szkole, żeby być razem z Lydią, ale to ogromna różnica, czy rezygnuje się z pracy na własnych warunkach, czy zostaje się wyrzuconym, mając za plecami ochroniarzy.

Z trudem przełykam ślinę i zdejmuję płaszcz z drewnianego wieszaka. Wkładam go odruchowo, podnoszę karton z biurka i idę w stronę drzwi. Wychodzę z gabinetu, nie oglądając się za siebie.

W mojej głowie kłębią się niezliczone pytania: czy Lydia już wie? Co z nią? Kiedy znowu ją zobaczę? Co teraz? Czy mam jeszcze w ogóle szansę na pracę jako nauczyciel? A co, jeśli nie?

W tej chwili nie poznam żadnej odpowiedzi. Staram się nie ulec panice i idę korytarzem w stronę sekretariatu, żeby zdać klucze. Mijają mnie uczniowie, niektórzy witają serdecznie. Coś boleśnie kłuje mnie w brzuchu. Z najwyższym wysiłkiem udaje mi się odwzajemniać ich uśmiechy. Dobrze mi się tutaj pracowało.

Skręcam w stronę sekretariatu i nagle czuję się, jakby ktoś wylał mi na głowę kubeł lodowatej wody. Zatrzymuję się tak gwałtownie, że ktoś z tyłu wpada na mnie i przeprasza niewyraźnie. Nie słyszę jego słów, wpatrzony w wysokiego, barczystego ucznia o złotorudych włosach, który wpakował mnie w tę sytuację.

James Beaufort nawet nie mrugnie okiem na mój widok. Przeciwnie, wydaje się całkowicie obojętny, jakby przed chwilą wcale nie zniszczył mi życia.

Wiedziałem, do czego jest zdolny. Wiedziałem, że błędem jest wchodzić mu w drogę. Pamiętam, jak Lexington ostrzegał mnie pierwszego dnia. „On i jego kumple są nieobliczalni. Proszę na nich uważać”. Wtedy nie przywiązywałem wagi do jego słów, bo znałem inną jego wersję. Lydia opowiadała mi, jak bardzo ten chłopak cierpi, przytłoczony rodzinną presją, jak bardzo jest w sobie zamknięty i nie zwierza się nawet przed siostrą bliźniaczką.

Z perspektywy czasu czuję się jak idiota, że nie zachowałem większej ostrożności. Powinienem był przewidzieć, że James dla Lydii zrobi wszystko. Zapewne mój upadek to w jego planie dnia tylko nieistotny punkcik.

Obok Jamesa stoi Cyril Vega, którego na szczęście nigdy nie musiałem uczyć. Nie wiem, czy byłbym w stanie zachować spokój i być profesjonalny. Ilekroć go widzę, staje mi przed oczami jego fotografia z Lydią. Na tym zdjęciu wychodzą razem ze szkoły i wsiadają do rolls-royce’a Beaufortów. Śmieją się. Cały czas pamiętam, jak ją tulił i pocieszał, czego mi po śmierci jej matki nie wolno było robić.

Zaciskam zęby i idę dalej, tuląc karton do piersi. Czuję pęk kluczy w dłoni ukrytej w kieszeni. Jestem już bardzo blisko. Chłopcy przerwali rozmowę i obserwują mnie z poważnymi, nieprzeniknionymi twarzami.

Przed drzwiami sekretariatu zatrzymuję się i patrzę na Jamesa.

– I co? Jesteś zadowolony?

Żadnej reakcji, co rozwściecza mnie jeszcze bardziej.

– Co wyście sobie myśleli? – Rzucam mu wyzywające spojrzenie. Ciągle nie odpowiada. – Zdajecie sobie sprawę, że waszym szczeniackim wybrykiem zmarnowaliście mi życie?

James wymienia z Cyrilem znaczące spojrzenie i rumieni się lekko, dokładnie tak samo jak jego siostra, kiedy się złości. Są do siebie tak cholernie podobni, chociaż jednocześnie w moich oczach tak niewiarygodnie różni.

– To chyba pan powinien był się zastanowić – cedzi Cyril.

W jego oczach jest jeszcze więcej wściekłości niż w spojrzeniu Jamesa. Przychodzi mi na myśl, że zapewne uknuli to razem, żeby pozbyć się mnie ze szkoły.

Wzrok Cyrila nie pozostawia wątpliwości, że z nas dwóch to on ma władzę. Może zrobić ze mną wszystko, nieważne, że jestem od niego starszy. Wygrał, i doskonale o tym wie. Ma zwycięstwo wypisane na twarzy, biją z niego duma i poczucie władzy.

Uśmiecham się zrezygnowany.

– Dziwi mnie, że jeszcze jest pan w stanie się uśmiechać – rzuca. – To już koniec. Został pan zdemaskowany. Rozumie pan?

Zaciskam dłoń na kluczach tak mocno, że metalowe ząbki wbijają mi się w skórę. Czy ten bogaty gnojek naprawdę uważa, że nie zdaję sobie sprawy ze swojego położenia.? Że nie wiem, że nikogo nie obchodzi, gdzie i kiedy poznałem Lydię? Że nikt mi nie uwierzy, kiedy powiem, że poznaliśmy się i zakochaliśmy w sobie, zanim trafiłem do Maxton Hall? I że zakończyliśmy nasz związek, gdy dowiedzieliśmy się, że będę ją uczył? Ja to wszystko wiem, oczywiście. Zdaję sobie sprawę, że od tej chwili w oczach innych będę tym obleśnym typem, który w pierwszym roku pracy wdał się w romans z uczennicą.

Na samą myśl robi mi się niedobrze.

Nie zaszczycając ich więcej spojrzeniem, wchodzę do sekretariatu. Wyjmuję pęk kluczy z kieszeni, rzucam na kontuar i odwracam się na pięcie. Kiedy mijam ich ponownie, widzę, jak Cyril wciska Jamesowi telefon w dłoń.

– Dzięki, stary – słyszę jego słowa, a potem odwracam wzrok i najszybciej, jak potrafię, zmierzam w kierunku wyjścia. Ledwie do mnie dociera, że James mówi coś głośno.

Każdy krok sprawia mi ból, każdy oddech wydaje się zadaniem nie do wykonania. Szumi mi w uszach tak bardzo, że prawie niczego nie słyszę. Śmiech uczniów, ich głośne kroki, trzask dwuskrzydłowych drzwi, przez które po raz ostatni wychodzę z Maxton Hall i wkraczam w nieznaną, niepewną przyszłość.

Ruby

Jestem jak ogłuszona.

Kiedy kierowca autobusu mówi, że dojechaliśmy na pętlę, w pierwszej chwili nie rozumiem, co to znaczy. Dopiero po kilku sekundach dociera do mnie, że muszę wysiąść, jeżeli nie chcę kolejny raz pokonać całej drogi do Pemwick. Nie pamiętam, co się działo w ciągu minionych trzech kwadransów, do tego stopnia zagubiłam się w myślach.

