Dream again - Mona Kasten - ebook
BESTSELLER

Dream again ebook

Mona Kasten

4,5

39 osób interesuje się tą książką

Opis

Dalszy ciąg sagi AGAIN – jeszcze bardziej romantycznie, dramatycznie i porywająco!

Jude Livingston straciła wszystko: oszczędności, dumę i marzenia o karierze aktorskiej. Załamana, przeprowadza się do brata do Woodshill, a tam spotyka nie kogo innego, jak Blake’a Andrewsa. Jude i Blake byli parą, póki dziewczyna nie postanowiła wyjechać do Los Angeles i zostawić Blake’a, czego ten nigdy jej nie wybaczył. Jude szybko dostrzega, że miejsce dawniej pogodnego chłopaka zajął złamany mężczyzna. I choć wzajemne przyciąganie jest równie silne, jak dawniej, muszą odpowiedzieć sobie na pytanie, czy są gotowi ponownie zaryzykować…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 448

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału: Dream Again

Redakcja: Dorota Matejczyk

Skład i łamanie: Robert Majcher

Projekt okładki: ZERO Werbeagentur GmbH

Opracowanie graficzne polskiej okładki: Magdalena Zawadzka/Aureusart

Copyright © 2020 by Bastei Lübbe AG, Köln

Copyright for the Polish edition © 2020 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

Wyrażamy zgodę na wykorzystanie okładki w Internecie.

ISBN 978-83-7686-905-6

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2020

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2020

Moim czytelnikom, bez których nic nie byłoby możliwe

d r e a m   a g a i n   p l a y l i s t a

Ghost Of You – 5 Seconds of Summer

Want You Back – 5 Seconds of Summer

Easier – 5 Seconds of Summer

Think About Us – Little Mix

Forget You Not – Little Mix

Gimme – Banks

Till Now – Banks

What A Time (feat. Niall Horan) – Julia Michaels

So Far Away – Agust D, SURAN

Don’t Throw It Away – Jonas Brothers

Vulnerable – Selena Gomez

Too Young – Louis Tomlinson

Falling – Harry Styles

Adore You – Harry Styles

The Archer – Taylor Swift

Afterglow – Taylor Swift

Don’t Give Up On Me – Andy Grammer

How Do You Sleep – Sam Smith

Entertainer – ZAYN

You Send Me – Sam Cooke

1

Nienawidzę zimy i wszystkiego, co się z nią wiąże – chłodu i śniegu, dziesięciu warstw ubrań na sobie, szalików i czapek, od których elektryzują się włosy. Jeśli o mnie chodzi, lato mogłoby trwać cały rok. Im cieplej, tym jestem szczęśliwsza.

I dlatego w tamtej chwili było mi bardzo, bardzo źle.

Pod koniec stycznia w Woodshill, w Oregonie, wszystko pokrywał śnieg. A ja nie dość, że nienawidzę zimy, to musiałam jeszcze na piechotę wędrować przez pół miasta, taszcząc torbę podróżną, plecak i walizkę.

Jude, nie ma sensu, żebym po ciebie wychodził, stwierdził mój durny brat. Z dworca jest do mnie zaledwie dziesięć minut.

Dziesięć minut, jasne. Od ponad pół godziny brnęłam w błotnistej mazi. Buty przemokły mi zupełnie, dłonie i uszy przemarzły, a jeśli wierzyć wskazówkom nawigacji w telefonie, czekało mnie drugie tyle marszu, zanim dotrę do celu.

W nagłym odruchu zdecydowałam, że czas na chwilę przerwy, i weszłam do kafejki na rogu ulicy. Jakiś typ przyglądał mi się dziwnie, gdy przepychałam mój bagaż przez próg i przy okazji głośno zaklęłam. Odwzajemniłam jego spojrzenie z taką miną, że szybko odwrócił wzrok, minął mnie i zniknął na dworze.

Zazwyczaj nie jestem taka agresywna. Ale zazwyczaj nie jestem też na nogach przez dwadzieścia cztery godziny, podróżując ze stanu do stanu, wioząc ze sobą niewiele poza osobistymi drobiazgami i skorupami strzaskanych marzeń.

Głośno pociągnęłam nosem i podeszłam do kontuaru. Odruchowo założyłam za ucho piaskowoblond kosmyk, który wysunął się spod grubej wełnianej czapki.

– Co podać? – Baristka uśmiechnęła się miło.

Była pierwszą osobą od wielu dni, która odnosiła się do mnie z sympatią. Najchętniej rzuciłabym się jej na szyję.

– Karmelowe macchiato XXL z mnóstwem syropu i bitej śmietany i odrobiną sympatii, jeżeli to możliwe.

Zamrugała szybko.

– Oczywiście, już się robi – zapewniła i odpowiednio oznaczyła kubek.

Ściągnęłam zębami wełnianą rękawiczkę i sięgnęłam do tylnej kieszeni spodni po ostatnie zasoby gotówki.

Miałam zaledwie dwa i pół dolara.

Skrzywiłam się i położyłam pieniądze na ladzie.

– To zapewne nie wystarczy? – Cały czas trzymałam rękawiczkę w zębach, więc niełatwo było mnie zrozumieć.

– Nie, ale przyjmujemy karty kredytowe. – Ruchem głowy wskazała małe urządzenie. Zdawało się ze mnie kpić mrugającą diodą.

– Niestety, nie mam karty przy sobie – skłamałam. Rękawiczka wypadła mi z ust na podłogę.

– W takim razie obawiam się, że z kawy nici. – Baristka uniosła kąciki ust we współczującym uśmiechu. Zawiodłam się na niej.

Schyliłam się po rękawiczkę. W tym momencie torba podróżna zsunęła mi się z ramienia i zarazem wyrwała sporo włosów. Znowu zaklęłam.

– Ja zapłacę – usłyszałam za sobą.

Odwróciłam się i stanęłam naprzeciwko ładnej dziewczyny. Miała na głowie beżową czapeczkę, spod której wysuwały się falujące ciemne włosy. Jej twarz przywodziła na myśl buzię elfa. Pozazdrościłam jej przejrzyście niebieskich oczu. Co prawda moje brązowe są w porządku, ale jej spojrzenie dosłownie przenikało człowieka na wylot. Na pewno potrafiła nim zahipnotyzować. Może zresztą akurat ćwiczyła na mnie, bo chwilę trwało, zanim skojarzyłam, co powiedziała.

– Serio? – upewniłam się.

– Tak – odparła i ponownie zwróciła się do baristki. – Dla mnie chai latte i czarna americano na wynos. Mam swoje kubki. – Uniosła dwa, które wyglądały, jakby zrobiono je z bambusa.

– Imię? – zapytała baristka, nagle znowu uosobienie uprzejmości.

– Everly. – Dziewczyna wyjęła kartę i przyłożyła do terminala. Pisnął cicho.

Nie mogłam uwierzyć, że coś takiego dzieje się naprawdę. To chyba mój anioł stróż, dar od losu, rekompensata za beznadziejne ostatnie tygodnie.

– Zastanawiam się, czy mam cię uściskać, Everly – oznajmiłam. Powstrzymałam się z największym wysiłkiem.

Dziewczyna uśmiechnęła się.

– Nie musisz. Po prostu następnym razem ty stawiasz.

– Ale w tym celu muszę wiedzieć nie tylko, jak się nazywasz, ale też mieć twój numer telefonu. Albo dodać cię na Facebooku. Albo na Instagramie – zauważyłam i sięgnęłam po telefon.

Everly wstrzymała oddech. Uśmiech znikł z jej twarzy. Nie pierwszy raz widziałam coś takiego. Zazwyczaj odnosiłam się do ludzi otwarcie, beztrosko, i tak właśnie wyglądali, gdy posunęłam się za daleko. Zastanawiałam się przez moment, czy przeprosić, ale Everly już myślała o czymś innym. Ciekawie przyglądała się mojej torbie podróżnej.

– Nie jesteś stąd, prawda?

Zaprzeczyłam ruchem głowy.

– Nie, akurat przyjechałam z Kalifornii, gdzie, notabene, jest przyjemnie ciepło.

– Zawsze chciałam pojechać do Kalifornii.

W tym momencie nasze napoje były gotowe. Razem podeszłyśmy do kontuaru, na którym je postawiono. Ogarnęłam siebie i swój bagaż i wcisnęłam rękawiczkę do kieszeni płaszcza.

– Co cię sprowadza do Woodshill? – Everly ciekawie przekrzywiła głowę.

– Długa historia. – Westchnęłam głośno. – Odwiedzam brata.

Everly uśmiechnęła się.

– Co oznacza, że już tu kogoś znasz. Dobrze.

– Mój brat i jego kumple to nie są ludzie, z którymi chętnie spędzałabym czas, ale tak, masz rację. Dobrze, że nie muszę zaczynać zupełnie od zera – przyznałam i sięgnęłam po kubek.

Everly zastanawiała się przez chwilę, a potem wyciągnęła rękę.

– Daj komórkę.

Spełniłam jej prośbę. Wpisała coś i zwróciła mi telefon.

– Wbiłam ci mój numer. Żebyś mogła się zrewanżować za kawę.

Uśmiechnęłam się od ucha do ucha.

– Możesz być pewna, że się odezwę, kiedy tylko jakoś się urządzę.

