Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Pojawiła się w Salonie Paryskim w żałobnej sukni i w kuchennym fartuchu, jak w zbroi. Z paletą malarską i pędzlami w dłoniach. Bez kapelusza, z fryzurą w nieładzie. Ze spojrzeniem pozbawionym kokieterii, którego nie da się zapomnieć. W XIX wieku, gdy ambicje kobiet przerastały ich możliwości, Anna Bilińska osiągnęła tak wiele. A potem zadrwił z niej los.
Jaką tajemnicę skrywa autoportret, którym Anna Bilińska zdobyła sławę? Czy kiedykolwiek zobaczymy oryginał jej dziennika? Ile prawdy z niego wyrwano, nim został przepisany zielonym atramentem i wydany?
Stare obrazy mają swoje melodie. Zapisane ruchem pędzla partytury można czasem odczytać. Dlatego w opowieści biograficznej o Annie Bilińskiej prócz ocalałych zapisków i korespondencji znajdziemy reprodukcje dzieł pamiętających prawdę. Odkryjemy muzykę i naturę, którymi artystkaratowała się w trudnychmomentach życia. Poznamy jej samotność, tę błogosławioną i przeklętą, destrukcyjną i sprawczą.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 296
Data ważności licencji: 3/19/2030
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Projekt okładki: Tomasz Majewski
Redaktor inicjujący: Barbara Czechowska
Redakcja: Klaudia Jovanovska, Maria Śleszyńska
Redaktor prowadzący: Magdalena Zabrocka
Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz
Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski
Korekta: Anna Poinc-Chrabąszcz, CHAT BLANC, Monika Kociuba
Wybór ilustracji: Barbara Czechowska
Źródła ilustracji: Muzeum Narodowe w Warszawie i Muzeum Narodowe w Krakowie (s. 249)
Ilustracja zamieszczona na okładce książki: Anna Bilińska, Portret własny, olej, płótno, 117 x 90, Paryż 1887, Muzeum Narodowe w Krakowie
© for the text by Małgorzata Ziewiecka
© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2026
ISBN 978-83-287-4072-3
MUZA SA
Wydanie I
Warszawa 2026
–fragment–
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
MUZA SA
ul. Sienna 73
00-833 Warszawa
tel. +4822 6211775
e-mail: [email protected]
Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl
Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz
Basi
Anna Jagodová, Sama, 2020, olej, płótno, 40 × 35, kolekcja prywatna Czwartego lutego 1883 roku Anna Bilińska planowała w swoim dzienniku cykl kompozycji poświęcony kobietom. Dokładnie sto trzydzieści dziewięć lat później jej projekt doczekał się realizacji. Zaproszenie kuratorki Małgorzaty Ziewieckiej spotkało się ze wspaniałym odzewem środowiska twórczego. Czwartego lutego 2022 roku przeszłość splotła się z teraźniejszością. W Muzeum im. Jacka Malczewskiego w Radomiu otwarto wystawę KOBIETA – współczesne artystki i artyści pamięci Anny Bilińskiej. Obraz Sama autorstwa Anny Jagodovej był jednym z kilkudziesięciu dzieł prezentowanych podczas tej wystawy.
Od jakiegoś czasu snuje mi się po głowie cykl kompozycji. Tytuł – Kobieta. Chciałabym przedstawić ją w różnych fazach życia ze strony dodatniej i ujemnej: obowiązki kobiety i jej rola w rodzinie i społeczeństwie. Nie wiem, czy to może mieć wpływ jaki, gdyby mi jednak udało się chociaż jednej kobiecie w rozterce pomóc, wskazać drogę – byłabym z tego niewymownie szczęśliwa. Powiadają, że sztuka istnieje sama dla siebie. Ja trochę innego jestem zdania. Pożytek pięknu nie przeszkadza. Nie ma na świecie nic bez celu dobra ogólnego, chociaż jednostki cierpieć niekiedy mogą. Dlaczegóż by sztuka miała być tak egoistyczną? Dziwnym też jest obecny kierunek sztuki. Zdaje im się, że odtworzenie natury starczy za wszystko. Mnie to nie wystarcza w zupełności.
Anna Bilińska, Paryż, 4 lutego 1883 r.
Tajemnicze to było zlecenie. Hrabia Korwin-Milewski przysłał fotografię młodej kobiety w ciemnym stroju. Na odwrocie napisał: „Panna R.”. Zaproponował termin do końca kwietnia i dwa tysiące franków za portret w większym formacie. Hrabia czeka na odpowiedź jeszcze w tym tygodniu. Jeśli panna Bilińska podejmie się zadania, zyska szansę na kolejne, wyjątkowe zlecenie, o jakim niejeden artysta teraz marzy…
Czyż to nie złośliwość i warunek dalszej współpracy? Korwin-Milewski znał świat sztuki. Bywał w Paryżu. Widział wystawiony niedawno na Salonie Société des Artistes Français portret młodego pianisty Józefa Hofmanna. Sławnej portrecistce zarzucano nieudolne malowanie ze zdjęcia, błędy w odwzorowaniu postaci oraz znajdujących się wokół przedmiotów, a także fatalne potraktowanie głębi przestrzeni.