Moje ciało wydaje się ociężałe i zarazem rozedrgane, gdy powoli wysiadam z autobusu. Zaciskam dłonie na szelkach plecaka, jakbym dzięki temu chciała utrzymać równowagę. Niestety cały czas czuję się fatalnie. Jakbym znalazła się w środku tornada, z którego nie ma ucieczki, jakbym zupełnie zatraciła orientację.

Niemożliwe, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. Niemożliwe, że wyrzucono mnie ze szkoły. Niemożliwe, że moja mama uwierzyła, że miałam romans z nauczycielem. Niemożliwe, że moje marzenia o Oksfordzie szlag trafił.

Chyba tracę rozum. Oddycham coraz szybciej, gorączkowo zaciskam palce. Czuję, jak pot spływa mi po plecach, a jednocześnie całe moje ciało pokrywa się gęsią skórką. Kręci mi się w głowie. Zamykam oczy i usiłuję choć trochę uspokoić rozszalały oddech.

Kiedy je otwieram, przynajmniej nie jest mi już niedobrze. Po raz pierwszy, odkąd wysiadłam z autobusu, rozglądam się dookoła. Pojechałam o trzy przystanki za daleko i znajduję się na drugim końcu naszego miasteczka. W innych okolicznościach byłabym na siebie wściekła. Teraz jednak odczuwam coś na kształt ulgi, bo w tej chwili absolutnie nie chcę wracać do domu. Nie po tym, w jaki sposób mama na mnie popatrzyła.

W tej chwili przychodzi mi do głowy tylko jedna osoba, z którą chciałabym porozmawiać. Jedyna osoba, której ufam bezwarunkowo i która doskonale wie, że nigdy w życiu nie zrobiłabym czegoś takiego.

Ember.

Biegnę w kierunku miejscowego liceum. Lekcje chyba zaraz się skończą, bo po drodze mijam młodszych uczniów. Kilku chłopców przekomarza się, idąc po wąskim chodniku, usiłują wzajemnie wepchnąć się w zarośla. Na mój widok nieruchomieją i mijają mnie ze spuszczonymi głowami, jakby obawiali się, że zbesztam ich za takie zachowanie.

Im bliżej jestem, tym dziwniej się czuję. Dwa i pół roku temu sama uczęszczałam do tej szkoły. Co prawda nie tęsknię za tamtymi czasami, ale kiedy teraz ponownie idę w kierunku budynku, czuję się, jakbym cofnęła się w czasie. Tylko że wtedy nikt nie przyglądał mi się ciekawie i nie odwracał za mną głowy, bo mam na sobie mundurek prywatnej szkoły.

Pokonuję schody do drzwi. Ściany, zapewne kiedyś białe, dawno pożółkły, z okiennych framug odłazi farba. Nie sposób nie zauważyć, że w ciągu minionych lat w tę szkołę nikt nie inwestował.

Przeciskam się obok uczniów wylewających się ze środka. Usiłuję wyszukać w morzu twarzy kogoś znajomego. Po chwili dostrzegam dziewczynę z ciasno splecionymi warkoczami. Wychodzi ze szkoły w towarzystwie chłopaka.

– Maisie! – wołam.

Zatrzymuje się i rozgląda badawczo. Na mój widok pytająco unosi brwi. Daje chłopakowi znać, żeby na nią poczekał, i przeciska się w moim kierunku.

– Ruby! Co tam?

– Wiesz może, gdzie znajdę Ember? – pytam. Mój głos brzmi zupełnie normalnie, aż zastanawia mnie, jak to możliwe, skoro mój świat rozpadł się na kawałki.

– Myślałam, że się rozchorowała. – Maisie marszczy brwi. – Nie było jej dzisiaj w szkole.

– Co takiego?

To niemożliwe. Dzisiaj rano wyszłyśmy z Ember z domu o tej samej porze. Skoro nie przyszła do szkoły, gdzie do licha się podziewa?

– Napisała mi, że boli ją gardło i zostaje w łóżku. – Maisie wzrusza ramionami i zerka na swojego chłopaka. – Pewnie jest w domu i po prostu się minęłyście. Słuchaj, jestem umówiona. Nie pogniewasz się, jeśli…?

– Jasne, oczywiście. – Kiwam głową. – Dzięki.

Macha mi na pożegnanie, a potem zbiega ze schodów i bierze chłopaka pod rękę. Odprowadzam ich wzrokiem, usiłując opanować gonitwę myśli. Gdyby Ember rano bolało gardło, wiedziałabym o tym. Nie wyglądała na chorą, zachowywała się normalnie. Przy śniadaniu wszystko było jak zawsze.

Wyjmuję telefon w kieszeni. Trzy nieodebrane połączenia od Jamesa. Kasuję je z rozpaloną twarzą.

To ja zrobiłem te zdjęcia. Znowu mam w uszach jego słowa. Staram się nie zwracać uwagi na ciężar w klatce piersiowej. Otwieram listę szybkiego wybierania i znajduję imię Ember. Dzwonię. Słyszę sygnał, a więc nie wyłączyła komórki. Niestety, nie odbiera nawet po dziesiątym dzwonku. Rozłączam się i szybko piszę wiadomość.

Odezwij się. Koniecznie muszę z tobą porozmawiać.

Wysyłam, wpycham telefon do kieszeni żakietu, schodzę ze schodów i po raz ostatni patrzę na dawną szkołę. Nie pasuję tutaj, to jasne. Tylko że w tej chwili w Maxton Hall także nie ma dla mnie miejsca.

Nigdzie już nie pasuję, przebiega mi przez głowę myśl.

Z tą refleksją opuszczam teren miejscowego liceum. Skręcam w lewo i idę główną ulicą w kierunku naszej dzielnicy, choć w tej chwili ostatnie, na co mam ochotę, to powrót do domu. Nie wytrzymam kolejnego rozczarowania w oczach mamy, nie chcę, żeby patrzyła na mnie tak, jak w gabinecie dyrektora.

Tamte chwile cały czas stają mi przed oczami. W kółko słyszę głos Lexingtona. Wystarczyło kilka słów, żeby przekreślił całą moją przyszłość, wszystko, na co harowałam od wielu lat.

Mijam rząd kafejek i małych sklepików i chwytam strzępy rozmów miejscowych uczniów, których grupki zmierzają w tym samym kierunku, co ja. Rozmawiają o pracach domowych, złoszczą się na nauczycieli, śmieją z czegoś, co miało miejsce na pierwszej przerwie. Nagle dociera do mnie, że nie mam już nikogo, z kim mogłabym tak pogadać. Nie zostaje mi nic innego niż iść dalej, pozwolić, by słońce ze mnie drwiło, i pogodzić się z faktem, że moje życie się skończyło. Ani szkoły, ani rodziny, ani chłopaka.

Oczy zachodzą mi łzami. Na próżno usiłuję je opanować. Potrzebuję swojej siostry. Potrzebuję kogoś, kto mi powie, że wszystko znowu będzie dobrze, nawet jeżeli w to nie uwierzę.

Już mam ponownie sięgnąć po komórkę, gdy koło mnie zatrzymuje się samochód. Kątem oka widzę, że jest to ciemnozielony, wiekowy grat z zardzewiałymi felgami i brudnymi oknami. Nie znam nikogo, kto jeździłby podobnym autem, więc idę dalej, nie zwracając na niego uwagi.