– Super. – Spojrzała na zegarek. – Muszę lecieć, chłopak na mnie czeka, a już i tak jestem spóźniona.

– Jasne, leć. I jeszcze raz dzięki za kawę. – Uniosłam kubek w toaście. Powtórzyła mój gest i wyszła na zewnątrz.

Upiłam spory łyk. Kawa była jeszcze za gorąca, ale smakowała cudownie i dodała mi sił, niezbędnych, by pokonać ostatni odcinek drogi do domu mojego brata.

W myślach wyzwałam go od najgorszych. Zapewne po prostu nie miał ochoty wyjść po mnie na dworzec. Ezra, podobnie jak rodzice, nie miał pojęcia, co się wydarzyło w Los Angeles. Wiedział tylko, że muszę chwilę odpocząć i nie mam dokąd pójść. Gdybym powiedziała mu prawdę, zapewne wsiadłby w pierwszy samolot i zabrał mnie stamtąd. Tego jednak nie chciałam. Nie chciałam jego współczucia, ale też wolałam, żeby nie wiedział, jak kolosalna była moja klęska. Więc przez telefon rzuciłam tylko kilka zdawkowych wymówek i skoncentrowałam się na tym, żeby wbić mu do głowy, żeby pod żadnym pozorem nie powiedział rodzicom, że już nie jestem w Kalifornii.

A teraz byłam tutaj, w jedynym miejscu, do którego mogłam się udać, nieważne, czy mi odpowiadało, czy nie. Z drugiej strony już zawarłam pierwszą znajomość. Wierzyłam w przeznaczenie i we wszystkim doszukiwałam się znaków, a spotkanie z Everly na pewno było znakiem.

Pieprzyć Los Angeles, pomyślałam, ciągnąc walizkę po głównej ulicy. Pieprzyć karierę aktorską, pieprzyć główne rolei marzenia. Pieprzyć to wszystko.

Musiałam w kółko powtarzać tę mantrę, żeby w końcu dotarła do mojej podświadomości. Już raz mi się to udało, gdy moje pierwsze wielkie marzenie legło w gruzach.

Kierowałam się wskazówkami na wyświetlaczu telefonu i na kolejnym skrzyżowaniu skręciłam. Uliczka była węższa i spokojniejsza. Im dalej szłam, tym bielszy i bardziej puszysty stawał się śnieg, i zarazem tym gorzej szło mi się z bagażem.

Kiedy w końcu stanęłam przed szarym domkiem, który pasował do opisu Ezry, byłam przemoczona, przemarznięta i bez tchu. Czułam, że będę miała zakwasy w ramionach.

Mały ogródek przed domem całkowicie nikł pod śniegiem. Odgarnięto tylko wąską ścieżkę. Widziałam na niej ślady, od których serce zabiło mi szybciej.

Wyprostowałam się, poprawiłam torbę na ramieniu, a potem podeszłam do drzwi. Wtaszczyłam walizkę na schodki, strząsnęłam z siebie śnieg. Moja twarz była lodowata, ale pod puchową kurtką zaczęłam się pocić jak szalona. Cieszyłam się, że w końcu dotarłam do celu i miałam nadzieję, że zaraz wskoczę pod prysznic.

Zadzwoniłam do drzwi. Właściwie Ezra wiedział, że zjawię się mniej więcej o tej porze. Napisałam do niego, gdy tylko mój samolot wylądował w Portland, a także później, gdy wsiadłam do autobusu. Nie widziałam brata od Święta Dziękczynienia i bardzo się cieszyłam, że się spotkamy, nawet w takich okolicznościach.

W końcu usłyszałam kroki w korytarzu i ciche stukanie, którego nie potrafiłam w żaden sposób zaklasyfikować. Już miałam wspiąć się na palce i zajrzeć do środka przez mleczne szkło, gdy drzwi otworzyły się energicznie.

Gwałtownie zaczerpnęłam tchu.

Na to w ogóle nie byłam przygotowana. Ani na znajomy dreszcz, który mnie przeszył, ani na jego zielone spojrzenie, które odnalazło mój wzrok i w którym widziałam własne zdumienie.

Nie miałam innego wyjścia, patrzyłam mu w oczy i dostrzegałam wszystko na nowo: gęste, ciemne rzęsy, ostre rysy twarzy, cień zarostu na policzkach, którego dawniej tam nie było. Także brązowe włosy wyglądały inaczej. I tylko oczy ciągle były tak dobrze znajome, tak bliskie, że mój żołądek fiknął salto.

– Cześć, Blake – rzuciłam ochryple. Najwyraźniej po drodze straciłam panowanie nad głosem.

Wspierał się na kulach. Ale zanim zdążyłam wykrztusić choćby słowo pytania, co się stało, ściągnął brwi, a potem podniósł rękę i zatrzasnął mi drzwi przed nosem.

Wpatrywałam się w nie z niedowierzaniem i chwilę trwało, zanim otrząsnęłam się z osłupienia.

– Ej!

Jego kroki oddalały się, podobnie jak stukanie. Teraz już wiedziałam, że to odgłos kul.

– Blake, ja tu zamarznę. Otwórz te cholerne drzwi! – zawołałam.

Zero reakcji.

– Mam zadzwonić do Ezry i powiedzieć mu, że zostawiłeś mnie samą na zimnie?

Coraz głośniejsze stukanie. Chwilę później Blake otworzył drzwi i obdarzył mnie tym samym ponurym spojrzeniem, co kilka chwil wcześniej.

– Zawsze byłaś nieznośna.

Ups.

To były pierwsze słowa, które usłyszałam z jego ust po ponad roku. Przyznaję, trochę zabolało. Z drugiej strony wiedziałam, że sobie na to zasłużyłam.

Chciałam coś powiedzieć, on jednak odwrócił się na pięcie i pokuśtykał w głąb domu. Z westchnieniem dźwignęłam walizkę i wniosłam ją, podobnie jak torbę podróżną, do przedpokoju. Ściągnęłam zimowe ciuchy, kurtkę rzuciłam na bagaże. I dopiero wtedy poszłam za Blakiem w kierunku saloniku. Do tej pory widziałam to wnętrze tylko przez kamerkę telefonu, podczas rozmowy z Ezrą. W rzeczywistości domek, który mój brat zajmował z kumplami z drużyny, wyglądał zupełnie inaczej. No i wypełniał go charakterystyczny zapach mojego brata i Blake’a. Mój żołądek ścisnął się znajomo.

– Co ci się stało w nogę?

Blake usiadł na czarnej skórzanej kanapie, niedbale rzucił kulę na ziemię i wbił wzrok w telewizor zawieszony na przeciwległej ścianie. Bez słowa sięgnął po kontroler i wrócił do przerwanej gry.

Stłumiłam uśmiech. Dawniej grał w te wszystkie gry NBA razem z Ezrą. Ciągle z ich powodu skakali sobie do gardeł i musiałam interweniować i zaprowadzać pokój.

Uważnie przyjrzałam się szerokiej metalowej szynie widocznej na szarych spodniach od dresu. Ciągnęła się od połowy łydki po udo.

– Kontuzja podczas gry? – zapytałam znowu.

Blake zachowywał się, jakbym nie istniała. Jak opętany wciskał guziki na kontrolerze. To także boleśnie przypominało przeszłość.

Wzięłam się w garść i odepchnęłam od siebie te wspomnienia, tak samo jak wszystkie inne. W odsuwaniu nieprzyjemnych wspomnień jestem naprawdę dobra. Usiadłam na kanapie, możliwie najdalej od niego, i przyglądałam mu się przez dłuższą chwilę.

– Ezry nie ma w domu? Mówiłam mu, kiedy przyjadę.

– Po co tu przyjechałaś, Jude? – Blake nie odrywał wzroku od ekranu.

Jego głos był ochrypły i niski, tak jak to zapamiętałam. Znowu przeszedł mnie dreszcz. Pewnie z zimna.

– Ezra nie wspominał, że przyjadę?

– Zaprotestowałbym, gdybym wiedział.

Zacisnęłam zęby. A więc brat mnie okłamał, gdy zapewniał, że nikt nie będzie miał nic przeciwko temu, jeśli chwilowo się u niego zatrzymam. Cholerny świat. Nie miałam pieniędzy, by poszukać czegoś innego, ale z drugiej strony nie chciałam rozdrapywać starych ran, wprowadzając się wbrew woli Blake’a. Ezra zaklinał się, że wszyscy się zgodzili, a ja ślepo mu uwierzyłam.

– Właściwie chciałam tu trochę posiedzieć – zaczęłam niespokojnie.

Blake zatrzymał grę, ale nadal na mnie nie patrzył.

– Jak długo?

– Jakiś czas, chwilowo. Poszukam pracy i...

– Jak długo? – Wpadł mi w słowo.

Zagryzłam wargi. Powoli traciłam cierpliwość, ale za wszelką cenę starałam się zachować spokój. To nasze pierwsze spotkanie od wieków, a niełatwo zapomnieć o wszystkim, co się między nami wydarzyło. Ezra opowiadał mi o pierwszym semestrze, gdy Blake ciągle trenował, szalał na parkiecie do utraty sił. Opowiadał mi także o niezliczonych dziewczynach, zazwyczaj bardziej szczegółowo, niżbym tego chciała.