„Drobna twarzyczka młodego wirtuoza oddana jest ze zwykłym mistrzostwem artystki; że jednak debiutowała ona z tak rozgłośnym powodzeniem, publiczność wymaga od niej czegoś nadzwyczajnego. P. Bilińska stoi wciąż na jednej wysokości, a publiczność pragnie widzieć ją na wyższych szczeblach” – stwierdził Władysław Mickiewicz, syn wieszcza Adama i dobry znajomy artystki. Nawet on jej nie oszczędził!
W takiej sytuacji malowanie kolejnego portretu ze zdjęcia mogło wydać się strzałem w kolano. Nie dla Anny. Ona dostrzegła w tym rzuconą rękawicę. Męską grę w męskim świecie. Niecodzienne zaproszenie.
Hrabia Ignacy Karol Korwin-Milewski studiował kiedyś malarstwo w Monachium. Wystawiał swoje prace na Salonie Société des Artistes Français, lecz przyglądał się głównie sukcesom innych. Porzucił więc pędzle, a porażkę rekompensował wyrafinowanym kolekcjonerstwem. Odkrywał i wspierał młode talenty. Wodzinowskiemu wybudował pracownię w Swoszowicach. Od Pankiewicza kupił nieukończony Targ na jarzyny. Za wypłacone z tego tytułu czterysta rubli Pankiewicz wyjechał do Paryża. Hrabia kolekcjonował obrazy znanych twórców. Malowali dla niego Gierymski, Chełmoński, Czachórski. To on posiadał Malarczyka Malczewskiego. A od warszawskiego notariusza Józefowicza-Hlebickiego nabył Stańczyka Matejki za osiem tysięcy rubli.
Ostatnio mocno namieszał w środowisku twórczym. Zachwycony florencką kolekcją Uffizich, postanowił stworzyć galerię autoportretów polskich malarzy. Poczet wspaniałych, współczesnych nazwisk. Z jego zaproszenia skorzystało już kilkunastu artystów, między innymi: Gierymski, Malczewski, Ajdukiewicz, Axentowicz, du Laurans, Wierusz-Kowalski, de Laveaux, Męcina-Krzesz, Piotrowski, Pochwalski, Reyzner, Römer, Wodzinowski, Żmurko… Autoportrety najważniejszych twórców epoki malowane według ścisłych reguł zleceniodawcy: wizerunek naturalnych rozmiarów, en face, z paletą w ręku, ujęcie do kolan.
– Józef Pankiewicz nie dostanie zaproszenia. Ten malarzyna w ogóle reguł nie przestrzega – twierdził hrabia. Głośno było o ich niedawnym konflikcie. Zakupiony przez Korwin-Milewskiego Targ na jarzyny zdobył srebrny medal na wystawie powszechnej. Kolekcjoner uradowany sukcesem swojego nabytku odwiedził Pankiewicza w paryskiej pracowni, gdzie zobaczył jego najnowsze dzieło.
– A cóż to za technika? Co za dziwactwo! – stwierdził, drapiąc zaschniętą na płótnie farbę. – Gruba faktura i te kolory! Czyżby wpływ Moneta?! – Tworzony zgodnie z duchem impresjonizmu Targ na kwiaty nie przypadł mecenasowi do gustu. Kazał sobie malować podobne płótno, ale z większą powierzchnią nieba i bez tej dziwacznej, chropowatej faktury. Oburzony artysta nie przyjął jego warunków. Tego dnia zakończyli współpracę.
Hrabia postanowił, że Pankiewicza nie będzie na jego liście wielkich polskich artystów malarzy. Mocno to podkreślał, gdy na salonach opowiadał o swoim projekcie.
– A Matejko? – pytali zainteresowani.
– Mistrz Jan Matejko pierwszy był zaproszony! Zaproszenie przyjął pod jednym warunkiem: paletę i pędzle na autoportrecie może trzymać, jak wszyscy, ale stać nie będzie. Usiądzie w swoim wygodnym fotelu
– Inaczej niż inni wielcy?!
– On przecież największy!
– Racja.
– W projekcie może weźmie udział jedna kobieta… – wspominał tajemniczo hrabia.
– Czyżby Bilińska? – domyślali się ludzie. – Paryż oszalał na jej punkcie.
– Nie tylko Paryż. Świat cały! Nawet Alfred Corning Clark z Ameryki kupuje jej obrazy!
– Korwin-Milewski byłby głupcem, nie inwestując w jej robotę! – plotkowano za jego plecami.
A więc portret panny R. to nie tylko wyzwanie. To zaproszenie do gry pozorów. Przepustka do męskiego świata. Męski pędzel panna Bilińska już ma. Pewną rękę też, jak w prasie niedawno chwalili. Kto, jak nie ona, miałby się znaleźć w galerii najważniejszych nazwisk epoki! Anna Bilińska – sama, jedna jedyna artystka malarka wśród wielkich dzieł nieśmiertelnych artystów malarzy. Brzmi wspaniale. Kobieta podejmie rękawicę. Jeszcze dziś odpisze hrabiemu!