Samochód rusza za mną. Odwracam się, by przyjrzeć mu się uważniej, i wtedy kierowca otwiera okno od swojej strony.

Akurat tej twarzy w ogóle się nie spodziewałam. Zaskoczona, zatrzymuję się w pół kroku.

– Ruby? – pyta Wren. Najwyraźniej wyglądam równie strasznie, jak się czuję, bo Wren mruży oczy i wychyla się przez okno, żeby mi się przyjrzeć. – Wszystko w porządku? Potrzebujesz pomocy?

Zaciskam usta w wąską kreskę. Wren Fitzgerald to ostatnia osoba, z którą w tej chwili chciałabym rozmawiać. Zwłaszcza że domyślam się, dlaczego tak na mnie patrzy. Zapewne informacja o tym, że wyrzucono mnie z Maxton Hall, już się rozeszła. Robi mi się nieprzyjemnie gorąco. Idę dalej. Nie odpowiadam mu.

Za plecami słyszę trzask samochodowych drzwiczek i szybkie kroki.

– Ruby, poczekaj!

Zatrzymuję się, zamykam oczy. Oddycham głęboko, raz, drugi, trzeci. Staram się nie dać po sobie poznać, jak bardzo jestem wyprowadzona z równowagi i co się ze mną dzieje, a potem odwracam się do Wrena.

– Wyglądasz, jakbyś miała lada chwila zemdleć – mówi poważnie. – Mogę ci jakoś pomóc?

– Pomóc? – rzucam pogardliwie. – Ty?

Wren zaciska usta w wąską kreskę. Wbija wzrok w ziemię, a potem patrzy mi w oczy.

– Alistair powiedział mi, co się stało. Fatalnie.

Sztywnieję i szybko odwracam głowę. Czyli jest dokładnie tak, jak myślałam. Cała szkoła już o wszystkim wie. Po prostu super. Wpatruję się w fasadę klubu fitness po drugiej stronie ulicy. Widzę trenujących na bieżniach, inni podnoszą ciężary. Może mogłabym się tam ukryć. Tam na pewno nikt mnie nie znajdzie.

– Bomba – mruczę.

Już mam się od niego odwrócić i iść dalej, ale coś mnie powstrzymuje. Może fakt, że Wren nie jechał limuzyną, tylko starym gratem, który wygląda, jakby lada chwila miał się rozpaść na kawałki. A może chodzi o jego spojrzenie, poważne i szczere, bez krzty złośliwości. Może także o to, że jesteśmy tutaj, w Gormsey, ostatnim miejscu, w którym spodziewałabym się spotkać kogoś takiego jak Wren Fitzgerald.

– Co ty tu właściwie robisz?

Wren wzrusza ramionami.

– Przypadkiem przejeżdżałem.

Unoszę brew.

– Przez Gormsey? Przypadkiem?

– Posłuchaj. – Wren szybko zmienia temat. – Nie mogę uwierzyć, że James miał z tym cokolwiek wspólnego.

– Wysłał cię, żebyś mi to powiedział? – pytam drżącym głosem.

Wren potrząsa głową.

– Nie. Ale znam Jamesa. To mój najlepszy przyjaciel. Nie zrobiłby czegoś takiego.

– Wren, na tych zdjęciach wygląda, jakbym całowała się z nauczycielem. James przyznał, że je zrobił.

– Może rzeczywiście je zrobił. To jednak nie oznacza, że również on wysłał je dyrektorowi.

Zaciskam usta w wąską kreskę.

– James by tego nie zrobił – powtarza Wren z przekonaniem.

– Dlaczego jesteś tego taki pewien?

– Bo wiem, co do ciebie czuje. Nie zrobiłby nic, co mogłoby ci zaszkodzić.

Mówi to z takim przejęciem, że emocje wybuchają we mnie z nową energią. Czy cokolwiek zmieni fakt, że to nie James wysłał te zdjęcia? Ale w takim razie dlaczego w ogóle je zrobił?

– Sam chciałbym wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi – dodaje Wren. – Akurat do niego jadę. Jedź ze mną, Ruby. Poznasz prawdę z pierwszej ręki.

Wpatruję się w niego. Mam na końcu języka pytanie, czy postradał rozum, na razie jednak milczę.

Dzisiejszy dzień osiągnął już dno dna. Gorzej nie będzie, bo naprawdę nie mam już nic do stracenia.

Nie zastanawiając się dłużej, podchodzę do zardzewiałego auta Wrena i wsiadam.

2

Lydia

Informacja o tym, że Grahama zawieszono ze skutkiem natychmiastowym, rozeszła się po Maxton Hall jak ogień po suchym lesie. Myślałam, że oszaleję, kiedy stałam przed szkołą i czekałam, aż Percy po mnie przyjedzie, zwłaszcza że nie udało mi się skontaktować ani z Jamesem, ani z Ruby, że o Grahamie już nie wspomnę. Na samą myśl o tym, jak się w tej chwili czuje, robi mi się niedobrze. Odchodzę od zmysłów, nie wiedząc, co się z nim dzieje.

Kiedy w końcu docieramy do domu, uciekam do swojego pokoju i ponownie usiłuję się z nim skontaktować. Tym razem odbiera. Z ulgą nabieram tchu.

– Graham?

– Tak. – W jego głosie nie ma ani odrobiny życia.

– Tak mi przykro – wyrzucam z siebie. Nerwowo przechadzam się po pokoju. Cała buzuję od adrenaliny, serce w piersi wali mi jak szalone. – Tak bardzo mi przykro. Nie chciałam, żeby tak się stało.

Słyszę, jak głośno nabiera tchu.

– To nie twoja wina, Lydia.

Ależ owszem, moja. To moja wina, że Grahama i Ruby wyrzucono ze szkoły.

– Jeszcze dzisiaj po południu pojadę do dyrektora i wszystko mu wytłumaczę. Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Wezmę winę na siebie i…

– Lydia – przerywa mi cicho.

– Ruby także zawieszono. W ogóle na to nie zasłużyła. Nie pozwolę, by karano ją za coś, czego nie zrobiła.

– Lydia, ja… – Zanim jednak zdążył dokończyć zdanie, ktoś wyrywa mi komórkę z dłoni. Przerażona krzyczę gwałtownie i odwracam się szybko.

Za moimi plecami stoi ojciec. Przygląda mi się zimnym wzrokiem. Spogląda na rozjaśniony wyświetlacz mojego telefonu, a potem przesuwa palec i jednym ruchem przerywa połączenie.

– Hej! Co to…? – zaczynam.

– Nigdy więcej nie będziesz rozmawiała z tym nauczycielem – przerywa mi ojciec lodowatym głosem. – Zrozumiano?

Już otwieram usta, by zaprotestować, ale chłód w jego głosie i gniew w oczach sprawiają, że nie wypowiadam nawet słowa.

On wie.

Wie o mnie i Grahamie.

O Boże.

– Tato… – zaczynam rozpaczliwie.

Kiedy to mówię, widzę, jak jego twarz wykrzywia coś na kształt grymasu bólu.