– Na razie nie wiem, Blake – odparłam po dłuższej chwili.

Spiął się cały, gdy wypowiedziałam jego imię. Wstał gwałtownie i głośno zaklął z bólu.

Poderwałam się na równe nogi.

– Poczekaj, pomogę ci – rzuciłam pośpiesznie i chciałam podnieść kulę z podłogi, on jednak powstrzymał mnie ruchem dłoni.

Schylił się sam, choć nie udało mu się ani za pierwszym, ani za drugim razem. Kiedy wreszcie ją podniósł, stanął przede mną i patrzył z góry.

Prawie zapomniałam, jaki jest wysoki.

– Żeby wszystko było jasne, nie chcę, żebyś tu mieszkała. Byłoby lepiej, gdybyś jak najszybciej poszukała sobie innego miejsca.

Przyjemny właściwie dreszcz zastąpił teraz ból. Z trudem przełknęłam ślinę i zastanawiałam się, co odpowiedzieć, Blake jednak minął mnie i pokuśtykał w kierunku przedpokoju. Patrzyłam na niego, gdy pokonywał pierwszy stopień, z dłonią na poręczy, z kulą pod pachą.

Wyraz jego oczu był znajomy, ale cała reszta się zmieniła. To był zimny, złamany mężczyzna, który w niczym nie przypominał pogodnego chłopaka, który był moją pierwszą wielką miłością.

Wiedziałam doskonale, że to wszystko moja wina.

2

SZEŚĆ LAT WCZEŚNIEJ

Piłka uderzyła w szybę, ja jednak nadal nakładałam farbę. Mama pozwoliła mi tylko na dwa pasemka, ale ponieważ Ezra ciągle trafiał w okno łazienki dla gości zamiast w swój durny kosz, farba była już wszędzie, nawet na mojej twarzy, że o włosach nie wspomnę.

Zabierałam się właśnie do drugiego kosmyka, gdy piłka znowu trafiła w szybę, a farba znowu rozprysła się na wszystkie strony, bo wzdrygnęłam się gwałtownie. Krzyknęłam ze złości, podbiegłam do okna, otworzyłam je z rozmachem.

– Mama cię zabije, jeżeli rozwalisz jeszcze jedną szybę – wrzasnęłam.

– Sorry – odpowiedział głos, który nie należał bynajmniej do mojego brata. – Moja wina.

Blake trzymał piłkę pod pachą i patrzył na mnie błagalnym wzrokiem.

Chciałam powiedzieć coś jeszcze, ale słowa utkwiły mi w gardle. Dosłownie. Wydobyłam z siebie tylko ochrypły pomruk, w jego oczach pojawiło się rozbawienie.

Znałam Blake’a właściwie całe moje życie, a jednak w tamtej chwili nie mogłam oderwać od niego wzroku. A tym bardziej zamknąć okna. Był zbyt piękny.

Faceci nie powinni być tacy przystojni.

W przeciwieństwie do mojego brata (a także, ku mojej rozpaczy, i mnie), Blake nie miał pryszczy. Lato rozjaśniło mu końcówki włosów, ozłociło skórę. Nie widziałam go zaledwie kilka tygodni, a jednak się zmienił. A może zmieniło się coś we mnie. Po raz pierwszy, odkąd się znaliśmy, nie mogłam przestać na niego patrzeć.

Pot lśnił na jego grdyce. Nagle do mnie dotarło, że w ciągu ostatnich miesięcy znowu urósł. Kiedy Blake i jego mama wprowadzili się do domu po sąsiedzku, był ode mnie zaledwie kilka centymetrów wyższy. Tymczasem teraz po prostu wystrzelił w górę. Choć byłam w środku, a nasz dom miał fundamenty, nie musiał nawet odchylać głowy do tyłu, żeby na mnie patrzeć.

Na jego ustach pojawił się lekki uśmiech. Wyciągnął rękę i starł mi z nosa odrobinę farby.

Roztarł ją między palcami.

– Słodko wyglądasz, Jude.

Z perspektywy czasu wiem, że to był właśnie ten moment. Ten przepraszający, delikatny uśmiech i niewinny dotyk wystarczyły.

Coś we mnie wezbrało, wypełniło mnie całą ciepłem.

W moim żołądku ktoś wypuścił stado świetlików. Latały jak oszalałe, do tej pory nigdy czegoś takiego nie czułam.

– Jeszcze raz przepraszam za okno. Będę bardziej uważał.

– Nie ma sprawy – wychrypiałam.

A potem zamknęłam okno i przycisnęłam dłoń do brzucha. Łaskotanie nie ustawało.

Nie mam pojęcia, jak długo siedziałam na kanapie. W pewnym momencie sięgnęłam po pada i dograłam grę Blake’a do końca, choć myślami byłam gdzie indziej. Koszykarze biegali po boisku bez celu, poziom był dla mnie zdecydowanie za wysoki. Przegrałam dramatycznie, ale nic mnie to nie obchodziło.

Ezra zataił przed Blakiem moją obecność w Woodshill, a przede mną ukrywał fakt, że Blake mnie nienawidzi. Wydawało mi się, że potrzeba tylko trochę czasu, byśmy o sobie zapomnieli i zostawili przeszłość za sobą. Ale wystarczyło jedno spojrzenie, bym zrozumiała, że to tak nie działa.

Niech to szlag!

Jego widok sprawił mi ból. Jego słowa raniły. Chciałam pobiec do niego na górę, porozmawiać. Jednocześnie wiedziałam, że to niemożliwe. Blake i ja to Historia Bez Happy Endu, a już na pewno nie historia, którą chciałabym przeżyć jeszcze raz. Tym bardziej nie z tym całym balastem, który przytaszczyłam ze sobą z Los Angeles.

Głupio zrobiłam, prosząc brata o pomoc. A jeszcze głupiej postąpiłam, łudząc się, że Blake naprawdę zgodził się, żebym tu zamieszkała.

Zanim całkiem się zaplątałam w tych myślach, usłyszałam, że otwierają się drzwi wejściowe. Po chwili dobiegł mnie głos Ezry.

Nie zatrzymując gry, cisnęłam kontroler na bok i pobiegłam do przedpokoju. Nie pozwoliłam bratu nawet wejść do domu, od razu rzuciłam mu się na szyję. Co prawda jeszcze przed chwilą byłam na niego wściekła, ale nie mogłam inaczej. Tęskniłam za nim, był jedyną osobą, której widok był dla mnie jak powrót do domu. Uściskałam go z całej siły.

– Zaraz się uduszę – sapnął, ale i tak objął mnie i przyciągnął do siebie. Na chwilę zamknęłam oczy.

Ezra poluzował uścisk, patrzył na mnie z góry bardzo uważnie.

Znałam to spojrzenie. Ezra miał swego rodzaju szósty zmysł. Nigdy nie był szczególnie rozmowny, ale miał niezwykłą empatię. Zawsze wiedział, gdy coś było u mnie nie tak. I dlatego w tym momencie ze wszystkich sił starałam się niczego po sobie nie pokazać, gorączkowo szukałam czegoś, co odwróciłoby jego uwagę.

Na szczęście nie musiałam długo szukać. Z całej siły uderzyłam go w bark.

– Za to, że powiedziałeś, że z dworca idzie się do was dziesięć minut.

W odpowiedzi uniósł brew.

– Ja naprawdę idę tu dziesięć minut.

– Może, jeżeli idziesz bez bagażu, masz dwumetrowe nogi i poruszasz się z prędkością światła.

– Przesadzasz, Racuszku.

Skrzywiłam się. Nienawidzę tego przezwiska, o czym doskonale wie.

– Zajęło mi to prawie godzinę.

– Nic dziwnego – mruknął mój brat patrząc na moje bagaże. – Właściwie jak długo chcesz tu zostać?

Otworzyłam usta i zaraz znowu je zamknęłam. W końcu tylko wzruszyłam ramionami. Moja kariera legła w gruzach, zanim w ogóle na dobre się zaczęła, ale nie byłam jeszcze gotowa, by teraz o tym opowiadać. A już na pewno nie w obecności jego dwóch pozostałych współlokatorów, którzy weszli razem z nim i teraz mierzyli mnie wzrokiem z takimi minami, jakby nigdy dotąd nie widzieli dziewczyny. Ten po lewej miał krótkie, kręcone włosy, czekoladową skórę i kanciaste rysy, jakby wykute w kamieniu. Ten po prawej odgarnął z czoła wilgotne włosy i przyglądał mi się spod zmrużonych powiek. Obaj byli przystojni, ale ten drugi był tego bardziej świadomy, co zdradzał jego uśmieszek.

– Ty zapewne jesteś Cam – odezwałam się i wyciągnęłam do niego rękę. Uścisnął ją szybko. Spojrzałam w lewo. – A ty Otis.

– Ezra o nas opowiadał? – domyślił się.

– Owszem.

– Mam nadzieję, że same dobre rzeczy – odezwał się Cam. Przeczesał włosy palcami, uśmiechnął się odrobinę szerzej. Podrywacz, bez dwóch zdań. Dobrze, że przez ostatnie półtora roku poznałam tylu takich typów, że jestem na nich uodporniona.

Brat objął mnie ramieniem, pochylił się.