Na sztaludze w paryskiej pracowni Anny od kilku dni stała en face panna R. Smutna, jak na zdjęciu od Milewskiego. W kapeluszu, spacerowej czerni, rękawiczkach, z parasolką w ręku. Wyłaniała się z szarego tła bladością twarzy, koralem ust i kolczyków. Czas zlecenia mijał, a Anna wciąż nie mogła uznać portretu za skończony. Przydałby się kontrast, mocniejszy akcent, jasna plama. A gdyby tak choć jedna blada dłoń panny R. mogła być uwolniona z rękawiczki? Jak dłoń lady Anne Carr z dzieła van Dycka? Albo dłoń Isabelli Coymans z podwójnego portretu małżeńskiego Fransa Halsa?
Jakie dłonie mogły skrywać rękawiczki panny R.? Anna chwyciła zdjęcie przysłane przez hrabiego. Z pewnością delikatne i zadbane! Inne od szorstkich, zniszczonych dłoni malarki. Te nie posłużą już za modelki. Po pracy puchną i bolą jak szalone. Zwłaszcza prawa, która coraz częściej odmawia posłuszeństwa. W nocy jest gorąca, pulsuje. Rano sztywna i obca. Ale Anna ma na nią sposób. Kładzie na dłoni orzech włoski. Powoli zgina palce. Delikatnie, bo ból jest potworny. Z czasem coraz mocniej. Jakby chciała rozgnieść orzech, choć dobrze wie, że to niemożliwe. Czysta fizyka! Ale gdy już dłoń przyzwyczai się do ćwiczeń, gdy nabierze siły i tempa, Anna chwyta dwa orzechy. Obraca je w dłoni. Powierzchnia styku dwóch orzechów jest niewielka, ciśnienie duże. Dlatego przy odpowiedniej sile, kilku łzach, bólu, który można wytrzymać, skorupka czasem pęka. Można chwytać pędzle i brać się do roboty!
Tego dnia prawa dłoń była spięta jak nigdy. Ćwiczenia z jednym orzechem, potem z dwoma, nawet kompresy nie pomagały. Anna chodziła po pracowni zaniepokojona. Tak bardzo chciała zrealizować pomysł, który przyszedł jej do głowy. Wyobrażenie – z tych, co zawsze lepsze od realizacji – nie pozwalało myśleć o niczym innym. Dziesięć lat temu, gdy Anna przybyła z Warszawy do Paryża, kolorowała fotografie, by się tu utrzymać. Godzinami patrzyła na wizerunki obcych ludzi. Perłowa spinka, srebrna broszka w kształcie konika morskiego, wypolerowane na glanc skórzane pantofle, przybrudzony mankiet, niedopięty porcelanowy guzik, wysadzana rubinami kolia, żałobna zawieszka z puklem włosów… Szczegóły stawały się kluczem do czyjegoś świata. W głowie Anny rodziły się ludzkie historie. Budowały bliskość. Umilały robotę.
Ta umiejętność przydała się teraz artystce. Długo patrzyła na zdjęcie panny R. Aż wreszcie zobaczyła ją żywą. Zrozumiała ten smutek w oczach. Jasny strój zakryty ciemnym płaszczem. Gdzieś szła? Skądś wracała? Chowała coś przed światem? Czy była kimś ważnym dla hrabiego? A może tylko obcą osobą, której zapłacił za zdjęcie, bo kogoś mu przypomniała? Anna spojrzała na fotografię. Potem w lustro…
– A to złośliwiec jeden! – Uśmiechnęła się sama do siebie. – Panna R. w żałobie. Może R. jak rozgoryczona? – stwierdziła, wciąż patrząc w lustro. – Chcesz próbnego portretu własnego przed najważniejszym zadaniem? Proszę bardzo! Mogę być panną R. w żałobie! Rozgoryczoną na twoje zlecenie! Z goryczą i żałobą mi przecież do twarzy, panie hrabio! Chciałeś utrudnić robotę? Czy mnie ośmieszyć? Będziesz więc patrzył na akademicki sznyt, jakiego ty nigdy nie wypracowałeś! Możesz kupić sobie każdy obraz za pieniądze. Możesz ustalać listę wielkich nazwisk epoki, ale nigdy nie osiągniesz tego, co osiągnęła Bilińska!
Postanowiła nie malować pannie R. dłoni nagich, jak te z portretów dawnych mistrzów. Anthony van Dyck uwiecznił zupełnie inną historię, gdy patrzył na lady Anne Carr stojącą na tle różanego ogrodu. Angielka trzyma męską rękawicę. Zsunięty z szyi szal odkrywa jej głęboki dekolt i wciśnięty weń pąk róży. Ileż tu symboli i śladów miłości! Jak na podwójnym portrecie autorstwa Fransa Halsa. Isabella Coymans i Stephanus Geraerdts mają rękawiczki tylko na lewych dłoniach. W geście małżeńskiej przysięgi podają sobie prawe dłonie. Szczęśliwa żona przekazuje mężowi różę. Panna R. na portrecie Anny Bilińskiej też będzie trzymać w dłoni różę. Ale dłonie pozostaną w rękawiczkach, a gest będzie inny, bo to zupełnie inna historia.
Anna tak bardzo chciała znów malować. Tymczasem cierpliwie wracała do ćwiczeń. Setki razy zginała palce i chowała w nich orzech. Wypiła odwar ze strączyn szablaku, przygotowany według receptury pani Krassowskiej. Ten, co pomaga przy reumatyzmie, gośćcu, dnie nożnej, wodnej puchlinie, cukrzycy i przy cierpieniach nerkowych. Koniecznie z dojrzałych strączyn, nie młodych i nie z ziaren! Tylko strączyny wykazują właściwości lecznicze!