– Gdyby twoja matka żyła, wstydziłaby się za ciebie.

Mówi to tak spokojnie, że dopiero po chwili znaczenie jego słów w pełni do mnie dociera. Są jak cios. Odruchowo odsuwam się od niego.

– Tato, pozwól, że ci wytłumaczę. Naprawdę nie jest tak, jak myślisz. Znaliśmy się z Grahamem już wcześniej, my…

Nagle ojciec unosi rękę i z całej siły ciska moją komórkę o ścianę. Aparat rozpada się na kawałki, zasypuje podłogę odłamkami plastiku i szkła. Wpatruję się w niego z niedowierzaniem.

– Mówię po raz ostatni: nigdy więcej nie wolno ci rozmawiać z tym człowiekiem. Zrozumiano? – Głos drży mu z wściekłości.

– Posłuchaj, właśnie chcę ci to wytłumaczyć, widzisz…

– Nie chcę tego słuchać, Lydio. – Wchodzi mi w słowo.

Nienawidzę, gdy taki jest. Gdy nie chce mnie wysłuchać, chociaż doskonale wie, że mam coś do powiedzenia.

– Nie po to zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, by chronić twoją reputację, żebyś teraz dokonała kolejnego idiotycznego wyboru. Koniec z tym, i to natychmiast, rozumiesz?

Czuję się, jakby chlusnął mi w twarz lodowatą wodą. Chwilę trwa, zanim jestem w stanie się odezwać.

– Chronić moją reputację? Co masz na myśli?

Jego twarz tężeje.

– Zadbałem, żeby nazwisko tej rodziny nie ucierpiało jeszcze bardziej. Powinnaś się z tego cieszyć, a nie patrzeć na mnie takim wzrokiem.

Gardło ściska mi się boleśnie.

– To byłeś ty? – pytam ochryple. – Ty wysłałeś zdjęcia dyrektorowi Lexingtonowi?

Ojciec wbija we mnie zimne spojrzenie.

– Tak.

Wydaje mi się, że nie mam czym oddychać. Robi mi się niedobrze, pokój nagle wiruje. Odruchowo chwytam się krzesła, żeby nie upaść.

Mój własny ojciec sprawił, że Graham stracił pracę, a dziewczynę Jamesa wyrzucono ze szkoły.

– Dlaczego to zrobiłeś? – szepczę.

Po pragnieniu, by mu wszystko wytłumaczyć, nie został nawet ślad. Czuję tylko niedowierzanie i wściekłość, która ogarnia mnie coraz potężniejszą falą.

– Bo mogłaś zniszczyć tę rodzinę. Czy nie zdajesz sobie sprawy, ile ryzykowałaś swoim beztroskim zachowaniem? Czy to wszystko nic dla ciebie nie znaczy? Powinnaś być mi wdzięczna, Lydio! – krzyczy ojciec.

– Rodzina? Ta rodzina w ogóle cię nie obchodzi? – odpowiadam. Zaciskam pięści. Drżą mi ręce, czuję, że lada chwila wybuchnę. – Ciebie obchodzą tylko pieniądze. Masz w nosie, co od śmierci mamy dzieje się ze mną i Jamesem. A teraz wpadasz tu i oczekujesz, że będę szczęśliwa, że usunąłeś ze szkoły mojego chłopaka?

Przy słowie „chłopak” ojciec lekko rozdyma nozdrza, poza tym na jego twarzy nie malują się żadne uczucia.

– Zrobiłbym o wiele więcej, byle ratować dobre imię tej rodziny.

Jego spokojny głos doprowadza mnie do szału. Oddycham coraz szybciej, tak mocno wbijam paznokcie w skórę, że lada chwila popłynie krew.

– Powinnaś być mi wdzięczna, Lydio – dodaje.

Nie panuję już nad wściekłością. Nie jestem w stanie powstrzymać słów, wylewają się ze mnie chaotycznie.

– Może udało ci się usunąć go ze szkoły, ale nie zdołasz usunąć go z mojego życia – wrzeszczę na całe gardło.

– Oczywiście, że zdołam. – Ojciec odwraca się i chce wyjść z pokoju.

Ale ja jeszcze nie skończyłam.

– Nie, nie zdołasz. Bo jestem w ciąży.

Zatrzymuje się w pół kroku. Odwraca się powoli, jak w zwolnionym tempie.

– Słucham?

Dumnie unoszę głowę.

– Jestem w ciąży. Z Grahamem.

Dziwnie jest obserwować jego reakcję. Przez chwilę tylko na mnie patrzy i mruga nerwowo, jak zabawny człowieczek na gifach. Potem widzę, jak jego barki drgają, jakby z trudem nabierał tchu, a na policzkach wykwitają czerwone plamy, rozlewają się na czoło i szyję.

Wydawało mi się, że widziałam już wszystkie formy jego gniewu. Oboje z Jamesem już jako dzieci nauczyliśmy się odgadywać znaczenie najmniejszych zmian w wyrazie jego twarzy i postawie, żeby w odpowiedniej chwili zejść mu z oczu.

Ale czegoś takiego jak dzisiaj jeszcze nigdy nie widziałam.

Wpatruje się we mnie, mijają kolejne sekundy, a ja powoli cofam się o krok, bo nie mam pojęcia, co będzie dalej. Ku mojemu zdumieniu ojciec odwraca się w końcu i bez słowa wychodzi z pokoju.

Zatrzaskuje za sobą drzwi tak energicznie, że wzdrygam się mimowolnie. Przyciskam dłoń do klatki piersiowej i oddycham głęboko. Czuję, jak szybko bije mi serce, krew buzuje w tętnicach.

Niecałe dziesięć sekund później drzwi otwierają się ponownie, tak mocno, że uderzają w ścianę i na pewno zostawią na niej rysę. Ojciec wraca do pokoju i staje przede mną.

– On wie? – pyta tak cicho, że ledwo go słyszę.

Nie spodziewałam się tego pytania, mija kilka sekund, zanim zdołam przecząco pokręcić głową.

– Nie, ja…

– Dobrze. – Nie daje mi dokończyć. Nie zaszczycając mnie kolejnym spojrzeniem, wielkimi krokami przemierza mój pokój. Podchodzi do garderoby, znika w małym pomieszczeniu. Słyszę głośny szelest.

Podchodzę bliżej i wpatruję się w ojca, który przed chwilą ściągnął z górnej półki jedną z moich największych walizek. Teraz sięga po torbę, którą energicznie ciska na ziemię. Kopnięciem otwiera walizkę i bez ładu wypełnia ją ciuchami z półek i wieszaków.

– Co ty wyprawiasz?

Nie reaguje. Jak w transie chwyta koszulki, bluzki, spodnie, bieliznę, torebki i buty. Włosy sterczą mu na wszystkie strony, plamy na twarzy i szyi stają się coraz ciemniejsze. Nawet kiedy walizka jest już pełna, nie przestaje, cały czas rzuca ciuchy na bezładną stertę na podłodze.