– Lepiej trzymaj się od niego z daleka. – Chwycił moją walizkę, torbę podróżną zarzucił sobie na ramię. Sięgnęłam po plecak. – Chodź, pokażę ci pokój gościnny.

Skinęłam chłopakom głową, a potem Ezra poprowadził mnie korytarzem. Zatrzymał się przy pokoju koło schodów. Otworzył drzwi. Byłam tuż za nim, gdy wchodził do środka.

Gołe, kremowe ściany. Umeblowanie składało się z małego biureczka i monitora, krzesła, i łóżka przy przeciwległej ścianie. Kolejne drzwi prowadziły z pokoju na werandę i dalej, do ogrodu, teraz zasypanego śniegiem.

– To od tej chwili twoje królestwo. Udało mi się tylko zmienić pościel – zaczął Ezra i podrapał się w szyję. – Właściwie chciałem wynieść biurko i monitor do piwnicy, ale nie zdążyłem. Dałaś mi bardzo mało czasu.

Wystarczająco dobrze znam brata, by wyczytać niezadane pytania między wierszami.

Postawiłam plecak obok walizki i torby podróżnej, wbiłam wzrok w brązową wykładzinę, poruszyłam palcami u nóg.

– Mówiłeś, że pozostali nie będą mieli nic przeciwko temu, jeżeli się tu zatrzymam – zaczęłam powoli.

– I tak jest.

Spojrzałam na niego. Odsunął krzesło od biurka, usiadł. Włosy już mu wyschły, podkręcały się na końcach. Były takie same jak moje. Ludzie zawsze mówili, że jesteśmy jak skóra ściągnięta z mamy, ale kto się dobrze przyjrzał, dostrzegał wyrazisty nos i szeroki podbródek naszego ojca.

– Blake nie sprawiał wrażenia, jakby był zachwycony faktem, że z wami zamieszkam.

Ezra żachnął się.

– Od wypadku Blake niczym nie jest zachwycony.

Miałam pytania, mnóstwo pytań, ale od naszego rozstania nauczyłam się zaciskać usta ze wszystkich sił, ilekroć rozmowa zmierzała w kierunku Blake’a. Z jednej strony nie chciałam wiedzieć, co się z nim stało, z drugiej – umierałam z ciekawości. Ezra zapewne to widział, ale milczał.

Odchrząknęłam.

– Nie przyjechałabym, gdybym miała inne wyjście.

– Wiem. – Ezra przewiercał mnie wzrokiem, ale byłam twarda. Jeżeli w czymś byliśmy naprawdę dobrzy, to my, Livingstonowie, potrafiliśmy zachować nasze tajemnice dla siebie. Ezra opanował tę sztukę już w dzieciństwie, ja dopiero ją doskonaliłam.

Przyglądał mi się przez dłuższą chwilę. Kiedy zrobiło się nieprzyjemnie, wstał, wytarł dłonie o spodnie od dresu.

– Dam ci teraz odpocząć. Później będziemy z chłopakami coś gotować, wtedy poznacie się lepiej.

Skinęłam głową, wdzięczna, że zostawia mi wolną przestrzeń. Miałam w głowie gonitwę myśli, kolejne problemy stawały mi przed oczami: Blake, wspólna przeszłość, Los Angeles, mądre spojrzenie Ezry, rodzice, znowu Blake...

– Pogadam z nim jeszcze raz – zapewnił Ezra, jakby czytał w moich myślach. Wbił ręce w kieszenie spodni, a potem minął mnie i wyszedł z pokoju.

Głośno wypuściłam powietrze z płuc. Jeszcze przez chwilę wpatrywałam się w białe drzwi pokoju gościnnego i oddychałam głęboko, żeby wziąć się w garść. Z każdym oddechem wydawało mi się, że tracę resztki sił. Jakby moje ciało dopiero teraz rozumiało, jak bardzo stresujące były minione dni. Ręce i nogi ciążyły mi trzy razy bardziej niż zwykle, barki bolały po napięciu związanym z podróżą i dźwiganiu bagażu.

Ostatkiem sił podeszłam do łóżka i osunęłam się na niebieską pościel. Otoczył mnie obcy zapach. Ciągle byłam spięta, choć powieki paliły ze zmęczenia.

Sięgnęłam po komórkę. Serce waliło mi jak oszalałe, gdy odblokowałam wyświetlacz i przeglądałam z duszą na ramieniu wiadomości w mediach społecznościowych. Każda kolejna linijka budziła we mnie niepokój. Jednak zdjęcia, na których mnie oznaczono, to były tylko screenshoty z ulubionych scen z Twisted Rose i memy, którymi ludzie wyrażali nadzieję, że serial będzie kontynuowany. Nic więcej.

Odetchnęłam z ulgą. A potem zablokowałam telefon i położyłam na parapecie przy łóżku.

Splotłam dłonie na brzuchu i wpatrywałam się w sufit. Zastanawiałam się, czy pokój Blake’a jest tuż nade mną. Co teraz robi? Złapałam się na tym, że chcę znowu sięgnąć po telefon, żeby poszukać w internecie informacji o jego wypadku. Jednak odkąd wyjechałam, nie pozwalałam sobie na to i nie chciałam znów zaczynać tylko dlatego, że teraz dzieli nas jedno piętro, a nie tysiąc kilometrów.

Ukryłam twarz w dłoniach, jakby to mogło powstrzymać gonitwę myśli. A naprawdę tego chciałam. Naprawdę. Teraz, gdy tu byłam, wreszcie mogłabym przez chwilę nie myśleć. Jednak im bardziej chciałam się do tego przymusić, tym więcej błędów mi się przypominało. Nie byłam w stanie nad tym zapanować.

– Możesz rozgnieść awokado – zaproponował Otis i przysunął mi deskę do krojenia.

Staliśmy w dużej przestrzennej kuchni, ja po jednej stronie wąskiego kontuaru, Otis, Cam i Ezra po drugiej, koło lodówki, z której wyjmowali różne warzywa i mielone mięso.

– Papryka to twoja działka – rzucił Otis i wręczył Ezrze żółte warzywo, jakby podawał mu puchar. Camowi podał tacos, a sam zabrał się do cebuli i czosnku. Posiekał połowę i wsypał do mojej miseczki na guacamole. Reszta trafiła na patelnię. Ja tymczasem rozgniatałam awokado. Po kilku minutach Otis odwrócił się w moją stronę ze szpatułką w dłoni.

– Wspominałaś, że Ezra dużo o nas opowiadał.

– Niczego nie opowiadałem. Wszystko ze mnie wyciągnęła – uściślił mój brat.

Wzruszyłam ramionami.

– Nigdy nie byłeś specjalnie rozmowny, więc czasami trzeba cię przycisnąć.

– Zmierzam do czegoś innego – zauważył Otis i podobnie pochylił się nad patelnią. – Ty już coś o nas wiesz, ale my o tobie właściwie nic.

Cały czas atakowałam widelcem zieloną breję, choć awokado były już wystarczająco rozgniecione. Odłożyłam sztuciec i gorączkowo zaczęłam się rozglądać w poszukiwaniu limonki.

– Przyjechałam z Los Angeles, gdzie pracowałam jako aktorka – odparłam i nieco bardziej energicznie, niż wymagała tego sytuacja, wycisnęłam sok do miseczki.

– Serio? – Cam zerknął na mnie przez ramię.

Mieszałam zieloną papkę z sokiem, czosnkiem i cebulą. Mruknęłam twierdząco.

– Gdzie grałaś? W teatrze, w filmie czy telewizji? – Cam nie dawał za wygraną.

– Wszędzie po trochu, ale najwięcej w telewizji. – Chciało mi się śmiać, kiedy to mówiłam, choć właśnie tym zajmowałam się przez minione lata. Nie żebym odnosiła jakieś szczególne sukcesy.

– Kiedy miała siedemnaście lat, dostała główną rolę w serialu i wyjechała do Los Angeles w tym samym czasie, gdy ja przyjechałem do Woodshill. – Brat nie patrzył na mnie, gdy przekładał drobno posiekaną paprykę do miseczki.

– Super. Jakiś znany serial?

Wzruszyłam ramionami.

– Bo ja wiem? Kryminalny z elementami nadprzyrodzonymi, o grupie nastolatków, która rozwiązuje sprawy zagadkowych morderstw. Nazywał się Twisted Rose.

Miny Cama i Otisa zdradzały, że nie mają pojęcia, o czym mówię.

– Ezra! – sapnął Cam po dłuższej chwili z wyrzutem i tym samym potwierdził moje podejrzenia. – Dlaczego nigdy razem nie oglądaliśmy serialu, w którym występuje twoja młodsza siostra?

Ezra, niewzruszony, tylko uniósł brew.

– Oglądałem u siebie, bo wy ciągle gadacie.

Teraz na twarzy Cama oburzenie ustąpiło komicznej urazie. Chciało mi się śmiać. Zbyłam to machnięciem ręki.

– Spoko, serial i tak zakończono, zanim zdążył stać się naprawdę popularny.

– Na pewno byłaś super – stwierdził Cam. – Muszę poszperać w Internecie, czy gdzieś nie znajdzie się tych odcinków.