Późnym popołudniem dłoń całkowicie odpuściła. Przestała puchnąć i boleć. Za oknem było już ciemno, gdy Anna odłożyła lekturę. Kilka razy zakręciła dwoma orzechami w dłoni. Schowała je do kieszeni. Przysunęła lampę naftową bliżej sztalug. Chwyciła pędzel. Zmieszała farby. Sobolowe włosie powędrowało ku dolnej partii obrazu, poniżej rękawiczek panny R. Postawiło jasną plamę. Dziwnie krótką. Niezgrabną… Anna wstrzymała oddech. Znieruchomiała. Jej serce zatrzepotało, jakby chciało wydostać się z klatki.
Po chwili pędzel spadł na podłogę.
Najpierw nastanie cisza. Potem dzika siła strąci płótno ze sztalugi. Portret z panną R. poszybuje za stół. Wywróci słoiki z pędzlami i wodą. Przerażający krzyk przetnie wnętrze pracowni. Ktoś w kamienicy otworzy okno. Ktoś uchyli drzwi na klatce. Anna zamilknie. Z trudem i łzami włoży płaszcz i buty. Chwyci czepiec i parasolkę. Wybiegnie z domu. Gdy bez słowa minie dziedziniec i konsjerża, zorientuje się, że nie zamknęła drzwi na klucz. Nie wróci jednak do mieszkania. Pewnym krokiem wyjdzie z bramy. Tego wieczoru będzie sama godzinami przemierzać ulice Paryża.
Anna Maria Bilińska przyszła na świat w polskiej rodzinie 8 grudnia 1854 roku w Złotopolu, na Ukrainie. Była najstarszą córką Walerii Józefy z domu Gorzkowskiej herbu Tarnawa oraz Jana Bilińskiego herbu Sas. Urodziła się niedługo po tym, jak jej ojciec uzyskał dyplom z medycyny na Uniwersytecie Kijowskim. Jan Biliński pracował jako młodszy lekarz wojskowy w Kijowie, następnie lekarz powiatowy, potem gubernialny w Jałcie. W 1857 roku przeprowadził się z rodziną do Wiatki (dzisiejszy Kirow), gdzie pełnił obowiązki akuszera Urzędu Lekarskiego guberni.
Waleria wspierała męża. Znosiła częste przeprowadzki z powodu jego praktyki i pracy. W tym czasie urodziła jeszcze trójkę dzieci. Anna miała dwóch młodszych braci: Władysława i Zygmunta, oraz siostrę Jadwigę.
Jan dużo pracował. Jego żona zajmowała się domem. Ich beztroskie wspólne chwile były świętem, choć chleba powszedniego nie brakowało. Pieniądze na książki, kształcenie dzieci i własne pasje zawsze się znalazły. Waleria kupowała na targu barwione nici, wybierała tkaniny. Szukała najlepszej jakości lnu i kanwy. Godzinami szyła, cerowała i haftowała. Po nocach, gdy wszyscy już spali, lub nad ranem, gdy jeszcze nikt się nie obudził. Jej dzieci były zawsze zadbane. Miały schludne stroje, pięknie zdobione kołnierzyki i koszule, bo ich mama uwielbiała haftować. Znała każdy rodzaj haftu. Od płaskiego, krzyżykowego, satynowego, supełkowego aż po richelieu i mereżkę. Dom Bilińskich był pełen kolorowych narzut, obrusów, ręczników i zasłon, a pani domu nosiła własnoręcznie szyte fartuchy. Najpiękniejszy był ten odświętny, biały, haftowany w jabłka! Gdy Waleria miała go już na sobie, w domu pachniało ciepłym chlebem, drożdżowym ciastem i świeżo zmieloną kawą.
Anna miała dziewięć lat, gdy pewnej nocy obudził ją płacz mamy. W blasku świecy, na kolanach, myła podłogę. Dziewczynka obserwowała, jak jej wątły, skulony cień snuł się po ścianie korytarza. Słuchała szorstkich dźwięków szczotki przeplatanych ludzką bezradnością. Czym martwi się mama? Dlaczego płacze? Anna chciała ją przytulić. Wstała po cichu. Zaczęła szukać skórzanych kapci. Zawędrowały tak daleko, że musiała myszkować pod łóżkiem. Gdy je chwyciła, uderzyła nogą w stojącą obok kołyskę, w której leżał Władzio. Niemowlak najpierw się poruszył. Stęknął dwa razy. Po chwili zaczął niemiłosiernie płakać.
– Idę! Już idę, kochany. – Mama odłożyła zmartwienia i sprzątanie. Umyła w kuchni dłonie. Gdy weszła do pokoju, Anna udawała, że śpi.
Władzio darł się wniebogłosy. Mama już nie płakała. Chłopiec też ucichł, gdy wyjęła go z kołyski. Usiadła z nim na łóżku. Przytuliła do piersi. W błogą ciszę wplotły się teraz słodkie dźwięki łykania pokarmu. Króciutki wdech i wydech dziecka.