– Tato, co ty wyprawiasz?! – krzyczę i podchodzę bliżej, żeby powstrzymać go przed tym szaleństwem. Łapię go za ramię, ale wyrywa je. Wyczuwalna w nim wściekłość każe mi się cofnąć. W ostatniej chwili chwytam się framugi, żeby nie upaść.

W tym momencie do pokoju wpada James.

– Co tu się dzieje? – pyta. Widzę niepokój w jego oczach, gdy mierzy mnie wzrokiem, by się upewnić, że wszystko jest w porządku. A potem dostrzega ojca. Szeroko otwiera oczy.

– Co ty wyprawiasz, tato? – pyta.

Ojciec odwraca się i patrzy na Jamesa.

– Wiedziałeś o tym?

James marszczy czoło.

– O czym?

– Po co ja w ogóle pytam. Oczywiście, że wiedział – mamrocze ojciec pod nosem. Przez chwilę wpatruje się w chaos, który stworzył, a potem pochyla się i energicznymi, nerwowymi ruchami wciska do torby te wszystkie ciuchy, które wylądowały na podłodze.

– Tato, dlaczego pakujesz moje rzeczy? – pytam ochryple.

– Wyprowadzasz się stąd. Natychmiast.

Zbiera mi się na mdłości.

– Słucham? – mówię z trudem.

James kładzie mi rękę na plecach, jakby chciał dać do zrozumienia, że jest przy mnie.

– W tym roku brukowce wystarczająco dały się nam we znaki. Nie pozwolę, by dobre imię mojej firmy znowu narażono na szwank tylko dlatego, że byłaś tak głupia i pozwoliłaś, by jakiś nauczyciel zrobił ci dziecko! – Ostatnie słowa ojciec wykrzykuje mi w twarz.

Przysuwam się do Jamesa, czuję, jak zaciska dłoń na moich plecach. Niemal fizycznie wyczuwam, ile siły woli kosztuje go, by się teraz opanować.

Z wymuszonym spokojem usiłuję przemówić ojcu do rozsądku.

– Nie możesz udawać, że nic się nie stało.

Ojciec mocuje się z suwakiem torby. Strzępek materiału dostał się między ząbki. Rozlega się przykry trzask dartej tkaniny. Kulę się w sobie.

– I to jak mogę – sapie i gwałtownym gestem zamyka torbę. Ponownie pochyla się nad walizką. Klęka na jej wieku, ciągnie za suwak. – Pojedziesz do ciotki. I to natychmiast. Nikt nie może się dowiedzieć o… o twoim stanie.

Gwałtownie nabieram tchu.

– Co takiego?

– Nie możesz tego zrobić – szepcze James.

Ojciec zastyga w bezruchu. Patrzy na nas. To niemal komiczna scena, gdy tak klęczy na mojej srebrnej walizce, dysząc ciężko, z rozczochranymi włosami, w przepoconej koszuli.

– W tym domu tylko ja zachowałem zdrowy rozsądek. Naprawdę uważasz, że pozwolę byś z tym… – wskazuje mój brzuch – nadal reprezentowała rodzinę? Masz pojęcie, w jakim nas to postawi świetle? Nas i Beauforta?

– O to ci chodzi? – Głos Jamesa drży. – Tylko o to?

– Oczywiście. A niby o co jeszcze?

– Na przykład o twoją córkę, do jasnej cholery!

Ojciec prycha pogardliwie.

– James, nie bądź taki naiwny. – Przesuwa na mnie lodowate spojrzenie. – Lydio, trzeba było wcześniej ustalić sobie priorytety. W takim stanie do niczego nie jesteś rodzinie potrzebna.

Ściany mojego pokoju przybliżają się niebezpiecznie. Opieram się o Jamesa, obejmuję go rozpaczliwie.

– Nie możesz wysłać Lydii na wygnanie i udawać, że nie istnieje – rzuca James poruszony. Czuję, jak na moich plecach jego dłoń drży.

Ojciec wstaje, podnosi walizkę. Czerwony z gniewu chwyta rączkę, w drugą rękę ujmuje torbę podróżną i wielkimi krokami idzie w naszym kierunku.

James zastawia mu drogę.

– Odsuń się, James.

– Nawet jeżeli teraz odeślesz Lydię, najpóźniej za kilka miesięcy prawda i tak wyjdzie na jaw. Jej wyjazd teraz niczego nie zmieni, a tylko zniszczysz naszą rodzinę.

Mija sekunda, a potem ojciec upuszcza torbę, podnosi rękę i…

Reaguję instynktownie.

Gdy ojciec wymierza cios, zasłaniam Jamesa sobą. Trafia mnie w policzek i ucho, tak mocno, że głowa odskakuje mi w bok, a przed oczami tańczą czarne punkty. Słyszę szum w uszach, coraz głośniejszy, coraz intensywniejszy, i nagle tracę orientację. Tracę też równowagę, usiłuję chwycić się czegoś, dzięki czemu zdołam ustać. W momencie, gdy James mnie obejmuje, robi mi się czarno przed oczami.

Nie mam pojęcia, ile czasu minęło, zanim w końcu znowu odzyskałam przytomność. Sekundy czy może minuty? Wydaje mi się, że leżę na podłodze. Docierają do mnie jakieś głosy, potęgują ból w głowie. Pulsowanie w skroniach z każdą chwilą przybiera na sile. Usiłuję unieść powieki.

Ktoś klęka przy mnie i delikatnie chwyta za ramię. James. Wypowiada moje imię, raz za razem, coraz bardziej przerażony.

Mrugam i stopniowo świat nabiera wyraźnych konturów. Brat leży przy drzwiach mojej garderoby. Położył sobie moją głowę na kolanach i delikatnie gładzi moje barki. Szeroko otworzył oczy, ale widząc, że odzyskałam przytomność, oddycha z wyraźną ulgą. Ojciec stoi obok i patrzy na nas z góry, cały czas z walizką w dłoni.

Może tylko to sobie wmawiam, ale wydaje mi się, że także w jego oczach dostrzegłam coś na kształt ulgi. Jednak trwało to tylko ułamek sekundy, w następnej chwili wyjmuje komórkę z kieszeni spodni i unosi ją do ucha.

Patrząc mi w oczy, rzuca obojętnym tonem:

– Percival? Proszę wejść na piętro i znieść bagaże mojej córki do samochodu. Lydia się dzisiaj wyprowadza.

A potem już na nas nie patrząc, omija torbę i walizkę i wychodzi z pokoju.

Mam wrażenie, że ktoś położył dłonie na moim gardle i zaciska je powoli. Opuszkami palców dotykam miejsca, w które ojciec mnie uderzył, i nie jestem w stanie dłużej zapanować nad łzami.

– Wszystko będzie dobrze – szepcze James i obejmuje mnie mocniej. – Niczym się nie przejmuj. Ze wszystkim damy sobie radę.

Niestety mam wrażenie, że po raz pierwszy w naszym życiu mój brat nie jest w stanie uchronić mnie przed tym, co przyniesie przyszłość.