– Zaraz, zaraz – wtrącił się Otis, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć. Przyglądał mi się ze zdumieniem. – To oznacza, że wyprowadziłaś się z domu, kiedy miałaś siedemnaście lat, a potem… – Szukał odpowiednich słów.

– A potem straciłam tę pierwszą pracę.

Ciągle cierpiałam na myśl o zakończeniu serialu Twisted Rose. Rola chaotycznej, zabawnej Sadie Nelson była jak dla mnie stworzona. Do dziś pamiętam, jak przed castingiem umierałam z podniecenia. Ezra i rodzice przyjechali ze mną do Los Angeles. Po wszystkim poszliśmy na kolację. Kilka dni później okazało się, że dostałam tę rolę, i z płaczem rzuciłam się rodzicom na szyję. Wspierali mnie we wszystkim. Podczas rozmów w szkole, kiedy zdecydowaliśmy, że mogę ukończyć szkołę średnią trochę później. Podczas analizowania kontraktu z agentem, podczas poszukiwania mieszkania, gdy noc po nocy w kółko przeliczaliśmy pieniądze...

– Fatalnie. – Głos Cama wyrwał mnie z zadumy.

– Później utrzymywałam się z mniejszych rólek – ciągnęłam i starałam się sprawiać wrażenie, że tak to po prostu działa w tamtym świecie. – Byłam statystką na planie wielu seriali, dostałam też małą gościnną rolę w kilku odcinkach serialu dla nastolatków. Zeszłego lata dostałam angaż w teatrze. To też było super.

– Dawniej zawsze powtarzałaś, że nawet końmi nie zaciągną cię do teatru.

Znieruchomiałam.

Odwróciłam się powoli. Blake stał w progu kuchni i przyglądał mi się. Patrzył na mnie równie zimnym wzrokiem jak kilka godzin temu, gdy przyjechałam, ale tym razem naprawdę mnie dostrzegał. Lustrował mnie wzrokiem od stóp do głów. Jakby dopiero teraz do niego docierało, że naprawdę tu jestem i że nie zniknę. Kiedy dotarł wzrokiem do mojej twarzy, ledwie zauważalnie zmarszczył czoło.

Szybko uciekłam wzrokiem i ponownie zajęłam się guacamole. Dosypałam odrobinę za dużo soli i odchrząknęłam.

– Dawniej też sądziłam, że przez kolejne pięć lat będę grała Sadie Nelson i tym samym zapewnię sobie miejsce w historii Hollywood – odparłam sucho.

Nie wiedziałam, czy odgłos, który wydał Blake, to pogardliwy śmiech czy jeszcze bardziej pogardliwe prychnięcie.

– No proszę, widać, jak szybko wszystko może się zmienić.

Zacisnęłam zęby tak mocno, że zazgrzytały. Przed oczami stanęły mi sceny z przeszłości. Wpatrywałam się wtedy w obłażącą tapetę, gdy rozmawiałam z nim przez telefon.

– Co się stało? – Znowu miałam jego głos w uszach.

– Wszystko się zmieniło, Blake.

Powiedział to celowo, tego byłam pewna. Mimo to, a może właśnie dlatego, wzbierało we mnie napięcie. Nie powinnam do tego dopuścić. Kiedy pracowałam i wchodziłam w rolę, przychodziło mi to z łatwością. W tej chwili oddałabym wszystko, żeby to potrafić. Niestety teraz kosztowało mnie dwa razy więcej pracy i koncentracji, by zachować niewzruszoną minę.

– Co właściwie młoda aktorka robi w Woodshill? – Otis przerwał napięcie. Zdjął patelnię z kuchenki.

Weź się w garść, zaklinałam się w duchu i skupiłam na tym, by oddychać przeponą, żeby się uspokoić.

– Jak to co? – zapytałam z szerokim sztucznym uśmiechem. – Stęskniłam się za starszym bratem.

Ezra oderwał wściekłe spojrzenie od Blake’a i spojrzał na mnie spod wysoko uniesionych brwi.

– Podczas naszej rozmowy miałem raczej wrażenie, że straciłaś dach nad głową.

Przewróciłam oczami.

– To też. Ale naprawdę się za tobą stęskniłam.

Ponieważ na razie miałam tu mieszkać, musiałam się liczyć z tym, że chłopcy poznają przynajmniej część mojej historii. Poniosłam klęskę jako aktorka i straciłam mieszkanie; to wystarczająco przykre i smutne, żeby nie zadawali dalszych pytań i nie chcieli wiedzieć niczego więcej. W każdym razie miałam nadzieję na tyle delikatności z ich strony. Jeżeli od razu wyłożę część kart na stół, nie będą chcieli zobaczyć całej talii.

– Moim zdaniem dobrze, że chcesz tu teraz zamieszkać. Woodshill zapewne nie jest tak super jak Hollywood, ale przekonasz się, że tutaj także można spokojnie żyć – zapewnił Otis.

Postanowiłam, że od dzisiaj będzie moim nowym najlepszym przyjacielem. Ezra wspominał, że Otis to jego najfajniejszy współlokator, ale teraz dowiedziałam się, że potrafi rozładować napięcie w trudnej sytuacji.

– Dzięki, Otis.

– Ja też jestem za tym, żebyś została – zapewnił Cam, kiedy mijał mnie, niosąc talerze i sztućce.

Otis i Ezra poszli za nim, postawili na stole blachę tacos i miseczki z nadzieniem. A potem usiedli przy stole i zabrali się do jedzenia.

Nie usiedliśmy jeszcze tylko Blake i ja. Cały czas stał pośrodku saloniku, wpatrzony we mnie, przy czym zadziwiająco nad sobą panował, bo na jego twarzy nie malowały się żadne emocje, poza błyskawicami w oczach.

– Mamy większość, Blake. Czy ci się to podoba, czy nie, nie pozwolę, żeby moja siostra wylądowała pod mostem.

Po Blake’u było doskonale widać, co o tym sądzi. Przez dłuższą chwilę przyglądał mi się, a potem powoli podszedł do stołu. Wsparty na kuli, napełnił talerz jedzeniem. Kiedy skończył, pochylił się i postawił go na podłodze. Pchał kulą w kierunku korytarza. Najwyraźniej nie chciał nawet usiąść ze mną przy jednym stole.

– Naprawdę, stary? – syknął Ezra. Wyglądał, jakby lada chwila miał eksplodować. Tego chciałam za wszelką cenę uniknąć.

– Już dobrze – rzuciłam i sięgnęłam po talerz z jedzeniem. Wyprostowałam się gwałtownie. – Zjem u sie... W pokoju gościnnym.

Zanim którykolwiek z nich zdążył zareagować, minęłam Blake’a, przebiegłam przez salonik, już na niego nie patrząc. Gdybym to zrobiła, na pewno zauważyłby, że nie jestem w stanie dłużej zachować kamiennej miny. Nie chciałam, żeby wiedział, jak bardzo mnie ranił swoim zachowaniem.

3

Następnego ranka brałam prysznic bardzo wcześnie, zanim którykolwiek z moich współlokatorów wstał.

Dziwnie się czułam w otoczeniu męskich żeli pod prysznic i szamponów. Zaskoczyła mnie też czystość w łazience – obsesja mojego brata, z której zawsze korzystałam. Nienawidzę sprzątać, a Ezra to istny pedant. Zawsze dba o porządek.

Wyszłam z łazienki i przez chwilę nasłuchiwałam przy schodach. Na górze panowała cisza. Żadnego ruchu. Skorzystałam z okazji i przemknęłam do pokoju gościnnego, żeby się ubrać.

Nie tak sobie wyobrażałam mój przyjazd do Woodshill. Pogoda była fatalna, czułam, że to nie jest moje miejsce. Blake dał mi jasno do zrozumienia, że nie powinno mnie tu być. I choć wmawiałam sobie, że jego słowa mnie nie dotknęły, nie potrafiłam nie wracać wspomnieniami wciąż i wciąż do wczorajszego dnia. Cały czas miałam w uszach jego słowa. Prześladowały mnie, gdy się malowałam i suszyłam włosy, gdy szłam do kuchni, żeby przygotować sobie porcję owsianki, nie dawały spokoju, gdy owijałam szyję szalem, naciągałam czapkę i wychodziłam z domu.

Ezra zostawił mi na stole dwa klucze i liścik z objaśnieniem. Jeden klucz do drzwi wejściowych, drugi do tych z pokoju gościnnego na werandę. Tym sposobem nie będę musiała korzystać z głównego wyjścia, gdyby i to przeszkadzało Blake’owi.

Z domu do centrum szło się mniej więcej kwadrans. Uzbrojona w tablet i pieniądze, które wygrzebałam z dna walizki, wyruszyłam w drogę. Dzisiaj przygotowałam się na śnieg, włożyłam górskie buty, które czasami nosiłam podczas wędrówek w okolicach Los Angeles. Znowu było przeraźliwie zimno, ale tym razem tak bardzo mi to nie przeszkadzało. Chłód pomagał koncentrować się na otoczeniu, a nie zagłębiać w rozmyślaniach o Los Angeles i Blake’u.

Rozejrzałam się odrobinę po centrum. Ośnieżone drzewa i urocze stare domki sprawiały bajkowe wrażenie. Okazało się, że kampus uniwersytecki znajduje się bardzo blisko. Niektóre budynki rozpoznałam ze zdjęć, które Ezra wysyłał mnie i rodzicom.