– Już jestem. – Szept mamy. A potem mama nuciła synkowi kołysankę. Tę o szarawym koteczku z plamką na ogonku, którą kiedyś nuciła małej Ani.
Co zrobić, by gdy dorosnę, nie płakać w nocy jak ona? – myślała przed snem dziewczynka. Kiedy się obudziła, mama była już inna. Stała w kuchni. W tym odświętnym, haftowanym w jabłka fartuchu, jak w zbroi. Silna, zaradna, pewna siebie. Władzio gaworzył w kołysce. W domu pachniało świeżo zmieloną kawą. Tata wrócił przed południem.
Jan Biliński reprezentował naukę. Kobiety we wsi bardziej wierzyły zabobonom niż medycynie. Prędzej wpuszczały do chat babkę położną niż egzaminowaną akuszerkę. Lekarza wzywano w nagłych przypadkach. Dlatego Jan Biliński nie zawsze zdążył z pomocą. Zamykał lekarski kufer. Zostawiał za sobą widok konających w połogu kobiet, twarze martwych noworodków. A potem wracał do domu. Przytulał żonę i dzieci. Był wdzięczny, że mogą żyć w lepszych warunkach. Przypominał im, że dzięki książkom będą widzieć więcej niż inni. Dalej. A kształceniem zdobędą umiejętności, które ułatwią im życie.
– Czas, spokój i wybór są najdroższą walutą – mawiał. Sam walut tych już nie posiadał. Bardzo chciał, by zdobyły je dzieci. Żonę kochał nad życie. Widok jej zmęczonej, smutnej twarzy budził w nim wyrzuty sumienia. Przywoływał słowa jej starszego brata, który twierdził, że Waleria skazała się na wieczną tułaczkę, związując z Bilińskim, który ani wielkim doktorem, ani przedsiębiorcą nie jest. Nie darzyli się zaufaniem ze szwagrem. Szanowali się z daleka.
Stres i zmartwienia Jan odreagowywał, rysując. Na jego biurku zawsze leżały ołówki i szkice. W skrzyni było pełno krajobrazów z dawnych lat. Czasem, gdy dzieci go ubłagały, przekręcał zdobiony, mosiężny klucz, otwierał skrzynię i wyciągał z niej stare rysunki.
– To Psków. Twierdza, którą za cel obrał sobie w tysiąc pięćset osiemdziesiątym drugim roku polski król Stefan Batory – zaczął opowiadać dzieciom. – Batory chciał wypędzić wojska moskiewskie z północnej flanki kraju. Odebrać wyrwane nam przez cara Iwana Czwartego Groźnego Inflanty. Pięć miesięcy Batory szturmował miasto. Nie udało mu się zdobyć twierdzy, ale swoimi działaniami rozproszył działania cara. Sytuację wykorzystali wtedy Szwedzi, którzy zaatakowali Moskwę. Iwan Czwarty Groźny zmuszony był więc podpisać rozejm z naszym królem. Zaraz, zaraz… gdzieś tu powinien być Jam Zapolski… – Zaczął wertować kartki w skrzyni. – O, jest! To widoczek wsi pod Pskowem, w której zawarto rozejm. Na mocy rozejmu w Jamie Zapolskim car Iwan Czwarty Groźny oddał naszemu królowi Inflanty i uznał jego władzę w województwie połockim… – tłumaczył ojciec.
Takich lekcji historii i geografii udzielał Jan Biliński swoim dzieciom. Nie miał już tyle czasu na rozwój pasji, więc nowych rysunków krajoznawczych powstawało coraz mniej. Kiedyś chciał być wędrownym malarzem, artystą. Został wędrownym lekarzem, ojcem czwórki dzieci. Tak wybrał. Gdy zamykał skrzynię pełną grafitowych wspomnień, nie myślał już o kolejnej podróży ani o kolejnym szkicu. Zastanawiał się, czy kobieta, której poród dziś przyjął, przeżyje do rana. Czy suchoty, na które umiera coraz więcej ludzi we wsi, to jednak nie jaka zaraza. Czy nie naraża rodziny.
– Żeby być w czymś dobrym i wielkim, trzeba się wciąż rozwijać – mówił dzieciom. Sam był dobry. Wielkim być nie musiał. Wielki był Matejko! Być może już wtedy w głowie sławnego krakowskiego malarza Jana Matejki rodził się pomysł na obraz Batory pod Pskowem. Ten obraz powstał w 1872 roku. Tak ujął międzynarodową krytykę, że malarz otrzymał propozycję objęcia dyrekcji Akademii Sztuk Pięknych w Pradze, Medal Sztuki w Wiedniu i honorowe członkostwo Akademii Francuskiej. Jego powiernikiem i prawą ręką został szwagier Jana Bilińskiego, Marian Gorzkowski, który przeprowadził się do Krakowa.
Tymczasem Jan Biliński zamknął swoją skrzynię, przekręcił zdobiony mosiężny kluczyk, schował go do kieszeni i pogonił dzieci do łóżek.
– Tato… – Anna podeszła do niego.
– Tak, Aniu?
– Chciałabym nauczyć się rysować jak tata.