3

Ruby

– O co chodzi z tym samochodem? – pytam Wrena, gdy jedziemy w kierunku Pemwick. Ciszę przerywa jedynie muzyka, która przy akompaniamencie trzasków wydobywa się z wiekowych głośników. Nie wiadomo, kiedy zaczęło padać; obawiam się, że marne wycieraczki lada chwila odmówią posłuszeństwa. Albo odpadną. Przy każdym ruchu piszczą coraz głośniej. Wren jednak chyba już się do tego przyzwyczaił.

– W domu Fitzgeraldów doszło do pewnych zmian natury… finansowej – odpowiada po dłuższej chwili. – I tym sposobem stałem się dumnym właścicielem George’a.

Po raz kolejny rozglądam się po wnętrzu samochodu. Nie wygląda mi na George’a. Szczerze mówiąc, w ogóle nie wygląda na samochód, któremu nadaje się imię. Siedzenia pokrywa brązowy sztruks, miejscami żałośnie przetarty, przesiąknięty zapachem papierosów i starości.

– Naprawdę nazwałeś go George?

– Nie ja. Moja… przyjaciółka. – Wren skręca w lewo i majstruje przy pokrętle radia, jedynym sprzęcie, który wydaje się mieć mniej niż dwadzieścia lat. Ale i ono nie do końca sprawnie funkcjonuje, bo po każdym zakręcie Wren musi na nowo szukać stacji z muzyką.

– Aha – odpowiadam, a potem znowu zapada cisza. Brakuje mi odwagi, by dopytać, co dokładnie ma na myśli, mówiąc o zmianach natury finansowej. Nie jesteśmy przecież przyjaciółmi. Nie łączy nas właściwie nic, poza tamtym zajściem w przeszłości i Jamesem. Niespokojnie wiercę się na siedzeniu. W takim razie właściwie dlaczego od razu wsiadłam do jego samochodu?

Wren zerka na mnie z ukosa, zaraz jednak wraca wzrokiem do drogi.

– Już od dawna chciałem z tobą porozmawiać, Ruby – mówi nagle.

Patrzę na niego nie spokojnie.

– Dlaczego?

– Bo zachowałem się wobec ciebie jak najgorszy dupek. Wtedy, na tamtej imprezie. Już dawno powinienem był cię przeprosić. – Wren chrząka i znowu majstruje przy pokrętle radia, choć nigdzie nie skręcaliśmy i muzyka płynie nieprzerwanie. – Nie powinienem był tak postąpić. Byłem głupi i niedoświadczony. Z perspektywy czasu bardzo się wstydzę. Bardzo mi przykro.

To ostatnie, czego się spodziewałam, i chwilę trwa, zanim w pełni do mnie dotrze znaczenie jego słów. Z trudem przełykam ślinę. Wydaje się mówić szczerze, ale z drugiej strony jestem sceptyczna. Ludzie nie zmieniają się z dnia na dzień.

– Na imprezie Cyrila totalnie zbiłeś mnie z tropu, gdy mi to przypomniałeś. Wtedy nie sprawiałeś wrażenia, że czegokolwiek żałujesz – zauważam.

– Wiem. Ja… Byłem podejrzliwy, gdy nagle zjawiłaś się z Jamesem na naszej imprezie, i chciałem się dowiedzieć, jak do tego doszło. I w tym wszystkim zrobiłem z siebie totalnego idiotę. Nigdy w życiu nie postąpiłbym tak jak wtedy, przed dwoma laty. Zmieniłem się. Mam nadzieję, że zdołam ci to udowodnić.

Wpatruję się w okno spod zmarszczonych brwi. Wśród pól migają zielone drzewa, gdzieniegdzie widzę małe domki.

– Wiesz, wtedy całowałabym się z tobą nawet bez alkoholu – mówię w końcu i patrzę na Wrena. Odwzajemnia moje spojrzenie, zaraz jednak wraca wzrokiem do przedniej szyby. – Naprawdę postąpiłeś nie w porządku. Powinieneś był mi powiedzieć, że to nie tylko sok.

– Żałuję tego, co zrobiłem, naprawdę. Wiem, jak bardzo Jamesowi na tobie zależy, i dlatego jesteś ważna także dla mnie. I mam nadzieję, że kiedyś mi wybaczysz tamten wybryk.

Takiego w ogóle go nie znam. Nie wiem, przez co akurat przechodzi, ale najwyraźniej zmusiło go to do głębszych refleksji.

– Przeprosiny przyjęte – mówię po dłuższej chwili.

Krótko kiwa głową i ponownie zajmuje się prowadzeniem.

Zapada cisza i moje myśli odruchowo wracają do fotografii i zamaszystego B na kopercie zaadresowanej do dyrektora Lexingtona. Przypominam sobie wzrok Jamesa, gdy przyznał, że zrobił te zdjęcia.

Ufałam mu. Wierzyłam, że go znam, takiego, jaki jest naprawdę. Czy to możliwe, że aż tak bardzo się myliłam? Ale w takim razie dlaczego chciał, dlaczego miałby mi to zrobić? Po tym wszystkim, co przetrwaliśmy w ciągu minionych miesięcy?

Im dłużej nad tym myślę, tym mniej poszczególne kawałki układanki do siebie pasują. Cała sytuacja jest całkowicie nierealna. Kiedy rano wstałam, miałam w planie omówić kolejną imprezę z komitetem organizacyjnym i razem z Jamesem uczyć się w bibliotece. A teraz? Teraz siedzę w gracie Wrena Fitzgeralda, bo tylko on zaproponował mi pomoc.

– Czemu właściwie zależy ci, żebyśmy znowu z Jamesem byli razem? – pytam bardziej podejrzliwie, niż chciałam. Widzę, jak Wren napina mięśnie. – Źle to zabrzmiało – tłumaczę się szybko. – Chodzi mi tylko o to, że chyba cię wkurza, że spędza ze mną tyle czasu.

Wren włącza kierunkowskaz, skręcamy w kolejną boczną drogę. Jeszcze najwyżej dziesięć minut i dotrzemy do Jamesa. Kiedy tym razem muzyka milknie, Wren nie włącza jej ponownie.

– Nie chodzi o ciebie – odpowiada po dłuższej chwili. – Po prostu nie mieściło mi się w głowie, że po ponad piętnastu latach przyjaźni nagle nie jesteśmy już dla niego ważni.

– Nieprawda. Jesteście dla niego ważniejsi niż wszyscy inni.

Wren uśmiecha się pod nosem.

– Przez chwilę w to wątpiłem. Pewnie dlatego, że sam miałem mnóstwo rzeczy na głowie.

W zadumie kiwam głową.

– A poza tym… – Przez chwilę Wren szuka odpowiednich słów. – Jeszcze nigdy nie widziałem go takiego, jaki był w ciągu minionych tygodni. Mało kto o tym wie, ale od dawna był głęboko nieszczęśliwy. Jego ojciec to straszny dupek i choć James nigdy mi tego nie powiedział, wiem, że gdyby miał wybór, nigdy nie pracowałby w Beauforcie. Tego nie zmieni, ale odkąd cię poznał, jest bardziej… wyluzowany. Spokojniejszy.

Czuję, jak robi mi się ciepło na sercu.

– Chcę, żeby był szczęśliwy. – Wren zerka na mnie z ukosa. – A z tobą jest.