Znalazłam małą kafejkę, niezbyt zatłoczoną, i zamówiłam karmelowe macchiato, za które tym razem zapłaciłam sama. Usiadłam przy małym okrągłym stoliczku, odłożyłam torebkę na bok i odetchnęłam głęboko.

Nie byłam już w Los Angeles. Byłam w Woodshill, a to oznaczało, że powinnam się skoncentrować na innych rzeczach. Ilekroć podczas zawodowych początków ponosiłam klęskę na castingu, mama zawsze powtarzała: patrz przed siebie, nigdy w tył, Jude.

I właśnie tego powinnam się teraz trzymać. Patrzeć przed siebie. Nie w tył.

Odczytałam z tablicy za kontuarem hasło do darmowego wi-fi, wpisałam je w odpowiednie okienko na wyświetlaczu tabletu i zalogowałam się na moje konto na eBayu. Była to chyba jedyna platforma, z której wiadomości nie przyprawiały mnie o ataki paniki, wręcz przeciwnie, sprawiały radość. Także tym razem. Ktoś zainteresował się moim laptopem.

– Alleluja – mruknęłam i odpisałam szybko.

Typ chciał obniżyć cenę. Podałam moją propozycję z nadzieją, że ją łyknie. Jeżeli nie, i tak mu sprzedam, ale wolałam przynajmniej spróbować. Nie da się ukryć, że potrzebny mi był każdy cent. Cała gotówka, jaką dysponowałam, to kilka dolarów, które ukryłam w walizce. Na koncie już miałam debet. Co prawda Ezra nie oczekiwał, że dorzucę się do czynszu, ale chciałam się dołożyć przynajmniej do puli na jedzenie i wydatki mieszkaniowe.

Wstawiłam nowe ogłoszenia, oferowałam na sprzedaż dwie torebki i szpilki od Louboutina, które mama kupiła mi na premierę Twisted Rose. Na samą myśl, że będę musiała wysłać je w świat, zrobiło mi się niedobrze. Szybko upiłam łyk kawy, żeby zabić gorzki smak.

Wysłałam ogłoszenia, a potem przeglądałam oferty pracy, żeby się przekonać, co pod tym względem Woodshill ma do zaoferowania. Deprymująca odpowiedź brzmiała: niezbyt wiele. Oczywiście było sporo ogłoszeń skierowanych do osób po studiach albo z wieloletnim doświadczeniem. Niestety, nikt nie szukał niespełnionej dziewiętnastoletniej aktorki bez matury.

Otworzyłam właśnie ogłoszenie restauracji fastfoodowej, gdy na eBayu pojawiła się nowa wiadomość. Odpowiedział facet zainteresowany moim laptopem.

Sorry, więcej nie zapłacę.

Chciało mi się ukryć twarz w dłoniach i płakać. Naprawdę potrzebowałam tych pieniędzy. Jeżeli będę oszczędna, wystarczą mi na miesiąc, może nawet dwa. Co prawda nie będzie mnie stać na oddzielne mieszkanie, ale będę mogła coś dorzucić chłopakom. Z ciężkim sercem przyjęłam propozycję.

Z ponurą miną mieszałam łyżeczką w karmelowym macchiato i rozglądałam się po kafejce. Było jeszcze wcześnie, ale i tak było tu sporo studentów, którzy wpadli na kawę albo śniadanie. Obserwowałam przyjaciółki pochylone nad stolikiem. Wydawały się takie beztroskie. W tym momencie ogarnęło mnie nieodparte przekonanie, że wszystko w życiu spieprzyłam.

Gdybym nie pojechała do Los Angeles, przyjechałabym tutaj z Ezrą.

Gdybym nie pojechała do Los Angeles, nie byłabym teraz w takim dole.

Poczucie beznadziei było tak przejmujące, tak bolesne, że przez chwilę byłam jak sparaliżowana. Zdawałam sobie sprawę, że nie powinnam tak myśleć, ale nie mogłam nad tym zapanować. To wszystko było zbyt świeże.

Jeżeli nie chciałam do reszty zwariować, musiałam się czymś zająć. Sięgnęłam po telefon i przeglądałam listę kontaktów, aż znalazłam numer Everly. Szybko wystukałam wiadomość.

Cześć, tu Jude, dziewczyna, która wczoraj napadła cię w kawiarni. Wiszę ci kawę. Masz czas i ochotę?

Wysłałam ją bez namysłu.

Nie chcąc co chwilę sprawdzać, czy Everly odczytała i odpisała, przeglądałam różne ogłoszenia na eBayu i zastanawiałam się, co jeszcze mogłabym robić. Jeśli chodzi o sprzątanie, nie mogłam się równać z Ezrą, ale byłam mistrzynią prasowania. Może ktoś szuka pomocy domowej? Otworzyłam kolejne ogłoszenie i zabierałam się do pisania, gdy mój telefon pisnął cicho. Natychmiast odczytałam odpowiedź Everly.

Los najwyraźniej postawił na mojej drodze właściwą osobę.

Czułam się jak oszustka, gdy w tłumie studentów szłam przez teren uniwersytetu w kierunku hali sportowej. Im bliżej, tym więcej osób skręcało w boczne alejki prowadzące do różnych budynków na kampusie. Dwukrotnie poślizgnęłam się na oblodzonym chodniku. Ulżyło mi, gdy dotarłam na miejsce. W środku ściągnęłam prawą rękawiczkę i szukałam w kieszeni komórki, żeby jeszcze raz przeczytać wiadomość od Everly.

– Jude?

Odwróciłam się i zobaczyłam ją przy schodach prowadzących w dół. Dzisiaj spięła ciemne włosy. Miała na sobie czarne jeansy i luźną białą koszulę, która przywodziła na myśl lato.

Uśmiechnęłam się szeroko.

– Cześć. – Ściągnęłam czapkę z głowy, wsunęłam do kieszeni, potrząsnęłam włosami.

– Chodź. – Everly skinęła głową na znak, że mam iść za nią. Razem zbiegłyśmy ze schodów. – Dotarłaś bez problemu?

– Akurat byłam w kawiarni na terenie kampusu – odparłam. – Rozglądałam się po okolicy.

– Woodshill jest piękne, prawda? Chociaż... Zdaje się, że akurat przyjechałaś z Kalifornii.

Ujęło mnie, że to zapamiętała. Potwierdziłam ruchem głowy.

– Na razie bardzo mi się tu podoba. Wygląda na to, że będę musiała spędzać sporo czasu na dworze.

Posłała mi pytające spojrzenie i otworzyła drzwi do przebieralni.

– Mogę zapytać, dlaczego?

– Oczywiście, że możesz. Tak się składa, że mój brat mieszka z moim byłym.

– O Jezu! Rzeczywiście nie brzmi najlepiej.

– A i tak starałam się, żeby nie zabrzmiało to zbyt depresyjnie.

– Ojej. Aż tak źle?

Zawahałam się. Nie miałam pojęcia, czy rozsądnie mówić wszystko nieznajomej, zwłaszcza że znajdowałyśmy się ni mniej, ni więcej, tylko w hali sportowej, gdzie zapewne Ezra, Blake i pozostali często trenują. Nie wiedziałam, czy Everly zna mojego brata i jego współlokatorów, ale rozsądniej będzie nie wymieniać żadnych imion i nie zdradzać zbyt wielu szczegółów, choć miałam na to wielką ochotę. Ale tak na wszelki wypadek.

Everly chyba wyczuła moje niezdecydowanie, bo odchrząknęła.

– Wydajesz się fajna i nietrudno cię lubić.

Uśmiechnęłam się.

– To zdecydowanie najmilsza rzecz, jaką słyszałam w ciągu minionych tygodni.

– Chcę przez to powiedzieć, że choć teraz wszystko wydaje się fatalne, z czasem się ułoży. – Uśmiechnęła się od ucha do ucha.

– Na pewno – mruknęłam, choć wcale w to nie wierzyłam. Jeśli chodzi o to, co Blake czuł do mnie... Wystarczyło półtora roku, by wszystko się zmieniło. I w najbliższym czasie tak zapewne pozostanie. Jednak w tej chwili nie chciałam o tym rozmawiać.

Przebieralnie zostały za nami. Teraz stałyśmy w pustej hali. Rozejrzałam się dookoła.

– Co my tu właściwie robimy?

Everly podeszła do kantorka i wyjęła pęk kluczy z kieszeni. Otworzyła drzwi.

– Od początku miesiąca jestem asystentką trenerki cheerleaderek. Zaraz mamy trening i muszę wszystko przygotować.

– A ja mam ci pomóc?

– Bingo. – Wręczyła mi wiadro pełne elastycznych taśm, sama podniosła stertę mat. Wyszłyśmy z kantorka, wróciłyśmy do hali.

– Wydajesz się bardzo młoda, jak na trenerkę – zauważyłam ostrożnie.

– Nadal studiuję. Ta praca to był właściwie przypadek. – Ledwie to powiedziała, oczy jej rozbłysły.

Odstawiłam wiadro z taśmami i pomagałam jej rozkładać maty.

– Też chciałabym przeżyć taki przypadek. Wcześniej przeglądałam oferty pracy i nie znalazłam nic dla siebie.