Anula! – zawołał, gdy przyszła pierwszy raz z ojcem. – Anula, jak ta z rysunków, które wykonałem dla „Tygodnika Ilustrowanego” do poezji Laskarysa. Jeśli panna Anula będzie słuchać moich rad, to nie zmarnuje zlecenia jak ja wtedy! – obiecał. – Słaba to była próba młodocianych usiłowań. – Odwrócił się w stronę Bilińskiego. – Jeden mój rysunek popsuł Podbielski, rytując go na drzewie. Drugi sam na drzewie popsułem! Ale nie o drzeworycie będzie dziś mowa. Najpierw zobaczymy, jak panna Anula radzi sobie z rysunkiem na papierze! – zdecydował.
Michał Elwiro Andriolli pochodził z Wilna. Przyjaźnił się z Bilińskim. Darzył szacunkiem lekarza i jego pasję do rysunku. Sam miał zostać lekarzem – tak chcieli jego rodzice. Wyjechał więc ze starszym bratem do Moskwy, by uczyć się zawodu.
– Jeżeli rzucisz medycynę, grosza z domu nie dostaniesz – zagroził mu ojciec, gdy usłyszał o nowych planach syna. Czyżby dawny żołnierz włoskiego pochodzenia chciał uchronić potomka przed artystycznym losem, którego sam doświadczył? Francesco Andriolli dostał się do niewoli po udziale w kampanii napoleońskiej. Zamieszkał w Wilnie, gdzie ożenił się z polską szlachcianką herbu Nowina, Petronelą Gośniewską. Zanim na świat przyszedł ich syn Michał Elwiro, Francesco zdobył zawód dekoratora, malarza i nauczyciela rysunku, a po narodzinach Michała uzyskał dyplom Cesarskiej Akademii Sztuk Pięknych w Petersburgu.
– Jak ojciec może zabraniać tego, co sam osiągnął?! Niech ojciec sam rzuci sztukę, niech się znowu musztruje albo kroi zwłoki w prosektorium! Ja wolę malować żywych w szkole Sztuk Pięknych – wygarnął mu niepokorny syn i rozpoczął studia w Moskiewskiej Szkole Malarstwa i Rzeźby. Potem, jak ojciec, studiował w Petersburgu, a od 1861 roku kształcił się w Akademii Świętego Łukasza w Rzymie.
Był już zawodowym malarzem i rysownikiem, gdy w Wiatce poznał Jana Bilińskiego. Praca i sytuacja rodzinna nie pozwalały Bilińskiemu rozwijać pasji. Odwiedzał więc czasem przyjaciela i cieszył się rozmowami o sztuce. Omawiał z nim swoje dawne rysunki. Te z czasów Jałty przydały się Andriollemu. Na ich podstawie wykonał ilustracje do artykułu Stanisława Rzętkowskiego Miejscowości w „Sonetach Krymskich” wspomniane. Andriolli z szacunkiem i zaangażowaniem przyjmował przyjaciela. Dzielił się doświadczeniem i nowinkami. Ich życiowe wybory były zupełnie inne. Jan Biliński miał już żonę i czwórkę dzieci, a wśród nich dorastającą córkę, którą teraz postanowił kształcić w rysunku.
– Pracowita i mądra panienka. Szybko się uczy – oznajmił Bilińskiemu Andriolli po próbnej lekcji. – Innemu bym odmówił, bo zawalony obstalunkiem jestem. Ale tobie pomogę, przyjacielu. Niech Anula przychodzi do mnie dwa razy w tygodniu.
– Doceniam to, Michale. Gdyby czasu było więcej, to i ja bym z wami przed sztalugą stawał. Dla spokoju, którego tak w robocie brakuje – wyznał Biliński.
– A w której to robocie czas i spokój znajdziesz! – stwierdził Andriolli i opowiedział przyjacielowi o tym, jak zmuszony jest oddawać zamówienia na portrety swojemu koledze Leonowi Biedrońskiemu, który przebywa w Warszawie. – Czasu i spokoju brakuje, ale nie zamieniłbym tej roboty na żadną inną, bo jak co się uda, jest chwilowe spełnienie. A teraz to i godne pieniądze! – dodał.
– À propos Warszawy! Coraz częściej chodzi mi po głowie – wyznał Biliński. – Dzieci rosną. Trzeba będzie myśleć o ich dalszym kształceniu…
– Dzieci nie mam, a sam bym się już wybrał w tamte strony. Choćby dziś! Gdyby tylko to było możliwe…
Michał Elwiro Andriolli został zesłany do Wiatki za udział w powstaniu styczniowym. Nie mógł stąd wyjechać bez pozwolenia zaborcy. W tym czasie utrzymywał korespondencję z przebywającymi w Warszawie znajomymi: Antonim Zaleskim i Władysławem Dmochowskim, którzy pomagali mu szykować grunt w warszawskim środowisku wydawniczym. To im Andriolli wysyłał swoje rysunki, a koledzy po fachu przekazywali je dalej. Tak za sprawą Zaleskiego w „Tygodniku Illustrowanym” z 1869 roku ukazała się ilustracja Andriollego do wiersza Edmunda Znatowicza Zguba i współczucie. Rysunek, starannie wyrytowany przez Przykorskiego, wzbudził niemałe zainteresowanie i podziw. Michał Elwiro Andriolli otrzymał kolejne zlecenia. I właśnie wtedy stworzył cykl widoków związanych z Sonetami krymskimi Mickiewicza, do którego wykorzystał amatorskie szkice krajoznawcze Jana Bilińskiego.