Szukam odpowiednich słów, on jednak jeszcze nie skończył.

– Kiedy Alistair powiedział mi, że cię zawieszono, i nagle zobaczyłem cię w Gormsey, chciałem wam po prostu pomóc. Nie mam żadnych niecnych zamiarów. Słowo honoru.

– Dobra.

– Poza tym… – Wren chrząka. – Coraz lepiej rozumiem Jamesa. Może to także ma z tym coś wspólnego.

Już mam na końcu języka pytanie, o co mu konkretnie chodzi, ale w tej chwili wjeżdżamy na posesję Beaufortów. Wren opuszcza okno od swojej strony i spodziewam się, że wciśnie dzwonek przy bramie, znajdujący się koło urządzenia z klawiaturą i kamerki, dzięki której w domu można zobaczyć każdego odwiedzającego. Jednak ku mojemu zdumieniu wyjmuje ze schowka przy kierownicy kartę magnetyczną i przykłada do czytnika. Brama otwiera się powoli. Wjeżdżamy na podjazd.

Na widok limuzyny stojącej przy wejściu do rezydencji mój żołądek robi salto.

– Co tu się dzieje? – mamrocze Wren u mego boku.

Dopiero teraz dostrzegam otwarty bagażnik, do którego Percy właśnie wkłada wielką walizkę.

Z trudem przełykam ślinę. Coś jest nie tak.

Wren parkuje. Wysiadamy. W tym momencie w drzwiach staje Lydia. Ukryła twarz w dłoniach, jej barki drżą. James z poszarzałą twarzą obejmuje ją ramieniem. Szepcze jej coś do ucha. Lydia kiwa głową. Ten widok przypomina mi zdjęcia z pogrzebu. Przeszywa mnie dreszcz.

Wymieniamy z Wrenem niespokojne spojrzenia, a potem ruszamy w kierunku domu. Gdy dochodzimy do schodów prowadzących do drzwi wejściowych, w progu staje Mortimer Beaufort. Jego lodowate spojrzenie uderza mnie jak cios obuchem, jednak nawet on mnie nie powstrzyma, bym podbiegła do Lydii.

Na mój widok James otwiera szeroko oczy.

– Ruby – szepcze. – Co ty…

Potrząsam przecząco głową i delikatnie dotykam ramienia Lydii.

– Hej – szepczę.

Opuszcza dłonie. Jest zapłakana, ale nie to okazuje się najgorsze. Połowę jej twarzy pokrywa ogromny czerwono-niebieski siniak. Serce podchodzi mi do gardła. Odruchowo przesuwam wzrok na pana Beauforta.

Nawet nie mrugnie. Nie spodziewałam się, że mogłabym nienawidzić go jeszcze bardziej niż dotychczas, ale w tej chwili najchętniej rzuciłabym się na niego i zmusiła, by na własnej skórze odczuł cierpienie, o które przyprawia Lydię i Jamesa.

– Co się stało? – odzywa się Wren u mojego boku i wodzi wzrokiem między Jamesem i Lydią. – Po co te walizki?

Oboje wydają się w szoku.

– Lydio, już czas – rzuca spokojnie pan Beaufort. Mija nas i podchodzi do samochodu. Demonstracyjnie otwiera drzwi.

– Ojciec wie o ciąży. Ja… Mam się wyprowadzić – mówi Lydia z trudem. – Do ciotki.

– O ciąży? – Wren marszczy brwi.

– Jestem w ciąży – szepcze Lydia. – Z Grahamem Suttonem.

Wren wpatruje się w nią z szeroko otwartymi ustami, chce coś powiedzieć, zaraz jednak ponownie je zamyka. Najwyraźniej go zamurowało.

– Lydia! – rozkazuje pan Beaufort.

Wzbiera we mnie panika. Wracam wzrokiem do samochodu.

– Mogę jakoś pomóc? – pytam. Powietrze przesyca atmosfera pożegnania, a to coś, z czym sobie w ogóle nie radzę. Zwłaszcza gdy nadchodzi tak nieoczekiwanie. – Naprawdę niczego nie mogę zrobić? – rzucam spanikowana.

Lydia przecząco kręci głową i ociera łzy z policzków.

– Nie. Odezwę się… Gdy tylko odzyskam komórkę.

– Dobrze.

Powoli wyzwala się z objęć Jamesa i rusza schodami w kierunku samochodu. Jeszcze nigdy w życiu nie czułam się równie bezradna.

– Ruby – mówi James cicho. Nasze spojrzenia się spotykają. Nieśmiało bierze mnie za rękę, przesuwa kciukiem po wierzchu mojej dłoni. – Przysięgam ci, to nie ja wysłałem te zdjęcia Lexingtonowi.

W mojej głowie kłębią się tysiące myśli, nie wiem, na czym mam się skoncentrować. James chyba czuje się podobnie.

– Posłuchaj, chciałbym ci wszystko wytłumaczyć, ale nie pozwolę, by Lydia sama jechała z ojcem do Beckdale. – Ściska moją lodowatą dłoń. – Proszę, zaufaj mi.

Myślę o wszystkim, co zbudowaliśmy w ciągu minionych miesięcy. O tym, jak sobie obiecaliśmy, że zawsze będziemy ze sobą szczerzy, że zawsze będziemy mogli na siebie liczyć i nie pozwolimy, by coś nas rozdzieliło.

To nie jest odpowiedni moment na poważną rozmowę. I choć jeszcze kilka godzin temu nie sądziłam, że zdołam jeszcze kiedykolwiek spojrzeć mu w oczy, teraz wiem, że jestem gotowa wysłuchać jego wyjaśnień.

– Nie będę czekać wiecznie – zaznaczam. – Bardzo mnie dzisiaj zraniłeś.

– Wiem i bardzo mi przykro. Ale proszę cię, ten jeden, ostatni raz – szepcze.

Kiwam głową i puszczam jego dłoń.

James patrzy na Wrena.

– Pozostali nie wiedzą o ciąży. Proszę, zachowaj to dla siebie.

Wren tylko kiwa głową.

A potem James zbiega ze schodów i razem z Lydią wsiada do samochodu. Percy zatrzaskuje drzwiczki i zajmuje miejsce w fotelu kierowcy. Przez ułamek sekundy nasze spojrzenia spotykają się nad dachem limuzyny. Percy wydaje się równie smutny jak ja.

Odpala silnik i po chwili samochód rusza. Odprowadzam go wzrokiem, póki nie zniknie za bramą. Serce bije mi jak szalone.

– Cholera – rzuca Wren.

Mogę tylko bez słowa pokiwać głową.

Przez dłuższą chwilę w milczeniu wpatrujemy się w miejsce, w którym zniknął rolls-royce. Potem Wren wzdycha.

– Chodź, oderwijmy od tego myśli.

Alistair

Trening jest dzisiaj naprawdę fatalny. James, Wren i Cyril w ogóle nie przyszli, żaden z nich nawet nie dał znać trenerowi, co oczywiście wprawiło go w kiepski humor. Wykrzykuje polecenia i gania nas po całym boisku jak wariat. Kiedy po półtorej godziny wreszcie jest po wszystkim, wykończony, z ulgą idę w kierunku ławki, po butelkę z wodą, ale nie udaje mi się tam dotrzeć.