– Popytam tu i ówdzie.

– Super, dzięki.

– Gdybyś zjawiła się dwa tygodnie wcześniej, dostałabyś moją starą pracę.

– Ale domyślam się, że już za późno?

Mruknęła twierdząco.

– Niestety, właśnie zatrudnili kogoś na moje miejsce.

Co za pech.

Wyprostowałam matę pod nogami i wykrzesałam z siebie ostatnie resztki entuzjazmu.

– Coś znajdę.

– Też tak sądzę. – Everly rozkładała taśmy na matach. – Wydajesz się urodzoną optymistką. Dobrze by mi zrobiła odrobina takiego podejścia.

Roześmiałam się.

– Za mało mnie znasz. – Posłała mi pytające spojrzenie, więc szybko mówiłam dalej. – Kiedy miałam siedemnaście lat, przyjechałam z Seattle do Los Angeles. Było mi ciężko, z dala od rodziny. A potem straciłam pracę, dla której się tam przeprowadziłam, rozstałam się z chłopakiem i przez kilka miesięcy usiłowałam zaczepić się w Hollywood... Na darmo. – Wzruszyłam ramionami. – I teraz jestem tutaj, a cały mój optymizm został w Kalifornii.

Everly milczała przez dłuższą chwilę.

– Brzmi fatalnie. Zwłaszcza że w tak młodym wieku musiałaś radzić sobie sama. Nie wyobrażam sobie mieszkać z dala od mamy. Podoba mi się, że w każdej chwili mogę do niej pojechać i odwrotnie.

Na pewno nie chciała sprawić mi przykrości, a jednak jej słowa zabolały. Tęskniłam za rodzicami. Ilekroć widziałam coś zabawnego, chciałam powiedzieć o tym tacie, ilekroć byłam smutna, brakowało mi ramion mamy. Nic nie bolało tak bardzo, jak fakt, że w tym roku nie udało mi się dotrzeć do domu na Boże Narodzenie. Agent załatwił mi dwa statystowania, których nie mogłam odrzucić w mojej sytuacji. Rodzice jasno dali mi do zrozumienia, jak bardzo ich rozczarowałam, nie pojawiając się na Gwiazdkę.

– Przepraszam, nie chciałam cię urazić.

– Nie uraziłaś – zapewniłam i odchrząknęłam szybko, słysząc, jak bardzo ochrypł mi głos. Musiałam wykrzesać z siebie resztkę motywacji, jeżeli nie chciałam rozsypać się na kawałki, więc kurczowo chwyciłam się tej myśli. Udawany optymizm jest lepszy niż ta druga opcja.

– Może to cię pocieszy: w Woodshill każdy szybko znajduje swoje miejsce. Nawet ktoś taki jak ja.

Intrygowało mnie, co chciała przez to powiedzieć. Sprawiała wrażenie osoby otwartej, choć na początku chyba trochę ją onieśmieliłam.

Zanim o to dopytałam, otworzyły się drzwi i do sali wbiegły cheerleaderki. Miały na sobie ciemne dresy i koszulki bez rękawów z logo uniwersytetu. Na widok Everly wszystkie się rozpromieniły.

– W takim razie dobrze, że los rzucił mnie akurat tutaj – dodałam szybko, nie wiedząc, czy Everly w ogóle mnie słyszy.

Odwróciła się z uśmiechem.

– Właśnie to chciałam powiedzieć. – Przez chwilę patrzyła to na mnie, to na dziewczyny. – Jeżeli chcesz, możesz popatrzeć. A potem pójdziemy na kawę, którą mi obiecałaś.

Kamień spadł mi z serca. Przez moment obawiałam się, że będę musiała wrócić do domu mojego brata.

– Umowa stoi. – Odwzajemniłam jej uśmiech.

4

Klucz utknął na amen. Ręce mi drżały, gdy usiłowałam go przekręcić. Słońce zdążyło już zajść, na werandzie było niewiele światła.

– Dawaj – zaklinałam go i próbowałam kolejny raz. Moje palce przypominały sople lodu, zamek prawdopodobnie także zamarzł.

Nagle drzwi do mojego pokoju otworzyły się od środka i dosłownie wpadłam przez próg.

Patrzyłam na brata, który przyglądał mi się z głębokim marsem na czole.

– Co ty wyprawiasz, do cholery?

– Wracam do domu. Żeby wejść do mojego pokoju, przebrać się w piżamę i iść spać.

Ezra zamrugał szybko. Mars na jego czole jeszcze się pogłębił.

– Po pierwsze, mamy drzwi wejściowe, z których możesz skorzystać. Po drugie, jest dopiero po osiemnastej. Dlaczego od razu chcesz iść spać?

Dopiero za trzecią próbą udało mi się wyjąć klucz z zamka. Kiedy wreszcie miałam go w dłoni, schyliłam się, żeby rozwiązać sznurówki.

– Po pierwsze, uznałam, że będzie lepiej, jeżeli będę schodziła z oczu pozostałym domownikom. Po drugie, mam jet lag.

– Między Kalifornią a Oregonem nie ma różnicy czasu – zauważył sucho. Zamknął za mną drzwi, ja tymczasem wreszcie pozbyłam się butów.

– Naprawdę? Coś takiego, a mnie się wydawało, że jest. – Zdjęłam płaszcz i rzuciłam się na łóżko, wtulając twarz w poduszki.

Mój brat był coraz bliżej, słyszałam jego kroki. Zatrzymał się koło mnie.

– Jude – odezwał się.

Lekko odwróciłam głowę i zobaczyłam jego nogi. Podniosłam wzrok. Stał obok mnie z rękami skrzyżowanymi na piersi i przyglądał mi się poważnie.

– Rozmawiałem z Blakiem – zaczął.

Nagle spięłam się na całym ciele. Bałam się jego dalszych słów. A co, jeśli udało mu się przekonać mojego brata i pozostałych, że powinnam się wyprowadzić? A co...

– Oznajmiłem mu, że jeżeli dalej będzie się tak dziecinnie zachowywał, wyleci stąd.

Usiadłam energicznie.

– Słucham?

– Oznajmiłem Blake’owi, że nie może tak cię traktować.

Westchnęłam głośno i ukryłam twarz w dłoniach.

– Szczerze mówiąc, spodziewałem się, że się ucieszysz.

Opuściłam ręce i podniosłam na niego gniewne spojrzenie.

– Niby z czego miałabym się cieszyć? Z tego, że jeszcze bardziej wszystko skomplikowałeś? Wielkie dzięki za nic.

Ezra otwierał i zamykał usta. Odwrócił się, odszedł kilka kroków, zaraz jednak zawrócił na pięcie i podszedł do mnie.

– Słuchaj, przyjmuję cię bez żadnych pytań. Stawiam ultimatum najlepszemu kumplowi, choć sytuacja w domu i tak jest napięta od jego wypadku, a ty tylko tyle masz mi do powiedzenia? – Był tak zdenerwowany, że głos mu drżał. – Wiesz co, Jude? Sama ogarniaj to swoje bagno.

Nie powiedział już nic więcej, podszedł do drzwi i wyszedł, trzaskając nimi tak głośno, że cała się wzdrygnęłam.

W milczeniu siedziałam na łóżku. Cały czas brzmiały mi w uszach jego ostatnie słowa.

Byłam idiotką. Głupią, niewdzięczną idiotką. To cud, że Ezra w ogóle stanął w mojej obronie. Nie zrobiłby tego dawniej. Przypomniały mi się czasy, gdy razem z Blakiem i innymi kumplami grał u nas w domu w koszykówkę. Chciałam ich pooglądać, a on rzucił we mnie piłką i razem z chłopakami śmiał się do rozpuku. Ta sytuacja idealnie odzwierciedlała nasze dzieciństwo i młodość. Dopiero tamtego roku, gdy do nas dotarło, że wkrótce rozjedziemy się w różne strony, nasza relacja zmieniła się, stała się bardziej serdeczna. Rozmawialiśmy, zwierzaliśmy się sobie ze swoich lęków i obaw. Ezra dał mi do zrozumienia, że ufa mi jak nikomu innemu. A teraz... A teraz miałam do niego pretensje i jednym zdaniem przekreśliłam jego zaangażowanie.

Wstałam z trudem, zdjęłam sweter, powiesiłam na oparciu krzesła. Niezdecydowana stałam pośrodku pokoju. Ciągle byłam wykończona, ostatnie dni były naprawdę trudne. Los Angeles zabrało mi wszystko, o czym marzyłam. Uznałam, że to wystarczy. Nie chciałam, żeby oprócz Blake’a także Ezra miał do mnie pretensje.

Odetchnęłam pełną piersią. Myślałam intensywnie. Podeszłam do walizki, schyliłam się w poszukiwaniu laptopa. Znalazłam go między sukienkami i parą jeansów. Już wcześniej owinęłam go folią bąbelkową. Wzięłam też tablet, zebrałam się na odwagę i wyszłam z pokoju.

Z saloniku dobiegała cicha muzyka. Weszłam tam po chwili wahania i zobaczyłam Blake’a na kanapie. Położył prawą nogę na niskim stoliczku i pisał coś na laptopie. Poza muzyką odgłos uderzanych klawiszy stanowił jedyny dźwięk.

Odchrząknęłam. Podniósł wzrok.

Nie do wiary, do jakiego stopnia jego twarz była pozbawiona wyrazu. Znałam go prawie całe życie, ale nigdy, naprawdę nigdy tak nie wyglądał. Ten Blake, którego znałam, emanował energią. Nawet po wielogodzinnym treningu był pełen życia, potrafił tańczyć ze mną w ogrodzie moich rodziców, podnosić mnie i ze śmiechem obracać.

Ale po tamtym Blake’u chyba nie zostało nawet śladu. Musiałam się nauczyć z tym żyć.

– Przepraszam – rzuciłam cicho i uciekłam wzrokiem. – Nie będę ci zawracała głowy, szukam tylko jakiegoś kartonu.

Nie czekając na jego reakcję, poszłam do kuchni, położyłam laptop na blacie i pochyliłam się do szafki po lewej stronie od kuchenki. W środku zobaczyłam tylko garnki i patelnie, więc zamknęłam ją i zajrzałam do kolejnej. Także tutaj nie miałam szczęścia, zamiast kartonów znalazłam tylko torebki na prezenty, plastikowe pojemniki i mnóstwo, naprawdę mnóstwo butelek z alkoholem. Westchnęłam cicho i wyprostowałam się, by zabrać się do szafki koło zmywarki. Stukanie w klawiaturę nagle ucichło.

Odwróciłam się w kierunku Blake’a i zobaczyłam, że sięga po kulę. Ze wstrzymanym oddechem obserwowałam, jak powoli wstaje. Najwyraźniej nie był w stanie nawet przez kilka minut oddychać tym samym powietrzem co ja i musiał jak najszybciej uciec.

Już miałam na końcu języka złośliwy komentarz, ale wtedy uświadomiłam sobie, że nie wychodzi z saloniku, przeciwnie, zmierza w moją stronę. Przyglądałam mu się bez słowa, gdy obszedł kontuar i zatrzymał się tuż przede mną.

Nic nie mówił. Powoli wędrował wzrokiem po mojej twarzy, po oczach, policzkach, nosie, ustach, i nagle miałam wrażenie, że mnie dotyka.

Z trudem przełknęłam ślinę.

– Inaczej wyglądasz – powiedział w końcu.

Ja także wpatrywałam się w niego. Miał włosy krótsze niż dawniej, bardziej zapadnięte policzki. Sama nie wiedziałam, co sądzić o zaroście. To wszystko sprawiało, że wydawał się bardziej kanciasty. I odległy. Do jakiego stopnia można się zmienić w krótkim czasie? Wydawał się kimś zupełnie innym. Zastanawiałam się, czy odbiera mnie podobnie.

Wiedziałam oczywiście, że wyglądam teraz inaczej. Zaraz po tym, jak przyjechałam do Los Angeles, agent namówił mnie do totalnej transformacji. Miałam teraz włosy do ramion, które fryzjer gwiazd wycieniował i rozjaśnił pasemkami. Żeby dobrze wypaść na castingach, odświeżyłam także garderobę. Innymi słowy, zbudowałam na nowo mój image – byłam młodziutką aktorką na progu kariery, nowoczesną i pełną energii. Zdecydowałam się także na korektę złamanego przed laty nosa (dzięki, Ezra). Pamiątką po tamtym zdarzeniu był malutki garbek, który zawsze mi przeszkadzał. Gdy stało się jasne, że nie będzie dalszych sezonów Twisted Rose, agent doradzał mi operację plastyczną. Przekonywał, że dzięki temu będę miała większe szanse na duże role i byłam tak głupia, że mu uwierzyłam.

Uciekłam wzrokiem, odchrząknęłam.

– Muszę to wysłać – zmieniłam temat. Spojrzałam znacząco na mój laptop.

Blake otwierał usta, jakby chciał coś powiedzieć, jednak zaraz znowu je zamknął. Przez chwilę wpatrywał się w komputer, potem oparł kulę o kontuar i wskazał szafki nad zmywarką.

– Sprawdź tam.

Odwróciłam się i wspięłam na palce, by otworzyć drzwiczki.

– Jezu, ile wy tu macie alkoholu! – powiedziałam, gdy między talerzami i szklankami wypatrzyłam dwie kolejne ogromne butelki wódki.

Blake puścił moją uwagę mimo uszu. Usłyszałam, że robi krok w moją stronę. Otworzył drzwiczki po prawej, przy czym musnął ramieniem mój bark i włosy.

Zastygłam w bezruchu, uwięziona między nim a zmywarką. Byliśmy niewiarygodnie blisko siebie. Czas stanął w miejscu.

Jego klatka piersiowa dotykała moich pleców. Wypełniały mnie jednocześnie ogień i ból. Walczyłam z tym ze wszystkich sił, ale na darmo. Włoski na rękach stanęły mi dęba. Docierało do mnie coraz więcej szczegółów. Jego zapach, taki sam jak dawniej. Jego ramię, silniejsze, z wyraźniej zaznaczonymi żyłami.

Odetchnęliśmy. Powietrze między nami zdawało się iskrzyć. Żadne z nas ani drgnęło, gdy znowu musnął klatką piersiową moje plecy. Mimo że wewnętrznie byliśmy sobie tak obcy, nasze ciała w tej chwili zdawały się mówić tym samym językiem. Nic nie było mi równie dobrze znane, równie bliskie, jak jego ciepło. Chciałam go więcej. Odruchowo odchyliłam się odrobinę do tyłu. Przez kilka niekończących się sekund staliśmy w tej pozycji. Okryłam się gęsią skórką i nagle zapragnęłam, by Blake coś zrobił. Cokolwiek.

Jakby czytał w moich myślach, opuścił głowę. Musnął brodą moje ucho, aż krew zaszumiała mi w żyłach. Nie byłam w stanie myśleć logicznie.

– Nie chcę, żebyś tu została. – Aksamitny głos kontrastował z surowymi słowami.

Kiedy do mnie dotarło, co powiedział, niedawny ogień zamienił się w lód. Reagowałam automatycznie. Powoli odwróciłam się do niego.

Powróciły wspomnienia. Widziałam nas razem, w tej samej pozycji. Tylko że wtedy w jego oczach malował się nie gniew, lecz ogień. Wtedy pokonał dzielącą nas odległość i przyciągnął mnie do siebie. Kiedy jednak teraz na niego patrzyłam, wiedziałam, że to się już nigdy nie powtórzy.

Z trudem przełknęłam ślinę.

– Wczoraj dałeś mi to jasno do zrozumienia.

– Najwyraźniej niezbyt jasno.

Ledwo panowałam nad szalejącymi we mnie uczuciami. Przez chwilę żałowałam, że się w ogóle rozstaliśmy. Głupia, dziecinna myśl. Nie można cofnąć czasu. Powinnam odepchnąć od siebie wspomnienia. Musieliśmy jakoś odnaleźć się w tej sytuacji, bo na razie nic nie zapowiadało, by miała się zmienić.

– A co twoim zdaniem powinnam zrobić, Blake? – Siliłam się na spokojny ton, sama jednak słyszałam w nim desperację.

– Już od dawna mnie nie obchodzi, co robisz. – Zajrzał do szafki nad moją głową, wyjął z niej pudełko i podał mi. A potem sięgnął po kulę, którą wcześniej odstawił i odwrócił się. – Jeśli o mnie chodzi, mogłaś zostać w Los Angeles – rzucił, stojąc plecami do mnie.

A potem pokuśtykał z powrotem do kanapy i sięgnął po pilot, jakby nie wymierzył mi dopiero co ciosu. Ja tymczasem zostałam w kuchni, całkowicie oszołomiona.

5

Do końca tygodnia starałam się schodzić Blake’owi z drogi, o ile to w ogóle możliwe, kiedy dzieli się kuchnię i łazienkę. Także Ezrę widywałam rzadko. Czekałam na odpowiednią chwilę, by porozmawiać z nim na spokojnie, ale albo był na treningu czy zajęciach, albo w towarzystwie Cama, Otisa lub Blake’a. Nie przyszedł nawet ponownie do mojego pokoju, żeby ze mną porozmawiać. Za to, nie wiadomo jakim cudem, klucz w zamku od werandy otwierał się bez problemu, jakby ktoś naoliwił zamek.

Poszukiwanie pracy w Woodshill okazało się trudnym zadaniem. Powoli traciłam nadzieję, że wkrótce coś znajdę. W sobotnie popołudnie właśnie dlatego znowu zawędrowałam do kawiarenki na uniwersytecie, kupiłam karmelowe macchiato i sprzedałam dwie ostatnie torebki od znanych projektantów, które mi zostały. Dostałam za nie mniej niż połowę tego, ile naprawdę były warte, ale to i tak będzie zastrzyk gotówki, choć nadal nie wystarczy na wynajem własnego kąta.

Usiłowałam się rozerwać, poznając coraz lepiej Woodshill i okolice. Odpaliłam muzykę w słuchawkach i odpłynęłam, nawet nie zauważyłam, kiedy wylądowałam nad przepięknym jeziorem w dolinie pośród gór. Tam usiadłam na parkowej ławeczce i tak długo wpatrywałam się w nicość, aż zapadła ciemność, a ja przemarzłam na kość.