– Janie, jeśli tylko będzie taka potrzeba, mam kontakty w Warszawie. Pomogę – obiecał przyjacielowi. – Tymczasem niech twoja córka przychodzi do mojej pracowni.
Anna kształciła się odtąd pod skrzydłami Andriollego. W ciszy, o którą ciężko było w domu Bilińskich, poznawała nie tylko podstawy rysunku. Patrzyła z bliska na twórczą samotność artysty. Przyglądała się jego projektom malowideł dla cerkwi. Była świadkiem narodzin wspaniałych portretów i ikon świętych.
– Ikonę się pisze, nie maluje! – poprawił ją Andriolli. – To nie jest zwykły obraz, a „słowo w obrazie”, rodzaj modlitwy, forma teologicznego przekazu… – wytłumaczył. Opowiedział o studiach w Moskwie, Petersburgu i Rzymie. O tym, jak Polska, rozdarta zaborami, zniknęła po trzecim rozbiorze z map świata. Wyciągnął z szafy stare mapy, które pamiętały istnienie Królestwa Polskiego, i pewną litografię.
– Śmierć Ludwika Narbutta – przeczytał tytuł. A potem snuł opowieść o tym, jak z oddziałem Narbutta walczył przeciwko carowi. Pod Marcinkańcami, w Rudziszkach, pod Nowym Dworem, Piłownią, koło Berszt, pod Kowalkami, nad jeziorem Dumbla… Jak przez zdradę kmiecia Bazylego Karpowicza 4 maja 1863 roku oddział Narbutta został rozbity w Dubiczach. Z rąk wroga zginął wtedy dowódca i kilkunastu powstańców. Wielu zabrano do niewoli. Za udział w powstaniu styczniowym Andriolli usłyszał wyrok śmierci. Zmieniono go na piętnaście lat katorgi, a ostatecznie złagodzono zesłaniem do Wiatki.
– Żywy może się jeszcze tu przydam – stwierdził nauczyciel. – Może jaka pracowita panna nauczy się przy mnie dobrze rysować, a potem wyrysuje wolność ojczyźnie? Sztuką też da się wojować! – prawił. – Chwytaj broń! – kazał wybrać ołówek i położyć go przed sobą. – Mówimy „ołówek”, bo kiedyś grafit nazywano „czarnym ołowiem”. Pierwszą na świecie wielką kopalnię grafitu odkryto pod Borrowdale w Cumberland w Anglii w tysiąc pięćset sześćdziesiątym czwartym roku. Najpierw ołówek był bryłką grafitu. – Nauczyciel wyciągnął z szuflady taką bryłkę. Podał Annie, która zaczęła obracać ją w dłoniach. Przyjrzała się z bliska. – Potem grafit zaczęto ciąć w małe graniaste pałeczki… – Andriolli przekazał je Annie. – Owijano je sznurkiem lub chowano w metalowej oprawie, bo okropnie brudziły ręce – dodał poważnie. Uśmiechnął się pod nosem, gdy Anna zerkała na swoje dłonie. Otarła jedną o drugą. Potem o spódnicę. Nic to nie dało. – Aż wreszcie grafitowe pręciki zaczęto oprawiać w lipowe lub cedrowe drewno. – Pan Michał wręczył Annie resztę drewnianych ołówków. Wspomniał jeszcze o tym, że najnowsze ołówki nie mają już w sobie czystego grafitu, a mieszaninę grafitu z kaolinem, i położył przed Anną orzech włoski.
– Do dzieła! – powiedział. – Narysuj ten orzech tak, jak go widzisz!
Anna nie była zadowolona z pierwszego szkicu. Orzech wyszedł dziwny. Zbyt płaski.
– Nie podoba mi się – stwierdziła. – Nie takim go widzę.
– To, co widzisz, co sobie wyobrazisz, będzie zawsze piękniejsze od tego, co potrafi ludzka ręka – powiedział nauczyciel. – Nauczę cię podstaw, które sprawią, że twój orzech na papierze przez jakiś czas będzie ci się podobał.
– Przez jakiś czas? – zdziwiła się Anna.
– Im więcej poznasz, tym więcej będziesz od siebie wymagała.
Andriolli zapalił świecę i postawił ją obok orzecha.
– Światło i cień – powiedział tajemniczo. – Nieodłączna prawda otaczającej nas rzeczywistości. Wszystko, na co patrzysz, odbija światło i rzuca cień. Gdy chcesz przenieść orzech na kartkę, odtwarzasz światłocień. Światłocień to klucz do poprawnie wykonanego rysunku. Przyglądasz się, skąd pada światło. Gdzie się odbija. Gdzie panuje cień. Dostrzegasz różnice między światłem a mrokiem. Szukasz kontrastu…
Andriolli obok orzecha położył jabłko.
– Kontrast mogą tworzyć dwie rzeczy, które różnią się barwą lub poziomem oświetlenia. Istotny jest walor. Oba te owoce mają inny walor. Inny ciężar koloru.
– Ciężar koloru? – zdziwiła się Anna.