Kenton, jeden z nowych zawodników w drużynie, wpada na mnie z impetem. Nie spodziewam się tego, tracę równowagę i tylko cudem udaje mi się nie upaść. Posyłam mu groźne spojrzenie, on jednak odpowiada zadziornym wzrokiem. Jezu, to naprawdę ostatnia rzecz, której mi teraz potrzeba. Robię groźny krok w jego kierunku.

– Ej, Kenton, masz jakiś problem? – pytam.

– Z powodu twojej pieprzonej paczki trener dał nam dzisiaj taki wycisk – syczy i pluje mi pod nogi.

– A to moja wina, ponieważ…?

– Dopilnuj, żeby to się nie powtórzyło. Bo wiesz, są tacy, którym na tej drużynie naprawdę zależy.

Z tymi słowami oddala się w kierunku szatni. Sporo mnie kosztuje, żeby za nim nie pobiec i nie pokazać dosadnie, co sądzę o jego postawie. Zaciskam zęby, gwałtownie rozpinam rękawice. Ściągam je, byle jak wciskam do torby treningowej.

Wbrew sobie wędruję wzrokiem do bramki. Kesh właśnie zbiera piłki do jednej ze skrzynek.

W innych okolicznościach opisałbym mu tę sytuację z nowym. Kesh potrafi mnie zawsze uspokoić, wystarczy, żeby mnie wysłuchał.

Kiedy rozmawia się z Keshem, ma się wrażenie, że traktuje cię poważnie. Jest spokojny i opanowany, jego rady są zawsze przemyślane. Od początku była to jedna z cech, które najbardziej w nim ceniłem, zwłaszcza że sam jestem jego całkowitym przeciwieństwem, wybuchowy i impulsywny. Uzupełniamy się idealnie; między innymi dlatego jest moim najlepszym przyjacielem, odkąd sięgam pamięcią. Był, poprawiam się w myślach.

Był moim najlepszym przyjacielem.

Czasami zastanawiam się, czy warto było się angażować. Być może gdyby nie tamto, udałoby się nam ocalić przyjaźń. A potem przypominam sobie wspólne chwile i powraca cień tamtych dreszczy, tamtych emocji, które we mnie wywoływał.

Ale to już koniec, zresztą nie widzę możliwości naprawy starych błędów. Kiedy kilka tygodni temu Kesh zaatakował mojego brata, kłótnia między nami przybrała niespotykane rozmiary. Powiedziałem mu, że nie mogę tak dalej funkcjonować i nie wytrzymam ani jednego dnia dłużej udawania, że jesteśmy tylko przyjaciółmi, podczas gdy od dawna byliśmy raczej parą. Że chcę móc publicznie trzymać go za rękę i całować, kiedy wychodzimy z kumplami. A skoro nie może mi tego dać, chcę wrócić do punktu, w którym byliśmy zaledwie rok temu. Żebyśmy znowu byli najlepszymi przyjaciółmi. Tylko najlepszymi przyjaciółmi. Nikim więcej.

W odpowiedzi usłyszałem ciche: „w porządku”, które z jednej strony było jak policzek, z drugiej dawało mi cień nadziei, że przynajmniej naszą przyjaźń da się ocalić, bo sytuacja między nami jest wreszcie jasna.

Jednak bez względu na to, jak bardzo się staramy, by zachowywać się beztrosko w swojej obecności, nic już nie jest takie jak dawniej. Między nami jest coś, czego nie mogę zignorować, i to coś narasta, im więcej czasu spędzam z Keshem.

Albo im dłużej się na niego gapię, czego powinienem natychmiast zaprzestać.

Przesuwam wzrok na skraj boiska, na moją torbę na ławce. Jedną ręką wyjmuję butelkę z wodą, drugą komórkę. Wren do mnie napisał.

S.O.S. Mogę wpaść do ciebie z Ruby? U Beaufortów dzieje się coś złego, a przyda się nam chwila rozrywki.

– Kurwa – mamroczę pod nosem. Jeszcze tylko tego mi brakowało.

– Co jest? – słyszę za sobą głos Kesha. Stoi w pewnej odległości, a mimo to włosy na karku stają mi dęba. Koncentruję się na odpisaniu Wrenowi, a potem wsuwam telefon do kieszeni torby.

– Wren i Ruby zaraz u mnie będą. – Odwracam się do niego. Patrzy na mnie. Sporo mnie kosztuje zapanowanie nad sobą, jak za każdym pieprzonym razem, gdy jest blisko.

– Ruby jest pewnie w fatalnej formie – mówi. Bierze swoją torbę z ławki i razem idziemy w kierunku szatni. – Podobno kręciła z Suttonem i dlatego wyrzucono ją ze szkoły. – Sceptyczne nuty w jego głosie zdradzają, że nie wierzy w plotki.

– Na pewno nie kręciła z Suttonem.

Kesh posyła mi pytające spojrzenie.

– Przecież byłeś przy tym, gdy James robił te zdjęcia, prawda? – zauważam. Kesh jest świetnym obserwatorem. Nie mogło mu to umknąć.

– Tak, ale nie wyobrażam sobie, że przekazałby je dalej. Ta sprawa ma drugie dno.

Mruczę coś bez przekonania. James robił o wiele gorsze rzeczy niż wysłanie kilku kontrowersyjnych fotek, ale z drugiej strony nie wierzę, by zrobił coś, co tak bardzo zaszkodziłoby Ruby.

Odchrząkuję.

– Wpadniesz?

Keshav zatrzymuje się na korytarzu. Posyła mi pytające spojrzenie. Z luźnego kucyka, w który zawsze spina włosy przed treningiem, wysunęło się kilka niesfornych kosmyków. Najchętniej sam założyłbym mu je za uszy. Powstrzymuję odruch i tak mocno zaciskam dłonie na butelce z wodą, że plastik trzeszczy niebezpiecznie.

– A chcesz, żebym wpadł? – odpowiada.

Od ostatniej kłótni spędzamy razem mało czasu. Właściwie nie pamiętam, kiedy ostatnio naprawdę rozmawialiśmy, we dwóch, bez pozostałych kumpli. Ilekroć zostajemy sami, atmosfera się zagęszcza, a ja wycofuję się z obawy, że znowu popełnię błąd i zadowolę się jedynym, co Kesh może mi dać: skradzione pocałunki w ciemności i wieczna tajemnica.

Cały czas mam nadzieję, że wkrótce wszystko będzie jak dawniej i uda nam się na nowo zaprzyjaźnić. Nic więcej, ale też nic mniej. Kiwam więc głową, choć wiem, że wieczór w jego towarzystwie to nie najlepsze rozwiązanie dla mojego serca.

– Jasne, im więcej osób, tym lepiej. – Odwzajemniam jego spojrzenie. Na pewno wyczytał z mojego wzroku, co się ze mną dzieje. Takie rzeczy człowiek dostrzega po latach przyjaźni, zresztą Keshav to jeden z najbardziej empatycznych ludzi, jakich znam.