– To, co jasne, jest lekkie. Co ciemne: ciężkie. Ale w świecie, na który patrzysz, nic nie jest tylko jasne albo tylko ciemne. Istnieje skala szarości… Przenosząc naturę na papier, nadajesz jej półtony. Tworzysz gradient.
– Gradient – powtórzyła Anna, próbując zapamiętać to słowo.
– Odpowiednio rozprowadzasz światło. Zwracasz uwagę na kierunki. Spójrz… – Andriolli chwycił świecę. Położył ją przed owocami. – Cień orzecha i jabłka pada teraz na płaszczyznę za nimi. – Przeniósł świecę w lewo. – Teraz cień znajduje się po prawej stronie owoców. Czysta fizyka! Jej nie oszukasz. Owoce też rzucają na siebie cień. Jeżeli pomylisz kierunki, cieniując, źle nadasz gradient, twój rysunek wciąż nie będzie ci się podobał.
A potem nauczyciel wyjaśnił Annie, jak ważne jest zachowanie odpowiedniej perspektywy, proporcji i kształtu.
– I tu dochodzimy do sedna sprawy. Kształt orzecha to nie tylko jego kontur, Anno. Narysowałaś go tak, jakby orzech, na który patrzysz, otoczony był jedną, nieprzerwaną grafitową wstążką. Przecież nie ma na nim takiej wstążki! Zamknęłaś swój orzech w konturze, który nie istnieje. Dlatego jest płaski i nie przypomina tego z rzeczywistości. – Andriolli chwycił jabłko. Ugryzł je głośno. – A teraz narysuj ten orzech raz jeszcze. Orzech. Nie jego kontur.
Anna podjęła się wyzwania. Tym razem uważnie szukała światła i cienia.
– Tak, ale nadal mi się nie podoba – stwierdziła, gdy nauczyciel zapytał, czy skończyła już rysunek.
– Bo jeszcze nie znasz wszystkich zasad – odpowiedział Andriolli – i pierwszy raz patrzysz w ten sposób.
– Panie Andriolli, czy pozwoli mi pan zabrać ten orzech do domu?
– Oczywiście! – Nauczyciel się uśmiechnął.
Wieczorem, gdy światło z pokoju rodziców zniknęło ze ściany korytarza, gdy wszyscy już spali, Anna po cichu wstała z łóżka. Usiadła w kuchni przy lampie naftowej i położyła na stole orzech. Najpierw długo mu się przyglądała, przestawiała lampę w różne miejsca, aż wreszcie zaczęła szkice. Pani Waleria usłyszała skrobanie ołówka. Domyśliła się, że to córka. Nocna mara od urodzenia! Jako niemowlę spać nie dawała. Z nią bez patrzenia w niebo można było rozpoznawać fazy Księżyca. W czasie pełni darła się wniebogłosy. Teraz przynajmniej można pospać. Jutro dłużej, bo sobota. Pani Waleria zasnęła więc spokojna. Rano obudził ją krzyk dzieci.
– Co tu się dzieje? – Wbiegła do ich pokoju. Władek stał w kącie z założonymi rękoma. Nad nim rozpłakana Anna. Zygmuś uspokoił się, gdy mama wyjęła go z kołyski.
– Anno, czemu płaczesz? Co się stało?
– Nie ma orzecha!
– Jakiego orzecha?
– Tego od pana Michała. Władek go zeżarł!
– Nie zeżarłem!
– Zeżarłeś! Łupiny leżą pod twoim łóżkiem!
– To nie ja.
– Nie ty?! A kto? Zygmuś bez zębów? Czy skrzaty z lasu? Boże, jak ja go nie cierpię!
– Przestańcie się kłócić! Władku, czy ty zjadłeś ten orzech? Powiedz prawdę – poprosiła spokojnie mama.
Władek spuścił głowę. Pokiwał twierdząco.
– Źle się zachowałeś, skoro był Anny i zjadłeś go bez pytania. Pozbieraj łupiny i przeproś siostrę.
– W rzyci mam jego przeprosiny! – krzyknęła Anna.
– Anno, jak ty się odzywasz?! Panience tak nie wypada!
– A darmozjadowi wypada żreć czyjeś orzechy bez pozwolenia?
– Tylko jeden zjadłem.
– Bo tylko jeden miałam, durnoto!
– Dość tego! – Do pokoju wszedł ojciec. – Władek przeprosi siostrę i pozbiera łupiny – powiedział stanowczo.
– I co mi z tego, jak nie mam już orzecha? – wtrąciła córka.
– Do czego ci ten orzech, Anno?
– Do studiowania natury! Od pana Michała przyniosłam, a Władek go zeżarł!
– Zjadł – poprawił ją tata. – Rozumiem, że jesteś zła, ale trzeba się pogodzić z tym, że orzech już przepadł. Koniec tematu.
Biliński uda się zaraz do kuchni, by zmielić kawę. Zobaczy pozostawione na stole rysunki. Będzie przyglądał się im z niedowierzaniem.
– Córko, to jest świetne! – krzyknie do niej. – Władku, szorujesz do wsi po orzech dla siostry! – zarządzi.
– Niech kupi więcej od kowalowej. Będą na święta – stwierdzi pani Waleria, przebierając małego Zygmunta.
– Na co jeszcze czekasz, darmozjadzie? – pospieszy Władka Anna, wycierając łzy z policzków.
koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji
